Sekret - Charlotte Brontë - ebook
Opis

Wyimaginowana, fantastyczna kraina Angrii, wymyślona w dzieciństwie przez rodzeństwo Brontë, to miejsce akcji opowiadań, stworzonych przez nastoletnią wówczas Charlotte. Choć niewątpliwie młodzieńcze, opowiadania te ukazują już przebłyski jej talentu, a także elementy i wątki, które później miała rozwinąć w pełni w swoich słynnych powieściach.

W Verdopolis młoda markiza musi poradzić sobie ze wstrząsającym sekretem, który zagraża jej szczęściu i małżeństwu. W wiejskiej rezydencji młoda mężatka nie może zrozumieć, dlaczego mąż nie pozwala jej się kontaktować ze światem. Tajemnice, knowania, arystokracja, miłość, piękne młode panny, dumni młodzieńcy - wszystko to łączy się i splata w opowiadaniach, tworzących ten zbiór.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 117

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CHARLOTTE

BRONTË

SEKRET

przekład: Paulina Braiter

Tytuł oryginału: The Secret

Copyright © 2015, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzaniadanych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-214-8

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Agnieszka Zielińska

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

OD WYDAWCY

Pierwsze dwa opowiadania z tego tomu, „Sekret” i „Lily Hart”, pochodzą z rękopisu z 1833 roku, po raz pierwszy opublikowanego w 1908, a później uważanego za zaginiony. Odkryto go ponownie i transkrybowano w 1978. Opowiadania te są fragmentem cyklu juweniliów Charlotte Brontë o królestwie Angrii w Afryce – świecie wymyślonym wspólnie z rodzeństwem (młodym twórcom krainy zależało na miejscu, którego klimat różniłby się drastycznie od posępnego klimatu Anglii). W wydaniu tym zamieszczamy dopracowaną transkrypcję obu opowiadań wraz z trzema innymi: „Albion i Marina” z roku 1830, „Ślub” z 1832 i „Spojrzenie w album” z 1834. Dodatkowe historie pozwalają wejrzeć głębiej w życie i losy postaci występujących w „Sekrecie” i „Lily Hart” i rozwijają znajome motywy z dzieł Brontë: tajemnice, oszustwa i zjawiska nadnaturalne. Choć pisarka od czasu do czasu zdumiewająco narusza ciągłość wydarzeń – wskrzesza nawet postać Marian! – przedstawione w jednym tomie historie ukazują rozległość jej literackich pomysłów i rosnącą znajomość różnych form narracji: prozy, wiersza, szkiców postaci.

SEKRET

Rozdział pierwszy

Rankiem pięknego, letniego dnia w gabinecie kanclerza Verdopolis[1] od trzech godzin panowała martwa cisza, którą zakłócały tylko odgłosy skrobiącego nożyka, upuszczonej linijki czy od czasu do czasu kaszlnięcie bądź szept albo krótkie zdanie wypowiedziane władczym tonem przez szlachetnego Naczelnego Sekretarza. W końcu owa wyniosła osobistość, zakończywszy pisanie tuzina dokumentów, zwróciła się do drobnego, szczupłego młodzieńca, zajmującego wśród urzędników najwyższe stanowisko:

– Czy zechcesz mi pan powiedzieć, która jest godzina?

– Oczywiście, milordzie! – padła natychmiastowa odpowiedź i pełen zapału podwładny, zerwawszy się z krzesła, miast zerknąć na własny zegarek jak zwykli ludzie, pospieszył do okna, by sprawdzić położenie słońca. Poczyniwszy te obserwacje, odpowiedział:

– Dokładnie dwunasta, milordzie.

– Doskonale – rzekł markiz. – Możecie zatem skończyć na dzisiaj i pamiętajcie o zamknięciu biurek oraz o tym, by nawet skrawek papieru nie zaśmiecał gabinetu. Panie Rhymer, spodziewam się, że dopilnuje pan wypełnienia moich instrukcji.

To rzekłszy, przywdział kapelusz i rękawiczki i dostojnym krokiem zbliżał się już do westybulu, gdy powstrzymał go lekki ruch i szepty wśród urzędników.

– O co chodzi? – spytał, odwracając się. – Mam nadzieję, że to nie odgłosy protestów.

– Ależ nie! – odparł młodzian o szerokich barach, czerwonych jak marchew kędziorach i wielce wojowniczym wyglądzie. – Ale… ale… wasza lordowska wysokość zapomniał, że… że…

– Że co? – przerwał mu niecierpliwie markiz.

– Och! Jedynie, że dziś po południu przypada półświęto i… i…

– Rozumiem – rzekł z uśmiechem przełożony. – Nie musisz nadwerężać swej skromności dalszymi wyjaśnieniami, Flannaganie; przypuszczam, iż w istocie liczysz na zwyczajową hojność. Jestem ci zobowiązany za to, że mi przypomniałeś – czy tyle wystarczy? – Otworzywszy portfel, wyjął dwudziestofuntowy bilet skarbowy i położył go na najbliższym biurku.

– Milordzie, jest pan zbyt hojny – zaczął Flannagan, lecz naczelny sekretarz ze śmiechem przyłożył obleczoną w rękawiczkę dłoń do swych ust, po czym pozdrawiając wyniosłym skinieniem głowy pozostałych urzędników, zbiegł po stopniach portyku i odszedł pospiesznie, by uniknąć hałaśliwych wyrazów wdzięczności opiewających jego szczodrobliwość.

Po przeciwległej stronie długiej, szerokiej ulicy, przy której stoi majestatyczny gmach kanclerski, wznosi się równie wspaniała budowla: Biuro Kolonii; dokładnie w chwili, gdy Arthur, markiz Douro opuszczał tę pierwszą, Edwart Stanley Sydney wychodził z drugiej. Spotkali się w połowie drogi.

– I cóż, Nedzie – rzekł mój brat[2], gdy ściskali sobie dłonie. – Jak się dziś miewasz? Przypuszczam, że tak jasne słońce i niebo powinno rozjaśnić nawet najbardziej ponury dzionek.

– Ależ, mój drogi Douro – odparł pan Sydney z lekkim uśmiechem. – Równie urocza i przyjazna aura może, w co nie wątpię, poprawić nastrój ludziom swobodnym i zdrowym, ale dla mnie, którego umysł i ciało padają nieustannie ofiarą najboleśniejszych trosk życia publicznego i prywatnego, obecność już to pogodnego słońca, już to deszczowej wilgoci znaczy doprawdy niewiele.

– Pleciesz androny – odparł Arthur, a jego rysy przybrały tymczasem ów nieprzyjemny wyraz, który mój gospodarz określa mianem „wzgardliwego”. – Tylko nie zaczynaj mnie tu zanudzać zaprzeczaniem urokowi tego dnia, Nedzie, bo przyznam, iż mam już tego dosyć. Czy pamiętałeś, że dzisiaj przypada półświęto w całym Ministerstwie Skarbu?

– Owszem, i fakt ten kosztował mnie sporo grosza. Według mnie powinniśmy zarzucić te niemądre stare zwyczaje. Mogą doprowadzić człowieka do ruiny.

– Doprawdy? A ileż to dałeś tym biedakom?

– Dwa suwereny.

Odpowiedzią ze strony Arthura na te słowa było donośne „hem”.

Dotarli tymczasem na Ulicę Hotelową i w milczeniu mijali szeregi wspaniałych sklepów pełnych pysznych towarów. Nagle usłyszeli za plecami turkot kół i sunąca gładko karoca zatrzymała się tuż przy nich, jedna z okiennych szyb opuściła się, a ze środka wychynęła biała ręka i wezwała ich gestem.

– Panie Sydney, markizie Douro – usłyszeli srebrzysty głosik. – Zechciejcie podejść na chwilkę.

Obaj dżentelmeni posłuchali wezwania, Arthur z ochotą, Sydney niechętnie.

– Cóż nam rozkażecie, piękne panie? – spytał ten pierwszy, kłaniając się z szacunkiem pasażerkom powozu: lady Julii Sydney i lady Marii Sneaky.

– Nasze rozkazy przeznaczone są głównie dla uszu twego towarzysza, mój panie, nie dla ciebie – odparła córka Aleksandra Pierwszego. – Panie Sydney – podjęła, uśmiechając się do senatora – musisz przyrzec, że nie okażesz się nieposłuszny.

– Niech najpierw dowiem się, czego ode mnie wymagacie – padła ostrożna odpowiedź, której towarzyszyło zalęknione spojrzenie na witryny sklepowe.

– Nic wielce ważnego, Edwardzie – odrzekła jego żona. – Mam jednak nadzieję, że choć tym razem mi nie odmówisz, ukochany. Proszę tylko o kilka gwinei, by móc zapłacić za parę kolczyków, które widziałam właśnie w sklepie pana Lapisa.

– Nie ma mowy – oznajmił na to. – Nie dostaniesz nawet pensa; zaledwie trzy tygodnie temu wypłaciłem ci kwartalną pensję i jeśli już ją wydałaś, pozostaje ci cierpieć w milczeniu.

To rzekłszy zdecydowanym tonem, odruchowo wsunął ręce do kieszeni bryczesów i oddalił się pospiesznym krokiem.

– Chciwy małpolud! – wykrzyknęła lady Julia, opadając na poduszki powozu, a na jej jasne policzki wypełzł jaskrawy rumieniec urazy i zawodu. – Zawsze tak mnie traktuje. Ale tym razem pozna, co to mój gniew!

– Nie troszcz się tak bardzo, moja droga – wtrąciła jej towarzyszka. – Jeśli tylko zechcesz, zawsze służę ci swoją sakiewką.

– Świadoma jestem twej dobroci, Mario, ale rzecz jasna jej nie wykorzystam. Nie, nie, obędę się bez tych kolczyków – to tylko kaprys, choć istotnie, wolałabym je mieć.

– Moja urocza kuzynko – odezwał się markiz, do tej pory w milczeniu i z rozbawieniem obserwujący całą scenę. – Należysz bez wątpienia do najbardziej rozrzutnych znanych mi młodych dam: do czegóż, u licha, potrzebna ci kolejna błyskotka? O ile wiem, masz co najmniej tuzin najróżniejszych ozdób uszu.

– To prawda, ale te różnią się od innych. Są takie śliczne i wyjątkowe, że marzę, by je zdobyć.

– Cóż, skoro tak bardzo wbiłaś to sobie do główki, zobaczmy, czy mój portfel zniesie ich cenę, jeśli oczywiście pozwolisz mi sobie towarzyszyć do pana Lapisa.

– Och! Dziękuję, Arthurze, wielce jesteś dla mnie łaskaw – odparła lady Julia i obie damy szybko zrobiły mu miejsce, on zaś wskoczył do powozu i usadowił się między nimi.

– Myślę – oznajmiła Maria Sneaky, mająca w sobie swawolną iskrę – że kiedy zdecyduję się na małżeństwo, poślubię kogoś takiego jak ty, mój panie markizie. Męża, który nie odmówi mi ładniutkiej zabawki, gdy jej zapragnę.

– Czyżby? – spytał Arthur. – Naprawdę sądzę, iż Turczyni to ludzie rozsądniejsi od nas.

Po paru minutach dotarli do sklepu jubilera. Pan Lapis powitał ich uniżonym ukłonem i zaczął demonstrować swe lśniące towary. Kolczyki, które tak bardzo zachwyciły lady Julię, miały kształt dwóch maleńkich, jasnych kolibrów, a klejnoty, z których je ułożono, co najmniej dorównywały barwami jaskrawym kolorom natury. Właśnie kończyła transakcję, gdy do środka weszła zupełnie odmienna klientka. Była to kobieta wysoka, odziana w dość wyblakłą jedwabną suknię, obszerny czepek i podwójny woal z czarnej koronki; gdy go uniosła, przekraczając próg, ukazało się oblicze, które najwyraźniej znosiło różne koleje losu od trzydziestu do może czterdziestu wiosen. Jej rysy w młodości mogły być ujmujące, teraz jednak niewiele w nich pozostało dawnej urody. Przeciwnie – ostry nos, wąskie, sine usta i płaskie brwi budziły u widzów wyłącznie odrazę mimo mocno uróżowanych policzków i nader starannie zakręconych ciemnych loków.

Można by przypuszczać, iż osoba tak opisana nie przyciągnęłaby raczej wzroku młodego, wesołego szlachcica, takiego jak mój brat. On jednak skupił na niej przeszywające spojrzenie już w chwili, gdy się pojawiła. We wzroku jego nie znać jednak było podziwu, lecz raczej ciekawość i wzgardę. Twarz markiza obserwującego nowo przybyłą przybrała wyraz pytający, a także wyniosły.

Nieznajoma powolnym, sztywnym krokiem zbliżyła się do lady i podeszła do subiekta, prosząc o pokazanie pierścionków. Natychmiast uniósł szklaną gablotę, demonstrując jej kilkaset upragnionych ozdób. Dama uważnie oglądała je wszystkie, żaden z nich jednak jej nie zadowolił. Brylanty, rubiny, perły, szmaragdy, topazy – oglądała je wszystkie i wszystkie odrzucała. W końcu subiekt, zniecierpliwiony nieco niewiarygodną wybrednością klientki, spytał, jak miałby wyglądać pierścionek, którego pragnie, skoro nie ma podobnego u najlepszego jubilera w Verdopolis.

– Pierścionek, którego szukam – odparła – winien być bardzo mały, zrobiony z prostego złota, z kryształem, w którym zamknięto cienki, spleciony w warkoczyk kosmyk kasztanowych włosów i to imię (tu wyjęła z torebki skrawek papieru) wygrawerowane wewnątrz obrączki.

– Cóż, madame – odrzekł – z całą pewnością nie mamy obecnie w sklepie niczego podobnego, z łatwością jednak moglibyśmy zrobić go dla pani.

– Zdołacie to uczynić jeszcze dzisiaj? – spytała.

– Tak.

– W takim razie tak zróbcie, a ja zgłoszę się po niego o dziewiątej wieczór.

Z tymi słowy odwróciła się do wyjścia; spojrzenie jej oczu, oderwane od lady, padło na markiza, dostrzegając jego przenikliwy wzrok. Przez moment jakby zawahała się i skuliła w sobie, potem jednak opanowała się, dygnęła nisko, na co odpowiedział bardzo lekkim i wyniosłym ukłonem, i posuwistym krokiem wyszła na ulicę.

– Cóż to za osobliwie wyglądająca niewiasta? – spytała lady Julia, naciągając rękawiczki, bo w końcu dobiła targu.

Markiz nie odpowiedział, lecz Maria Sneaky zerknęła na niego figlarnie.

– To jakaś ci-devant chere amie[3] naszego Douro. Albo może dama, która wraz ze mną może napawać się zaletami dyspensy od stanu małżeńskiego.

– Czy to prawda, Arthurze? – chciała wiedzieć kuzynka.

– Nie, Julio, nie powiem ci. Sama możesz wyciągnąć wnioski z okoliczności tego spotkania.

Odprowadziwszy damy do ich karocy, wysłuchawszy słów podzięki, którym towarzyszyły radosne uśmiechy, i pożegnawszy wzrokiem odjeżdżający przepyszny ekwipaż, brat mój skręcił w ulicę Hotelową, kierując swe kroki na Plac Wiktorii. Jego czoło pociemniało, twarz przybrała zasępiony wyraz. Szybkim krokiem pomaszerował w stronę Wellesley House, wspiął się po schodach i pokonawszy serię komnat i korytarzy, dotarł do pokojów markizy. Otwarłszy drzwi i odsunąwszy wiszącą za nimi zasłonę z zielonego adamaszku, ujrzał ją siedzącą przy stole i pochyloną nad ołówkowym szkicem. Słysząc go, uniosła głowę i powitała uśmiechem wymowniejszym w swej słodyczy od słów.

– I cóż, Marian? – rzekł, pochylając się nad nią, by zerknąć na rysunek. – Co takiego szkicujesz?

– Och, tylko małe studium krajobrazu, mój panie. Zaczęłam go wczoraj podczas przechadzki w dolinie. – Jest doprawdy bardzo ładny i niezwykle uroczo cieniowany. Chyba pamiętam ten widok – niedaleko bramy Willi York?

– Tak, Arthurze, dołączyłam też podobiznę pana Sydneya z książką w dłoni.

Markiz usiadł obok żony, przez jakiś czas obserwując w milczeniu szybkie ruchy jej ołówka. W końcu podjął na nowo rozmowę:

– Zgadnij, kogo widziałem dziś w mieście, Marian?

– Nie mam pojęcia, może Juliusa? Prosiłam Minę, by zabrała go na świeże powietrze jakieś pół godziny temu.

– Nie, bardzo się pomyliłaś.

– Kogóż zatem?

– Ni mniej, ni więcej, tylko twoją dawną guwernantkę, pannę Foxley.

Na dźwięk tego nazwiska z policzków Marian odpłynął wszelki kolor. Zamarła w pół gestu i powoli unosząc znad kartki wielkie błękitne oczy, wbiła w Arthura głęboko zaniepokojone spojrzenie. Na widok zdenerwowania żony jego twarz pomroczniała jeszcze bardziej z niezadowolenia.

– Czyżbyś nie zdołała jeszcze przełamać tego niezrozumiałego uroku? Sądziłem, że rozłąka i łagodne traktowanie pomogą, najwyraźniej jednak cała moja czułość nie zdołała zetrzeć wrażenia, które panna Foxley w tajemniczy sposób odcisnęła na twym aż nadto wrażliwym umyśle.

Do oczu markizy napłynęły łzy i zaczęły skapywać na jej rysunek.

– Nie złość się, Arthurze – odparła pokornie.

– Nie złoszczę się, Marian, lecz nie możesz przeczyć, że to z powodu przeklętych wpływów owej maszkary tak długo i uporczywie odmawiałaś przyjęcia mojej ręki, serca i herbu – nawet kiedy, jak to często wyznawałaś, twoje serce skłaniało się ku temu i gdy, jak sam widziałem, ostateczna odmowa unieszczęśliwiłaby cię do końca życia. Czyż to nie z tego powodu nawiedzają cię przelotne ataki melancholii, którą dostrzegam nawet teraz? – Marian nie odpowiedziała, on zaś mówił dalej: – Nie wiem i brak mi przenikliwości, by zgadnąć, jak w końcu zdołałaś zebrać w sobie dość odwagi, by odrzucić kajdany, w które cię zakuła, i zgodzić się zaznać szczęścia. Najwyraźniej jednak wciąż ma nad tobą odrobinę władzy. Dalej, Marian, odrzuć tę słabość. Jak może cię zranić? Jesteś pod moją ochroną. Uczyń mnie swym ojcem spowiednikiem – bardziej pobłażliwego nie znajdziesz – i wyznaj wszystko.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, markiz wstał w gniewie.

– To nie tylko słabość – rzucił – ale i bezrozumny upór. Zostawię cię, byś mogła w spokoju rozważyć możliwe skutki podobnie niemądrego zachowania, najpierw jednak pozwól się ostrzec: nie dozwolę, by ta kobieta przekroczyła próg mego domu, nie zgodzę się też, abyś nawiązała z nią jakikolwiek kontakt, a jeśli odkryję, że nie posłuchałaś w tym względzie moich życzeń, uznam, iż odtąd winniśmy żyć osobno. Nie zamierzam pozwolić na istnienie wrogich mi wpływów w sercu i w rodzinie, w których powinienem panować niepodzielnie.

To rzekłszy, zamknął za sobą drzwi, a po kilku minutach echo oddalających się kroków ucichło w odległym korytarzu.

Być może winien tu jestem moim czytelnikom dokładniejszy opis osoby panny Foxley, nim podejmę przerwany wątek. Uczynię to możliwie najzwięźlej. Była jedynym dzieckiem szanowanego kupca, który jednak zmarł bez grosza, pozostawiając dwudziestojednoletnią sierotę pozbawioną jakiegokolwiek majątku prócz wiedzy i umiejętności – nader licznych – oraz talentu – który, choć nie najwyższej klasy, doskonale pozwalał jej odnaleźć się w świecie. Potrafiła bowiem odkrywać naturalne skłonności ludzi i przystosowywać się do nich niczym wąż, który wkrada się w łaski innych. Dysponowała też bystrą przebiegłością w kwestii własnych interesów. We wczesnej młodości nie brakowało jej zalet ciała, lecz jej uroda nie dorównywała próżności, a jakiekolwiek urazy w tej materii nie goiły się nigdy, lecz cały czas ropiały, póki nie wywarła w jakiś sposób zemsty na osobie winowajcy. Po śmierci ojca, nie mogąc utrzymać się niezależnie, podjęła pracę w rodzinie dziś już nieżyjącej lady Hume jako dama do towarzystwa. Znalazłszy się tam, zaczęła knuć, tak iż zyskała sobie zaufanie owej miłej, niczego niepodejrzewającej niewiasty, która po narodzinach Marian mianowała ją guwernantką; trzeba przyznać, iż nie brakowało jej kwalifikacji. Po śmierci lady Hume, do której doszło, gdy jej córka skończyła lat czternaście, panna Foxley nadal mieszkała w rezydencji sir Alexandra, w majątku Wellingtonów; tam właśnie Arthur zaczął zalecać się do jej uroczej, młodej uczennicy. Niestety guwernantka, licząca sobie w tamtym czasie trzydzieści pięć wiosen, kierując się nieokiełznaną próżnością, uznała, iż nadal ma dość uroku, by przyciągnąć uwagę urodziwego, wysoko urodzonego szlachcica. Wmówiwszy to sobie, dokładała wszelkich starań, by mój brat przelał na nią swe uczucia dotąd skierowane do młodej, pełnej prostoty dziewczyny, która w jej opinii nie potrafiłaby docenić jego walorów. Jej wysiłki jednak spełzły na niczym; miast miłości wzbudziły niesmak i wreszcie pewnego popołudnia, gdy okazała większą niż zazwyczaj śmiałość, otwarcie, choć uprzejmie dał jej do zrozumienia, że jest zbyt stara i nisko urodzona, by nadawać się na jego żonę. Wystarczyło to, aby uczucia w sercu panny Foxley zamieniły się w nienawiść. Poprzysięgła w duchu, iż brat mój pożałuje tego, z jak wielkim chłodem i wzgardą odrzucił jej względy, i od tej pory oddawała się skwapliwie pracy nad tym, by nie dopuścić do związku z młodszą i piękniejszą rywalką.

Wkrótce dało się zauważyć efekty jej starań. Czas jakiś Marian starannie unikała szlachetnego wielbiciela, odmawiała mu ręki, odrzucała zaloty i doprowadziła do tego, że Arthur, markiz Douro, najdumniejszy i najwynioślejszy młodzian z Verdopolis, zamienił się w żałosnego, pobladłego, chorego z miłości młodego dżentelmena. Tymczasem w mieście powszechnie uważano, iż opóźnienie zaręczyn z córką sir A. Hume’a to skutek sprzeciwów mojego ojca. O, jakże zdumieliby się wszyscy, gdyby usłyszeli, kto tak naprawdę sprzeciwiał się temu związkowi. Widać jednak było wyraźnie, iż za swą wytrwałość w tej kwestii panna Hume płaci bólem i cierpieniem: pobladła cera, wychudzona sylwetka i zapłakane oczy sugerowały wyraźnie, że coś ją gryzie w sercu. Nadal jednak nieodmiennie odmawiała wysłuchania namiętnych wyznań mego brata i intryga panny Foxley już miała zatriumfować, gdy pewnego dnia Arthur, postanowiwszy spróbować po raz ostatni, a potem zrezygnować z rozpaczą, przybył do Badey Hall; ku jego zdumieniu natychmiast wprowadzono go do saloniku Marian, gdzie zastał ją samą. Nie wiem, jak wymownych argumentów użył, przemawiając w swej sprawie. Pewne jest jednak, iż tym razem mu się powiodło i w trzy tygodnie później jego czarująca wybranka wśród uśmiechów, łez i rumieńców oddała mu rękę przed głównym ołtarzem Katedry Świętego Michała. Pierwszym jego poleceniem w roli męża było natychmiastowe odprawienie panny Foxley, która niezwłocznie opuściła dom. Później wiele razy próbował wydobyć z Marian wyjaśnienie, z jakiej to przyczyny tak długo opóźniała ich szczęście, w tej jednak kwestii zachowywała tajemnicze milczenie i po jakimś czasie przestał ją nękać, powracając do tego dopiero teraz, gdy ponowne pojawienie się guwernantki przebudziło najprzykrzejsze wspomnienia.

[1] Verdopolis to po grecku „Szklane Miasto”, nazwa, którą Brontë nadali miejscu akcji większości swoich juweniliów.

[2] W swoich juweniliach Charlotte Brontë często pisała głosem Charlesa Wellesleya, brata markiza Douro Arthura Wellesleya, i syna księcia Wellington.

[3]ci-devant chere amie (fr.) – była bliska przyjaciółka