Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pogranicza Gruzji, Armenii i Turcji. Jaki to świat? Jacy żyją tam ludzie? Skąd przybyli, co pamiętają i w co wierzą? Jakie tam piętrzą się góry? Jakie płyną rzeki? Jakie tam rozległe, bezludne przestrzenie, poprzecinane ścieżkami znanymi tylko dzikiej zwierzynie? Jakie tam niebo?
Katarzyna Nizinkiewicz, wędruje od lat – w ciszy, w skupieniu przemierza samotnie ogromne dystanse. Obcuje z onieśmielającym pięknem i potęgą natury w miejscach, do których zwykły śmiertelnik nie dotrze. Chyba że tak jak ona zszedłby ze szlaku i tygodniami podążał na przekór mapie.
W jej wędrowaniu nie zawsze jest cel, ale zawsze jest sens: poznawanie świata i poznawanie siebie. Z kolejnych peregrynacji – czy to mroźna północ Europy, czy szczyty Pirenejów, pustynie Chile i USA, czy skalne wybrzeża Korsyki – przywozi niezrównane opowieści i piękne fotografie.
Tym razem mierzy się z drogami i bezdrożami Gruzji, Armenii i Turcji. I z bolesnymi losami ludzi doświadczanych przez historię.
Ścieżki za Kaukazem. Gruzja, Armenia, Turcja – książka podróżna, której autorka zdaje się mówić: vade mecum. Pójdź za mną.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Koncepcja, redakcja, korekta:
Redakcja-Kreacja
Projekt okładki:
Tomasz Fedor
Zdjęcia na okładce i wewnątrz:
Katarzyna Nizinkiewicz
Skład:
Leszek Puławski
Wydawca:
Oficyna Wydawnicza Kontynenty
ul. Klonowa 13
05-220 Zielonka
Copyright © by „Kontynenty” 2025
Copyright © by Katarzyna Nizinkiewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Wydanie I
Zielonka 2025
ISBN: 978-83-685710-42
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
***
Gruzja
W drodze do Sagaredżo
Armenia
W dół mapy
Gruzja
Z Tuszetii do Chewsuretii
Pogranicza
Turcja. Kamień w kominku
Gruzja. Pontyjscy Grecy
Armenia. Groby na rozstajach
Wędrując, nauczyłam się szybko pozbywać ochronnych
warstw, z którymi żyjemy w cywilizacji. Wystarczy dzień
czy dwa w drodze i świat zaczyna dotykać gołej duszy.
Natura jest kojąca, jest jak balsam, choć bywa straszna,
czas – cudownie pełen, choćby nawet nie działo się nic,
ludzie, ich losy ranią, są zbyt bliskie. W Kaukazie, na Wyżynie
Armeńskiej, w górach północno wschodniej Turcji nie da się
nie trafiać na ludzi. Nie można ich ominąć, nie sposób ich
potraktować powierzchownie, nie zauważyć historii i kultury.
Chciałabym umieć dać im głos, ale to mnie przerasta.
Zostawia z bezsilnością, z tęsknotą.
Rustawi Klasztor Davit Garedża
Udabno Sagaredżo
Nad górami w kolorowe paski usiadła burzowa chmura. Strugi deszczu sieką horyzont, zmywają kominy Rustawi. Szybko, na pożegnanie, podajemy sobie dłonie przed monastyrem.
– Uciekaj, bo deszcz.
– Nie szkodzi, trafię, teraz już znam drogę.
– Zapomniałaś kapelusza!
– Zostawiłam go specjalnie, był ogromny, prawie jak parasol i na wietrze trudno go utrzymać na głowie.
– To przywiąż go czymś, bez niego usmaży cię słońce. Rano na pewno będzie wielki upał.
Posłusznie odbieram słomiany krąg kupiony od jakiejś babci w Tbilisi. Taksówkarz, który mnie tu przywiózł trawami, bo drogę zamknęło wojsko, wraca do rozklekotanej łady.
Monastyr Davit Garedża (David Gareja) leży na granicy z Azerbejdżanem. Plecak zostawiam paniom od toalety – najładniejszej, jaką widziałam w Gruzji. Przyjemność skorzystania z niej kosztuje w przeliczeniu 70 groszy i głupio mi słuchać, jak polska wycieczka narzeka, że to za drogo. Poza tym rodacy są mili. Zwłaszcza księża, z którymi zamieniam kilka słów. Prawosławni, przejęci wizytą w świętym miejscu. Przechodzą tylko przez dolny klasztor, ja uzbrojona w górskie buty wdrapuję się też na grań, do jaskiń i widoku na stepy Azerbejdżanu. Zbocza zarasta morze kwiatów. Dyptamy jesionolistne, len, pistacje, krzewy, które znamy z ogrodów, tu naturalne i dzikie – irgi, perukowce, suchodrzewy. Wszystko to świeżo zroszone deszczem (mnie też zmoczył), pachnące.
– Czy mogę gdzieś tu postawić namiot? – odważam się spytać po powrocie. Wycieczka już odjechała i jesteśmy tu tylko my, trzy kobiety.
– Oczywiście. Tam na górce jest równa trawa, wczoraj też jeden tam stał.
Przez całą noc pilnują mnie trzy psy – wspaniałe, przyjazne, ale tak głośne, że nie mogę spać. W wyobraźni widzę, jak odpędzają wilki i w końcu wynoszę się do komórki, gdzie panie przechowywały wcześniej mój plecak. Mieszczę się tylko po przekątnej, o świcie wracam na swoje miejsce w namiocie, a zapytana, jak minęła noc, mówię, że świetnie.
Światło jest niskie i chłodne, falują trawy, nie ma jeszcze ani jednego turysty. Jeden z psów odprowadza mnie tak daleko, że zaczynam się martwić. Droga do Sagaredżo – jedyna, którą panie uznały za wystarczająco bezpieczną, żeby iść, jest gruntowa, czasem wysypana kamieniami. Boki pozarastane. Na mój widok ucieka w nie wąż. Gruby na kilka centymetrów i długi na ponad metr. Nie zdążam go sfotografować. Udaje mi się tylko z żółwiem, którego spotykam potem. W międzyczasie mijam stado. Boję się pasterskich psów, rozmawiam chwilkę z młodszym pasterzem. Standard – dlaczego idziesz, ile masz lat, nie wierzę! I to bezczelne męskie spojrzenie, które tyle razy doprowadzało mnie do wściekłości, a teraz śmieszy. Chłopak jest z Azerbejdżanu. Z rozrzewnieniem mówi: – Tam pojedź, u nas jest jeszcze piękniej.
W Udabnie kończy się dziki step. Wieś z daleka wygląda pięknie, równe rzędy identycznych domów – z bliska to opuszczone ruiny. W sklepie długo czekam, aż sprzedawczyni mnie obsłuży, każdy kolejny klient ustawia się przede mną. Wypijam piwo, za sklepem mężczyzna smaży szaszłyki. Zamawiam jeden, on mówi, że go zrobi i dla mnie, ale zaraz przepędza mnie sprzedawczyni: – Nie wystarczy! Zaraz przyjadą ważni goście, Francuzi. – Mężczyzna kuli się jak zbity pies, ja wychodzę. Mija mnie wycieczka emerytów.
Nie oni pierwsi. Chwilkę przed nimi widziałam stojący tu autobus. – Rosjanie – kierowca mrugnął do mnie w tajemnicy, zabrzmiało, jakby się tłumaczył.
Droga grubieje. Narasta upał. Macham na pierwszy samochód. Niemcy.
– Rodzina mojej żony pochodzi ze Szczecina.
– A mojego męża z Kamieńca Podolskiego – odpowiadam, wywołując uśmiech.
Wysadzają mnie przy ruchliwej szosie. Skręcam. Brnę wśród zaniedbanych podwórek, bezpańskich psów, winorośl zarasta całe domy. Droga gruntowa, koleiny wypełnione błotem, dzieci wracają ze szkół w białych koszulach. Przede mną zalesione pagórki. Nie pamiętam już, kto mi o nich powiedział. Może Wasilij, projektant cerkiewnych ogrodów, który mnie przenocował w Mcchecie? Na byle jakich mapkach, rozdawanych przez informacje turystyczne, wypatrzyłam przejście z Sagaredżo do Telawi. Wasilij był przeziębiony, napił się wódki z czosnkiem i żebym się go nie bała, wręczył mi klucz, więc zamknęłam go w jego własnej sypialni. Spałam w kuchni. Rano nie dopytałam o szczegóły. Teraz nie jestem pewna, czy zdążę i czy w ogóle się da. Rozpływam się w upale, pierwszym, jaki dotknął mnie tego lata. Maj był zimny, marznąc przez kilka tygodni marzyłam, że się ogrzeję w Kachetii, teraz nie rozumiem, o co mi chodziło. Droga dłuży się, Sagaredżo wcale nie jest blisko, więc widząc zwalniający autobus, wskakuję pomiędzy odświętnie ubrane dzieci.
– Skąd się tu wzięłaś? – dziwi się kierowca. – Pytam o góry, opowiada, że miejscowi spędzają tam wakacje, bo chłodniej i klimat dobry dla dzieci. – Popatrz – wystawia ramię za okno – widzisz ten czerwony domek? – Nie widzę, ale wysiadam, gdzie mi wskazał. Nie bierze pieniędzy za przejazd – jesteś gościem – słyszę już kolejny raz.
W sklepiku na rogu kupuję słonecznikowe ciastka i ser. W pośpiechu gryzę kawałek. „Woda!” – przypomina mi się, kiedy mijam kran. Piję, napełniam butelki.
– To nie tu – mówi niska blondynka, ciągnąc mnie na inną ulicę. – Tu być może i da się przejść, ale jak nie wiesz, gdzie, nie trafisz. Idź drogą. Ile kilometrów przechodzisz na godzinę?
– Cztery – rzucam odruchowo.
– To zdążysz, masz do przejścia 17 kilometrów, a do zmroku jeszcze cztery godziny. Tam na hali nikogo nie ma, tylko pasterze. Dobrzy ludzie z naszej ulicy. Jakbym znała ich numer, zadzwoniłabym i by po ciebie wyszli. Nie chodź po zmroku, bo wilki, idź szybko, zdążysz przed nocą... Ja jestem Ruska, nie lubicie nas – rzuca przez ramię tak szybko, że nie zdążam zaprotestować. Korpulentna, zaczerwieniona na twarzy, w średnim wieku.
Patrzę na mapę. Do przejścia jest 1300 metrów przewyższenia. Idąc moim normalnym tempem, potrzebowałabym na to jeszcze czterech godzin. Razem to osiem. „W połowie, na niżu, jest źródło” – mówiła Rosjanka. „Niż to pewnie dolinka” – myślę, sumując w myślach dodatkowe metry wejścia i zejścia.
Pędzę. Las jest niski, w zasadzie to tylko krzaki. Pistacje, perukowce, dużo kwiatów. Droga szeroka, gruntowa, lekki przewiew. Czym wyżej, tym wyższy las, tym gęściej, wilgotniej, bardziej duszno. Zakręt za zakrętem. Niewielkie nachylenie. „Dam radę” – pocieszam się – „to jak po płaskim”. Na „niż” docieram po dwóch godzinach – planowo. Błoto, pokrzywy i gąszcz. Duszny, przesadnie słodki zapach – azalie pontyjskie. Zatrzymuję się, nasłuchując wody i nagle czuję się słabo. „To z głodu” – myślę i próbuję zjeść. Jest jeszcze gorzej. „Nie mam czasu, muszę iść” – decyduję, ale moje tempo spada. Las ciemnieje, na niebie pojawiają się burzowe chmury. Czarny, ponury tunel z drzew, bez końca. Już zmierzcha, kiedy widzę domek, wydaje się bliski, ale dystans się długo nie zmienia.
Na hali dopadają mnie psy. Staję. One siadają. Młodszy zaczyna zajadle szczekać. – Zabierzcie psy! – krzyczę po polsku bez nadziei. – Zabierzcie sobaki! – Po drugiej stronie dolinki pasterze zaganiają do zagrody stado krów. Starszy odwraca się, podnosi dłoń i pies, który nie szczekał, odchodzi. Biały, gładki musi ważyć z 50 kilogramów. Drugi, siwy kaukaz, nie słucha. Pasterz krzyczy. Pies rusza, oglądając się za siebie co kilka kroków. Stoję. – Myślałem, że idzie do nas jakiś chłopiec – mówi mi rano Boria, starszy z pasterzy.
Domek, który widziałam wcześniej, stoi na górce. Nie mam siły już wyżej wejść. Droga trawersuje stok. Po drugiej stronie widzę kilka budynków. Zostaję w pierwszym, który ma drzwi. Są też solidne kraty w oknach. Wewnątrz łóżko zbyt krótkie dla mnie. Kładę się na drewnianej podłodze. I budzę się w środku ciemnej nocy. Jest mi niedobrze. Toaleta daleko, przy linii drzew. Nad przeciwległym stokiem wisi burzowa chmura. Kiedy wracam, latarka oświetla obrazek. Nalepkę przyklejoną nad futryną. Wydaje mi się, że jest w niej coś diabelskiego. Przeraża mnie, więc nie myśląc (kto myśli w przerwach pomiędzy rzyganiem), odpalam palnik i wkładam ją w płomień. Celofan zwija się w rurkę i skwierczy. Uderza piorun. Huk i błysk zlewają się, burza musi być gdzieś bardzo blisko. Nasłuchuję. Deszcz nie przychodzi.
Budzi mnie zdrastwujtie i delikatne pukanie do drzwi. Wstaję, otwieram. Mężczyzna z psem.
– Prostitie – mówię i wymiotuję tuż przy schodach.
– Spokojnie. Co zjadłaś? Dlaczego do nas nie zajrzałaś wczoraj? Nie chciałem już chodzić po ciemku, dlatego przyszedłem dopiero teraz. Masz wodę? Piłaś? Musisz pić. Połóż się, pośpij, przyjdę za kilka godzin. Jak nie przejdzie, mamy lekarstwa.
Wymiotuję przez cały dzień. Jestem słaba, kręci mi się w głowie, czuję się jak przy chorobie wysokościowej – absurd na tysiącu ośmiuset metrach. Gotuję wodę, piję łyk i wszystko zaczyna się od początku. Schodzę do pasterzy, ale muszę wrócić. Najlepiej mi na leżąco, bez ruchu. Boria zagląda do mnie potem jeszcze raz. Przynosi wodę. – Muszę jechać, straciłem konia, był taki piękny, młody, może uciekł poszukać żony – uśmiech rozjaśnia nieogoloną twarz. Mężczyzna wskakuje lekko na gniady grzbiet nakryty derką, nie siodłem, i maleje na długiej trawiastej grani.
Po południu znów próbuję zejść do pasterzy. Boria i jego syn doją krowy. – Nigdzie nie idź. Odpocznij, zostań kolejną noc. Tędy nie da się iść do Telawi. To długa droga, pogubisz się, wszędzie wilki – tłumaczy, chociaż i tak bym nie poszła. Mdli mnie nawet na widok jedzenia. Nie mam sił. Daję się namówić tylko na spacer do domku na górze. To cerkiew. Nowa, jeszcze nie całkiem wykończona wewnątrz. – Letnicy postawili, teraz jesteśmy tu sami, ale latem przyjedzie kilkadziesiąt osób. – Boria zapala świeczkę. Muszę usiąść. Przy każdym ruchu kręci mi się w głowie. Kiedy wracam do siebie, na ścianach, nad drzwiami, oknami, pod sufitem wiszą identyczne obrazki jak ten, który nocą spaliłam. Są wszędzie. Nie wiem, jak mogłam je wcześniej przegapić! Byłam pewna, że widziałam tylko jeden. Może się mnożą... W świetle dnia dostrzegam na nich krzyżyk. Pod nim piszczele i trupia czaszka. Przeszywa mnie dreszcz. Boję się ich, może spaliłam święty obrazek? Staram się już niczego nie ruszać. Nie patrzeć na nic. Zasypiam, choć jeszcze kilka godzin do nocy.
Budzi mnie szelest. Zamieram. Jest ciemno, czarno, nie pamiętam, gdzie położyłam latarkę. Skrzypią drzwi.
– Katja, wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Wziąłem psy, bo podchodzą wilki. Mamy cielęta, co roku nam tu coś zjedzą. Zeszłej wiosny zabiły dorosłą krowę. Boisz się? Jak się boisz, to z tobą posiedzę – słyszę głos Borii i mruczę, że nie. – To nie wychodź i zamknij dobrze drzwi. I pij wodę. Musisz pić dużo wody. Odprowadzę cię jutro do Sagaredżo.
Rano pasterze nie są już sami. Na halę wbiegł maratończyk, przyjechali panowie z drewnem. Boria jest zajęty rąbaniem. – Widzisz, zastanawiałaś się, co my tu jemy, a nas ktoś ciągle odwiedza i coś przynosi. – Goście rozwijają papiery z tłustym mięsem, kroją ogórki i pomidory na brudnym stole. Jest ser, wino i chleb. Muszę iść, bo znów mnie mdli. Boria wręcza mi torbę ziemniaków. – Sam je sadziłem, nie ma w nich nic szkodliwego, spróbuj coś zjeść. – Gotuję, zjadam, wypijam wodę. Wczoraj połknęłam nifuroksazyd. Chyba zadziałał.
Przy chatce pasą się dwa konie. Ten zagubiony poszedł do innych pasterzy, przenocowali go i nakarmili.
– Mamy osiemdziesiąt krów – opowiada Boria z dumą. – Robimy sery, żona ma sklep w Sagaredżo. Córka jest anglistką uczy w szkole. Syn tu ze mną już od 15 lat. Miałem kogoś zatrudnić, ale nikt nie chciał. Wolą siedzieć, klepać w smartfony i narzekać, że nie ma roboty.
– A tu wolność, nad nami tylko błękitne niebo – przerywa syn, wcześniej małomówny.
Nie zapamiętałam jego imienia. Tylko te słowa. Ciekawa jestem, jakie skończył studia. Nie spytałam. Oni też mnie nie wypytywali. Nie dziwili się i nie narzekali na los, jak inni w Gruzji. Byli u siebie, na właściwym miejscu.
Schodzę sama. Boria pokazał mi inną, krótszą drogę. – Prosto w dół, nigdzie pod żadnym pozorem nie skręcaj. A o wilki się nie martw. Wszystkie są tutaj.
Alawerdi monastyr Sanahin
monastyr Hachpat Cachkaszat
Park Narodowy Dilidżan Gosz
monastyr Hagarcin Teghut
jezioro Parz Geghatap Cowagjuch
monastyr Sewanawank Sewan
Hajrawank Berdkunk Cachkaszen
Chosrow Urcadzor Selim
kapliczka Arates Hermon
Karmraszen Herher
monastyr Saint Sion Gndevaz
Szaki Sisjan Ujc
monastyr Worotanwank Harżis
Kotrac Caravanserai Tatew
Kadżaran Lernadzor Meghri
Upał. Złoto jesiennych drzew. Wąska dolina. Podchodzimy powoli, objuczeni zbyt ciężkimi plecakami, José jak zawsze szybciej niż ja. Stare Alawerdi leży na dnie kanionu, nowe – na płaskowyżu. W połowie podejścia mija nas zapchany autobus, na dachu, w miejscu bagażnika, leży przyspawana butla na gaz.
Chwilkę potem zabiera nas taksówka, w której jedzie już jeden pasażer. Pracuje w kopalni miedzi. Opowiada, że był kiedyś w Hiszpanii. Tam też wydobywa się miedź. Wysiadamy przy monasterze Sanahin. – Tu jest dwanaście innych – mówi taksówkarz, a ja nie mam sił nawet na ten jeden.
Klasztor stoi na górce w cieniu drzew. Czuć lekki przewiew. Jesteśmy sami. Depczemy po nagrobnych płytach użytych jako posadzka. W wypolerowanym kamieniu świecą wyryte przed wiekami twarze. Niektóre mogą mieć ponad tysiąc lat. Narysowane kilkoma kreskami szkice, a idealnie oddają urodę Ormian. Prosty ołtarz, świece, kilka obdartych, kolorowych krzeseł, jakby zabranych ze starej szkoły. Gdy siadam, nadlatuje dron. Tłucze się pod sufitem. Brzęczy jak natrętna mucha i znika, a wraz z nim cichnie rosyjskojęzyczna rozmowa. Cisza ma jedenaście wieków. Najazdy Persów, napady Mongołów. Arabowie, Turcy, rządy Gruzji, carska Rosja i ZSRR. Jak to możliwe, że nadal trwa? Z korytarza pomiędzy kaplicami widać kanion.
Najpierw przez wieś. Pomiędzy kury, błotem, wzdłuż zarośniętych ogrodów. Przez złoty las. Mija nas autobus jak poprzedni ekologiczny – na gaz. Mija pasterz z długą, siwą brodą ubrany w dżinsową koszulę i droga się kończy. Trawiastą płaską połoniną jedzie łada. Klapie niedomknięty bagażnik. Kierowca omija metalowe pręty wystające z ziemi regularnie, jakby je ktoś posadził. Nawadnianie z czasów ZSRR? Na skraju kanionu widzę miejsce piknikowe. Z przedziurawionej rury strzela słup wody. Mężczyzna wysiada i wypełnia baniaki, mnóstwo, jeden po drugim. Czekamy, potem rozbijamy namiot. Zmierzch zapada bez ostrzeżenia. Wieś po drugiej stronie doliny jest ciemna. W lesie krzyczą puchacze i sowy. Wyje szakal. Budzik dzwoni o wpół do szóstej.
Niebo jest zachmurzone, więc długo się nie rozjaśnia, chociaż po stoku, gdzieś na gruzińskiej granicy, przesuwa się różowa plama, już wstało słońce. Włączam nawigację w telefonie, nie pokazuje zapamiętanej z netu drogi w dół. Idziemy przez las. Stromo, krzaki, dużo błota. Owszem jest ścieżka, ale jej użytkownicy nie są wyżsi niż 80–100 centymetrów. Tunele z cierni, piękny widok w dół, błądzimy, ale docieramy do dna. Potok łatwo pokonać po kamieniach, dalej już szosa. Monastyr widać z bardzo daleka.
Wieś Hachpat jest gęsta, pełna wąskich, stromych uliczek. Szara, jakby przykurzona. Kluczymy, podchodzimy, wracamy. – Idźcie do szosy – podpowiada nam ktoś zza płota. Teraz trafiamy. Pusty parking, jeszcze nie ma turystów. Hotelarka robi nam kawę. Pozwala zostawić plecaki, ale krzywi się, kiedy pytam, jak podłączyć do ładowania telefon. Przez chwilę jesteśmy w monastyrze sami. Na ścianach zachowały się resztki malowideł. Staram się wyobrazić je sobie całe, zrozumieć historie sprzed tysiąca lat. Nagle podjeżdża autobus i wokół robi się gwar i tłok. Niemcy, starsi ludzie z przewodnikiem. Za kilka minut podejdą do nas na już rozsłonecznionym placu zainteresowani, że idziemy pieszo.
Pod monastyrem poustawiały się kramy. Robię zdjęcie babci dziergającej serwetkę na szydełku, nawet nie jej, tylko jej dłoniom, serwetce. Tak bardzo przypomina finezyjne wzory wycinane w wulkanicznych kamieniach na grobach, w kościołach. Druga staruszka namawia na kupno orzechów.
– Drogie – krzywi się José, ale nie umiem odmówić. Szydełkująca kobieta patrzy na mnie z wyrzutem.
– Ja też przecież mam orzechy, zrobiłaś zdjęcie, to i u mnie kup.
Wyciągam kolejne 1000 dram. Dwa euro. Siadamy na samotnej ławeczce, na środku placu. Obok rozkłada się obwoźny sklep. Warzywa, owoce prosto z wora. Za grosze. Jemy winogrona, patrząc, jak babcia od szydełka kupuje siaty ziemniaków, maca ogórki, wybiera cukinie. Wszytko to mieści się w tysiącu dram, więc wraca i bierze jeszcze jedną torbę.
– Daj orzecha – rozchmurza się nagle José.
Na podejściu mijamy mężczyznę z koniem, ściąga z góry dwa spore pnie, i drugiego z osiołkiem, który ma brzuch obwiązany chrustem. Równo ucięte gałęzie ułożone wokół całego tułowia – wygląda jak terrorysta z bombami. Na grani skręcamy w prawo. Dobrze, bo wychodzimy na wieś – Cachkaszat (Tsaghkashat). Na skrzyżowaniu nowoczesny drogowskaz wskazuje szlak do Hachpat...
– Co tak oglądacie? – odzywa się zza płotu męski głos. – Chodźcie na kawę! – Gospodarze suszą wełnę na kołdry dla przyszłych wnucząt. Jej kłęby rozłożone grubą warstwą na szkielecie metalowego łóżka zagradzają przejście. Omijam. – To letni dom – mówi mężczyzna, wskazując wejście. – Mieszkamy w Alawerdi.
Gospodyni jest przysadzista, wesoła. Na kwiecistej ceratce lądują kawa, ser, kompot z brzoskwiń, pikantne kiszone ogórki i samogon – pędzony z leśnych jabłek. – Mamy go tu całe beczki – śmieje się mężczyzna, szczupły, po pięćdziesiątce. Przy telewizorze stoi zdjęcie dwóch pięknych dziewczyn i chyba już nieżyjący dziadek.
– Córki studiują w Erywaniu.
– Jaki kierunek? – pytam, ale nie wiedzą.
– Jesteśmy starym narodem – mówi gospodarz, kiedy kobieta się krząta po kuchni. – Byli Rzymianie, Persowie, Turcy i Ruscy, a słońce świeci. I nadal żyjemy. Kiedyś w bogactwie, teraz w biedzie, ale to minie jak wszystko.
– Złoto nie wraca – mruknie José, kiedy zostaniemy sami na drodze. Wychodzimy obładowani orzechami, jabłkami, od samogonu szumi mi w głowie. W błocie stoi drugi drogowskaz, nie wiemy, co wskazuje. Nie widzimy takiego miejsca na mapie.
– Wzdłuż rzeki i na południowy zachód – mówi po rosyjsku starszy mężczyzna. – Skąd?
– Z Polski – odpowiadam, a on recytuje nazwiska sławnych Polaków, bohaterów wojny ojczyźnianej. Nigdy ich nie słyszałam, ale wcale mnie o to nie pyta. Teraz kolej na hiszpańskich poetów. José z aprobatą kiwa głową. Dodaje Cervantesa, ale nasz rozmówca nic o nim nie wie. – Czemu to nie rosyjski uczynili międzynarodowym językiem? – pyta z wyrzutem.
Skręcamy w polną drogę. Słońce opada, krowy wracają z pastwisk. – Nie mamy wody! – przypominam sobie, kiedy robi się szaro. Nawigacja pokazuje źródło. – Mineralna? – staram się przeczytać malutki napis. Biegniemy w dół, przez błoto i chaszcze. Przez bukowy, wciśnięty w koryto rzeki, las. Opuszczamy się stromym wąwozem, trafiamy na rzeczkę, napełniamy butelki i wybiegamy z kanionu z drugiej strony. Rozbijamy namiot w ciemności, na skraju zagajnika.
– Jaki niedźwiedź! – denerwuje się, nie wiem czemu, José. – Daj spokój, tu nie ma żadnych dzikich zwierząt, widziałaś w lesie małe świnki? Wilki zajmą się najpierw nimi, nie nami...
– A ten chłopak, który nas minął i niósł broń?
– Pewnie szedł na przepiórki.
Nocą wszystko otula mgła i nic nas nie niepokoi.
Za pastwiskiem ślad kół rozwidla się i znika. Błoto podmarzło, trawy ściął lekki mróz. Las, początkowo rzadki, gęstnieje, nawigacja pokazuje drogę w odległości pół kilometra. – Dojdziemy jakoś – ryzykuję, José nie protestuje. Przedzieramy się wśród starych buków i młodych dębów, przez wały spróchniałych pni, przez jeżyny. Stok jest stromy, ślizgamy się, obchodząc wykroty. Zaczepiamy o gałęzie, plączemy. Mapa w telefonie jest schematyczna, nie pokazuje terenu, tylko ścieżki. Nie zauważyłam, że od bliskiej teoretycznie drogi oddziela nas głęboki kanion. W dole skały, nad nimi, pionowe zbocze. Idę w górę rzeki, licząc, że tam się wypłaszczy. José zostaje z tyłu, szamoce w gąszczu. Na drugim brzegu pojawia się zarys drogi. To ta sama, którą opuściliśmy wieczorem, szukając wody. – Schodzimy – decyduję sama i zjeżdżam na butach do potoku.
Droga jest uczęszczana. Widać świeży ślad kół, w cieniu ziemia jeszcze zmarznięta, ale robi się ciepło. Za wzgórzem trafiamy na pasterski szałas. Wygląda z niego roześmiany mężczyzna. José daje się zaprosić na kawę. Domek jest sklecony z surowych dech, a jednak robi wrażenie. Czysty, z bieżącą wodą i widokiem, na który można patrzeć bez przerwy. W sypialniach wiszą ręcznie robione tkaniny, na podłogach leżą szmaciane dywaniki. Wszystko to kolorowe, jaskrawo pomalowano też ściany. W otwartych oknach falują haftowane firanki. Kawa jest dobra, mocna, parzona w stawianym na ogniu garnuszku, podana w złoconych filiżankach przy stole ustawionym na zewnątrz pod dachem.
– Niedźwiedzie? Tak, czasami przychodzą, wilków tu sporo, ale problemu nie ma. Jak podejdą za blisko, strzelam i po problemie – mężczyzna przewija zdjęcia dzikich zwierząt na smartfonie, oglądamy broń, ładną, starą z rzeźbioną kolbą. Częstujemy hiszpańską czekoladą. – Moje zwierzęta nie są głupie. Świnia (a u nas są ogromne świnie!) przez cały dzień chodzi po lesie, gdzie chce, a na wieczór wraca, żebym ją zamknął w chlewiku. Jest ostrożna, ma prosiaczki. Chcesz, to wystrzel – José składa się i strzela w łąkę. Huk wraca potężnym echem.
Nabieramy wody i ruszamy na południowy wschód. Granią. Po horyzont ciągną się łyse wzgórza, widać zabudowania pasterskich wsi, na przełęczy stoi opuszczony kamienny domek. Obok pomnik z kilkoma fotografiami. Napis po ormiańsku, więc go nie rozumiemy. Twarze młodych mężczyzn na owalnych jak medaliony fotografiach obrosły pomarańczowe porosty. Wiatr świszcze. Schodzimy stromo w stronę widocznych w dole piaszczystych dróg. Wybieramy tę biegnącą na południe, prowadzi do wsi. Rozpoznajemy to miejsce na mapie, przechodzimy rzekę, skręcamy w górę w bukowy las.
Mijamy zabudowania. Staruszek z psem. Stara kobieta przy prowizorycznej zagrodzie siedzi na stołku z dzieżą między kolanami. Chciałabym fotografować ludzi, ale mi głupio. – Idźcie szczęśliwie – odpowiadają na nasze pozdrowienia.
Kilkaset metrów dalej jest zadaszony stół piknikowy. Pełno ich tu. Nocujemy przy kolejnym identycznym, nad potokiem. Tam też jest źródło, przy nim kamienna płyta z wizerunkiem młodego mężczyzny. Jeszcze nie wiem, że takie stoliki stawiają bliscy zmarłych na pamiątkę. Często rodziny poległych żołnierzy. Stół i szerokie ławy pod dachem są suche, gotujemy obiad, kiedy przychodzi para starszych ludzi. Widzimy ich z daleka, niosą latarki. Zeszli, żeby nas zaprosić do domu. Jest kwartira, nie musimy zostawać w zimnie na dworze. Jesteśmy wdzięczni, ale postawiliśmy już namiot, już zmókł, nie chce nam się ruszać. Dziękujemy i rano znów zamieniamy z nimi kilka słów. Kobieta doi krowę w prowizorycznej szopie, mężczyzna mówi, że zostaną w górach jeszcze kilka dni, inni już schodzą, ale on poczeka, aż spadnie śnieg. Nie ma do czego się śpieszyć. Odprowadzają nas wzrokiem i czuję się winna, że nie skorzystaliśmy z kwartiry. Jakbym im coś odebrała.
Jest szaro, jeszcze nie nadszedł świt. Chrzęści zmarznięta ziemia. Mijamy kolejne stoły piknikowe. Wieś na grani jest opuszczona, pozostał nieład, jakby ludzie odjechali stąd wczoraj, jakby w pośpiechu. Mój mózg automatycznie układa znalezione resztki w historię. Warkoczyk upleciony z kolorowych gałganków – widziałam taki kiedyś przy uździe konia, ślady stóp męskie i kobiece. Bliskie, ułożone we wspólny rytm – w zmarzniętym błocie wydają się wieczne jak odciśnięte w betonie. Odciski racic dużych i malutkich, te duże zmierzają prosto drogą, małe tańczą w górę i w dół. Za grzbietem wychodzimy na ostre słońce. Na horyzoncie pojawia się zarys wysokich gór – Park Narodowy Dilidżan (Dilidżan).
– Którędy do Dilidżan? – pytam posępnego pasterza na kolejnej grani.
– Tamtędy, musicie wrócić – macha ręką w kierunku zachodu. Ujada pies.
– A tędy dokąd? – pokazuję południe.
– Donikąd – słyszę i nie zawracam. Ustalam to oczywiście z José, zgadza się. Dilidżan nie jest naszym celem, to miasto, a nam marzy się monastyr w Hagarcin (Haghartsin). Góry wydają mi się przechodnie, jest mało lasu, tylko trochę skał. Sądzimy, że niepotrzebna nam droga, więc skręcamy na przełaj przez trawy i schodzimy do kolejnej wioseczki. Pełno ich tu. Są opuszczone. Stada zeszły już z gór. Spotykamy tylko parę starszych ludzi. Odkręcają zawór schowany pod zardzewiałą klapą i nabieram wody.
– Dojdziemy tędy do Dilidżan?
– A macie kompas? Idźcie prosto na południe, to dojdziecie.
Tak robimy. Wdrapujemy się na kolejne wzgórze, w wiosce na szczycie kopci samotny komin. Idziemy w kierunku grupki domków na skraju urwiska, oświetlonej jakby specjalnie do zdjęć. Są puste. Schodzimy stromo aż do dna doliny. Nie znajdujemy drogi czy ścieżki. Kolejne chałupy to już ruiny. Trawa po szyję nie widziała krów od lat. Osty, pokrzywy, łopiany. Giniemy w zielsku. José schodzi nad rzekę macha, że tam jest lepiej. Gąszcz wydaje mi się obrzydliwy. Rozchylam uschnięte rośliny kijkami, szukam suchego miejsca na but, odklejam rzepy łopianów. W wyobraźni widzę żmije, robaki... Idziemy cieniem, wilgotnym i zimnym. José skręca w górę mniejszego potoku – na południe – i staje przy kolejnym stole piknikowym. Zarósł malinami, nie prowadzi do niego żadna ścieżka, ale spod skały wypływa źródlana woda. Jest też kamienny obelisk, chaczkar, przechylony, okopcony świecami, nie wiem jak stary. Wypełniamy wszystkie butelki i podchodzimy, aż zrobi się ciemno. Wydaje mi się, że rozpoznaję wzgórza na mapie. Rzeczka w kanionie, szeroka dolinka, w niej druga rzeka... Czasem widzę ślad ścieżki, czy może bezładnego deptania. Rozbijamy namiot w aksamitnej ciemności na wysepce oderwanej wiosną przez nurt. Teraz potok jest prawie suchy. Słychać szmer, schodzę, żeby się umyć, omal się nie wywracam i nagle – cud! Wschodzi księżyc! Czerń mięknie, pojawia się masa szczegółów. Jemy powoli, jak na pikniku. Gotujemy. Tłuczemy orzechy. Gadamy o niczym. Blask łagodzi wszystkie nocne strachy i uspokaja.
Wstajemy przed świtem. Namiot szeleści. Trawy pokrywa puchaty szron. – Jak dobrze, że nie piliśmy z tej rzeki! – José rozgląda się, dopiero teraz widać, dokąd doszliśmy. W strumieniu moczy się kupa gnoju zasłaniająca pasterski dom, na północ odbija gruntówka. Zanim obejrzę mapę i ustalę, że prowadzi do porzuconej wczoraj drogi do Dilidżan, José zniknie na horyzoncie, w trawach. Gonię go zła, ale złość szybko przechodzi. Idziemy czymś, co chyba też jest drogą. Kiedyś ktoś tędy przejechał. Ślady krzyżują się, rozdzielają na mniejsze, coś prowadzi na południe, na przełęcz. Znika w połowie drogi. Wchodzimy w gąszcz. Osty, pokrzywy, przegorzany. Czasem błoto. Za przechylonym betonowym korytem dla krów ruina domu, potem coraz więcej błota, więcej chaszczy, częściowo już zwarzonych przez mróz. Stromo. Coraz bliżej chmur. Na grani zabudowania. Niedaleko, ale obchodzimy bagienka, pasy błota, kupy kamieni, gęste pokrzywy. Sylwetki domów prawie nie rosną. Może dlatego, że są bardzo malutkie? Patrzę, jak nakrywa je chmura, czuję deszcz, widzę, jak José znika we wnętrzu i wraca. Macha, że jest otwarte, żeby biec. Wpadamy do starej wojskowej przyczepy, metalowej, solidnej. Widoczność znika. Po szybach płyną strugi jak warkocze. Gotujemy skapującą z dachu wodę. To już Park Narodowy Dilidżan. Duża wysokość. Góra przed nami przekracza 2700 m n.p.m. Gdzieś powinniśmy przeciąć opisany w internecie szlak – fragment planowanej transkaukaskiej trasy. Pomimo szumnych zapewnień na ich stronie, pomimo sponsorów, „wolontariuszy”, którzy za udział w znakowaniu musieli płacić tysiące euro, nie widać nic, ani jednej szlakowej plakietki. Spotkamy je następnego dnia w drodze do Gosz (Gosz), dublują istniejący od kilkudziesięciu lat szlak. Niczego nie wnoszą.
Tymczasem patrzymy na mgłę. Jak skleja się w chmury i drze w pasy, przekraczając grań. Jak spływa cienkimi stróżkami i rozmywa się w drobniejącym deszczu. Z przełęczy opada gruntowa droga. Na jej końcu leży monastyr Hagarcin, więc ruszamy. Pasterskie wsie są już puste, drogę znaczy świeży ślad setek krów. Przemieszane z gnojem błoto przyczepia się do butów jak klej. Pada, ale czasem się na chwilkę poprawia. Widać dolinę opadającą do Idżewan (Ijevan). Czym niżej, tym więcej drzew, więcej liści.
Na rozstajach woła nas człowiek z koniem.
– Zginęła krowa, nie widzieliście?
– Nie. Nie widzieliśmy.
Wychodzi słońce, zeszliśmy nisko, jest ciepło. Rzeka, tu już duża, szumi, przy zabudowaniach szczekają psy. Zwalniamy, ale ktoś niewidoczny je woła i odchodzą, puszczają nas. Wchodzimy w las. Z buków skapuje złoto, liście schną. Zjeżdżamy po stromym błocie wprost na wieś. Nowiutkie zabudowania seminarium (nie hotelu, jak sądziliśmy początkowo), znak restauracji, ale to tylko bar z samowarem i wypiekami. Siadam, ściągam mokre buty, José pochłania kolejne ciastka. Wycieczka Filipińczyków prosi, żeby im zapozował do zdjęć i chyba przez dziesięć minut obfotografowuje go z każdej strony. Mokrego, ubłoconego Hiszpana. Dziwaka chodzącego pieszo.
Restauracja, która mnie początkowo rozczarowała, okazuje się przyjaznym miejscem. Prowadzą ją dwaj chłopcy z Erywania. Wprawdzie nie ma tam nic do jedzenia dla mnie (poza jabłkiem), ale jest bardzo dobra kawa i gniazdko do ładowania telefonu. Zostawiamy plecaki i idziemy zwiedzać monastyr. Jest śliczny, świeżo odrestaurowany. Posklejany z małych kapliczek jak wiele innych kościołów w tym rejonie.
Kiedy wracamy, zaczepia nas mężczyzna malujący obraz na dziedzińcu. Pokazuje dobre miejsce na namiot, ale zaraz zmienia zdanie. – Idzie deszcz – mówi, wciągając powietrze nosem. Nic na to nie wskazuje. Jest słonecznie, pięknie, myśleliśmy o zejściu kilku kilometrów szosą. – Nie zdążycie, rozpada się najpóźniej do zmroku, ale to nie problem, wiem co zrobić.
Chodźcie! – Prowadzi do nieukończonego budynku, gdzie możemy się przespać na podłodze. Pada do rana. Wnętrze pachnie świeżymi deskami, w niezamkniętej na noc kawiarence naładowały się nam wszystkie baterie. Obiecaliśmy nie budzić naszego gospodarza przed ósmą, więc wstajemy późno jak na nas. Kiedy idziemy oddać klucz, okazuje się, że załatwił nam też podwózkę. Jest w nim tyle entuzjazmu, tyle radości, że tak się akurat trafiło, że nie odmawiamy, choć wolelibyśmy iść. Wdrapujemy się na pakę pomiędzy leśne jabłka (nie na powidła! – na wódkę) i kilku mężczyzn i dajemy się zwieźć do głównej szosy. Ten odcinek trzeba by iść po asfalcie, więc mała strata.
Sklep w Teghut jest malutki. Kiosk i stacja benzynowa. Cukierki, batoniki. Kawa. Siadamy, wypijamy po filiżance. José zgrywa się, myjąc ręce w zabawnym naczyniu produkującym niby bieżącą wodę – odwróconym baniaczku zawieszonym na konarze buka. Za chwilkę pani barmanka umyje w nim też nasze kubeczki. Nie ma tu innej wody. Do kawy kupujemy bombonierkę z Rosji, jest tańsza niż zwykła czekolada. Na papierkach namalowano pulchne rumiane dziecko w czapeczce otoczonej falbanką. Szosą co jakiś czas przejeżdża obładowany workami owoców samochód. Wypełniają wnętrza, leżą spiętrzone na dachach. Jabłka, gruszki. Ruszamy prosto w górę, bez ścieżki, lasem tuż za drogowym mostem. Rzeka jest mętna, zaśmiecona. Las gesty, grunt rozmiękły i śliski. Przecinamy tory kolejowe. Zarośnięte, zardzewiałe. Za nimi znów gęstwina buków, gdzieś w niej musi być początek drogi. Zziajani i obłoceni, wyszukujemy przerywaną kreseczkę w nawigacji. To ścieżka, ale się z czasem rozrasta. Prowadzi płaskowyżem przez złoty las. Wieje, sypią się na nas strumienie jesiennych liści. Są piękne, bajkowe, ale szkoda mi, że już lecą. Że zostawią nas z ogołoconymi drzewami.
Nad jeziorkiem Parz, niby rezerwatem, a naprawdę parkiem dla turystów, jest restauracja. Ciemne drewniane sufity, kute żyrandole, krzesła i stoły jak z Cepelii, pyszne jedzenie. Dalej prowadzi znakowany szlak (obity dodatkowo plakietkami Transcaucasian). Rozpoznaję mostki podobno budowane przez twórców szlaku (sfotografowane dumnie na ich stronie), połamane – bo zbite z listew tak cienkich, że wystarczy jedna krowa, żeby pękły, irracjonalnie wywieszone nad niczym, pośród błota. Na drzewach są napisy wyryte w korze lata temu, po rosyjsku i po ormiańsku. Jeszcze za ZSRR. Trudno się zgubić, zwłaszcza że idziemy drogą. Znaki urywają się na skarpie, skąd widać już Gosz. Kluczymy, schodzimy skałami, wprost na monastyr. Ktoś częstuje nas włoskimi orzechami. Przymila się do nas czarny pies. Zwiedzamy, zaglądamy do sklepu, pytamy o drogę. Pies nas nie odstępuje. José uważa, że to zabawne, ja się martwię. Tuż przed jeziorkiem Gosz znów trafiamy na plakietki Transcaucasian, możliwe, że teraz poprowadzono szlak lasem. Nie dociekamy, bo robi się ciemno. Rozbijam namiot przy stole piknikowym w ciemnym lesie, José szuka źródła. Pies wykopuje sobie dołek. Nie karmimy go, mamy nadzieję, że odejdzie nocą. Większość drzew już jest bezlistna. Staw ponury i czarny. Noc wietrzna. Nie jestem pewna, jak znaleźć dalszą drogę.
Szaro. Wiatr wznosi tumany liści, marszczy jezioro. Pies jest mniej entuzjastyczny niż wieczorem, ale zdecydowany nas nie opuścić. Nie pomaga tupanie, hukanie.
– To twoja wina – denerwuję José. – Uwiodłeś go, mówiłeś mu, że jest piękny, głaskałeś, pewnie myśli, że zostaniesz z nim całe życie.
– Idź sobie, wracaj do domu, odejdź... – Pies zwalnia, staje, trzyma dystans, ale nie wraca. – To na nic. Nie odejdzie. Po co mamy się złościć. Cieszmy się dniem. Pies jest dorosły, sam zdecydował – upiera się José.
Nic mi się nie zgadza się z nawigacją, mylę kierunki, więc zawracamy i idziemy na południe jak zwykle. Jakoś się to dotąd sprawdzało. Ponad lasem wieje. Decydujemy się iść granią. Czasem jest tam jakaś polna droga, czasem ta, którą wybieramy kończy się nagle i wdrapujemy się przez trawy czy las w kierunku, jaki pokazuje nawigacja.
Dwieście metrów do drogi... Pięćdziesiąt, dwa metry...
– Jest?
– Świeża niedźwiedzia kupa!
Pies jest zadowolony. Rozumieją się idealnie z José, trudno mi ich dogonić. Trasa jest monotonna. Za każdym pagórkiem odsłania się kolejny, równie goły. Plan, żeby obejść górą całą dolinę, traci sens. Zająłby wieki. Schodzimy, najpierw trawą, suchą łąką po pas, potem strumieniem, w końcu błotnistą drogą. Cofamy się w dół doliny, bo gdzieś tam powinna być wieś. Jest pusta. Nie spytamy o drogę, nie nabierzemy wody. Siadamy w opuszczonym sadzie i chrupiemy jabłka prosto z ziemi. Pyszne, wielkie, twarde i zarumienione, a w smaku prawie zupełnie dzikie. Słodko-kwaśne z aromatem leśnych owoców. Będę ich potem szukać w sklepikach i na straganach, ale chyba rosną tylko tam. W Geghatap. Z góry, z grani, usłyszymy z tej wsi stłumione głosy. Jakby wołały się dzieci, szczekał pies.
Stromy las. Gąszcz nie przycinany od lat. Pnie poryte galimatiasem napisów. Rosyjskie, ormiańskie. Takie, jakie wydrapują turyści, nie miejscowi. „Tu byłem”. „Jaś kocha Małgosię”, „Zawsze razem”... Nigdy nie przestanę się zastanawiać, co z tego zostało w prawdziwym życiu. Czy przetrwało tak długo jak rana w korze? Czy zniekształciło się, poskręcało jak na młodych bukach, porozrastało, porozlewało i pogubiło w pęknięciach i zmarszczkach? Las rzednie, wchodzimy w pokrzywy po pas. Na łączce leży karton po soku. – Ma datę przydatności do września – odczytuje José. – Jesteśmy na szlaku!
Na przeciwległym zboczu błyszczy biała kropka. Nawet przez teleobiektyw nie mogę dostrzec, co to. – Szybciej – decyduję, bo już się ściemnia. – Może to domek, jakieś dobre miejsce na noc? – Lecimy zboczem, José jest coraz dalej ode mnie. Widzę go niemal przez cały czas. Na końcu zwalnia, kręci się w kółko zawraca. Już bez entuzjazmu. Rozumiem. Szukam miejsca na namiot – jedyne możliwe jest w suchym żlebie na samej ścieżce. Zanim José do mnie wróci, zdążę wyzbierać kamienie. Wraz z nocą przychodzi deszcz. Pies próbuje z nami wejść do namiotu. Żal mi go zostawiać na zewnątrz, ale namiot jest mały. Pies bezdomny, pewnie ma pchły. Kiedy po chwili wyciągam rękę, żeby wymacać, gdzie śpi, czuję, że wszedł pod tropik. Wszystko ok, jest suchy. Rano z entuzjazmem zje jamón serrano. Nie mamy jedzenia dla psa. Biała kropka to cysterna. Dzięki niej mamy czystą wodę. Jesteśmy tuż pod granią.
Poprzedniego dnia wychodząc z Gosz, myślałam, że zejdziemy nad jezioro. Ale Sewan leży bardzo wysoko i nad to jezioro trzeba wejść, nie do niego zejść. Drapiemy się jeszcze nieco senni. Góry są łyse, trawy zżółkłe. Wiatr marszczy wodę w bagnistym stawku. Ogromna połać jeziora odbija wędrówkę słońca we mgle. Róż. Pomarańcz. Blady żółty. Pies zbiega, bo już czuje wieś. Schodzimy stromo, bez drogi. Na wprost. Pod nami stado owiec wśród jakiś gratów. Cowagjuch (Tsovagyugh). Rozdeptana ulica. Złom. Pordzewiałe maszyny, samochody. Zamieniamy kilka słów z pasterzem. Idziemy do szosy, błądzimy wśród podwórek. Ogródki, śmietniki. Linia kolejowa nieczynna od lat. Z daleka widać hotele nad jeziorem. – Chodźmy na kawę – mówię, ale znajdujemy tylko stację benzynową i sklep. Hotele to nieukończone ruiny. Wiatr gna drogą torby foliowe. Kupujemy pęto kiełbasy dla psa. Potem drugie. Łyka mięso, nawet go nie gryząc. Wydaję kolejne 500 dram. – Nie je chleba! – dziwi się mężczyzna ze sklepu. Opowiadam, skąd mamy psa. Mówi, że może go wziąć. Jego syn patrzy na ojca błagalnie. Wychodzimy. Idziemy na stację benzynową. Nie ma kawy, ale dostajemy herbatę. Siadamy, pijemy. Za chwilkę znów mamy psa. José wraca, chłopiec ze sklepu uwiązuje zwierzaka za szyję sznureczkiem. Pies przegryza go w kilka sekund. Jest wesoły, zabawny jak wczoraj, zdecydowany nas nie opuszczać. „No co wy, nie zostawiajcie mnie” – mówi całym ciałem – „czy nie było nam dobrze razem?”. Nie wiemy, co zrobić. To nie jest wędrowny pies. Łapki ma pościerane do krwi. Jeszcze raz odprowadzamy go do sklepu. Chłopiec powtarza, że bardzo chce psa. Tym razem zamykają go w domu. Próbujemy wsiąść do autobusu, ale kierowca nas nie wpuszcza, choć ma miejsca – widać, są zarezerwowane dla miejscowych. Łapiemy stopa i odjeżdżamy trzy kilometry. Wypatrujemy czarnej kropeczki, ale tym razem nic nas nie goni. – Ma rozum, jak mu się tu nie spodoba, wróci do Gosz – próbuje mnie uspokoić José.
Rozstajne drogi. Ściana deszczu. Pusta butelka wypada z kieszonki mojego plecaka, sunie po kałuży. José próbuje wyciągnąć pelerynę, ja złapać butelkę. Irracjonalnie, bo wokół mnóstwo innych śmieci. Nie chcę przy tym wejść do wody, więc latam wokół rozlewiska. Już prawie dosięgam uciekinierki, wiatr skręca i historia zaczynała się od nowa. Wokół pełno gapiów.
– Mogę w czymś pomóc? – to kierowca rozklekotanej łady.
– Podrzucić was?
– Tak, do Sewanu – decyduję bez zastanowienia. – Ile to będzie kosztowało? Po drodze chcielibyśmy zobaczyć klasztor.
– 1000 dram.
Malutko. Trochę się boimy zostawiać w samochodzie rzeczy, ale nic się nie dzieje. Pada, wieje. Słynny klasztor Sewanawank nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Jest mi żal, że nie idziemy piechotą, chociaż przed wyjazdem nie znalazłam alternatywy dla tej szosy. Przejeżdżamy 30 kilometrów. Szybko. Niemal natychmiast. Miasto Sewan wydaje się zimne i bure. Nawet nie robię mu zdjęć. Sklep, musimy kupić jedzenie. Szewc – zastępuję wkładki do butów nowymi, włochatymi, uszytymi z wełny. Restauracja – trzeba naładować telefon. Zapakować do plecaków zakupy. Też kłopotliwe prezenty od taksówkarza wręczone nic nie rozumiejącemu José (ja odmówiłam). Wędzona ryba, paczka rogalików z kremem... – Na czym on w zasadzie zarabia? – zastanawia się José, a ja się martwię, bo słuchałam, co mi opowiadał po drodze. O dzieciach, które wychowuje sam. O Rosji, skąd pochodził jego ojciec i do której by chciał kiedyś wrócić, o Moskwie, gdzie miałyby studiować dzieci.
– To chyba drogie miejsce – wtrąciłam.
– Nic nie jest zbyt drogie dla moich dzieci!
Mówił, że zaczeka przed sklepem, ale kiedy wychodzimy, już go nie ma. Może, kiedy José kupował tony cukierków, a ja wybiegłam na chwilę do szewca, pomyślał, że już odchodzimy? Restauracja jest dziwnie pusta, jesteśmy sami. Obsługa speszona, czy może zdziwiona błotem, plecakami, zamówieniem. José zamawia kurczaka, dostaje całą kurę, ja jajecznicę, która pewnie powinna być na śniadanie. Zupa, czaj, który nie jest czarną herbatą. Wychodząc, dostajemy torbę pasztecików – w prezencie od szefa kuchni.
Na chwilkę wychodzi słońce. Bierzemy taksówkę, żeby wyjechać z centrum. To, co na mapie wydawało się górską drogą, prowadzi do kamieniołomu. Pobocza zasypują góry śmieci. Na krzakach pozawieszały się foliowe torby, papiery. Wysiadając, waham się, gdzie wyrzucić chustkę do nosa. – Gdziekolwiek – radzi taksówkarz.
Mżawka dopada nas za kamieniołomem. Wulkaniczne stożki zasnuwa chmura. Idziemy gruntową drogą, przez zżółkłe, czasem spalone łąki. Na południe, jak zwykle. Deszcz nasila się, wzmaga się wiatr, a wieje w twarz. Skręcamy w labirynt niskich pagórków, pomaga tylko na chwilę. Widoczność spada, drogi rozdzielają się i łączą. Przemokły buty. Deszcz siecze, zalewa oczy, więc zakładam słoneczne okulary. Koło trzeciej podajemy się i ustawiamy bokiem do wiatru. Na wschód. Inaczej nie da się iść. Na rozstajach zaglądam do nawigacji. – Popatrz, tuż obok nas coś jest! – powiększam, to kościół. Zdejmuję okulary, podnoszę opuszczony na twarz kaptur. Dwadzieścia metrów od nas stoi kamienny budynek. Otwarty. Czujemy się głupio, rozwieszając mokre rzeczy na grobie – bo tym chyba są pełne napisów płyty w środku kapliczki. Wokół sporo miejsca, można by tu przenocować. Ustawiamy garnki tam, gdzie najmocniej spływa z dachu, ale deszcz ustaje, a nie mamy zapasu wody. Więc wychodzimy. Nie ma już szans na dojście do zaplanowanego wcześniej biwaku, do źródła. To wulkaniczne, bardzo suche góry. Kilometry lawowej pustyni. Powinniśmy byli zostać w Sewan na noc. Dzisiejszy dzień wydaje mi się w całości błędem. Taksówka, porzucenie psa...
Mapa wskazuje, że dziesięć kilometrów dalej na mapie jest hotel. Droga wiedzie w dół, do tego pcha nas wiatr. Stylizowane na starą wieś budynki stoją na cyplu jeziora Sewan. Wszystko jest takie jak w naszym zachodnim świecie, śliczna łazienka, czyste ręczniki, czajnik, herbata, wi-fi. Dopiero później nauczymy się cenić takie rzeczy. Teraz czujemy się nie na miejscu. Brudni, mokrzy, na śniadaniu najbardziej głodni ze wszystkich. Tak nagle wrzuceni w inny świat, niby normalny, a wcześniej go tu nie widzieliśmy.
Pada, wieje, na szczytach zbiera się świeży śnieg. Nad jeziorem przetaczają się ciężkie chmury dziwnie brązowe. Lśniącą szosą jedzie ciężarówka z kapustą. Prognoza pogody jest zła. Wychodzimy koło południa, trafiamy na nigdy nie ukończony nasyp kolejowy i zamiast w góry, teraz zbyt niebezpieczne, idziemy na południe wzdłuż jeziora. Przez głazowiska, suche trawy, dziwacznie pofalowane wzgórza, stare, już porośnięte pola lawy nieprzecięte ani jedną rzeką. Do Hajrawank (Hayravank). Skoro przepadł fragment Gór Gegamskich, niech będzie chociaż monastyr. Mży, wieje, mijamy ruiny sowieckich marzeń i góry śmieci. Oficjalne (na pewno, bo widzę śmieciarkę) i dzikie, porzucane przez kolejne wsie w suchych wąwozach. Ręcznie spawana rama roweru. Alembik? Złocona porcelana, para nowych butów... Wszystko to wśród pasących się stad, w obłokach foliowych toreb. Do tego światło, nieziemskie. Teatralne punktowe oświetlenie. Czasem tęcza. Tuż przed Berdkunk ruina kołchozu, przy niej rzeźbiony wodopój i chaczkar pokryty ognistopomarańczowym porostem. Po horyzont bezdenne błoto i mgła.
– Co wy tu właściwie robicie? – samochód przyjeżdża znienacka. Opada ciemna szyba. Wypływa chmura tytoniowego dymu.
– Idziemy – wyjaśniam, chociaż chwilowo siedzimy.
– Gdzie, po co, skąd jesteście?
– Z Hiszpanii – pręży się dumnie José.
– Może przewieziecie nas panowie przez błoto? – sugeruję, licząc, że to zniechęci do śledztwa. Jesteśmy upaprani po szyję, a samochód drogi, prawie nowy.
– Nie... no... nie jedziemy daleko – kierowca zawraca, zjeżdża.
Dojadam resztę sera z popcornem, José zwija w rulonik swój chleb. Zanim wstaniemy, podjeżdża drugi samochód. Ciemna szyba opada, świdruje nas niechętny wzrok. José uprzejmie recytuje: zdrastwujtie. Facet tylko kiwa głową. Nie przestaje zerkać, nawet kiedy ten pierwszy wróci i z lekceważeniem widocznym z kilku metrów wytłumaczy mu, że szurnięci turyści. Niegroźni, nie ma czego się bać. Obserwujemy wymianę dóbr.
– Instalacja grzewcza dla krów? – zgaduje José.
– Amunicja? – podgrzewam atmosferę (bo przecież zimno).
– Eee... destylarka?
Drugiemu nie podoba się nasze zainteresowanie. Zatrzaskuje już pusty bagażnik. Zza ciemnej szyby wylatuje pudełko po papierosach. Eksploduje rozjechana kałuża.
– Do swidania – recytuje uprzejmie José.
Kierowca drogiego samochodu wyrzuca przez okno pustą torebkę. Folia nadyma się i odlatuje z wiatrem. Schowany w mroku towarzysz kierowcy tylko patrzy. Odjeżdżają w góry, a nasza nawigacja nie widzi tam żadnych dróg. Brniemy w mazi. Długo, chyba z kilka kilometrów. Niżej trafiamy na wieś, potem na szosę. Znak drogowy pokazuje hotel. José skręca, sprawdza i mówi, że zamknięta ruina. Idziemy na kawę do baru – budki z papierosami. Niby nie ma, ale dostajemy. Cieszę się, jest przejmująco zimno. Dama ze złamanym nosem potwierdza, że hotel zamknięty. Czerwony na twarzy „mafiozo” mówi, że wcale nie.
– 15 tysięcy – sugeruje – a jak bez rachunku, to 10.
– Nie ma mowy! – burzy się José. – To ruina.
– Jest bania, my też tam mieszkamy, zaraz przyjdzie człowiek, co ma klucz... – Dama staje się nadzwyczaj gorliwa. Papierosowy dym gryzie w oczy. We wnętrzu robi się coraz gęściej. Kupuję popcorn. Cena spada do sześciu tysięcy.
– I jeszcze 600 za kawę – dolicza skrupulatnie właściciel.
– Zgódź się – negocjuję z José – pada, wieje.
– No dobra – słyszę.
Zostawiamy plecaki i idziemy obejrzeć monastyr. Jesteśmy sami, nad Sewanem przetacza się wał ciemnych chmur, mgła wiesza się na wulkanach, błyska resztka zachodu słońca. Wracamy szybko, bo tu zmierzch zapada niemal w jednej chwili. W hotelu nie ma ogrzewania i ciepłej wody. Lampka na korytarzu błyska jak stroboskop. Popcorn śmierdzi zjełczałym tłuszczem. Zostawiam go na stole rozżalona, nie jem glutenu i to tutaj mój jedyny chleb. Nocą w szyby bębni poziomy deszcz. Budzik dzwoni przed szóstą. Jest dziwnie jasno. Wyglądam przez okno – biało. Zostawimy klucze pod wycieraczką (stąd wcześniej wziął je wprowadzający nas chłopak). W hotelu nie ma żywej duszy, a jedyny ślad na śniegu jest nasz.
Świat błyszczy, wzgórza przypominają zimową Laponię, domy już nie są szarobure, tylko polukrowane jak ulubione ormiańskie ciastka José – pierniczki z cynamonem, znane mi z dzieciństwa jako katarzynki. Idziemy niedaleko jeziora, plątaniną polnych dróg lub bez śladu, jak zawsze przed siebie, na południe. Widzimy z daleka Gawar ośnieżony, bajkowy. Mijamy miejsca, gdzie latem urzędowali pasterze, zasieki z wraków samochodów, domki z autobusów. Koło południa spotykamy też ludzi. Myśliwy, który się wybierał na wilka, pasterz z kilkoma owcami i duże stado, tuż przed Cachkaszen (Tsaghkashen) – naszym celem. Wieś jest jedynym miejscem, gdzie spodziewam się dostać czystą wodę, mam też nadzieję na sklepik. Świeci słońce, śnieg mięknie, nieskazitelna biel wsiąka w błoto, wejścia do wsi broni wielki pies. – Idźcie w kółko, on nikogo nie lubi, jak podejdziecie za blisko, ugryzie – macha do nas jeden z pasterzy. Nie rozumiemy, co oznacza „w kółko”, więc podchodzi, pokazuje drogę. Brniemy w rozjeżdżonej mazi. Sklep jest zamknięty, ale jakaś kobieta pędząc przed sobą stado owiec, przyprowadza nam też sprzedawczynię. Lustruję sterty spiętrzonych rzeczy i nie znajduję nic ciekawego. José kupuje ciastka, cukierki. Jemy przed sklepem. To znaczy on je, a ja patrzę. Wkurzam się, kupuję piwo i wędzoną rybę. – Weź dwie – krzyczy José, więc biorę. Piwo jest niedobre, kupuję tan (maślankę rzadszą i bardziej kwaśną niż nasza). Nie wiem, jak zjeść rybę. Nie da się. Otwieram butelkę z tanem. Jest przeterminowany i wybucha, zalewa mi spodnie i kurtkę. Gapie chichoczą. José nawet nie przerywa jedzenia... Mam dość. Sprzedawczyni macha, że nic takiego, można pić. Siedzę na plecaku, słońce świeci mi prosto w twarz. Jestem głodna, więc piję, ścieram plamy. Wyciągam z plecaka zimny ser. Tego też się tutaj nie kupi. Każdy robi go sobie w domu, w sklepie są rzeczy z innego świata, alkohol, papierosy, cukierki... Wyżej trafiamy na kolejny sklepik. Sprzedawczyni nalicza kwotę na liczydle. Zjadam nugatowy cukierek, pakuję sobie resztę na drogę i już mi lepiej. Powyżej wsi bawią się dzieci. Zaczepiają nas po angielsku, są entuzjastyczne, ale znają tylko kilka słów, rosyjski idzie im znacznie lepiej. Wzdłuż rzeki ciąganie się dróżka. Na rozwidleniu kłócimy się, czy lepiej na grzbiet, czy przebijać się ośnieżonym kanionem. José upiera się, że kanionem, ale musimy z niego szybko wyjść, ścieżka znika, jest ciasno. W cieniu robi się lodowato, podejście jest strome, zostaję z tyłu, potem razi mnie słoneczny blask. José jest już daleko, z góry, wcale nie drogą jedzie w jego stronę ciężarówka. Staje, kierowca gestykuluje, tłumaczy coś, potem powtarza to, kiedy podchodzę. – Niedźwiedź! Ogromny! Uciekajcie, nie możecie tu zostać na noc. – Dziwimy się nerwowości, bo w samochodzie jest broń, dziwimy patrząc, jak zjeżdżają chaotycznym zygzakiem. Wracamy do kanionu po wodę i schodzimy przeciwległym stokiem. Porzucam myśl o dotarciu do zaznaczonego w nawigacji źródła. Wizja niedźwiedzia jest zbyt przekonująca. Nocujemy w ruinie, jakby pozbawionej dachu piwnicy. José zastawia wejście wrakiem samochodu (cokolwiek zechce tu wejść zrobi rumor). Przed północą budzi nas huk wystrzałów, wydają się bliskie, więc cieszymy się, że osłaniają nas ściany. Noc jest gwiaździsta i zimna. Zamarzają nieschowane w śpiworze buty José i pozostawiona obok nich woda.
– Niedźwiedź... co za bzdura – śmiejemy się, rozmrażając buty. W słońcu nocne strachy wydają się nieprawdopodobne. Zła pogoda skończyła się wreszcie. Świat jest cudownie spokojny i piękny. Złote trawy przebijają się przez świeży śnieg. Łagodna biała linia pagórków spływa do jeziora Sewan. Słońce piecze, ciepło odbija do nas kamienna ściana. Ruszamy wzdłuż rzeki prosto w górę. Na północnym zboczu pojawia się pasterska wieś, miejsce, gdzie nawigacja wskazywała źródło. Być może tu byśmy nocowali, gdyby nie panika panów z ciężarówki. Nie zaglądamy tam już. Nasza ścieżka wspina się ponad urwisty kanion i skręca na grań. Porzucamy ją. Schodzimy stromym, wypalonym jesienią stokiem, omijając śnieg. Bez raków jest dla nas zbyt zmrożony.
W dole jest upał. Widoczny z daleka domek okazuje się miejscem piknikowym, jest kamienny, więc nadal obwieszony soplami, pasterska wioska, opuszczona co najmniej dwa tygodnie temu. Za zwężeniem kanionu leży kolejna, też zabezpieczona na zimę. Pojedyncze domki są pootwierane, większość pozaklejano folią. Droga wspina się w górę pięknej doliny, ale musimy z niej zejść. Nie da się podejść bez raków! Próbujemy z drugiej strony wsi, tam, gdzie słońce wytopiło śnieg. Początkowo łagodnie, potem podmokło. W wysokie trawy. Przechodzimy z jednej strony rzeczki na drugą po oblodzonych kamieniach, po lodzie. Stromizna, obryw, prawie pion. Za nami złoto, cień depce po piętach.
– Jak stąd zejdziemy? – zastanawia się José, ale mnie bardziej martwi niedźwiedź. W plecaku mam dwie wędzone ryby. Poprzedniej nocy opakowałam je w kilka folii, spaliśmy w zabezpieczonym miejscu, teraz idziemy w kompletną dzicz.
– Jestem głodna – oznajmiam, kiedy znów nas dotyka słońce. – Nie, nie cukierki, lepiej pozbądźmy się ryb. – I tak robimy, choć José patrzy zdziwiony. Kręgosłupy wędrują w dół rzeki. – Uff... po problemie – oddycham z ulgą.
– Wątpię – studzi moją radość José. – Teraz śmierdzi nam z ust.
Ruszamy. Śnieg już zesztywniał od mrozu. Woda zamarzała. Płaskowyż, który się przed nami otwiera, jest kamienisty, rozległy, z pięknym widokiem na Sewan. Biegniemy w stronę przełączki, na którą powinna wyjść niedostępna przez oblodzenie droga. Omijamy dziury za kamieniami, szukamy płytszych miejsc. Wleczemy się, a zmrok się śpieszy. Rozbijamy namiot na zaspie wśród skał. Noc jest upiornie zimna. Znów zamarzły buty José, tym razem schowane w nogach śpiwora, moje wsunięte pod głowę oblodziły się też z jednej strony. Po całym dniu w śniegu są mokre, więc kiedy je zakładam na stopy, porastają lodem. To trzy tysiące metrów, jest październik. Nic dziwnego.
Chrupie szreń, słońce jest zimniejsze niż wczoraj. Nie mamy wody. – Roztopmy, mamy mnóstwo gazu – proponuję, ale José się nie chce. Nawigacja pokazuje kilka źródeł. Zaliczamy te miejsca po kolei bez skutku. Wszystko zmarznięte, jeziora są skute lodem. Zrobiłam błąd, nie próbując nabrać w jednym, które minęliśmy całkiem blisko, może z kilometr. Z góry widzieliśmy potem na nim niezamarznięte miejsce, ale wtedy już nam się nie chciało wracać.
– Twoja wina – wypomina mi co pięć minut José.
– Wcale nie! Mówiłam, że poczekam, chcesz, to idź. Zresztą trafimy na drugie jezioro...
