Scarlett. Gabriel Legend #2 - Meghan March - ebook + audiobook

Scarlett. Gabriel Legend #2 ebook i audiobook

Meghan March

4,2

Opis

II część trylogii GABRIEL LEGEND

Scarlett Priest. Nie powinien jej zaczepiać. Nie miał prawa jej dotykać ani pragnąć. I za żadne skarby świata nie mógł jej pokochać. Bo był przeklęty. Oto ten, który za życia stał się legendą, został skazany na samotność przez jakieś fatum. Każdy, kogo pokochał Gabriel Legend, kończył źle. W najlepszym razie kończyło się na złamanym sercu, w najgorszym - na paskudnej śmierci. Gabriel wyrzucał sobie, że przez chwilę miał czelność myśleć, że mógł bezkarnie pokochać księżniczkę. I samemu także być kochanym...

Ten facet był inny niż wszyscy mężczyźni. Po tym, jak wtargnął w życie Scarlett, nic w jej życiu nie było takie jak wcześniej. Przypominał tornado, nie sposób było przygotować się na taki żywioł. Przez chwilę Scarlett wierzyła, że czeka ją odrobina szczęścia i miłości. Zaufała - i po raz kolejny przekonała się, że nie wolno ufać. Nie wolno kochać. Miłość przecież rani i doprowadza do zguby...

Oto prawdziwe życie, w którym związek Gabriela i Scarlett nie miał racji bytu. Ubogi, zły chłopak nigdy nie zdobędzie serca księżniczki. Wrogowie z przeszłości nie wybaczali i byli gotowi na wszystko, aby dopiąć swego. Kochankowie z różnych światów nie mieli szans, aby pokonać przeciwności losu i cieszyć się swoją miłością.

Gabriel nie umiał pogodzić się z przegraną. Dobrze wiedział, że Scarlett była kobietą jego życia. Dla niej poszedłby do piekła. Tyle że to mogło nie wystarczyć. Jak miał odbudować utracone zaufanie? Jak mógł przekonać świat, że zasługuje na odrobinę szczęścia? Jaką walkę musiałby stoczyć, aby zdobyć szacunek i odzyskać miłość?

Przeszłość pełna ciemności. Czy można przetrwać, gdy nie ma się nadziei?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 58 min

Lektor: Czyta: Monika Bednarek

Oceny
4,2 (6 ocen)
4
0
1
1
0
Sortuj według:
kosliczanka

Z braku laku…

Książka ciągnie się jak flaki w oleju. Ta część powinna być tylko rozdziałem lub dwoma w książce a nie samą książką.
00
AgaAgi

Nie oderwiesz się od lektury

Nawet przeciwieństwa się przyciągają, polecam serię.
00

Popularność




Meghan March

Scarlett

Gabriel Legend #2

Przekład: Edyta Stępkowska

Tytuł oryginału: House of Scarlett (Legend Trilogy #2)

Tłumaczenie: Edyta Stępkowska

ISBN: 978-83-283-6773-9

Copyright © 2019. House od Scarlett by Meghan March LLC Cover photo and design: © Regina Wamba Mae I Design

Polish edition copyright © 2021 by Helion SA

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/scagl2_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion SA ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected]: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

O książce

Gabriel Legend był inny niż wszyscy mężczyźni, jakich wcześniej znałam.

Wtargnął w moje życie niczym burza i wstrząsnął moim światem pełnym uprzedzeń i stereotypów.

Nie byłam na niego gotowa. Nie byłam gotowa na żadną z rzeczy, które się wydarzyły.

Lecz życie nie czeka, aż będziesz gotów.

Jakkolwiek się to skończy, jednego jestem pewna:

Nigdy już nie będę tą samą Scarlett, którą byłam, zanim go poznałam.

Scarlett to druga część trylogii o Legendzie i stanowi kontynuację Upadku Legendy. Opowieść o Scarlett i Legendzie kończy to Decydujące starcie.

Rozdział 1.

Gabe

Dwadzieścia pięć lat wcześniej

Z oddali dochodził skowyt syreny alarmowej, a ja szarpałem mamę za ramię, próbując ją obudzić.

— Musimy uciekać. Mówią, że trzeba iść do schronu.

Mama widocznie znalazła jakąś butelkę, którą sam przeoczyłem, kiedy wylewałem do zlewu cały alkohol. Jak się okazało, nadaremno, bo teraz znów leżała nieprzytomna na kanapie.

— Jeszcze chwila — wymamrotała. — Zaraz wstaję do pracy.

Roześmiałbym się, gdyby nie to, że martwił mnie nadciągający huragan. Od ponad roku nie miała pracy, a te grosze, które udawało jej się przynieść do domu… Przełknąłem głośno ślinę. Nie chcę o tym myśleć.

— Ewakuują całe osiedle. Musimy uciekać.

Mieszkaliśmy w jednej z blaszanych przyczep, co oznaczało, że gdy bezlitosny wiatr zmiatał wszystko na swej drodze, a stacje telewizyjne wysyłały do Biloxi swoich reporterów, aby dokumentowali zniszczenia, my musieliśmy szukać bezpieczniejszego schronienia.

— Idź sam. Ja dołączę do ciebie później. — Nie ruszając się z kanapy, poklepała mechanicznie moją dłoń, a ja zacisnąłem zęby, gdy dodała: — Dobre dziecko z ciebie.

Chujowo było mieć dziewięć lat. Nie miałem dość siły, żeby ją podnieść z kanapy i wynieść z przyczepy. W każdym razie jeszcze nie teraz. Bo kiedyś będę miał. I wtedy nikt mi nie będzie mówił, co mam robić, a te łobuzy, które ukradły mi rzeczy po drodze ze szkoły, nie ośmielą się mnie tknąć.

Zacisnąłem dłonie w pięści i przyklęknąłem.

— Mamo, wstawaj. W schronie będzie alkohol.

Natychmiast otwiera przekrwione oczy, dokładnie tak, jak się spodziewałem.

— Ktoś robi imprezę huraganową?

— No, coś w tym stylu.

Nie było żadnej imprezy, ale powiedziałbym cokolwiek, byle tylko się ruszyła. Nie była najlepszą matką na świecie, ale poza nią nie miałem nikogo. I wiedziałem, że mnie kocha. Naprawdę. Gdyby musiała wybierać, wybrałaby mnie zamiast butelki. Tego byłem pewien.

— Dobrze, dobrze. Idę. Tylko się trochę odświeżę. Muszę poprawić szminkę.

Sturlała się z połamanej kanapy, ale nie mogłem jej pozwolić spojrzeć w lusterko. Wtedy nigdy byśmy stąd nie wyszli. Szminkę miała rozmazaną aż na policzek, oczy jak panda, a ja chciałem zapomnieć o facecie, który ją w nocy odwiózł do domu, zalaną czarnymi łzami. Kiedy tylko weszła do przyczepy, zaczęła przetrząsać wszystkie szafki i schowki w poszukiwaniu alkoholu. Ja natomiast tylko się ucieszyłem, że bezpiecznie dotarła do domu, i poszedłem spać. Nauczyłem się spać pomimo hałasu, ale wycia syren nie przespałby nikt. Było o wiele za głośne.

— Mamo, wyglądasz super. Chodźmy już. — Miałem nadzieję, że wybaczy mi to kłamstwo, bo naprawdę nie było już czasu.

— Okej, okej. Wezmę tylko torebkę.

Sam ją zabrałem ze stolika, zawalonego niezapłaconymi rachunkami i gazetkami ze sklepów spożywczych, w których na nic nie było nas stać. Czek, jaki dostawaliśmy od państwa, mama jak zwykle przepiła. To cud, że w tym miesiącu zapłaciła czynsz. Nienawidziłem, kiedy Tony, zarządca osiedla, przychodził do nas, żeby nam grozić eksmisją i wyzywać nas od patologii.

Zarzuciłem na ramię plecak, do którego spakowałem nasze najcenniejsze rzeczy — osiemdziesiąt siedem dolarów, które w tajemnicy przed mamą zarobiłem, plewiąc ogródki i wykonując drobne prace dla sąsiadów. Jej inhalator, w którym zostało tylko kilka dawek, nasze akty urodzenia oraz scyzoryk, który znalazłem, kiedy para z przyczepy numer osiemnaście uciekła w środku nocy, nie płacąc czynszu.

Nie było tego wiele, ale na razie wystarczy.

Kiedyś wszystko będzie inaczej.

Kiedyś będę dość duży, żeby znaleźć pracę i zapłacić rachunki. Nikt nie będzie nas mógł wyrzucić, bo czynsz zawsze będzie zapłacony na czas. A w lodówce będzie jedzenie i może nawet herbatniki w szafce.

Zanim na dobre zapędziłem się w marzeniach o tym, jak bardzo wszystko się zmieni, kiedy to ja się o nas zatroszczę, mama wcisnęła sobie torebkę pod pachę i wyprostowała plecy. Jak na kogoś, kto był mamą, dalej wyglądała ładnie. Miała długie jasnobrązowe włosy, tak jak ja. Jej jasnoniebieskie oczy też były takie jak moje, tylko jej były zbyt ładne. Zawsze gdy jakiś mężczyzna ją wypatrzył, pakowała się w kłopoty.

— Chodźmy, mały. Pora się zabawić.

Wiedziałem, że rozpęta się piekło, kiedy mama się zorientuje, że w schronisku nie ma alkoholu, a jedynie ludzie przerażeni tym, że mogą stracić wszystko, jeśli wiatr przybierze na sile tak, jak to zapowiadali. Ale z tym będę musiał sobie poradzić później.

Gdy tylko wyszliśmy z przyczepy, zewsząd słychać było krzyki i nawoływania. Mary Jo, miła sąsiadka z przyczepy obok, która zawsze miała dla mnie ciastko i jakieś drobne, kiedy coś dla niej zrobiłem krzyczała na swojego chłopaka, Carla, żeby się pośpieszył. Zrozpaczona szarpała się za włosy, ale kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się.

— Lauralee, pamiętaj, żeby zabrać Gabe’a do szkoły — zawołała do mojej mamy.

— Nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy, dziwko.

Matka machnęła na nią z wściekłością, gdy ją mijaliśmy, a mnie żołądek zacisnął się w kamień. Uśmiechnąłem się do Mary Jo przepraszająco, ale ona tego już nie widziała, bo znów poganiała Carla.

— Durna pizda myśli, że pozjadała wszystkie rozumy. Ale ona nie ma dzieci. I ma faceta, który się o nią troszczy. Gówno wie o życiu.

Mama tak naprawdę nie mówiła do mnie, ale i tak splotłem palce z jej palcami i ścisnąłem.

Spojrzała w dół na mnie i na nasze dłonie.

— Nie za duży jesteś, żeby chodzić za rękę?

Coś mnie zapiekło pod powiekami, ale pokręciłem głową.

— Jestem mężczyzną w tym domu. Mogę cię złapać za rękę, jeśli dzięki temu będziesz bezpieczniejsza.

Jej mina złagodniała i szybko zamrugała kilka razy.

— Dobry z ciebie dzieciak. Przynajmniej ciebie nie spierdoliłam.

Wszędzie wokół nas otwierały się drzwi przyczep i ludzie wybiegali do samochodów i półciężarówek, taszcząc sprzęty i prowiant. Ale my szliśmy dalej. Zanim nadejdzie huragan, musimy dotrzeć do liceum, w którym zorganizowano schron. Może nam się poszczęści i będą tam mieli kanapki i soki w kartonach, tak jak w zeszłym roku, kiedy powiedzieli, że idzie w naszą stronę huragan, ale okazało się, że nie przyszedł. Tamte kanapki były jeszcze lepsze niż te w szkole, a te szkolne były najlepsze, jakie znałem.

Dziś jest dobry dzień, nawet jeśli przyjdzie huragan.

Wyszliśmy z osiedla przyczep i przechodziliśmy przez opuszczony plac, kiedy usłyszałem odgłos tłuczonego szkła.

— Kurwa, już zaczęli plądrować — powiedziała mama i wypuściła moją rękę, żeby się rozejrzeć i zorientować, gdzie są rabusie.

Tylko raz widziałem chuliganów, i to w telewizji. Podpalali samochody na ulicy i policja musiała ich powstrzymywać. Ale teraz jedyną syreną, którą słyszałem, była ta ostrzegająca przed huraganem.

— Mam nadzieję, że policja ich złapie — powiedziałem i wszedłem na chodnik, który miał nas zaprowadzić do skrzyżowania. Tam trzeba było skręcić, żeby dotrzeć do liceum, gdzie było bezpiecznie. I gdzie być może dostaniemy kanapki.

Zaburczało mi w brzuchu. Nie jadłem nic od wczorajszego obiadu w szkole.

Najgorsze były weekendy. Zwykle starałem się zachować bułkę z piątkowego hamburgera, żeby ją zjeść w sobotę, zanim będę mógł się zakraść do kościoła przy naszej ulicy i tam nakraść pączków i soczków, które pozwolą mi przetrwać niedzielę. Ale w tym tygodniu głupi Pat i jego banda wytrącili mi bułkę z ręki, kiedy wychodziłem ze stołówki. Bułka potoczyła się pod śmietnik. Gdybym próbował ją wydostać, pani Evert na bank by mnie zobaczyła, a ona już i tak trochę za często pytała o mamę i o to, jak jest u nas w domu.

Po kilku krokach przystanąłem i obejrzałem się za siebie. Mama nie szła za mną. Szła w przeciwnym kierunku. Szła w stronę tłumu, który rabował sklep Charliego z alkoholami.

Kurczę.

Rzuciłem się za nią biegiem

— Mamo, nie. To nie tam. Musimy iść w drugą stronę. Huragan się zbliża.

Spojrzała na mnie przez ramię.

— Nie wypada przychodzić na imprezę z pustymi rękami.

— Mamo, nie ma żadnej imprezy! — Silny wiatr porwał moje słowa i rozwiewał jej włosy. — Mamo, proszę!

Złapałem ją za rękę i szarpałem, żeby się zatrzymała.

Kiedy się do mnie odwróciła, twarz miała całkiem odmienioną.

— Myślisz, że jesteś już taki duży, żeby mnie ustawiać po kątach? Otóż nie, jeszcze nie. — Pokręciła głową. — Aż tak się boisz głupiego huraganu? Więc rusz dupę i leć już do tego schronu. A ja przyjdę, kiedy przyjdę.

Zastygłem w bezruchu na środku chodnika, a ona odwróciła się i pobiegła w stronę zbiegowiska.

Zostawiła mnie. Żeby okraść Charliego. Z chuliganami.

Spojrzałem w niebo, które było taflą wściekłych czarno-szarych chmur. Wiatr smagał mnie po twarzy razem z czymś mokrym. Nie wiedziałem, czy to był deszcz, czy łzy, ale nie miało to dla mnie znaczenia.

Zostawiła mnie.

Na tej pustej ulicy. Patrzyłem za nią, dopóki nie zniknęła w środku.

Wtedy usłyszałem inne syreny. Policyjne.

O nie! Muszę ją ostrzec!

Lecz nie zdążyłem. Na dźwięk syren tłum wylał się ze sklepu Charliego na plac. Ludzie rozpierzchali się na wszystkie strony, taszcząc tyle butelek, ile byli w stanie udźwignąć. Jedna kobieta przyciskała coś do piersi i zderzyła się z jakimś mężczyzną, po czym oboje upadli.

Pierwszy radiowóz zablokował wyjazd na ulicę. Tłum zmienił kierunek. Wszyscy krzyczeli. Policjanci wybiegli z samochodów.

Gdzie jest mama?

Popychany i potrącany, jak automat krok po kroku torowałem sobie drogę przez tłum.

Więcej policji. Więcej krzyków. Nawoływania przez megafony.

Nic nie widziałem. Ktoś wpadł na mnie i popchnął mnie na ziemię. Zasłoniłem głowę rękami, kiedy czyjś but kopnął mnie w ramię tak mocno, że na bank będę miał ślad.

— Mamo! — wołałem o pomoc, ale strugi deszczu smagały mnie z nieba, a wokół huczał wicher.

Wyczołgałem się z tłumu, a wtedy ktoś pociągnął mnie za plecak i postawił na nogi. Odetchnąłem z ulgą, ale gdy się odwróciłem i zobaczyłem twarz swojego wybawcy, ulga w jednej chwili zniknęła.

To nie była mama. To był policjant.

— Hej, mały, musisz stąd zmykać.

— Ale moja mama…

— Jest w sklepie? — dokończył i sięgnął ręką do krótkofalówki przyczepionej do koszuli.

— Nie wiem. Szliśmy do schronu, kiedy… się rozdzieliliśmy.

— Wejdź do samochodu i tam zaczekaj. Zaraz po ciebie wrócę. Nie ruszaj się nigdzie. — Popchnął mnie w stronę radiowozu, za którym właśnie zatrzymał się wóz opancerzony jednostki specjalnej. Wszystko wyglądało jak na filmie.

Kucnąłem przy zderzaku i smagany deszczem patrzyłem, jak policjanci z jednostki specjalnej opanowują tłum, zakuwają w kajdanki kolejne osoby i każą im klękać na placu.

Wciąż nie widziałem mamy.

Aż usłyszałem jej pisk.

O nie. Mój żołądek spadł na poplamiony benzyną beton pod moimi kolanami i byłem pewien, że zwymiotuję.

Mama trzymała w ręce butelkę z roztrzaskaną szyjką i wymachiwała nią przed jednym z policjantów. Drugą ręką przyciskała do piersi pozostałe butelki. Policjant odskoczył w tył i cudem uniknął draśnięcia.

Nie! Mamo! Nie!

Wtedy zrozumiałem, że ten pisk wydobywa się z mojego gardła.

Lecz nikt mnie nie słyszał przez huk wiatru. I nikt nie mógł przeszkodzić mamie w zdobyciu alkoholu.

W każdym razie dopóki drugi policjant nie złapał jej od tyłu, nie wytrącił jej z ręki roztrzaskanej butelki i nie wygiął jej rąk do tyłu, żeby założyć jej kajdanki. Pozostałe butelki rozbiły się o ziemię. Mama się wiła i wzbraniała, próbowała się wyrwać, pluła na wszystkich, którzy ją odprowadzali do szeregu ludzi klęczących na placu.

Wtedy zrozumiałem, że moje życie nigdy nie będzie takie jak dawniej.

Mama pójdzie do więzienia. A ja do rodziny zastępczej.

Obiecała, że nigdy do tego nie dopuści. Że nigdy nie pozwoli, aby mnie zabrano.

Kłamała.

Siedziałem tam wciśnięty w zderzak radiowozu, wokół szalał huragan, a łzy płynęły mi po twarzy szerokimi strumieniami. Na szczęście padało, więc przynajmniej nikt nie widział, że płaczę.

Kiedy prowadzili ją i pozostałych do więźniarki, nie spuszczałem z niej oczu. Myślałem, że będzie się gorączkowo rozglądać. Że będzie się o mnie martwić. O swojego jedynego syna.

Ale nie.

Nawet się nie obejrzała.

Rozdział 2.

Scarlett

Dzisiaj

I oto widzę, jak Gabriel Legend — mężczyzna, który zaledwie kilka minut temu znajdował się we mnie, pośpiesznie wychodzi ze swojego biura, jakby go ścigało stado demonów.

Tylko, że tu nie ma żadnych demonów.

Jestem tylko ja.

Kolana mi się trzęsą, gdy chwiejnym krokiem podchodzę do biurka. Muszę się czegoś przytrzymać. Moje ciało nie zdążyło jeszcze całkiem ostygnąć po oszałamiającym seksie, a już zmienia się w lód i boję się, że za moment rozsypię się na tysiąc kawałków na tym jego dywanie.

Na tym przeklętym dywanie.

Wypuszczam krawędź biurka i osuwam się na podłogę, lądując tyłkiem na tym strasznym, kurwa, tureckim dywanie, od którego wszystko się zaczęło.

Tylko że to nie dywan sprawił, że jestem w rozsypce. To on.

„Zawsze będziesz tym, czego pragnę najbardziej. Ale nie mogę cię mieć”.

— Jak on mógł coś takiego powiedzieć? — szepczę do pustego pokoju. — Jak mógł tak po prostu… wyjść?

Odpowiada mi milczenie.

„Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz. I nie wracaj, Scarlett. To bez sensu”.

Mój mózg w konsternacji w kółko odtwarza jego szorstki ton sprzed kilku minut.

Serce opada mi do samych kolan, gdy sobie przypominam, jak na jego twarzy wyraz cierpienia przeszedł w… zwykłą obojętność.

On już wykasował mnie z pamięci. Wyciszył. Anulował.

Ktoś puka do drzwi i przez ułamek sekundy je otwiera. Nie mam nawet czasu podnieść się z podłogi. I teraz Q patrzy na mnie jak na pierwszą głupią, która dała się uwieść niewłaściwemu facetowi.

Próbując ratować swój honor, podrywam się i od razu niemal się przewracam na tych obcasach. On wyciąga rękę, jakby próbował mnie podtrzymać, ale odskakuję i uderzam biodrem o biurko. Przeszywa mnie silny ból i z sykiem wciągam powietrze.

Z zaciśniętymi powiekami skupiam się na tym bólu. Jego przynajmniej rozumiem. Ale tego, co się tu właśnie wydarzyło, nie zrozumiem nigdy.

Q długo nic nie mówi i domyślam się, że czeka, aż otworzę oczy. Wyczekuję jeszcze jedno uderzenie serca, zanim zbieram się w sobie, prostuję plecy i wypycham pierś do przodu.

Nawet jeśli moja godność leży w strzępach na tym dywanie, w którym zostałam tu przyniesiona po tym, jak mnie porwano, to nie pozwolę, aby ten mężczyzna widział, jak płaczę. Nie pozwolę, aby którykolwiek z nich widział, jak płaczę.

Całe życie noszę zbroję. Pancerz, który zakładam za każdym razem, gdy wychodzę z domu, bo wiem, że portale plotkarskie rozłożą moją stylizację na czynniki pierwsze i jeśli ją uznają za klapę, to nie mam co liczyć na łaskawe potraktowanie.

W porównaniu z tego rodzaju publicznym upokorzeniem Q to łatwizna. Tak przynajmniej sobie wmawiam.

— Muszę już iść — mówię opanowanym głosem i zaklinam łzy, aby pozostały tam, gdzie są — pod powiekami, gdzie parzą mnie w oczy.

— Oczywiście, panno Priest. Jak sobie pani życzy.

Jestem dumna ze swojego spokojnego kroku, kiedy idę w jego stronę, choć ból promieniuje mi z biodra i serca.

— Proszę przekazać moim znajomym, że coś mi wypadło. Proszę im powiedzieć… — zerkam w stronę drzwi, zanim w końcu zmuszam się, aby spojrzeć mu w oczy — że spotkam się z nimi jutro.

Tak naprawdę dopiero jego wzrok — przepraszający i wyrozumiały — sprawia, że niemal się rozklejam.

— Wiedziałeś, że to się tak skończy, prawda?

Jego twarz drży nieznacznie.

— Nie wiem, o czym pani mówi, panno Priest.

— Kłamiesz — mówię, a raczej cedzę przez zęby. — Ale bez obaw, jego cenny klub jest bezpieczny. Mam nadzieję, że jest zadowolony.

Ruszam dalej w stronę drzwi, ale Q kładzie mi dłoń na ramieniu i mnie zatrzymuje.

— Nie wiem, co dokładnie się tu wydarzyło, ale chyba się domyślam. I nie o klub tutaj chodziło. Ani, kurwa, przez moment.

Wolno odwracam głowę, żeby spojrzeć mu w twarz.

— Więc o co, u licha? — Pod koniec głos lekko mi drży i wiem, że lada chwila pęknę. Że mogę nie zdążyć stąd wyjść, zanim łzy popłyną mi po policzkach. Mimo to czekam na odpowiedź. Mam prawo wiedzieć, dlaczego Legend zrobił coś takiego.

Q zaciska wargi w wąską kreskę.

— Tak jest lepiej. Proszę mi zaufać.

Inna kobieta na moim miejscu dałaby mu w twarz.

— Nie ufam żadnemu z was. — Unoszę brodę i po raz ostatni wychodzę z Legend, zabierając tę resztkę dumy, jaka mi została.

Pieprzcie się wszyscy.

Gdy tylko wsiadam do samochodu czekającego na mnie przy krawężniku, zalewam się łzami.

Rozdział 3.

Legend

— Gdzie ona, u licha, jest?

Odwracam się od kolumny, za którą się schowałem. Tak, kurwa. Patrzyłem, jak stąd wychodzi niczym księżniczka, która po zetknięciu z czarnym charakterem straciła koronę i żałuje każdej sekundy tego spotkania. I chociaż to było dwadzieścia minut temu, wciąż tu stoję. Niezauważony, dopóki jedna z jej koleżanek, ta niższa o czarnych włosach, wyraźnie wkurzona, nie stuka mnie palcem w plecy.

Kelsey. Jej makijażystka i fryzjerka. Ta, którą Scarlett nazwała jedną ze swoich najbliższych i najwierniejszych przyjaciółek.

Powinienem był wrócić do biura. Powinienem był pójść gdziekolwiek, tylko nie tkwić tutaj.

Patrzę na nią z góry i zastanawiam się, co mam jej, kurwa, powiedzieć.

Lecz ona nie czeka, aż coś wymyślę, tylko znów kłuje mnie palcem i powtarza:

— Gdzie ona, kurwa, jest, Legend? Wyszła z tobą, a teraz nie umiem jej znaleźć. Q powiedział, że jesteś tutaj i żebym zapytała ciebie.

Zajebiście, Q. Czy nie wystarczy mu, że posłuchałem jego rady? Że nie poszerzam kręgu swoich bliskich? Nie podejmuję ryzyka?

A mimo to udało ci się wszystko zjebać. Głos w mojej głowie jest dziś wyjątkowo bezwzględny. Czy to takie dziwne, że wsiadła do limuzyny i nie obejrzała się za siebie? Ty nie jesteś, kurwa, wart, żeby się za tobą oglądać.

Zaciskam szczękę i zgrzytam zębami, bo to wszystko prawda. Głos ma rację.

Skoro własna matka nie rozejrzała się, aby sprawdzić, co się ze mną stało, dlaczego Scarlett Priest miałaby to zrobić? Zwłaszcza że niemal sam ją stąd wyrzuciłem. Jestem kawałem gnoja, a stojąca przede mną kobieta tylko czeka, aby mi to uświadomić.

— Wyszła — odpowiadam szorstko, jakbym musiał sobie to słowo wyrwać z gardła.

Kelsey opiera dłonie na biodrach, a jej twarz przybiera wojowniczy wyraz.

— Jak to: wyszła? Nie wyszłaby tak po prostu, nic nie mówiąc… — Nagle urywa i robi się purpurowa na twarzy. — O, nie. Kurwa, nie zrobiłeś tego.

Otóż tak. Dokładnie to zrobiłem, kurwa. Odpowiadam w myślach. Ale Kelsey nie czeka, aż odpowiem cokolwiek na głos, tylko od razu przechodzi do gróźb.

— Jeśli choć jeden włos spadł z jej zajebiście cennej głowy, to przysięgam na wszystko…

— Kels, co się dzieje? — Dołącza do nas brunetka, która wpadła w oko Bumpowi. Obok niej stoi wysoki, dobrze zbudowany facet, w którym od razu rozpoznaję pierwszoligowego baseballistę. — Znalazłaś Scarlett? — Przenosi wzrok na mnie i mruży oczy.

— Scarlett wyszła — odpowiada Kelsey przez zaciśnięte zęby. — Coś między nimi zaszło i ona wyszła.

— Nate, skarbie, wiem, że twoje dłonie są zajebiście ważne, ale mógłbyś w moim imieniu przyjebać temu gościowi? Bo jeśli posunął moją siostrę, a potem wywalił ją z klubu, jakby była wczorajszą gazetą, a nie pieprzoną królową, którą jest, to należy mu nakopać do dupy, i to już.

Monroe Grafton. Tak się nazywa. A jej mąż to Nate Grafton i właśnie mierzy mnie wzrokiem, jakby wiedział, że zasłużyłem na wpierdol, ale nie chciał zaczynać bez wsparcia. Mądrze z jego strony. Nie chciałbym, żeby jego drużyna odpadła z play-offów przez jakąś ciężką kontuzję. Może i zasłużyłem, ale nie zamierzałem dawać mu forów. Nie jest obrońcą Scarlett.

A kto jest, co? Bo ty na pewno nie.

Każę głosowi się zamknąć i szukam czegoś, co mógłbym powiedzieć. Lecz w głowie mam pustkę. Nie ma żadnego wytłumaczenia. Zresztą im akurat nie muszę się z niczego tłumaczyć.

— Nie masz nic do powiedzenia? — Kelsey kolejny raz kłuje mnie w ramię. — Jesteś gnojem, Legend. Mówiłam jej, żeby się od ciebie trzymała z daleka. Mówiłam jej, że nic dobrego z tego nie wyniknie. I chociaż zwykle uwielbiam mieć rację, to jednak nie tym razem. Zjebałeś sprawę. Nie wiem, co się tu wydarzyło, ale jedno jest pewne — właśnie straciłeś szansę na najlepsze, co mogło cię kiedykolwiek spotkać. Pierdol się.

Pokornie znoszę wszystkie bluzgi. Tym ludziom na niej zależy, a ja ponoszę całą odpowiedzialność za to, co się stało. Nie mogę zrzucić na nikogo tej odpowiedzialności ani nie mogę powiedzieć na swoją obronę niczego, co którekolwiek z nich mogłoby zrozumieć.

Kelsey odwraca się na pięcie i chwyta Monroe za rękę.

— Spierdalajmy stąd. Jeśli jeszcze chwilę powdycham jego powietrze, będę musiała go zabić.

— Jedyną osobą, która go zabije, będzie Scarlett — stwierdza Monroe i strzela we mnie śmiercionośnym wzrokiem. — Chodźmy po Harlow. I wtedy się zwiniemy.

Wypuszcza rękę swojego męża i obie znikają w środku, a ja zostaję przed klubem razem z Nate’em Graftonem.

— Stary, nie wiem, o co tu chodzi, ale te laski… uwierz mi, nie chciałbyś ich wkurwić. — Z jego tonu głosu odnoszę wrażenie, że miał już okazję widzieć, do czego są zdolne, kiedy wpadną w szał.

Patrzę na zegarek właściwie tylko po to, aby nie patrzeć mu w oczy.

— Bez urazy, ale mam większe problemy niż to, że mogą mi przeciąć opony.

Nate Grafton tylko się śmieje z pobłażaniem.

— Nie doceniasz ich. One ci zniszczą życie.

Myślę o klubie, który dopiero co stanął na nogi, i zastanawiam się, ile czasu potrwa, zanim rozpoczną krucjatę, aby mnie zniszczyć.

Nie powinieneś był, kurwa, jej dotykać. Ona nie była dla ciebie. Powinieneś był to wiedzieć. Tym razem to nawet nie głos sumienia, lecz ja sam pluję sobie w twarz za to, że tak bardzo to spierdoliłem.

Każdy, kogo pokocham, zostaje skrzywdzony, zabity albo ode mnie odchodzi. Powinienem był o tym pamiętać i nie robić sobie złudzeń.

— Wobec tego nie będą się musiały przesadnie starać. Sam zajebiście sobie z tym radzę — rzucam Nate’owi, po czym odwracam się i przepycham przez tłum, zmierzając w nieznanym kierunku, byle jak najdalej stąd.

Rozdział 4.

Scarlett

Gdy tylko wchodzę do domu, telefon zaczyna mi wibrować z przychodzącymi esemesami i połączeniami. Domyślałam się, że chwilę im zajmie, zanim się zorientują, że zniknęłam, ale gdy już się zorientują, to… no właśnie.

Myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, że mam świetne kumpele. Ale w tej chwili nie mogę z nimi rozmawiać. Nie, kiedy…

Łza kapie na wyświetlacz telefonu i zamazuje mi słowa, którymi próbuję odpowiedzieć na grupową wiadomość, jaką od nich dostałam. Palce tak mi się trzęsą, że co chwila wstukuję zły klawisz i wychodzą spod nich słowa tak pokręcone, że nawet autokorekta nie potrafi ich rozszyfrować.

Pociągam nosem, ocieram łzy chusteczką i próbuję od nowa.

SCARLETT:Musiałamlecieć.Trochęsiępodziało.Długahistoria.Alenicminiejest.

KELSEY:Właśnieżejest.Jedziemydociebie.

MONROE:Nategoniewalnął,alemymożemygostuknąćsamochodem.Powiedztylkosłowo,azdobędęwózekbezblach.

Śmieję się przez łzy, kiedy sobie wyobrażam Monroe, która kradnie samochód, żeby przejechać nim Legenda. Śmiech, który więźnie mi w gardle, gdy tylko sobie pomyślę, że coś mogłoby mu się stać.

SCARLETT:Nie.Proszę,nieróbcieNIC.Aniwklubie.Anijemu.Aninicnikomuniemówcie.Niechcętegowidziećwprasie.Topodwójnietajne.

Harlow, Monroe, Kelsey i ja ukułyśmy koncepcję treści podwójnie tajnych po tym, jak Harlow przypadkiem wygadała coś mediom o Monroe i Nacie, i potem odbudowywały swoją przyjaźń przez ładnych kilka lat.

HARLOW:Hej,janicniemówię,więcnamnieniepatrzcie.Treśćzamkniętanastospustów,akluczwyrzuconywprzepaść.Aleitakdociebiejedziemy.Muszęosobiściesprawdzić,czycięnieskrzywdził.

Moje mięśnie kurczą się i protestują w miejscach, o których istnieniu nie wiedziałam, zanim nie weszłam do jego biura, ale moje przyjaciółki nie muszą wiedzieć, że zostałam porzucona po najlepszym seksie życia.

Chociaż nie. Nawet nie porzucona. Zostałam wyruchana i zapomniana. Tak chyba Kelsey określiła sytuację, w której po przygodnym seksie koleś bez słowa wyszedł z jej mieszkania, kiedy ona poszła do łazienki się ogarnąć.

Zresztą nieważne, jak to nazwać, boli jak cholera. Moja duma, moje ego, moja godność… wszystkie one otrzymały potężny cios.

Okej, a co z twoim sercem?

Ta część mnie, która obawiała się zbytnio zaangażować, jest cwana i uważa się za nieomylną, ale w tej chwili rzeczywiście nie myślę o swoim sercu. Skoro nie widać krwi, to znaczy, że z sercem wszystko w porządku, prawda?

Musiałam chyba przekroczyć jakąś granicę w samooszukiwaniu się, bo nawet ja już nie wierzę w swoje kłamstwa.

Dolna warga zaczyna mi drżeć, kiedy sobie przypominam cierpienie na jego twarzy. Bolało go to, że mnie odtrącał. W głębi duszy chcę dostrzec w tym spostrzeżeniu jakiś cień nadziei, ale nie potrafię. Bo on i tak to zrobił.

Nie wiem, co kierowało Gabrielem Legendem, i nie mogę sobie pozwolić na przejmowanie się tym.

Ale najpierw… najpierw muszę się wypłakać pod prysznicem. Łzy wypłakane pod prysznicem się nie liczą, bo ich nie widać.

***

Owijam włosy ręcznikiem, zawiązuję pasek szlafroka i szybko podchodzę do domofonu, który dzwoni od dłuższej chwili.

Chcę myśleć, że to on. Że żałuje, że mnie odtrącił. Odesłał. Wyrzucił. Lecz kiedy wciskam guzik, wiem, że to nie on. Moje przyjaciółki są niezłomne.

— Słucham?

— Panno Scarlett? — z głośnika dobiega głos, który nie należy do Harlow, Monroe ani Kelsey.

— Kto mówi?

— To ja, Bump. Widziałem, jak Gabe wychodził z klubu, i razem z Roux żeśmy nie wiedzieli, gdzie poszedł. Czy on jest z tobą?

Opieram czoło o ścianę i zamykam oczy. Nie mam pojęcia, skąd Bump wie, gdzie mieszkam, ale domyślam się, że albo wygooglował mój adres, albo śledził mnie tamtego dnia, kiedy mnie porwał.

— Nie, Bump, tutaj go nie ma. Lepiej już idź.

W głośniku słychać trzask, a po nim pytanie:

— A wiesz, gdzie on jest?

— Nie, nie wiem.

— Okej. To zostawimy panią w spokoju.

Domofon milknie, a ja podchodzę do okna. Na chodniku stoi Bump z psem Gabriela. Sami. W środku nocy. Kurde.

Ciągnę klamkę okna, aż nocne powietrze uderza mnie w twarz i w duchu dziękuję sobie, że kilka lat temu wymieniłam okna. Wychylam się i krzyczę do niego:

— Hej! Lepiej, żebyś nie chodził sam po nocy. To niebezpieczne.

Bump rozgląda się, nie wiedząc, skąd dobiega mój głos, i dopiero po kilku sekundach podnosi wzrok i dostrzega mnie w oknie.

On nie jest taki jak wszyscy i nie ma mowy, żebym mu pozwoliła włóczyć się nocą po mieście. Gdyby coś mu się stało, Gabriel, Zoe i Q by się załamali, a ja nie chcę się do tego przyczyniać.

— Zaczekaj, Bump. Podejdź z drugiej strony, to cię wpuszczę. Wezwiemy ci taksówkę.

— Mogę wrócić z buta do klubu.

— To niebezpieczne.

Bump wzrusza ramionami.

— Roux to twarda babka. Nie da mi zrobić krzywdy.

Chcę mu wierzyć, ale wolę nie ryzykować.

— Z boku są brązowe drzwi. Otwórz je, kiedy usłyszysz bzyczenie, i wejdź na trzecie piętro.

Bump kiwa głową z boku na bok, jakby się zastanawiał. Kiedy w końcu przytakuje i rusza w stronę wejścia, zastanawiam się, co ja u licha wyprawiam.

Czyżbym próbowała zwabić Gabriela, żeby do mnie przyszedł?

O nie, w życiu. Nie jestem ani tak wyrachowana, ani zdesperowana, żeby się posłużyć jego przyjacielem, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Ja naprawdę martwię się o tego dzieciaka i nie chcę go mieć na sumieniu, jeśli tego wieczoru miałaby się wydarzyć jeszcze jakaś katastrofa.

Kiedy Bump puka do moich drzwi, otwieram je i Roux od razu wciska się do środka. Nigdy jeszcze nie miałam u siebie psa, ale Roux zachowuje się jak dama. Nie wskakuje na meble ani niczego nie strąca. Po prostu po cichu obchodzi przestrzeń, niucha tu i ówdzie, a na koniec wraca do mnie.

— Gabe wyszedł i nie odbiera telefonu. Nie cierpię, kiedy tak robi. Jest moim bratem i nie mogę go stracić.

Jego wyznanie chwyta mnie za serce prostotą i szczerością, i robi mi się żal tego dzieciaka, choć technicznie wcale nie jest dzieckiem. Jest mężczyzną, który mnie porwał.

— Często mu się to zdarza? — pytanie samo pada z moich ust, zanim mogę je powstrzymać.

— Czasem. Lubi spacerować. Mówi, że mu wtedy łatwiej oczyścić głowę. A że cię lubi, to żem pomyślał, że tu go znajdę.

Tyle rzeczy mam mu ochotę powiedzieć. Na przykład, że wcale mnie nie lubi i nie chce się nawet do mnie zbliżać, ale to nie czas ani miejsce — ani osoba.

Roux trąca mnie głową w nogę, więc zamiast wylewać żale przed kumplem mojego jednorazowego kochanka, schylam się i ją głaszczę.

— Bump, gdzie mieszkasz? Jaki adres mam podać taksówkarzowi?

Bump marszczy brwi.

— To nie pójdziemy poszukać Gabe’a?

Jezus Maria. Jak z tego wybrnąć?

— Myślę, że w tej chwili nie ucieszyłby się zbytnio na mój widok — mówię z braku lepszego wyjaśnienia.

Bump przygląda się mojej twarzy.

— A mnie się zdaje, że ty ładnie wyglądasz bez makijażu. Q mówi, żeby się rozglądać tylko za takimi dziewczynami, które wyglądają ładnie bez makijażu, bo inaczej idziesz do łóżka z milionem dolców, a budzisz się z dziesiątakiem. A ty dalej wyglądasz na milion.

Jezu, nie mogę z tym dzieciakiem.

Odsuwam mokry kosmyk włosów, który wymknął się spod ręcznika.

— Dziękuję, Bump.

— Gabe nie powinien iść teraz na spacer. Powinien być tutaj, razem powinniście tu być. Nawet Jorie by tak powiedziała.

— Kto to jest Jorie? — pytam głównie z uprzejmości, ale również dlatego, że jestem żałosna, i nawet po tym, co się stało, rozpaczliwie chcę wiedzieć o nim wszystko. Mimo że właśnie sobie obiecałam, że wyrzucam go ze swojej głowy i życia. Lecz niestety piosenka z musicalu Południowy Pacyfik kłamie i nie da się zmyć mężczyzny z włosów.

Bump znów marszczy brwi i bezwiednie przesuwa palcami po łysym pasku na swojej głowie.

— Moja siostra. Ona nie żyje.

Natychmiast się prostuję i patrzę na niego.

— Bardzo ci współczuję.

Bump kręci głową.

— To było dawno. To dlatego żeśmy przyjechali do Nowego Jorku. Oni z Gabe’em mieli się pobrać i mieć dzieci, ale…

Kiedy urywa w połowie i pogrąża się we wspomnieniach, sama kończę: ale nie mogli, ponieważ ona nie żyje.

Jezu. Kurde.

Gabriel był zakochany w siostrze Bumpa, a ona umarła.

I wtedy moje serce, które myślałam, że już było złamane, pękło ponownie. Stracił ukochaną kobietę, a mnie ta informacja przeszywa bólem. Bólem Gabriela, ale zaraz potem moim własnym. Bo nawet gdybym chciała, nie mogłabym konkurować z martwą kobietą.

— Bardzo ci współczuję, Bump — powtarzam i zanurzam dłoń w szorstkiej sierści Roux.

— Nie trzeba. Tylko jak coś się stanie Gabe’owi. On jest moją najbliższą rodziną.

— To twardy gość. Na pewno umie o siebie zadbać.

Bump wzrusza ramionami.

— No, nie wiem. Szukają go. Jak go znajdą, to będzie źle.

Wstrząsa mną chłodny ton, jakim to wszystko mówi.

— Jacy „oni”? I co to znaczy, że będzie źle?

Znów wzrusza ramionami, ale gołym okiem widać, że to, o czym teraz myśli, mocno go niepokoi. Drapie swój biceps przez pomięty rękaw koszulki.

— Lepiej już pójdziemy. Musimy go znaleźć.

— Nie… zaczekaj. — Biorę telefon i wybieram numer Zoe. Odbiera po drugim sygnale.

— Scarlett? Wszystko w porządku? Twoje koleżanki wyszły i były… zdenerwowane.

— Tak, nic mi nie jest. Ale Bump jest u mnie i myślę, że ty albo Q powinniście po niego przyjechać.

— Gdzie jest Bump? — w jej głosie brzmi zrozumiała konsternacja.

Tłumaczę jej wszystko i staram się mówić pogodnym tonem, żeby nie wprawiać Bumpa w zakłopotanie.

— Właśnie się bawi z Roux w moim salonie.

— O Boże, przepraszam cię. Zaraz wysyłam po niego samochód. Przyślij mi adres.

Bump stoi na tyle blisko, że słyszy naszą rozmowę i niemal krzykiem zapewnia:

— Zoe, nie potrzebuję samochodu. Muszę znaleźć Gabe’a.

Przełączam na tryb głośnomówiący, żeby Zoe mogła pomówić bezpośrednio z Bumpem.

— Brachu, zostań tam, gdzie jesteś. Q cię szuka. Chce ci coś powiedzieć.

— Co?

— Wróć do klubu, to się dowiesz.

Bump tupie jak rozkapryszone dziecko.

— Ale ja nie chcę wracać do klubu! Chcę znaleźć Gabe’a. Co, jak oni go znajdą wcześniej?

— Bump, na razie nigdzie się nie ruszaj. Samochód będzie za piętnaście minut. Porozmawiamy, kiedy wrócisz do klubu.

— Niech ci będzie. — Wzdycha ciężko.

Znów przełączam tryb i z powrotem przystawiam telefon do ucha.

— Wszystko w porządku? Ktoś chce zrobić krzywdę Gabrielowi? — pytam i modlę się, żeby powiedziała mi coś, co mi pomoże rozluźnić zaciśnięty żołądek.

— Nie, Scarlett, nic się nie dzieje. Dziękuję ci za to, co dla nas zrobiłaś. Nigdy nie zdołamy ci się odwdzięczyć. Nie wiem, co zaszło między tobą a Gabrielem, ale jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować, dzwoń do mnie. Zawsze chętnie z tobą porozmawiam. Przyślij mi adres, a odbiorę Bumpa najszybciej, jak się da.

Zanim cokolwiek odpowiem, Zoe się rozłącza, a ja patrzę na swoją tapetę na ekranie. Jest nią zdjęcie mnie z dziewczynami z dzisiejszego wieczoru, bo wyglądałyśmy tak szałowo, że chciałam mieć to zdjęcie gdzieś, gdzie będę mogła na nie spoglądać od czasu do czasu.

A propos dziewczyn — gdy tylko kończymy rozmowę z Zoe, zaczynają przychodzić od nich wiadomości.

HARLOW:Jeślinieodbierzesz,toprzyjeżdżamy.

KELSEY:Zabijęgo.

Najpierw wysyłam Zoe swój adres i dopiero im odpisuję:

SCARLETT:Nicminiejest.Trochętylkoposiniaczyłmiego.Idędołóżka.Kochamwas,dziewczyny.

KELSEY:Chciałabymciwierzyć.

HARLOW:Wogólenieumiekłamać.

MONROE:SpotkajmysięjutrowDollynabrunch.Wsamopołudnie.Obiecujęsięniespóźnić.

MONROE:Jeślinieprzyjdziesz,towpiątekprzyślęcistriptizeradosklepu,gdybędzieszmiałaklientów.

Świnia.

SCARLETT:Przyjdę.Kochamwas.Dobranoc.

— Kto to? — Bump nachyla się nad moim telefonem i próbuje czytać wiadomości.

Chowam go do kieszeni szlafroka i poprawiam pasek.

— Koleżanki.

— Ta, co ma brązowe włosy, też? Bo jest gorąca.

Pewnie chodzi mu o Monroe.

— Tak, z tą ładną brunetką też pisałam.

— Ona mi się podoba, ale Q mówi, że ma męża, więc muszę szukać dalej. Ale zdaje mi się, że Gabe już by mógł przestać szukać. Już znalazł sobie dziewczynę. Powinien być tutaj z tobą, a nie spacerować po mieście.

— Możemy porozmawiać o czymś innym? — proszę cicho. — Wydaje mi się, że Gabriel nie chciałby, żebyśmy o nim mówili.

Bump patrzy na mnie, przestępuje z nogi na nogę i wygląda tak, jakby się nad czymś zastanawiał.

— Powinnaś pojechać ze mną i Q. Wtedy byście się mogli spotkać z Gabe’em i byś mu powiedziała, żeby nie chodził nocą po mieście. To by może posłuchał.

Wzdycham i w myślach godzę się z faktem, że kompletnie się myli.

— Nie, Bump. Nie posłuchałby.

Odrzuca głowę do tyłu.

— Ale on ciebie lubi lubi. Bardzo. Bardziej niż wszystkie dziewczyny, które widziałem. Jakbyś ty mu powiedziała, że jest ci smutno, kiedy coś robi — nawet nieważne co, to on by tego więcej nie robił. Ja nie lubię jeździć samochodem przez most, więc zawsze, jak się da, jedziemy tunelami. Nie lubię wody. Smutno mi, jak ją widzę. Na bank ciebie też by nie chciał zasmucać.

Przypominam sobie głos Gabriela, gdy mi mówił, że nie może mnie mieć. Naprawdę ściskał za serce.

— Myślę, że my z Gabrielem już się nie zobaczymy.

Bump otwiera szeroko oczy.

— Ale czemu? Nie lubisz go już?

W gardle rośnie mi gula wielkości volkswagena.

— W tej konkretnej sekundzie rzeczywiście za nim nie przepadam. Ale nie, to nie dlatego.

— Bo on pewnie myśli, że Jorie byłaby zła, że cię znalazł, ale to nieprawda. Ona by cię polubiła. Bo mogłabyś być dla mnie niedobra za to, co zrobiłem, ale nie byłaś. Jesteś dobrym człowiekiem, panno Scarlett. Mam nadzieję, że zobaczysz się jeszcze z Gabe’em. Przy tobie uśmiecha się jak przy nikim innym.

Z ulicy dochodzi dźwięk klaksonu.

Bump gwałtownie odwraca głowę do okna, a Roux wstaje ze swojego miejsca przy naszych stopach, gdzie leżała przez cały ten czas.

— To po nas?

Podchodzę do okna i widzę czarnego suva.

— Tak. To po ciebie i Roux. Chcesz, żebym was odprowadziła na dół?

Kręci głową.

— Nie. Nie jestem dzieckiem. Tylko tak się zachowuję, bo dostałem kulkę w głowę. Do zobaczenia, panno Scarlett. Mam nadzieję, że niedługo przestaniesz płakać. Robi mi się od tego smutno.

Niech to szlag. Zauważył. Może łzy spod prysznica nie są jednak aż tak niewidoczne.

Uśmiecha się lekko i ciągnie Roux za smycz, po czym oboje znikają za drzwiami i wracają tam, skąd przyszli.

Rozdział 5.

Legend

Manhattan nie jest dość duży, abym mógł wychodzić to kosmiczne poczucie winy, dlatego idę całą drogę aż do Jersey. Akurat jestem pod domem, kiedy Q podrzuca Bumpa pod naszą stację benzynową.

Bump wypuszcza smycz Roux i biegnie do mnie, żeby mnie wyściskać.

— Dzięki Bogu, że jesteś cały. Ale się martwiłem. Poszedłeś spacerować po nocy i nie zabrałeś Roux. Zawsze musisz ją zabierać. Z nią jesteś bezpieczny.

Nie wiedziałem, że można się czuć bardziej podle, niż już się czułem, ale wylewność Bumpa jest jak kolejny cios w brzuch.

— Wybacz, bracie. Nic mi nie jest, przysięgam. Nic mi się nie stało.

Bump trzyma mnie w objęciach jeszcze kilka sekund, zanim w końcu mnie wypuszcza. A kiedy podnosi na mnie wzrok, w jego oczach, w których odbijają się światła latarni, stoją łzy.

— Obiecaj, że więcej tak nie zrobisz.

Bump bardzo poważnie traktuje obietnice, dlatego staram się dawać mu je ostrożnie. Jeśli złożę mu taką obietnicę, latami będzie o niej pamiętał, a bardzo bym nie chciał rozczarować go na resztę życia, jeśli cokolwiek przeszkodziłoby mi w jej dotrzymaniu.

— Tylko jeśli naprawdę, ale to naprawdę będę musiał, a Roux będzie zajęta. Może być?

Kręci głową i wyciera oczy.

— Może. Musi. Idę spać. Roux może iść ze mną?

— Jasne. Niech zostanie dziś u ciebie.

Kiwa głową i klepie Roux po głowie.

— Nic mu nie jest, mała. On jeden nas nie zostawi.

To kolejny bolesny cios, ale zasłużony. Dlatego nie odzywam się, tylko czekam, aż Bump zniknie w środku z moim psem.

— Co tam się dziś, kurwa, stało? — pyta Q, gdy zostajemy sami.

Patrzę w jego czarne oczy i odpowiadam szczerze:

— Zjebałem to.

Mój przyjaciel przygląda mi się badawczo.

— Przeleciałeś ją.

Gdy kiwam głową, ale nic nie mówię, Q domaga się szczegółów:

— I — co dalej?

W każdej innej sytuacji olałbym to pytanie albo wyłgał się jakoś od odpowiedzi, ale tym razem to nie przejdzie.

— Ona jest inna, Q. Ona jest… kurwa, ona jest wszystkim tym, o istnieniu czego nie miałem pojęcia. To nie był tylko seks, to było…

Q unosi rękę.

— Czekaj, kurwa. Nie wiem, co sobie wmawiasz, ale powinieneś przejrzeć na oczy i przypomnieć sobie, kim jesteś i co próbujesz osiągnąć. Taka kobieta jak ona dla takiego gościa jak ty oznacza same kłopoty. Wiesz, Gabe, że kocham cię jak brata. Masz cel i jesteś najbardziej pracowitym facetem, jakiego znam. Nie pozwól, żeby jakaś księżniczka z Upper East Side zepchnęła cię z obranej ścieżki. Bo ona nie może ci w tej wędrówce towarzyszyć.

Słowa Q są oczywiście głosem rozsądku, którego muszę posłuchać, ale to nie czyni ich łatwiejszymi do przełknięcia. Stoję pod domem w środku nocy, wciąż ciepłej, choć jest już koniec lata, i kręcę bezradnie głową.

— I co niby mam z tym zrobić? Mam pozwolić, aby coś, co wiem już, że jest zajebiście niezwykłe, po prostu mnie ominęło? Powinieneś ją zobaczyć, gdy jej powiedziałem, żeby sobie poszła. Wyglądała tak, jakbym dał jej w twarz. — Przeczesuję dłonią włosy po raz tysięczny, odkąd wyszedłem z klubu.

— Tego nie widziałem. Ale pamiętam, jak ty wyglądałeś, kiedy wieki temu stanąłeś w drzwiach domu moich staruszków, przerywając nam kolację. Był z tobą jakiś zakrwawiony dzieciak, a cały twój świat przestał istnieć. Raz już pozbieraliśmy te wszystkie kawałki do kupy. Stary, nie chcę nigdy więcej musieć cię oglądać w takim stanie.

Q dobrze to zapamiętał. Do dziś czuję zapach makaronu z serem, który roznosił się od stołu suto zastawionego przez panią Quinterro. Przez te wszystkie dni, kiedy jechaliśmy do New Jersey, zmieniając samochody co parę stanów na wypadek, gdyby śledzili nas ludzie Mosesa, nie czułem nic poza zapachem krwi i brudu. Co kilka minut zerkałem na Bumpa i sprawdzałem, czy oddycha. I cały czas miałem w głowie, że jeśli nie otrzyma pomocy, to umrze, ale mimo to bałem się zatrzymać. Zostawiliśmy tam Jorie i to do dziś nie daje mi spokoju.

Na myśl, że cokolwiek mogłoby przytrafić się Scarlett, tak jak przytrafiło się Jorie, mam ochotę zwymiotować flaki na chodnik, na którym stoję.

Nie. Ona będzie żyła długo i szczęśliwie… beze mnie. Tak będzie dla niej lepiej.

Nie jestem szlachetny. Nie mam pojęcia, czym jest altruizm. Ale wiem, że nie wolno mi wciągać jej do swojego bagna.

W moje myśli wdziera się jej głos, kiedy szczytowała na moim biurku, ale szybko go blokuję.

Lepiej jej będzie beze mnie.

Rozdział 6.

Scarlett

— Ktoś do ciebie dzwonił? — pytam Flynn, która jest jedyną znajomą twarzą w Dolly’s, kiedy wchodzę tam za kwadrans dwunasta.

— Kelsey. Ale nic z tego nie kumam. Co się stało? — Moja była przyrodnia siostra w białych dżinsowych szortach i szarej koszulce wygląda jak studentka ostatniego roku, którą jest w istocie, a nie jak ostra babka ścigająca się nielegalnie z facetami, jak prezentowała się tamtej nocy.