Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 93 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Satyry - Ignacy Krasicki

Pierwsza część satyr Ignacego Krasickiego ukazała się anonimowo w 1779 roku w tomie pt. "Satyry". Zawierał on dwanaście satyr poprzedzonych wierszem "Do króla".
Druga część, zawierająca dziewięć satyr, została wydana w innym tomie razem z wierszami. W satyrach Ignacy Krasicki ośmieszał wady społeczeństwa polskiego: pijaństwo, zacofanie, ciemnotę szlachty, skłonność do hazardu, brak krytycyzmu.

Można również stwierdzić, że Krasicki w swych satyrach wciela się w rolę poety-filozofa, badającego zagadki ludzkiej natury, pomagającego sobie jedynie śmiechem i kpiną. Dla przykładu tytułowa ,,Żona modna" została ukazana w bajce jako bezwzględna, egoistyczna kobieta. Pragnie urządzić sobie wygodne życie kosztem swego męża Piotra. Ignacy Krasicki posłużył się w bajce hiperbolą - wyolbrzymił samolubstwo szlachcianki. Utwór ten krytykuje bezmyślne naśladowanie obcej mody oraz zawieranie małżeństw z pobudek materialnych.

Opinie o ebooku Satyry - Ignacy Krasicki

Fragment ebooka Satyry - Ignacy Krasicki

Ignacy Krasicki
„Satyry”

Wersja demonstracyjna. 

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2017

Ignacy Krasicki

„Satyry”

Copyright © by Ignacy Krasicki, 1830

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2017

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

Miejsce wydania: Paryż, 1830

Wydawnictwo: U Barbezata

ISBN: 978-83-7900-759-2

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

DO KRÓLA.

IM wyżej, tym widoczniej, chwale lub naganie Podpadają królowie, najjaśniejszy panie.

Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka; Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka. Gdy więc ganię zdrożności i zdania mniej baczne, Pozwolisz, mości królu! że od ciebie zacznę.

 Jesteś królem, a czemu nie królewskim synem?

To nie dobrze: krew pańska jest zaszczyt przed gminem. Kto się w zamku urodził, niech ten w zamku siedzi, Z tegoć powodu nasi szczęśliwi sąsiedzi.

Bo natura na rządczych pokoleniach zna się; Inszem powietrzem żywi, inszą strawą pasie.

Ztąd rozum bez nauki, ztąd biegłość bez pracy,

Mądrzy, rządni, wspaniali, mocarze, junacy;

Wszystko im łatwo idzie: a chociażby który,

Odstrychnął się na moment od swojej natury; Znowu się do niej wróci, a dobrym koniecznie Być musi, i szanownym w potomności wiecznie. Bo od czegoż poeci? skarb królestwa drogi, Rodzaj możny w aplauzy, w słowa nie ubogi; Rodzaj, co umie znaleźć, czego i nie było:

A co jest, a nie dobrze, żeby się przyćmiło.

I w to oni potrafią; ztąd też jak na smyczy,

Szedł chwalca za chwalonym, zysk niosąc w zdobyczy: A choć który fałsz postrzegł, kompana nie zdradził, Ten gardził, ale płacił; ów śmiał się, lecz kadził.

 Tyś królem, czemu nie ja? mówiąc między nami, Ja się nie będę chwalił, ale przymiotami

Nie złemi się zaszczycam. Jestem Polak rodem,

A do tego i szlachcic: a choćbym i miodem Szynkował, tak jak niegdyś ów bartnik w Kruszwicy, Czemużbym nie mógł osieść na twojej stolicy?

 Jesteś królem; a byłeś przedtem mości panem,

To grzech nieodpuszczony. Każdy, który stanem Przedtem się z tobą równał, a teraz czcić musi,

Nim powie: najjaśniejszy, pierwej się zakrztusi.

I choć się przyzwyczaił, przecież go to łechce: Usty cię czci, a sercem szanować cię nie chce. I ma słuszne przyczyny; wszak w Lacedemonie Zawżdy siedział Tessalczyk na Likurga tronie. Greki Archontów swoich od Rzymianów brali, Rzymianie dyktatorów od Greków przyzwali.

Zgoła, byleby nie swój, choćby i pobłądził, Zawżdy to lepiej było, kiedy cudzy rządził.

 Czyń, co możesz, i dziełmi sąsiadów zadziwiaj, Szczep nauki, wznoś handel, i kraj uszczęśliwiaj;

Choć wiedzą, chociaż czują, żeś jest tronu godny, Niemasz chrztu, coby zmazał twój grzech pierworodny.

 Zkąd powstał na Michała ów spisek zdradziecki?

Ztąd tylko, że król Michał zwał się Wiśniowiecki.

Do Jana, że Sobieski, naród nie przywyka, Król Stanisław dług płaci za pana stolnika.

Czujesz to, i ja czuję; więc się już nie troszczę, Pozwalam ci być królem, tronu nie zazdroszczę.

Źle to więc, żeś jest Polak; źle, żeś nie przychodzień;

To gorsza (lubo prawda, poprawiasz się codzień)

Przecież muszę wymówić, wybacz, że nie pieszczę, Powiem więc bez ogródki: oto młodyś jeszcze.

Pięknieżto! gdy na tronie sędziwość się mieści; Tyś nań wstąpił, mający lat tylko trzydzieści,

Bez siwizny, bez zmarszczków: zakał to nie lada.

Wszak siwizna zwyczajnie talenta posiada?

Wszak w marszczkach rozum mieszka? a gdzie broda siwa, Tam wszelka doskonałość zwyczajnie przebywa.

Nie byłeś prawda winien temu, żeś nie stary,

Młodość, czerstwość i rzezkość piękneż to przywary, Przecież są przywarami. Aleś się poprawił; Już cię tron z naszej łaski siwizny nabawił.

Poczekaj tylko, jeśli zstarzeć ci się damy, Jak cię tylko w zgrzybiałym wieku oglądamy,

Będziem krzyczyć na starych, dlatego, żeś stary.

 To już trzy, com ci w oczy wyrzucił, przywary.

A czwarta jaka będzie, miłościwy panie?

O sposobie rządzenia nie dobre masz zdanie:

Król, nie człowiek. To prawda, a ty nie wiesz o tym, Wszystko ci się coś marzy o tym wieku złotym;

Nie wierz bajkom: bądź takim, jacy byli drudzy. Po co tobie przyjaciół? niech cię wielbią słudzy.

Chcesz, aby cię kochali? niech się raczej boją.

Cożeś zyskał dobrocią, łagodnością twoją?

Zdzieraj, a będziesz możnym: gnęb, a będziesz wielkim, Tak się wsławisz, a przeciw nawałnościom wszelkim Trwale się ubezpieczysz. Nie chcesz? tymci gorzej; Przypadać będą na cię niefortuny sporzej:

Zniesiesz mężnie; cierpże z tym myślenia sposobem, Wolę ja być Krezusem, aniżeli Jobem.

Świadczysz, a na złe idą dobrodziejstwa twoje, Czemuż świadczysz, z dobroci gdy masz niepokoje? Bolejesz na niewdzięczność? alboż ci rzecz tajna, Że to w płacy za łaski moneta zwyczajna?

 Poco nie brać szafunku starostw, gdy dawano?

Po tem ci tylko w Polszcze króle poznawano; A zagrzane wspaniałą miłością ojczyzny, Kochały patryoty dawcę królewszczyzny.  Xięgi lubisz, i w ludziach kochasz się uczonych; I to źle. Porzuć mędrków zabałamuconych. Żaden się naród xięgą w moc nie przysposobił, Mądry przedysputował, ale głupi pobił. Ten co niegdyś potrafił floty duńskie chwytać, Król Wizimierz nie umiał pisać, ani czytać.

 Waszej królewskiej mości nie przeprę, jak widzę. W tem się popraw przynajmniej, o co ja się wstydzę; Dobroć serca monarchom wcale nie przystoi:

To mi to król, co go się każdy człowiek boi:

To mi król, co jak spójrzy, do serca przeniknie. Kiedy lud do dobroci rządzących przywyknie,

Bryka, mościwy królu, wzgląd wspacznie obróci: Zły gdy kontent; powolny, kiedy się zasmuci. Nie moje to jest zdanie, lecz przez rozum bystry, Dawno tak osądziły przezorne ministry:

Wiedzą oni, (a czegoż ministry nie wiedzą)?

Przy styrze ustawicznie, gdy pracują, siedzą, Dociekli na czem sekret zawisł panujących.

 Z tych więc powodów, umysł wskróś przenikających, Nie trzeba, mości królu, mieć łagodne serce:

Zwycięż się, zgaś ten ogień, zatłum go w iskierce. Żeś dobry, gorszysz wszystkich, jak o tobie słyszę, I ja się z ciebie gorszę, i satyry piszę: Bądź złym, a zaraz kładąc twe cnoty na szalę, Za to, żeś się poprawił, i ją cię pochwalę.

SATYRA I.

ŚWIAT ZEPSUTY.

Wolno szaleć młodzieży, wolno starym zwodzić, Wolno się na czas żenić, wolno i rozwodzić. Godzi się kraść ojczyznę, łatwą i powolną, A mnie sarkać na takie bezprawia nie wolno? Niech się miota złość na cię i chytrość bezczelna, Ty mów prawdę, mów śmiało, satyro rzetelna.

 Gdzieżeś cnoto? gdzieś prawdo? gdzieście się podziały?

Tuście niegdyś najmilsze przytulenie miały. Czciły was dobre nasze ojcy i pradziady:

A synowie, co w bite stąpać mieli ślady,

Szydząc z świętej poczciwych swych przodków prostoty, Za blask czczego poloru zamienili cnoty.

Słów aż nadto, a same matactwa i łgarstwa,

Wstręt ustał, a jawnego sprośność niedowiarstwa Śmie się targać na święte wiary tajemnice: Jad się szerzy, a źródło biorąc od stolice

Grozi dalszą zarazą. Pełno xiąg bezbożnych,

Pełno mistrzów zuchwałych, pełno uczniów zdrożnych;

A jeśli gdzie się cnota i pobożność mieści, Wyśmiewa ją zuchwałość, nawet w płci niewieściej.

Wszędzie nierząd, rozpusta, występki szkaradne:

Gdzieżeście, o matrony święte i przykładne?

Gdzieżeście ludzie prawi? przystojna młodzieży?

Oślep tłuszcza bezbożna w otchłań zbytków bieży. Co zysk podły skojarzył, to płochość rozprzęże, Wzgardziły jarzmem cnoty i żony i męże.

Zapamiętałe dzieci, rodziców się wstydzą,

Wadzą się przyjaciele, bracia nienawidzą,

Rwą krewni łup sierocy, łzy wdów piją zdrajce,

Oczyszcza wzgląd nieprawy jawne winowajce; Zdobycz wieków, zysk cnoty, posiadają zdzierce; Zwierzchność bez poważenia, prawo w poniewierce.

Zysk serca opanował, a co niegdyś tajna, Teraz złość na widoku, a cnota przedajna.

 Duchy przodków! nadgroy cnót co używacie, Na wasze gniazdo okiem jeżeli rzucacie,

Jeśli odgłos dzieł naszych was kiedy doleci; Czyż możecie z nas poznać, żeśmy wasze dzieci? Jesteśmy, ale zgruntu skażeni, wyrodni, Jesteśmy, ale tego nazwiska niegodni.

 To, co oni honorem, poczciwością zwali,

My prostotą ochrzcili; więc co szacowali,

My tem gardzim, a grzeczność przenosząc nad cnotę, Dzieci złe, psujem ojców poczciwych robotę. Dobra była uprawa, lecz złe ziarno padło.

Stądci teraz Fenixem prawe, zgodne stadło;

Zysk małżeństwa kojarzy, żartem jest przysięga, Lubieżność spaja węzły, niestatek rozprzęga.

Młodzież próżna nauki, a rozpusty chciwa, Skora do rozwiozłości, do cnoty leniwa.

Zapamiętałe starcy, zhańbione przymioty, Śmieje się zbrodnia syta z pognębionej cnoty.

Wstyd ustał, wstyd ostatnia niecnoty zapora:

Złość zaraźna w swem źródle, a w skutkach zbyt spora; Przeistoczyła dawny grunt ustaw poczciwych.

Chlubi się jawna kradzież z korzyści zelżywych, Nie masz jarzma, a jeśli jest taki, co dźwiga,

Nie włożyła go cnota; fałsz, podłość, intryga.

Płodzie szacownych ojców noszący nazwiska!

Zewsząd cię zasłużona dolegliwość ściska,

Sameś sprawcą twych losów. Zdrożne obyczaje, Krnąbrność, nierząd, rozpusta, zbytki, gubią kraje.

Próżno się stan mniemaną potęgą nasrożył,

Który na gruncie cnoty rządów nie założył;

Próżno sobie pochlebia. Ten, co niegdyś słynął, Rzym cnotliwy zwyciężał, Rzym występny zginął.

Nie Goty i Alany do szczętu go zniosły:

Zbrodnie, klęsk poprzedniki i upadków posły,

Te go w jarzmo wprawiły; skoro w cnocie stygnął, Upadł, i już się więcej odtąd nie podźwignął.

 Był czas, kiedy błąd ślepy nierządem się chlubił, Ten nas nierząd, o bracia! pokonał i zgubił; Ten nas cudzym w łup oddał: z nas się złe zaczęło; Dzień jeden nieszczęśliwy zniszczył wieków dzieło.

Padnie słaby, i lęże — wzmoże się wspaniały:

Rozpacz podział nikczemnych. Wzmagają się wały,

Grozi burza, grzmi niebo; okręt nie zatonie, Majtki zgodne z żeglarzem gdy staną w obronie: A choć bezpieczniej okręt opuścić i płynąć, Poczciwiej być w okręcie; ocalić, lub zginąć.

SATYRA II.

ZŁOŚĆ UKRYTA I JAWNA.

 ŁATWIEJ nie łgać poetom, ministrom nie zwodzić: Łatwiej głupiego przeprzeć, wodę z ogniem zgodzić, Niż zrachować filuty. Ciżba, wojsko spore:

Skąd zacząć? zpośród tłumu na hazard wybiorę.

Wojciech jadem zaprawny, co go wewnątrz mieści,

Zdradnie wita, pozdrawia, całuje i pieści,

W oczy ściska, w bok patrzy, a gdy łudzi wdzięcznie, Cieszy się wewnątrz zdrajca, że oszukał zręcznie. Czyni złe, bo gust w samej upatruje złości,

Zdradza, byleby zdradził: a ten zysk chytrości Stawia mu z cudzych trosków wdzięczne widowiska:

Najmilszy jego napój łza, którą wyciska. Co słowo, sztuka zdradna; co krok, podstęp nowy; Zdrajca czynami, giestem, milczeniem i słowy: Na kogo tylko spójrzy, stawia zaraz sidła,

A gdy się coraz wzmaga złość jego obrzydła,

Jak pająk, co snuł z siebie, rozpozstarłszy sieci, Czuwa wśród pasm rozwitych, rychło w nie kto wleci. Uśmiech jego nieprawy zmyka się po twarzy, W oczach skra zajadłości błyszczy się i żarzy: Spuszcza je na blask cnoty, a zjadle pokorny,

Sili się swej niecnocie kształt nadać pozorny.

Próżna praca. Sama się złość z czasem odkrywa. Spada maska, a zdrajca, co pod nią przebywa, Tem jeszcze wszeteczniejszy, im dłużej był tajny.

 Ten co ma umysł zwrotny, a język przedajny, Idzie za nim Konstanty, szczęśliwy że wygrał:

A co w pierwszych początkach żartował i igrał,

Czyniąc jak od niechcenia, gdy sztucznie się czaił; Tak kunszt zdradnych podstępów dowcipnie utaił, Iż ten, co oszukany, nie wie, jak wpadł w pęta. Wpadł jednak, a fortelnie sztuka przedsięwzięta Tego, co ją dokazał, uczyniła sławnym.

A poczciwość? — ten przymiot służył czasom dawnym, A kto wie, czy i służył? Każdy wiek miał łotrów: A co my teraz mamy i Pawłów i Piotrów,

Miał Rzym swoje Werresy, swoje Katyliny,

Był ten czas, kiedy Kato z poczciwych jedyny,

Silił się przeciw zdrajcom sam, i padł w odporze, Nie w tak dzikim już teraz jest cnota humorze:

Umie ona, gdy trzeba, zyskowi dogadzać;

Człowiek grzeczno poczciwy, kiedy kraść i zdradzać Nakaże okoliczność, zdradzi i okradnie:

Ale zdradzi przystojnie, i zedrze przykładnie, Ale wdzięcznie oszuka, kształtnie przysposobi; Ochrzci cnotą szkaradę, i złość przyozdobi.

A choć zraża sumienie, niebo straszy gromem,

Śmieje się, zdradza, kradnie — i jest galantomem.

 Więc poczciwych aż nadto. Paweł trzech mszy słuchał, Zmówił cztery różańce, na gromnicę dmuchał,

Wpisał się w bractwa wszystkie, dwie godziny klęczał,

Krzywił się, szeptał, mrugał, i wzdychał i jęczał, A pieniądze dał w lichwę. Święte są pacierze,

Zdatne bractwa; lecz temu, co daje, nie bierze.

Syp fundusze, a kradnij; Bóg ofiarą wzgardzi.

Tacy byli, mniemaną pobożnością hardzi,

Owi Faryzeusze i wyschli i smutni, A w łakomstwie niesyci, w dumie absolutni,

Mściwi, krnąbrni, łakomi, nieludzcy, oszczerce.

Próżne, Pawle ofiary, gdzie skażone serce:

Krzyw się, mrugaj, bij czołem, klęcz, szeptaj i dmuchaj,

Zmów różańców bez liku, bez liku mszy słuchaj; Jeśliś zdrajca, obłudnik, darmo kunsztu szukasz, Możesz ludzi omamić, Boga nie oszukasz.

 Brzydzi się niecnotliwym Jędrzej hipokrytą

A natychmiast zbyt szczery, nie już złością skrytą, Ale jawnem zgorszeniem zaraża i truje,

Pyszny mnóztwem szkarady, hańbą tryumfuje.

Zrzucił szanowną cnoty i wstydu zaporę,

A widząc skutki jadu i łatwe i spore,

Stał się mistrzem bezbożnych. Ma uczniów bez liku,

Leżą grzecznych bluźnierców dzieła na stoliku; Gotowalniane mędrcy, tajemnic badacze,

Przewodniki złudzonych, wieków poprawiacze, Co w zuchwałych zapędach, chcąc rzeczy dociekać, Śmieją prawdzie uwłoczyć, i na jawność szczekać. Czcze światła, dymy znikłe. Lecz z widoków sprosnych Zwróćmy oczy: już nadto tych scen zbyt żałosnych.

 Dumny Jan pokrewieństwem i Litwy i Polski,

Że go uczcił Niesiecki, Paprocki, Okolski, Rozumie, iż za zmową ugodną i spolną,

Wszystkim cierpieć należy, jemu szaleć wolno. Rozumie, iż gdy tytuł zaczyna od jaśnie,

Przy tym blasku i cnota i rozum przygaśnie;

Nadstawia się i gardzi. Mikołaj bogaty, Choć go jaśnie wielmożne nie czczą antenaty, Śmieje się z oświeconych, co złotem nie świécą. To u niego zacności i szczęścia skarbnicą, To rozum, to nauka, w tem się wszystko mieści:

Szostak groszy dwanaście, a złoty trzydzieści.

Jakże zebrał? dość że ma: czy ukradł, czy zdradził.

Mikołaj pan, choć filut, bo skarby zgromadził, Bo posiada po panach folwarki i włości,

Jak zechce, przyjdzie i do jaśnie wielmożności. Woli być mości panem, a z summ pożyczonych Brać lichwę od dłużników jaśnie oświeconych.

 Dumą wewnątrz nadęci, zbytkiem podupadli, Nie wstydzą się ci żebrać u tych, co je skradli; Oszukani klną zdala, a łaszą się zbliska:

Śmieje się pan Mikołaj, a majętność zyska. Za jedną, która poszła, w rok idzie i druga, Aż ów lichwiarz pokorny, uniżony sługa, Większy pan, niż jegomość, którego wielmożni: Tak lecą w zdradne sidła młodzi nieostrożni.

 Omamiony nieprawym polorem i gustem,

Piotr, co zaczął być stratnym, jest teraz oszustem,

Gdy nie ma wsi na zastaw, dopieroż pieniędzy,

Chcąc uniknąć i głodu i zimna i nędzy; Istotną dolegliwość, gdy jak może tai,

Wiąże się z towarzyszmi, pochlebia i rai.

Czatuje, jakby ze wsi domatora dostać,

A uprzejmego biorąc przyjaciela postać,

Zaczyna rządy w domu, częstuje i sprasza,

Dobry gust gospodarza wielbi i ogłasza;

W spółce jest do wszystkiego, choć pieniędzy niéma. I póty w więzach tego, co usidlił, trzyma, Aż go sobie we wszystkiem uczyni podobnym.

Więc ten, co niegdyś oczy pasł gustem ozdobnym, Wraca do domu zdarty, smutny, pokryjomu, Albo i nie powraca, nie miawszy już domu.

Próżno więc, jak to mówią, po szkodzie korzysta.

 Franciszek, przedtem pieniacz, teraz alchimista, Dmucha coraz na węgle, przy piecyku siedzi, Zagęszcza i rozwilża, przerzedza i cedzi. Pełne proszków chimicznych szafy i stoliki, Wszędzie torty, retorty, banie, alembiki.

Już postrzegł w ogniu gwiazdę, a kto gwiazdę zoczy, Albo głowę Meduzy, albo ogon smoczy,

Już ten wygrał. Winszuję, ale nie zazdroszczę.

To mniejsza, że Franciszek o złoto się troszcze; Niech dmucha, a nie kradnie. Choćby złoto zrobił, Swoje stracił; na swojem niechby i zarobił.

 Nie złoto szczęście czyni, o bracia! nie złoto,

Grunt wszystkiego poczciwość, pobożność i z cnotą. Padnie taka budowla, gdzie grunt nie jest stały.

Chcemy nasz stan, stan kraju ustanowić trwały, Odmieńmy obyczaje, a jąwszy się pracy, Niech będą dobrzy, będą szczęśliwi Polacy.

SATYRA III.

SZCZĘŚLIWOŚĆ FILUTÓW.

ROK się skończył, winszować tej pory należy:

Komu? wszystkim: niech Jędrzej z winszowaniem bieży;

Jędrzej, co to zmyśloną wziąwszy na się postać,

Szuka, gdzieby się wkręcić, lub zysk jaki dostać; A przedajnym językiem, drogi, albo tani, Jak zgodzą, jak zapłacą, tak chwali, lub gani.

Albo Szymon, miłośnik ludzkiego rodzaju,

Co złych i dobrych wspołem chwaląc dla zwyczaju, Gdy cnotę i występki równą szalą mierzy, Tyle zyskał w rzemiośle, że mu nikt nie wierzy. Niechaj tacy winszują, ja milczę: — źle czynisz; Alboż wszystkich zarówno potępiasz i winisz?

Alboż wszystkim źle życzysz? — Owszem dobrze życzę.

Są cnotliwi: a chociaż nie wiele ich liczę,

Chociaż ledwo ten rodzaj w złych się tłoku zmieści,

Są dobrzy i w płci męzkiej, są i w płci niewieściéj — Więc im winszuj: — A jakaż winszować przyczyna? — Stary się rok zakończył, a nowy zaczyna, — Cóż mam dobrym powiedzieć? w starym ucierpieli, I w przyszłym cierpieć będą zapewne musieli.

Niekończy się poczciwych niefortuna z rokiem, Rzadko się cnota szczęsnym ucieszy wyrokiem.

 Do was więc mowę zwracam, sztuczni a ostrożni,

Filuci oświeceni i jaśnie wielmożni, Wielmożni i szlachetni z zgrają waszą całą; Winszuję, że w tym roku dobrze się udało. Coście tylko pragnęli, wszystko wam los zdarzył, Wyście się tam ogrzali, gdzie się drugi sparzył. Fortuna której koło ustawnie się toczy,

Była ślepą dla innych, dla was miała oczy.

Więc winszuję wszem w obec, każdemu zosobna.

 Tobie naprzód, którego dziś postać ozdobna, Którego oko śmiałe, a czoło, jak z miedzi; W twoich progach los spoczął i fortuna siedzi. Płyną ci dni pomyślne, a przędziarka Kloto, Pasmo życia nawija na jedwab i złoto.

Gdzie stąpisz wszystko w kwiecie; gdzie spójrzysz, w owocach,

A gdy bierzesz spoczynek w twych rozkosznych nocach

Ty śpisz, a szczęście czuje. Brzęczą złota trzosy,

Wrzask cię chwały otacza, a pochlebne głosy,

Im bardziej natężone, im ogromniej wrzeszczą,

Tym wdzięczniej słuch twój mocnią, uszy twoje pieszczą. Umiesz słyszeć coć miło, na przymówkę głuchy: A gdy czasem mniej wdzięczne zalecą podsłuchy, Umiesz i niedosłyszeć. Talent dziwny, rzadki!

Takie więc szczęścia twego gdy widzę zadatki,

Winszuję ci. A naprzód, żeś ocalał zdrowo;

Wieluż za mniej, los srogi ukarał surowo! A bardziej sprawiedliwość, której wiek zepsuty Nie zna teraz; a przeto szczęśliwe filuty.

Winszuję: jak ty inszym, że tobie nie mierzą;

Winszuję: żeś choć zdradził, przecież jeszczeć wierzą; Winszuję: żeś choć okradł, nie każą ci wracać, Możesz łupu zdartego, na co chcesz, obracać.

KONIEC WERSJI DEMONSTRACYJNEJ.

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok