Saturnin - Jakub Małecki - ebook
NOWOŚĆ

Saturnin ebook

Jakub Małecki

4,6

401 osób interesuje się tą książką

Opis

Jestem błyszczącym, jasnym wężem i sunę przez poszycie. Głęboko we mnie tkwi gorące miejsce, które pulsuje w rytm lasu. Kiedyś miałem twarz i imię.

Przez błąd na bilecie kilkuletni Satek wierzy, że autobus, którym jeździ do szkoły w Radziejowie, zahacza o tajemniczą krainę. To tam, jak podejrzewa chłopiec, zazwyczaj przebywa jego milczący, skryty dziadek.

Dwadzieścia lat później Saturnin mieszka w Warszawie, pracuje jako sprzedawca i trzyma się z dala od tajemniczych krain. Pewnego dnia dziadek znika i Saturnin musi wrócić w rodzinne strony. Wspólnie z matką rusza jego śladem i coraz głębiej zapuszcza się w przeszłość. To, co odkryje, zburzy jego świat.

Saturnin to intymna, choć skomponowana na wiele głosów opowieść, w której marzenia potrafią łamać kości, muzyka jest silniejsza niż wojna, a mama daje w nagrodę półtora kilograma słońca. Zmarli otrzymują tu głos, a prawdziwe postaci z życia autora doświadczają rzeczy, których nie dane im było zakosztować poza tą książką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla Marty

Wiem bardzo mało, tyle tylko, że mój brat jest wężem, że sama nie żyję, i parę innych rzeczy. Wszystko mi się miesza, może tak być powinno.

Miałam na imię Irka, nazwiska nie pamiętam, chyba było na „M”. I chyba byłam ładna. Czasami nosiłam warkocz, lubiłam się śmiać, a kobieta, co się śmieje, może nawet być taka sobie, a i tak jest ładna.

Nie przejmowałam się w życiu zanadto, zdawało mi się, że to niepotrzebne. Oczywiście miałam się czym przejmować – każdy ma. Ja powodów miewałam czasami więcej niż inni, tak mi się wydaje.

Jestem jak niedobrze nastrojone radio, co odbiera sygnał z kilku różnych stacji. Opalony chłopiec tańczący wokół kobiety z niebiesko-białą torbą. Otyły starzec z wielką mapą na kolanach. Rozczochrana szatynka szarpie skrzynkę na listy. Spocony żołnierz wpełzający przez okno do samochodu. Mogłabym tak wymieniać. Obrazy przesiąkają tutaj, oglądam je, bo co robić.

Bywają też takie chwile, że pamiętam całe mnóstwo swoich żyć, a tylko nie umiem powiedzieć, które było prawdziwe. Wiem bardzo mało. Tyle tylko, że mi na imię Irka. I że to wszystko jest o mnie.

CZĘŚĆ I

Rozdział pierwszy

Moja mama niesie półtora kilograma słońca w dużej niebieskiej materiałowej torbie w białe pasy, a ja drepczę obok, niecierpliwy, z obolałą szczęką. Skórę mam opaloną na kawę z mlekiem – tak mówi czasem dziadek. To najszczęśliwszy dzień w moim życiu.

Mama powiedziała, że jeśli dzielnie zniosę wyrwanie dwóch zębów, kupi mi, co tylko będę chciał. Dobrze rozumiem, że sformułowanie „co tylko będę chciał” to tak naprawdę skrót od „co tylko będę chciał, ale tak, powiedzmy, do piętnastu złotych”, to jednak niczego nie zmienia, bo nie wyobrażam sobie, czego można by chcieć za więcej niż piętnaście złotych.

Chciałem oczywiście półtora kilograma słońca. Nie dałbym rady zjeść naraz więcej niż jedno opakowanie, ale skoro poczułem, że wraz z deklaracją mamy otwiera się szansa na zrobienie zapasów, postanowiłem spróbować to wykorzystać. Kupiliśmy więc waniliowe, czekoladowe i toffi. Dreptałem obok mamy, co jakiś czas podskakując, i roztrząsałem kwestię wyboru smaku, który po przyjściu do domu zjem jako pierwszy. Nie pamiętam już nazwy tamtych lodów, kojarzę tylko, że kubki wykonane były z twardego plastiku, a na etykiecie widniało uśmiechnięte słońce.

Na wykresie mojego życia to one, opakowania po lodach i słodyczach, znaczyłyby wszystkie ważne chwile. Osiągnięcia, sukcesy, porażki i trudności. Wyzwania, zawody, choroby i niespodzianki. Czasami myślę, że zostawiam po sobie tylko ten pozbawiony znaczenia i niewidoczny ślad opakowań po produktach o wysokiej zawartości cukru.

Teraz mam trzydzieści lat i chyba nic już we mnie nie zostało z tamtego chłopca, który skakał wokół mamy na ulicy. Jest rok 2014, pracuję jako sprzedawca i mieszkam w Warszawie. O osobach takich jak ja mówi się „single”, ale nie jestem singlem, jestem po prostu samotny.

Dziś jest wtorek, wieczorem obejrzę mecz, a przed snem jak zawsze posiedzę trochę w internecie. Teraz stoję na balkonie i patrzę, jak mój sąsiad, pan Andrzejczak, myje samochód gąbką. Zanurza ją cierpliwie w czerwonym wiaderku pełnym piany, a potem gwałtownie przenosi nad maskę, bojąc się najwyraźniej uronić kroplę na beton. Być może jest ostatnią osobą na świecie, która robi jeszcze coś takiego – myje auto przed blokiem.

Kiwam mu znad suszarki o rozpostartych skrzydłach, z których jedno się jakiś czas temu wygięło, bym ją musiał wreszcie wymienić; ale jakoś tego wciąż nie robię, a on macha, wyprostowany, jakbym znajdował się nie na balkonie, ale w pociągu odjeżdżającym ze stacji, i wtedy dzwoni mama.

Odbieram, rozprostowując jeszcze koszulkę i poprawiając skarpetę, która zaraz zsunie się z drążka, a słońce grzeje mnie w kark i przedramiona. Pan Andrzejczak kończy pucować maskę i pochylony bierze się do drzwi od strony kierowcy.

To właśnie wtedy, kiedy tak stoję na balkonie, powiesiwszy mokre ubrania na suszarce, i z telefonem przy uchu patrzę na sąsiada, dowiaduję się, że mój dziadek zniknął.

***

Mama mówi spokojnie, jakby to całe zniknięcie było czymś zwyczajnym, co się po prostu od czasu do czasu przydarza ludziom w takim wieku.

– Rano, to znaczy w nocy, wiesz, bo rano to go już nie było, Satek, tak tylko dzwonię, żebyś wiedział, no, wiesz, myślałam, że może jest w polu albo nad stawem, pamiętasz przecież, jak tam lubi chodzić, ale nie wrócił na obiad, to się zaczęłam martwić, wiesz, no ale powtarzam sobie, że może gdzieś u sąsiadów…

Cierpi na bezzdaniowość, zawsze cierpiała na ten brak kropek i innych znaków przestankowych, które pozwoliłyby wyodrębnić w jej wypowiedziach jakieś osobne części, i przez to ciężar hamowania tej słownej powodzi spada zazwyczaj na rozmówcę, na mnie.

– Mamo. Do Pieczabów dzwoniłaś?

Dzwoniła.

– Do Karmowskich?

Dzwoniła.

– Do taty?

Też.

– Dzwoniłam wszędzie, no nic, poczekajmy jeszcze trochę, wiesz, a potem chyba na policję, on nigdy tak nie znikał przecież, tak zupełnie nic, ani słowa, wiesz, a rano to nawet… – i tak dalej, bez końca.

***

Nazywam się Saturnin Markiewicz, ważę sto osiemnaście kilogramów, mam lekkie zakola, nie nadużywam słów „koszmar”, „zawsze” i „przyjaciel”, chciałbym ograniczyć słodkie, wynajmuję kawalerkę przy ulicy Karmelickiej w Warszawie, w grudniu operowano mi lewe kolano, czasami dokucza mi mały, włochaty pies sąsiada spod trójki, dosyć lubię książki przygodowe, zakupy robię w Carrefourze przy Anielewicza, gram w Football Managera i kocham się w farmaceutce z pobliskiej apteki.

Naprawdę nie wiem, skąd to idiotyczne imię.

Pytałem oczywiście wiele razy, mamo, mamo, dlaczego wszyscy inni mają jakoś tak normalnie, w sensie Wojtek, Radek, Przemek i Karol, a ja muszę być Saturnin?

– Saturnin to piękne imię! Nie podoba ci się?

Co miałem powiedzieć?

***

W zapachu prania, z telefonem ściśniętym wciąż między barkiem a głową, oślepiony słońcem i głodny jak zawsze, przechodzę z balkonu do mieszkania, zapach zanika, chwytam telefon, siadam wreszcie, słuchając.

Pytam, gdzie dziadek mógł pójść. Mama przez chwilę nic nie mówi, jakby musiała nakręcić sprężynę, która uruchomi kolejną serię słów.

– Pójść, wiesz, no właśnie, bo właśnie, Satek, wiesz, no bo on nie na pieszo, on wziął mój samochód, no.

Aż wstaję.

– Ale czekaj. Dziadek?

***

Rzadko mnie dostrzegał, ale czasami się zdarzało.

Mieszkałem jeszcze wtedy w Kwilnie, chodziłem do siódmej klasy. Sobota, środek lata, popołudnie. Mama na zakupach w mieście, dziadek czymś zajęty, jak zwykle. Nie pamiętam, by kiedykolwiek pozwolił sobie na odpoczynek, na bierne przepływanie pomiędzy dwoma chwilami albo chociaż robienie czegoś, co nie ma określonego celu i czemuś nie służy. Nawet jeśli wieczorem oglądał z nami wiadomości, to cerował w tym czasie skarpety, czyścił nożyk do grzybów albo przynajmniej przeglądał skrzynkę z tabletkami w poszukiwaniu tych, które straciły już ważność.

Tym razem, tego sobotniego popołudnia, postanowił pozbyć się korzeni z zagajnika, który dziko rozrastał się za ruinami chlewu. Kilka najstarszych drzew ściął dużo wcześniej, a do zagajnika nie miał nawet po co chodzić, ale te korzenie widać jakoś mu przeszkadzały. Pomagał mu gruby, spocony Słodkiewicz, ojciec Bartka, z którym chodziłem do szkoły.

Skończyłem akurat oglądać potajemnie stary numer „Playboya” z panią Kasią Figurą, który stanowił jeden z moich najcenniejszych skarbów, a że zuchwałe myśli o pani Kasi sprawiały mi fizyczny wręcz ból, postanowiłem trochę to rozchodzić, wiedziałem bowiem, że w pięćdziesięciu procentach przypadków takie coś pomaga. Przystanąłem na skraju zagajnika, przyglądając się, jak Słodkiewicz mocuje łańcuch do pnia, z którego zdążyły już wyrosnąć młode, zielone pędy, i jak wsiada do ciągnika, żeby tę resztkę drzewa, uczepioną ziemi jak ząb dziąsła, wyrwać w obłoku spalin. Kilka nieposłusznych macek zostało jednak na swoim miejscu, a dalej pnia pociągnąć się nie dało, bo przeszkadzał chlew. Znaczy, resztki chlewu.

Wzięli się więc obaj, mój dziadek i pan Słodkiewicz, młodszy od niego o dobrych parę dekad, do roboty ręcznie: ciągnęli „to jebane cholerstwo”, szarpali, klęli na korzeń i na siebie nawzajem, wreszcie Słodkiewicz wyprostował się, zaczerpnął tchu i wyszedł z propozycją:

– Tadek, kurwa, dajmy spokój. Urąbiesz se to później.

Rozrywany wspomnieniem oglądanej potajemnie gazety, a poza tym trochę znudzony, spragniony wrażeń, bo przecież w Kwilnie nic się nigdy nie działo, podszedłem bliżej.

– A mogę spróbować?

Dziadek zareagował w typowy dla siebie sposób, to znaczy nie powiedział nic, tylko odsunął się na bok, jakby to stanowiło aż nadto wystarczającą odpowiedź. Chwyciłem pieniek obiema rękami – był chłodny, wilgotny – i wyrwałem go za pierwszym pociągnięciem.

***

Tydzień później dziadek przygotował mi w stodole wydzielone miejsce do ćwiczeń z ciężarami. Była tam kula z przyspawanym uchwytem, drążek przymocowany między belkami oraz sztanga, którą zmontował z grubej rury i dwóch kół zębatych. Nie pamiętam, co wtedy powiedział, pewnie niewiele, zaprezentował mi to natomiast w taki sposób, że nie było wątpliwości: oto prezent dla mnie.

Mama miała mu to za złe i uważała, że złamię sobie kręgosłup, a przynajmniej rękę. Co kilka dni zaglądała do mojej maleńkiej, ciemnej salki gimnastycznej i na widok prowizorycznej sztangi wydawała z siebie przeciągły jęk, jakby wcale nie widziała jej już wcześniej ze dwadzieścia razy.

***

Rękę złamałem po sześciu miesiącach ćwiczeń.

Uniosłem sztangę nad głowę, jak wiele razy przedtem, ale tym razem zamiast zablokować kciuk na rurze, użyłem małpiego chwytu, wszystkie palce zaplatając z jednej strony. Jakoś tak czasem było mi wygodniej. Ciężar wyślizgnął mi się, kiedy go podrzucałem, rękę wygięło, nadgarstek uderzył o bark i w łokciu chrupnęło tak głośno, że bardziej przestraszyłem się tego dźwięku niż samego wypadku.

Posmarowałem się jakąś maścią, którą odnalazłem w bogatym arsenale mamy, i resztę dnia, z lepszym czy gorszym skutkiem – raczej z gorszym – spędziłem na przekonywaniu samego siebie, że absolutnie nic mi nie jest. W nocy ręka miała już rozmiary nogi i barwę bakłażanu: na pogotowiu dowiedziałem się, że to „paskudne” złamanie. Mama siedziała w poczekalni, patrząc na dziadka w taki sposób, jakby to on sam wślizgnął się nocą do mojego pokoju, by mi pogruchotać łokieć. Dziadek nie mówił nic, ale widać było, że jest mną rozczarowany.

Wsadzono mi rękę w gips.

***

Mam trzydzieści lat, ani jestem młody, ani stary, już bym wolał, żeby było trochę później albo trochę wcześniej nawet, żebym był jakiś konkretny, a tak niczym anonimowa mysz w kołowrotku obracam przed sobą kolejne jednakowe dni złożone z pracy, dojazdów do pracy, powrotów z pracy, zakupów, jedzenia, patrzenia w komputer i spacerów wieczorem.

Naprawdę powinienem przestać jeść słodycze.

Za chwilę przepchnę wskazówkę wagi poza haniebne sto dwadzieścia kilogramów i wydaje mi się, że jestem dokładnie w połowie drogi pomiędzy człowiekiem napakowanym a grubym, co jest o tyle uciążliwe, że nigdy nie chciałem być ani jednym, ani drugim. Po prostu dźwigałem ciężary.

W odchudzaniu nie pomaga wcale to, że wstydzę się tak wielu rzeczy, choćby kupowania tanich produktów w spożywczym. Na przykład potrzebuję pomidora – bo wszystkiego innego akurat mam pełno. Ale wejść i kupić jednego pomidora? To po prostu zawracanie głowy. Patrzę w oczy kasjerce, a ona myśli sobie wewnątrz mojej głowy: „Co za bydlę, jednego pomidora będę mu teraz ważyć… Jakbym nie miała nic innego do roboty”.

Zazwyczaj więc, żeby usprawiedliwić jakoś swoją obecność w sklepie, kupuję jeszcze coś dodatkowego, co, myślę sobie, przyda mi się później – na przykład lody o smaku solonego karmelu. Albo ciasteczka toffi. Czekoladę mleczną z bakaliami. Rodzynki w polewie. Waniliowe ptasie mleczko. Deserek ryżowy. Kilka batonów. Pieguski, wafle, delicje, jogurty, krówki, kukułki, michałki. I tak dalej.

***

Przez pewien czas myślałem, że wszyscy dziadkowie są tacy. Milczący. Żylaści. Że kiedy półnadzy pochylają się w słońcu nad uprawianą ziemią, wyglądają jak supeł. Wstają o czwartej, piją kawę w ciemnej kuchni, a potem przez cały dzień pracują. Wieczorami chodzą w zarośnięte chwastami miejsce, gdzie kiedyś podobno był staw, i stoją tak, patrząc przed siebie.

Ciało mojego dziadka nie potrafi odczuwać przyjemności, jedyne, co umie, to pracować, musi być w ciągłym ruchu, jakby bało się tego, co mogłoby się stać, gdyby na chwilę zwolniło albo się zatrzymało.

Tylko raz dziadek wytracił tę swoją prędkość. Pamiętam go, siedzącego w kuchni przy oknie, z niezapalonym papierosem w ręce. To było po śmierci babci, wrócił właśnie z zakładu pogrzebowego w Radziejowie, uparł się, że pojedzie sam.

Siedział tak i siedział.

– Może zrobię herbaty? – zapytałem.

Odwrócił się gwałtownie, jakby sądził, że cały dom jest pusty. Popatrzył na mnie i z powrotem przeniósł wzrok za okno.

– Co ja zrobię, synuś, jeśli mnie nawet starość nie zabije?

***

Byłem naprawdę silny. Po tamtym wypadku w stodole mama sądziła, że może już być spokojna, bo z pewnością mi przeszło, ale ja, widząc, jak niebezpiecznym zajęciem jest całe to dźwiganie, nabrałem tylko jeszcze większej ochoty do ćwiczeń.

Wsadzili mi rękę w gips, do wesela się zagoi, taki żart. Ciekawe, ile razy opatrujący mnie lekarz wypowiedział go w życiu. Poklepał mnie po ramieniu i odesłał do domu.

Niedługo po tym, jak wróciłem do zdrowia, dziadek wysupłał skądś pieniądze i kupił mi ławkę do wyciskania, prawdziwy lśniący gryf oraz koła. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek cieszył się tak jak wtedy. Trenowałem dwa, trzy razy dziennie. Wstawałem z łóżka obolały i jadłem jak smok. W wieku szesnastu lat podnosiłem na ławce sto sześćdziesiąt kilogramów.

***

Nie wiem nawet, dlaczego ta dziewczyna z apteki tak mi się podoba. Z twarzy jest chyba dość przeciętna, sylwetkę ma wiecznie ukrytą pod fartuchem, włosy ciasno związuje w kucyk i czasami wygląda, jakby pod skórą twarzy nie miała w ogóle mięśni.

Szczegółowo opracowuję harmonogram odwiedzin w aptece, tak aby, mimo wysokiej częstotliwości, wydawały się choć trochę przypadkowe. Od dawna nie mam już co kupować, zwłaszcza że większość sprzedawanych tam produktów mogłaby gwałtownie obniżyć moją pozycję w oczach tej dziewczyny, nie kupię sobie przecież tabletek przeciwko nieświeżemu oddechowi ani maści na hemoroidy. Witaminy, zatyczki do uszu, rozpuszczalne elektrolity, coś przeciwbólowego – to rozwiązania bezpieczne.

Mam w szufladzie około stu pięćdziesięciu maleńkich foliowych opakowań z zatyczkami do uszu.

***

Pierwszych kilkanaście zawodów w trójboju siłowym zwyciężyłem, nie zbliżając się nawet do swoich prywatnych osiągów ze stodoły. A potem podczas wyciskania ręka zgięła mi się w łokciu nie w tę stronę, co trzeba. Coś wybuchło mi w głowie, zemdlałem.

Trzej asekurujący mnie mężczyźni ledwie zdążyli zareagować na czas – sztanga podobno omal nie zmiażdżyła mi krtani. Mówili mi potem, że wyglądało to naprawdę dramatycznie. Gdyby w tamtych czasach istniał YouTube, zostałbym pewnie na moment królem polskiego internetu.

W szpitalu okazało się, że po tamtym złamaniu sprzed lat ręka nie została właściwie nastawiona, co z kolei doprowadziło do poważnego zwyrodnienia stawu. Przeszedłem dwie długie operacje i znowu założono mi gips.

Lekarz nazywał się jakoś ptasio – Drozd? Jaskuła? nie potrafię już sobie tego teraz przypomnieć – i miał śmieszny zarost przypominający kłęby kurzu. Na pytanie, kiedy będę mógł wrócić do treningów, odpowiedział, że nigdy.

***

Tak naprawdę chyba chodzi o uśmiech.

Pamiętam, kupowałem wtedy coś na kaszel i kiedy podawałem jej kartę, uśmiechnęła się w taki sposób, jakby próbowała tego nie zrobić, jakby walczyła z tym uśmiechem i ostatecznie przegrała. Kilka dni później przyśniła mi się w jakimś zupełnie nieaptecznym kontekście, a potem to już te witaminy, elektrolity, zatyczki.

Wyobrażałem sobie kiedyś armię złożoną z ludzi takich jak ja. Dałoby się ją rozbroić jednym uśmiechem, a potem błyskawicznie zarżnąć.

***

Gdyby tamtego sobotniego popołudnia dziadek nie postanowił pozbyć się korzeni, być może nigdy nie wystartowałbym w żadnych trójbojowych zawodach, nie wypielęgnowałbym w sobie nadziei na wielką karierę sportową i nie znienawidziłbym siebie, kiedy wyszło na jaw, że o żadnej karierze nie może być mowy. Dostałem coś, co natychmiast zostało zniszczone, ale te wszystkie marzenia, które zalęgły mi się w głowie, nie zniknęły w chwili, kiedy szpitalna drukarka wypluła wypis z moim dożywotnim wyrokiem. Nocami nadal podchodzę pod ciężary, przysiadam z nimi, rwę je z ziemi i wypycham, leżąc, a potem staję na podium, unosząc puchar, z obolałymi stawami, które świadczą o tym, jak bardzo było trudno.

Nigdy nie winiłem nikogo prócz siebie. To ja uniosłem wtedy sztangę nad głowę, to ja zastosowałem małpi chwyt zamiast normalnego, wreszcie to ja ignorowałem narastający ból, który towarzyszył mi podczas bicia rekordów na ławce. Każdym kolejnym uniesieniem sztangi coraz dalej odpychałem od siebie szansę na to, że kiedykolwiek cokolwiek osiągnę.

***

Rozmawiam z mamą jeszcze przez kilka minut. Zadaję kolejne pytania, a ona nie zna odpowiedzi na żadne z nich. Dziadek zawsze był dziwny, z czasem jego życie stało się życiem maszyny zaprogramowanej na pracę. Żadnej spontaniczności, żadnych odstępstw od harmonogramu dnia, tygodnia i roku.

Ucho rozgrzewa mi się od rozgrzanego telefonu, porwana nurtem własnego słowotoku mama wreszcie hamuje, a wtedy pytam, czy mogę jakoś pomóc.

– Nie, Satek, tak tylko ci chciałam, wiesz, powiedzieć, no odezwę się, jak tylko się znajdzie.

Siedzę później, obracając telefon w dłoni, i patrzę w wyłączony telewizor. Mój dziadek ma dziewięćdziesiąt sześć lat.

Rozdział drugi

Nigdy właściwie nie myślałem o dziadku zbyt wiele. Jak o tych ruinach chlewu po drugiej stronie naszego podwórka w Kwilnie. Zawsze tam były i nic nie wskazywało, by się to miało zmienić.

A dziadek? Ma dziewięćdziesiąt sześć lat, jest wysoki i chudy, ubiera się w co bądź, lubi papierosy, czarną kawę i swojego starego psa, Beza, nie lubi odpoczywać, spać, nienawidzi muzyki. I to mniej więcej tyle.

***

Tak, podobno kiedyś umiał grać na trąbce, w co oczywiście nie wierzę. Słowa „granie na trąbce” i „Tadeusz Markiewicz” zgrzytają, kiedy wymówić je w jednym zdaniu. Próbowałem na głos.

Mama wyszperała kiedyś z albumu czarno-białe zdjęcie, takie z ząbkowanymi krawędziami, po których miło było przesuwać opuszką palca wskazującego. Nasz dom, jeszcze przed przebudową. Ciemna izba, która służyła za kuchnię, i kilka osób przy masywnym stole. Dziadek, który jeszcze nie jest dziadkiem, stoi oparty o ścianę i dmie w trąbkę, pochylając się lekko do przodu. Pan Pieczaba, którego pamiętam już bardzo niewyraźnie, siedzi tyłem do stołu, rozkraczony, z wielkim akordeonem pod brodą. Śmieje się, patrząc na kolegę w taki sposób, w jaki zazwyczaj patrzą na siebie ludzie, kiedy nikt nie widzi.

Oglądając to zdjęcie, trochę nie wierzyłem, że ten radosny człowiek z akordeonem i gruby, szczerbaty Pieczaba, który wiecznie przesiadywał przed stacją benzynową w Skibinie, mogą mieć ze sobą cokolwiek wspólnego. Gruby Pieczaba od jakichś dziesięciu, może piętnastu lat nie zaczepia już sąsiadów pod stacją, spragniony rozmowy, bo od dziesięciu czy piętnastu lat nie żyje, za to tamten wesoły chłopak dalej gra na akordeonie w albumie w którejś z szuflad wielkiej szafy w naszym starym domu.

Dziadek ze zdjęcia ma przymrużone oczy, a pod rozpiętą kurtką widać jasne pasy tkaniny, którą opatrzono mu brzuch. Podobno wrócił wtedy z wojny na kilka dni, ranny i wychudzony, a potem poszedł znowu, choć go rodzice, siostry i bracia usiłowali powstrzymać. Tak, to wszystko rozumiem, wojna i czarno-białe zdjęcia pasują do dziadka jak ulał.

Ale trąbka? Muzyka? To radosne spojrzenie młodego Pieczaby?

***

W liceum dojeżdżałem do Radziejowa autobusem. Był to prawdziwy rzęch, który na każdej nierówności dzwonił niczym wielka portmonetka pełna bilonu, a z samymi przejazdami wiązała się pewna tajemnicza sprawa. Otóż trasa z Kwilna do Radziejowa zgodnie z informacją drukowaną na podłużnym bilecie liczyła siedem kilometrów, z kolei dokładnie ta sama trasa z Radziejowa do Kwilna – dziewięć. Było to przedmiotem licznych żartów moich kolegów, a mama smutno stwierdziła kiedyś, że ta różnica jest niezbitym dowodem na nadużywanie przez Polaków alkoholu w pracy. Ja natomiast wiedziałem, że chodzi o coś więcej. Domyślałem się, że w drodze powrotnej z Radziejowa nasz autobus zahacza o jakiś inny świat, i to tam, w tej magicznej krainie, pokonuje nadmiarowy dystans dwóch kilometrów.

Kwestia ta zajmowała mnie właściwie przez cały okres liceum. Podczas jednej z wizyt u taty pokazałem mu dwa bilety, bo myślałem, że go to może rozbawi, ale zupełnie nie zrozumiał, czego od niego chcę. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że nic, że nieważne.

Wracając do domu, starałem się zawsze usiąść przy oknie, a nawet jeśli nie było to możliwe, czujnie obserwowałem szczegóły krajobrazu za szybą, wypatrując miejsca, gdzie dwa światy – nasz i ten obcy – łączą się płynnie w taki sposób, aby żaden z pasażerów nie zdołał się zorientować. Czasami miałem wrażenie, że już wiem: to musi być przy kapliczce naprzeciw polnej drogi. Nie. Jednak przy stacji benzynowej, gdzie zawsze tankowaliśmy. Nie. Zdecydowanie w okolicach znaku wskazującego wjazd do miasta. Zwykle już następnego dnia moje odkrycie okazywało się pochopne i błędne, a ja musiałem godzić się z myślą, że dwukilometrowy odcinek trasy nadal pozostaje dla mnie nieuchwytny.

Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się oczywiste, że do tej tajemniczej rzeczywistości, o którą każdego dnia zahaczałem na trasie Radziejów – Kwilno, należy również mój dziadek. Że gdybym zdołał się tam dostać, wyskakując z jadącego autobusu we właściwym momencie, spotkałbym go zupełnie innego niż tutaj – byłby wesołym, rozmownym dziadkiem podobnym do innych dziadków.

Moją teorię zdawały się potwierdzać niektóre rzadkie sytuacje, w których dziadek zachowywał się, jakby naprawdę nie był stąd. Najlepiej pamiętam dzień, kiedy mama po raz pierwszy kupiła płatki śniadaniowe o smaku czekolady. Bardziej je wsysałem, niż jadłem, nabierając pewności, że dorosłe życie będzie wspaniałe, zachwycające, skoro istnieją takie rzeczy. Zastanawiałem się przy tym, jak często mama będzie kupować takie płatki i czy możliwe, że są na świecie ludzie, którzy je jedzą codziennie. Wtem dziadek, odwracając się gwałtownie do mamy, która stała przy lodówce:

– Patrz, Hania! Patrz, jak on pięknie zjada Niemców! Mówiłem? Mówiłem, że to dobre imię?

Podniosłem głowę.

– Co?

Dziadek uśmiechnął się do mnie i pogroził palcem.

– Tyle razy wypatrywałem cię w koronach drzew! A ty jesteś tutaj.

Spojrzałem na mamę, mama na niego, potem na mnie i znowu na niego.

– Tato?

On jednak był już wtedy gdzieś daleko, nic nie widział i nic nie słyszał, na krześle w kuchni tkwiło tylko jego opalone, wysuszone ciało, które humiało do siebie, jak to czasem miało w zwyczaju:

– Hummm, hummm.

Natychmiast wróciłem do czekoladowych płatków, ale z czasem nabrałem przekonania, że kiedy dziadek siedzi tak sobie i humi, zamyślony, przenosi się właśnie do tego drugiego świata, o którym wiadomo mi było tylko tyle, że każdego dnia przejeżdża tamtędy nasz autobus.

***

Próbuję wyjaśnić mamie, że trzeba to zgłosić na policję. Dziadek wziął samochód i zniknął, ma dziewięćdziesiąt sześć lat, stanowi zagrożenie dla siebie i innych, mamo, wyobraź sobie, że on potrąci jakieś dziecko na pasach, tak jej tłumaczę, a ona stosuje taktykę, której jednocześnie nie cierpię i którą podziwiam, to znaczy w zupełności się ze mną zgadza, ale nie robi z tym nic.

Zalewa mnie słowami i nie sposób wyłowić tych, które naprawdę chce wypowiedzieć, bo miesza je z całą resztą, z tymi zapychaczami, służącymi jej, od kiedy pamiętam, do zalepiania wszelkich szpar, pęknięć, wszystkiego tego, czego nie chce widzieć. Poprosiła młodego Karmowskiego o wydrukowanie dwudziestu ogłoszeń ze zdjęciem dziadka i rozwiesiła je na słupach przy drodze, tyle wiem.

– Mamo.

Obiecuje, że zadzwoni, jeśli dziadek do jutra się nie znajdzie, no wiesz, Satek, może gdzieś po prostu, wiesz, popytam jeszcze, a może ktoś zadzwoni, i jakby coś to jutro, wiesz, ja się bardzo boję.

– Mamo, do jutra to dziadek może już…

Ale ona wie swoje.

***

Moim największym marzeniem jest – było – podnieść tysiąc kilogramów w trójboju. Nie jest to takie niemożliwe. Musiałbym w martwym ciągu zaliczyć czterysta, w przysiadzie trzysta pięćdziesiąt i dwieście pięćdziesiąt na ławce. Ciężary nieludzkie – ale do zrobienia.

Na treningach kilka razy pociągnąłem z ziemi czterysta piętnaście. Na ławce potrafiłem dźwignąć w okolicach dwustu dwudziestu–dwustu trzydziestu. Najgorzej z przysiadem: ani razu nie udało mi się wstać z ciężarem trzystu kilo, a gdzie tu mówić o trzystu pięćdziesięciu. Ale marzenia to marzenia, przecież byłem młody, całe życie przede mną, konsekwencja to podstawa, wyznaczenie celu jest połową sukcesu, będziesz się rozwijał, nie wolno się poddawać i tak dalej. Mój kontuzjowany łokieć chichotał po kryjomu pod skórą, słysząc te wszystkie formułki i zapewnienia.

***

Pamiętam jeden raz, kiedy bałem się dziadka.

Siedząc na drzewie i tocząc odwieczny bój z nudą – przybierał on różne formy, ale najczęściej polegał na czujnym wypatrywaniu jakiejś wielkiej przygody – usłyszałem szelest dokładnie pod sobą. Dziadek wszedł do zagajnika i oparł się plecami o pień. Zapalił papierosa. Usłyszałem jego głębokie, głośne westchnienie, jakby przygotowywał się do przemowy.

Czułem, że nie powinienem się tam znajdować, ale było za późno – nie mogłem zejść tak, by mnie nie zobaczył.

Wydawało mi się, że pali jakoś inaczej niż zwykle, że jego ruchy nie są tak sztywne. Zaciągał się powoli, dwukrotnie splunął drobinkami tytoniu, wydając przy tym ciche „typ!”. Tak mocno zaciskałem na gałęzi palce prawej dłoni, że zaczęły mi drętwieć. Kiedy skończył palić, wsunął ręce w przepastne kieszenie workowatych beżowych spodni i stał tak dalej, widoczny z góry pomiędzy liśćmi. Czekałem i czekałem. Ścierpło mi całe ciało. Chwilami miałem wrażenie, że tracę czucie w nogach, jakby ktoś podawał mi właśnie znieczulenie. Niech on już stąd pójdzie, błagałem w myślach, czując, że za chwilę dowiem się czegoś złego. Że zobaczę, kim dziadek jest naprawdę. I że to wcale nie będzie ten milczący, opalony mężczyzna, którego widywałem na co dzień.

Stał spokojnie, patrząc na dom widoczny niewyraźnie przez krzewy bzu, które kilka dni wcześniej wybuchły bielą. Próbowałem sobie wyobrazić, o czym dziadek myśli – dotychczas byłem przekonany, że nigdy nie myśli o niczym. W końcu gwałtownym ruchem odsunął się od pnia i szybko opuścił zagajnik. Długo jeszcze siedziałem na tym drzewie, zanim odważyłem się zejść.

***

Nazywam się Saturnin Markiewicz i nigdy nie spełnię swojego jedynego marzenia, nigdy nie będę zawodowo uprawiał sportu. Jestem przedstawicielem handlowym, tak jak wszyscy inni ludzie na świecie. Siedzę w aucie, odbieram telefony. Wymyślam zabawne odzywki, które nie są zabawne. Wraz z całym zastępem mi podobnych dbam, by jak najwięcej klientów kupiło konkretny rodzaj wody kokosowej. Konkretną markę parówek cielęcych. Konkretny serek śniadaniowy. Pastę z makreli. Lizaki.

Mam trzydzieści lat, żyję sam i ciągle czekam na coś, co się nie wydarzy.

Jestem rozzłoszczonym małym chłopcem, któremu ktoś kazał napisać sto razy na tablicy: „Istnieje świat poza podnoszeniem ciężarów”.

Rozdział trzeci

Kawalerkę, którą wynajmuję, od domu w Kwilnie dzieli dwieście siedem kilometrów, jeśli wybrać rzadziej uczęszczaną drogę krajową numer sześćdziesiąt dwa, lub dwieście trzydzieści pięć kilometrów, jeśli decydujemy się na jazdę autostradą, co zresztą zazwyczaj robię i co zrobię dziś.

– Mamo, poczekaj.

Zadzwoniła o piątej rano, odebrałem na wpół jeszcze nie tutaj, przekonany, że to jedna z dwóch informacji: dziadek nie żyje albo dziadek wrócił. Usłyszałem:

– Satek, posłuchaj, ja nie wiem, czy to jest coś ważnego, ale wiesz, bo spać nie mogłam i tak chodziłam wokół domu, i w zagajniku, no wiesz, lubiłeś się tam bawić, a tam teraz taka rozkopana dziura, no tak nie za głęboka, a obok niej stara trąbka dziadka, rozumiesz, no mam ją przed sobą właśnie, na stole, mówię ci prawdę, ja myślałam, że ją w czasie wojny ukradli, no i teraz to już nie wiem, co to wszystko ma znaczyć…

Przez kilka minut próbowałem ją uspokoić, a potem powiedziałem to, co tak naprawdę powinienem był powiedzieć już wczoraj.

– Będę na miejscu za jakieś trzy godziny.

Spytała, czy naprawdę.

Odetchnąłem, spojrzałem na zegarek.

– Naprawdę.

Prysznic, torba na ramię, śniadanie na schodach. Nad Warszawą wielki szary kołtun zamiast nieba.

Porzucanie miejsca postojowego, zdobywanego z coraz większym trudem, sprawia mi ostatnio prawdziwą egzystencjalną przykrość. Czuję się, jakbym naprawdę coś tracił. Parkowanie w mojej okolicy to mozolne łowy: krążysz bez końca po tych samych jednokierunkowych uliczkach, wypatrując przerwy między autami i wątpiąc, że ją kiedykolwiek dostrzeżesz, a kiedy nareszcie to się dzieje i patrzysz na cudownie wolne miejsce, zazwyczaj dostrzega je też ktoś, kto znajduje się akurat o dwa metry bliżej. Przełykasz wtedy tę bolesną porażkę, a jednocześnie zwalniasz, aby wbić smutno-pogardliwe spojrzenie w tego kogoś i dać mu w ten sposób do zrozumienia, że dopuścił się świństwa.

Gdybym powiedział naszym sąsiadom z Kwilna, że zdarza mi się szukać miejsca do parkowania przez ponad godzinę, prawdopodobnie nawet nie byliby w stanie tego pojąć.

***

Miasto za szybą rozrzedza się szybko i w końcu niemal zupełnie spłaszcza. Zawsze lubiłem patrzeć na wielkie, puste pola. Gładki asfalt znika pod kołami w tempie stu czterdziestu kilometrów na godzinę, a moja sześćdziesięcioletnia mama siedzi gdzieś tam daleko z przodu, w naszym domu w Kwilnie, patrząc na leżącą przed nią trąbkę, którą znalazła, wygrzebaną z ziemi i porzuconą. Tamta trąbka – jeśli wierzyć mamie – przez siedemdziesiąt pięć lat tkwiła w miejscu, po którym chodziłem setki, tysiące razy, które udeptywałem bez końca w czasach mojego odwiecznego boju z nudą.

Tyle razy mogłem się na nią natknąć. Na przykład wtedy, kiedy postanowiłem szukać węgla. Były wakacje, a ja pomyślałem, że jeśli zadbam o opał na zimę, mama i dziadek uznają mnie za przydatnego, zaradnego, a może nawet i dorosłego członka rodziny. Stwierdziłem, że największe prawdopodobieństwo znalezienia węgla będzie w zagajniku. Zabrałem się do pracy jakieś dwie minuty po tym, jak pomysł zapewnienia nam bezpiecznej zimy pojawił mi się w głowie.

Pierwszy dzień wykopalisk upłynął na mniejszych i większych rozczarowaniach, za to nazajutrz znalazłem trzy bryłki węgla, trzy prawdziwe bryłki prawdziwego węgla, z którymi wtargnąłem do domu jak kula armatnia, wrzeszcząc i unosząc zdobycz nad głową. Na dziadku nie zrobiło to prawie żadnego wrażenia, mama, o dziwo, też nie podekscytowała się moim odkryciem. Uśmiechnęła się życzliwie i pogratulowała mi jakimś oficjalnym zwrotem w stylu: „No pięknie, Satek” albo „Super, brawo, synku”. Dopiero wychodząc z domu z powrotem na podwórko, ledwie mieszcząc w sobie emocje, zauważyłem, że bryłki są zadziwiająco podobne do tych, które leżały olbrzymią hałdą u nas w stodole. Podrzuciła je mama.

Kierunkowskaz odmierza kolejne sekundy, kiedy uwięziony za ciężarówką, śledzę agresywne maski samochodów, zbliżające się i znikające w lewym lusterku. Przecież gdybym wykopał wtedy dziurę kilka metrów dalej w jedną lub drugą stronę, to mógłbym znaleźć trąbkę dziadka. Ten niemożliwy dowód na to, że kiedyś dziadek był kimś innym.

***

Kiedy kolejne partie ekranów akustycznych coraz dokładniej odcinają mnie od lasów i pól, a przerywane białe linie pomiędzy pasami jezdni powoli zaczynają mnie hipnotyzować, wraca uczucie, które towarzyszyło mi przez cały okres studiów.

Za każdym razem, kiedy po weekendzie spędzonym w Kwilnie wyjeżdżałem do Warszawy, czułem się, jakbym doświadczał jet lagu. Przychodziło to niespodziewanie, zwykle już w autobusie, kiedy zdążyłem zająć miejsce, ale kierowca jeszcze nie ruszył: wybuchało we mnie pragnienie, żeby wyskoczyć, pobiec z powrotem i zaszyć się w domu. Dokładnie tak samo czułem się, jadąc w przeciwną stronę, z Warszawy do Kwilna – te dwa światy były po prostu zbyt różne jak na to, by mogła zamieszkiwać je jedna osoba.

Tak samo czuję się teraz. Nie wiem, co zastanę w domu, ale będzie to świat boleśnie różny od tego, który mam w Warszawie: zamiast jednorazowych mebelków z Ikei stary kuchenny stół, zamiast anonimowych twarzy w pracy i na ekranie laptopa prawdziwa mama, znów starsza niż ostatnio, pewnie z taką samą jak zawsze herbatą, przed mamą stara, zaśniedziała trąbka, ten fragment innego życia dziadka, w które tak trudno uwierzyć. Samego dziadka nie zastanę, nie.

Uchylam okno i wpuszczam do środka jednostajny huk przebijanych moją hondą warstw powietrza. Staram się myśleć o czymś innym.

***