Santarem - Elizabeth Bishop - ebook + książka

Santarem ebook

Elizabeth Bishop

5,0

Opis

Wybór wierszy jednej z najważniejszych postaci anglojęzycznej literatury w znakomitych przekładach Andrzeja Sosnowskiego. Poezja formalnie wyrafinowana, choć powściągliwa, osobna, wręcz awangardowa, a zarazem niesłychanie prosta, uważna, komunikująca się świetnie z każdym z nas. Zbiór udowadnia, że bez Elizabeth Bishop trudno wyobrazić sobie najnowszą poezję światową, a przekłady Sosnowskiego zaskakująco świeżo – po Barańczakowskich – osadzają idiom poetki we współczesnej polszczyźnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 71

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność



Kolekcje



Elizabeth Bishop

SantarémWiersze oraz trzy małe prozy

wybrał, przełożył i posłowiem opatrzyłAndrzej Sosnowski

Biuro Literackie • Stronie Śląskie 2018

North & South (1946)

Mapa

Ląd leży w wodzie; ląd jest w odcieniu zieleni.

Cienie przy jego krawędzi, widocznie mielizny,

pokazują pas wodorostów skalistej płycizny,

gdzie w błękit zwisają trawy ze skraju zieleni.

A może ląd się pochyla, by dźwignąć morze z dołu

i owinąć się jego niewzruszoną tonią?

Na linii złotolotnego szelfu, schylając się po nią,

czyżby ląd w tej chwili ciągnął za morze od dołu?

Cień Nowej Fundlandii leży na płask nieruchomo.

Labrador jest pożółkły tam, gdzie błędny Eskimos

go natłuścił. Możemy głaskać te śliczne zatoki

pod szkłem, jakby w ten sposób miały nam zakwitnąć

lub służyć za czystą klatkę dla niewidzialnych ryb.

Nazwy przymorskich osad wybiegają w morze,

nazwy miast przecinają okoliczne góry –

tu drukarz przeżywał emocje, jak zawsze,

kiedy wzruszenie przerasta swą przyczynę.

A te półwyspy biorą wodę między kciuk i palec

jak kobiety, gdy sprawdzają gładkość materiału.

Na mapach spokojniejsze wody są niż ląd,

właściwych falom formacji lądom użyczając:

i na południe żwawo gna Norwegii zając,

profile indagują morze, gdzie kończy się ląd.

One są z rozdzielnika, czy państwa mogą sobie wybrać barwy?

– Coś w sam raz dla ich charakteru albo rodzimych wód.

Topografia nie trzyma stron; i Północ jej bliska, i Wschód.

Delikatniejsze niż historyków są kartografów barwy.

Wyobrażenie góry lodowej

Wolałyśmy górę lodową niż statek,

choćby oznaczało to koniec podróży.

Choćby stała zastygła jak pochmurna skała,

a morze było całe jak ruchliwy marmur.

Wolałybyśmy górę lodową niż statek;

wolałyśmy mieć tę oddychającą połać śniegu,

choćby żagle statku kładły się na morze

jak ten nieroztopiony śnieg, co leży na wodzie.

O poważne, dryfujące pole,

czy ty wiesz, że góra lodowa obok ciebie ma posłanie

i może paść się twoim śniegiem, kiedy spać przestanie?

Oto scena, dla której marynarz dałby sobie wyjąć oczy.

Mniejsza o statek. Góra lodowa się unosi,

po czym opada; jej szkliste fiale

korygują trasy eliptyk na niebie.

Oto scena, kiedy ten kroczący po deskach

operuje niewymyślną retoryką. Kurtyna

jest tak lekka, że idzie w górę na najcieńszych linach,

które splatają zwiewne kordonki ze śniegu.

Dowcip tych białych wierzchołków

skrzy się w starciu ze słońcem. Swój ciężar góra śmiało oferuje

na ruchomej scenie i tylko stoi tam, i się wpatruje.

Ta góra lodowa swoje fasetki nacina od wewnątrz.

Jak klejnoty z jakiegoś grobu

permanentnie zachowuje siebie i zdobi

jedynie samą siebie, może też te śniegi,

co tak nas zaskakują, leżące na morzu.

Do widzenia, mówimy, do widzenia, statek skręca

tam, gdzie fale ulegają falom innych fali,

a chmury biegną po cieplejszym niebie.

Góry lodowe obligują duszę

(one też z drobinek najmniej widocznych tworzą się samodzielnie),

aby je tak postrzegała: wcielone, piękne, zbudowane niepodzielnie.

Man-Moth1

Tu, na górze,

blaski rozbitego księżyca zatykają szpary w budynkach.

Całkowity cień Człowieka sprowadza się do kapelusza.

Pada mu do stóp jak rondo podstawki pod lalkę i powstaje

odwrócona szpilka o czubku namagnesowanym przez księżyc.

Człowiek nie widzi księżyca; obserwuje jego ogromne rewiry,

czując tylko paradne światło na dłoniach, ani zimne, ani gorące,

w temperaturze, jakiej nie zmierzą żadne termometry.

Ale gdy Man-Moth

składa rzadkie, lecz regularne wizyty na powierzchni,

nieco innym okiem spogląda na księżyc. Wynurza się

z dowolnego otworu w krawężniku któregoś z chodników

i zaczyna nerwowo zdobywać frontony różnych budynków.

Przypuszcza, że księżyc to niewielka dziura w powale nieba,

która świadczy o bezużyteczności nieba w roli osłony. Drży,

lecz musi sprawę wyświetlić tak wysoko, jak tylko się da.

Piętro po piętrze

cień jak szmata fotografa ciągnie się za nim wzdłuż fasad,

gdy wylękniony się wspina, myśląc, że tym razem da radę,

wepchnie filigranową głowę w ten otwór okrągły i czysty,

i da się na światło wycisnąć w czarnych zwojach, jak z tubki.

(Człowiek stojący pod nim nie ma podobnych iluzji).

A Man-Moth musi wykonać to, co go najbardziej przeraża,

chociaż nic z tego, rzecz jasna; upada zatrwożony, lecz cały.

Wtedy wraca

w blade tunele z cementu, w których widzi swój dom. Fryga,

fruwa i nigdy nie zostaje pasażerem bezgłośnych pociągów

dostatecznie pospiesznych. Migiem zamykają się drzwi.

Man-Moth zawsze zajmuje miejsce tyłem do kierunku jazdy,

a pociąg rusza z maksymalną, straszną prędkością

bez żadnej zmiany biegów czy jakiejkolwiek gradacji.

Man-Moth nie ma pojęcia, jak szybko podróżuje do tyłu.

Każdej nocy musi

w kółko przejeżdżać sztuczne tunele i śnić seryjne sny.

Jak podkłady pod pociągiem, sny migają pod spodem

jego pędzącego mózgu. Nie śmie wyjrzeć przez okno,

ponieważ trzecia szyna, jednostajny przeciąg trucizny,

biegnie obok niego o włos. Uważa ją za taką chorobę,

na którą ma dziedziczną podatność. Musi trzymać

ręce w kieszeniach, tak jak inni muszą nosić szaliki.

Jeśli go schwytacie,

bateryjką świećcie mu w oko. Ma tylko źrenicę, ciemną

noc w czystej postaci, i zjeży się jej owłosiony horyzont,

gdy na was spojrzy i oko zatrzaśnie. Spomiędzy powiek

wszystko, co ma – jedna łza – wysunie się wtedy jak żądło.

Chyłkiem zgarnie ją w dłoń i – jeśli nie będziecie ciekawi –

połknie. Lecz wystarczy mieć oczy otwarte, a odda –

czystą jak z głębinowych źródeł, schłodzoną do picia.

Cud na śniadanie

O szóstej rano czekaliśmy na kawę,

czekając na kawę i miłosierny okruch,

które mieli wydawać na pewnym balkonie

– niby dawni królowie, czyli jakiś cud.

Było jeszcze ciemno. Jedną stopą słońce

mocno stanęło w długiej bruździe rzeki.

Pierwszy prom już dobił do brzegu rzeki.

Było zimno i mieliśmy nadzieję, że kawę

podadzą bardzo gorącą, widząc, że słońce

nie zamierza nas ogrzać; i że każdy okruch

będzie jak bochen z masłem, czyli cud.

O siódmej jakiś mężczyzna stanął na balkonie.

Może przez minutę stał sam na balkonie,

ponad naszymi głowami patrząc w stronę rzeki.

Następnie z rąk służącego wziął zadatki na cud,

w jednej samotnej filiżance kawę

oraz bułkę, z której odłupał pierwszy okruch,

z głową, by tak rzec, w chmurach – obok było słońce.

Czy ten człowiek oszalał? Czegóż to, o słońce,

chciał tam w górze dokonać na swoim balkonie!

Każdy dostał jeden całkiem czerstwy okruch,

który ten i ów smyrgnął ze wzgardą do rzeki;

oraz na dno filiżanki, po kropelce, kawę.

Część z nas dalej stała, czekając na cud.

Mogę rzec, co było dalej, i nie był to cud.

Widziałam piękną willę, nad nią stało słońce,

i już w drzwiach wyczuwało się gorącą kawę.

Od frontu barok białego gipsu na balkonie

doklejony przez ptaki gniazdujące wzdłuż rzeki

– widziałam jednym okiem wlepionym w okruch –

i galerie, i marmurowe komnaty. Mój okruch

mym pałacem, dla mnie przemieniony w cud

przez wieki, przez insekty, ptaki i wody rzeki

żłobiące kamień. Codziennie, gdy jest słońce,

zasiadam do śniadania na własnym balkonie

z nogami na balustradzie i piję galonami kawę.

Do cna wylizaliśmy okruch, przełknęliśmy kawę.

Po przeciwległej stronie rzeki okno odbiło słońce,

jakby stawał się cud, nie na tym balkonie.

Pomnik

Teraz widzisz tu pomnik? Jest z drewna

skleconego w coś na kształt pudła. Nie.

Skleconego w ciąg malejących pudełek

postawionych jedno na drugim.

Każde w półobrocie względem kolejnego,

tak że jego rogi mierzą prosto w boki

pudełka pod spodem: kąty naprzemienne.

A na najwyższym z tych sześcianów tkwi

coś jak fleur-de-lys sczerniałego drewna,

długie płatki drzewne z paroma dziurami,

z czterech stron, sztywne, kanoniczne.

Cztery krzywe żerdki strzelają u góry

(wygięte jak wędki albo drzewce flag),

lecą z nich wyrżnięte laubzegą strużyny,

cztery mechate frędzle tej ornamentacji,

po krawędziach pudełek

na sam dół.

Jedna trzecia pomnika ma za tło

„morze”; dwie trzecie – „niebo”.

Perspektywa jest narzucona

(to znaczy horyzont widzenia)