Sam & Riko - Agnieszka Wiszowata, Paulina Engen - ebook
lub
Opis

To ja. A to Riko – mój najlepszy przyjaciel.
Riko i ja wszystko robimy razem: bawimy się, chodzimy na spacery i jeździmy na wakacje. Razem też jemy chrupki i parówki, ale tego nie mówcie mojej Mamie, bo będzie zła.

Riko jest z nami prawie od zawsze. Rodzice kupili go, kiedy byłem jeszcze bardzo mały, ale dobrze pamiętam ten dzień. Na początku wszystko wyglądało, jakby to była zwykła niedziela...

Sam to prawdziwy chłopiec. Riko to jego pies.

Sam i Riko wszystko robią razem. Wspólnie poznają świat, jeżdżą na wakacje i uczą się nowych rzeczy. Sam i Riko mają też wspólne smutki...

Książka powstała z myślą o dzieciach marzących o kudłatym przyjacielu i ich rodzicach, którzy obawiają się, że małe dziecko i szybko rosnący, czworonożny przyjaciel pod jednym dachem to szaleństwo…

Mały chłopiec i jego wielki biały pies udowodnią Wam, że jest inaczej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 33


O tym, jak Riko stał się częścią stada

To ja. A to Riko – mój najlepszy przyjaciel.

Riko i ja wszystko robimy razem: bawimy się, chodzimy na spacery i jeździmy na wakacje. Razem też jemy chrupki i parówki, ale nie mówcie tego mojej Mamie, bo będzie zła.

Riko jest z nami prawie od zawsze. Rodzice kupili go, kiedy byłem jeszcze bardzo mały, ale dobrze pamiętam ten dzień. Na początku wszystko wyglądało, jakby to była zwykła niedziela…

 

– Dzień dobry, Sam, wstawaj, na stole czekają pyszności! – radośnie wołała z kuchni Mama, która grzała w garnuszku mleko na kakao.

Bardzo chciałem poleżeć jeszcze w łóżku, ale usłyszałem, jak Tata wchodzi do domu i wesołym głosem mówi:

– Były jeszcze ciepłe, kiedy je brałem. Musisz ich spróbować!

– Wiem, co to jest, wiem! – pomyślałem.

Wstałem szybko i pobiegłem do rodziców. Na stole stało już w kubkach pyszne kakao, a na talerzach leżały słodkie bułeczki. Wszystko wyglądało pysznie!

Byłoby to zwyczajne, niedzielne śniadanie, ale nagle rodzice zaczęli rozmawiać o jakimś „białasku”. Nie bardzo rozumiałem, o czym mówią, ale byli tym bardzo przejęci. Mama uśmiechnęła się i powiedziała:

– Pojedźmy go zobaczyć. Nie musimy przecież decydować od razu.

– Dobrze – zgodził się Tata. – Zadzwońmy spytać, czy nie sprawimy kłopotu, jeśli przyjedziemy dzisiaj. Hodowla znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Dziadków, a skoro jesteśmy umówieni z nimi na obiad, możemy zajechać tam po drodze.

 

Cieszyłem się, że pojedziemy do jakiegoś „białaska”, ponieważ Mama znowu się uśmiechała. Od kiedy rodzice poszli z naszym pieskiem do doktora i wrócili sami, często byli smutni. Nie rozumiałem, dlaczego się smucą, ponieważ mówili, że Morciak biega po łące i cały czas się bawi. Chyba po prostu chcieli się bawić razem z nim, ale on był gdzieś daleko.

 

Kiedy wyjeżdżaliśmy z domu, rodzice byli zamyśleni i nic nie mówili. Próbowałem ich pytać, co to za „białasek” i dokąd jedziemy, ale oni wciąż nie do końca rozumieją moją mowę. Trochę mnie to martwi, ale wiem, że bardzo się starają.

Jechaliśmy do Dziadków nową drogą i nie wiedziałem, gdzie jesteśmy. Nagle zatrzymaliśmy się przy dużym domu, którego nie znałem.

Drzwi otworzyła nam bardzo miła pani i powiedziała:

– Zapraszam, proszę wejść. I uwaga, wypuszczam psy! Podbiegną się przywitać, ale nie bójcie się, nie zrobią wam krzywdy.

I nagle zobaczyłem kilka ogromnych, białych, puchatych psów biegnących w naszą stronę. Były śliczne! Wśród nich był jeden malutki, który nie mógł za wszystkimi nadążyć.

– A więc to ten śliczny „białasek”? – zapytała mama.

– Tak, jest tylko jeden maluszek. Już po szczepieniach, wstępnym szkoleniu z posłuszeństwa i socjalizacji. Przygotowujemy go do przekazania nowej rodzinie. Szczeniak spędza dużo czasu z dorosłymi psami, ale staramy się zapewniać mu różne towarzystwo, także małych dzieci. Chcemy, by trafił do kochającej i odpowiedzialnej rodziny. Owczarki to bardzo mądre psy, ale trzeba poświęcić im dużo czasu, szczególnie w okresie dorastania.

Pani używała trudnych słów, kiedy mówiła o „białasku”, ale Mama chyba wszystko rozumiała, bo kiwała głową i się uśmiechała. Długo staliśmy przed domem i patrzyliśmy na bawiące się psy. Mama co chwilę wołała któregoś z nich, a one podbiegały i prosiły, by drapać je za uchem. Kiedy starsze psy pobiegły do ogrodu, został z nami tylko ten najmniejszy i Mama bawiła się z nim jego zabawką. Wyglądało to bardzo śmiesznie, bo wszędzie było dużo śniegu i było ślisko, więc „białaskowi” cały czas rozjeżdżały się łapy. Mama śmiała się z tego głośno i widać było, że dobrze się bawi. Tata często obejmował Mamę i jakoś tak dziwnie na nią patrzył…

Kiedy wszystkim zmarzły ręce, a mój nos zrobił się czerwony, pani zaprosiła nas do domu na herbatę i ciasteczka. Mama i pani pisały coś na kartkach i długo rozmawiały. Ja biegałem po salonie i bawiłem się z „białaskiem”. To była super-zabawa. Czasem „białasek” podbiegał do mnie i lizał mnie po twarzy, wtedy Mama robiła się trochę nerwowa, ale uśmiechała się przy tym radośnie. Pomyślałem sobie wtedy, że byłoby świetnie mieć takiego psa w domu, bo z takim psem można się bawić w ganianego, rzucanie piłeczki, a jak się już zmęczy, to można razem poleżeć na dywanie. Taki pies to jest coś!

Bawiliśmy się wesoło, aż nagle Mama powiedziała:

– Dobrze, to już chyba wszystko, możemy się pakować i wracać do domu.

Było mi