Morderstwa i woń migdałów - Camilla Läckberg - ebook + książka
NOWOŚĆ

Morderstwa i woń migdałów ebook

Camilla Läckberg

3,8

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Oto wyjątkowy zbiór prezentujący Camillę Läckberg z różnych stron.

Morderstwa i woń migdałów to po pierwsze antologia zawierająca cztery teksty prezentujące kunszt pisarski autorki. Składają się na nią minipowieść Zamieć śnieżna i woń migdałów oraz trzy opowiadania: Kawiarnia wdów, Sen o Elisabeth i Elegancka śmierć.

Druga część, biograficzna, to autoportret królowej kryminału, w którym Läckberg opisuje historię swojej kariery. Począwszy od dzieciństwa w rodzinnej Fjällbace, przez studia w Wyższej Szkole Handlowej w Göteborg, aż po kurs kreatywnego pisania, który dostała w prezencie na urodziny od matki i pierwszego męża. Właśnie podczas tego kursu wymyśliła fabułę Księżniczki z lodu. Sukces książki sprawił, że uwierzyła w siebie i napisała kolejne.

Publikację zamyka krótki kurs pisania powieści autorstwa samej Camilli, a także wybrane fragmenty jej bloga, będącego jednym z najpopularniejszych w Skandynawii.

To publikacja zarówno dla wiernych fanów Camilli Läckberg, jak i dla tych czytelników, którzy dopiero chcą zapoznać się z twórczością autorki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (11 ocen)
3
5
2
0
1



Słowo wstępne

Zawsze chcia­łam zostać pisarką. To marze­nie towa­rzy­szyło mi, odkąd się­gam pamię­cią. Chyba przy­szłam z nim na świat. Mia­łam szczę­ście, bo mój ojciec kochał książki. Zawsze gdy go wspo­mi­nam, widzę go z książką w ręku. Wiecz­nie coś czy­tał. Wcze­śnie zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o książ­kach, zwłasz­cza że nasza domowa biblio­teka była dobrze zaopa­trzona. Mia­łam sie­dem lat, kiedy się­gnę­łam tam po książkę. Stąd wzięło się moje zami­ło­wa­nie do powie­ści kry­mi­nal­nych. Była to Śmierć na Nilu Aga­thy Chri­stie. Moja fascy­na­cja nagłą, gwał­towną śmier­cią zdą­żyła się wpraw­dzie obja­wić już wcze­śniej, bo moje dzie­ciń­stwo było pełne strasz­nych opo­wie­ści o zamor­do­wa­nych kra­sna­lach i tym podob­nych histo­rii, ale kiedy prze­czy­ta­łam tę książkę, zro­zu­mia­łam, że chcę zostać autorką powie­ści kry­mi­nal­nych.

Im byłam star­sza, tym to marze­nie wyda­wało się mniej realne. Na­dal poły­ka­łam książki, a pro­ces prze­kształ­ca­nia słów w opo­wieść cią­gnącą się przez setki stron odbie­ra­łam jako czy­stą magię. Wyda­wało mi się, że jest to poza moim zasię­giem, że rów­nie dobrze mogła­bym marzyć o zosta­niu gwiazdą rocka. Wybra­łam więc inne życie. Takie, w któ­rym tylko się czyta opo­wie­ści innych ludzi, a nie opo­wiada wła­sne histo­rie.

Ale marze­nia mają to do sie­bie, że nie da się ich lek­ce­wa­żyć. Ani zdu­sić. Nie da się ich nawet odsu­nąć, zepchnąć w jakiś ciemny kąt. Po kilku latach, gdy idąc co rano do biura, mia­łam wra­że­nie, że pomału umie­ram, nagle poja­wiła się szansa. Małe okienko z wido­kiem: kurs kre­atyw­nego pisa­nia kry­mi­na­łów. I wtedy, w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat, po raz pierw­szy poczu­łam, że to jed­nak moż­liwe, że naprawdę mogła­bym napi­sać książkę. Pierw­sze nie­pewne kroki w stronę Księż­niczki z lodu zro­bi­łam w ciągu trzech kolej­nych week­en­dów, bo tyle trwał kurs. Nie było to łatwe. Musia­łam pod­jąć masę naj­roz­ma­it­szych decy­zji i stwo­rzyć zupeł­nie nowy świat. Nawet w naj­śmiel­szych wyobra­że­niach nie przy­pusz­cza­łam, że dzie­sięć lat póź­niej Erika i Patrik nie tylko będą ważną czę­ścią mojego życia, ale też że miliony ludzi na całym świe­cie będą śle­dzić w napię­ciu ich codzienne zma­ga­nia w małym mia­steczku na zachod­nim wybrzeżu Szwe­cji. Wciąż nie mie­ści mi się to w gło­wie.

Erika i Patrik są dla mnie bar­dzo realni, choćby z tego względu, że w ciągu ostat­niej dekady spę­dzi­łam z nimi wię­cej czasu niż z moimi praw­dzi­wymi przy­ja­ciółmi. Ist­nieją w swego rodzaju rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści. I cie­szę się, że stwo­rzy­łam postaci, które na­dal lubię. Zawsze uwa­ża­łam i na­dal uwa­żam za wielki przy­wi­lej fakt, że mogę uczest­ni­czyć w ich życiu, w ich rado­ściach i codzien­nych pro­ble­mach. To praw­dziwe szczę­ście móc wzbu­dzać u czy­tel­ni­ków takie emo­cje.

Trzy­na­ście lat temu po raz pierw­szy trzy­ma­łam w ręku Księż­niczkę z lodu. Patrząc wstecz, odczu­wam przede wszyst­kim ogromną wdzięcz­ność za to, co mnie spo­tkało: speł­niło się moje marze­nie, mogę pra­co­wać i utrzy­my­wać się z tego, co jest moją pasją. W dodatku zwie­dzi­łam świat, pozna­łam fan­ta­stycz­nych ludzi i współ­pra­co­wa­łam z uta­len­to­wa­nymi oso­bami. Przede wszyst­kim jed­nak jestem wdzięczna za przy­wią­za­nie, które mi oka­zują czy­tel­nicy, za odzew, z jakim się spo­ty­kam. Za ogromną liczbę maili i komen­ta­rzy w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Za spo­tka­nia pod­czas wykła­dów i pod­pi­sy­wa­nia moich ksią­żek. Za to, że ktoś, prze­cho­dząc obok mnie, klep­nie mnie w prze­lo­cie po ramie­niu, mówiąc: „Chcę tylko powie­dzieć, że bar­dzo lubię pani książki”. Za listy, które zostały w moim sercu. Jeden dosta­łam od czło­wieka, który czy­tał moje książki w ramach reha­bi­li­ta­cji po uda­rze. Inny od rodzi­ców, któ­rzy czy­tali je w szpi­talu, gdzie przez wiele tygo­dni czu­wali nad cho­rym dziec­kiem. Jesz­cze inny od trzy­na­sto­latka, który napi­sał, że dzięki moim powie­ściom zna­lazł drogę do cudow­nego świata ksią­żek. Za wszystko to – i jesz­cze wię­cej – jestem bar­dzo wdzięczna.

A zaczęło się od ksią­żek Taty. Od tego, że przy­jem­ność, jaką czer­pał z czy­ta­nia, zain­spi­ro­wała mnie i obu­dziła we mnie chęć opo­wia­da­nia. Bez tej chęci moje marze­nie ni­gdy by się nie speł­niło. Bez Niego by się nie speł­niło.

A więc dedy­kuję tę książkę mojemu Tacie. I myślę, że on gdzieś tam jest i wie, i jest ze mnie dumny, cho­ciaż nie zdą­żył być świad­kiem tego wszyst­kiego.

Camilla Läckberg

Sen o Eli­sa­beth

Plusk fal ude­rza­ją­cych o burty dzia­łał usy­pia­jąco. Lek­kie koły­sa­nie, gwar docho­dzący z innych łodzi, upał, od któ­rego w dole ple­ców zbie­rały się kro­pelki potu. Wszystko to spy­chało ją w taki stan, że czuła, że za moment weź­mie ją w posia­da­nie sen. Od pew­nego czasu potwor­nie się tego bała. Ale jej ciało było tak ocię­żałe i roz­grzane, że nie umiała się zatrzy­mać, prze­stać się osu­wać w pod­świa­do­mość. Napły­nęły obrazy. Czer­wień na tle bieli. Krew na kafel­kach. Wspo­mnie­nia przy­pra­wia­jące o ból. Umysł wzy­wał ciało, żeby się poru­szyło, zro­biło coś, cokol­wiek, byle się wydo­stać z tej matni.

– Malin, obiad.

Drgnęła i usia­dła z ulgą. Łodzią zako­ły­sało i instynk­tow­nie zła­pała się linki.

– Jedze­nie na stole!

Lars wyszedł z kam­buza. Przez chwilę chciała mu opo­wie­dzieć o obra­zach, przez które cią­gle tak źle spała, ale się powstrzy­mała. Nie warto. Był czas, kiedy myślała, że będą umieli ze sobą roz­ma­wiać. Już nie miała takich złu­dzeń.

– Kto to dzwo­nił?

Przy­glą­dała mu się, nakła­da­jąc sobie sałatki Cezar, którą przy­go­to­wał.

– Nikt.

Nie patrząc jej w oczy, zbył to pyta­nie. Mach­nął tylko ręką.

– Ktoś prze­cież dzwo­nił.

Na chwilę zapa­dło mil­cze­nie.

– Z pracy – odpo­wie­dział w końcu.

– Nie wie­dzą, że masz urlop?

Wie­działa, że nie powinna, że w ten spo­sób niczego nie osią­gnie. Że go roz­drażni. Ale nie mogła się powstrzy­mać.

– Mówi­łeś, że wzią­łeś urlop i że nie będzie żad­nej pracy.

Była zła na sie­bie, że tak jęczy, jak zawie­dzione dziecko, ale złość i fru­stra­cja nie zosta­wiały miej­sca na logikę.

– Chcieli się ze mną skon­sul­to­wać w spra­wie pacjenta. Trwało to tylko pięć minut. Prze­cież i tak spa­łaś!

Rzu­cił wide­lec i spoj­rzał na morze. Po chwili go pod­niósł i jedli w ciszy tak nabrzmia­łej od nie­wy­po­wie­dzia­nych słów, że rów­nie dobrze mogliby je wykrzy­czeć.

– Przejdę się – ode­zwał się w końcu, kiedy skoń­czyli.

– Idź, ja pozmy­wam.

Patrzyła za nim, gdy szedł pomo­stem.

Trzy dni póź­niej obrali kurs na pół­noc, do innego portu. Od ponad pół­tora tygo­dnia byli poza domem. Nie­zre­ali­zo­wane ocze­ki­wa­nia wypeł­niły łódź ponad miarę. Oczy­wi­ście byli naiwni, sądząc, że wszystko się ułoży, gdy tylko kupią żaglówkę i wypłyną na cały mie­siąc. Wie­rząc, że potra­fią zosta­wić za sobą wszystko, co się zda­rzyło w domu, i że wspo­mnie­nia ulecą z wia­trem.

Żaglówka to był jej pomysł. Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, wycho­wała się na łodzi, a Lars, zanim się poznali, rów­nież przez wiele lat miał łódkę. Ale pamię­tała o tym, co się stało z jego pierw­szą żoną, i zwle­kała, zanim zebrała się na odwagę i w końcu przed­sta­wiła tę pro­po­zy­cję. Zasko­czył ją jego entu­zjazm. Uznał, że to świetny pomysł. I tak kupili łódź, cacko za pięć milio­nów, wypo­sa­żone we wszel­kie wygody. Ona mogłaby się zado­wo­lić czymś skrom­niej­szym, ale nie opo­no­wała. I tak nie było więk­szego pożytku z pie­nię­dzy, które mieli na kon­cie, odzie­dzi­czo­nych po jej dziadku, więc jeśli miały im zapew­nić nowy począ­tek, była to dobra inwe­sty­cja.

– Pro­szę! Zro­bi­łem kawę. – Lars sta­nął obok niej na dzio­bie. Znaj­do­wali się na otwar­tym morzu, nie było widać innych łodzi ani stat­ków, jedy­nie kilka wysp. Zerwał się wiatr, dziób pod­ska­ki­wał na falach.

– Dzię­kuję. – Nie odry­wa­jąc wzroku od morza, wzięła od niego kubek. Jacht pły­nął na auto­pi­lo­cie, Lars wciąż stał obok.

– Malin… – ode­zwał się z ocią­ga­niem.

Nie odwró­ciła się do niego, w napię­ciu cze­kała na dal­szy ciąg.

– Malin… – powtó­rzył. Chyba nie wie­dział, jak to powie­dzieć.

Cze­kała.

– Ja…

Zasko­czyła ich wysoka fala. Kiedy się prze­wa­liła, łódź zapa­dła się głę­boko. Malin stra­ciła rów­no­wagę. Rzu­ciło ją na barierkę, poczuła na ple­cach dłoń męża. Przez uła­mek sekundy wyda­wało jej się, że ją doci­śnie, wepchnie do pie­nią­cej się wody. Potem poczuła, że łapie ją za kurtkę i cią­gnie do sie­bie. Odwró­ciła się.

– Mało bra­ko­wało – powie­dział. Coś bły­snęło w jego oczach. A potem się odwró­cił i cof­nął. Poszedł do kabiny.

Nic jej nie było. Potwier­dzali to kolejni leka­rze. Nie znaj­do­wali u niej żad­nego defektu. Niczego, co by tłu­ma­czyło, dla­czego dzieci nie mogły zostać w jej brzu­chu. Albo dla­czego krew wciąż poja­wia się z nie­ubła­ganą pew­no­ścią. Trzy mie­siące. Tyle trwała jej naj­dłuż­sza ciąża. Potem krew bar­wiła na czer­wono kafelki w łazience. Pła­kała i był to płacz, w któ­rym brzmiała i rezy­gna­cja, i roz­pacz.

Na początku Lars był przy niej. Pocie­szał, sta­rał się natchnąć otu­chą, pil­no­wał, żeby brała wita­miny. Chro­nił ją. Ale z każ­dym kolej­nym poro­nie­niem, gdy tra­ciła jego dziecko, odsu­wał się coraz bar­dziej. W końcu doszła do wnio­sku, że ich jedyną szansą jest ten urlop. Co za kpina. Nic nie wypa­dło tak, jak sobie umy­śliła.

Ski­nęła głową parze z sąsied­niej łodzi. Przy­cu­mo­wali w mari­nie w Greb­be­stad wśród tysięcy innych żegla­rzy. Nie cier­piała tego. Miała klau­stro­fo­bię. Ale Lars powie­dział, że ma coś do zała­twie­nia i kilka dni musi spę­dzić na lądzie. Nie chciało jej się nawet pytać, o co cho­dzi. Na pewno o szpi­tal. Czę­sto tak było. Był leka­rzem. Gdy w domu zapa­no­wał smutny, ciężki nastrój, zawód pozwa­lał mu ucie­kać w pracę.

Nie było go od trzech godzin.

Kiedy w końcu wró­cił – szedł pomo­stem do żaglówki – spra­wiał wra­że­nie zestre­so­wa­nego. Patrzyła na jego szczu­płą syl­wetkę, na cha­rak­te­ry­styczny powolny chód. Na­dal wyda­wał jej się bar­dzo atrak­cyjny. Pięć lat temu, gdy się poznali na impre­zie u wspól­nych zna­jo­mych, nie minęło nawet pięć minut, jak stra­ciła dla niego głowę. Od tam­tej pory posi­wiały mu lekko skro­nie, ale to była jedyna oznaka tego, że wła­śnie skoń­czył czter­dzie­ści pięć lat. A ona zbli­żała się do czter­dziestki. Czter­dzie­ści lat i bez­dzietna. Musiała się ugryźć we wła­sną zaci­śniętą pięść, żeby powstrzy­mać łzy.

– Cześć.

Wszedł na pokład, nie patrząc jej w oczy.

– Cześć.

Zaczęła ner­wowo roz­wie­szać pra­nie na barierce wzdłuż relingu. Pró­bo­wała się powstrzy­mać, nie zada­wać pytań, ale nie dała rady.

– Długo cię nie było.

– Mhm…

Zszedł do kajuty, wciąż nie patrzył na nią.

– Co robi­łeś?

Pyta­nie wpa­dło do kabiny. Odpo­wie­dział jej jedy­nie stu­kot garn­ków. Pół godziny póź­niej obiad był gotowy. Wciąż miała mnó­stwo pytań, ale mur mię­dzy nimi był tak wysoki, że nie przy­pusz­czała, żeby jakieś pyta­nia mogły się przez niego prze­bić. Pro­wa­dzili tylko czczą kon­wer­sa­cję o pro­gno­zie pogody, o licz­bie łodzi cumu­ją­cych w por­cie, o gło­śnej muzyce docho­dzą­cej z jachtu nie­opo­dal, na któ­rym było pełno mło­dzieży. Nic waż­nego. Same gło­ski ukła­da­jące się w słowa nie­zdolne skru­szyć muru albo sfor­mu­ło­wać ważną odpo­wiedź. Same wde­chy i wyde­chy.

Pod koniec obiadu poczuła w brzu­chu ćmiący ból. Wywo­łał istną eks­plo­zję wspo­mnień i obra­zów. Jakby dzieci, które kolejno tra­ciła, nagle wypły­nęły z niej wszyst­kie naraz. Rzu­ciła się do relingu i zwy­mio­to­wała. A potem zapa­dła w ciem­ność.

Cho­ro­wała dwa dni, tak jej powie­dział Lars. Pierw­szym, co sobie przy­po­mniała, kiedy się obu­dziła, były sny. Upiorne, gorącz­kowe. Pamię­tała je tak wyraź­nie, jakby je oglą­dała w kinie. Śniła jej się pierw­sza żona Larsa, Eli­sa­beth, znana jej jedy­nie ze zdję­cia. Eli­sa­beth, która wypa­dła z łodzi, gdy pod­czas rejsu po Morzu Śród­ziem­nym ją i Larsa zasko­czyła gwał­towna burza. Lars nie chciał o tym roz­ma­wiać, ale Malin z cie­ka­wo­ści odszu­kała arty­kuły pra­sowe na ten temat. Ziar­ni­ste gaze­towe zdję­cia nie odda­wały jego urody.

Zro­biono je już po tym, jak uszko­dzona przez sztorm żaglówka dopły­nęła do portu, bez Eli­sa­beth, i w kościele, gdy z wynędz­niałą twa­rzą uczest­ni­czył w nabo­żeń­stwie żałob­nym.

Jej ciała ni­gdy nie odna­le­ziono. Wypa­dła za burtę i zgi­nęła. Na zawsze.

Ale Malin ją zoba­czyła. W jej śnie prze­wró­ciła się na reling i padła do tyłu, twa­rzą do niej. Wyraź­nie widziała ruchy jej warg. Sta­rała się z nich odczy­tać słowa. Naj­pierw wyda­wało jej się, że mówi: „Ratuj mnie!”. Potem pomy­ślała, że to było: „Ratuj się!”. A potem osta­tecz­nie znik­nęła w głę­bi­nie.

Malin już otwie­rała usta, żeby powie­dzieć o tym Lar­sowi, ale zanim zdą­żyła powie­dzieć choćby słowo, zmie­niła zda­nie. Nic nie powie­działa. A kiedy przy­szedł sen, znów ujrzała przed sobą twarz Eli­sa­beth.

Gdy tylko wydo­brzała, wypły­nęli z Greb­be­stad. Do tej pory to Lars naj­czę­ściej stał przy ste­rze, ale teraz, gdy pły­nęli na sil­niku, mając za sobą port, Malin upie­rała się, że to ona będzie ste­ro­wać. Po pew­nym cza­sie posta­wili żagle, a gdy wydęły się od wia­tru, poczuła, jak jej świa­do­mość uwal­nia się od doświad­czeń ostat­nich dni. Już miała powie­dzieć Lar­sowi, żeby wybrał szoty, kiedy to zro­bił. Uśmiech­nęła się. Przy­naj­mniej na jach­cie sta­no­wili zgrany zespół.

Wyczu­wała w nim jakieś ocze­ki­wa­nie, napię­cie. Pro­mie­nio­wał ener­gią, cho­ciaż ze wszyst­kich sił uda­wał obo­jęt­ność. Nie­po­ko­iło ją to. Sny o Eli­sa­beth wyda­wały się takie realne. Natar­czywe. Jakby na coś nale­gały. Jakby Eli­sa­beth na coś nale­gała.

– Wiatr się chyba wzmaga.

Drgnęła. Pogrą­żona w myślach nie zauwa­żyła, kiedy Lars wszedł do kok­pitu. Podą­żyła wzro­kiem za jego spoj­rze­niem, na hory­zont. Rze­czy­wi­ście. Zebrały się wiel­kie, ciemne chmury i wiatr się wzmógł. Jacht pędził naprzód, wokół dziobu poja­wił się pie­ni­sty biały grze­bień.

– Nie spraw­dzi­łeś poran­nej pro­gnozy? – spy­tała, patrząc na niego. – Chyba mówi­łeś, że będzie pogoda i lekki wie­trzyk.

Z iry­ta­cją prze­cze­sał włosy pal­cami. Dobrze znała ten gest.

– Nie mówi­łem. Myśla­łem, że ty spraw­dzi­łaś, skoro się upar­łaś, że dzi­siaj będziesz ski­pe­rem.

Zaci­snęła zęby. Nie ma sensu się kłó­cić, co kto powie­dział albo zro­bił. Jest, jak jest, trzeba sobie radzić.

– Polu­zuj szota – powie­działa, gdy łódź za bar­dzo się prze­chy­liła. Musiała się mocno zaprzeć nogą, żeby utrzy­mać rów­no­wagę. – Może powin­ni­śmy zawró­cić? – dodała nie­spo­koj­nie, patrząc na niego.

Gwał­tow­nie pokrę­cił głową.

– Nie, jesz­cze dziś musimy być w Strömstad.

Zasko­czyła ją ta ostra reak­cja. Spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem.

– A to dla­czego? Dla­czego musimy pły­nąć do Strömstad?

– Bo tak – odparł krótko.

– Ale…

Chciała zapro­te­sto­wać, ale on odwró­cił się do niej ple­cami.

– Kurde, płyń i już! – krzyk­nął.

Wzdry­gnęła się. Nie­przy­jemne uczu­cie, które nara­stało od początku urlopu, wybu­chło z całą siłą. Ledwo go pozna­wała. Wszyst­kie te tajem­nice, samotne wycieczki, dziwne tele­fony. Nie­po­kój mie­szał się z obra­zami ze snu – z obra­zami Eli­sa­beth. Widziała ją na jach­cie, pod cięż­kimi chmu­rami, pod­czas sztormu, który zmu­szał jacht do pod­da­nia się. I w wodzie. Pod wodą, z dłu­gimi wło­sami uno­szą­cymi się wokół jej twa­rzy. Z mar­twymi oczami.

Obser­wu­jąc Larsa, który poszedł polu­zo­wać szota, poczuła, jak chłód ści­ska jej serce. Nagle wydało jej się, że patrzy na kogoś obcego. Usi­ło­wała przy­wo­łać wspo­mnie­nia ze wspól­nych lat, ale widziała tylko krew na kafel­kach, gdy wycie­kało z niej nowe życie. A współ­czu­cie i czu­łość, które widziała na jego twa­rzy, gdy ją obej­mo­wał po poro­nie­niu, teraz wyda­wały jej się maską. Jakby pod tą maską ukry­wał się ktoś inny. Dla­czego leka­rze nic u niej nie zna­leźli? Żad­nego kon­kret­nego powodu, żeby nie mogła utrzy­mać ciąży?

Wiatr wzma­gał się z każdą chwilą. Zaczęła się bać. Była wpraw­dzie doświad­czoną żeglarką, ale w taką nie­po­godę jesz­cze nie pły­wała. Dla­czego on nalega, żeby pły­nęli dalej?

Nagle to do niej dotarło – i to z taką siłą, że o mało się nie prze­wró­ciła. Chwy­ciła ster moc­niej. Wpa­try­wała się w nad­cho­dzący sztorm, a kolejne frag­menty ukła­danki skła­dały się w całość. Dłoń na jej ple­cach, która ją zła­pała, ale rów­nie dobrze mogła popchnąć. To, co powie­dział o zatru­ciu, o tych chwi­lach, kiedy na prze­mian zapa­dała w sen i w świat Eli­sa­beth, i się budziła. A teraz to. Podobno był prze­ko­nany, że spraw­dziła pro­gnozę. I zupeł­nie tak samo jak sześć lat wcze­śniej, pod­czas rejsu z Eli­sa­beth, nastą­piło zała­ma­nie pogody. I jesz­cze nalega, żeby pły­nęli dalej, w sam śro­dek sztormu.

Zaczęła dygo­tać, kom­plet­nie stra­ciła kon­trolę nad wła­snym cia­łem. Wła­śnie przed tym ostrze­gała ją we śnie Eli­sa­beth. Ratuj się. Te słowa wypo­wie­działa, zanim prze­le­ciała przez barierkę. Popchnięta przez Larsa. Malin nie miała już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie tak było. Wszystko się zga­dzało. Za chwilę zgi­nie, a on znów ode­gra rolę zroz­pa­czo­nego wdowca i odzie­dzi­czy po żonie spory mają­tek. Ależ to banalne, po pro­stu arcy­ba­nalne.

Patrząc, jak jej mąż wal­czy z żaglem, pod­jęła decy­zję. Posłu­cha rady, którą dała jej we śnie Eli­sa­beth. Będzie się rato­wać. Za wszelką cenę. Nie zamie­rza zostać jego następną ofiarą.

Zde­cy­do­wa­nie skrę­ciła w lewo, zmie­nia­jąc kurs. Pole­ciał bom, Lars ledwo zdą­żył się pochy­lić. Odwró­cił się, jego twarz wyra­żała tyle samo zdu­mie­nia co wście­kło­ści.

– Co ty wypra­wiasz?! – zawo­łał, prze­krzy­ku­jąc wycie wia­tru.

Nie odpo­wie­działa, nie prze­stała skrę­cać. Lars ruszył w jej kie­runku. Fale roz­pry­ski­wały się na łodzi, zale­wały mu twarz. Zdała sobie sprawę, że ona też jest cała mokra, ale już nic nie czuła. W środku miała pustkę. Chłód. Zupeł­nie jak po poro­nie­niu.

Lars pod­szedł do niej, gdy zdą­żyła cał­kiem zawró­cić i żagle znów wybrzu­szył wiatr. Wciąż na nowo odtwa­rzała w myślach obraz ze snu: widziała, jak Eli­sa­beth wypada za burtę. Zasko­cze­nie na jej twa­rzy, prze­cho­dzące w prze­ra­że­nie. A potem usta powta­rza­jące w kółko: „Ratuj się. Ratuj się. Ratuj… się…”.

Lars zesko­czył do kok­pitu i zła­pał ją za ramię. Mocno. Czuła, że wpada w panikę, i usi­ło­wała się uwol­nić.

– Co ty wypra­wiasz?! – krzyk­nął jej pro­sto do ucha.

Była tak prze­ra­żona, że nie zdo­łała odpo­wie­dzieć. Szarp­nęła się mocno i oswo­bo­dziła rękę. Zdą­żyła zro­bić trzy kroki w stronę pokładu, gdy ją dogo­nił i znów chwy­cił za ramię.

– Uspo­kój się! Co się z tobą dzieje?

Serce biło jej jak sza­lone. Wie­działa, że jesz­cze kilka sekund i tak jak Eli­sa­beth znaj­dzie się w odmę­tach. Z rezy­gna­cją zamknęła oczy, cze­kała na nie­uchronne. Już nic nie zrobi.

W tym momen­cie łodzią zarzu­ciło, jakby pro­te­sto­wała prze­ciwko temu, że nikt nie stoi przy ste­rze. Tym razem Lars nie zdą­żył się schy­lić. Bom z trza­skiem ude­rzył go pro­sto w poty­licę. Malin rzu­ciła się w bok, gdy leciał obok niej na barierkę, usi­łu­jąc się cze­goś zła­pać. Widząc jego wycią­gniętą rękę, panikę w jego oczach, sta­nęła przed wybo­rem. Odru­chowo wycią­gnęła do niego swoją, jakby była oddzie­lona od reszty ciała. Jesz­cze cen­ty­metr, może dwa, i w jej gło­wie znów ode­zwał się głos Eli­sa­beth.

Cof­nęła rękę.

Trzę­są­cymi się dłońmi trzy­mała ster. W oddali widać było port w Greb­be­stad, zale­d­wie dzie­sięć minut dalej. Kusiło ją, żeby wró­cić, ale zdała sobie sprawę, że byłoby to naj­głup­sze roz­wią­za­nie. Nie zga­dza­łoby się z jej histo­ryjką o tym, że Lars wypadł za burtę zmie­ciony przez sztorm. Z waha­niem obej­rzała się za sie­bie. Zoba­czyła gnane wia­trem fale. Przez moment wyda­wało jej się, jakby w tych falach mignął jej Lars. To o wszyst­kim prze­są­dziło. Zmie­niła kurs. Skie­ro­wała się do Strömstad i łódź szarp­nęła się nie­sfor­nie. Bała się sztormu, ale dopin­go­wał ją głos Eli­sa­beth. Nie cho­dziło jedy­nie o to, żeby rato­wać sie­bie. Robiła to także dla Eli­sa­beth.

Po pew­nym cza­sie w oddali doj­rzała port w Strömstad. Raz za razem powta­rzała sobie w myślach, co ma robić. I mówić. Nie będzie musiała uda­wać zde­ner­wo­wa­nej. Po gwał­tow­nym wyrzu­cie adre­na­liny przy­szedł spa­zma­tyczny płacz. Musiała zmo­bi­li­zo­wać wszyst­kie siły, żeby przy­cu­mo­wać w mari­nie na miej­scu dla gości. Padła z wyczer­pa­nia i trzę­sąc się, leżała w kok­pi­cie. Raz za razem wra­cała do tego, co się stało. W ustach miała gorycz, czuła się mar­twa. Ubra­nie miała prze­mo­czone do nitki, ale nie zwra­cała na to uwagi. Jakby jej zmy­sły się wyłą­czyły. Nie czuła nic. Kom­plet­nie. I nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, że zro­biła to, co musiała. Jedno z nich miało z tego rejsu nie wró­cić. Tym razem był to Lars. Nie ona.

– Malin?

Jakiś głos przedarł się przez mgłę zmę­cze­nia. W pierw­szej chwili pomy­ślała, że to głos Eli­sa­beth. Ale zabrzmiał jakoś zna­jomo. Otu­ma­niona, pod­nio­sła głowę, wytę­żyła wzrok. Chyba ktoś wypo­wie­dział jej imię, ale wydało jej się to tak nie­do­rzeczne, że natych­miast wyklu­czyła tę moż­li­wość.

– Malin!

Posta­cie na pomo­ście stały się wyraź­niej­sze. Teraz nie miała już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że ktoś ją woła.

– Yvonne? – zdzi­wiła się. Patrzyła na swoją naj­bliż­szą przy­ja­ciółkę. Prze­cież Yvonne powinna być w Sztok­hol­mie. Tyle myśli cho­dziło jej po gło­wie. Przez moment podej­rze­wała, że ze zde­ner­wo­wa­nia ma halu­cy­na­cje. Ale na pomo­ście była nie tylko Yvonne. Stała tam rów­nież jej sio­stra, Lotta, trzy kole­żanki z pracy i kil­koro przy­ja­ciół. Z tru­dem usia­dła i przyj­rzała się ich twa­rzom. Były tak bli­sko, wyra­żały nie­po­kój i zdu­mie­nie.

– A gdzie Lars? Co za straszna pogoda na rejs. Dzwo­ni­li­śmy do Larsa, zanim wypły­nę­li­ście z Greb­be­stad, mówi­li­śmy mu, że możemy tam przy­je­chać. Ale on wło­żył tyle wysiłku w zor­ga­ni­zo­wa­nie two­ich czter­dzie­stych uro­dzin, nawet tutaj, w Strömstad, wyna­jął lokal, więc…

Yvonne urwała, spoj­rzała nie­pew­nie na jacht.

Malin poczuła, że znów odpływa. Przy­śniła jej się Eli­sa­beth. Ale tym razem z Lar­sem u boku.

Kawiar­nia Wdów

Droż­dżówki leżały na pate­rach, cia­steczka w pięk­nych sło­jach na ladzie koło kasy, a nowy naby­tek w postaci maszyny do espresso lśnił siwą stalą. Marianne obe­szła ladę dookoła i cof­nęła się kilka kro­ków. Przy­pa­try­wała się swemu dziełu. Robiła to każ­dego ranka, odkąd trzy lata temu otwo­rzyła Kawiar­nię Wdów. Raz ze wszyst­kiego była zado­wo­lona, innym razem nie. Tego dnia nie do końca podo­bała jej się szyba, za którą leżały świeżo przy­go­to­wane kanapki z szynką, serem, rost­be­fem i kre­wet­kami. Kilka wpraw­nych ruchów ście­reczką i doczysz­czona szyba zalśniła w pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cych przez okno od frontu. Zoba­czyła w niej wła­sne odbi­cie. Okrą­głą twarz, która w mło­do­ści tak ją iry­to­wała, a teraz ład­nie har­mo­ni­zo­wała z siwymi krę­co­nymi wło­sami, wciąż gęstymi i zdro­wymi.

Zako­chała się w tym miej­scu z powodu jego poło­że­nia. Od dawna nosiła się z zamia­rem otwo­rze­nia kawiarni, ale była to myśl bez kon­kret­nego zacze­pie­nia. Pod­czas jed­nego ze swo­ich dłu­gich spa­ce­rów przy­pad­kiem zoba­czyła stary wiej­ski sklep – i wtedy wła­śnie zacze­piło, i nie chciało puścić. Obraz budy­neczku ze wszyst­kimi dziu­rami i spę­ka­niami zapadł jej w pamięć. Widziała jed­nak nie skazy, ale to, co pod spodem i co wydo­była trzy lata póź­niej. W reno­wa­cję wło­żyła wszyst­kie pie­nią­dze po Rube­nie i była to inwe­sty­cja warta każ­dego gro­sza. Best money ever spent, jak mówią Ame­ry­ka­nie. Dokład­nie tak czuła.

Ktoś szarp­nął za klamkę. Pode­szła do drzwi, żeby wpu­ścić pierw­szego tego dnia klienta.

* * *

– Okła­mu­jesz mnie?

W jego gło­sie zabrzmiał taki ton, że się wzdry­gnęła i skur­czyła, jakby chciała się stać jak naj­mniej widoczna. Ale naj­czę­ściej to nie działa. On robi krok w przód. Pod­nosi rękę. Ona patrzy na jego dłoń, na linię życia i linię miło­ści. Rów­no­le­głe, a prze­cież sple­cione ze sobą. Potem nastę­puje ude­rze­nie. Naj­pierw trzask: gło­śny, ostry, siar­czy­sty. Potem ból. Palący. I w końcu ciem­ność.

* * *

– Gdzie chcesz usiąść?

Na dźwięk jasnego kobie­cego głosu Marianne pod­nio­sła wzrok i przyj­rzała się wcho­dzą­cej parze. Kobieta była nie­wy­soka, drobna, miała nie­spo­kojne, roz­bie­gane oczy. Męż­czy­zna, potęż­nej postury, szedł w aurze natar­czy­wego nie­pro­szo­nego gościa.

– A gdzie zwy­kle sia­dam?

Sły­sząc ten ton, kobieta drgnęła.

– Przy oknie – odpo­wie­działa cicho.

Pierw­sza ruszyła do sto­lika. Rzu­ciła okiem na Marianne, a ona natych­miast posłała jej uśmiech. Ta kobieta wyraź­nie potrze­bo­wała uśmie­chu, a może nawet cze­goś wię­cej.

– Ja tylko kawę – ode­zwał się męż­czy­zna, sia­da­jąc na miej­scu z naj­lep­szym wido­kiem na jezioro. Ze zmarszczką roz­draż­nie­nia na czole spoj­rzał w okno, jakby świat na zewnątrz tylko cze­kał, żeby go zaata­ko­wać. Potem znów skie­ro­wał wzrok na kobietę, która wła­śnie szła do Marianne. – Powiedz, że ma być mocna. Nie chcę takiej lury, jaką nam ostat­nio podali w mie­ście.

Kobieta tylko ski­nęła głową.

– Pro­szę dwie kawy – powie­działa, wpa­tru­jąc się we wła­sne dło­nie, aż zbie­lałe od ści­ska­nia port­fela.

– A może droż­dżówkę? – Marianne się­gnęła do patery. – Na koszt firmy. Chyba przyda się pani tro­chę wię­cej ciała.

Kobieta patrzyła z waha­niem na droż­dżówki. Potem rzu­ciła okiem na sie­dzą­cego przy sto­liku męża i zde­cy­do­wa­nie pokrę­ciła głową.

– Nie, dzię­kuję… Mąż uważa… – urwała i znów pokrę­ciła głową.

Jasne włosy opa­dały jej miękko na ramiona. Marianne dostrze­gła na jej twa­rzy maleń­kie rysy, tam, gdzie skóra została prze­cięta, a potem się zago­iła.

– Ale popro­szę Spe­cjał Wdowy.

Marianne popa­trzyła na nią badaw­czo.

– Na pewno, kochana?

Nie odry­wała od niej wzroku. Na chwilę zawi­sły w powie­trzu tysiące nie­wy­po­wie­dzia­nych pytań. Znik­nęły w momen­cie, gdy kobieta powoli przy­tak­nęła.

– Tak jest – powie­działa Marianne, odwra­ca­jąc się od niej, żeby jak zwy­kle spraw­nie zre­ali­zo­wać zamó­wie­nie.

Pół godziny póź­niej, kiedy oboje wyszli, szybko sprząt­nęła z ich sto­lika i poszła do kuchni umyć fili­żanki. Jak się pro­wa­dzi wła­sną dzia­łal­ność, to trzeba się sta­rać.

* * *

– Jesteś bez­na­dziejna, wiesz? Mógł­bym cię zgnieść i nawet bym nie poczuł, rozu­miesz?

Trzyma ją za ramię coraz moc­niej. Nie­na­wiść, złość aż się z niego wylewa. Jest w nim coś mrocz­nego, jakieś pęk­nię­cie, jama, w któ­rej się gro­ma­dzą, żeby w końcu wyki­pieć, bo ona nie speł­nia jego ocze­ki­wań, nie robi tak, jak jej kazał. Nie jest taka, jak być powinna.

– Na co mi taka żona. Nie umiesz nawet porząd­nie posprzą­tać! Sama zobacz! Widzisz? No, widzisz?

Wyła­muje jej ramię i przy­gniata do ziemi. Drugą, wolną ręką doci­ska jej twarz do pod­łogi koło kuchenki.

– Widzisz? Teraz już widzisz? I to według cie­bie jest porząd­nie?

Ona przy­gląda się uważ­nie, na tyle, na ile to moż­liwe, bo ciśnie ją jego dłoń na karku. Ale nic nie widzi. Pod­łoga aż lśni. Wyszo­ro­wała ją dwa razy. Jest tak czy­sta i wolna od jakich­kol­wiek plam, że można się w niej prze­glą­dać. Zresztą widzi czy nie widzi – to bez zna­cze­nia. On widzi, a w takim razie coś tam jest. Już tego nie kwe­stio­nuje.

* * *

Dziew­czyna, która pomaga cza­sem w kawiarni, poszła wła­śnie do domu, gdy zadzwo­nił dzwo­nek nad drzwiami.

– Już zamknięte – powie­działa Marianne, nie pod­no­sząc wzroku.

Zajęła się pod­li­cza­niem utargu i wolała się nie roz­pra­szać.

– Nie jestem klientką – ode­zwał się czyjś głos.

Marianne spoj­rzała i w pierw­szej chwili zoba­czyła tylko coś błysz­czą­cego. Unio­sła oku­lary, które stale miała na czubku nosa, i zdała sobie sprawę, że patrzy na poli­cyjną bla­chę.

– Jestem z poli­cji. Komi­sarz Eva Wärn.

– Z poli­cji? – Marianne unio­sła brew. – O co cho­dzi? Tylko niech mi pani nie mówi, że jeden z klien­tów zawraca wam głowę tym chłop­cem, który buch­nął kilka droż­dżó­wek. Wyglą­dał na bar­dzo głod­nego i sama bym mu dała, gdyby tylko popro­sił.

Eva Wärn zaprze­czyła gestem.

– Nie cho­dzi o kra­dzież. – Ski­nęła głową w stronę sto­lika koło kasy. – Możemy na chwilę usiąść?

– Oczy­wi­ście. Może przy oka­zji napi­jemy się kawy? Wła­śnie kupi­łam tę cudowną maszynę, mogę w minutę przy­go­to­wać dwie fili­żanki.

Czule pokle­pała maszynę do espresso, która oka­zała się wprost nie­oce­nio­nym dopeł­nie­niem jej kawiarni.

– Czy ja wiem… – Eva Wärn ocią­gała się z odpo­wie­dzią. Już miała odmó­wić, ale pomy­ślała o praw­dzi­wej kawie, innej od tej żało­snej lury, którą pili w komi­sa­ria­cie, i kiw­nęła głową.

– Popro­szę, na pewno nie zaszko­dzi. A może być café latte?

– Natu­ral­nie, moja droga – odpo­wie­działa Marianne i odwró­ciła się, żeby włą­czyć maszynę, która zaczęła sapać i stę­kać. Po chwili posta­wiła na sto­liku dwie latte z opró­szoną cyna­mo­nem białą pianką.

– No tak, teraz już można roz­ma­wiać – stwier­dziła z zado­wo­le­niem. – A więc o co cho­dzi?

Pani komi­sarz popi­jała kawę małymi łykami i wyraź­nie nie kwa­piła się, żeby powie­dzieć, z czym przy­szła. Po dłuż­szej chwili coraz bar­dziej nie­zręcz­nego mil­cze­nia powie­działa:

– Zaob­ser­wo­wa­li­śmy dość dziwny zbieg oko­licz­no­ści.

Marianne z zacie­ka­wie­niem pochy­liła się do przodu.

– Dziwny zbieg oko­licz­no­ści? Zaczyna się cie­ka­wie.

Eva Wärn spoj­rzała na nią surowo.

– Zwró­ciła naszą uwagę pewna liczba dziw­nych zgo­nów. Nie od razu odkry­li­śmy tę zbież­ność, bo doszło do nich zarówno w naszym dys­tryk­cie, jak i w sąsied­nich. Ale kiedy już ją odkry­li­śmy…

Wypiła kolejny łyk kawy. Uni­kała wzroku Marianne.

Marianne mil­czała. Usia­dła wygod­nie i spo­koj­nie obser­wo­wała sie­dzącą naprze­ciw niej kobietę. Po chwili cięż­kiego mil­cze­nia Eva Wärn mówiła dalej:

– W ciągu ostat­nich trzech lat z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn zmarło czte­rech męż­czyzn. Naj­młod­szy miał dwa­dzie­ścia pięć lat, naj­star­szy – pięć­dzie­siąt trzy. Choć nic tego nie zapo­wia­dało, wszy­scy w jed­nej chwili padli nie­żywi, a lekarz sądowy z braku innego wytłu­ma­cze­nia orzekł nagłą śmierć ser­cową.

– Ale w czym pro­blem? Co jest nad­zwy­czaj­nego w tym, że męż­czyźni umie­rają na zawał? Zresztą czte­rech męż­czyzn w ciągu trzech lat… – Marianne nie dokoń­czyła i roz­ło­żyła ręce.

Pani komi­sarz w zamy­śle­niu mie­szała kawę łyżeczką i w sku­pie­niu przy­glą­dała się piance. Marianne miała oka­zję dokład­nie się jej przy­pa­trzyć. Spra­wiała wra­że­nie zmę­czo­nej życiem. Przy­pusz­czal­nie miała około czter­dziestki, ale we wpa­da­ją­cym przez wiel­kie okna ostrym świe­tle wyglą­dała na star­szą. W czar­nych wło­sach obcię­tych na pazia – prak­tycz­nie, ale nie­zbyt twa­rzowo – tu i ówdzie widać było siwi­znę. Naj­wy­raź­niej nie była na tyle zajęta sobą, żeby chcieć ją ukryć pod farbą.

Eva Wärn pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała jej pro­sto w oczy.

– Rze­czy­wi­ście, ma pani rację – odparła, prze­cią­ga­jąc słowa. – Męż­czy­zna umie­ra­jący na zawał to nic nie­zwy­kłego. Nie­zwy­kłe jest to, że wcze­śniej wszy­scy byli tutaj na kawie. Ponie­waż przy­czyna zgonu była nie­ja­sna, ich żony zostały prze­słu­chane i musiały zdać rela­cję z tego, co się działo dzień przed ich śmier­cią. I we wszyst­kich pro­to­ko­łach z prze­słu­chań wymie­niona została Kawiar­nia Wdów. Dziwne, nie uważa pani?

Jej spoj­rze­nie było zimne, twarde, ale Marianne się uśmiech­nęła.

– Zbiegi oko­licz­no­ści się zda­rzają, i to czę­sto. Może do osta­tecz­nego zatka­nia tęt­nic przy­czy­niły się moje pyszne droż­dżówki…

Powie­działa to z bły­skiem w oku.

– To naprawdę nie jest zabawne, zapew­niam panią.

– Skądże znowu – odparła z powagą Marianne, ale błysk by­naj­mniej nie znikł z jej oczu. – Nie wiem, czego pani ode mnie ocze­kuje – dodała i znów roz­ło­żyła ręce. – Ci męż­czyźni przy­szli tu z żonami na kawę i ciastka, a potem mieli pecha i umarli na zawał. Nic na to nie pora­dzę.

– Tych męż­czyzn łączyło nie tylko to. – Eva Wärn ani na moment nie ode­rwała od niej wzroku. – Za wszyst­kimi cią­gnęła się repu­ta­cja dam­skich bok­se­rów.

– Ojej, to przy­kre. Cóż… po świe­cie cho­dzi sporo paskud­nych typów.

Marianne się­gnęła do sto­ją­cej na ladzie patery po droż­dżówkę i z wyraźną przy­jem­no­ścią odgry­zła kęs.

– Na pewno nie ma pani ochoty? Na koszt firmy.

– Nie, dzię­kuję – odparła Eva Wärn, jakby sama myśl o tym wydała jej się odstrę­cza­jąca. Zerwała się. – Dziś raczej nie posu­niemy się dalej.

– Zapra­szam ponow­nie – odparła pogod­nie Marianne i rów­nież wstała, strze­pu­jąc cukier z pal­ców.

Komi­sarz Wärn nie odpo­wie­działa. Gwał­tow­nie zamknęła za sobą drzwi i dzwo­nek nad drzwiami zadźwię­czał gło­śno.

* * *

– Gdzieś ty była? Nie­moż­liwe, żebyś takie zakupy robiła całą godzinę! – krzy­czy.

– W skle­pie było dużo ludzi. Prze­cież jutro święto. Wszy­scy chcieli… – Sama sły­szy panikę w swoim gło­sie. Sto­jąc w dłu­gich kolej­kach do kas, prze­stę­po­wała z nogi na nogę i patrzyła na zega­rek, bo domy­ślała się, że po powro­cie do domu będzie miała pro­blemy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki