Rynek 14/1 - Janusz Szuber - ebook + książka

Rynek 14/1 ebook

Janusz Szuber

0,0
14,90 zł

lub
Opis

Dwadzieścia dwa nowe wiersze Janusza Szubera. Tłem tej opowieści poetyckiej, zawikłanej i  niejednoznacznej, są traumy rodzinne i osobiste — swoista przypowieść o dzisiejszym Hiobie, bez szczęśliwego zakończenia. Mocne realia, jak sugeruje tytuł, zogniskowane wokół centrum, miejsca zamieszkania przy sanockim rynku, skąd widok na przeszłość, kościoły, San, zamek, nieco dalej – na szpital.

Precyzja, wielopiętrowe sensy i subtelna autoironia — wszystko, czym sanocki poeta zachwycił niegdyś Herberta, Miłosza czy Barańczaka, powraca i w tym tomie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 10




© Copyright by Janusz Szuber © Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2016 PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marek Pawłowski; na okładce wykorzystano rysunek Henryka Wańka REDAKTOR PROWADZĄCY: Krzysztof Lisowski KOREKTA: Anna RudnickaWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05901-2 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Oktostych

Nieśliśmy wieniec na pogrzebie kuzyna,

ktoś nas zagarnął i ustawił za inną parą.

Pierwszy raz tak blisko siebie,

chodziła wyżej, do pierwszej technikum.

Jak na początek lata, dzień wyjątkowo zimny,

ubrani lekko i kuso, stąd gęsia skórka u obojga,

wtenczas nie było w czym wybierać, sprawiano nam

tylko rzeczy niezbędne i praktyczne.

Rynek 14/1

Pierwsze piętro w domu przy rynku,

jakieś trzydzieści metrów od mego okna,

zajmował do 1916 pradziadek Maurycy,

przez sześć dni w tygodniu

po poobiedniej drzemce schodził na parter,

do gabinetu z osobnym wejściem od frontu,

tam, gdzie teraz jest karczma i automaty do gier,

a wcześniej, przez ponad pół wieku, fotograf,

aby między czwartą a szóstą przyjmować chorych

i ulżyć naturze, skażonej przez grzech,

a stangret, który z rana wiózł doktora do szpitala

i wszędzie tam, dokąd zwykł był zaglądać,

przedzierzgał się w kamerdynera,

uciszał harmider w poczekalni,

topił nad świecą lak,

glancował klamki.