Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
,,Na zewnątrz jest ciemno i cicho. Nawet szczekania psów nie słychać. Jest minus 48
stopni Celsjusza. Przy każdym oddechu czujesz, że wciągasz w siebie chłód.
Powietrze szczypie w płuca. W Polsce mróz odczuwamy na skórze. Tu mróz atakuje
od środka.
Krzysztof Suchowierski wraz z dwoma rosyjskimi przyjaciółmi przejechał z południa
na północ. Pokonali blisko 3500 kilometrów. Nie byłoby w tym niczego
nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dokonali tego jadąc na rowerach i… zimą!
Najniższe odnotowane przez nich temperatury dochodziły do minus 55 stopni
Celsjusza!,,
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Rowerem przez mrozy Jakucji
Redakcja + projekt layoutu, łamanie i skład + konwersja na wersję cyfrową: Andrea Smolarz | Pracownia edytorska ŻÓŁĆ
Korekta: Jowita Kostrzewa
Projekt okładki: Szymon Bolek | Studio Grafpa
Zdjęcia: Archiwum autora oraz Oksana Ługowaja
Druk: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.
ISBN (druk): ISBN 978-83-969311-1-5
ISBN (epub/mobi): 978-83-969311-2-2
Wydanie drugie poprawione i rozszerzone
Białystok 2025
Moje miejsca w sieci:
Facebook: Krzysztof Suchowierski – SYBERIA
Instagram: @krzysztof_suchowierski_syberia
YouTube: Krzysztof Suchowierski – SYBERIA
© Krzysztof Suchowierski 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody autora jest zabronione. Autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.
W e-booku są zamieszczone linki do filmów, które możesz odtworzyć po połączeniu z internetem.
Rower zwalnia. Mocniej dociskam pedały, ale nic z tego. Spoglądam na tylne koło. Flak. Zeskakuję z siodełka i opieram rower o zaspę śniegu. Szybka ocena sytuacji. Tylko bez paniki. To już kilkunasty raz.
Dziurawa dętka? Żaden dramat. Normalnie – łyżki w dłoń, zdjąć oponę, wyciągnąć dętkę, znaleźć dziurę, zakleić, napompować i w drogę. Ale tu? Inna bajka. Mróz sięga minus 50 stopni Celsjusza. Zdjęcie rękawiczek choćby na chwilę grozi odmrożeniem palców. Pompka? Sztywnieje, jakby zamieniła się w sopel lodu. Opona? Przyklejona do obręczy jak spawana. Szukanie dziury w dętce? Strata czasu. Wrzucam ją do sakwy, sięgam po nową. Każda sekunda bez ruchu to zaproszenie do walki z lodowatym zimnem.
Jest nas trzech – Ioann Igor i ja. Rosjanie świetnie rozumieją sytuację. Nie ma sensu, by wszyscy dłubali przy kole. Chłopaki grzeją się ruchem – chodzą tam i z powrotem, robią pajacyki. Jeśli ten, kto naprawia, czuje, że zaczyna marznąć, zmiana! Kolejny przejmuje zadanie, a poprzedni rusza skakać, żeby rozgrzać ciało.
Mamy już doświadczenie. Po kilkunastu dniach w Jakucji zimno stało się naszym cichym, upartym towarzyszem. Najczęściej ratuje nas przejeżdżająca ciężarówka – w ciepłej kabinie łatwiej zdjąć oponę z obręczy. Ale teraz? Droga pusta. Jeszcze szaro, ruch niemal zerowy. Czekamy pół godziny. Nic. Decyzja? Wracamy do dróżniczki, u której nocowaliśmy.
Poprzedniego wieczora, nim słońce zniknęło za horyzont, dotarliśmy do samotnej budki dróżnika. Niewielki posterunek pośrodku białej pustki. Przez cały dzień nie minęliśmy żadnej wioski, żadnego przysiółka. A teraz? Śnieżna cisza, mroźny bezruch. Wracamy. Innego wyjścia nie ma.
Jechaliśmy przez wzgórza lekko porośnięte lasem. Mróz trzymał w uścisku każdy centymetr tej krainy, a droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Żadnych śladów życia. Tylko my i ciężarówki, które od czasu do czasu wyłaniały się zza zakrętu, rycząc silnikami i wzbijając tumany śnieżnego pyłu. To właśnie od kierowców usłyszeliśmy o budce dróżnika – jedynym miejscu w okolicy, gdzie można znaleźć dach nad głową.
W końcu dostrzegamy ją przy drodze. Przypomina barak budowlany, choć nieco większy. Przystajemy, otrzepujemy śnieg z butów i kurtek i pukamy do drzwi. Cisza. Po chwili słyszymy kroki. Drzwi otwierają się, a w progu staje kobieta – około pięćdziesiątki, z twarzą zdradzającą lekkie zdziwienie. Nie pyta o nic, tylko gestem zaprasza nas do środka.
Wewnątrz czuć ciepło i zapach herbaty. Po lewej stronie wejścia znajduje się pokój z konsolą do sterowania ruchem pociągów. Dalej – dwa niewielkie pomieszczenia: sypialnia z trzema piętrowymi łóżkami i kuchnia. To właśnie tam kieruje nas dróżniczka.
– Tu jest czajnik, nastawcie sobie wodę na herbatę. I weźcie, co chcecie, do jedzenia. Wszystko jest dla was – mówi, otwierając lodówkę.
W środku – cały pieczony kurczak. Przenikliwe zimno i zmęczenie sprawiają, że ten widok wydaje się czymś nierealnym. Igor, jako wegetarianin, wyciąga z plecaka kaszę gryczaną i zaczyna gotować swoją porcję. My zajmujemy się kurczakiem, rwiemy mięso i jemy, czując, jak ciepło powoli wraca do ciała.
Tymczasem dróżniczka siada przy konsoli, śledzi ruch pociągów, po czym sięga po telefon. Dzwoni do przełożonego.
– Mam tu trzech podróżników na rowerach. Mogą przenocować?
– Rowerzystów!!!!? Zimą? – Krótka pauza. – Niech nocują, ile chcą.
– Ja i tak nie będę spać, dyżur trwa całą noc.
Uśmiechamy się z wdzięcznością. Ciepły nocleg w środku jakuckiej zimy to luksus, którego nie sposób przecenić.
Jak co wieczór, gdy tylko uda się znaleźć ciepłe schronienie, rozpoczynamy dobrze znany rytuał: suszenie wszystkiego, co nasiąkło potem, śniegiem i chłodem. Grzejniki znikają pod warstwą skarpet, koszulek, rękawic i butów. Para krąży w różnych kierunkach, ale daje nadzieję, że rano wszystko będzie suche.
Niestety – Syberia nie zna litości. Toaleta? Jak zwykle na zewnątrz. A dziś czuję się fatalnie. Osłabienie rozlewa się po ciele, jakby ktoś odciął mi dostęp do energii. Co chwilę wybiegam do drewnianego wychodka, który stoi 15 metrów od budynku. Minus 50 stopni Celsjusza i goły tyłek w nieogrzewanej latrynie? Brzmi jak żart, ale to rzeczywistość. Zwlekać nie można. Na szczęście – jeśli można to tak nazwać – mam biegunkę, więc nie muszę długo siedzieć.
Po kilku rundach rezygnuję z ubierania się na cebulkę. Zostaję przy trzech cienkich koszulkach i polarze. Po jednej z takich wypraw wracam, chwytam za klamkę. i słyszę trzask. Metal pęka w dłoni. Klamka rozsypuje się jak cukierek na mrozie. Drzwi zamknięte. Stoję na zewnątrz. Pukam. Raz, drugi, trzeci. Cisza. Nikt nie słyszy.
Mróz atakuje bezlitośnie. Palce kostnieją, nos piecze, ciało drży. Zimno wciska się pod ubranie jak metalowe ostrza. Próbuję dopasować złamaną klamkę, dłonie mi się trzęsą, ale w końcu – po długich minutach walki z mrozem i własną paniką – zamek ustępuje. Wpadam do środka, oblepiony śniegiem, zmarznięty do szpiku kości.
Dróżniczka patrzy na mnie, kiwa głową.
– Klamka? A, to nic. Zostawcie rączkę na parapecie w środku. Kto wychodzi, niech ją zabiera.
Wieczór powoli uspokaja rozgrzane emocje. Popijamy gorącą herbatę, notujemy w dziennikach wspomnienia z dnia. Każdy zajmuje się sobą. Leżymy na piętrowych pryczach, zmęczeni, ale bezpieczni. Jutro znowu ruszamy. Kolejne kilometry. Kolejne próby sił. Srogi mróz nie zamierza odpuszczać.
Rano udaje się przejechać ledwie czterdzieści minut – i znowu to samo. Dętka. Zawracamy. Tym razem nie jadę, lecz pcham rower. Co ciekawe – piesza wędrówka zajmuje niemal tyle samo czasu, co jazda. Na takim mrozie wszystko zwalnia.
Przy minus 30 stopniach rower jeszcze współpracuje. Można się poczuć jak podczas chłodnej, ale znośnej przejażdżki. Ale przy minus 50? Każdy element roweru protestuje. Dętki pękają jak kruche szkło. Smar na łańcuchu gęstnieje, ogniwa stają się oporne, jakby ktoś przykleił je do siebie. Przerzutki? Martwe. Hamulce? Zamarznięte stalowe linki nie reagują, nie da się ani zmienić biegu, ani zatrzymać roweru.
Rano, wychodząc z ciepłego wnętrza budynku dróżniczki, musimy podjąć decyzję: jaką kombinację przerzutek wybrać na cały dzień jazdy? Bo zmiany w trasie nie będzie. Przerzutki zaczynają działać dopiero przy minus 30 – a i to z oporami. Hamulce odpiąłem już na samym początku wyprawy. Od tamtej pory hamuję butami – jak w dzieciństwie, tylko że teraz gra toczy się o coś więcej niż obdarte podeszwy.
U dróżniczki – na szczęście – udaje się wymienić dętkę. Czekamy jeszcze, aż temperatura odrobinę złagodnieje. W końcu przy minus 45 ruszamy dalej.
W drogę wyruszyliśmy 1 lutego 2014 roku z miejscowości Nieriungri położonej w południowej części Republiki Sacha (Jakucja), na dalekim wschodzie Rosji. Cel: Czerski – miasto nad Morzem Wschodniosyberyjskim. Od startu dzieli nas około 3500 kilometrów surowej zimy, białego pustkowia i lodowych pułapek.
Dlaczego zimą? Bo tylko o tej porze roku droga staje się przejezdna. Wiosną i latem rzeki zamieniają się w rwące przeszkody, bagna połykają każdy pojazd. Ale zimą – gdy lód skuwa jeziora i rzeki – tworzą się zimniki, lodowe szlaki utrzymywane przez służby drogowe. To nimi jedziemy.
Wyprawę tworzymy we trzech. Ja i dwaj Rosjanie – Ioann Czeczniew i Igor Kowalczuk z Tomska. Porwaliśmy się na coś, czego nikt wcześniej nie dokonał. Nikt nie przejechał zimą Jakucji na rowerze – z południa na północ. Nawet kilka ekspedycji w ogrzewanych ciężarówkach musiało się wycofać. My wierzymy, że damy radę. Że te 3500 kilometrów to nie szaleństwo – tylko wyzwanie.
W 2012 roku Igor i Ioann wyruszyli do Republiki Ałtaju, aby spotkać się z Siergiejem Michajłowiczem – uczestnikiem zimowych wypraw rowerowych przez Jakucję, Czukotkę i jezioro Bajkał. Dla młodych adeptów podróży Siergiej stał się mentorem i bliskim przyjacielem. To właśnie od niego dowiedzieli się, jak odpowiednio przygotować się do zimowych wypraw rowerowych.
Siergiej opowiedział im również o zimowych ekspedycjach rowerowych śladami G. L. Travina, które odbywały się w latach 90. XX wieku. Ich organizatorem był Paweł Koniuchow, młodszy brat słynnego podróżnika Fiodora Koniuchowa. Niestety, przed rozpoczęciem własnej wyprawy Igor i Ioann nie mieli okazji spotkać się z Pawłem osobiście, jednak utrzymywali z nim regularny kontakt telefoniczny i korespondencyjny.
Jazda po asfalcie – nawet w siarczystym mrozie – wydawała się osiągalna. Problem zaczynał się tam, gdzie kończyła się droga, a zaczynał zimnik. Lodowy szlak, który w każdej chwili może zniknąć pod naporem śnieżnej furii. Purgi – syberyjskie zamiecie – potrafią wiać bez przerwy przez kilka dni, a czasem nawet tygodniami. Po nich nie zostaje nic – żadnej drogi, żadnego śladu. Tylko biały chaos. Trzeba czekać, aż służby znów odkopią trasę, przetrą ją od nowa.
A przy zimnikach – pustka. Ogrzewane schronienia pojawiają się rzadko, czasem dopiero po kilkuset kilometrach. Na razie kończymy drugi tydzień wyprawy. Kilkaset kilometrów za nami – dopiero wgryzamy się w trasę. Z każdym dniem nabieramy wprawy. Uczymy się, jak przetrwać w krainie mrozu. Przy minus 45 stopniach jedzie się znośnie. Choć trzeba niemal siłowo wciskać stopy w pedały, by wprawić rower w ruch. Asfalt – pełen dziur i wybojów – nie ułatwia zadania.
Po południu trafiamy na budkę robotników drogowych. Zatrzymujemy się – choćby na chwilę, by ogrzać zmarznięte dłonie. W środku przytulnie, ciepło aż gryzie w policzki. Dwóch mężczyzn wita nas z uśmiechem i gestem zapraszającym do środka. Częstują nas wszystkim, co mają: herbatniki, ostatni bochenek chleba, kawałki sera, resztki kawy. Wszystko znika w mgnieniu oka. Nie protestują. Przeciwnie – zachęcają, byśmy jedli do syta. I tak robimy.
Po kilku godzinach dalszej jazdy zapada zmrok. Ciemność spada nagle, jakby ktoś zgasił światło. Z zimnem nie ma żartów – wgryza się w dłonie, przeszywa kurtkę, wdziera się pod warstwy ubrań. W końcu docieramy do kolejnego miejsca, które daje nadzieję na ciepły nocleg. Baraki. Przez cały rok mieszkają tu drogowcy. To jak małe, funkcjonalne miasteczko w sercu białej pustyni.
Zatrzymujemy się przed szlabanem. Czekamy na menedżera budowy. W budce przy bramie ochroniarze wygrzewają się przy elektrycznym piecyku. Patrzą na nas z ciekawością i pytają:
– Ile płacą wam za każdy przejechany kilometr?
Nie mamy siły tłumaczyć, że nikt nam nie płaci. Że robimy to z własnej woli. Milczymy. Patrzymy tylko, jak para leci z ust. A potem zerkamy na siebie i czekamy. Oby ten nocleg był ciepły.
Mięso wślizguje się w jelito jak wąż przeciskający się przez ciasny tunel. Zamaszystym ruchem koleżanka z działu formuje pęta, sprawnie jak iluzjonistka w białym fartuchu. Łapię dwadzieścia z nich, zawieszam na kiju, a ten wędruje do wózka. Kiedy kijów zbierze się 40, może 50, cały ładunek toczę do dusznej, pachnącej dymem wędzarni. I tak dzień w dzień, osiem godzin dziennie, przez siedem długich lat.
W tym czasie życie przeciekało mi między palcami jak tłuszcz z niedoprawionej parówki. Rodzice – oboje od lat zanurzeni po łokcie w branży spożywczej – przekonali mnie, bym poszedł do technikum przetwórstwa mięsnego. Zgodziliśmy się wtedy, że to „rozsądna decyzja”.
Z każdym kolejnym rokiem pracy w zakładzie kiełbasy rosły jak na drożdżach, ale moje marzenia malały. Wiedziałem już: to nie jest moje miejsce. Moje myśli zaczęły krążyć wokół map, szlaków, gór, długich rzek – wokół świata, który chciałem odkrywać.
A jednak podróż nie zaczęła się od biletu, ale od braku. Miałem osiem, może dziesięć lat, gdy brat pojechał na kolonie. Ja zostałem. Pieniędzy nie starczyło. Obiecałem sobie wtedy, że kiedy tylko uzbieram pierwsze większe pieniądze, pojadę. Gdziekolwiek, byle dalej.
Ale ten pierwszy wyjazd nie przyszedł szybko. Czekałem. Oszczędzałem. Marzyłem. I codziennie, zawieszając kolejne pęta kiełbasy, powtarzałem sobie: „To tylko etap. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę”.
Tamto lato smakowało ziemią, potem i pachniało lasem. Rodzice – jak co roku – pakowali mnie do autobusu i wysyłali do dziadków, do Słomianki, niepozornej wioski zatopionej między Narwiańskim a Biebrzańskim Parkiem Narodowym. Granica dwóch światów – jeden słynący z pól złocących się od słońca, drugi z mokradeł tętniących życiem i śpiewów ptaków o brzasku.
W ciągu dnia pomagałem przy żniwach – łapałem widły jak dzidę, zrzucałem snopy na przyczepę. Popołudniami ciąłem knieje z dziadkiem i wujkiem – wędkarskie wyprawy pachniały rzeką i ciszą. A gdy babcia szła do lasu, maszerowałem z nią po mchu jak po poduszce, szukając grzybów. Trzy tygodnie pełne prostoty i wolności.
I wtedy, któregoś wieczoru, wszystko się zmieniło. W telewizorze, na kanale Discovery, pojawił się Ray Mears – niczym współczesny traper z brytyjskim akcentem. Opowiadał o przetrwaniu w dziczy, pokazywał, jak rozpalić ogień i zbudować szałas. Patrzyłem z otwartą buzią.
Nie czekałem długo. Gdy nadszedł weekend, chwyciłem nóż, menażkę i ruszyłem do lasu jak młody pionier. Szałas stawiałem własnoręcznie – krzywy, przeciekający, ale mój. Przespałem tam pierwszą samotną noc, wsłuchując się w trzaski gałęzi i pohukiwania sów. To był przełom.
Od tamtego momentu czułem, że przygoda mnie wzywa. Kiedy pojawiła się opcja kursu paralotniowego, nie miałem wątpliwości. Zacząłem rozdawać ulotki, zbierać każdą złotówkę. Kurs miał się rozpocząć na kilka tygodni przed maturą. A ja stanąłem przed wyborem: historia albo przestworza.
Wystarczyło zaliczyć jedną kartkówkę na czwórkę, by uniknąć ustnego egzaminu maturalnego z historii. I chociaż czułem na karku oddech rozsądku, serce ciągnęło w niebo. Pojechałem do Szczyrku – w góry, których nigdy wcześniej nie widziałem. Rodzicom powiedziałem, że jadę na obóz harcerski.
Skrzydła rozwinąłem, gdy tylko wiatr zawiał pod żagiel. To było uniesienie – nie tylko fizyczne. Kurs ukończyłem. Maturę z historii też, bez większych dramatów. Ale latanie szybko okazało się luksusem. Nie było mnie stać na sprzęt, a kolejne kursy mogłem tylko śledzić w internecie.
Za to inny egzamin. Ten z przeszłości – miałem go jeszcze długo za skórą. W podstawówce, jako chyba jedyny w całej szkole, nie zdałem egzaminu na kartę rowerową.
Brak karty rowerowej? Dla mnie to nie był zakaz – raczej wyzwanie. Koledzy w kaskach i kamizelkach odblaskowych przecinali Białystok zgodnie z przepisami, ja tymczasem dwa lata po kursie paralotniowym kupiłem rower. Trzy miesiące później zniknąłem za horyzontem.
Nie planowałem małej przejażdżki. Chciałem otoczyć Polskę kołem – i tak zrobiłem. Pierwszy raz zobaczyłem Bałtyk, pod zamkiem w Malborku stałem jak zaczarowany, próbując objąć wzrokiem ceglaną potęgę historii.
Parki narodowe – to one były sercem tej wyprawy. Mapa uginała się od pinezek: Białowieski, Tatrzański, Bieszczadzki, Karkonoski… Las po lesie, góra po górze. W ciągu niespełna miesiąca odwiedziłem większość z nich. Budżet? Zaledwie 400 złotych. Żyłem skromnie – noclegi pod chmurką, jedzenie z marketów, prysznic w rzekach. Ale czułem się najbogatszym człowiekiem w kraju.
Z biegiem lat zasięg wypraw się wydłużał. Rumunia, Czarnogóra – rozgrzane kamienie Karpat. W Gruzji stanąłem na Kazbeku. Ale najtrudniejszą wyprawę odbyłem zimą, samotnie, w Gorgany – dzikie ukraińskie pasmo. Po dwóch dniach marszu wszystko zniknęło – ścieżka, punkt orientacyjny, pewność. Zgubiłem się. Wiatr świszczał jak ostrze, temperatura spadała szybciej niż poziom odwagi. Musiałem się wycofać – schodziłem w milczeniu do najbliższej wioski, czując, że góry dały mi lekcję pokory, nie siły.
A jednak to nie góry były największym wyzwaniem. Po technikum, po czterech latach pracy w zakładzie mięsnym, zapisałem się na zaoczne studia z ratownictwa medycznego. Wiedziałem, że chcę być blisko ludzi, działać w sytuacjach granicznych, ratować życie. Opłaty za studia były wysokie, praca męcząca, a nauka nie odpuszczała. Ale ja też nie odpuszczałem.
Po dyplomie – cisza. Wysłałem dziesiątki CV. Białystok, cała Polska – żadnej odpowiedzi. Zderzenie z rynkiem było jak zjazd na rowerze bez hamulców – brutalne, nagłe, bez litości.
I właśnie wtedy los postanowił wtrącić się do tej historii. Pojawiła się szansa, która połączyła wszystko: pasję do podróżowania i potrzebę pomagania. Nagle wszystko wskoczyło na miejsce.
Paweł Romaniuk – kolega z Białegostoku, który razem z żoną nadzorował budowę szkolnych toalet w Rwandzie – nie zapomniał o mnie. Na drugim końcu świata, między cegłami a planami, wpadł na pomysł: „Możesz tu przyjechać. Pomożesz. Nauczysz ludzi ratować życie, opatrywać rany i tak dalej”.
Nie rzucił słów na wiatr. Napisał projekt. Ja jako instruktor pierwszej pomocy dla rwandyjskich nauczycieli. EVS, czyli European Voluntary Service, kupiło tę wizję z miejsca. Przelot, noclegi, jedzenie, a nawet samochód do przemieszczania się między wioskami – wszystko zapewnili.
Nie byłem sam – dołączyła do mnie Nina Mocior. Pomagała z językiem, z organizacją całego projektu. Bez niej nie miałby takiego rytmu. Ale zanim ruszyłem, musiałem zdobyć coś więcej niż bilet. Musiałem szukać sprzętu. Apteczki, materiały szkoleniowe, a przede wszystkim – fantom. To na nim przyszli instruktorzy mieli ćwiczyć uciskanie klatki piersiowej, naukę oddechu ratunkowego, praktykę, która ratuje ludzi. Zwróciłem się do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Odpowiedzieli. Pomogli.
Za kulisami projektu działał jeszcze ktoś wyjątkowy: Japończyk mieszkający w Polsce, Tetsuo Hayashi. Nadzorował każdy szczegół z japońską precyzją – kontakt z zespołami, harmonogramy, dostawy. Dzięki niemu wszystko płynęło, nawet kiedy w terenie rzeczywistość próbowała rozjechać plany.
Trzy dni przed wylotem – chaos. Bieganie między magazynami, rozmowy z organizatorami, ostatnie potwierdzenia. Na Woronicza, w siedzibie telewizji, domykałem szczegóły. Plecak i dwie walizki stały już gotowe.
Nie leciałem z poczuciem wyższości. Nie jechałem nauczać – raczej dzielić się tym, co wiem. W Warszawie, w siedzibie telewizji publicznej, podczas 19. finału Orkiestry w wejściu na żywo dostałem z rąk Jurka Owsiaka dwa nowoczesne fantomy. Byłem gotów, by wyruszyć na pięć miesięcy do serca Afryki. Nie postawiłem jeszcze stopy na nowym lądzie, a już wiedziałem, że to nie będzie zwykła podróż. Pierwszy raz znalazłem się na innym kontynencie.
Wszystko uderzało z intensywnością: dźwięki, zapachy ulic – ostre, korzenne; gorąco jak rozżarzona blacha, wszechobecna bieda, która przylepiała się do człowieka jak kurz na afrykańskim szlaku.
Żołnierze z karabinami krążyli po ulicach, a małpy spacerowały między sklepami jak stali mieszkańcy. Każda noc kończyła się pod moskitierą – niby cienką jak firanka, a jednak chroniącą przed chorobami, które mogły zmienić życie w ciągu jednej nocy.
Rwanda – kraj tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów. I rzeczywiście, krajobraz falował zielenią, a ludzie – nawet ci milczący – uśmiechali się, jakby wbrew temu, co przeszli. Wystarczyło kilka słów, jedno spojrzenie, by poczuć ciężar przeszłości. W 1994 roku, w zaledwie trzy miesiące, zginęło tu około miliona osób. Ludobójstwo nie zniknęło – ono żyło w pamięci, w milczeniu, w oczach starszych ludzi.
Co tydzień ruszałem w drogę. Jeep podskakiwał na wyboistych drogach, a wokół ciągnęły się krajobrazy tak piękne, że aż nierzeczywiste – zielone wzgórza, czerwone drogi, plantacje bananowców, ludzie niosący wszystko – od kóz po beczki – na głowach. Docieraliśmy do wiosek, gdzie patronat UNICEF-u dawał dzieciom szansę na naukę.
W niektórych miejscach sam mój widok wywoływał euforię. Dzieci rzucały się w naszą stronę jak fala – wrzeszcząc, śmiejąc się, próbując dotknąć mojej skóry, jakby chciały sprawdzić, czy naprawdę jestem z innego świata. Gdy robiło się zbyt tłoczno, nauczyciele wpadali z rózgami i rozganiali maluchy – często to był jedyny sposób na opanowanie sytuacji.
Szkolenia odbywały się w dusznych, prowizorycznych salach. Trzy, cztery godziny intensywnego tłumaczenia, gestykulacji, demonstracji. Przekazywaliśmy wiedzę – nie podręcznikową, ale praktyczną, taką, która może się przydać na co dzień. Tłumaczyliśmy, jak reagować na atak padaczki, jak opatrywać rany, jak zatrzymać krwotok.
Najtrudniejsze były zderzenia światów. Dla wielu nauczycieli epilepsja wciąż była oznaką opętania. Bali się. Wierzyli, że dotknięcie osoby podczas ataku pozwoli złemu duchowi przenieść się na nich. Tłumaczyliśmy cierpliwie – medycznie, ale prosto, bez wywyższania się.
Po każdym szkoleniu zostawialiśmy coś więcej niż słowa – apteczkę i wiedzę, jak jej użyć. Te pudełka z bandażami, nożyczkami i maseczkami stawały się małymi bastionami bezpieczeństwa.
Pod koniec wolontariatu zdołałem odkryć też piękniejsze oblicze Rwandy. W Parku Narodowym Wulkanów (ang. Volcanoes National Park) miałem okazję spojrzeć w oczy gorylom górskim – spokojnym, majestatycznym, jakby noszącym w sobie mądrość całego lasu. Wraz z Niną przeszliśmy kilkudniowy trekking przez las Nyungwe – gęsty, pełen dźwięków, które człowiek zna tylko z dokumentów przyrodniczych. Tam dotarliśmy do źródeł Nilu – niepozornych, ukrytych, a jednak symbolicznych jak początek nowego rozdziału.
W Parku Narodowym Akagera wyruszyliśmy na safari. Z okien terenowego samochodu oglądałem żyrafy poruszające się z gracją baletnic, zebry znikające wśród traw, hipopotamy chłodzące się w wodzie jak w zbyt małej wannie.
Lato — jesień 2013
Rozstanie z Afryką bolało – długo po powrocie wciąż widziałem w wyobraźni rwandyjskie krajobrazy, czułem zapachy przypraw, słyszałem echa dziecięcych śmiechów. Polska przywitała mnie szarą codziennością i starymi problemami – brakiem pracy, marazmem, brakiem perspektyw.
Na szczęście mogłem liczyć na Piotra Kazberuka – kolegę, który zawsze potrafił wyciągnąć pomocną dłoń. Dzięki niemu przez kilka miesięcy pracowałem jako ochroniarz w dużej sieci drogerii. Ta praca dawała stabilność. Tyle że wewnętrzny głód – ten podróżniczy – nie dawał mi spokoju.
Minęło kilkanaście miesięcy od powrotu z Rwandy, a ja coraz częściej patrzyłem w stronę mapy. Znajomi właśnie ruszyli na wolontariat do Armenii. Nie mogłem dłużej siedzieć bezczynnie. Decyzja zapadła nagle – odwiedzę ich. Tym razem jednak nie było już dofinansowania, żadnego EVS, żadnych grantów. Wszystko musiałem zorganizować sam.
Sprzedałem, co mogłem, kupiłem fantom, kilka apteczek, bilety lotnicze. Spakowałem plecak i wyruszyłem na Kaukaz. Przez miesiąc odwiedzałem szkoły w Armenii i Gruzji, dzieląc się wiedzą o pierwszej pomocy. Warunki były trudne – brakowało podstawowych rzeczy, ale w oczach nauczycieli widziałem wdzięczność. Dla takich chwil warto było się poświęcić.
Jeszcze przed wyjazdem do Afryki razem z Pawłem Romaniukiem snuliśmy odważne plany – rowerowa wyprawa na Syberię. Pomysł dojrzewał powoli, zmieniał kształty. Do naszej dwójki dołączył trzeci uczestnik – mężczyzna, który wyszedł z bezdomności i chciał zacząć nowe życie. Wtedy wierzyłem, że pojedziemy razem.
Ale po powrocie z Armenii wiedziałem już, że tę wyprawę muszę zrealizować sam. Nie było wyjścia – jeśli chciałem dotrzeć na Syberię, potrzebowałem funduszy. Wyjechałem więc do Anglii na cztery miesiące. Pracowałem ciężko – dzień za dniem odkładając każdy grosz na sprzęt i transport.
Jeszcze przed tą podróżą, podczas spotkania z uczniami Szkoły Podstawowej nr 5 w Białymstoku, opowiadałem o Afryce. Po prelekcji jedna z nauczycielek wspomniała o dawnych listach, jakie dzieci pisały do swoich rówieśników z różnych zakątków świata – między innymi do wsi o nazwie Białystok. Tyle że leżącej nie w Polsce, a w Rosji – na Syberii.
To wspomnienie długo we mnie rezonowało. Podczas przygotowań do wyprawy – jeszcze zanim ruszyłem do Anglii – zupełnym przypadkiem trafiłem na program dokumentalny w TVP: „Polacy na Syberii”. Odcinek opowiadał o wsi Białystok w obwodzie tomskim, miejscu, gdzie Polacy stali się pionierami, badaczami, ludźmi, którzy na trwałe zapisali się w historii tej surowej, nieprzystępnej krainy.
Z każdym kolejnym obrazem czułem, że to nie przypadek. Że moja droga, choć trudna, zmierza właśnie tam – na wschód.
Obraz wciągnął mnie natychmiast. Oglądałem z szeroko otwartymi oczami, jakby ktoś nagle puścił film o moim przeznaczeniu.
Obok, na wersalce, leżała moja mama – zrelaksowana, w dobrze znanej pozycji, z poduszką pod głową. Patrzyła na ten sam ekran, nieświadoma, że właśnie rodzi się mój kolejny pomysł.
Gdy napisy końcowe przemknęły po ekranie, ciszę przerwało jedno zdanie, wypowiedziane niemal mimowolnie:
– Pojadę tam rowerem. Odwiedzę tych ludzi.
Mama spojrzała na mnie spod przymkniętych powiek. Bez wahania, z tą charakterystyczną mieszaniną troski i ironii, rzuciła:
– Coś ty, zdurniał? Weź się lepiej do roboty.
Mogłem się obrazić. Mogłem się poddać. Ale zamiast tego wziąłem się – do map, notatek, sponsorów i sprzętu.
W lipcu 2013 roku, z sakwami pełnymi marzeń, wystartowałem z polskiego Białegostoku, by pokonać ponad pięć tysięcy kilometrów do jego syberyjskiego imiennika – miejsca, które wołało mnie z ekranu i z głębi serca.
Dokładnie rok mija od chwili, gdy stanąłem pod białostockim ratuszem gotowy ruszyć ku marzeniu, które kiełkowało we mnie od dawna. W tłumie znajomych i rodziny, po kilku wywiadach dla lokalnych i ogólnopolskich mediów, spojrzałem na wschód – ten wielki, dziki Wschód – i nacisnąłem pedały.
Litwa, Łotwa, Białoruś, a potem bezkresne połacie Rosji. Drogi dziurawe jak ser szwajcarski, upały, kurz, komary. Ale nie o kilometry chodziło. Wiozłem ze sobą dwa listy – jeden od prezydenta Białegostoku, Tadeusza Truskolaskiego, drugi od dzieci ze szkoły podstawowej nr 5. Miałem je dostarczyć do odległego, syberyjskiego Białegostoku – symboliczny most między dwoma światami.
Dzień po dniu kręciłem od 100 do 140 kilometrów. Ostrzegano mnie: „Rosyjscy kierowcy? Nieprzewidywalni. Często pijani. Uważaj”. I faktycznie – kilka razy ciężarówki mijały mnie z lusterkiem o centymetry. Ale to tylko część prawdy. Częściej się zatrzymywali, podawali wodę, kanapki, raz nawet dostałem atlas drogowy, jakby ktoś chciał powiedzieć: „Jedź dalej, chłopie, ale nie zgub się”.
W miastach wskazywali skróty, pomagali łatać dętki, a flaków było sporo. Pamiętam szczególnie jeden dzień – Ural, ostre słońce, kolejna guma, klasyka. Musiałem rozpakować cały rower: zdjąć sakwy, odwrócić sprzęt do góry nogami. Wtem... zgrzyt starych hamulców. Czerwona łada zatrzymuje się obok. Wysiada potężny, łysy chłopak. Szybki krok, skupiony wzrok, zero uśmiechu. Myślę: „No to się dostałem. Będzie dym”.
Podchodzi. Patrzy na mnie i mówi:
– Jak mogę ci pomóc?
Zbaraniałem. Ale to właśnie w takich momentach zrozumiałem coś ważnego – podróż rowerem to nie tylko przemieszczanie się. Rower ma tę wspaniałą zaletę, że człowiek jest odkryty i widzi otaczający go świat, nie mając żadnych barier. Bez szyb w samochodzie czy pociągu. Jedzie się na tyle wolno, że każdy może nas zatrzymać i spytać o historię naszej podróży, o nas samych, i bardzo często ofiarować swoją pomoc lub gościnę. Samotny podróżny wzbudza większe zaufanie, łatwiej nawiązać pierwszy kontakt, niż jadąc w grupie. To napotkani ludzie sprawiają, że podróż jest tak ekscytująca.
Okazało się, że stereotypy o Rosjanach trzeba zostawić przy granicy. Im dalej od Moskwy, tym serdeczniej. Coraz częściej ktoś zatrzymywał się tylko po to, by życzyć powodzenia. Bo samotny rowerzysta budzi zaufanie. Sam jest otwarty – więc i świat odpowiada otwartością.
Był zwyczajny wrześniowy dzień. Pobudka jak zawsze – piąta rano. Śniadanie, składanie namiotu, pakowanie sprzętu i ruszam. Do Tomska zostało około 200 kilometrów. Jechałem jak przez ostatnie tygodnie: czarnym, dziurawym asfaltem, mijany przez samochody, z pustką w głowie. Nudno. Żadnej przygody. Cisza.
I wtedy, po południu, coś się zmienia.
Kamaz, który dopiero co mnie wyprzedził, nagle hamuje i staje kilkadziesiąt metrów przede mną. Z szoferki wyskakuje chłopak. Młody, długie włosy, zarost sprzed paru tygodni, plecak przewieszony przez ramię, niebieski T-shirt. Podchodzi, uśmiechnięty. Kamaz odjeżdża, zostawiając go na szosie.
Ma na imię Ioann. Wraca autostopem z Kirgistanu, gdzie próbował zdobyć siedmiotysięczny Szczyt Lenina w Pamirze. Nasza rozmowa toczy się powoli, ledwo kilka minut. Ja łamię rosyjski jak świeże suchary, próbując opowiedzieć mu o swojej wyprawie. On szybko łapie, że nie będzie łatwo – więc zaczyna gestykulować, pokazywać, tłumaczyć po swojemu.
W końcu mówi:
– Jakucja. Minus pięćdziesiąt. Na wielosipiedzie.
I żeby nie było wątpliwości, zdejmuje plecak i pokazuje koszulkę z nazwą swojej ekspedycji – „Drogami pamięci”. Chcą upamiętnić ofiary stalinowskich represji. Rowerem przez Jakucję, przez biegun zimna.
Z moją marną cyrylicą i jeszcze gorszym rosyjskim mogłem tylko przytaknąć. Ale zaiskrzyło od razu – porozumienie bez słów. I wtedy on rzuca propozycję:
– Możesz jechać z nami. Startujemy pierwszego lutego z Nieriungri. Koszt: cztery tysiące euro.
Zatkało mnie.
„Cztery tysiące? Kurczę, nawet jeśli wrócę do Polski w połowie października, nie dam rady tak szybko zarobić takiej kasy”. Ale Ioann tylko wzrusza ramionami, uśmiecha się i mówi:
– Znajdziemy sponsorów. A jak nie, to i tak pojedziemy.
I wtedy to do mnie trafia. To jest to. Tak rodzą się przygody – nie w Excelu, nie w planie, tylko w sercu, pod wpływem impulsu. Nie kalkulowałem.
Wymieniliśmy się numerami telefonów. Na pożegnanie dałem mu kawałek chałwy i garść cukierków. On złapał stopa i zniknął w drodze do domu. Ja wsiadłem na rower i ruszyłem dalej – niby ten sam asfalt, ten sam krajobraz, ale coś się zmieniło. W głowie już byłem w Jakucji.
Tylko że… po kilku kilometrach zaczęły mnie dopadać wątpliwości.
„Może to była zbyt pochopna decyzja. Może nie dam rady. Może powinienem powiedzieć, że nie mam pieniędzy…”
Ale przecież nie chodziło o pieniądze.
To był strach.
Z impetem wbijam się w miasto, przekraczając most na rzece Tom moim wysłużonym jednośladem. Za mostem – zaskoczenie. Ekipa lokalnej telewizji już czeka. Kamera świeci w oczy, mikrofon ląduje pod nosem. Dziennikarz zaskakuje uprzejmością i cierpliwością wobec mojego kulawego rosyjskiego. Język się plącze, serce wali, ale zaciskam zęby i wyrzucam z siebie zwięzłą opowieść o podróży. Udało się. Odbijam z miejsca i ruszam dalej w głąb miasta.
Tomsk to intelektualna stolica Syberii, przez niektórych nazywana drugimi Atenami – co piąty mieszkaniec to student. Miasto tętni życiem. Samochody suną nieprzerwanie, klaksony rozbrzmiewają z każdej strony. Ścisk, korki, trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Z każdą przecznicą Tomsk odsłania swoje oblicze – wypielęgnowane, urocze, pełne kontrastów. Przy głównej arterii miasta, ulicy Lenina, ciągną się kolorowe kamieniczki i wiekowe, rzeźbione w drewnie domy, z których miasto słynie. Mijam aż trzy uniwersytety. W tłumie dostrzegam znajomą twarz. Macha energicznie. Zatrzymuję się.
To jest Wasyl Haniewicz. Twarz, którą pamiętam z dokumentu i z okładki książki, która zapaliła we mnie iskrę tej podróży – Tragedia syberyjskiego Białegostoku. Autor opisał losy Polaków, Litwinów i Białorusinów, którzy ponad sto lat temu rzucili wszystko i ruszyli na Syberię szukać lepszego życia. Założyli wieś Białystok.
Ale historia nie była łaskawa. W sierpniu 1937 roku NKWD w bestialski sposób zamordowało ponad 85 mężczyzn z wioski tylko dlatego, że byli Polakami. Ciała zniknęły bez śladu. Dopiero wiele lat później rzeka Ob – jak milczący świadek – odsłoniła tajemnicę, podmywając brzeg i odkrywając groby w pobliżu wsi Kriwoszeino.
Wasyl, dyrektor Muzeum Historii Politycznych Represji „Więzienie Śledcze NKWD”, kieruje mnie ruchem ręki w stronę placu, gdzie mieści się jego miejsce pracy. Przed budynkiem zbiera się grupa młodzieży. Nagle wybuchają chórem:
– Witamy serdecznie w Tomsku!
Po polsku. Głośno. Z entuzjazmem.
Zaskoczony zamieram. Spodziewałem się cichego spotkania przy herbacie, może krótkiej rozmowy. A tu proszę – całe miasto na nogach. Haniewicz najwyraźniej rozkręcił medialny festyn. Wszędzie kamery, błyski fleszy, niekończące się pytania. Często nie rozumiem, o co pytają. Stres rośnie. Na szczęście przy mnie trwa niezawodna Aleksandra Guziejewa – wykładowczyni polskiego z miejscowego uniwersytetu. Tłumaczy wszystko z wyczuciem, czasem nawet zanim dziennikarz skończy zdanie.
Po serii wywiadów Aleksandra wręcza mi bukiet przewiązany biało-czerwoną wstążką. Kwiaty składam pod pomnikiem polskich ofiar stalinowskiego terroru, który góruje tuż przy muzeum. Uroczysty moment. Wzruszenie ściska gardło.
Dopiero po tej całej wrzawie mogę uścisnąć dłoń Wasyla. Oprowadza mnie po muzeum, gdzie historia aż krzyczy z zimnych ścian. Słucham o losach jego rodziny – ofiarach i ocalałych. Potem siadamy do stołu. Na talerzach lokalne przysmaki, w kubkach gorąca herbata. Dzień kończy się późno w nocy, w ruskiej bani. Pot spływa strumieniami. W przerwach między parowaniem uczę się, jak poprawnie chrupać suszoną rybę – klasyczną zakąskę do wódki.
Żegnam się z Wasylem i syberyjskimi przyjaciółmi i wracam na trasę. Przede mną jeszcze 200 kilometrów do Białegostoku. Robi się już chłodniej. Z drzew lecą złote liście. Ludzie kulą się w grubych płaszczach i czapkach.
Na obrzeżach miasta zatrzymuję się przy straganie. Kupuję ciepłą czapę i kawał soczystej słoniny obłożonej czosnkiem i koperkiem – przysmak tutejszych. Wgryzam się, kiedy podchodzi do mnie kobieta. Nieznajoma. Wyciąga kartkę i prosi o autograf – widziała mnie w telewizji. Uśmiecham się, podpisuję skrawek papieru.
Odchodzi, ale za chwilę wraca. Tym razem w ręce trzyma nie kartkę, ale czekoladę. Bez słowa wręcza ją jak najcenniejszy prezent
− To od Tomska − mówi ciepłym głosem.
Zrobiło mi się bardzo miło.
Po przekroczeniu rzeki Ob kieruję się w stronę Kriwoszeino.
Zatrzymuję się przy drodze, rozstawiam biwak w gąszczu wysokiej trawy. Zaczyna się noc, a ta nie daje żadnej taryfy ulgowej – mróz wgryza się w skórę jak igły.
Wkładam na siebie wszystko, co mam – dwie pary spodni, kilka warstw koszulek, grube bluzy, a na głowę aż dwie czapki. Mimo to co jakiś czas budzę się zesztywniały, szczękając zębami. Trzęsę się jak osika, by wykrzesać z ciała choć odrobinę ciepła. Sen przychodzi falami – na kwadrans, może dwa.
Kriwoszeino to nie była tylko kolejna kropka na mapie. To tutaj mieszka Ioann Czeczniew –chłopak, który kilka miesięcy wcześniej zaprosił mnie na zimową ekspedycję do Jakucji. Co więcej, znał Wasyla Haniewicza.
Ioann przypomniał sobie, że sam Wasyl opowiadał mu o moim przyjeździe do Tomska jakieś osiem miesięcy wcześniej i zasugerował, aby ten zaprosił mnie na swoją jakucką ekspedycję. Tropy zaczęły się łączyć. Nasze spotkanie z Ioannem na drodze chyba nie mogło być przypadkiem. Musieliśmy się spotkać. Nie wierzę już w przypadkowe spotkania.
Ioann ma zaledwie 21 lat, a za sobą więcej przygód niż niejedna biografia. Studiował geologię, ale po roku rzucił studia i zaciągnął się do wojska. Chciał twardej szkoły życia, nie akademickiej teorii. Po powrocie nie usiadł jednak w miejscu – zaczął planować coś większego. Ekspedycję. Rowerem. Zimą. Przez Jakucję – najzimniejsze rejony Rosji.
Już wcześniej z przyjacielem przepłynął Ob – ponad 1500 kilometrów kajakiem przez syberyjską pustkę. Trasa wiodła przez miejsca, gdzie Stalin zsyłał ludzi na śmierć – surowe brzegi tej rzeki pamiętają krzyki, cierpienie i ciszę po egzekucjach. To nie była tylko przygoda – to była droga przez pamięć. Tak też Ioann nazwał swoją nową wyprawę: „Drogami pamięci”.
Wybrał zimę nie bez powodu. Zimniki, lodowe drogi, to jedno. Ale głębiej chodziło o coś więcej – o próbę zbliżenia się do piekła, jakie przeżywali zesłańcy. Zimno tak przenikliwe, że ciało buntuje się przy każdym ruchu. Mróz, który zamienia oddech w lód. Trudy, które miały być symbolicznym złożeniem hołdu.
Ioann opowiada, że zabierze ze sobą ikonę Nowomęczenników Rosyjskich – duchownych zesłanych i zamęczonych za wiarę. Napisanie ikony zlecił jego ojciec, prawosławny duchowny. W każdej cerkwi, do której zawitamy, ma zabrzmieć modlitwa za ofiary represji. Głos pamięci wśród syberyjskiej ciszy.
