Romeo i Julia - William Shakespeare - ebook
Opis

Romeo i Julia to dramat angielskiego pisarza Williama Szekspira napisany we wczesnym stadium jego kariery. Przedstawia historię tragicznej miłości dwojga młodych ludzi, którzy stali się wzorcami romantycznych kochanków. Historia toczy się w Weronie i Mantui.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 108

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2018

ISBN: 978-83-65922-31-1
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Osoby

Eskalus, książę panujący w Weronie. Parys, młody Weroneńczyk, szlachetnego rodu, krewny księcia. Monteki.Kapulet.Starzec, stryjeczny brat Kapuleta. Romeo, syn Montekiego. Merkucio, krewny księcia, Benwolio, synowiec Montekiego, Tybalt, krewny pani Kapulet. Laurenty, Ojciec Franciszkanin. Jan, brat z tegoż zgromadzenia. Baltazar, służący Romea. Samson, sługa Kapuleta. Grzegorz, sługa Kapuleta. Abraham, służący Montekiego. Aptekarz.Trzech muzykantów.Paź Parysa.Piotr.Dowódca warty.Pani Monteki, małżonka Montekiego. Pani Kapulet, małżonka Kapuleta. Julia, córka Kapuletów. Marta, mamka Julii. Obywatele weroneńscy, różne osoby płci obojej, liczące się do przyjaciół obu domów, maski, straż wojskowa i inne osoby.

Rzecz odbywa się przez większą część sztuki w Weronie, przez część piątego aktu w Mantui.

Prolog

PROLOG.(PRZEŁOŻYŁ JAN KASPROWICZ).

Dwa rody, jasne jednako i sławne, Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie, Do nowej zbrodni pchają złości dawne, Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie.

Z łez tych dwu wrogów wzięło bowiem życie, Pod najstraszliwszą z gwiazd, kochanków dwoje; Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie, Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.

Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny, I jak się ojców nienawiść nie zmienia, Aż ją zakończy dzieci zgon przedwczesny,

Dwugodzinnego treścią przedstawienia, Które otoczcie cierpliwymi względy, Jest w nim co złego, my usuniem błędy...

Akt I

Scena 1

Plac publiczny.

(Wchodzą: Samson i Grzegorz, uzbrojeni w tarcze i miecze).

Samson. Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.

Grzegorz. Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.

Samson. Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.

Grzegorz. Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.

Samson. Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.

Grzegorz. Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.

Samson. Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.

Grzegorz. Rozruchać się, tyle znaczy, co ruszyć się z miejsca; być walecznym, jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie — drapnięcie.

Samson. Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i dla każdej kobiety z tego domu.

Grzegorz. To właśnie pokazuje twoją słabą stronę: mur dla nikogo nie straszny, i tylko słabi go się trzymają.

Samson. Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.

Grzegorz. Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.

Samson. Mniejsza mi o to: będę nieubłaganym. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobiety: rzeź między niemi sprawię.

Grzegorz. Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?

Samson. Nieinaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.

Grzegorz. Tem lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem. Weźno się za instrument, bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.

(Wchodzą: Abraham i Baltazar).

Samson. Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.

Grzegorz. Gwoli drapaniu?

Samson. Nie bój się.

Grzegorz. Jabym się miał bać z twojej przyczyny?

Samson. Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.

Grzegorz. Marsa im nastawię, przechodząc: niech go sobie, jak chcą, tłómaczą.

Samson. Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię: hańba im, jeśli to ścierpią.

Abraham. Skrzywiłeś się na nas, mości panie?

Samson. Nieinaczej, skrzywiłem się.

Abraham. Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?

Samson(do Grzegorza). Będziemyż mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?

Grzegorz. Nie.

Samson(do Abrahama). Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tylko skrzywiłem się tak sobie.

Grzegorz(do Abrahama). Zaczepki waść szukasz?

Abraham. Zaczepki? nie.

Samson. Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry jak i wasz.

Abraham. Nie lepszy.

Samson. Niech i tak będzie.

(Benwolio ukazuje się w głębi).

Grzegorz(na stronie do Samsona). Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.

Samson. Nieinaczej; powiedz: lepszy.

Abraham. Kłamiesz.

Samson. Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca! Grzegorzu, pamiętaj o swojem pchnięciu. (Biją się).

Benwolio. Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew! Sami nie wiecie, co robicie.

(Rozdziela ich swoim mieczem). (Wchodzi Tybalt).

Tybalt. Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami? Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.

Benwolio. Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.

Tybalt. Z gołym orężem pokój? Nienawidzę Tego wyrazu, tak jak nienawidzę Szatana, wszystkich Montekich i ciebie. Broń się, nikczemny tchórzu!

(Walczą). (Nadchodzi kilku przyjaciół obu partyi i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami).

Pierwszy obywatel. Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich! Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!

(Wchodzą: Kapulet i pani Kapulet).

Kapulet. Co to za hałas? Podajcie mi długi Mój miecz! hej!

Pani Kapulet. Raczej kulę; co ci z miecza?

Kapulet. Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi I szydnie swoją klingą mi urąga.

(Wchodzą: Monteki i pani Monteki).

Monteki. Ha! nędzny Kapulecie! (Do żony). Puść mię, pani!

Pani Monteki. Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.

(Wchodzi Książę z orszakiem).

Książę. Zapamiętali, niesforni poddani, Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to, Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta, Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie W własnych żył swoich źródle purpurowem: Pod karą tortur, wypuśćcie natychmiast Z zawziętych dłoni tę broń buntowniczą I posłuchajcie tego, co niniejszem Wasz rozjątrzony książę postanawia. Domowe starcia, z marnych słów zrodzone Przez was, Monteki oraz Kapulecie, Trzykroć już spokój miasta zakłóciły, Tak, że poważni wiekiem i zasługą

Obywatele werońscy musieli Porzucić swoje wygodne przybory, I w stare dłonie stare ująć miecze, By zardzewiałem ostrzem zardzewiałe Niechęci wasze przecinać. Jeżeli Wzniecicie jeszcze kiedyś waśń podobną, Zamęt pokoju opłacicie życiem. A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie. Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem; Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie Dalsza ma wola oznajmioną będzie. Jeszcze raz, wzywam wszystkich tu obecnych Pod karą śmierci, aby się rozeszli.

(Książę z orszakiem wychodzi; podobnież Kapulet, pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy).

Monteki. Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze, Byłżeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?

Benwolio. Nieprzyjaciela naszego pachołcy I wasi już się bili, kiedym nadszedł; Dobyłem broni, aby ich rozdzielić: Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem, I harde zionąc mi w uszy wyzwanie, Jął się wywijać nim i siec powietrze, Które świszczało tylko, szydząc z marnych Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się Większy tłum ludzi, z obu stron walczono, Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.

Pani Monteki. Lecz gdzież Romeo? Widziałżeś go dzisiaj? Jakże się cieszę, że nie był w tem starciu.

Benwolio. Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce W złotych się oknach wschodu ukazało, Troski wygnały mię zdala od domu W sykomorowy ów gaj, co się ciągnie Ku południowi od naszego miasta. Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał. Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu; Lecz on, spostrzegłszy mię, skręcił natychmiast, I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie. Pociąg ten jego do odosobnienia Mierząc mym własnym, (serce nasze bowiem Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni)

Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach I w inną stronę się udałem, chętnie Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.

Monteki. Nieraz o świcie już go tam widziano Łzami poranną mnożącego rosę, A chmury swego oblicza chmurami. Aliści, ledwo na najdalszym wschodzie Wesołe słońce z przed łoża Aurory Zaczęło ściągać cienistą kotarę, On, uciekając od widoku światła, Co tchu zamykał się w swoim pokoju, Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał. W czarne bezdroże dusza jego zajdzie, Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.

Benwolio. Szanowny stryju, znaszże powód tego?

Monteki. Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.

Benwolio. Wybadywałżeś go jakim sposobem?

Monteki. Wybadywałem i sam, i przez drugich: Lecz on jedyny powiernik swych smutków, Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie, Od otwartości wszelkiej tak daleki, Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie, Nim światu wonny swój kielich roztoczył I pełność swoją rozwinął przed słońcem. Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka, Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.

(Romeo ukazuje się w głębi).

Benwolio. Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę: Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.

Monteki. Obyś w tej sprawie, co nam serce rani, Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.

(Wychodzą: Monteki i pani Monteki).

Benwolio. Dzień dobry, bracie.

Romeo. Jeszczeż nie południe?

Benwolio. Dziewiąta biła dopiero.

Romeo. Jak nudnieWloką się chwile! Moiż-to rodziceTak śpiesznie w tamtą zboczyli ulicę?

Benwolio. Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?

Romeo. Nieposiadanie tego, co je skraca.

Benwolio. Miłość więc?

Romeo. Brak jej.

Benwolio. Jakto? brak miłości?

Romeo. Brak jej tam, skądbym pragnął wzajemności.

Benwolio. Niestety! Czemuż, zdając się niebianką, Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?

Romeo. Niestety! Czemuż z zasłoną na skroni, Miłość na oślep zawsze cel swój goni! Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko. W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość. O! wy sprzeczności niepojęte dziwa: Szorstka miłości! nienawiści tkliwa! Coś narodzone z niczego! Pieszczoto Odpychająca! Poważna pustoto! Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu! Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu! Śnie bez snu! Taką-to w sobie zawiłość, Taką niełączność łączy moja miłość. Czy się nie śmiejesz?

Benwolio. Nie, płakałbym raczej.

Romeo. Nad czem, poczciwa duszo?

Benwolio. Nad uciskiemPoczciwej duszy twojej.

Romeo. A więc strzała Miłości nawet przez odbitkę działa? Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego Brzemię powiększasz przewyżką twojego;Współczucie twoje nad moim cierpieniem Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem Dla mego serca. Miłość, przyjacielu, To dym, co z parą westchnień się unosi; To żar, co w oku szczęśliwego płonie; Morze łez, w którem nieszczęśliwy tonie. Czemże jest więcej? Istnym amalgamem: Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem. Bądź zdrów. (Chce odejść).

Benwolio. Zaczekaj! krzywdębyś mi sprawił, Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.

Romeo. Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą; To nie Romeo, co rozmawia z tobą.

Benwolio. Kogoż to kochasz? mów.

Romeo. Przestań mię dręczyć Mamże wraz jęczeć i mówić?

Benwolio. Nie jęczéć,

Tylko mi klucz dać do tego problemu. Kogoż to kochasz? powiedz!

Romeo. Każ choremuPisać testament: będzież to wezwanie Dobre dla tego, co jest w tak złym stanie? A więc kobietę kocham.

Benwolio. Celniem mierzył, Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.

Romeo. Biegle celujesz. I ta, którą kocham, Jest piękną.

Benwolio. W piękny cel trafić najłatwiej.

Romeo. A właśnieś chybił. Niczem tu kołczany Kupida; ona ma naturę Dyany: Pod twardą zbroją wstydliwości swojéj Grotów miłości wcale się nie boi; Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych; Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych; Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna. Bogata w wdzięki, w tem jedynie biedna, Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi Całe bogactwo, którego tak skąpi.

Benwolio. Wiecznież chce sama zostać z swem bogactwem?

Romeo. Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem, Bo piękność, którą własna srogość strawia, Całą potomność piękności pozbawia. Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem; Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem. Przysięgła nigdy nie kochać, i dzięki Temu, skazany-m wiecznie cierpieć męki.

Benwolio. Jest na to rada: przestań myśleć o niej.

Romeo. Doradźże także, jakimbym sposobem Mógł przestać myśleć.

Benwolio. Dając oczom wolność Rozpatrywania się w innych pięknościach.

Romeo. To byłby tylko sposób przywołania Jej cudnych wdzięków tem żywiej na pamięć. Maska, kryjąca lica pięknej damy, Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał, Zapomniż kiedy, jaki skarb posiadał? Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy, Będzież on dla mnie w istocie czem więcéj, Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,

Przed którą ta-by uklęknąć powinna. Bądź zdrów: niewczesną podajesz mi radę.

Benwolio. Najpraktyczniejszą, życie w zastaw kładę.

(Wychodzą).

Scena 2

Ulica.

(Wchodzą: Kapulet i Parys, za nimi służący).

Kapulet. Podobną, jak mnie, karą zagrożono I Montekiemu; ależ w wieku naszym Spokojnie siedzieć, rzecz nie trudna.

Parys. Oba Szanownych szczepów jesteście odrośle; Tem-ci żałośniej, że od tyla czasu, Żyjecie w takiem rozdwojeniu z sobą. Co mówisz, panie, na moje zabiegi?

Kapulet. To samo, co już dawniej powiedziałem: Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy, Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę; Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba, Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.

Parys. Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.

Kapulet. Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki. Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje, Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie, Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką. Staraj się jednak, skarb sobie jej serce, Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce; Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie Jej pozwolenia echem tylko będzie. Daję dziś wieczór, na który niemało Gości sprosiłem; gdyby ci się dało Być jednym więcej, w nader miły sposób Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób. W biednym mym domu, jednocześnie z nocą, Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą, Że od ich blasku blask niebieskich zblednie. Uciechy, młodym ludziom odpowiednie, Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia, Gdy w starym progu zimy się pojawia;

Takie uciechy, w całej swojej mocy, Wśród hożych dziewic staną się tej nocy Udziałem twoim w domu Kapuletów. Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietów Kwiat najpiękniejszy. I mój tam kwiat luby Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby. Idźmy. (Do sługi). A wasze obejdź w krąg Weronę, Wynajdź osoby tu wyszczególnione

(Oddaje mu papier).

I powiedz każdej, że mój dom otworem