Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Hamlet - William Shakespeare

Prawdopodobnie najważniejszy europejski dramat “Hamlet” Williama Szekspira jest dostępny w Legimi za darmo w formie ebooka, zarówno w formacie epub jak i mobi.

 

Szekspir umieścił akcję “Hamleta” w XI wiecznej Danii. W swoim dramacie opowiada historię młodego królewicza, tytułowego Hamleta, który staje przed arcytrudnym wyborem. Dowiaduje się o planie swojego stryja, Klaudiusza, który zabił jego ojca, aby przejąć władzę. W wyniku spisku na królewskim dworze zostaje uznany za obłąkanego. W imię wyższych racji musi wyrzec się swojej miłości do Ofelii. Hamlet chce pomścić śmierć ojca, jednak przeżywa etyczne rozterki. Tragedia wisi na włosku, a coraz więcej osób zostaje wplątanych w zagmatwaną intrygę.

 

Hamlet” to niewątpliwie dramat o zemście. Jest ona głównym tematem, który porządkuje i napędza zachowania większości bohaterów. Poza Hamletem, zemsty poszukuje także Laertes i Fortynbras. Każdemu z bohaterów przyświecają jednak inne wartości oraz inne przemyślenia. Hamlet stoi przed największym dylematem swojego życia. Musi na szali postawić swój los. Laertes kieruje się furią i chęcią natychmiastowego pomszczenia ojca i siostry. Natomiast wielką pokorą wobec losu odznacza się Fortynbras.

 

Jest to także dramat o istocie władzy. Klaudiusz nie cofnie się przed niczym, aby sięgnąć po koronę. Jest w stanie zabić brata, pojąć za żonę wdowę po nim a także spiskować przeciwko Hamletowi. Nie skieruje się żadnymi wyższymi ideami poza samym posiadaniem władzy.

 

Hamlet” jest jednym z najważniejszych europejskich utworów literackich. Czytany od kilku stuleci stanowi lustro, w którym każdy może się przejrzeć.

Opinie o ebooku Hamlet - William Shakespeare

Fragment ebooka Hamlet - William Shakespeare

Wil­liam Sha­ke­spe­are

Ham­let

Kró­le­wicz duń­ski

Ham­let

Kró­le­wicz duń­ski

OSO­BY:
KLAU­DIUSZ – król duń­skiHAM­LET – syn po­przed­nie­go, a sy­no­wiec te­raź­niej­sze­go kró­laPO­LO­NIUSZ – szam­be­lanHO­RA­CY – przy­ja­ciel Ham­le­taLA­ER­TES – syn Po­lo­niu­szaWOL­TY­MAND, KOR­NE­LIUSZ, RO­ZEN­KRANC, GIL­DEN­STERN, OZRYK – dwo­rza­nieKSIĄDZMAR­CEL­LUS, BER­NAR­DO – ofi­ce­ro­wieFRAN­CI­SKO – żoł­nierzRAJ­NOLD – słu­ga Po­lo­niu­szaROT­MISTRZPO­SEŁDUCH oj­ca Ham­le­taFOR­TYN­BRAS – ksią­żę nor­we­skiGER­TRU­DA – kró­lo­wa duń­ska, mat­ka Ham­le­taOFE­LIA – cór­ka Po­lo­niu­szaPa­no­wie, da­my, ofi­ce­ro­wie, żoł­nie­rze, ak­to­ro­wie, gra­ba­rze, majt­ko­wie, po­sło­wie i in­ne oso­by.
Rzecz się od­by­wa w El­zy­no­rze[1].

AKT PIERW­SZY

SCE­NA PIERW­SZA

Ta­ras przed zam­kiem.
Fran­ci­sko na war­cie. Ber­nar­do zbli­ża się ku nie­mu.

BER­NAR­DO

Kto tu?  

FRAN­CI­SKO

Nie, pier­wej ty sam mi od­po­wiedz;  
Stój, wy­mień ha­sło!  

BER­NAR­DO

„Niech Bóg chro­ni kró­la.”  

FRAN­CI­SKO

Ber­nar­do?  

BER­NAR­DO

Ten sam.  

FRAN­CI­SKO

Bar­dzo aku­rat­nie  
Sta­wia­cie się na czas, pa­nie Ber­nar­do.  

BER­NAR­DO

Tyl­ko co bi­ła dwu­na­sta. Idź, spo­cznij,  
Fran­ci­sko.  

FRAN­CI­SKO

Wdzięcz­nym wam za zlu­zo­wa­nie[2],  
Bom zziąbł i głu­pio mi na ser­cu.  

BER­NAR­DO

Miał-żeś  
Spo­koj­ną war­tę?  

FRAN­CI­SKO

Ani mysz nie prze­szła.  

BER­NAR­DO

Do­bra­noc. Je­śli na­po­tkasz Mar­cel­la  
I Ho­ra­ce­go, z któ­ry­mi tej no­cy  
Straż mam od­by­wać, po­wiedz, niech się śpie­szą.  
Ho­ra­cy i Mar­cel­lus wcho­dzą.

FRAN­CI­SKO

Zda mi się, że ich sły­szę. – Stój! kto idzie?  

MAR­CEL­LUS

„Len­ni­cy[3] kró­la.”  

HO­RA­CY

„Przy­ja­cie­le kra­ju.”  

FRAN­CI­SKO

A za­tem do­brej no­cy.  

MAR­CEL­LUS

Bądź zdrów, sta­ry.  
Kto cię zlu­zo­wał?  

FRAN­CI­SKO

Ber­nar­do. Do­bra­noc.  
od­cho­dzi

MAR­CEL­LUS

Ho­la! Ber­nar­do!  

BER­NAR­DO

Ho! czy to Ho­ra­cy  
Z to­bą, Mar­cel­lu?  

HO­RA­CY

Ni­by on.  

BER­NAR­DO

Wi­taj­cie.  

HO­RA­CY

I cóż? Czy owa po­stać i tej no­cy  
Da­ła się wi­dzieć?  

BER­NAR­DO

Ja nic nie wi­dzia­łem.  

MAR­CEL­LUS

Ho­ra­cy mó­wi, że to przy­wi­dze­nie.  
I nie chce wie­rzyć wie­ści o tym strasz­nym,  
Dwa ra­zy przez nas wi­dzia­nym zja­wi­sku;  
Upro­si­łem go prze­to, aby z na­mi  
Prze­pę­dził część tej no­cy dla spraw­dze­nia  
Świa­dec­twa na­szych oczu i zba­da­nia  
Te­go wi­dzia­dła, je­że­li znów przyj­dzie.  

HO­RA­CY

Nic z te­go; rę­czę, że nie przyj­dzie.  

BER­NAR­DO

Usiądź  
I ścierp, że jesz­cze raz za­sztur­mu­je­my[4]
Do twe­go ucha, któ­re tak jest moc­no  
Ob­wa­ro­wa­ne prze­ciw opi­so­wi  
Te­go, cze­go­śmy przez dwie no­ce[5] by­li  
Świad­ka­mi.  

HO­RA­CY

Do­brze, usiądź­my; Ber­nar­do!  
Opo­wiedz, jak to by­ło.  

BER­NAR­DO

Prze­szłej no­cy,  
Gdy owa ja­sna gwiaz­da na za­cho­dzie  
Tę sa­mą stro­nę nie­ba oświe­ca­ła,  
Gdzie te­raz błysz­czy, i zam­ko­wy ze­gar  
Bił pierw­szą, Mar­cel i ja uj­rze­li­śmy…  

MAR­CEL­LUS

Prze­stań; spoj­rzyj­cie tam: nad­cho­dzi zno­wu.  
Duch się uka­zu­je.

BER­NAR­DO

Zu­peł­nie po­stać nie­bosz­czy­ka kró­la[6].  

MAR­CEL­LUS

Ho­ra­cy, prze­mów doń, uczo­ny je­steś.  

BER­NAR­DO

Mo­że-ż być więk­sze po­do­bień­stwo? po­wiedz.  

HO­RA­CY

Praw­da; słu­pie­ję[7] z trwo­gi i zdu­mie­nia.  

BER­NAR­DO

Zda­wa­ło­by się, że chce, aby któ­ry  
Z nas doń prze­mó­wił.  

MAR­CEL­LUS

Prze­mów doń, Ho­ra­cy.  

HO­RA­CY

Ktoś ty, co noc­nej po­ry nad­uży­wasz  
I śmiesz przy­własz­czać so­bie tę wspa­nia­łą  
Wo­jen­ną po­stać, któ­rą po­grze­bio­ny[8]
Duń­ski mo­nar­cha za ży­cia przy­bie­rał?  
Za­kli­nam cię na Bo­ga: od­po­wia­daj.  

MAR­CEL­LUS

To mu się nie po­do­ba.  

BER­NAR­DO

Patrz, od­cho­dzi.  

HO­RA­CY

Stój! mów; za­kli­nam cię: mów.  
Duch zni­ka.

MAR­CEL­LUS

Już go nie ma.  

BER­NAR­DO

I cóż, Ho­ra­cy? Po­bla­dłeś, drżysz ca­ły.  
Po­wiesz-że jesz­cze, że to uro­je­nie?  
Co my­ślisz o tym?  

HO­RA­CY

Bóg świad­kiem, że ni­g­dy  
Nie był­bym te­mu wie­rzył, gdy­by nie to  
Tak jaw­ne, do­ty­kal­ne prze­świad­cze­nie  
Wła­snych mych oczu.  

MAR­CEL­LUS

Nie jest-że to wid­mo  
Po­dob­ne, po­wiedz, do zmar­łe­go kró­la?  

HO­RA­CY

Jak ty do sie­bie. Ta­ką wła­śnie zbro­ję  
Miał wte­dy, kie­dy Nor­weż­czy­ka po­bił:  
Tak sa­mo, po­mnę, marsz­czył czo­ło wte­dy,  
Kie­dy po bi­twie za­cię­tej na lo­dach  
Roz­bił ta­bo­ry Po­la­ków.[9] Rzecz dziw­na!  

MAR­CEL­LUS

Tak to dwa ra­zy punkt o tej-że sa­mej  
Go­dzi­nie prze­szło mar­so­wy­mi kro­ki  
To wid­mo mi­mo na­szych po­ste­run­ków.  

HO­RA­CY

Co by to w grun­cie mo­gło zna­czyć, nie wiem;  
Ato­li we­dle ka­li­bru i ska­li  
Mo­je­go są­du, jest to pro­gno­sty­kiem[10]
Ja­kichś szcze­gól­nych wstrzą­śnień w na­szym kra­ju.  

MAR­CEL­LUS

Siądź­cie i niech mi po­wie, kto świa­do­my,  
Na co te cią­głe i tak ści­słe war­ty  
Pod­da­nych w kra­ju noc w noc nie­po­ko­ją?  
Na co to la­nie dział i sku­py­wa­nie[11]
Po ob­cych tar­gach na­rzę­dzi wo­jen­nych?  
Ten ruch w warsz­ta­tach okrę­to­wych, kę­dy[12]
Trud ro­bot­ni­ka nie zna od­róż­nie­nia  
Mię­dzy nie­dzie­lą a resz­tą ty­go­dnia?  
Co po­wo­du­je ten gwał­tow­ny po­śpiech,  
Da­ją­cy dnio­wi noc za to­wa­rzysz­kę?  
Ob­ja­śni-ż[13] mi to kto?  

HO­RA­CY

Ja ci ob­ja­śnię.  
Przy­naj­mniej wie­ści cho­dzą w ta­ki spo­sób:  
Ostat­ni duń­ski mo­nar­cha, któ­re­go  
Ob­raz do­pie­ro co nam się uka­zał,  
Był, jak wia­do­mo, zmu­szo­ny do bo­ju  
Przez nor­we­skie­go kró­la, For­tyn­bra­sa[14],  
Za­zdrosz­czą­ce­go mu je­go po­tę­gi.  
Męż­ny nasz Ham­let[15] (ja­ko ta­ki bo­wiem  
Sły­nie w tej stro­nie zna­jo­me­go świa­ta)  
Po­ło­żył tru­pem te­go For­tyn­bra­sa,  
Któ­ry na mo­cy ak­tu, pie­czę­cia­mi  
Za­twier­dzo­ne­go i uświę­co­ne­go  
Wo­jen­nym pra­wem, był obo­wią­za­ny  
Czę­ści swych kra­jów ustą­pić zwy­cięz­cy,  
Tak jak na­wza­jem nasz król, na za­sa­dzie  
Klau­zu­li[16] te­goż sa­me­go ukła­du,  
Był­by był mu­siał od­po­wied­nią por­cję  
Swych dzier­żaw od­dać na wiecz­ne dzie­dzic­two  
For­tyn­bra­so­wi, gdy­by ten był prze­mógł[17].  
Owóż syn te­go, pa­nie, For­tyn­bra­sa,  
Awan­tur­ni­czym po­bu­dzo­ny sza­łem,  
Zgro­ma­dził te­raz ze­bra­ną po róż­nych  
Ką­tach Nor­we­gii, za stra­wę i jur­gielt[18],  
Tłusz­czę[19] bez­dom­nych wa­ga­bun­dów[20] w ce­lu,  
Któ­ry by­naj­mniej nie trą­ci tchó­rzo­stwem,  
A któ­ry, jak to nasz rząd od­ga­du­je,  
Nie na czym in­nym się za­sa­dza, je­no  
Na ode­bra­niu nam si­łą orę­ża  
W dro­dze prze­mo­cy wyż rze­czo­nych[21] kra­in,  
Któ­re utra­cił był je­go po­przed­nik;  
I to, jak mi się zda­je, jest przy­czy­ną  
Owych uzbro­jeń, po­wo­dem czat[22] na­szych  
I źró­dłem te­go wrze­nia w ca­łym kra­ju.  

BER­NAR­DO

I ja tak sa­mo są­dzę; tym ci bar­dziej,  
Że to zja­wi­sko w wo­jen­nym przy­bo­rze[23]
Od­wie­dza na­sze cza­ty i przy­bie­ra  
Na sie­bie po­stać nie­bosz­czy­ka kró­la,  
Któ­ry tych wo­jen był i jest sprę­ży­ną.  

HO­RA­CY

Znak to dla oczu du­cha płod­ny w groź­bę.  
Gdy Rzym na szczy­cie stał swo­jej po­tę­gi,  
Krót­ko przed śmier­cią wiel­kie­go Ju­liu­sza[24]
Otwo­rzy­ły się gro­by i umar­li  
Błą­dzi­li ję­cząc po uli­cach Rzy­mu;  
Wi­dzia­ne by­ły róż­ne dzi­wo­wi­ska:  
Ja­ko to gwiaz­dy z ogo­nem, deszcz krwa­wy,  
Pla­my na słoń­cu i owa wil­got­na  
Gwiaz­da[25], rzą­dzą­ca pań­stwa­mi Nep­tu­na,  
Zmierz­chła, jak gdy­by na sąd osta­tecz­ny.  
I otóż ta­kie sa­me po­przed­ni­ki  
Smut­nych wy­pad­ków, któ­re ja­ko goń­ce  
Bie­gną przed lo­sem al­bo są pro­lo­giem  
Wróżb przyjść ma­ją­cych, nie­ba i pod­zie­mia  
Zsy­ła­ją te­raz i na­sze­mu pań­stwu.  
Duch po­wra­ca.
Pa­trz­cie! znów idzie. Za­stą­pię mu dro­gę,  
Choć­bym miał zdro­wiem przy­pła­cić. Stój, ma­ro!  
Mo­żesz-li wy­dać głos al­bo przy­naj­mniej  
Dźwięk ja­ki­kol­wiek przy­stęp­ny dla ucha:  
To mów!  
Jest-li czyn ja­ki do speł­nie­nia, zdol­ny  
Do­po­móc to­bie, a mnie przy­nieść za­szczyt:  
To mów!  
Masz-li świa­do­mość lo­sów te­go kra­ju,  
Któ­re, wprzód zna­jąc, moż­na by od­wró­cić:  
To mów!  
Al­bo-li mo­że za ży­cia po­grze­błeś[26]
W nie­pra­wy spo­sób zgro­ma­dzo­ne skar­by,  
Za co wy, du­chy, by­wa­cie, jak mó­wią,  
Ska­za­ne nie­raz tu­łać się po śmier­ci.  
Kur pie­je.
Mów! Stój! Mów! – za­bież[27] mu dro­gę, Mar­cel­lu!  

MAR­CEL­LUS

Mam-że nań na­trzeć ha­la­bar­dą[28]?  

HO­RA­CY

Na­trzyj.  
Je­śli nie sta­nie.  

BER­NAR­DO

Tu jest!  

HO­RA­CY

Tu jest!  
Duch zni­ka.

MAR­CEL­LUS

Znik­nął.  
Krzyw­dzim tę po­stać tak ma­je­sta­tycz­ną,  
Chcąc ją prze­mo­cą za­trzy­mać; po­wie­trze  
Tyl­ko chwy­ta­my i czcza na­sza groź­ba  
Zło­śli­wym tyl­ko jest urą­go­wi­skiem[29].  

BER­NAR­DO

Chciał coś po­dob­no mó­wić, gdy kur za­piał.  

HO­RA­CY

Wtem na­gle wzdry­gnął się jak wi­no­waj­ca  
Na głos strasz­ne­go ape­lu. Sły­sza­łem,  
Że kur, ten trę­bacz zwia­stu­ją­cy ra­nek,  
Swo­im do­no­śnym, prze­raź­li­wym gło­sem  
Prze­bu­dza bó­stwo dnia, i na to ha­sło  
Wszel­ki duch, czy to błą­dzą­cy na zie­mi,  
Czy w wo­dzie, w ogniu czy w po­wie­trzu, śpiesz­nie  
Wra­ca, skąd wy­szedł; a że to jest praw­dą,  
Do­wo­dem wła­śnie to, co­śmy wi­dzie­li.  

MAR­CEL­LUS

Za­drżał i roz­wiał się, sko­ro kur za­piał,  
Mó­wią, że ran­ny ten ptak w owej po­rze,  
Kie­dy świę­ci­my na­ro­dze­nie Pa­na,  
Po ca­łych no­cach zwykł śpie­wać i wte­dy  
Ża­den duch nie śmie wyjść z swe­go sie­dli­ska:  
No­ce są zdro­we, gwiaz­dy nie­szko­dli­we,  
Złe śpi, usta­ją cza­ro­dziej­skie wpły­wy,  
Tak świę­ty jest ten czas i do­bro­czyn­ny.  

HO­RA­CY

Sły­sza­łem i ja o tym i po czę­ści  
Sam da­ję te­mu wia­rę. Ale pa­trz­cie,  
Już dzień w ró­ża­nym płasz­czu strzą­sa ro­sę  
Na owym wzgór­ku wschod­nim. Zejdź­my z war­ty.  
Mo­ja zaś ra­da, aby­śmy nie­zwłocz­nie  
O tym, cze­go­śmy tu świad­ka­mi by­li,  
Uwia­do­mi­li mło­de­go Ham­le­ta;  
Bo pra­wie pe­wien je­stem, że to wid­mo,  
Mil­czą­ce dla nas, prze­mó­wi do nie­go.  
Czy się zga­dza­cie na to, co nam zro­bić  
Za­rów­no ser­ce, jak po­win­ność ka­że?  

MAR­CEL­LUS

Jak naj­zu­peł­niej, i wiem na­wet, gdzie go  
Na osob­no­ści zdy­bie­my dziś z ra­na.  
Wy­cho­dzą.

SCE­NA DRU­GA

Sa­la au­dien­cjo­nal­na[30] w zam­ku.
Król, Kró­lo­wa, Ham­let, Po­lo­niusz, La­er­tes, Wol­ty­mand, Kor­ne­liusz, pa­no­wie i or­szak.

KRÓL

Jak­kol­wiek świe­żo tkwi w na­szej pa­mię­ci  
Zgon ko­cha­ne­go, dro­gie­go na­sze­go  
Bra­ta Ham­le­ta, jak­kol­wiek by prze­to  
Ser­cu na­sze­mu go­dzi­ło się w cięż­kim  
Ża­lu po­grą­żyć, a ca­łe­mu pań­stwu  
Za­wrzeć się[31] w je­den fałd ki­ru[32], o ty­le  
Jed­nak roz­wa­ga czy­ni gwałt na­tu­rze,  
Że po­mnąc o nim nie za­po­mi­na­my  
O so­bie sa­mych. Dla­te­go – z za­tru­tą,  
Że tak po­wie­my, od smut­ku ra­do­ścią,  
Z po­go­dą w jed­nym, a łzą w dru­gim oku,  
Z bu­kie­tem w rę­ku, a ję­kiem na ustach,  
Na rów­ni wa­żąc we­se­le i bo­leść –  
Po­łą­czy­li­śmy się mał­żeń­skim wę­złem  
Z tą nie­gdyś sio­strą na­szą, a na­stęp­nie  
Dzie­dzicz­ką te­go wo­jen­ne­go pań­stwa.  
Co wszak­że czy­niąc, nie po­stą­pi­li­śmy  
Wbrew świa­tlej­sze­mu wa­sze­mu uzna­niu,  
Któ­re swo­bod­nie ob­ja­wio­ne da­ło  
Te­mu kro­ko­wi sank­cje[33]. Dzię­ki za to. –  
A te­raz wiedz­cie, że mło­dy For­tyn­bras,  
Czy­li[34] to na­szą lek­ce­wa­żąc war­tość,  
Czy­li to są­dząc, że z śmier­cią dro­gie­go  
Bra­ta na­sze­go w kró­le­stwie tym znaj­dzie  
Nie­ład i bez­rząd, i na tym je­dy­nie  
Bu­du­jąc płon­ną na­dzie­ję ko­rzy­ści,  
Nie za­nie­dbu­je na­glić nas przez po­słów  
O zwrot tych kra­in, któ­re pra­wo­moc­nie,  
Za spra­wą świę­tej pa­mię­ci Ham­le­ta,  
Bra­ta na­sze­go, z rąk je­go ro­dzi­ca  
Prze­szły na wła­sność Da­nii. Ty­le o nim.  
Te­raz-że o nas i o ce­lu, w ja­kim  
Tu się ze­szli­śmy. Wzy­wa­my tym pi­smem  
Stry­ja mło­de­go For­tyn­bra­sa, dzi­siaj  
Kró­la Nor­we­gii, któ­ry, z sił opa­dły,  
Ob­łoż­nie cho­ry, mo­że i nie sły­szał  
O tych za­bie­gach swo­je­go sy­now­ca,  
Aby po­wstrzy­mał go od dal­szych kro­ków  
W tej spra­wie, aby mu wzbro­nił zbie­ra­nia  
Wojsk i za­cią­gów[35] zło­żo­nych wszak z je­go  
Wier­nych pod­da­nych. Wam zaś, Kor­ne­liu­szu  
I Wol­ty­man­dzie, po­ru­cza­my[36] za­nieść  
To pi­smo, łącz­nie z po­zdro­wie­niem na­szym,  
Wład­cy Nor­we­gii, nie upo­waż­nia­jąc  
Was do wcho­dze­nia z nim w nic wię­cej nad to,  
Co treść po­wyż­szych słów na­szych za­kre­śla.  
By­waj­cie nam więc zdro­wi i niech po­śpiech  
Chwa­li gor­li­wość wa­szą.  

KOR­NE­LIUSZ I WOL­TY­MAND

Jak we wszyst­kim,  
Tak i w tym sta­rać się bę­dziem jej do­wieść.  

KRÓL

Nie wąt­pię o tym. By­waj­cież nam zdro­wi.  
Kor­ne­liusz i Wol­ty­mand wy­cho­dzą.
Mia­łeś nas o coś pro­sić, La­er­te­sie;  
Ja­kiż jest przed­miot tej proś­by? Mów śmia­ło.  
Nie tra­ci próż­no słów, kto się uda­je  
Ze słusz­nym żą­da­niem do mo­nar­chy Da­nii.  
Cze­góż byś pra­gnął, cze­go bym nie go­tów  
Speł­nić wprzód jesz­cze, ni­że­liś za­pra­gnął?  
Gło­wa nie bli­żej jest po­krew­na ser­cu,  
Rę­ka nie skor­sza ku przy­słu­dze ustom  
Jak tron nasz oj­cu twe­mu, La­er­te­sie,  
Cze­góż więc żą­dasz?  

LA­ER­TES

Po­zwo­le­nia wa­szej  
Kró­lew­skiej mo­ści na po­wrót do Fran­cji,  
Skąd chęt­nie wpraw­dzie tu przy­by­łem, aby  
Zło­żyć po­win­ny hołd przy ko­ro­na­cji  
Wa­szej kró­lew­skiej mo­ści, ale te­raz,  
Gdym już do­peł­nił te­go obo­wiąz­ku,  
Ży­cze­nia mo­je i my­śli, wy­zna­ję,  
Cią­gną mię zno­wu do Fran­cji; ku cze­mu  
O przy­chy­le­nie się i prze­ba­cze­nie  
Kor­nie śmiem wa­szą kró­lew­ską mość bła­gać.  

KRÓL

Cóż na to oj­ciec wasz­mo­ści? Przy­sta­je-ż[37]
Na to, Po­lo­niu­szu?  

PO­LO­NIUSZ

Usil­ny­mi proś­by  
Pó­ty ko­ła­tał do mo­je­go ser­ca,  
Ażem do ży­czeń je­go mi­mo­chęt­nie[38]
Przy­ło­żył pie­częć ze­zwo­le­nia. Racz mu  
Wa­sza kró­lew­ska mość nie bro­nić je­chać.  

KRÓL

Jedź więc, roz­rzą­dzaj we­dług wo­li cza­sem  
I ła­ską na­szą. Do cie­bie się te­raz  
Zwra­cam, ko­cha­ny sy­now­cze[39] Ham­le­cie,  
Sy­nu mój.  

HAM­LET

na stro­nie
Tro­chę wię­cej niż sy­now­cze,  
A mniej niż sy­nu.  

KRÓL

Ja­kiż te­go po­wód,  
Że czar­ne chmu­ry wciąż cię ota­cza­ją?  

HAM­LET

I ow­szem, pa­nie, je­stem wy­sta­wio­ny  
Bar­dzo na słoń­ce.  

KRÓ­LO­WA

Ko­cha­ny Ham­le­cie,  
Zrzuć tę po­nu­rą bar­wę i przy­jaź­nie  
Wy­po­go­dzo­nym okiem spójrz na Da­nię;  
Prze­stań po­wie­ki usta­wicz­nie spusz­czać  
W zie­mię, o dro­gim oj­cu roz­my­śla­jąc.  
Co ży­je, mu­si umrzeć; dziś tu go­ści,  
A ju­tro w pro­gi prze­cho­dzi wiecz­no­ści;  
To po­spo­li­ta rzecz.  

HAM­LET

W isto­cie, pa­ni,  
Zbyt po­spo­li­ta.  

KRÓ­LO­WA

Gdy wszyst­kim jest wspól­na,  
Cze­muż się to­bie zda­je tak szcze­gól­na?  

HAM­LET

Zda­je się, pa­ni! by­naj­mniej, jest ra­czej;  
U mnie nic żad­ne „zda­je się” nie zna­czy,  
Ni­czym sam przez się ten oczom wi­dzial­ny  
Czar­nej ża­ło­by strój kon­wen­cjo­nal­ny;  
Wietrz­ne z trud­no­ścią wy­da­wa­ne tchnie­nie,  
Ob­fi­cie z oczu cie­ką­ce stru­mie­nie,  
Ża­łość na wi­dok sta­wia­na ob­li­czem,  
Mi­ną, ge­sta­mi – to wszyst­ko jest ni­czem.  
To tyl­ko zda­je się, bo po­ta­jem­nie  
Moż­na być ob­cym te­mu; ale we mnie  
Jest coś, co w ra­mę oznak się nie mie­ści,  
W tę lar­wę ża­lu, li­be­rię[40] bo­le­ści.  

KRÓL

Go­dzien po­chwa­ły, Ham­le­cie, ten smu­tek,  
Któ­rym od­da­jesz cześć pa­mię­ci oj­ca;  
Lecz wiedz, że oj­ciec twój miał tak­że oj­ca  
I że go tak­że utra­cił tak sa­mo  
Jak tam­ten swe­go. Do­bry syn po­wi­nien  
Ja­kiś czas bo­leć po śmier­ci ro­dzi­ca;  
Lecz upo­rczy­wie trwać w uty­ski­wa­niach  
Jest to bez­boż­ny oka­zy­wać upór,  
Sprze­ci­wia­ją­cy się wy­ro­kom nie­bios;  
Jest to nie­mę­skie oka­zy­wać ser­ce,  
Nie­sfor­ny umysł i pło­chą roz­wa­gę.  
Bo sko­ro wie­my, że coś jest zwy­czaj­nym,  
Jak każ­da in­na rzecz naj­pow­sze­dniej­sza,  
Na cóż, sta­wia­jąc opór ko­niecz­no­ści,  
Brać to do ser­ca? Wstydź się, jest to grze­chem  
Prze­ciw na­tu­rze, prze­ciw nie­bu, prze­ciw  
Zmar­łe­mu na­wet; jest to na osta­tek  
Wbrew ro­zu­mo­wi, któ­ry od sko­na­nia  
Pierw­sze­go z lu­dzi aż do śmier­ci te­go,  
Któ­re­go świe­żą opła­ku­jem stra­tę,  
Cią­gle i cią­gle wo­ła: Tak być mu­si!  
Rzuć więc, pro­si­my cię, te płon­ne ża­le  
I po­mnij, że masz w nas dru­gie­go oj­ca,  
Nie­chaj się do­wie świat, żeś ty naj­bliż­szym  
Na­sze­go tro­nu i na­sze­go ser­ca;  
Co się zaś ty­czy two­je­go za­mia­ru  
Wró­ce­nia na­zad do szkół wit­ten­ber­skich[41]
Jest on ży­cze­niom na­szym wręcz prze­ciw­ny;  
Prze­to wzy­wa­my cię, abyś się zgo­dził  
Na po­zo­sta­nie tu pod czu­łą pie­czą  
Na­sze­go oka, ja­ko nasz naj­mil­szy  
Dwo­rza­nin, krew­ny i syn.  

KRÓ­LO­WA

O, Ham­le­cie,  
Nie daj się mat­ce pro­sić nada­rem­nie;  
Po­zo­stań z na­mi, po­rzuć myśl je­cha­nia  
Do Wit­ten­ber­gi.  

HAM­LET

Ze wszyst­kich sił mo­ich  
Bę­dę-ć[42] po­słusz­nym, pa­ni.  

KRÓL

To mi pięk­na,  
Co się na­zy­wa, sy­now­ska od­po­wiedź!  
Pójdź, uko­cha­na żo­no, ta uprzej­ma,  
Nie­przy­mu­szo­na po­wol­ność Ham­le­ta  
Roz­pro­mie­ni­ła mi ser­ce; dla­te­go  
Każ­dy wznie­sio­ny dziś na zam­ku to­ast  
Moź­dzie­rze wzbi­ją w ob­ło­ki i nie­bo,  
Wtó­rząc ra­do­snym kró­lew­skim wi­wa­tom,  
Od­po­wie zie­mi rów­nym grzmo­tem. Idź­my.  
Król, Kró­lo­wa i wszy­scy prócz Ham­le­ta wy­cho­dzą.

HAM­LET

Bog­daj to trwa­łe, zbyt wy­trwa­łe cia­ło  
Stop­nia­ło, w lot­ną pa­rę się roz­wia­ło!  
Lub bog­daj Ten, tam w nie­bie, nie był ka­rą  
Za­gro­ził sa­mo­bój­cy! Bo­że! Bo­że!  
Jak nud­nym, nędz­nym, li­chym i ja­ło­wym  
Zda mi się ca­ły ob­rót te­go świa­ta!  
To nie pie­lo­ny ogród, sa­mym tyl­ko  
Buj­nie krze­wią­cym się chwa­stem po­ro­sły.  
O wsty­dzie! że też mo­gło przyjść do te­go!  
Pa­rę mie­się­cy do­pie­ro, jak umarł!  
Nie, nie, i te­go nie ma – ta­ki do­bry,  
Ta­ki aniel­ski król, na­prze­ciw te­go  
Ist­ny Hy­pe­rion[43] na­prze­ciw sa­ty­ra;  
A tak do mat­ki mo­jej przy­wią­za­ny,  
Że nie mógł ścier­pieć na­wet, aby la­da  
Przy­ostry po­wiew do­tknął się jej twa­rzy.  
Ona zaś – trze­ba-ż, abym to pa­mię­tał! –  
Wie­sza­ła mu się u szyi tak chci­wie,  
Jak­by w niej ro­sła żą­dza piesz­czot w mia­rę  
Za­spo­ka­ja­nia jej. I w mie­siąc po­tem…  
O, precz z tą my­ślą!… Sła­bo­ści, na­zwi­sko  
Two­je: ko­bie­ta. – W je­den mar­ny mie­siąc,  
Nim jesz­cze zdar­ła te trze­wi­ki, w któ­rych  
Szła za bied­ne­go me­go oj­ca cia­łem,  
Za­la­na łza­mi ja­ko Nio­be[44] – pa­trz­cie! –  
Bo­że mój! zwie­rzę, bez­ro­zum­ne zwie­rzę  
Dłu­żej by czu­ło żal – zo­sta­je żo­ną  
Mo­je­go stry­ja, bra­ta me­go oj­ca,  
Lecz któ­ry tak jest do bra­ta po­dob­ny  
Jak ja do Her­ku­le­sa. W je­den mie­siąc,  
Nim jesz­cze sło­ny osad łez nie­szcze­rych  
Z za­czer­wie­nio­nych po­wiek jej ustą­pił,  
Zo­sta­ła żo­ną in­ne­go! Tak pręd­ko,  
Tak lek­ko sko­czyć w ka­zi­rod­ne ło­że!  
Nie jest to do­brym ani wyjść nie mo­że  
Na do­bre. Ale pę­kaj, ser­ce mo­je,  
Bo usta mil­czeć mu­szą.  
Ho­ra­cy, Ber­nar­do i Mar­cel­lus wcho­dzą.

HO­RA­CY

Przyjm po­zdro­wie­nie na­sze, dro­gi ksią­żę.  

HAM­LET

Mi­ło mi wi­dzieć pa­nów w do­brym zdro­wiu.  
Wszak to Ho­ra­cy! al­bo za­po­mnia­łem,  
Jak się sam zo­wię.  

HO­RA­CY

Ten sam i jak za­wsze  
Kró­le­wi­czow­skiej mo­ści bied­ny słu­ga.  

HAM­LET

Do­bry przy­ja­ciel ra­czej; weź to mia­no,  
A mnie daj tam­to. Cóż cię z Wit­ten­ber­gi  
Spro­wa­dza? – Wszak to Mar­cel­lus?  

MAR­CEL­LUS

Tak, pa­nie.  

HAM­LET

Bar­dzom rad wi­dzieć pa­na. Do­bry wie­czór.  
Ale na se­rio, po­wiedz mi, Ho­ra­cy,  
Co cię przy­wio­dło z Wit­ten­ber­gi?  

HO­RA­CY

Skłon­ność  
Do próż­niac­kie­go ży­cia, mo­ści ksią­żę.  

HAM­LET

Te­go by nie śmiał mi po­wie­dzieć na­wet  
Twój nie­przy­ja­ciel i sam też źle czy­nisz,  
Chcąc ucho mo­je przy­mu­sić do wia­ry  
W wła­sne ze­zna­nie two­je prze­ciw to­bie.  
Wiem, żeś nie próż­niak; ja­kiż więc być mo­że  
Cel prze­by­wa­nia twe­go w El­zy­no­rze?  
Na­uczysz się tu pić tę­go.  

HO­RA­CY

Przy­by­łem  
Na po­grzeb oj­ca twe­go, mo­ści ksią­żę.  

HAM­LET

Nie żar­tuj ze mnie, szkol­ny to­wa­rzy­szu;  
Przy­by­łeś ra­czej na ślub mat­ki mo­jej.  

HO­RA­CY

W isto­cie, pręd­ko na­stą­pił po tam­tym.  

HAM­LET

Oszczęd­ność, bra­cie, oszczęd­ność! Przy­grza­ne  
Reszt­ki przy­sma­ków z po­grze­bo­wej sty­py  
Da­ły trak­ta­ment[45] na ucztę we­sel­ną.  
O mój Ho­ra­cy, wo­lał­bym był uj­rzeć  
Naj­zaw­zięt­sze­go me­go wro­ga w nie­bie  
Niż do­żyć te­go dnia. Mój bied­ny oj­ciec!…  
Zda mi się, że go wi­dzę.  

HO­RA­CY

Gdzie?!  

HAM­LET

Przed du­szy  
Mo­jej oczy­ma.[46]

HO­RA­CY

Wi­dzia­łem go nie­gdyś;  
Był to król, ja­kich ma­ło.  

HAM­LET

Czło­wiek, po­wiedz;  
Cho­ciaż­by wszyst­ko w tym fał­szy­wym świe­cie  
By­ło tym, czym się na po­zór wy­da­je,  
Jesz­cze by dru­gi ta­ki się nie zna­lazł.  

HO­RA­CY

Zda mi się, że go wi­dzia­łem tej no­cy.  

HAM­LET

Wi­dzia­łeś? ko­go?  

HO­RA­CY

Kró­la, oj­ca wa­szej  
Ksią­żę­cej mo­ści.  

HAM­LET

Kró­la? me­go oj­ca?!  

HO­RA­CY

Za­wieś na chwi­lę zdu­mie­nie, o pa­nie,  
I bacz­nym uchem racz wy­słu­chać te­go  
Nad­zwy­czaj­ne­go do­nie­sie­nia, któ­re,  
Zgod­nie z świa­dec­twem tych dwóch za­cnych lu­dzi,  
Mam ci uczy­nić.  

HAM­LET

Mów, na mi­łość bo­ską!  

HO­RA­CY

Przez dwie już no­ce po so­bie idą­ce,  
Wśród głu­chej ci­szy pół­noc­nej, ciż sa­mi  
Ofi­ce­ro­wie, Mar­cel i Ber­nar­do,  
Straż od­by­wa­jąc przy zam­ku, mie­wa­ją  
Na­stę­pu­ją­ce wi­dze­nie:  
Po­stać po­dob­na do świę­tej pa­mię­ci  
Oj­ca two­je­go, pa­nie, uzbro­jo­na  
Jak naj­kom­plet­niej od stóp aż do gło­wy,  
Sta­je przed ni­mi, uro­czy­stym kro­kiem  
Prze­cho­dzi mi­mo, z wol­na i po­waż­nie;  
Trzy­kroć prze­cią­ga przed ich zdu­mia­ły­mi  
I stru­chla­ły­mi oczy­ma tak bli­sko,  
Że ich nie­le­d­wie bu­ła­wą do­ty­ka;  
Oni zaś sto­ją jak wry­ci i, jak­by  
Zga­la­re­ce­ni prze­ra­że­niem, nie śmią  
Prze­mó­wić do niej ani sło­wa. Ma­jąc  
Wieść o tym so­bie przez nich udzie­lo­ną  
Jak naj­ta­jem­niej, uda­łem się z ni­mi  
Na­stęp­nej no­cy sa­mo­trzeć[47] na war­tę;  
I rze­czy­wi­ście o tym sa­mym cza­sie,  
W ta­ki sam spo­sób, co do jo­ty zgod­nie  
Z przy­wie­dzio­ny­mi szcze­gó­ła­mi, przy­szło  
Wi­dzia­dło. Zna­łem oj­ca twe­go, pa­nie:  
Te rę­ce mniej są do sie­bie po­dob­ne.  

HAM­LET

Gdzie się to dzia­ło?  

HO­RA­CY

Na ta­ra­sie, pa­nie.  

HAM­LET

Nie prze­mó­wił-żeś do te­go zja­wi­ska?  

HO­RA­CY

I ow­szem, ale żad­nej od­po­wie­dzi  
Nie otrzy­ma­łem. Raz tyl­ko pod­nio­sło  
Gło­wę i zda­ło się chcieć coś po­wie­dzieć;  
Ale w tej chwi­li za­piał kur po­ran­ny,  
Na głos któ­re­go ze­rwa­ło się na­gle  
I zni­kło nam sprzed oczu.  

HAM­LET

Oso­bli­we!  

HO­RA­CY

Jak żyw tu sto­ję, mo­ści ksią­żę, jest to  
Rze­tel­na praw­da i mie­li­śmy so­bie  
Za obo­wią­zek do­nieść o tym wa­szej  
Ksią­żę­cej mo­ści.  

HAM­LET

Za­praw­dę, to wid­mo  
Nie­spo­koj­no­ści mię na­ba­wia. Ma­cie-ż  
Tej no­cy war­tę?  

WSZY­SCY TRZEJ

Ma­my, mo­ści ksią­żę.  

HAM­LET

By­ło więc uzbro­jo­ne?  

WSZY­SCY TRZEJ

Tak jest, pa­nie.  

HAM­LET

Od stóp do gło­wy?  

WSZY­SCY TRZEJ

Od czasz­ki do ko­stek.  

HAM­LET

Nie wi­dzie­li­ście więc je­go ob­li­cza?  

HO­RA­CY

I ow­szem: mia­ło przy­łbi­cę wznie­sio­ną.  

HAM­LET

Groź­nie-ż na twa­rzy wy­glą­da­ło?  

HO­RA­CY

Smut­no  
Bar­dziej niż gniew­nie.  

HAM­LET

Bla­do czy ru­mia­no?  

HO­RA­CY

O, bar­dzo bla­do.  

HAM­LET

I wzrok w was wle­pia­ło?  

HO­RA­CY

Nie­po­ru­sze­nie.  

HAM­LET

Szko­da, żem tam nie był.  

HO­RA­CY

Był­byś był, pa­nie, osłu­piał.  

HAM­LET

Być mo­że,  
Być mo­że. Dłu­go-ż ba­wi­ło?  

HO­RA­CY

Tak dłu­go,  
Jak dłu­go by ktoś przy śred­nim po­śpie­chu  
Sto mu­siał li­czyć.  

MAR­CEL­LUS I BER­NAR­DO

O, dłu­żej.  

HO­RA­CY

Nie wte­dy,  
Kie­dy ja by­łem.  

HAM­LET

Si­wą-ż mia­ło bro­dę?  

HO­RA­CY

Zu­peł­nie ta­ką, ja­ką u zmar­łe­go  
Kró­la wi­dzia­łem: czar­ną, po­sre­brzo­ną.  

HAM­LET

Bę­dę dziś z wa­mi na war­cie: być mo­że,  
Iż przyj­dzie zno­wu.  

HO­RA­CY

Przyj­dzie nie­za­wod­nie.  

HAM­LET

Sko­ro przy­bie­ra po­stać me­go oj­ca,  
Mu­szę z nim mó­wić, choć­by ca­łe pie­kło,  
Roz­warł­szy pasz­czę, mil­czeć mi ka­za­ło.  
Co do was, moi pa­no­wie, je­śli­ście  
Tę oko­licz­ność do­tąd za­ta­ili,  
Trzy­maj­cież ją i na­dal pod za­mknię­ciem,  
I co bądź zda­rzy się tej no­cy, bierz­cie  
Wszyst­ko na ro­zum, ale nie na ję­zyk;  
Na­gro­dzę wam tę do­broć. Bądź­cie zdro­wi.  
Po­mię­dzy je­de­na­stą a dwu­na­stą  
Zej­dziem się na ta­ra­sie.  

WSZY­SCY TRZEJ

Słu­dzy wa­szej  
Ksią­żę­cej mo­ści.  

HAM­LET

Bądź­cie przy­ja­ciół­mi,  
Tak jak ja je­stem wa­szym. Do wi­dze­nia.  
Ho­ra­cy, Mar­cel­lus, Ber­nar­do wy­cho­dzą.
Duch me­go oj­ca! uzbro­jo­ny! Coś tu  
Złe­go się świę­ci, coś tu krzy­wo idzie,  
Oby już by­ła noc! tym­cza­sem jed­nak  
Milcz, ser­ce mo­je! Zbrod­nie i spod zie­mi  
Wy­cho­dzą, aby stać się wi­do­me­mi.  
wy­cho­dzi

SCE­NA TRZE­CIA

Po­kój w do­mu Po­lo­niu­sza.
La­er­tes i Ofe­lia.

LA­ER­TES

Już rze­czy mo­je znie­sio­ne na po­kład;  
Bądź zdro­wa, sio­stro; a gdy wiatr przy­jaź­nie  
Za­dmie od brze­gu i któ­ry z okrę­tów  
Zdej­mie ko­twi­cę, nie za­sy­piaj wte­dy,  
Lecz do­noś mi o so­bie.  

OFE­LIA

Wąt­pisz o tym?  

LA­ER­TES

Co się zaś ty­czy Ham­le­ta i pu­stych  
Je­go za­lo­tów, uwa­żaj je ja­ko  
Ma­mią­cy po­zór, ka­prys krwi go­rą­cej;  
Ja­ko fio­łek mło­do­cia­nej wio­sny,  
Wcze­sny, lecz wą­tły, lu­by, lecz nie­trwa­ły,  
Woń, kil­ka tyl­ko chwil upa­ja­ją­cą,  
Nic wię­cej.  

OFE­LIA

Wię­cej nic?  

LA­ER­TES

Nie myśl ina­czej.  
Na­tu­ra ludz­ka, kie­dy się roz­wi­ja,  
Nie tyl­ko ro­śnie co do form ze­wnętrz­nych;  
Jak w bu­du­ją­cej się świą­ty­ni – służ­ba  
Du­szy i du­cha zwięk­sza się w niej tak­że.  
Być mo­że, iż on cie­bie te­raz ko­cha,  
Że czy­stość je­go chę­ci jest bez pla­my;  
Ale zwa­żyw­szy je­go sto­pień, po­mnij,  
Że je­go wo­la nie jest je­go wła­sną.  
On sam jest ro­du swe­go nie­wol­ni­kiem;  
Nie mo­że, ja­ko pod­rzęd­ni, wy­bie­rać  
Dla sie­bie tyl­ko, od je­go wy­bo­ru  
Za­le­ży bo­wiem bez­pie­czeń­stwo, do­bro  
Ca­łe­go pań­stwa; prze­to też i je­go  
Wy­bór ko­niecz­nie mu­si być za­leż­ny  
Od ży­czeń i od przy­zwo­le­nia te­go  
Wiel­kie­go cia­ła, któ­re­go jest gło­wą.  
Je­że­li za­tem mó­wi, że cię ko­cha,  
Roz­wa­dze two­jej przy­stoi mu wie­rzyć  
O ty­le tyl­ko, o ile on zgod­nie  
Ze sta­no­wi­skiem przez się zaj­mo­wa­nym  
Bę­dzie mógł sło­wa swo­je­go do­trzy­mać,  
To jest, o ile po­wszech­ny głos Da­nii  
Przy­sta­nie na to. Uważ, ja­ka hań­ba  
Gro­zi twej sła­wie, je­śli ła­two­wier­nie  
Po­szep­tom je­go po­dasz ucho, ser­ce  
So­bie uwię­zisz i skarb nie­win­no­ści  
Otwo­rzysz je­go za­pę­dom bez wo­dzy.  
Strzeż się, Ofe­lio, strzeż się, lu­ba sio­stro;  
I stój w od­wo­dzie twej skłon­no­ści, z da­la  
Od nie­bez­pie­czestw[48] i na­pa­ści po­kus.