Romans pod choinkę - Katarzyna Bester - ebook + książka

Romans pod choinkę ebook

Katarzyna Bester

4,5

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Najważniejsze jest nie to, co możesz zobaczyć, ale to, co możesz przeżyć.

Ray Colton się nie zakochuje. Nauczyły go tego doświadczenia z przeszłości. Z tego samego powodu Ray nienawidzi Bożego Narodzenia. Kocha jednak swoje miasto – niepowtarzalny, olśniewający i wielki Nowy Jork, o którym mógłby opowiadać godzinami.

W dniu swoich trzydziestych piątych urodzin Ray jest świadkiem ulicznej napaści i ratuje młodą kobietę. W otoczce świątecznego klimatu między tą dwójką nawiązuje się nić porozumienia, która przeradza się w romans bez zobowiązań. Ray stara się pokazać Everly wszystko, co uważa za wyjątkowe w Nowym Jorku: historyczne budynki, eleganckie restauracje, sylwestrową zabawę na Times Square oraz inne zdumiewające atrakcje miasta. Przed nim trudne zadanie. Jak bowiem pokazać coś zachwycającego komuś, kto jest niewidomy? Czy Everly stanie się dla Raya tylko miłym wspomnieniem, kiedy na koniec stycznia odleci jej samolot?

Nowa powieść autorki „Świątecznego nieporozumienia” to ciepła, pełna humoru historia utrzymana w klimacie najlepszych gwiazdkowych komedii romantycznych.

Choć książkę tę można czytać bez znajomości poprzedniej zimowej powieści Katarzyny Bester, na fanów Holdena i Harper ze „Świątecznego nieporozumienia” czeka tu miła niespodzianka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (275 ocen)
189
56
19
8
3
Sortuj według:
kamilkaa01

Nie oderwiesz się od lektury

Wzruszająca historia. Dawno nie płakałam podczas czytania, a tu ryczałam jak bóbr ☺️ piękna, zabawna i wzruszająca. Lekka i przystępna w odbiorze. Polecam. Warto przeczytać. Wędruje do moich ulubionych 😁
10
Mamoja2007

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka
00
Natalia16W

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna, zabawna i wzruszająca. Po prostu fantastyczna
00
kaemka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna, słodka i zabawna
00
KasiaKelo

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna świetna książka tej autorki ❤ Jestem zakochana w bohaterach i tej historii 🥰 Przeczytana w jeden dzień, bo nie mogłam się oderwać ❤
00

Popularność




Rozdział 1

Ray

Nic nie wyprowadza mnie z równowagi tak skutecznie jak walentynki i Boże Narodzenie. Nienawidzę tych dwóch świąt. Śmiało, możecie rzucić kamieniem, jeśli jesteście wielbicielami wszystkich zaznaczonych na czerwono dni w kalendarzu. Ja nie jestem. Walentynki to ten pojebany moment w roku, kiedy laska, którą aktualnie posuwam, liczy na coś więcej niż stare, dobre dymanko. Boże Narodzenie jest jeszcze gorsze, bo wtedy wszyscy liczą na coś więcej: miłe słowa, przewiązane kokardami upominki, okazywanie sobie szacunku i miłości. Rzygać się chce.

Z obrzydzeniem spoglądam na świąteczne wystawy i szybko mijam przechodniów taszczących tony toreb z prezentami gwiazdkowymi. Jakiś obleśny mikołaj macha do wrzeszczących dzieci, a przejeżdżający obok samochód wysyła w świat wesołe brzmienie piosenki Brendy Lee, która namawia do bujania się wokół choinki. Masakra.

Urodziłem się w Boże Narodzenie. Jesteście zaskoczeni? Moi starzy pewnie byli. Nieplanowana niespodzianka pod choinkę. A wiecie, jak to jest z prezentami pod choinką – potrafią być nietrafione. Ja byłem jednym z takich prezentów. Rodzice nie byli, krótko mówiąc, zachwyceni, a ponieważ Święty Mikołaj nie przyjmuje zwrotów, oddali mnie cioci Nancy. To jedyna kobieta, którą kiedykolwiek kochałem. Życie nauczyło mnie, że nie ma sensu oddawać komuś serca, skoro ta osoba najprawdopodobniej potraktuje je jak nietrafiony prezent – zrezygnuje z niego. Przezorny zawsze ubezpieczony, więc postanowiłem się nie zakochiwać. Nie ofiarowuję kobietom niczego poza drinkiem oraz namiętną nocą, po której zbieram swoje rzeczy i zostawiam w łóżku spoconą, uśmiechniętą dziewczynę, żeby mogła w spokoju marzyć o swoim księciu z bajki. Ja na pewno nim nie jestem.

– Ty palancie! – dobiega mnie wołanie, kiedy tylko przekraczam próg knajpy.

Palant. Pewnie myślicie, że to jedna z kobiet, z którymi czasami się zabawiam, a później opuszczam ich sypialnię i zapominam imiona? Muszę was rozczarować. Tym pieszczotliwym sformułowaniem zwraca się do mnie mój najlepszy przyjaciel, wstając od stolika i podążając w moją stronę z szerokim uśmiechem na gębie. Padamy sobie w objęcia i głośno się śmiejemy. Wiem, wygląda to trochę tak, jakby nasze fiuty przeszły transformację i stały się cipkami, ale mam w dupie, co myślicie. Holden od zawsze jest dla mnie jak brat, więc nie mam zamiaru ukrywać, jak cholernie cieszę się, że widzę jego mordę.

– Ładnie to tak spierdolić do Londynu i pokazywać się raz na pół roku? – pytam, uderzając go w ramię. Mocno.

– A ty byś nie spierdolił? – odpowiada pytaniem na pytanie i wskazuje dłonią zbliżającą się do mnie kobietę.

– Jeśli ci dokucza, mogę mu przyłożyć – mówię głośno, kiedy ściskam ją na powitanie.

– Sama mogę to zrobić. Mam doświadczenie – oznajmia Harper, posyłając mi zniewalający uśmiech. Przenosi rozbawiony wzrok na Holdena i wpatruje się w niego, jakby był jakimś jebanym garnkiem złota na końcu tęczy. Trochę mu zazdroszczę. Ale tylko trochę.

Siadamy do stołu i zamawiamy burgery oraz drinki. Jutro Wigilia, a pojutrze moje znienawidzone urodziny. Dziś mam zamiar cieszyć się obecnością przyjaciół, więc od razu wypytuję, co u nich:

– Jak wam się żyje w Londynie?

– Ja nie narzekam – odzywa się Harper z tym swoim brytyjskim akcentem. – Moja firma powoli się rozwija, w styczniu odwiedzimy Paryż, Holden gotuje mi obiady i w dodatku dał się namówić na kota. – Znów posyła mu to zakochane spojrzenie.

– Macie kota? – pytam, unosząc brwi i spoglądając na przyjaciela. – Pantofel – szepczę głośno, nie spuszczając z niego wzroku.

– Będziemy mieli – oznajmia Holden, unosząc podbródek, i posyła swojej dziewczynie buziaka.

– Chyba się porzygam – stwierdzam. – Żartowałem! – dorzucam, kiedy Harper odsuwa krzesło i wstaje.

– Spokojnie – mówi i wyciąga otwartą dłoń w uspokajającym geście. – Idę tylko do toalety. Nie wystraszysz mnie wizją wymiotów. Moja przyjaciółka jest w ciąży i… no cóż… chyba nic już mnie w tej kwestii nie zaskoczy. Ostatnio puściła pawia pod choinkę, kiedy ją ubierała. – Z tymi słowami odchodzi w stronę toalet.

– Nie sądziłem, że trafisz na taką równą babkę – mówię z uznaniem, kiedy zostajemy z Holdenem sami.

– Jutro chcę się oświadczyć – oznajmia i unosi w górę szklankę z sokiem.

– Czy ona się spodziewa? – Przyłączam się do toastu.

– Nie, ale jeśli zacznie coś podejrzewać, będę musiał cię zamordować, bo nikomu więcej nie powiedziałem.

Udaję, że ocieram łzę, ale tak naprawdę jestem szczęśliwy, że wciąż nie mamy przed sobą tajemnic, mimo dzielącego nas oceanu.

– Zasługujesz na szczęście, stary. Harper jest świetna. Mimo że bije cię parasolem – mówię, po czym wybucham śmiechem na wspomnienie ich pierwszego spotkania ponad rok temu. Zawsze bawi mnie to, że Holden oberwał w łeb od laski sięgającej mu do ramienia.

– Tobie też by się przydał taki cios. Może poprzestawiałoby ci się w tej głupiej dyni i w końcu dałbyś szansę jakiejś dobrej dziewczynie – stwierdza, pstrykając mnie palcami w czoło. Chyba mu jebnę.

Z Holdenem znamy się od dziecka. Kiedy mieliśmy po cztery lata, spotkaliśmy się w piaskownicy i rozpętaliśmy bójkę o czerwoną łopatkę. Siniaki szybko się zagoiły, a nasza przyjaźń trwa do dziś, ponad trzydzieści lat. Bardzo się różnimy: ja nie mam zamiaru się ustatkować, rzadko opuszczam Nowy Jork i nie jestem fanem sprzątania, natomiast Holden zawsze był otwarty na poważne związki, uwielbia podróżować i ścieli łóżko lepiej niż niejedna pokojówka. Mimo tych różnic doskonale się dogadujemy i zawsze mogliśmy na siebie liczyć. Kiedy Holden prowadził restaurację w Nowym Jorku, widywaliśmy się prawie co weekend. Później wyjechał do Londynu i poznał Harper, więc od tej pory kontaktujemy się mailowo i rozmawiamy przez komunikator.

– Będziesz moim drużbą – oznajmia.

– A jeśli Harper się nie zgodzi?

– Jesteś moim przyjacielem, na pewno się zgodzi.

– Nie mówię o drużbie, tylko o pierścionku.

– Nie wkurwiaj mnie – warczy, głośno odstawiając szklankę na ciemnobrązowy stolik.

Śmieję się i odwracam głowę w stronę okna. Przez ogromną szybę widzę płatki śniegu, które pokrywają chodnik. Lokal jest wystrojony na święta. Wzdłuż okien wiszą światełka, a dobrze zaopatrzony bar został udekorowany bombkami. Wzdycham i sięgam po swojego drinka.

– Spotykasz się z kimś? – pyta nagle Holden.

– Jak zwykle. Jesienią kilka razy spałem z niezłą brunetką, którą wyrwałem w klubie. Niedawno puknąłem koleżankę z pracy, ale chyba nie jest zachwycona obrotem wydarzeń i wydaje mi się, że któreś z nas będzie musiało zmienić miejsce zatrudnienia. – Holden kręci głową niczym zawiedziony ojciec, którego jedyny syn oznajmił właśnie, że rzuca studia prawnicze i ma zamiar zostać treserem delfinów albo gwiazdą rocka. – A w zeszłym miesiącu dwa razy przespałem się z Violet. Pamiętasz ją?

– Z tą stukniętą Violet, z którą chodziliśmy do szkoły? – Prawie opluwa się sokiem.

– Z tą samą. W łóżku fatalna, styl kłody, ale nie miałem pod ręką nic lepszego, a ona wręcz mi się narzucała – oznajmiam, wzruszając ramionami.

– Uważaj na nią, Ray. Ona od zawsze miała na ciebie ochotę i nie wierzę, że zadowoli się niezobowiązującym seksem. Moim zdaniem ta kobieta jest… niebezpieczna.

– Też mi się taka wydała, kiedy zapytała, czy podobają mi się śluby na plaży. Po tym pytaniu obiecałem sobie, że więcej do niej nie zadzwonię. Minęły już ponad trzy tygodnie.

Dlatego właśnie skusiłem się na seks z koleżanką z pracy, Marthą. Wydawała się chętna i świadoma tego, że to jednorazowy numerek. Niestety po wszystkim niemal się rozpłakała, bo żyła w przekonaniu, że została moją dziewczyną w momencie, gdy wsadziłem w nią fiuta. Pożałowałem swojej decyzji i od tej chwili unikam Marthy jak ognia. Nigdy więcej nie puknę kobiety, z którą pracuję. Tym bardziej po solidnie zakrapianej imprezie.

– Co macie takie smutne miny? – pyta wesoło Harper i siada na swoim krześle.

– Ray potrzebuje porządnej dziewczyny, żeby skończyć z życiem uwodziciela – wypala Holden, uśmiechając się do mnie jak pajac.

– Zaraziłeś się czymś? – Harper marszczy brwi, po czym rzuca mi przerażone spojrzenie. Krztuszę się i przez chwilę próbuję złapać oddech. Holden płacze ze śmiechu.

– Nie – wyduszam z siebie w końcu. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– Coś musiało się wydarzyć, skoro postanowiłeś zerwać z takim stylem życia. Albo się zakochałeś, albo czymś zaraziłeś. Holden twierdzi, że bronisz się przed miłością, więc postawiłam na chorobę weneryczną – tłumaczy, krzywiąc się.

– Jeśli kiedyś znudzi ci się Holden, koniecznie do mnie zadzwoń – mówię i posyłam jej swój firmowy uśmiech, na widok którego wiele kobiet jest gotowych ściągnąć majtki przez głowę, żeby tylko szybciej znaleźć się przy mnie nago.

Harper odpowiada chichotem, a jej chłopak, prawie narzeczony, bije mnie pięścią w ramię. Patrzę na niego z oburzeniem i oddaję cios. W następnej sekundzie obaj zaczynamy śmiać się jak opętani.

– Oddaj moją łopatkę – syczy Holden, próbując powstrzymać śmiech.

– Jaką… łopatkę? – pyta zdezorientowana Harper.

– Opowiem ci, jak się poznaliśmy – zaczynam, a kolejne dwie godziny mijają we wspaniałej atmosferze. Wspominamy naszą pierwszą bójkę i szkolne perypetie, a Harper opowiada o swoich studenckich czasach, kiedy to razem z niejaką Ruby wpadały na jeden głupi pomysł za drugim. Doskonale się bawimy.

Spoglądam na ich przytulone ciała, kiedy rozstajemy się pod lokalem. Zmierzają w kierunku samochodu, Holden otwiera drzwi od strony pasażera, zamyka je za Harper, a potem unosi rękę i posyła mi zadowolony uśmiech. Odpowiadam skinieniem głowy i ruszam w swoją stronę. Obiecałem, że spotkam się z nimi jeszcze przed ich odlotem do Londynu. Wtedy Harper będzie już miała na palcu pierścionek zaręczynowy. Przechodzi mnie dreszcz. Czy ja byłbym gotowy na coś takiego? Nie wydaje mi się. Zazdroszczę Holdenowi, że wierzy w miłość. Ciocia Nancy mówi, że miłość jest dla lamusów. Tak, moja ciocia używa słowa „lamus”. Używa też wielu innych słów, na których dźwięk zapewne zwiędłyby wam uszy, ale kocham ciocię Nancy i jej sposób wysławiania się mnie nie rusza.

Spaceruję Lexington Avenue, zmierzając w stronę metra. Kocham Nowy Jork i nie chodzi o zakupowe szaleństwo. Nie jestem jakąś niedowartościowaną dwudziestolatką, która odkrywa sens życia, kupując kurewsko drogie buty z czerwoną podeszwą i kilka szmat, które będą modne przez trzy miesiące, a to wszystko dzieje się w butikach Nowego Jorku, gdzie sprzedawcy tylko zacierają rączki na widok turystów węszących wśród wieszaków. Uwielbiam to miasto, bo tutaj się wychowałem, tutaj studiowałem i tutaj pracuję. Znam historię każdego zakątka i jestem dumny, że mieszkam w Wielkim Jabłku. Byłem w szoku, kiedy Holden oznajmił, że przeprowadza się do Londynu. To piękne miasto z długą historią, ale mnie nie kręci jazda lewą stroną ulicy i życie w symbiozie z parasolem. Jestem beznadziejnie nowojorski.

– Przepraszam bardzo! – krzyczy rudowłosa dziewczyna, obijając się lekko o moje ramię. Pewnie nie jest stąd. Tutaj obijamy się o siebie jak kręgle po celnym rzucie kulą. Widzieliście kiedyś, żeby jeden kręgiel przepraszał drugi? No właśnie.

– Nic się nie stało – uspokajam ją, posyłając jej uśmiech, ale ona nie patrzy na mnie, tylko na chodnik. A szkoda, bo może zobaczyłaby szansę na upojną noc.

– Przepraszam – szepcze i rusza przed siebie ze spuszczoną głową. Jej tyłek świetnie wygląda opięty krótkim czerwonym płaszczykiem.

Idę dalej. Śnieg pada coraz mocniej, więc stawiam kołnierz płaszcza i uśmiecham się do budynku Chryslera. Biedaczek w pierwszej połowie ubiegłego wieku miał aspiracje zostać najwyższym wieżowcem. Przez chwilę nim był, dopóki na miejscu dawnego hotelu Waldorf-Astoria nie postawiono Empire State Building. Skurczybyki z tych budowlańców. Wznieśli ponad osiemdziesiąt pięter w pół roku. Robi wrażenie. Dzisiaj niestety Empire State Building też nie może się poszczycić tytułem najwyższego budynku. W obecnym świecie nawet architektura ze sobą rywalizuje i pnie się coraz wyżej. Wzdycham, myśląc o początkach swojego miasta. Nie do wiary, że kiedyś hulał tutaj wiatr, a dzisiaj trudno odnaleźć się w gąszczu wieżowców i tłumie pędzących ludzi.

Docieram do stacji i wskakuję do metra. Strzepuję śnieg z ramion i włosów. Opadam na wolne siedzenie, zastanawiając się, co podaruję cioci Nancy pod choinkę. Nienawidzę świąt, ale uwielbiam sprawiać radość kobiecie, która poświęciła mi tak wiele i przez ostatnie trzydzieści pięć lat była moją najbliższą rodziną, nie licząc Holdena. W tej chwili przypominam sobie, że obiecałem jej przytaszczyć choinkę. Kurwa. Czekają mnie zakupy w tłumie opętanym duchem Bożego Narodzenia.

– Chujowe te bombki. Idź kupić nowe – oznajmia ciocia ze spokojem, kiedy wyciągam przestarzałe i podniszczone dekoracje świąteczne z czeluści jej pokoju „do wszystkiego”.

Czym jest ten pokój? Zawalony kartonami i walizkami, z wielką szafą kryjącą pewnie wielopokoleniową rodzinę moli oraz ciuchy z ubiegłego stulecia. Ja nazwałbym go graciarnią, ale ciocia traktuje to pomieszczenie tak, jakby pewnego dnia miała w nim znaleźć czarodziejską lampę z dżinem spełniającym trzy życzenia. Ciekawe, jakie byłyby życzenia cioci? W tym miejscu chcę zaznaczyć, że nigdy nie prosiła, bym mówił do niej „mamo”, i od początku nie ukrywała, że jestem adoptowany, bo jej siostra nie dorosła do roli matki, gdy zjawiłem się na świecie.

– Ciociu? – pytam, wkładając buty, bo bombki same się nie kupią. – Gdyby dżin mógł spełnić twoje trzy życzenia, co by to było?

– Po pierwsze chciałabym mieć piękny domek na drugim końcu miasta, żeby nie mieszkać obok tej szmaty – oznajmia.

„Ta szmata” to sąsiadka, z którą ciocia drze koty, od kiedy pamiętam. Gdyby zapytać o przyczynę ich konfliktu, żadna by jej nie podała, ale całymi latami robią sobie nawzajem chore dowcipy. Pani Keller, zwana „tą szmatą”, nasikała kiedyś do kaloszy, które ciocia zostawiła pod drzwiami, bo były strasznie ubłocone. Próbowałem tłumaczyć Nancy, że może to sprawka jakiegoś bezdomnego kota, bo wizja starszej pani sikającej do czyjegoś buta po prostu mnie przerażała. Ciocia zapewniła mnie, że kocie siki to perfumy w porównaniu z odorem moczu pani Keller, a w ramach zemsty zakradła się do ogródka sąsiadki w środku nocy i wycięła nożyczkami dziury w każdej sztuce suszącej się na sznurku bielizny.

– Żałuj, że nie widziałeś majtek tej szmaty – opowiadała mi następnego dnia. – Pewnie pomyliłbyś je z namiotem. Teraz nie będzie musiała się z nich wyswobadzać w toalecie, bo ułatwiłam jej zadanie.

– A drugie życzenie? – pytam, wyrywając się z rozmyślań o poczynaniach mojej sześćdziesięciosiedmioletniej cioci i jej sąsiadki.

– Chciałabym, żeby kutas Vernona spleśniał i wysechł na wiór – mówi, po czym chichocze.

Vernon to mój ekswujek, którego wolałbym nigdy nie poznać. Kilka miesięcy przed tym, jak ciocia mnie adoptowała, jej mąż odszedł do innej kobiety. Jak widać, Nancy do dziś ma mu to za złe, dlatego marnuje jedno z życzeń do dżina na uśmiercenie wujkowego fiuta.

– A trzecie? – pytam, zastanawiając się, czy w ogóle chcę tego dalej słuchać.

Ciocia podnosi wzrok znad kuchennego blatu i spogląda na mnie poważnie. Przełykam ślinę. Przerywam zapinanie płaszcza i czekam.

– Chciałabym, żebyś się zakochał z wzajemnością.

Wytrzeszczam oczy.

– No to dojebałaś – mówię, czym ją rozbawiam. – Idę do sklepu. Jakiś konkretny kolor tych bombek?

– Może być fuksja.

– Mów po ludzku.

– Albo nie, ta szmata ma fuksjowe. Widziałam, jak kupowała. Przynieś błękitne.

– Ten kolor znam – szepczę, zamykając za sobą drzwi.

Trzy godziny później docieram do swojego mieszkania, w którym nie ma ani jednej bombki, nie błyszczą się światełka i nie gra żadna skoczna świąteczna melodia. Z ulgą rozpinam płaszcz i rzucam go na fotel, bo od kiedy wprowadziłem się tu pięć lat temu, nie mam czasu kupić wieszaka. Biorę szybki prysznic i z impetem padam na łóżko. Moje dziewicze łóżko, w którym nie bzykam żadnych przygodnie poznanych kobiet, koleżanek z pracy i dawnych znajomych ze szkoły. Moje wielkie łóżko ze śliską pościelą i wygodną poduszką. Uśmiecham się, ale zaraz przypominam sobie, że jutro Wigilia, więc z nieco popsutym humorem zapadam w sen.

Rozdział 2

– Cudowny! Tak się cieszę! – krzyczy ciocia, kiedy w Boże Narodzenie pokazuję jej zdjęcie pierścionka, który Holden podarował Harper poprzedniego wieczora. Dostałem MMS z fotką uśmiechniętej pary, a na palcu Harper błyszczy się zaręczynowa biżuteria. Wzruszyłem się, bo mój najlepszy przyjaciel znalazł miłość swojego życia. Nie jestem pizdą, po prostu cieszę się razem z nim. – Kiedy ślub?

– Jeszcze nie wiadomo, nie zamierzają się śpieszyć.

– Czyli nie jest w ciąży?

– Nie, ciociu. Biorą ślub z miłości. Dasz wiarę?

– Chciałabym dożyć dnia, kiedy ty staniesz na ślubnym kobiercu – wyznaje, chwytając się za serce.

– To życzę ci bardzo długiego życia – odpowiadam z uśmiechem.

– Nie mów tak. Na pewno spotkasz wyjątkową dziewczynę i będziesz szczęśliwy.

– Sama mi mówiłaś, że miłość jest dla lamusów.

– Tak tylko jebnęłam, bo sobie akurat przypomniałam o swoim zmarnowanym małżeństwie. Ale to nie znaczy, że wszystkich musi spotkać taki los.

– Nie rozumiem, dlaczego wujek cię zostawił – mówię, dotykając jej pomarszczonej dłoni. – Jesteś taka zajebista.

Przez chwilę widzę błysk wzruszenia w jej oczach, ale zaraz znów pojawia się w nich zadziorność. Cała Nancy.

– Twój wujek był kutasem. Jak tylko dowiedział się, że nie mogę mieć dzieci, postanowił zapłodnić jedną ze swoich asystentek. – Prycha i sięga po dzbanek z herbatą. – Tak ją szturchnął, że urodziła bliźnięta.

– Przykro mi. – Nie wiem, co więcej mógłbym powiedzieć.

– Niepotrzebnie. Męczyłabym się z tym idiotą całe życie, a tak przynajmniej sobie poużywałam, kiedy poszedłeś na studia – oznajmia, puszczając do mnie oko.

– Stop – proszę, unosząc dłoń. – Nie chcę słuchać tych opowieści.

Nie jestem pruderyjny. Może to poświadczyć przynajmniej ze trzydzieści kobiet. Jednak nie chcę wyobrażać sobie swojej cioci spółkującej z jakimś pięćdziesięciolatkiem. Przeszywa mnie lodowaty dreszcz. Miałem zjeść jeszcze kawałek ciasta, ale właśnie straciłem apetyt. Rozlega się dzwonek do drzwi.

– Otworzę – mówię i wstaję z fotela.

– Witaj, słodziutki! – wrzeszczy Dakota, jedna z przyjaciółek cioci, przekraczając próg.

– Wszystkiego najlepszego! – dołącza druga, Alabama.

– Kto by pomyślał, że jesteś już taki stary?! – dorzuca Montana.

Tak, Dakota, Alabama i Montana. Jest ktoś, kto kocha Amerykę bardziej niż ja. Tą osobą jest osiemdziesięciopięcioletni obecnie staruszek, który ochrzcił swoje trzy córki nazwami stanów. Kiedyś mnie to bawiło, ale dziś uważam pana Robsona za zajebistego gościa. Jego trojaczki chodziły do szkoły z ciocią Nancy i wciąż trzymają się razem. Każda z nich jest rozwódką, zatem połączyło je coś więcej niż szkolne mury.

Ku mojemu przerażeniu starsze panie ustawiają się w rzędzie i zaczynają śpiewać Happy Birthday na moją cześć. Biję im brawo i szukam jakiejś wymówki, żeby szybko wyjść, ale nagle na stole pojawia się tort z imitacją kobiecych piersi, a ja wybucham śmiechem. Zdmuchuję świeczki i przyjmuję prezent, którym jest bilet do opery. Nie jestem stałym bywalcem takich miejsc, ale kocham sztukę i charakterystyczne budynki Nowego Jorku, dlatego zachwycony podarunkiem przytulam każdą ze swoich przyszywanych ciotek oraz Nancy. Tej ostatniej daję soczystego buziaka w policzek. Potem jestem zmuszony pokroić tort z cyckami i zjeść kawałek z wiśniowym sutkiem.

– Teraz możesz spadać, jeśli nie masz ochoty słuchać o nietrzymaniu moczu i skuteczności niebieskich tabletek dla starszych panów – szepcze do mnie ciocia, gdy pomagam jej załadować zmywarkę.

– Jesteś najlepsza – oznajmiam cicho, puszczając do niej oko.

Żegnam się z rozchichotanymi staruszkami, które właśnie polewają sobie solidne porcje czerwonego wina, po czym wychodzę na biały chodnik. Śnieg przestał padać, gdy dotarłem do cioci na popołudniową wyżerkę. Jest chłodno, więc wciskam dłonie w kieszenie płaszcza i powolnym krokiem sunę przez nowojorskie ulice. Z okien mrugają do mnie kolorowe światełka i błyszczące dekoracje, których kształty trudno rozpoznać. Wieczór jest przyjemny, więc delektuję się przechadzką.

Kolejne urodziny za mną. Cały rok dzieli mnie od dnia, w którym zaraz po otwarciu oczu dotrze do mnie, że rodzice nie chcieli mnie poznać i bez cienia żalu oddali mnie Nancy. Podobno Boże Narodzenie to czas wiary w miłość, ale moja wiara została zachwiana już w dniu narodzin. Całkowicie runęła, kiedy przez lata obserwowałem, jak rozpadają się związki wszystkich wokół. Ciocia opowiedziała mi o wujku, gdy spotkaliśmy go w centrum handlowym, jej koleżanki otwarcie relacjonowały swoje rozwody, w liceum dziewczyny płakały, kiedy jakiś chłopak łamał im serce. Kilka lat temu nawet Holden rozstał się ze swoją partnerką, a pamiętam, jak snuli piękne plany na wspólną przyszłość. Teraz mam przeczucie, że mój przyjaciel wreszcie znalazł to, czego szukał. Oby tylko Harper nie okazała się złą kobietą.

Zatopiony w myślach przechodzę obok zamkniętego sklepu, kiedy dociera do mnie odgłos szamotaniny. Nie powinienem się wtrącać, bo może to jakieś podejrzane typy walczą o to, kto będzie „ochraniał” lokalną lodziarnię, jednak przystaję i nasłuchuję. Nagle słyszę kobiecy głos:

– Zostawcie mnie! – łka dziewczyna.

Zbieram w sobie całą samczą energię i szybkim krokiem ruszam w ciemny zaułek. Jestem wysoki i nie narzekam na brak mięśni, więc mam nadzieję, że spotkam chuderlaki, które wystraszą się na mój widok i zostawią tę kobietę w spokoju. Kiedy wypadam zza rogu, widzę dwóch nastolatków wyszarpujących torebkę dziewczynie. Ona opiera się plecami o murek i głośno płacze, obiema dłońmi mocno ściskając pasek torebki. Jeden z tych debili szarpie torbę i rechocze, a drugi trzyma kobietę za ramię i rzuca kretyńskie komentarze:

– Dawaj torebkę i zaraz się zabawimy!

– Może ze mną się zabawcie?! – odzywam się, a ci idioci odskakują od dziewczyny i wlepiają we mnie wybałuszone gały. Ich niedoszła ofiara opiera się o murek, wciąż szlochając. Przytula do piersi torebkę.

– My tylko… – zaczyna jeden z tych głąbów, kiedy się do nich zbliżam. Nie wiem, czy obaj razem ważą tyle, co ja sam, więc nic dziwnego, że trzęsą portkami.

– Macie przeprosić panią, a ja w tym czasie dzwonię na policję – informuję ich i wyciągam telefon z kieszeni.

– Przecież nic się nie stało – próbuje się tłumaczyć chudy nastolatek w markowych ubraniach. Nie wyglądają mi na ulicznych bandytów.

– Po co ją zaczepialiście? – pytam, wybierając numer alarmowy.

– Dla zabawy, nudziło nam się w domu – wyznaje drugi, jeszcze chudszy. Na głowie ma dziwną czapkę, krótka kurtka wisi na nim jak wór, a spodnie są zsunięte do połowy tyłka i złapane jakimś błyszczącym paskiem. Nie rozumiem, jak młody chłopak ma wyrosnąć na mężczyznę, skoro ubiera się gorzej niż niektórzy bezdomni.

– Nudziło wam się? To zaraz zapewnię wam rozrywkę na najbliższe godziny – oznajmiam, po czym przeprowadzam krótką rozmowę telefoniczną. – Policja zaraz tu będzie. Jeśli spróbujecie uciec, stłukę was tak, że rodzice was nie poznają.

Stoją ze spuszczonymi głowami, a ja podchodzę do kobiety, która wciąż pochlipuje.

– Już jest pani bezpieczna. Zrobili pani coś? – pytam delikatnie, bo zauważam, że cała się trzęsie. Podchodzę do niej z wyciągniętą dłonią, ale ona patrzy na swoje stopy. Nie widzę jej dobrze, bo w miejscu, gdzie stoi, jest ciemno.

– Chyba nie – odpowiada cichutko.

– Chcieliśmy jej tylko zabrać torebkę – odzywa się chuderlak z grzywką opadającą na obrysowane ciemną kredką oczy.

Ja pierdolę, jakbym był jego starym, wysłałbym go do szkoły z internatem, żeby nie oglądać jego gęby.

– Pytałem cię o coś?! – warczę na gnojka, który kuli się i zaczyna trząść. Możliwe, że z zimna, bo ma na sobie coś, co przypomina cienkie kalesony, a złote adidaski nie zasłaniają mu gołych kostek. Kurwa. Przecież jest mróz. Czy te dzieci rodzą się dzisiaj bez mózgów?

Rozlega się dźwięk syren, zbliża się i staje coraz wyraźniejszy. Policjanci pojawiają się w zaułku, wysłuchują mojej krótkiej relacji i zapraszają nas do radiowozu. Wzywają też karetkę do poszkodowanej kobiety, która chyba jest w szoku. Funkcjonariusze popychają trzęsących się nastolatków w stronę swojego samochodu. Patrzę na dziewczynę i wyciągam do niej rękę, zapraszając ją z nami. Stoi pod murkiem, mocno ściska torebkę i ciężko oddycha. Słyszę, jak głośno wypuszcza powietrze.

– Proszę pani – mówię. Unosi głowę, ale nie patrzy mi w oczy. – Wyjdźmy spomiędzy budynków. Zaraz przyjedzie karetka.

Szybko kiwa głową i robi nieśmiały krok w moją stronę. Wyciąga przed siebie rękę, jakby próbowała dotknąć czegoś, czego przed nią nie ma. Głośno wciągam powietrze, bo dociera do mnie, o co chodzi.

– Przepraszam… czy pani jest… – zaczynam cicho.

– Niewidoma – oznajmia.

– Pani pozwoli, że pomogę – mówię, delikatnie chwytając ją za ramię.

– Dziękuję panu. Bardzo dziękuję… za pomoc… za wszystko. – Głos jej się łamie.

– Proszę bardzo.

Prowadzę ją w stronę radiowozu. W oddali widzę nadjeżdżającą karetkę. Kiedy wchodzimy w oświetlony obszar, przyglądam się swojej towarzyszce. Rude, a właściwie brązoworude włosy pięknie lśnią w świetle lamp i witryn, a czerwony płaszczyk ma urwany guzik, co pewnie jest efektem szamotaniny z tymi idiotami. Hej. Rozpoznaję ten płaszczyk. I te rude włosy. To ta dziewczyna wpadła na mnie dwa dni temu na Lexington Avenue. Teraz już wiem, dlaczego mnie nie zauważyła.

– Zgubiła pani guzik od płaszcza – informuję ją.

– Cholera – szepcze, macając się po klatce piersiowej.

– Pójdę po niego, pewnie leży w zaułku.

– Naprawdę? Bardzo pan uprzejmy. Dziękuję.

– Nie ma sprawy.

Szybko wracam pomiędzy budynki i w miejscu, gdzie dziewczyna opierała się o murek, znajduję czerwony guzik. Wsuwam go do kieszeni. Gdy znów jestem pod sklepem, kobieta wsiada do karetki z pomocą jednego z sanitariuszy. Podchodzę bliżej. Starszy policjant chce spisać moje zeznania.

– Jak się pan nazywa?

– Ray Colton – odpowiadam, nie spuszczając z oczu dziewczyny w karetce.

Jest blada, ale chyba trochę się uspokoiła. Na twarzy ma ślady łez i ani grama makijażu. W sumie jak miałaby się pomalować, skoro nie widzi się w lustrze? Nie lubię wytapetowanych lasek, które trudno rozpoznać, gdy zmywają powłoki maskujące. Ta dziewczyna jest ładna, nie jakaś miss piękności, ale naturalnie urocza. Wygląda na około trzydzieści lat. Przytula swoją brązową torebkę i mówi coś do sanitariuszy. Jest drobna, ale przy moim wzroście niemal każda kobieta wydaje mi się drobna. Mam ponad metr dziewięćdziesiąt i ważę dziewięćdziesiąt kilo. Ciocia zawsze powtarza, że przeciętnie wyglądam tylko przy Holdenie.

Zaczyna padać śnieg. Dwa gnojki z zaułka zostały zapakowane do radiowozu. To się rodzice ucieszą. Niespodzianka bożonarodzeniowa od nastoletnich pociech. Odpowiadam na pytania policjanta, gdy nagle podchodzi do nas sanitariusz ze słowami:

– Panna Foster jest już wolna.

– Odwieziemy ją – mówi funkcjonariusz.

– Ja ją odwiozę – słyszę własne słowa. Obaj mężczyźni spoglądają na mnie.

– Jak pan uważa. – Policjant chyba stwierdził, że ja i panna Foster jesteśmy znajomymi. Nie wyprowadzam go z błędu. – To wszystko. Jeśli będziemy mieli dodatkowe pytania, zadzwonimy. Wesołych świąt – rzuca, po czym odwraca się i idzie w kierunku radiowozu.

Podchodzę do kobiety, która gramoli się z karetki. Chwytam ją za łokieć.

– Pomogę.

– Dziękuję – mówi, a na jej ustach pojawia się słaby uśmiech.

– Odwiozę panią do domu – oznajmiam, kiedy sanitariusze znikają w karetce.

– Naprawdę nie trzeba. Już wystarczająco mi pan pomógł.

– Nalegam. Będę spał spokojniej, jeśli odstawię panią bezpieczną do domu.

– Żona nie będzie zła, że tyle czasu pana nie ma? – pyta, krzywiąc się. – Są święta. Rodzina czeka.

– Nie mam żony. Nikt na mnie nie czeka. – Dopiero teraz dociera do mnie sens moich słów. To prawda. Nie czeka na mnie nikt poza moim wielkim łóżkiem i telewizorem zajmującym główne miejsce w salonie. – Mam na imię Ray – dodaję, bo uzmysławiam sobie, że nawet nie wiem, jak ona się nazywa.

– Everly – mówi.

– Zatrzymam taksówkę.

– Nie trzeba. Mieszkam niedaleko. Wyszłam na krótki spacer, a wtedy oni… – przerywa i bierze głęboki wdech. – Te wredne gnojki wciągnęły mnie pomiędzy budynki i zaczęły szarpać za torebkę – dodaje oburzonym głosem i zaciska dłonie w pięści. Uśmiecham się na widok jej wkurzonej miny.

– Podaj adres, odprowadzę cię.

Podsuwam jej ramię, z czego chętnie korzysta. Wolnym krokiem idziemy w stronę pobliskiego budynku, którego adres mi podała.

– Masz dziwny akcent – zauważam. – Niby brytyjski, ale nie do końca.

Uśmiecha się, unosząc twarz w moim kierunku. Ma ładny uśmiech. Obserwuję, jak płatki śniegu zatrzymują się na jej włosach.

– Mój tata jest Amerykaninem, a mama Brytyjką.

A więc z takim śmiesznym akcentem będą kiedyś mówić dzieci Holdena i Harper.

– Mieszkasz na stałe w Nowym Jorku? – kontynuuję przesłuchanie.

– Przyjechałam do taty na święta. Mieszkam w Londynie.

Ona też? Co się dzieje w tymi ludźmi?

– Rodzice są po rozwodzie – dodaje cicho. Kolejny dowód na to, że miłość to bujda.

– Podoba ci się Nowy Jork? – wypalam, zanim zdążę się ugryźć w język. – Cholera. Przepraszam. Zapomniałem, że nie możesz obejrzeć miasta, a w dodatku te debile zafundowały ci napaść w Boże Narodzenie.

– Nigdy nie lubiłam Bożego Narodzenia. Teraz przynajmniej będę miała lepszy powód niż rozwód rodziców i brak wspólnych świąt w dzieciństwie.

Uśmiecham się do niej, chociaż nie może tego zobaczyć. Interesująca osóbka. Wkrótce wchodzimy do budynku i Everly żwawo podąża krótkim korytarzem. Niemal bezbłędnie trafia w przycisk, żeby przywołać windę. Jestem pod wrażeniem. Ja po pijaku mam kłopot, żeby nacisnąć taki podświetlony guzik, a ona nic nie widzi i trafiła.

– Które piętro? – pytam, kiedy wchodzimy do kabiny, ale ona już zdążyła wymacać guzik i posyła windę na samą górę.

– Jesteś bardzo miły, że mnie odprowadzasz, ale możesz już iść, poradzę sobie.

Dziwnie się czuję. Zwykle, kiedy ląduję w windzie z dziewczyną, idziemy do niej na seks, a kilka godzin później sam zjeżdżam na dół i wracam do domu. Tym razem moja stopa nawet nie przekroczy progu jej mieszkania.

– Yhm… w takim razie… dobranoc – dukam, kiedy rozsuwają się drzwi i moja towarzyszka wychodzi na korytarz prowadzący do czterech mieszkań.

– Dobranoc, Ray. I jeszcze raz dziękuję.

– Jeszcze raz proszę bardzo – mówię, uśmiechając się do niej. Chyba słyszy to w moim głosie, bo odpowiada uśmiechem. Sekundę później jej twarz znika za zasuniętymi drzwiami, a ja naciskam guzik parteru i opieram się o ścianę. – Co za wieczór – stwierdzam cicho, potrząsając głową ze śmiechem.

Wychodzę z budynku i natychmiast łapię taksówkę. Wystarczy spacerów na dziś. Podaję kierowcy adres i kwadrans później docieramy na miejsce. Zerwał się wiatr, więc zatrzaskuję drzwi samochodu i wsuwam ręce do kieszeni. W jednej z nich wyczuwam jakiś przedmiot. Wyciągam czerwony guzik i przyglądam mu się, szczerząc zęby z radości. Postanawiam, że oddam Everly zgubę, jeśli los jeszcze kiedyś postawi tę dziewczynę na mojej drodze. Skoro wpadliśmy na siebie już dwa razy, to kto wie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to magia świąt, ale ja wolę wierzyć, że to magiczna moc Nowego Jorku.

Rozdział 3

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Nowak

Redakcja: Monika Kardasz

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki: Ewa Popławska

Zdjęcie na okładce: © svekloid/Shutterstock.com

Copyright © 2021 by Katarzyna Bester

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-67069-39-7

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek