Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na powyższe pytania wielu próbowało już odpowiadać. Są one z gatunku tych, które ciągle powracają. W ich przypadku dobra odpowiedź to taka, która pozwala zyskać nową perspektywę i rozszerzyć pole widzenia. Autorzy, którzy się z nimi mierzą, zaskakują nas swoim świeżym spojrzeniem i oryginalnym podejściem do znanych problemów. Każdy z nich pochodzi z innego środowiska, każdy ma własny bagaż doświadczeń. Właśnie ze spotkania tych wyrazistych osobowości zrodził się Rok ważnych pytań.
Krzysztof Ołdakowski SJ - ksiądz, dziennikarz
Małgorzata Kownacka - dziennikarka Polskiego Radia
Marek Sztomberski - psycholog, trener biznesu
Krzysztof Bazyl - fotograf, podróżnik, coach
Przypominają:
Na ważne pytania nie ma jednej odpowiedzi. Na ważne pytania odpowiada się przez całe życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2017
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Wydawnictwo WAM, 2017
Opieka redakcyjna i korekta: Klaudia Adamus
Redakcja: Zofia Smęda
Projekt okładki: Emilia Pyza
fot. © Honigjp31/Shutterstock
Skład: Lucyna Sterczewska
Autor zdjęć: Krzysztof Bazyl
Przygotowanie wydania elektronicznego: hachi.media
ISBN 978-83-277-0852-6 (ePub)
978-83-277-0853-3 (Mobi)
WYDAWNICTWO WAM
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003
e-mail: [email protected]
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-256 • faks 12 62 93 496
e-mail: [email protected]
KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA
tel. 12 62 p93 260
e-mail: [email protected]
www.wydawnictwowam.pl
Na ważne pytania nie ma jednej odpowiedzi.Na ważne pytania odpowiada się przez całe życie.
Jak powstała ta książka, czyli tytułem wstępu
Zaczęło się w radiu. Do nocnej audycji, którą prowadzimy (Małgorzata Kownacka i Krzysztof Ołdakowski SJ) od kilku lat na antenie Pierwszego Programu Polskiego Radia, zaprosiliśmy Marka Sztomberskiego – psychologa, coacha, trenera biznesu. Nawiązała się nić porozumienia, po programie byliśmy bardzo usatysfakcjonowani znakomitym kontaktem ze słuchaczami. Tuż po tej pierwszej wspólnej audycji Marek zaproponował nam napisanie 52 (jedna na tydzień) odpowiedzi na pytania o sens życia, o relacje międzyludzkie, o to, kim jest człowiek. Zgodziliśmy się bez wahania. Każde z nas sporządziło listę pytań i razem spośród 156 wybraliśmy te, które nas w danym momencie najbardziej intrygowały. W trakcie pisania zauważyliśmy, że jest to wspaniała autoterapia, okazja do poznania siebie, zadumy nad bliskimi, przywołania wspomnień. Po napisaniu połowy rozważań i gorących dyskusjach Marek podsunął myśl, by nasze odpowiedzi skomentował fotograficznie Krzysztof Bazyl – podróżnik i coach. I to był strzał w dziesiątkę. Nasze wynurzenia nabrały koloru, smaku.
Mamy dużo wątpliwości, teraz wiele spraw omówilibyśmy inaczej, niekiedy zmienilibyśmy tekst całkowicie… Ta niepewność skłoniła nas do zaprezentowania książki czytelnikom. Może nasze refleksje zachęcą Państwa do własnych przemyśleń (stąd wolne miejsce na końcu każdego rozdziału), bo wiemy, że warto być sam na sam z własnymi myślami. W ciszy, bez świadków. Marzy nam się również, by nasze refleksje stały się kanwą do dyskusji przy Państwa rodzinnych stołach albo podczas spotkań towarzyskich.
Krzysztof Ołdakowski SJMałgorzata KownackaMarek SztomberskiKrzysztof Bazyl
Postanowienia są dowodem na to, że chcemy przekraczać siebie. Przy ich podejmowaniu wielką rolę odgrywają ideały oraz wzorce. Nie należy tracić z nimi bliskiego kontaktu, bo przypominają, jak powinno być, nawet gdy coś się nie udaje. Pytamy często: Jak sprostać podjętym postanowieniom? Które z nich są szczególnie ważne, a które można pominąć? Wybitny pisarz, noblista, John Maxwell Coetzee mówił: „Być dobrym człowiekiem. Niezłe postanowienie w mrocznych czasach!”. Szczególnie cenne są postanowienia pozwalające zajaśnieć naszemu człowieczeństwu. Aby je podejmować, trzeba mierzyć zamiar podług sił, czyli dobrze znać siebie, szczególnie swoje słabe strony, oraz określić konkretnie cel i sposób realizacji. Pomocne może być także mówienie o swoich pragnieniach, czyli wezwanie innych na świadków. Oni weryfikują szczerość naszego zaangażowania. Zauważyłem, że są ludzie, którzy wciąż zaczynają „od jutra”. Myślę, że często oznacza to po prostu „nigdy”. Trzeba zatem, aby postanowienia wydobywały nasze najlepsze chęci, ukryte w nas dobro, aby nie stawiać granic temu, kim możemy się stać. Są lekarstwem na naszą małoduszność i przeciętność. Niebezpieczeństwem dla postanowień jest woluntaryzm, czyli narzucanie sobie ważnych celów wyłącznie siłą woli: musisz, musisz, na pewno się uda. Jeżeli się chce, to nic nie może stanąć na przeszkodzie. Stąd już niedaleko do zaklinania rzeczywistości.
Co zrobić, aby wytrwać w dobrych postanowieniach? Na pewno nie powinniśmy załamywać się porażkami. To po pierwsze. Następnie trzeba budować na najlepszych pragnieniach i nigdy nie pozwolić ich sobie odebrać. Należy też zatroszczyć się o dobrą motywację, bo ona daje wewnętrzną siłę i właściwe nastrojenie. Gdy człowiek podejmuje się czegoś z miłości, to nic nie jest zbyt trudne ani niemożliwe. Nie zdajemy sobie sprawy, do czego naprawdę jesteśmy wtedy zdolni. Są ludzie, których mobilizują okoliczności, dlatego czasami przed podejmowaniem postanowień warto zmienić otoczenie, spotkać się z tymi, których łączy podobny cel. Świadectwo innych może być dla nas motorem. Widząc, jak skutecznie zmagają się ze słabościami, nabierzemy nadziei i nam też będzie się chciało.
Krzysztof Ołdakowski SJ
Moja ciotka mawiała: „nie jestem szmata, mówię, że nie rzucę palenia i nie rzucam”. Z przymrużeniem oka podchodziła do wszelakich obietnic: schudnę, nauczę się angielskiego, będę dobra dla rodziców. Spytam więc raczej: czy warto czynić postanowienia? Tak. Bo bez nich rozłazimy się w szwach, tracimy ważne okazje, cel w życiu. Nie. Bo niedopełnienie ich zawstydza, zniechęca, czasem obezwładnia. Postanowienie jest warte tyle, ile damy z siebie. Dobrze jest zrobić harmonogram. Zastanowić się, na ile realne są obietnice poprawy. Postanowienia zawsze wiążą się, a przynajmniej powinny, ze zmianą na lepsze. Nie obiecujmy sobie: już nigdy nie pokłócę się z mężem, żoną, bratem, siostrą, ojcem czy matką… Raczej postarajmy się na początek wybrać jeden dzień w tygodniu bez awantury. I dotrzymajmy słowa. Tak samo jest z rzucaniem palenia, nadmiernym jedzeniem, zbyt długim ślęczeniem przed komputerem itp. Magdzie zaproponowano intratną pracę za granicą, pod warunkiem że w ciągu roku opanuje w stopniu podstawowym trzy języki: angielski, włoski i hiszpański. Nie znała żadnego, a bardzo chciała poznać inne kraje. Postanowiła, że spełni oczekiwania pracodawcy. Trzydziestolatka zawzięła się. Zrobiła plan i konsekwentnie go realizowała. Zaczęła od nauki 30 słówek dziennie, od razu w trzech językach. Pisała słówka na karteczkach. Uczyła się ich w tramwaju, podczas przerw w pracy, wieczorami w domu. Po trzech miesiącach skorzystała z profesjonalnej pomocy lektorów. I po roku wyjechała do wymarzonego kraju. Dziś sześćdziesięcioletnia szanowana bizneswoman, żona, matka sama jest zdumiona swoją wytrwałością. Nie przegapiła szansy.
Przyrzeczenia najchętniej składamy 1 stycznia, wtedy działa magia robienia czegoś „od nowa”: nowy rok, nowe rozdanie, nowa ja. Przeszłość, zwłaszcza niechlubna, może odejść w cień. A przecież dla wielu osób nowy rok to 1 września, kiedy zaczyna się rok szkolny. Zawsze jest dobry moment na zrobienie czegoś dla siebie. Postanowienia są tyle warte, na ile pozwalamy im zaistnieć. Oczywiście, można je wyrzucić do kosza, bo nas przerastają, ale można też stawić im czoło. Roztropnie. A wtedy satysfakcja z dojścia do celu nie będzie miała sobie równych.
Małgorzata Kownacka
Każdy z nas składa jakieś postanowienia. Noworoczne, urodzinowe, z okazji ślubu, rocznicy, pielgrzymki, zresztą nieważne, jaka okazja, tę zawsze można znaleźć. W intencji miłości, zdrowia, jakiejś idei, dla siebie lub pod naciskiem grupy, by pokazać, jacy jesteśmy mocni, a czasem popisać się silną wolą. Najważniejsze jednak jest to, po co i przed kim je składamy, a w konsekwencji – co z tego mamy? Z własnego doświadczenia wiem, że postanowienia uspokajają mnie, wręcz uwodzą, dając poczucie dumy ze słusznie podjętej decyzji i pożądanej zmiany. Niestety, ta duma czasem sprawia, że nie zauważam, iż postanowienie to zaledwie przygotowanie do drogi, a nie jej zakończenie. Tyle już razy słyszałem: „Od nowego roku rzucę palenie… zadbam o zdrowie i będę regularnie ćwiczyć… zastosuję dietę… będę oszczędzać… nauczę się języka…”. Po co wygłaszamy te piękne zdania? By lepiej się poczuć i mieć, chociaż przez chwilę, dobre mniemanie o sobie. Robiąc postanowienia, wiele osób rozpoczyna przedziwną grę z samym sobą. Dobrze ujął to jeden z moich znajomych, który powiedział: „Wiem, że obiecywanie to często złudzenia, ale w postanowieniach jest magia. Kiedy sobie coś obiecuję, to jakbym przyspieszał czas i jednym zdaniem tworzył nowego siebie. Potem widzę, jak zmienia się moje życie w tym aspekcie, inni mnie podziwiają, a ja mówię do sobie: «jesteś niezły gość, tak trzymaj, dasz radę, tym razem nic ci nie przeszkodzi». Potem widzę tych ludzi, którzy kiwają głowami i mówią: «ma facet charakter, też byśmy tak chcieli»”. Być zwycięzcą to naprawdę świetne uczucie. Szkoda tylko, że świat wciąż rzuca nam kłody pod nogi i przeszkadza w utrzymaniu postanowienia. Wymaga przestrzegania nowych zasad, wysiłku, zmiany przyzwyczajeń i jeszcze wielu innych drobnych lub większych wyrzeczeń. Mimo trudów i niepowodzeń naprawdę warto mieć postanowienia. To dzięki nim krok po kroku budujemy nasze życie, zmieniamy siebie i świat wokół nas, uczymy się, że z każdym kolejnym zrealizowanym postanowieniem jesteśmy coraz mocniejsi i bardziej z siebie dumni.
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
Z natury zostaliśmy stworzeni jako różni od siebie. Nie jesteśmy panami cudzych umysłów, choć czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że różnice w myśleniu bardzo przeszkadzają w codziennym życiu. Politycy działający w przeciwnych obozach oceniają na przykład wkład w przemiany społeczno-polityczne w zależności od tego, czy kogoś lubią, czy nie. Powszechne upartyjnienie wydaje się odbierać zdolność do samodzielnego i krytycznego myślenia. Rację zawsze mają ci, których my popieramy. Zdarza się nam zapominać, że to nie od nas świat się zaczyna, a dobro, które stworzyli inni, działający być może pod odmiennym szyldem, jest trwałą wartością, której nie wolno umniejszać, dyskredytować czy wręcz ośmieszać. Ile twórczego potencjału, czasu i pieniędzy traci się w ten sposób? Po co posądzać innych o złą wolę, nieczyste intencje? Czy nie można już na początku poprosić o wyjaśnienie problemu, jeśli czegoś nie rozumiemy? Warto ocalić z wypowiedzi drugiego człowieka każdą cząstkę dobra, poszukać punktów wspólnych. Może to otworzy nas na myślenie, że można do problemu podejść inaczej. Zachowując otwarty i przyjazny stosunek, łatwiej jest także skorygować, poprawić i wyprowadzić z błędu. Nie trzeba, zgadzając się na różnice poglądów, twierdzić, że prawda nie istnieje, że wszyscy w równym stopniu mają rację. Uwzględniając istnienie wielu różnic, czy można człowieka o odmiennych poglądach traktować jak osobistego wroga? Czy to, że ktoś na przykład zawiódł albo popełnił błąd, oznacza, że należy dyskredytować go jako osobę i przekreślać jego dotychczasowy dorobek?
Należy strzec się totalizowania w myśleniu. Istnieje wiele płaszczyzn spotkania, wiele tematów, które nas jednoczą, choćby dobro człowieka, szacunek dla prawdy i wolności, dążenie do sprawiedliwości i pokoju. Naprawdę te liczne wartości wspólne, przy uwzględnieniu różnic, pokazują, że można i należy coś razem budować. Człowiek to ktoś więcej niż jego poglądy, nawet wtedy, gdy są inne od naszych. Można pięknie się różnić. Nigdy wcześniej nie było i nigdy później nie będzie na świecie człowieka takiego, jak każdy z nas.
Krzysztof Ołdakowski SJ
Można, ale nie jest to łatwe. Kontakty z ludźmi, którzy mają inny niż mój system wartości, odmienne poglądy polityczne, priorytety, sposób bycia wymagają pewnego wysiłku. Czasem zbyt dużego. Jeśli nie muszę, nie kontaktuję się z tymi, którzy mnie irytują, gorszą, których trudno szanować ze względu na ich sposób bycia, zachowanie, których poglądy są mi obce, wrogie lub zawstydzające. Podziwiam osoby konsekwentne w swoim działaniu i działające etycznie, nawet jeśli inaczej myślą. Szanuję ich, słucham, uczę się od nich, ale zachowuję odpowiedni dystans. Lgnę natomiast do tych, z którymi dobrze się czuję, którzy lubią te same książki, filmy, potrawy, a jednocześnie wnoszą w moje życie nowe wartości, dają cenne rady. Może jest to filozofia inżyniera Mamonia z filmu Rejs: „lubię piosenki, które znam”, ale tu chodzi o moje samopoczucie, przyjemność czerpaną z życia poza pracą. Im jestem starsza, z tym większym komfortem dobieram sobie osoby, z którymi chcę przebywać. Ludzie, którzy się diametralnie różnią, nie słuchają drugiej strony, a w skrajnych przypadkach nawet sobą gardzą. Można się „pięknie różnić”, ale tylko wtedy, gdy cele wyższe przedkładamy nad osobiste animozje.
Mam w radiu koleżankę, za którą nie przepadam. No cóż, bywa i tak. Do dziś drażni mnie sposób jej bycia i zachowania. Ta niechęć jest obopólna. Unikam jej, ale kiedy musimy razem pracować, zawsze skupiamy się na zadaniu. Obie wiemy, że możemy na siebie liczyć i że zrobimy wszystko, aby audycja wypadła jak najlepiej. Antena radiowa jest dla niej, podobnie jak dla mnie, święta, a słuchacz najważniejszy. Szanuję ją w pracy, choć nie różnimy się pięknie.
Małgorzata Kownacka
To wcale nie jest łatwe. Łatwiej nam zrozumieć i polubić ludzi podobnych do nas. To z nimi czujemy się bardziej komfortowo, a przede wszystkim bezpiecznie. A ci różni od nas? Są inni, dziwni i niezrozumiali, trudno im zaufać, dlatego staramy się zrobić wszystko, aby ich odrzucić, obniżyć ich wartość i zepchnąć na margines.
W pierwszych latach pracy często miałem do czynienia z młodzieżą „niedostosowaną”. Nie dawali sobie rady z nauką i nie przestrzegali zasad obowiązujących w szkole. Spośród wielu „niepokornych” zapamiętałem jednego. Łukasz chodził do trzeciej klasy liceum i miał problem z ocenami oraz zachowaniem. Na lekcjach odważnie wyrażał własne zdanie, co w końcu zaowocowało jedynkami z języka polskiego. Po prostu nie podzielał jedynych słusznych poglądów nauczyciela. Jego wrażliwość była niezgodna z programem nauczania. Szybko zdobył opinię ucznia „niedostosowanego”, o którym nauczyciele wyrażali się z niechęcią, proponując mu przeniesienie się do szkoły zawodowej. W moim ośrodku zawsze kierowaliśmy się zasadą, która mówiła o szacunku dla odrębności i inności. Normą były więc dyskusje, podczas których można było zaprezentować skrajnie różne światopoglądy, filozofie i przekonania, słuchaliśmy różnej muzyki, rozmawialiśmy o różnej literaturze i sztuce. Prowadziliśmy też zajęcia rozwojowe z pogranicza sztuki, literatury, teatru i muzyki. Łukasz szybko pokazał nam swoje talenty. Najpierw okazało się, że świetnie pisze. Wygrał konkurs poetycki, a jego wiersze ukazały się drukiem. Zobaczyliśmy też, że świetnie maluje i ma duże zdolności aktorskie. Jednym słowem był niezwykle zdolnym młodym człowiekiem. Po wielu latach, kiedy byłem we Wrocławiu, podszedł do mnie młody mężczyzna. Wydawał się znajomy.
– Czy mnie pamiętasz? – zapytał. – Jestem Łukasz. Spotkaliśmy się w ośrodku. Byłem jednym z „niedostosowanych” – dodał z uśmiechem.
– Jasne, co u ciebie? – zapytałem, ciekawy, jak potoczyły się jego losy po szkole średniej.
– Chyba nieźle. Skończyłem Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, teraz mieszkam w Nowym Jorku i mam własną galerię, w której wystawiam. Miałem też kilka wystaw malarstwa na świecie, a do Wrocławia przyjechałem po raz kolejny, by zrobić scenografię do jednego z festiwali. Jak na „niedostosowanego”, który był bliski porzucenia szkoły, to chyba nieźle – zaśmiał się. – A tak na poważnie, to dziękuję, że wtedy uszanowaliście moją odrębność i inność.
Pomimo różnic warto się szanować.
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
Samotność jest doświadczeniem ambiwalentnym. Z jednej strony lękamy się jej i uciekamy przed nią, a z drugiej poszukujemy jej, chociażby po to, aby odpocząć od zgiełku miasta i dzwoniących ciągle telefonów. Kto nie chce czasami uciec do lasu i schować się przed światem? Położyć się na ziemi, aby poczuć, jak oddycha? Samotność sprzyja skupieniu na tym, co najważniejsze. W głębi swojego „ja” każdy jest samotny. Są takie przestrzenie w człowieku, do których nikt nie może podążyć. Nie dlatego, że nie chce czy że my na to nie pozwalamy. Po prostu jest to niewykonalne. Nie należy narzucać komuś roli, której on nie jest w stanie spełnić. Nie powinniśmy wiązać z drugim człowiekiem nadmiernych oczekiwań. Gdy traktujemy kogoś jak lekarstwo na samotność, instrumentalizujemy go i zadajemy mu ból. Żaden człowiek nie zna drugiego do końca, dlatego życie jest „samotnym rejsem”. Ta świadomość rodzi pewne napięcie, którego wielu ludzi nie potrafi albo nie chce unieść. Szukają oni rozmaitych form zewnętrznej stymulacji, by złagodzić ból. Jak się to robi? Na wiele sposobów. Podkręcając tempo życia albo sięgając po rozmaite dopalacze. Kiedy przesadnie dbamy o wyniki pracy i sukces w życiu, szybko stajemy się zmęczeni, wypaleni… a nawet podobni do siebie, prawie jak maszyny. Są zatem samotności oczekiwane i te, przed którymi uciekamy i których się boimy. Istnieje także samotność ostateczna, która odziera nas ze złudzeń, ale jednocześnie pozwala doświadczyć przejrzystości egzystencji. Przeżywamy ją w chwili śmierci. Jako częsty świadek odchodzenia człowieka, dziwię się temu, jak niepostrzeżenie życie wymyka się nam z rąk. Rzadko jesteśmy w stanie to uchwycić. Umieranie oznacza bezgraniczną samotność. Powszechne przeżywanie samotności ma zatem swoją głęboką, radykalną przyczynę, można powiedzieć nawet nieskończoną. Ten rodzaj samotności święty Augustyn opisał w zdaniu: „niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie”. Tylko On, Bóg, odpowiada na ostateczną samotność. I to jest powodem, dla którego czujemy się ostatecznie samotni.
Krzysztof Ołdakowski SJ
Samotność we dwoje? Samotność chorych, starszych, dzieci? Samotność weekendowa, z wyboru? Ilu ludzi, tyle samotności, bo każdy tak naprawdę jest sam. Jedni czują się w takim stanie jak ryba w wodzie, inni odczuwają lęk przed samotnością, a właściwie osamotnieniem. Pęd życia, pogoń za pieniędzmi, sławą czy zamknięcie się we własnym pokoju z komputerem i jedzeniem – czynią nas samotnymi. Do radia piszą i dzwonią przede wszystkim ludzie samotni, często chorzy, niepełnosprawni, pozbawieni towarzystwa. Nie było to ich życzeniem. Niewielki procent stanowią ci, którzy chcą dostać maskotkę „Lata z radiem”, wygrać w konkursie książkę lub jakiś gadżet. Znikoma liczba, ale za to bardzo dotkliwa, to ci, którzy w esemesach rozładowują swoje frustracje. Czynią to w sposób niewybredny, ordynarny, czasem okrutny. Tych ostatnich zaliczyłabym do osamotnionych. Oddzwoniłam do kilku z nich, pytając, dlaczego tak emocjonalnie zareagowali, o co im właściwie chodzi i czy mogę im jakoś pomóc. Zdumieni słuchacze odpowiadali, że potrzebowali się wygadać, odreagować stres, i zawsze przepraszali za niegrzeczny esemes. Ktoś mi kiedyś poradził: zanim zdecydujesz się być z kimś, naucz się być sam. Samotność to znak naszych czasów. W biegu, chaotycznych, z nadmiarem bodźców wylewających się z prasy, radia, telewizji i Internetu. Zwłaszcza Internet, skądinąd pożyteczny wynalazek, czyni samotność powszechną. Zamknęliśmy się we własnych domach, ślęczymy przed ekranem po 10–12 godzin. Tu podglądamy życie gwiazd, uprawiamy wirtualny seks, a gdy „chce się” nam do drugiego człowieka, to nawiązujemy kontakty z podobnymi do nas – ofiarami Internetu. Zagłuszyliśmy swoje wnętrze. Zaczytywałam się kiedyś w Sprawach ludzkich profesora Jana Szczepańskiego. I do wszechobecnej samotności pasują jego słowa: „Cisza i milczenie wywołują natychmiastowe poczucie pustki, nudy, niepokoju. Bo większość współczesnych nie ma samym sobie nic do powiedzenia. A w dodatku dopadają nas ponure myśli na własny temat: nic nie jestem wart, zmarnowałem życie, taki jestem zwyczajny, pusty, tandetny”. Nie chcę nikogo zmuszać do podjęcia drastycznych kroków. Samotność to wielka pokusa, zachęcam więc do rozmowy o dobrych i złych stronach samotności. Rozmowy sam na sam ze sobą i rozmowy z drugim człowiekiem, który siedzi naprzeciwko, albo przytula się do nas tu i teraz.
Małgorzata Kownacka
W czasach gdy mamy dostęp do Internetu, a dzięki niemu do portali społecznościowych typu Nasza klasa, Facebook czy LinkedIn, a w konsekwencji – wielu znajomych na całym świecie (listy po kilka tysięcy znajomych), chyba nie powinniśmy czuć się samotnie? Przecież codziennie wymieniamy dziesiątki informacji, śledzimy życie innych, oglądamy zdjęcia z ich domów, wakacji, ślubów czy imprez, opisujemy własne doświadczenia, pasje… Jednym słowem spędzamy z wirtualnymi znajomymi wiele godzin. Dlaczego zatem tak wielu ludzi odczuwa samotność? Mam wrażenie, że łatwość nawiązania kontaktu, dodania kogoś do listy znajomych, pokazania innym swojego zdjęcia czy podzielenia się swoją opinią buduje przekonanie, że wokół jest wielu ludzi zainteresowanych naszą osobą. Niestety, często są to jedynie złudzenia, które sami sobie fundujemy.
Erich Maria Remarque powiedział kiedyś, że samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa. W swoim życiu spotkałem wielu samotnych ludzi. Samotnych we dwoje, w związku, w rodzinie, w grupie, w firmie, w tłumie. Zresztą mam wrażenie, że ta liczba samotnych rośnie, tak jak listy pozornych znajomych.
Myślę, że samotność zaczyna się w nas i karmi się brakiem pomysłu na życie, na siebie, brakiem przyjaźni i akceptacji, miłości i zaufania. Wiele osób winą za swoją samotność obarcza innych. Zresztą pamiętam, jak sam karmiłem swoim młodzieńczym bólem swoją samotność. Z własnego doświadczenia wiem również, że bycie samemu nie oznacza automatycznie bycia samotnym. Zrozumiałem to, kiedy zaprzyjaźniłem się ze sobą. Zacząłem zauważać, że to ja jestem tą osobą, z którą spędzam najwięcej czasu, a jeśli nie lubię swojego towarzystwa, to uciekam w cierpienie samotności.
Zamiast dodawać kolejną setkę ludzi do listy znajomych, zacznijmy od zaprzyjaźnienia się ze sobą, a potem z kilkoma wybranymi osobami…
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
Dla niektórych ludzi powiedzenie, że powinni kochać siebie, jest równoznaczne z zachętą do egoizmu. Nie chcą o tym słyszeć. Przecież z egoizmu należy się leczyć. I słusznie. To poważna choroba ludzkiej duszy. Budzi w nas poczucie, że jesteśmy najważniejsi i że wszystko nam się należy. Nie pozwala żyć naprawdę ludziom będącym obok nas. Nawet dość pobieżna znajomość zasad psychologii jasno wskazuje, że nasz stosunek do innych jest sumą tego, co odczuwamy w stosunku do samych siebie. Część osób jest niezdolna do kochania i przyjęcia innych tylko dlatego, że nie mają dobrej relacji ze sobą. Nie umiejąc żyć w zgodzie z własnym wnętrzem, okazują się niezdolni do dobrego i owocnego bycia „na zewnątrz”. Powinniśmy w dojrzały i mądry sposób kochać samych siebie. To podstawa naszego zdrowia emocjonalnego i duchowego. Wyraża się ono na wiele sposobów. Najpierw przez akceptację siebie takiego, jakim się jest, a więc swojego wyglądu, temperamentu i wrażliwości. Miłość ta obejmuje również zgodę na swoje życie. Nie jestem tutaj przez przypadek, tym bardziej przez pomyłkę. Jestem chciany. Już dzięki temu, że istnieję, moje życie stanowi wartość. Oceniam ją przede wszystkim przez to, kim jestem i kim się staję, a nie przez to, co udaje mi się osiągnąć. A więc nie poprzez kryterium wysokiego usadowienia się w drabinie społecznej, która ocenia w oparciu o sukces intelektualny czy materialny. To wezwanie obejmuje także zgodę na historię życia, z jej błędami i słabościami. Trzeba także okazywać sobie cierpliwość i miłosierdzie. Oprócz pojednania z Bogiem, bardzo potrzebne jest nam wybaczenie sobie popełnionych grzechów. Miłość samego siebie to nie tylko czysto ludzka zdolność, ale również wezwanie religijne. To spojrzenie na siebie oczami Boga. Przyswajając sobie to spojrzenie, jesteśmy zdolni w podobny sposób spojrzeć na innych, właśnie tak, jak On patrzy na nas. Często wyglądamy bliźniego z oddali, słusznie myśląc o najbardziej potrzebujących. Nie zapominajmy jednak, że jest on bliżej nas, niż nam się wydaje. To my sami jesteśmy bliźnimi dla siebie.
Krzysztof Ołdakowski SJ
„Kocha siebie z wzajemnością” – mówimy z przekąsem o egoiście, sobku, który przede wszystkim myśli o własnych korzyściach, przyjemnościach, zachciankach, a nawet nie zawaha się po trupach dążyć do celu. Takich ludzi jest wielu. Często jest i tak, że kochamy innych, nie kochając siebie. Stawiamy się w ten sposób na straconej pozycji. W efekcie odczuwamy gorycz, smutek, złość na niewdzięcznika czy niewdzięczników, bo miłością możemy obdarzyć nawet cały świat.
Jurek od dziecka był znany ze swej uczynności. Chętnie pomagał innym. Był serdeczny wobec słabszych, dobry dla bliskich. Dziewczyny lubiły jego towarzystwo, wiedziały, że można na nim polegać. Całe życie starał się nie zawieść rodziców, z wyróżnieniem skończył studia. Ożenił się i wszyscy zazdrościli jego żonie i dzieciom. Nadskakujący mąż, kochający ojciec, zawsze na miejscu. Zarobił, zaopiekował się, nawet nauczył się być „złotą rączką”. Nagle, gdy dzieci dorosły, żona zaczęła wyjeżdżać z koleżankami na wycieczki zagraniczne. Jurek usłyszał, że nie jest atrakcyjnym partnerem. I gdy córki wyfrunęły z gniazdka, małżonka zapragnęła odpoczynku i wolności. Wyznała, że miłość Jerzego ją przytłoczyła, stłamsiła. Wtedy spytał sam siebie, czy kochał naprawdę. Z pomocą psychologa uświadomił sobie, że kochał, ale przede wszystkim chciał się przypodobać, być ceniony, lubiany, potrzebny. Zrodziło się to w dzieciństwie. Ojciec był wobec niego bardzo wymagający. Jurek bardzo chciał być kochany i bardzo się starał. Teraz, na stare lata, został sam. Bliscy zapomnieli o nim niemal z dnia na dzień. Nie jest im już potrzebny, nie może pomóc, wyręczyć… Żałuje, że nigdy nie myślał o sobie, że zawsze inni byli na pierwszym miejscu, nawet jeśli było mu to nie na rękę. Tak bardzo szukał potwierdzenia, że jego wysiłki są dostrzegane i doceniane. I bezwiednie szkodził. Sobie i najbliższym. Warto pozwalać sobie na drobne przyjemności, widzieć własne zalety i cieszyć się z osiągnięć. To nie czyni nas sobkami, bufonami, egoistami. Dzięki temu stajemy się silni, świadomi swoich możliwości. Jeśli mądrze kochamy, a przynajmniej lubimy siebie, łatwiej, prawdziwiej, szczerzej możemy ofiarować swoją miłość innym. Bezwarunkowo.
Małgorzata Kownacka
Jestem przekonany, że nie da się kochać innych, nie kochając siebie, chociaż zrozumienie tego zajęło mi wiele lat. Zostałem wychowany, zapewne tak jak wiele osób, w przeświadczeniu, że myślenie o sobie to przejaw egoizmu, a kochanie siebie to co najmniej początek narcyzmu… nawet nie wypada o tym przy innych głośno mówić. Dziś wiem, że nie można ciągle siebie pomijać czy też obwiniać za chęć zajęcia się sobą. Pamiętam, że jako młody chłopak przekonywałem dziewczynę, z którą chodziłem, by nie myślała o sobie źle, bo przecież jest cudowna, a ja kocham ją taką, jaka jest. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem:
– A siebie też tak kochasz? Kochasz siebie takim, jaki jesteś?
– No, ale to inna sprawa… – zacząłem się tłumaczyć.
– Tak – odpowiedziała. – Sam siebie nie kochasz, a mi zabraniasz tak myśleć o sobie, twierdząc, że jeśli ty mnie kochasz, to już wystarczy. To mi nie wystarcza. To tak, jakby połowy mnie nie było. A poza tym, co będzie, jeśli mnie opuścisz? Kiedy zostanę sama, kto będzie mnie kochał?
Nie mogłem znaleźć sensownej odpowiedzi, bo z jednej strony czułem, że miała rację: powinniśmy kochać siebie. Ale co z tym egoizmem, narcyzmem… Przecież nawet nie wypada mówić o sobie dobrze. A z tą miłością do siebie, szczególnie u mężczyzny, to jakieś nieporozumienie. Z czasem jednak zacząłem coraz częściej zauważać, że egoizm i kochanie siebie to dwie różne sprawy. W miłości do siebie jest jakaś niezwykła tajemnica akceptacji, dawania siebie innym takimi, jakimi faktycznie jesteśmy, prawdziwych, całych, bez wstydu, że mamy potrzeby, pragnienia, że zasługujemy na uczucie. Dla mnie było to niezwykłe odkrycie. Dopiero wtedy zrozumiałem przykazanie, które bezmyślnie powtarzałem przez całe lata: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Kiedy pokochamy siebie, dużo łatwiej, a jestem również przekonany, że dużo pełniej, jesteśmy w stanie kochać innych. Mamy wtedy wrażenie, że dajemy im siebie jako kogoś, kto jest wartościowy i wart miłości.
Czy można kochać innych, nie kochając siebie? Myślę, że można próbować, ale to trudne i smutne.
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
Dzisiaj w zasadzie można napisać oraz powiedzieć o każdym wszystko, co się chce, bez najmniejszych konsekwencji. Im ostrzej, tym lepiej. Nie ma skutecznych narzędzi obrony. Zrzucenie z piedestału uznanego autorytetu, albo przynajmniej przyłożenie mu, jest źródłem słodko-gorzkiej satysfakcji. Nie odczuwamy już pewnego smutku, że ktoś zawiódł i okazał się inny, niż przypuszczaliśmy. W przestrzeni publicznej, a także w codziennych relacjach, odwykliśmy od mówienia o innych dobrze. Jakoś nie wypada, bo zostaniemy posądzeni o schlebianie, lizusostwo i chęć załatwienia czegoś dla siebie. A więc jeśli już wypowiadamy się na temat innych, to zdecydowanie krytycznie, bo na tym tle również i my wyglądamy korzystniej. Wielkim współczesnym wrogiem plotkowania jest papież Franciszek, który mówi o nim jako „obdzieraniu ze skóry” i wymienia trzy jego etapy. Na początku plotka wydaje się niewinna, wręcz zabawna. Rozsiewając dezinformację, wyrażamy jedynie połowę prawdy, tę, która nam odpowiada, ale drugą przykrywamy. Nie mówimy o niej, ponieważ jest dla nas niewygodna. Obmowa niesie ze sobą chęć zniesławienia. Kiedy jakiś człowiek uległ słabości, nie radzi sobie z jakąś wadą, uczynił coś złego – istnieje w nas silne wewnętrzne parcie, aby „zabawić się w dziennikarza”… I wtedy zaczynamy niszczyć opinię o człowieku. Oszczerstwo, czyli mówienie rzeczy nieprawdziwych, powoduje z kolei, że zabijamy człowieka słowem! Wszystkie te trzy elementy: dezinformacja, zniesławienie i oszczerstwo, są stopniowym wchodzeniem w plotkę. Ma ona oczywiście swoje źródło, ale jest ono trudne do zidentyfikowania. Plotkę się rzuca, a wtedy ona zaczyna żyć własnym życiem. Różne rzeczy się do niej dokleja. Na ogół kłamstwa i stereotypy. Bardzo ostrożnie należy podchodzić do domysłów, przypuszczeń, tym bardziej plotek na temat innych ludzi. Potrafią one wyrządzić wiele krzywdy; mogą skazać nawet na śmierć cywilną! Trzeba też ostrożnie formułować opinie o innych. Ogromnie ważne pozostaje dzisiaj spajanie wartości: prawda tak, również ta przykra, wolność wypowiedzi jak najbardziej, ale również dobre imię, ludzka godność oraz przyszłość człowieka i jego bliskich.
Krzysztof Ołdakowski SJ
Kochamy plotki. Są intrygujące, ekscytujące, podnoszą poziom adrenaliny, bywają niezawodną receptą na nudę. Uwielbiamy słuchać historyjek, często nieprawdziwych, i tworzyć własne. Zżymam się, słysząc, że w każdej plotce jest ziarno prawdy. To sugestia, która może wyrządzić więcej zła niż dobra. Bo plotka bywa jak zabawa w głuchy telefon. Puszczona raz w świat, wraca w zdumiewająco zmienionej formie. Zależy też, na kogo trafi, w kogo uderzy. Może narazić na przykrości, wykluczyć z grupy społecznej, a nawet zrujnować życie. Tylko silni potrafią sobie z brudną plotką poradzić. Coraz częściej wypowiadamy wiele słów bez żadnego zastanowienia. To pokarm dla plotki nadzwyczajny. Są plotkarze świadomi: często perfidni, złośliwi, nastawieni na to, by dokuczyć, zepsuć komuś humor, reputację, oczernić w pracy, w rodzinie. Karmią się oni plotką, czerpią radość z intrygowania. I często nie ma w ich plotce za grosz prawdy! Są też plotkarze nieświadomi: gaduły, które coś wypaplą bez namysłu, bo nie mogą się powstrzymać i najczęściej żałują, gdy historyjka nabiera rozmiarów i pędu i może mieć nieciekawe reperkusje. I tu prawdy nie wykluczam, niestety… Są w końcu plotkarze, którzy „lubią wiedzieć”, co tam u sąsiadów słychać, jak się wiedzie koledze w pracy i ile razy rozwiódł się sławny aktor. Z radością przekazują w towarzystwie plotki o tzw. celebrytach. Tabloidy to ich przyjaciel… Czasem jedyny.
Agata w pracy zachowywała się wyniośle, nie była lubiana, a co za tym idzie – nikt z nią nie chciał współpracować, zwłaszcza że krążyła pogłoska, iż ma zamożnych rodziców. Dobrze ubrana, rozpieszczona jedynaczka, drażniła, wzbudzała wręcz żywiołową niechęć. Jedna z koleżanek nie tylko zaryzykowała współpracę z nią, ale także zaczęła uwypuklać zalety Agaty. Wszem wobec rozpowiadała, że Agata jest sumienna, kreatywna, inteligentna, że praca z nią to przyjemność itp. To była prawda, która – przekazana w formie plotki – zaowocowała. Z korzyścią dla Agaty i kolegów, którzy docenili jej niewątpliwe talenty. Nie znam innych przykładów na dobro wypływające z plotki. Niestety. Chyba że „marketing szeptany”, czyli przekazywanie sobie informacji o dobrych lekarzach (ale nie lekach!), fachowcach, miejscach na wakacje itp. Plotka jest wszechobecna w mediach, przede wszystkim w Internecie. Naiwnie wierzymy w słowa tam napisane i – co najgorsze – bezkrytycznie powielamy plotki. Są ofiary. Osoby, które leczą się z depresji, desperackie samobójstwa i morderstwa popełnione z nienawiści i chęci zemsty. Plotka jest mocna tam, gdzie ludzie są słabi. To pożywka dla sfrustrowanych, niezadowolonych z życia, głupich, okrutnych, bezmyślnych. Rozbiła niejedno małżeństwo, poróżniła przyjaciół, skłóciła dzieci z rodzicami. Współczesna puszka Pandory. Cały czas otwarta, zbiera potężne żniwo. Opamiętanie tkwi w każdym z nas. Jeśli nie damy jej jeść, zmarnieje, zmniejszy się, bo nie łudzę się, że zniknie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto z głupoty, chęci odwetu czy zazdrości puści plotkę o sąsiedzie, przyjacielu, przełożonym. Zawsze będą i tacy, którzy uwierzą i będą puszczać plotkę dalej. Aż urośnie, utyje, rozleje się jak wrzód. Plotka była, jest i będzie. Ta zabawna i ta okrutna. Z domieszką prawdy albo wyssana z palca. Rośnie w siłę. Zdaję sobie sprawę z jej mocy, więc świadomie, choć z trudem, uczę się trzymać język za zębami.
Małgorzata Kownacka
Niektórzy twierdzą, że prawda jest niebezpieczna, ale jestem pewien, że plotka pod tym względem może być dużo groźniejsza. Plotka jest jak nieproszony gość, który przychodzi i niepytany zaczyna czynić spustoszenie w naszym domu.
Chciałbym przytoczyć dwa zdarzenia, które pokazują różne perspektywy w podejściu do plotki. Pierwsza historia rozegrała się kilka lat temu w pewnej firmie. Kiedy zaczynałem współpracę z zespołem, panowała w nim zupełnie przyjazna atmosfera. Sytuacja się zmieniła wraz z przyjściem nowego szefa. Miał on paskudny zwyczaj wysuwania dosyć pochopnych wniosków, niekoniecznie popartych faktami. Jeden z pracowników, Darek, nie stosował się do nowych praktyk, koncentrując się na faktach i swojej pracy. A że był dobry w tym, co robił, postawił na profesjonalizm. Niestety, nie wszyscy podzielali jego punkt widzenia i zaczęły się pojawiać dziwne informacje. A to, że nie zależy mu na nowych projektach, a to, że podważa kompetencje szefa, a to, że nie chce się dzielić informacjami z innymi i wiele innych z pozoru mało istotnych bzdur (tak myślał o nich Darek). Szef przyjął jednak inną postawę i chętnie słuchał doniesień. Kiedy w firmie pojawiły się problemy, za wszystkie niepowodzenia obwiniono właśnie Darka. Mimo jego zapewnień, że to nieprawda, szef i silna grupa popleczników wybrali swoją wersję wypadków. Darek nie wytrzymał nacisków i złej atmosfery, która wokół niego panowała, załamał się i w konsekwencji zwolnił. Niestety, plotka wzięła górę.
Druga historia dotyczy mnie osobiście. Pochodzę z małego miasteczka, w którym ludzie często komunikują się, nie zważając na fakty. Chodziłem wtedy do liceum. Któregoś dnia moja matka przyszła z pracy i poprosiła mnie o rozmowę. Powiedziała mi, że usłyszała sporo rewelacji na mój temat i zachowania moich kolegów. Chciała sprawdzić, co mam w tej sprawie do powiedzenia. Najpierw milczałem. Tłumaczyłem, że nie będę donosicielem, bo większość z tych informacji to plotki. Mama cierpliwie czekała, po czym powiedziała: „Synu, nie lubię plotek, potrafią zrobić ludziom wiele złego. Proszę, pomóż mi jedynie poznać prawdę, tak bym wiedziała, jak mam reagować na plotki”. Przekonała mnie i, chociaż nie byłem zbyt wylewny, zawsze, kiedy mnie o to prosiła, weryfikowałem informacje, które przekazali jej „życzliwi”. Moja matka nie słuchała plotek, a ja nigdy nie kłamałem. Taki mieliśmy układ.
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
Nadzieja w pewnym sensie jest „matką” głupich. Pozostaje nieuchwytna. Nie da się jej posiąść jak rzeczy. Aby się na nią otworzyć, trzeba wychylić się poza siebie, bo ona nas przekracza. Tylko ktoś może dać nam nadzieję: drugi człowiek albo Bóg, ten, do kogo mamy zaufanie i kogo kochamy. Zdarza się, że mylimy nadzieję z życzeniami: „chciałbym, aby pogoda była lepsza”, „chciałbym, by przestało mnie boleć”. To nadzieja na lepsze jutro. Mamy wiele życzeń, a nasze oczekiwania są uwikłane w codzienne potrzeby. Wyrażają chęć zapanowania nad różnymi przeciwnościami. Gdy rzeczy układają się nie po naszej myśli, jesteśmy rozczarowani. Okazuje się wtedy, że nasza nadzieja po raz kolejny stała się iluzją. Nadzieja to coś zupełnie innego niż zdolność pozytywnego myślenia, że musi być dobrze. To coś więcej niż przekonanie, że zła passa musi się w końcu odwrócić. Nadzieja niesie w sobie zaufanie, że spełni się coś, ale zgodnie z obietnicą, a nie naszymi oczekiwaniami. Pozostaje zawsze otwarta i nie da się bez niej żyć. Potrzebuje jednak konkretnego fundamentu. Nadzieję moglibyśmy porównać do „lotu ptaka”. Ptak, chcąc oderwać się od ziemi i lecieć naprawdę, rozpościera szeroko skrzydła i porusza nimi ze wszystkich sił, a jednocześnie poddaje się ruchowi powietrza. Nadzieja pragnie frunąć. Jest lotem. Wymaga od nas pełnego zaangażowania. Wszystkie członki muszą się włączyć w ten ruch. Prawdziwa nadzieja ma podwójne oblicze. Nie powinna nas alienować z tego świata i kierować wyłącznie w stronę wieczności. Nie może odwracać naszego wzroku od codziennych, indywidualnych pragnień i tęsknot. Nie wolno przenosić nadziei wyłącznie w zaświaty, bo wtedy przestanie być rzeczywista. Równocześnie jednak przekracza siebie. Jest nie do opanowania, sięga dalej, poza ramy doczesności. Ludzkie życie na ziemi nigdy nie będzie do końca spełnione i udane. Nadzieja jest właśnie obietnicą pełni życia. Jest pomostem pomiędzy doczesnością a wiecznością. Nie da się jej nakarmić tylko tym, co tu i teraz.
Krzysztof Ołdakowski SJ
Nadzieja bywa niemądra, ale nie wyobrażam sobie bez niej życia. I nie uważam się przez to za głupszą od innych. Każdy powinien marzyć i dążyć do realizacji swoich planów. Choć mam trudności z marzeniami, to nie z nadzieją! Już samo to słowo brzmi zachęcająco, ma swoją rangę, zawiera intrygujący element niepewności. Nadzieję można mieć, ale można ją utracić. Nie ma to nic wspólnego z mądrością. To stan, pragnienie, by coś się spełniło. Nadzieja jest najważniejsza, gdy walczymy o zdrowie swoje lub najbliższych. Pan Stefan wyzdrowiał, bo rodzina wierzyła, że nie umrze, pomimo że rokowania były okropne. Wiara bliskich dała mu nadzieję, zachęciła do walki o życie. Nadzieję na życie wieczne mają osoby wierzące. Nie śmiałabym powiedzieć, że zadają się z matką głupich. Prawo do nadziei ma także gracz w totolotka! A niech ma! Jeśli nie wydaje na ten cel zbyt dużych pieniędzy i nie zaciąga długów na konto przyszłej wygranej. Bezmyślnie zdarza nam się powiedzieć: „nadzieja jest matką głupich”, gdy coś nam się nie uda, nie doprowadzimy czegoś do końca, mamy nadzieję w sprawach z góry skazanych na niepowodzenie. Wyrugowałabym je z naszej codzienności. Nie obdarzałabym nadziei brzydkimi epitetami. Widzę i czuję w niej siłę. Nie chcę, by się poddawała. Jakże często to właśnie nadziei zawdzięczamy swoje osiągnięcia. Pielęgnuję „moją” nadzieję, bo jest jak roślina, na którą lubię patrzeć każdego dnia i czekać, aż zakwitnie. Nie pozwalam jej dusić się na półce pod warstwą kurzu. Spersonifikowałam ją, bo jest jak człowiek. Z wszystkimi zaletami i wadami. Zależy mi na jej obecności. I, może naiwnie, ale zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój i dodają otuchy (nadziei) słowa dobrego wojaka Szwejka: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.
Małgorzata Kownacka
Jestem pewien, że nadzieja to jeden z największych skarbów, którego nie wolno nam zmarnować. Skąd zatem to stwierdzenie, że nadzieja cechuje głupców? Czyżby tylko naiwni i niespełna rozumu byli w jej łaskach? Myślę, że często jest ona stawiana w tym samym rzędzie, co naiwność, łatwowierność czy po prostu głupota i brak umiejętności realnej oceny sytuacji. I chociaż, przyznaję, czasem faktycznie nadzieja ociera się o te stany, trwamy w niej wbrew faktom, dotychczasowym założeniom lub nawet logice, ale to właśnie dzięki niej tak wielu ludziom udało się osiągnąć rzeczy z pozoru niemożliwe. Spotkałem ludzi, którzy dzięki swojej nadziei zdobyli miłość, doczekali się dziecka, zdobyli pracę, odzyskali zdrowie, pojechali na wyprawę dookoła świata, odzyskali utracone relacje z rodziną, napisali książkę, zrealizowali marzenia i wiele niezwykłych, czasem wręcz niewiarygodnych rzeczy. Osiągnęli to, często słysząc od innych, że to nierozsądne, by żywili nadzieję na realizację swoich mrzonek.
Wśród takich sytuacji jedna znalazła szczególne miejsce w mojej pamięci. I chociaż jest to zwykła historia, jakich wiele, dla mnie stała się synonimem nadziei, jaką warto mieć w relacjach partnerskich. Robert zakochał się w dziewczynie, jak to się mawiało, już „zajętej”. Nie dawał za wygraną. Mówił, że znalazł miłość swego życia, więc poczeka tyle, ile będzie trzeba. Jola miała chłopaka, ale – jak stwierdził Robert – zupełnie do niej nie pasował. Kwestią czasu miało być jego zniknięcie z jej życia. Czas jednak widocznie nic o tym nie wiedział albo zupełnie nie rozumiał sytuacji. Jola, chociaż wiedziała o uczuciu Roberta, przez kolejne lata była z fatalnym (zdaniem Roberta) facetem. Większość by odpuściła, ale nie on. Z jakąś wewnętrzną pogodą czekał, a kiedy od znajomych słyszał, żeby nie robił sobie niepotrzebnej nadziei, odpowiadał: „To jest dokładnie ta kobieta, z którą chcę spędzić resztę życia. Bardzo ją kocham i szanuję jej wybory. Każdy potrzebuje sprawdzić swoje decyzje. Wiem, że muszę poczekać, a jeśli chodzi o nadzieję, to z każdym dniem mam jej więcej, bo wiem, że już niedługo będziemy razem”. Wszyscy tylko kiwali głowami. Po trzech latach Jola rozstała się z chłopakiem. Robert skomentował to krótkim: „a nie mówiłem” i spokojnie, jak dotąd, pełen nadziei czekał na odpowiednią chwilę. Ta nastąpiła dopiero po dwóch kolejnych latach, jako że Jola miała dość związków. Robert zaczął coraz częściej bywać u niej jako gość, aż w końcu zaczęli razem „chodzić” i Jola faktycznie odwzajemniła jego uczucie. Po kilku latach wzięli ślub. Dziś są bardzo dobrym małżeństwem, mają dwoje cudownych dzieci. Kiedy czasem się spotykamy, wspominamy ten czas i z Jolą zawsze podziwiamy Roberta za jego pokłady nadziei, które miał i nadal ma w sobie. A on, jak zwykle, mówi: „To było proste. Codziennie rano moja nadzieja mówiła mi: «przecież ją kochasz i wiesz, że ona też cię pokocha, a kilka dni, miesięcy czy lat nie robi żadnej różnicy»”.
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
Czy starość udała się Panu Bogu? Jeśli uważamy Go za tego, kim jest naprawdę, to nie możemy mieć wątpliwości! Starzenie się to powolne wstępowanie na szczyt góry, za którym jest już tylko niebo. Bez względu na wiek i uciążliwości z nim związane, to, co najpiękniejsze, jest dopiero przed nami. W starości człowieka opuszczają siły fizyczne, potrzebuje opieki, zmaga się z różnymi chorobami. To może powodować przygnębienie i zniechęcenie. Co jest oznaką złego starzenia się? Na pewno narzekanie na obecne czasy, które poprzez rozmaite przemiany kulturowe i technologiczne są nam coraz bardziej obce. Także ciągłe wytykanie młodym ludziom, że są gorsi, niż my byliśmy w ich wieku: „oni myślą o karierze, a my umieraliśmy za ojczyznę”. Problemem jest także skłonność do ciągłego upominania innych, takie wychowywanie do bólu. Niektórzy wręcz nie pozwalają swoim bliskim pójść własną, niepowtarzalną drogą. Trzymają ich na uwięzi i szantażują emocjonalnie. Jeśli dodamy do tego słuszne niezadowolenie z powodu rosnących cen i długich kolejek do lekarza, to mamy pełny obraz ponurej starości.
Znałem kiedyś Annę, uroczą staruszkę, kobietę dość „rozrywkową”. Była osobą pełną uroku osobistego, pokoju ducha oraz przyjaznego stosunku do ludzi. Potrafiła z nutką nostalgii opowiadać o swoim szczęśliwym dzieciństwie i młodości spędzonej w rodzinnej wiosce. Miała wielkie serce, które przygarniało innych. Zapamiętam ją jako krzątającą się z wielką troską po mieszkaniu, aby każdego jak najlepiej ugościć. Była obdarzona radością życia, umiała cieszyć się obecnością przyjaciół. Miała także pogodne usposobienie, zdrowy dystans do siebie, własnych poglądów i nawet wieku. Umiała okazywać uczucia. Wiele razy słyszałem od niej, że jestem kochany. Nie były to tylko słowa. To było widać w jej uśmiechu, gestach i w oczach. O swojej śmierci potrafiła opowiadać bez zażenowania, naturalnie i otwarcie. Używała w odniesieniu do niej słowa „zgasnąć”. Jakby chciała powiedzieć, że jest ona jedynie snem, z którego zostaniemy zbudzeni do nowego życia. Oto wspaniała perspektywa starości.
Krzysztof Ołdakowski SJ
To pytanie rodzi natychmiast następne. Czy jest magiczna granica młodości i starości? Kiedy ją przekraczamy? Dlaczego jedni uważają, że młodości nabywa się z wiekiem, a inni zamartwiają tym, że tak szybko przemija? Od wielu lat na świecie panuje kult młodości. Ośmielam się nawet stwierdzić: terror młodości. Starość postrzegana jest jako brzydka i bezwartościowa. Wzdychamy, że starość się Panu Bogu nie udała, gdy przychodzi nam zmierzyć się z chorobą najbliższych. Nie mamy do nich cierpliwości, serca, stają się „kłopotliwym podarunkiem” od losu. Każdy z nas będzie kiedyś stary. Dobrze jest z wdziękiem przyjmować kolejne urodziny. Do dziś miło wspominam podsłuchaną w parku rozmowę:
– Józek, starzejemy się – westchnął starszy, zadbany pan.
– To twój problem, Marian, bo ja już jestem stary – odpowiedział przystojny równolatek. I roześmiali się radośnie. Ja też. Jestem przekonana, że obaj panowie nie narzekają na samotność, są mile widziani w każdym towarzystwie.
Wiekowi słuchacze zwierzali mi się: „Młode pokolenie nie ma dla starszych czasu, szacunku, serca. Mamy odczucie, że nami gardzi. Młodzi stają się coraz bardziej bezwzględni, jakby nie docierał do nich fakt, że będą kiedyś w naszym wieku”. Zamiast narzekać, powinniśmy wyjść młodym naprzeciw. Zagadać, wysłuchać i nie zrażać się, gdy młody człowiek od nas ucieknie. Młodzi stronią od starszych, bo zakładają, że „dziadek będzie truł”. A dzisiejsi dziadkowie, płci obojga, są obeznani z Internetem, wiedzą wszystko o piłce nożnej, chodzą na najnowsze filmy, na koncerty rockowe i znają przepisy kulinarne, jakich świat nie widział! Moja mama, kobieta oczytana, mądra, nie nauczyła się korzystać z komórki, komputera, więc jej imponująca wiedza przestała w pewnym momencie wystarczać wnukom, ale zawsze z wielką przyjemnością słuchali opowiadanych ze swadą i humorem opowieści rodzinnych. Choć podśmiewali się dobrodusznie z jej awersji do cyfryzacji, darzyli ją miłością i szacunkiem. To od seniorów zależy, czy będą mieli z młodymi dobre relacje, czy nie będą mieć żadnych. Zachęcam obie strony do nawiązania kontaktów. Z obopólną korzyścią. Starość może być piękna, jeśli nie odepchnie od siebie młodości. Powinniśmy postarać się, by każdy rok naszego życia był twórczy, ciekawy, bo nieuchronnie się starzejemy, i indywidualnie, i demograficznie. W 2000 roku dziesięć procent ludności świata stanowiły osoby powyżej 60. roku życia. Do 2050 roku grupa ta zwiększy się dwukrotnie i wyniesie ponad dwa miliardy osób. Wzorem dla wielu nestorów była i wciąż jest olśniewająca laureatka Oscara Audrey Hepburn. Niestrudzona ambasadorka dobrej woli UNICEF mawiała: „Pamiętaj, że kiedy potrzebujesz pomocnej dłoni – jest ona na końcu twojego ramienia. Gdy jesteś starszy, pamiętaj, że masz drugą dłoń: pierwsza jest po to, aby pomagać sobie, druga, żeby pomagać innym”. Polecam książkę-wspomnienie Jacka Dehnela Lala o miłości wnuka do swojej jakże wyjątkowej babci.
Małgorzata Kownacka
Nie wiem, czy starość może być piękna, ale wiem z całą pewnością, że ludzie potrafią być piękni na starość. Spotkałem w swoim życiu wielu takich, którzy niezależnie od metryki wyglądali na zadowolonych, a także wielu sfrustrowanych z powodu swojego wieku. Spotykałem zmęczonych życiem dwudziestolatków i osiemdziesięciolatków pełnych energii i planów na przyszłość. Gdzie zatem leży granica, od której zaczyna się starość? Mam wrażenie, że przesuwa się ona wraz z wiekiem. I chociaż słyszę o starych trzydziesto-, czterdziesto- czy pięćdziesięciolatkach, to myślę, że jest to bardzo indywidualna sprawa. Kiedy mowa o starości, zawsze przypomina mi się pewne spotkanie, które przeżyłem wiele lat temu. Jako młody student, w latach 80., jechałem autostopem. Zatrzymał się mężczyzna w średnim wieku, który odwoził swojego ojca do domu. Jak się okazało, to właśnie jego ojciec nalegał, by mnie zabrał. Dziadek miał dziewięćdziesiąt lat, o czym mnie poinformował z przemiłym uśmiechem, a zarazem dumą, na początku naszej rozmowy. Potem opowiadał o swojej żonie, o dzieciach, o tym, ile przeżył i czego doświadczył. Mówił o tym wszystkim z perspektywy kogoś, kto dzięki tym wspomnieniom, potrafi się cieszyć każdym dniem. W jego oczach widać było błysk zachwytu nad życiem i światem wokół. W pewnym momencie zniżył ton i trochę tajemniczo, jakby dzieląc się sekretem, powiedział do mnie: „a wiesz, synku, że od półtora roku uczę się hiszpańskiego”. I na dowód tego powiedział kilka zdań w tym języku. Niestety, wtedy tego nie rozumiałem i ze zdziwieniem oraz arogancją właściwą dwudziestolatkowi spytałem:
– Ale po co to panu? W wieku dziewięćdziesięciu lat wybiera się pan do Hiszpanii?
– Ależ skąd – odpowiedział z uśmiechem. – Przecież wiesz, jak trudno wyjechać z Polski, a poza tym i tak mnie nie stać.
– Więc po co? – nie dawałem za wygraną.
– Widzisz, są trzy powody. Po pierwsze, dlatego że zawsze chciałem nauczyć się tego języka, to było moje marzenie. Po drugie, teraz mogę, a kiedyś to było trudne, trzeba było mieć pieniądze albo wyjechać, a teraz wystarczy chcieć. Po trzecie, zawsze lubiłem hiszpańskie piosenki, chciałem rozumieć, o czym w nich śpiewają, i teraz to już powoli staje się możliwe. A poza tym, wiesz, mam ogromną przyjemność, że mogę się ciągle uczyć i zaskakiwać młodych, takich jak ty, synku. Przecież póki mamy marzenia i chęć do ich realizacji, życie jest naszym przyjacielem.
Minęło 30 lat, a ja ciągle pamiętam tamto spotkanie i usłyszane wtedy słowa. I mam nadzieję, że nie zapomnę ich na starość.
Marek Sztomberski
Twoja odpowiedź
