Roger Federer. Biografia - Rene Stauffer - ebook

Roger Federer. Biografia ebook

Rene Stauffer

3,9

Opis

Zajrzyj za kulisy życia i kariery tenisowego geniusza!

W wieku, w którym większość tenisistów już od dawna jest na sportowej emeryturze, Roger Federer zgotował swoim fanom comeback rodem z hollywoodzkich filmów. Szwajcar, jedna z najwybitniejszych postaci współczesnego sportu, pokazuje, że nie istnieją dla niego absolutnie żadne ograniczenia.

Rene Stauffer dzięki wyjątkowo bliskim relacjom z tenisistą burzy „czwartą ścianę” i pokazuje jego ludzką twarz. Z biografii wyłania się obraz człowieka, który z trudnego dziecka, karnie pielącego po swoich kolejnych wybuchach furii ogródek stał się oazą spokoju. Zaangażowanego w pomoc innym do tego stopnia, że peany na jego cześć pisze sam Bill Gates. Obraz perfekcjonisty, podczas tenisowych turniejów pracującego jak… szwajcarski zegarek.

Co ukształtowało tenisowego giganta? Jaki wpływ na rozwój jego talentu mieli rodzice? Jak radzi sobie z presją sukcesu, która towarzyszy mu od wielu lat? A wreszcie: jak to możliwe, że mimo niebotycznych sukcesów pozostaje gościem, z którym chciałbyś wyskoczyć po pracy na piwo?

Poznajcie historię Rogera Federera opowiedzianą tak dogłębnie i ujmująco jak nigdy dotąd.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Słowo wstępu

W momencie ukazania się oryginalnego niemieckiego wydania tej książki minęły prawie 23 lata, odkąd po raz pierwszy ujrzałem na korcie Rogera Federera na własne oczy. Były to lata pełne superlatywów i peanów wznoszonych pod jego adresem, pozwalające 15-latkowi stać się mężczyzną, który po i tak niesamowitych już sukcesach dokonał jeszcze bardziej niewiarygodnego comebacku. Czasami mam wrażenie, że to jakaś bajka, że miałem szczęście towarzyszyć tej wyjątkowej karierze tak długo i z tak bliska, jak to tylko możliwe dla dziennikarza. Choć tak naprawdę na początku obrałem zupełnie inny kierunek, a tenis był dopiero moją drugą miłością.

Pierwszą był hokej, a doszło do tego, zanim jeszcze odkryłem klub tenisowy Weinfelden z jego trzema kortami położonymi obok browaru i strumyka, osłoniętymi przez murki i zarośla. Sprawiający światowe wrażenie obiekt – tenis był wówczas jeszcze sportem wyłącznie dla pięknych i bogatych – zadziałał na mnie z magiczną mocą przyciągania, którą potęgował fakt, że sam nie mogłem go trenować. Od wczesnej młodości należałem do klubu hokeja na lodzie, a według moich rodziców członkostwo w dwóch klubach jednocześnie nie wchodziło w grę. Dlatego też ja i mój brat Kurt chodziliśmy na lodowisko, a Jeannine, moja starsza siostra, udzielała się w klubie tenisowym.

Dzięki niej miałem jednak – luźny, bo luźny – związek z tenisem i klubem oraz pretekst, żeby go odwiedzać. Coraz częściej wkradałem się na betonowe stopnie niewielkiej trybuny mieszczącej się na dachu klubowego budynku. Najpierw tylko gdy grała moja siostra, bo przecież nikt by mnie w takim momencie stamtąd nie wyrzucił, ale potem również wtedy, kiedy chciałem obejrzeć innych grających amatorów. Zafascynowany próbowałem zrozumieć ich zagrania i wyobrażałem sobie, że kiedyś sam znajdę się tam na dole i będę odbijał piłki.

Siostra musiała wyczuwać moją tęsknotę. Od czasu do czasu pożyczała mi jedną ze swoich starych rakiet i na dziedzińcu przed domem odbijałem piłki od ściany. Z niewielkiej odległości, jedno odbicie po drugim, aż puls mi szalał, pot lał się strumieniami, a mama wołała mnie na kolację. Rakieta była wspaniałym okazem – wykonana ze szlachetnego, lśniącego drewna, firmowana przez niejakiego Stana Smitha.

Stan Smith? Wtedy było to dla mnie tylko nazwisko, ale takie które rozbudzało moją fantazję. Co wiedziałem w tamtym momencie o świecie tenisa? Nic. Był to czas czarno-białych telewizorów, transmisje sportowe należały do rzadkości, a jeśli już się pojawiały, pokazywano raczej piłkę nożną, narciarstwo, a niekiedy boks. Cóż to były za czasy, gdy cała rodzina spotykała się w jednym pokoju, by mimo senności śledzić, czy może tym razem Cassius Clay zostanie trafiony… Również w gazetach praktycznie nie było miejsca na tenis, w przeciwieństwie do piłki nożnej, hokeja na lodzie, narciarstwa czy Formuły 1.

Nie wiem dokładnie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem telewizyjne migawki z Wimbledonu. Doskonale jednak pamiętam, że kort centralny ze swoimi pełnymi trybunami, idyllicznym, dostojnym parkiem i atmosferą natychmiast mnie zafascynował. Ta sceneria zadziałała na mnie jak objawienie: a więc jednak tenis jest ważny, ma swoich wyznawców, a nawet miejsca kultu. Wimbledon był dla mnie jak katedra, z tysiącami ludzi, którzy – jak ja w klubie Weinfelden – w skupieniu i z fascynacją śledzili lot piłek i walkę pomiędzy dwoma samotnymi przeciwnikami.

Na spokojnych, wypielęgnowanych obiektach sportowych, na których organizacja działała bez zarzutu, a wszystko było na swoim miejscu, dwójka wyjątkowych ekspertów, prezentując sprawność, taktykę, wyczucie piłki, wytrzymałość, siłę nerwów, spryt i postawę fair play, pojedynkowała się za pomocą piłki i rakiet na oczach zafascynowanych widzów. Był to dla mnie rzut oka na świat, o którego istnieniu nie wiedziałem. Przeżyć Wimbledon, choćby raz, myślałem sobie. Kiedy lata później zostałem dziennikarzem sportowym, moja pierwsza relacja nosiła tytuł Bogowietenisa nadciągają do swojej świątyni.

Klub tenisowy Weinfelden ustąpił tymczasem miejsca osiedlu domków jednorodzinnych i został wypchnięty na obrzeża miasta. Czy siedząc w pojedynkę na betonowych stopniach, mogłem przypuszczać, że moim powołaniem będzie obserwowanie z boku, co dzieje się na korcie, że tenisowa karuzela stanie się również moim światem, a turnieje wielkoszlemowe moją drugą ojczyzną? Czy mogłem sobie wyobrazić, że szwajcarski tenis wkrótce ogarnie fala sukcesu, która poniesie i mnie? Że gdzieś w RPA właśnie nawiązuje się relacja, dzięki której pojawi się najbardziej utytułowany sportowiec w Szwajcarii, a ja sam będę miał szczęście przyglądać się z bliska jego rozwojowi – i to na stopie zawodowej – już od czasów juniorskich?

Kiedy na początku lat 80. zaczynałem pisać o tenisie, z fascynacją śledziłem, jak John McEnroe, Boris Becker i Stefan Edberg zostawali mistrzami na trawiastych kortach Wimbledonu i odbierali złote trofea. Gdy w 1985 roku Heinz Günthardt – rok przed bajecznym Wimbledonem Beckera – przedarł się do ćwierćfinału, był to dla Szwajcarii czas rozkwitu, a dla mnie jako reportera naprawdę wielka rzecz. Federer miał wtedy prawie cztery lata. Moje najśmielsze marzenia w tamtym czasie kończyły się na próbach wyobrażenia sobie, jak byłoby pięknie, gdyby Szwajcar znalazł się w Top10 i/lub zdołał dotrzeć do finału turnieju wielkoszlemowego. Choćby raz, i mógłby w nim nawet przegrać…

Jak mógłbym przypuszczać, że pojawi się mój rodak, który na największych Kortach Centralnych będzie triumfował, wzruszał do łez i znajdował się w centrum uwagi? I że do tego będzie jedną z najmilszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem?

Wtedy zaczął się helwecki tenisowy cud. Günthardt, który z powodu przewlekłej kontuzji stawu biodrowego musiał przerwać singlową karierę w wieku 27 lat, był pionierem, wybudził tenis w Szwajcarii z głębokiego snu. Później pojawił się Jakob Hlasek, który pod koniec lat 80. jako pierwszy Szwajcar dostał się do Top 10 i uczestniczył w turnieju Masters. Następny był Marc Rosset, mistrz olimpijski z 1992 roku, który wraz z Hlaskiem wdarł się do finału Pucharu Davisa i został pierwszym szwajcarskim półfinalistą turnieju wielkoszlemowego. W 1997 roku, dzięki 16-letniej wówczas Martinie Hingis, Szwajcaria dołączyła do krajów, których reprezentanci triumfowali w turnieju wielkoszlemowym. W grze pojedynczej wygrała pięć imprez tej rangi i została najmłodszym numerem 1 w tenisie.

A w końcu pojawił się on. Federer. Największy sportowiec, jakiego miał – i pewnie kiedykolwiek będzie miał – nasz mały kraj, i najlepszy ambasador, jakiego można sobie tylko wyobrazić. To, że za sprawą jego siły przyciągania w Szwajcarii pojawił się trzeci triumfator turnieju wielkoszlemowego, Stan Wawrinka, wydaje się niemal surrealistyczne.

Niniejsza biografia jest moją drugą książką o Federerze. Das Tennisgenie (Tenisowy geniusz) została wydana w 2006 roku, była wielokrotnie uzupełniana, tłumaczona i zmieniana. Najnowsza wersja kończy się na jego 17. tytule wielkoszlemowym, zdobytym w 2012 roku. Im więcej czasu mijało od tamtego momentu, tym bardziej klarowne stawało się, że kolejnym dużym rozdziałem będzie koniec jego kariery.

Ale również bogowie tenisa musieli być pod wrażeniem wytrwałości Federera. I tak oto w wieku, w którym większość zawodników już dawno zakończyła karierę, podarowali mu comeback, jakiego sam Roger nie mógłby sobie nawet wyobrazić, raz jeszcze pozwalając mu na osiągnięcie niewiarygodnych sukcesów i na napisanie tenisowej historii na nowo. Dali mi tym samym motywację i materiał do stworzenia od nowa biografii Federera, bo wiadomo było, że jeden albo dwa nowe rozdziały nie wystarczą, by sprostać opowieści o jego karierze, życiu, a także roli, jaką odgrywa w tenisie. Zbyt wiele zdarzyło się w trakcie tych dziesięciu lat i da się to przeanalizować i uporządkować dużo klarowniej. Zbyt piękna i cudowna była historia jego powrotu.

Swoją otwartością i przystępnością Federer zawsze ułatwiał i uprzyjemniał pracę mnie i moim kolegom. Dzień po dniu, turniej po turnieju wzbogacał codzienność wielu ludzi, odnosząc niepowtarzalne sukcesy, a także prezentując człowieczeństwo, uczciwość i cierpliwość. Moje podziękowanie kieruję przede wszystkim do niego – nawet jeśli w ostatnim czasie nie brał czynnego udziału w tworzeniu tej biografii. Ale on albo robi coś z pełnym zaangażowaniem, albo wcale. Dzięki tej prostolinijności praca z nim jest tak przyjemna. Podziękowanie składam również jego rodzicom, Lynette i Robbiemu, a także Severinowi Lüthiemu, Pierre’owi Paganiniemu i Tony’emu Godsickowi, który podobnie jak Federer wszystko traktuje ze szczyptą humoru. Dziękuję też moim współtowarzyszom wyjazdów, dzięki którym te wszystkie tygodnie, miesiące i lata na tenisowym korcie stały się niezapomnianymi podróżami. W szczególności Simonowi Grafowi, Heinzowi Günthardtowi i Danielowi Huberowi, którzy byli dla mnie wsparciem także w trakcie tworzenia tej książki. Moje podziękowania wędrują też do niezliczonych rozmówców i osób, z którymi przeprowadzałem wywiady i które były gotowe podzielić się ze mną swoim doświadczeniem i wiedzą. Dziękuję również wydawnictwu Piper, szczególnie Anne Stadler, Angeli Gsell i Steffenowi Geierowi. Na koniec największe podziękowania kieruję do mojej wspaniałej rodziny, Eni i Jessiki, które bez słowa skargi akceptowały to, że często pakuję walizkę tuż po tym, gdy niewiele wcześniej ją rozpakowałem, bym mógł znów podążyć śladem Federera.

Müllheim, luty 2019

CZĘŚĆ I Powrót

1 Nadchodzi koniec

Dwudziestego szóstego lipca 2016 roku Roger Federer zamieszcza na Twitterze i Facebooku wiadomość, która wstrząsa światem tenisa, a wśród jego fanów sieje panikę – Szwajcar decyduje się przerwać sezon. Tak po prostu, w środku roku, a na dodatek tuż przed igrzyskami olimpijskimi w Rio de Janeiro, które od dawna były pewnym punktem w jego sportowym kalendarzu. Pod Głową Cukru i Corcovado chciał przecież zostać mistrzem olimpijskim w singlu! Poza tym dzięki Martinie Hingis i Stanowi Wawrince otwierały się przed nim ogromne medalowe szanse także w deblu i mikście. W dodatku teraz miał nie wystąpić w US Open, Swiss Indoors, ATP Finals w Londynie… Czy w ogóle wróci jeszcze na kort?

Federer za dwa tygodnie ma świętować 35. urodziny. W tenisie to – zwłaszcza w singlu – sędziwy wiek. On w tym sporcie wygrał już prawie wszystko, co było do wygrania. Siedemnaście tytułów wielkoszlemowych, począwszy od Melbourne, przez Paryż i Wimbledon, a skończywszy na Nowym Jorku, i 71 innych wygranych turniejów. Na korcie zgarnął ponad 100 milionów dolarów nagród i zarobił wielokrotność tej kwoty dzięki sponsorom oraz wpływom z innych źródeł. Jest zwycięzcą Pucharu Davisa, sześciokrotnym triumfatorem ATP Finals, czterokrotnym najlepszym sportowcem na świecie (Laureus World Sports Awards), mistrzem olimpijskim w grze podwójnej i przez 302 tygodnie prowadził w rankingu ATP – dłużej niż jakikolwiek inny tenisista. Ponadto w tym czasie został ojcem czwórki dzieci, prezesem wciąż rozwijającej się Roger Federer Foundation i wspólnikiem Tony’ego Godsicka w agencji Team8.

Po 20 latach w tourze, ponad 1200 meczach na zawodowym poziomie i potężnych obciążeniach, jakim tenisiści poddawani są w trakcie wielkich turniejów – a odpoczywają tylko przez kilka tygodni w roku – ciało Rogera zaczyna jednak wysyłać wyraźne sygnały świadczące o „zmęczeniu materiału”.

Kłopoty pojawiają się pod koniec stycznia 2016 roku. Dzień po tym, jak został wyeliminowany przez Novaka Đokovicia w półfinale Australian Open, w hotelu Crown w Melbourne ma właśnie zamiar wykąpać córki, Mylę i Charlene, gdy nagle czuje strzyknięcie w lewym kolanie. „Stało się to w trakcie bardzo prostego ruchu, który wykonywałem wcześniej milion razy” – opowiada potem. Tego dnia razem z rodziną przechadza się jeszcze alejkami zoo w Melbourne, ale zauważa, że kolano zaczyna mu puchnąć. Po powrocie do Szwajcarii idzie się przebadać. Diagnoza spada na niego jak grom z jasnego nieba: uszkodzenie łąkotki. Artroskopia jest nieunikniona.

Dla Federera to przełomowy moment w życiu. „Myślałem, że przetrwam karierę bez operacji. Byłem zszokowany i rozczarowany, słysząc to rozpoznanie”. Gdy wybudza się po zabiegu, czuje lęk. Doznaje dziwnego odczucia w okolicy kolana. Jak gdyby nie było już jego. Lęk nie trwa długo, ale jest potężny. Czy to dla niego koniec kariery?

Dwanaście dni chodzi o kulach. Najpierw musi odzyskać pewność, że kolano znów jest sprawne. Postępy widać jednak każdego dnia, a pierwsze tygodnie rekonwalescencji w Szwajcarii przebiegają pomyślnie. Federer jest ucieszony, ale i niecierpliwy. Już siedem tygodni po operacji leci do Miami, gdzie chce wrócić na tour. Z powodu problemów żołądkowych, które dopadły go na krótko przed startem, musi jednak zrezygnować.

Roger powraca na kort trzy tygodnie później w Monte Carlo. Dociera nawet do ćwierćfinału, w którym tylko o włos przegrywa z Jo-Wilfriedem Tsongą. Wprawdzie jest jeszcze daleki od typowej dla siebie formy, a jego ciało wciąż nie wydaje się w pełni sprawne, ale Roger się nie poddaje. W Madrycie strzyka go w plecach, więc także ten turniej musi odpuścić. Nie należy jednak do osób, które szybko rezygnują. W Rzymie męczy się dwa mecze, aż stwierdza, że z jego lewym kolanem jest coś nie tak.

„Coś się musiało stać po Monte Carlo” – zastanawia się później. Z ciężkim sercem decyduje się zrezygnować ze startu na Roland Garros. Tym samym po 65 wielkoszlemowych turniejach z rzędu – to rekord – po raz pierwszy traci szansę na udział w jednej z czterech najważniejszych imprez tenisowych. Startujący po Paryżu krótki sezon na kortach trawiastych, który zwykle był dla niego punktem kulminacyjnym w roku, także nie zaczyna się tak, jak mógłby sobie wymarzyć – czyli porażką z Dominikiem Thiemem w Stuttgarcie i Alexandrem Zverevem w Halle.

Federer przechodzi trudny okres i nie odzyskuje formy również podczas Wimbledonu. Pokazuje tam za to wolę walki. W ćwierćfinale z Chorwatem Marinem Čiliciem broni trzy piłki meczowe i wygrywa 6:7, 4:6, 6:3, 7:6, 6:3. W kolejnej rundzie nie udaje mu się już jednak pokonać Kanadyjczyka Milosa Raonica – 8 lipca odpada w półfinale, po prowadzeniu w setach 2-1 i upadku, po którym pojawiają się spekulacje, że odnowiła mu się kontuzja.

Kiedy 18 dni później ogłasza koniec sezonu, nasuwają się nieuniknione i zrozumiałe pytania: czy to już koniec, czy właśnie tak wygląda zakończenie wyjątkowej kariery? Tak po prostu: arrivederci, finito, goodbye? Bez ostatniego fajerwerku, bez żadnych emocji związanych z pożegnaniem i bez kolejnego tytułu wielkoszlemowego? To już cztery lata, odkąd daremnie się za nim ugania, a często brakuje mu naprawdę bardzo niewiele. Przypominają mi się słowa ojca Rogera, Roberta, który wiosną 2016 roku zapytany przeze mnie, jak długo według niego jego syn może jeszcze grać w tenisa, odpowiedział: „Może to trwać nawet kilka lat, ale może i szybko się skończyć. Nigdy nie wiadomo”.

A przecież w oświadczeniu Federera dotyczącym jego długiej przerwy nic nie wskazywało na to, że mógłby to być początek końca. „Potrzebuję po prostu dużo więcej czasu, by wyleczyć kolano”. Decyzję podjął z lekarzami i członkami swojego teamu, jednomyślnie. Kontaktuję się telefonicznie z Tonym Godsickiem, jego menedżerem. Ten uspokaja: „Jeżeli chce pograć jeszcze kilka lat i nie musieć przy tym ciągle zajmować się swoim ciałem i kontuzjami, musi zafundować sobie teraz dłuższą przerwę, niestety w środku sezonu. To oznacza krótkotrwałe poświęcenie się na rzecz osiągnięcia długoterminowych celów”. Po czym dodaje: „Patrząc na to w ten sposób, to nawet dobra wiadomość dla jego fanów”. Piękne słowa, ale czy nie mają one tylko załagodzić sytuacji, uspokoić opinii publicznej, a Federerowi dać czas na znalezienie odpowiedniego momentu, by ogłosić zakończenie kariery?

Potem szybko robi się o nim cicho, jak zawsze zresztą, gdy zanurza się w prywatności. Tymczasem reprezentacja Szwajcarii wyrusza do Brazylii nie tylko bez swojego lidera, światowej gwiazdy i wielkiej nadziei, ale i bez innego wybitnego mistrza – Stana Wawrinki. Honor helweckich tenisistów srebrnym medalem w grze podwójnej kobiet ratują na szczęście Martina Hingis i Timea Bacsinszky.

Mniej więcej w tym czasie Federer rozmawia ze swoją żoną Mirką o tym, czy nadszedł moment na zakończenie kariery. Dokładnie opisuje tę sytuację: „To było przy kolacji, siedzieliśmy sami przy stole. Nie pamiętam, czy zapytałem ją, czy mam już dać sobie spokój, czy może jednak myśli, że mógłbym jeszcze wygrać coś znaczącego. A ona powiedziała: »Jeśli nadal to lubisz, jesteś w tym dobry i dobrze się czujesz, nie widzę powodu, dla którego nie miałbyś wygrać dużego turnieju albo nawet i pokonać wszystkich«. I to był koniec tematu. Zapytałem jeszcze tylko: »OK. A jak jutro robimy z dziećmi?«”.

2 W ukryciu

Przez kolejne sześć miesięcy do opinii publicznej docierają jedynie strzępki informacji na temat Federera. Po Wimbledonie odkłada rakietę na kilka tygodni, a tenis przestaje dla niego istnieć. Natychmiast mobilizuje się jednak do zrobienia planów na najbliższy czas – bez narzekania na los i podglądania igrzysk olimpijskich w Rio czy US Open w Nowym Jorku, bo to mogłoby boleć. Myśląc pozytywnie, taką ma bowiem naturę, traktuje ten time-out jako niepowtarzalną okazję do gruntownego wyleczenia się i regeneracji. Bo ma teraz coś, co jest luksusem dla każdego zawodowego sportowca – czas.

„Nie czułem się już wystarczająco dobry, ani fizycznie, ani mentalnie – wyjaśnia później przyczyny swojej przerwy Federer. – Dlatego powiedziałem sobie: dość, chcę znów w stu procentach cieszyć się tenisem, ze wszystkim, co się z tym wiąże: treningami, regeneracją, meczami, z całą tą rutyną i podróżami. Kiedy goni się ostatkiem sił, nie ma mowy o najmniejszej radości”.

Motywacją i tym, w jaki sposób chciał wykorzystać przerwę od turniejów, zaskoczył nawet swój team. „To niewiarygodne, jak szybko potrafi zmienić nastawienie i znów spoglądać w przyszłość – opowiada jego trener Severin Lüthi pod koniec roku. – Powiedział sobie: »Sytuacja jest taka, a nie inna, ale wykorzystamy ją najlepiej, jak się da«. I już cieszy się, że w 2017 roku wróci w topowej formie”.

Na tym trudnym etapie Lüthi zdaje sobie sprawę, jak bardzo Federer kocha sport i swoje życie zawodowego tenisisty. „To niesamowite, że nadal ma w sobie tak wiele optymizmu i potrafi wciąż tak inspirować. Jest fenomenem. To, jak chętnie trenuje, podróżuje, rozgrywa turnieje… Kiedy obserwuje się niektórych młodych zawodników, w przypadku wielu odnosi się wrażenie, że tak naprawdę wcale nie czerpią radości z tenisa”. Za to Federer, mimo upływu lat, w każdy trening i każdy plan wkłada całą energię. „Jest zawodnikiem, któremu gra daje najwięcej radości. Podczas gdy tenis w wykonaniu innych przypomina ciężką pracę, dla niego to wciąż przyjemność i zabawa. To jest w nim głęboko zakorzenione”.

W lipcu i na początku sierpnia najważniejszą osobą dla Federera jest jego fizjoterapeuta Daniel Troxler, którego Roger włączył do teamu w październiku 2014 roku. Daniela znał już jednak od czasów igrzysk olimpijskich w Sydney w 2000 roku. Spokojny i powściągliwy Troxler wywodzi się z lekkiej atletyki i przez lata współpracował z maratończykiem Viktorem Röthlinem. Początkowo najważniejszy jest odpoczynek, „wyciszenie” ciała, wyleczenie mniejszych i większych ran. Ale Federer nie wyleguje się tylko na łóżku do masażu czy kanapie. Już na tym etapie ostrożnie rozpoczyna odbudowywanie swojej muskulatury, szczególnie lewej nogi i pleców. Cieszy się czasem spędzanym w Szwajcarii, dzień po dniu, tydzień po tygodniu; najpierw w górach w regionie Gryzonia, w swoim domku letniskowym w Valbelli, później w Wollerau nad Jeziorem Zuryskim, gdzie ma przepiękne mieszkanie. Wykorzystuje okazję, by spotykać się z przyjaciółmi, pobawić z dziećmi, wybrać na wędrówkę i pielęgnować nieoczekiwanie usystematyzowany porządek dnia.

Dwudziestego czwartego sierpnia znów na krótko pojawia się publicznie: w Nowym Jorku bierze udział w evencie promującym Puchar Lavera, nowy turniej, który stworzył wraz z Godsickiem i Australijskim Związkiem Tenisa. Dwudziestego siódmego sierpnia rozpoczyna drugi etap odbudowy – trening siłowy, koordynacyjny i szybkościowy – podczas którego najważniejsze role odgrywają trener od przygotowania fizycznego i doradca Pierre Paganini. „To dla nas bardzo intensywny czas. Pracujemy ze sobą o wiele więcej niż zwykle – opowiada mi w listopadzie. – Wszyscy w teamie są znacznie bardziej zaangażowani niż wcześniej”.

Choć od Wimbledonu, a tym samym ostatniego meczu Federera minęło już ponad sześć tygodni, trening wciąż jest dozowany bardzo ostrożnie. „Na początku w ogóle nie mógł wykonywać niektórych ćwiczeń – mówi Paganini w tym samym wywiadzie. – Działamy krok po kroku, a na każdy z nich przeznaczamy więcej czasu, niż byłoby to konieczne normalnie. Za jednym zamachem mogłoby się źle skończyć”.

Tak ostrożny nie jest już jednak ojciec Federera, Robert. Pewnego letniego dnia na wspólną górską wędrówkę w kantonie Appenzell we wschodniej Szwajcarii wybiera trasę, którą określa jako dość prostą: najpierw kolejką na Ebenalp, stamtąd pieszo na Äscher, do zjawiskowej, zbudowanej na ścianie skalnej górskiej gospody, później na dół do jeziora Seealpsee i z powrotem do miejscowości Wasserauen. Ale jak się wkrótce okazuje, trasa nie jest lekkim niedzielnym spacerkiem. W końcu do pokonania jest wysokość 800 metrów.

„Wyruszyliśmy i przez sześć godzin musieliśmy iść pod górę – opowiada Federer jesienią. – To nie było do końca mądre, okazało się za to optymalnym sprawdzianem dla mojego kolana. Choć wszyscy, także Mirka i dziewczynki, następnego dnia mieli zakwasy, ja czułem się dobrze. Gdy było już po wszystkim, powiedziałem sobie: w takim razie z moim kolanem nie jest tak źle”.

Razem z Paganinim nadal w pierwszej kolejności pracuje w siłowni, z taśmami treningowymi, wykorzystując ciężar swojego ciała, albo z piłkami. Paganini jest zachwycony jego zaangażowaniem: „Nic nikomu nie jest dłużny, ale pracuje każdego dnia, jak gdyby każdemu był coś winien. Niezwykle poważnie, intensywnie, a mimo to na luzie. Nie ma dnia, w którym nie pojawiłby się na treningu bez uśmiechu na twarzy”.

Dziewiętnastego października, razem z dwoma czy trzema innymi dziennikarzami ze Szwajcarii, spotykam Federera w Manacor na Majorce, gdzie jest gościem honorowym podczas otwarcia imponującej Akademii Tenisowej Rafaela Nadala. Także tutaj bije od niego optymizm i radość, o której cały czas mówi jego team. „Działamy ściśle według naszego »rozkładu jazdy«” – zdradza sam zainteresowany, sprawiając wrażenie pełnego wiary i spokoju. Spekulacje, że mógłby już nie powrócić do zawodowego tenisa, rozwiewa na tarasie klubowego budynku:

– Już wcześniej wiedziałem, że życie jest piękne nawet i bez tenisa. Mam jednak przeczucie, że coś mnie jeszcze w nim spotka.

– Planujesz zbudować odpowiednią formę, która pozwoliłaby ci odejść w blasku wspaniałego sukcesu, takiego ostatniego „wow”? – pytam go w drodze powrotnej na lotnisko.

Odpowiada spontanicznie, zupełnie bez zastanowienia:

– Moje ostatnie „wow”? To może potrwać lata. W innym wypadku nie planowałbym tak długiej przerwy.

Ma nadzieję, że wspomniana pauza wyjdzie na zdrowie jego ciału i całej karierze.

– Taki długi time-out raz na dwadzieścia lat jest naprawdę okej.

Ale i on pozostaje ostrożny. Wie, że jego ciało ma za sobą długą podróż, a zegar tyka. We wrześniu prawie w ogóle nie gra w tenisa, w sumie może dziesięć–dwanaście godzin, żeby się nie przeforsować.

– Najważniejsze tygodnie moich treningów są jeszcze przede mną.

Tego, kto przepowiedziałby mu, jak spektakularny będzie jego powrót do rywalizacji, prawdopodobnie by wyśmiał. W tamto jesienne popołudnie na Majorce wybiega jednak w przyszłość:

– Najpierw muszę rozegrać z pięć turniejów, żeby zacząć myśleć o wygraniu tytułu. Po takiej kontuzji nie ma powodu do euforii. Do Australian Open mam jeszcze około osiemdziesięciu dni. To dużo, ale dopiero najbliższe sześć–osiem tygodni pokaże, czy moje kolano faktycznie znów jest w dobrym stanie.

W ten październikowy dzień Federer i Nadal, dwaj najlepsi tenisiści ostatnich 12 lat, chcieli jeszcze rozegrać charytatywny mecz pokazowy, ale nie było na to szans. Żaden z nich nie jest w stanie zaprezentować czegoś, co przypominałoby światową klasę. Tego dnia wyglądają raczej jak dwaj weterani, którzy spotykają się po długiej przerwie, by powspominać pełną chwały przeszłość, porozmawiać o wspólnych przeżyciach i nawzajem zasypać się komplementami. Ludzie przeszłości – ale na pewno nie gracze, którzy mieliby bezwzględnie zdominować kolejny sezon. Kończy się na odbiciu kilku piłek z juniorami z klubu na minikorcie tenisowym.

W listopadzie Federer pozwala sobie na dziesięciodniowy urlop. Opuszcza Szwajcarię i leci do Dubaju na ostatnią i najważniejszą część fazy odbudowy. Także na tym etapie najważniejszą rolę odgrywa Paganini, choć trening fizyczny powoli schodzi na dalszy plan. Roger zaczyna za to robić to, co potrafi najlepiej, czyli grać w tenisa. Treningi nad Zatoką Perską również przebiegają bez zakłóceń. Ma tam do dyspozycji dobrych sparingpartnerów, na przykład Amerykanina Ernesto Escobedo czy Francuza Lucasa Pouille’a. Im bliżej końca roku, tym jest silniejszy. Jakoś w grudniu Lüthi mówi mu: „Jeśli w Melbourne będziesz grał tak dobrze, możesz nawet wygrać Australian Open”. Rzucił to oczywiście z przymrużeniem oka.

Federer nie może się już doczekać, kiedy znów zagra w jakimś turnieju. Te liczne sety treningowe są niezłe, a jeszcze lepsze jest to, że prawie wszystkie je wygrał. Ale one i tak nie zastąpią prawdziwego turnieju. Dwudziestego drugiego grudnia za pomocą live streamu na Twitterze umożliwia kibicom śledzenie swojego treningu w Dubaju. Przypina sobie mikrofon i komentuje wszystko, co robi. Jest przy tym tak zmotywowany, jak gdyby był juniorem, który nie posiada się z radości, bo wkrótce będzie mógł zagrać z największymi – w każdym razie zupełnie nie sprawia wrażenia, że jest utytułowanym 35-latkiem, który zdobył już wszystko, co możliwe.

3 Niedoszły Australijczyk

Comeback Federera ma się odbyć w Australii, gdzie każdego roku w styczniu rozpoczyna się tenisowy sezon, a po dwóch tygodniach mniejszych imprez odbywa się Australian Open, pierwszy wielkoszlemowy turniej. Okoliczności i lokalizacja są odpowiednie, bo właśnie z tym miejscem Roger jest szczególnie związany. Niewiele brakowało, by jako 13-latek wraz z rodziną przeniósł się do Sydney – co równie dobrze mogłoby oznaczać, że świat tenisa, jeśli w ogóle, podbiłby nie jako Szwajcar, ale jako Australijczyk. Nieźle by to brzmiało: „Please welcome: Roger Federer from Australia…”.

Fakt, że ostatecznie nie doszło do przeprowadzki, zawdzięczają programowi o nazwie Entscheidungsmethodik z St. Gallen. Mowa tu o systemie, który został wdrożony w kantonie St. Gallen, rodzinnym regionie Roberta Federera. Wskazuje on, w jaki sposób odnaleźć właściwe rozwiązanie w trudnej sytuacji. A w takim właśnie położeniu w 1995 roku znajdowali się on i jego żona Lynette, ponieważ 48-letniemu wówczas laborantowi chemicznemu złożono ofertę pracy w Australii. „Pociągała mnie wizja życia w Sydney. Zwłaszcza że to jedno z najpiękniejszych miast na świecie” – opowiada z błyskiem w oku. Wcześniej przez trzy miesiące pracował w Melbourne i z Australii wrócił zachwycony.

Robert Federer podróżowanie miał we krwi. Swoją przyszłą żonę poznał w Johannesburgu w RPA, dokąd rzuciło go w latach 70. i gdzie oboje pracowali w szwajcarskim przedsiębiorstwie chemicznym Ciba-Geigy. Później, gdy mieszkali już w Szwajcarii, jego służbowe wyjazdy – specjalizował się w produkcji papieru – z ramienia tego samego przedsiębiorstwa wiodły go przez pół świata, w szczególności do Afryki, na Bliski Wschód i do Australii.

Roger miał 13 lat, jego siostra Diana 15. Rodzice zdążyli ich już zachwycić planami związanymi z Australią. Dianę, która uwielbiała konie, wabili tym, że mogłaby mieć własne zwierzę. Rogera kręciła przygoda, pociągało go nieznane, nowe.

Ale właśnie – system Entscheidungsmethodik z St. Gallen. „Na jego podstawie oceniliśmy różne kryteria pod kątem ich ważności i na koniec otrzymaliśmy wynik – opisuje procedurę ojciec. – Granica była bardzo cienka. Jednego dnia opowiadaliśmy się za wyjazdem do Australii, następnego już nie. To całe rozważanie za i przeciw trwało około czterech tygodni”. „To była jedna z tych decyzji pół na pół” – potwierdza Lynette. Koniec końców doszli do wniosku, że korzystniej będzie, jeśli zostaną w Szwajcarii. Decydujące okazały się dwa czynniki: środowisko i perspektywy gry w tenisa dla Rogera. W Sydney musieliby zaczynać wszystko od początku, a poza tym wyjazd oznaczałby zerwanie kontaktu z większością dotychczasowych znajomych. „Kiedy ma się 50 lat lub więcej, nie tak łatwo nawiązuje się przyjaźnie – dzieli się swoimi przemyśleniami ojciec Federera. – Wartościowe relacje masz z ludźmi, których znasz już od dawna, z którymi studiowałeś lub wspólnie wychowywałeś dzieci”.

Decydujące było także pytanie, czy Roger miałby w Australii tak samo dobre możliwości gry w tenisa jak w Szwajcarii. „Nie orientowaliśmy się w tamtejszej sytuacji, ale wiedzieliśmy jedno: w Bazylei miał idealne warunki, z Peterem Carterem w roli trenera i wsparciem Szwajcarskiego Związku Tenisowego – wspomina Robert. – Do tego dochodził jeszcze fakt, że w Szwajcarii odbywały się turnieje dla wszystkich kategorii wiekowych, co było po prostu idealne. Roger był już wtedy mistrzem kraju do lat 14”.

„Myślę, że podjęliśmy właściwą decyzję – mówi Lynette. – Roger robił w tamtym czasie ogromne postępy w tenisie i był bardzo dobrze prowadzony przez sztab trenerski. Poza tym mieliśmy sympatyczne grono przyjaciół. Większość z nich była Szwajcarami, ale część poznaliśmy jeszcze w RPA. Nie daliby rady odwiedzać nas co parę miesięcy, gdybyśmy zamieszkali w Australii”.

Gdy przekazali decyzję dzieciom, okazało się, że to dla nich dramat. „Ciągle nas pytały: »Dlaczego nie jedziemy, dlaczego?« – wspomina ojciec. – Rogerowi zawalił się świat i ciągle płakał”.

W ramach pocieszenia i rekompensaty za pozostanie w kraju latem 1995 roku rodzina Federerów pozwoliła sobie na urlop w Australii. Rozpoczęli go od Sydney, gdzie ojciec pracował już kiedyś przez trzy miesiące. Stamtąd udali się na północ, do Parku Morskiego Wielkiej Rafy Koralowej. Roger był zachwycony Sydney i umieścił je nawet na liście swoich ulubionych miast. Czy już wtedy przypuszczał, że kilka lat później znajdzie tu miłość swojego życia?

To, że Australia stała mu się tak bliska, wiązało się też z faktem, iż pochodził stamtąd Peter Carter, jego najważniejszy trener z czasów juniorskich. Za sprawą tego zawsze miłego i skromnego byłego tenisisty z miasteczka Nuriootpa w Barossa Valley, położonego niedaleko Adelajdy, został najlepszym na świecie juniorem i wskoczył do pierwszej pięćdziesiątki światowego rankingu.

Choć w 2001 roku już ze sobą nie współpracowali, informacja o jego śmierci była dla Federera szokiem. Australijczyk, który został właśnie wtedy kapitanem szwajcarskiej ekipy Pucharu Davisa, zginął tragicznie 1 sierpnia, krótko przed 37. urodzinami, w trakcie podróży poślubnej w RPA. Razem ze swoim przyjacielem podróżował land roverem w pobliżu Parku Narodowego Krugera. Żona Cartera, Silvia, Szwajcarka, była w samochodzie jadącym jako pierwszy. „Nasz przyjaciel musiał wyminąć nadjeżdżający z naprzeciwka minibus, który wykonując ryzykowny manewr wyprzedzania, jechał prosto na nas” – opisywała wypadek. Przy próbie uniknięcia kolizji kierowca stracił kontrolę nad pojazdem, samochód przebił poręcz na moście i spadł trzy metry, dachując.

Śmierć Cartera jeszcze bardziej umocniła związek Federera z Australią. Zaczął zapraszać jego rodziców, Boba i Dianę, na Australian Open. Gest ten stał się już tradycją. Australijski i szwajcarski team Pucharu Davisa umówiły się, że podczas swoich spotkań będą walczyć o tak zwany Puchar Petera Cartera.

Obejmujące cały kontynent państwo zafundowało Federerowi wiele rozczarowań, choć przeżył tam też sporo przełomowych momentów. W 1998 roku jako junior wygrał w Australii swój pierwszy turniej, rozgrywany w stanie Wiktoria. Zaraz potem w juniorskim Australian Open awansował do półfinału, w którym uległ jednak swojemu rówieśnikowi Andreasowi Vinciguerrze, mimo że miał meczbola. Szwed uchodził za wyjątkowy talent, nigdy jednak nie zdołał wedrzeć się do czołówki w zawodowym tenisie.

Od tamtego momentu Federer musiał mierzyć się w Australii przede wszystkim z rozczarowaniami. Jak choćby wtedy, gdy nie przebrnął kwalifikacji do Australian Open w 1999 roku albo gdy rok później we łzach żegnał się z igrzyskami olimpijskimi w Sydney. W swym najlepszym do tego czasu turnieju w życiu, wciąż jeszcze będąc nastolatkiem, od razu miał dwie szanse na zdobycie medalu. Najpierw przegrał jednak w półfinale z Tommym Haasem, a później także mecz o brąz z Francuzem Arnaudem Di Pasquale’em.

Pobyt w Sydney w 2000 roku był dla niego pamiętny także z przyjemniejszych powodów. To właśnie tam, przy okazji turnieju olimpijskiego, zbliżył się do starszej o trzy lata Miroslavy Vavrinec, również należącej do szwajcarskiego teamu, która potem stała się najważniejszą osobą w jego życiu. Rok później w Australii swój największy dotychczasowy sukces świętował u boku innej kobiety, kiedy to ze starszą o rok Martiną Hingis, najmłodszym numerem 1 kobiecego tenisa, triumfował w Pucharze Hopmana.

Tym bardziej przykra była dla niego podróż do Melbourne jesienią 2003 roku, gdy – jako świeżo upieczony zwycięzca Wimbledonu – razem ze szwajcarskim teamem na Puchar Davisa w półfinale trafił na Australię. Był w znakomitej formie i w tych zawodach miał za sobą dziesięć zwycięstw i 31 wygranych setów z rzędu, kiedy na Rod Laver Arena prowadził z Lleytonem Hewittem 7:5, 6:2, 5:3 i serwował, a mimo to przegrał i Szwajcaria odpadła. Federer był wstrząśnięty. Lot powrotny do Europy stał się jednym z najdłuższych w jego życiu. „W samolocie czułem się wykończony. Wszystko mnie bolało”.

Prawdopodobnie nie uważał wtedy za możliwe, że jego przyszłe triumfy w Melbourne znacznie przeważą tę gorzką porażkę. Albo że kilka miesięcy później, 30 stycznia 2004 roku, na tym samym korcie padnie na kolana po zwycięstwie w półfinale Australian Open nad Juanem Carlosem Ferrero, wiedząc, że po raz pierwszy zostanie numerem 1 w rankingu ATP. Że dwa dni później pobije w finale Marata Safina i zdobędzie swój drugi wielkoszlemowy tytuł. Że w tym samym miejscu odniesie jeszcze niezliczone ważne zwycięstwa i sięgnie po wielkoszlemowe puchary. I że to tutaj w jego karierze, w wieku 35 lat, nastąpi kolejny nieoczekiwany zwrot.

4 Cudowna przemiana

Na tle innych metropolii świata Perth uchodzi za najbardziej odosobnioną. Gdy spogląda się nocą na to leżące w zachodniej Australii miasto, mieni się ono jak diament na pustkowiu. Puchar Hopmana, który odbywa się tutaj od 1988 roku, też nie jest raczej pępkiem tenisowego świata – to turniej pokazowy z udziałem reprezentacji ośmiu krajów, składających się z tenisistki i tenisisty, w którym chodzi przede wszystkim o „rozegranie się” przed zbliżającym się Australian Open. Nie są w nim przyznawane punkty do rankingów WTA i ATP, za to już przed rozpoczęciem zmagań wiadomo, że każde z uczestników może zagrać co najmniej po trzy single i miksty. Mimo jego nieoficjalnego formatu kochająca sport lokalna społeczność uwielbia ten turniej.

Fakt, że Federer wybrał akurat to miasto na miejsce swojego comebacku w styczniu 2017 roku, ma sens. Nie potrzebuje teraz punktów, ale przede wszystkim „ogrania”. Perth przyjmuje go tak, jak tylko spragnione sportowej gwiazdy miasto mogłoby go przyjąć. „To było jak państwowa wizyta ważnego polityka” – opowiada australijskiej dziennikarce. Powitania, przemowy, policyjne eskorty – będący pod wrażeniem tego obezwładniającego zainteresowania Federer decyduje, że jego pierwszy trening będzie otwarty dla publiczności. Sześć tysięcy fanów nadciąga do Perth Arena, by śledzić, jak po raz pierwszy od 15 lat Roger odbija kilka piłek w ich mieście. Wtedy nie miał jeszcze na koncie zwycięstw w turniejach wielkoszlemowych i nie zwracając raczej niczyjej uwagi, reprezentował Szwajcarię w Pucharze Hopmana wraz ze swoją dziewczyną, a późniejszą żoną Miroslavą Vavrinec.

Kiedy 2 stycznia 2017 roku Federer rozpoczyna turniej, na trybunach pojawia się 13 600 widzów. To rekord imprezy. Kibice witają go owacją na stojąco na jego pierwszym meczu od półfinału w Wimbledonie, który odbył się 177 dni wcześniej. Federer zdecydowanie wygrywa z Anglikiem Danielem Evansem i razem ze swoją partnerką Belindą Bencic pokonuje Wielką Brytanię 3:0. Także w meczu przeciwko Alexandrovi Zverevowi, z którym przegrywa po trzech rozstrzygniętych w tie-breaku setach, oraz po wyraźnym zwycięstwie z Richardem Gasquetem, pokazuje, że dobrze wykorzystał przerwę od gry. „To było idealne przygotowanie przed Australian Open” – podsumowuje. Rywalizował z trzema różnymi typami zawodników i jest bardzo zadowolony ze swoich występów. To, że on i Bencic nie zdołali sięgnąć po zwycięstwo grupowe i awansować do finału, jest drugorzędne.

W Melbourne mieszka w tym samym hotelu, w którym przed rokiem w łazience nabawił się kontuzji kolana – ale nigdy nie był przesądny. Zgiełk podczas turnieju wielkoszlemowego jest potężny, wakacyjna atmosfera i luz z Perth uleciały. Dla Federera wiele rzeczy stanowi nowość. Nagle nie jest już uznawany za jednego z głównych faworytów, a w oficjalnym programie turnieju krótka informacja o nim zostaje zamieszona na tej samej stronie co wzmianki o pięciu innych zawodnikach. Za nim pół roku bez turnieju zaliczanego do rankingu ATP, a dla zawodowych tenisistów to wieczność. Spadł na 17. miejsce, na liście rozstawionych zajmuje też tę odległą, niecodzienną dla niego pozycję i ma odpowiednio niełatwą drabinkę.

Gdyby turniej miał przebiegać bez niespodzianek, już (o to tutaj chodzi) od trzeciej z siedmiu rund mógłby grać wyłącznie z tenisistami z pierwszej dziesiątki rankingu. Jego mocny występ w Pucharze Hopmana podkręcił atmosferę wokół niego. Rod Laver, najsłynniejsza australijska legenda tenisa, daje się ponieść emocjom i prognozuje: „Jeśli Federerowi wszystko dobrze pójdzie, może zdobyć tytuł”. To wypowiedź, która sprawiła, że wielu zaczęło wątpić w odpowiedzialność za słowo tego uprzejmego człowieka.

Federer zwyczajnie się cieszy, że występuje w Melbourne w roli zawodnika. Zapytany o losowanie, które gazeta „Melbourne Age” określiła jako „Highway to hell”, zaskakuje odpowiedzią: „To dobre losowanie, bo znalazło się w nim moje nazwisko”. Niepewność, na co go stać, sprawia, że jest bardziej nerwowy niż zwykle, za to ma znacznie mniejsze oczekiwania. „Byłoby pięknie, gdyby udało mi się awansować do ćwierćfinału – mówi. – Półfinałów nie mogę sobie jeszcze stawiać za cel”. To sukces, że w ogóle pojawił się na starcie.

Te niecodziennie niskie oczekiwania potwierdza Severin Lüthi: „Obojętnie, jak potoczy się ten turniej: jesteśmy po prostu szczęśliwi z przebiegu ostatnich miesięcy. Nie możemy jeszcze mówić o zdobyciu tytułu”. Ponieważ rok temu Federer był tu w półfinale, w przypadku wczesnej porażki spadnie w rankingu i pożegna się z Top 30. Lüthi potrafi sobie dokładnie wyobrazić, co by się wtedy działo: „Znowu by mówili: »Nie zdążył się wycofać«”. Ale trener wierzy w Federera: „Technicznie to znów ten sam Roger, potrafił odtworzyć każde ze swoich uderzeń”.

Nie widać tego jednak na samym początku turnieju. Federer startuje w przypominającym umaszczenie zebry białym, nieregularnie prążkowanym T-shircie. Sprawia wrażenie niespokojnego, a według „Daily Mail” wygląda jak migający ekran telewizora. Jego pierwszym przeciwnikiem jest jeden z niewielu w stawce zawodników starszych od niego, austriacki kwalifikant Jürgen Melzer. Tenisista raptem numer 300 na świecie. Mecz rozgrywany w poniedziałkowy wieczór rozpoczyna się dla Rogera alarmująco: traci pierwsze cztery punkty, wszystkie z powodu piłek, które zagrywa nieczysto, krawędzią rakiety – wszystko to przez nerwy. Rozkręca się burzliwy pojedynek, który jednak Federer ostatecznie wygrywa 7:5, 3:6, 6:2, 6:2. „Byłem spięty. Musiałem się dopiero wyluzować” – mówi potem. Zdaje się tak szczęśliwy i wdzięczny, że znów może zagrać w turnieju, że nawet porażka byłaby zadowalająca. „To nie są odczucia, jakich chciałby doświadczać tenisista. Muszą zniknąć tak szybko, jak to możliwe” – przyrzeka.

W środę czeka go pojedynek z kolejnym kwalifikantem, Amerykaninem Noahem Rubinem, tym razem numerem 200 w rankingu. I znów nie jest łatwo. W trzecim secie Federer musi bronić dwóch piłek na 2:6, ale dzięki swojemu doświadczeniu wygrywa 7:5, 6:3, 7:6. I tak oto rozgrzewkę ma już za sobą. W kolejnej rundzie trafia na Tomáša Berdycha, gracza z Top 10, z którym przegrywał już sześciokrotnie. Federer sam stwierdza: „Muszę się podnieść, i to szybko”.

I dokładnie tak się dzieje, w cudowny niemal sposób. Powracający po długiej przerwie Roger w obliczu niebezpieczeństwa, jakie stanowi dla niego Berdych, przemienia się z nieudacznika w magika. Jego czar nagle powraca. Nie daje Czechowi żadnych szans, zwycięża 6:2, 6:4, 6:4, w ciągu 90 minut zagrywa 40 winnerów. Natychmiast powraca mu pewność siebie – to zwycięstwo jest sygnałem, którego potrzebował. Nadal to potrafi. Ciągle jeszcze jest w stanie pokonać nawet topowych graczy, i to wyraźnie, jak za swoich najlepszych czasów.

W meczu 1/8 finału z Keiem Nishikorim, numerem 5, rozkręca się na tyle, że wygrywa w pięciu setach, potwierdzając w ten sposób, że również jego ciało znów jest odpowiednio przygotowane do ambitnych zadań. „Gra w cwany sposób – chwali go Michael Chang, trener Nishikoriego. – Głęboko w środku ma świadomość, że jest mistrzem, który może wygrać wszędzie”.

Wtedy nagle zaczyna się trząść turniejowa drabinka. W ćwierćfinale Federer spotyka się nie, jak oczekiwano, z mocnym Andym Murrayem, ale outsiderem Mischą Zverevem, który atakami przy siatce nieustannie wyprowadzał w pole szkockiego lidera rankingu. Federera to nie dotyczy. Jest czujny w stosunku do leworęcznego Niemca i zasypuje go uderzeniami mijającymi przy siatce tak często, że z pewnością rywalowi kręci się w głowie. Tym samym Roger jest w półfinale, wyrównuje swe osiągnięcie sprzed roku i zapobiega potężnemu spadkowi w rankingu. Jego gra przerasta wszystkie oczekiwania.

Turniej jest tymczasem gorszy dla jego zeszłorocznego pogromcy Novaka Đokovicia, który niespodziewanie odpada w drugiej rundzie z Uzbekiem Denisem Istominem. W półfinale Federer mierzy się za to z innym starym znajomym, rodakiem Stanem Wawrinką, który pod skrzydłami szwedzkiego trenera Magnusa Normana stał się mistrzem. To z nim w Pekinie w 2008 roku w turnieju deblowym zdobył złoty medal. Pochodzący z zachodniej części Szwajcarii zawodnik, będący numerem 4 na świecie, nie tylko wyraźnie wyprzedza Federera w rankingu, ale w latach 2014, 2015 i 2016, w przeciwieństwie do Rogera, sięgał po tytuł wielkoszlemowy, najpierw tutaj, w Melbourne, potem w Paryżu i w końcu w Nowym Jorku. Wawrinkę uznaje się już za numer 1 w Szwajcarii.

Drugi raz dwóch Szwajcarów walczy o miejsce w finale wielkoszlemowego turnieju; za pierwszym, podczas US Open w 2015 roku, wyraźnie zwyciężył Federer. Także w Melbourne wygrywa dwa pierwsze sety, ale potem dzieje się coś dziwnego: Wawrinka ze łzami w oczach opuszcza kort, jest rozczarowany, czuje ból w lewym kolanie. Potem wraca jednak odmieniony, w 20 minut wygrywa trzeciego seta i zdobywa też czwartego. Teraz to Federer opuszcza kort. Już od kilku dni bolą go przywodziciele lewej nogi.

„Spotkałem się ze ścianą, której obawiałem się już od dłuższego czasu” – pomyślał w tamtym momencie, o czym opowiada później. Udaje mu się jednak przez nią przebić. Dzięki doświadczeniu i mentalności zwycięzcy zyskuje przewagę. W piątym secie broni dwóch piłek na przełamanie, na koniec wygrywa 7:5, 6:3, 1:6, 4:6, 6:3 i tym samym jest w finale – po raz pierwszy od siedmiu lat w Melbourne, jako 35-latek i w swoim pierwszym turnieju rozegranym od pół roku.

„To potwierdzenie tego wszystkiego, czego dokonałem w ciągu ostatnich 12 lat – mówi w euforii. – Moja praca z Pierre’em Paganinim zawsze była ukierunkowana na długą karierę”. W tamten czwartek jeszcze nie zna rywala, z którym zmierzy się w finale. Wyłoni go dopiero piątkowy pojedynek pomiędzy Rafaelem Nadalem i Grigorem Dimitrowem. Ich półfinał, całe pięć setów, Federer będzie śledził razem ze swymi trenerami Ivanem Ljubičiciem i Severinem Lüthim, by wyciągnąć cenne wnioski. Bułgar zawsze grał podobnie do Rogera i teraz do końca dotrzymuje kroku Hiszpanowi, ale ostatecznie przegrywa. Gdy tego wieczoru Nadal awansuje w końcu do finału, Federer razem ze swoimi trenerami, bystrymi tenisowymi analitykami, rozpracowuje go w głowie już od kilku godzin.

5Laver i inne legendy

Australia fascynuje Federera nie tylko dlatego, że kiedyś omal do niej nie wyemigrował. Ceni również jej bogatą tenisową historię oraz fakt, jak duże znaczenie ma tam ten sport. Wcześnie dostrzegł, że ten kraj wydał nieproporcjonalnie wielu legendarnych mistrzów, i robi to nadal. Z początku liczni australijscy zwycięzcy turniejów wielkoszlemowych i triumfatorzy Pucharu Davisa byli dla niego tylko nazwiskami i niewyraźnymi czarno-białymi obrazami, które wyryły się w historii jego dyscypliny i które podziwiał: Rod Laver, Roy Emerson, Ken Rosewall, John Newcombe, Neale Fraser, Lew Hoad, Frank Sedgman, Ashley Cooper, Tony Roche… Z biegiem lat jednak osobiście poznawał coraz więcej tych ważnych figur, co jeszcze bardziej wzbudzało jego podziw i zainteresowanie.

Jak wiele znaczy dla Federera historia australijskiego tenisa, odzwierciedla jego przedmowa zamieszczona w wydanej w 2013 roku biografii Roda Lavera. „Jeśli naprawdę kochasz dyscyplinę, którą uprawiasz, musisz poznać jej historię, by móc zrozumieć, w jaki sposób stała się dokładnie taka, jaką znasz dzisiaj” – napisał na początku. Federer opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z Laverem, do którego doszło kilka dni przed finałem Australian Open w 2006 roku; Szwajcar zmierzył się wtedy z Marcosem Baghdatisem, a Laver wręczył Rogerowi przechodni Puchar Normana Brooksa za wygranie singla mężczyzn. Ów moment do tego stopnia poruszył Federera, że na oczach wszystkich wybuchnął płaczem.

„Poczułem wtedy namacalnie wagę tej chwili i zdałem sobie sprawę, jakim jestem szczęściarzem, że puchar wręcza mi osobiście Rod” – wspomina. Jego ówczesnym trenerem był inny triumfator turniejów wielkoszlemowych z Australii, Tony Roche. Przyjaźnił się z Laverem i umówili się, że Federer spotka się z nim kilka razy podczas turniejów, by bliżej się poznali. W trakcie długich wieczorów Roche opowiadał mu historyjki i anegdoty z czasów, gdy „Aussies” rządzili tenisowym światem. Fakt, że osobiście poznał Lavera i zauważył, że mają ze sobą trochę wspólnego („Na początku kariery obaj byliśmy nieśmiali”), okazał się dla Federera motywacją i inspiracją. Zresztą od razu przyznał: „Rod jest po prostu jedną z najmilszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem”.

Tymczasem Federer wymieniany jest w jednym szeregu razem z Laverem, gdy mowa o najbardziej dominującym albo najlepszym tenisiście w historii. Australijczyk zdobył wprawdzie „tylko” 11 tytułów wielkoszlemowych, ale we wspomnianej przedmowie Federer zwraca uwagę, że „The Rocket” z Rockhampton w swoim najlepszym okresie, czyli pomiędzy 24. a 29. rokiem życia, w ogóle nie mógł występować w turniejach wielkoszlemowych. Mimo to jest jedynym człowiekiem, który dwukrotnie – w 1962 i w 1969 roku – wygrał te wszystkie cztery turnieje w tym samym roku, co zostało uznane za najtrudniejsze zadanie, a cykl nie bez powodu nosi nazwę „Grand Slam” – wielkie uderzenie. W 1963 roku Laver został zawodowym tenisistą i nie mógł startować w tych czterech wielkich imprezach, które stały otworem tylko dla amatorów, dopóki w 1968 roku nie dopuszczono do nich zawodowców. Powrót mającego raptem 173 centymetry wzrostu mańkuta był triumfalny. Tamtego roku grał w finale w Paryżu i wygrał Wimbledon, rok później sięgnął po swoje drugie zwycięstwo w Wielkim Szlemie. Tym samym jest niemal osamotniony w historii męskiego tenisa; oprócz niego tylko Amerykanin Donald Budge w ciągu jednego roku (1938) wygrał wszystkie cztery turnieje. Nikt nie wie, ile pucharów w turniejach wielkoszlemowych zdobyłby Laver, gdyby nie musiał odpuścić 21 z nich, podkreśla Federer.

Laver był także idolem Johna McEnroe, leworęcznego, podobnie jak Australijczyk. Ale za czasów Amerykanina Laver nie był nikim więcej niż tylko nazwiskiem w pożółkłych tabelach z wynikami, które interesowały jedynie sentymentalnych nudziarzy. Zwycięzca ponad 200 turniejów rzadko pojawiał się na tourach, a w 1998 roku podczas udzielania wywiadu dostał udaru. Urodzony w 1938 roku pięciokrotny zwycięzca Pucharu Davisa, mieszkający wtedy w kalifornijskim Carlsbadzie, borykał się także z problemami finansowymi, co nie umknęło uwadze Federera.

Kiedy już się poznali, Laver i Federer zaczęli się częściej spotykać. Ósmego stycznia 2014 roku odbili też ze sobą kilka piłek. Federer rozgrzewał się z 75-letnim gościem honorowym, gdy w Melbourne brał udział w meczu pokazowym z Jo-Wilfriedem Tsongą, by zebrać pieniądze na założoną przez siebie przed dziesięcioma laty fundację. „Gra z Rodem to dla mnie spełnienie marzeń” – zauważył Szwajcar. Do tego pamiętnego momentu doszło na dodatek na Rod Laver Arena w Melbourne, głównym stadionie Australian Open, który w 2000 roku otrzymał imię legendarnego tenisisty.

Najważniejszy przejaw szacunku Federera dla Lavera miał jednak dopiero nadejść. Podczas Australian Open w 2016 roku on i jego menedżer, Tony Godsick, ogłosili, że z pomocą Australijskiego Związku Tenisa zorganizują nowe zawody – Puchar Lavera. Premiera w 2017 roku w Pradze okazała się sukcesem, na dodatek grający dla Teamu Europa Federer w meczu przeciwko Australijczykowi Nickowi Kyrgiosowi zdobył punkt decydujący o zwycięstwie.

Godsick opowiada, jak doszło do organizacji tych zawodów: „Wracaliśmy kiedyś samochodem do hotelu w Szanghaju. Obudziłem się, bo zrobiło mi się gorąco w plecy. Roger, jak to ma w zwyczaju, gdy ktoś śpi, włączył podgrzewanie foteli”. Tego wieczoru spotkali się także z Laverem. „Roger zapytał mnie: »Wiesz, że tak naprawdę w jeden wieczór, grając mecz pokazowy, zarobiłem więcej niż Laver w całej swojej karierze?«. Zaprzeczyłem, a on pytał dalej: »A wiesz, że on wygrał ponad 200 turniejów?«. Znów zaprzeczyłem”.

Federer zaproponował wtedy podjęcie jakichś kroków, by upamiętnić Lavera, ale także wesprzeć go finansowo. Był to moment narodzin Pucharu Lavera, mającego stać się świętem tenisa, który jednak szybko spotkał się z oporem, choćby organizatorów touru ATP i turniejów wielkoszlemowych. Podczas wieczornej gali w Pradze Godsick powiedział do Lavera: „Twoja wielkość nas inspiruje”.

Federer udowodnił, jaką siłę przyciągania ma dla niego pełna chwały przeszłość Australii w tym sporcie, także wtedy, kiedy zatrudnił Tony’ego Roche’a. W 2004 roku był nawet gotów spędzić święta Bożego Narodzenia w Australii, by móc trenować z liczącym wówczas 58 lat szkoleniowcem w Turramurra na obrzeżach Sydney. „Zrobiło na mnie wrażenie, gdy zadzwonił do mnie i był gotów się poświęcić, żeby trenować u mnie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Pomyślałem, że może mógłbym znaleźć dla niego czas przez kilka tygodni” – opowiadał Roche. Na początku się jednak wahał. „Nie wiedziałem, czy dobrze wykonywałbym tę robotę w moim wieku ani czy chcę być tak często w rozjazdach, jak byłoby to konieczne w przypadku współpracy”. Ale Federer zapewnił go, że sam będzie mógł określić, ile czasu mu poświęci.

Roche, mańkut z pomarszczoną skórą pochodzący z miejscowości o nazwie Wagga Wagga, w grze pojedynczej nie do końca dotrzymywał kroku takim tenisistom jak Laver, Emerson, Newcombe czy Rosewall. Niemniej wystąpił w sześciu finałach wielkoszlemowych w singlu i w 1966 roku zwyciężył w Paryżu. Był uznawany za jednego z najlepiej atakujących i grających wolejem zawodników swoich czasów i wygrał 13 turniejów wielkoszlemowych w deblu. Ponadto był doświadczonym trenerem, przez osiem lat pracował z Ivanem Lendlem, ośmiokrotnym wielkoszlemowym zwycięzcą z lat 80. i 90., a potem z Patrickiem Rafterem i australijskim zespołem startującym w Pucharze Davisa.

Współpraca Federera z Roche’em trwała dwa i pół roku, zanim w 2007 roku przed Roland Garros doszło do jej zakończenia. Był to czas pełen sukcesów. Pod skrzydłami Australijczyka Federer zdobył sześć tytułów wielkoszlemowych. „Kocham to pokolenie. To wspaniałe uczucie być wymienianym w tym samym szeregu co Laver, Rosewall, Emerson czy Roche” – mówi Szwajcar. Szacunek, który okazywał australijskim legendom, był hojnie odwzajemniany. „Roger gra w tenisa tak, jak powinno się w niego grać, w australijskim stylu – powiedział Roche w 2018 roku w wywiadzie dla australijskiego dziennika »Herald Sun«. – Gra w sposób tak wyluzowany, jakby robił to niemal bez wysiłku. Dlatego przypomina mi trochę Kenny’ego Rosewalla”.

Ken Rosewall, który za sprawą swojej mizernej budowy i niewielkiej siły fizycznej nazywany był ironicznie „Muscles” (Mięśniak), ustanowił wiele rekordów związanych z wiekiem, a mając 39 lat, grał w finale Wimbledonu i US Open. Każdego roku przed Australian Open miał w zwyczaju wręczać Rogerowi odręcznie napisany list, w którym życzył mu powodzenia.

Dlaczego australijskie legendy tenisa tak bardzo fascynują się Federerem, wyjaśnia mi John Newcombe, kiedy zagaduję go o to podczas Wimbledonu: „Roger jest ucieleśnieniem wszystkiego, co my, Australijczycy, tak bardzo lubimy w sporcie. Po pierwsze kocha tenis, po drugie zachowuje się dokładnie w sposób, jakiego oczekiwalibyśmy od wszystkich naszych sportowców. Po trzecie jest olśniewającym graczem, a mimo to nie stracił skromności. Wie, jak wygrywać, i wie, jak przegrywać. My takie cechy podziwiamy”.

Australijskiej legendzie nie umknął fakt, że Federer zaczął doceniać ich zasługi i sukcesy i starał się sprawić, by tenis, jak dawniej, znów stał się sportem dżentelmenów. „Imponuje pojmowaniem historii tenisa – powiedział Newcombe. – Ma świadomość, że ta dyscyplina nie ogranicza się tylko do teraźniejszości i że jej historia sięga ponad stu lat. On to wszystko rozumie, także tradycję naszego sportu, i to jest bardzo ważne”.

Według Newcombe’a za jego czasów zawodnicy byli wychowywani tak, by szanować i cenić historię sportu, który uprawiają. „Kiedy jeszcze grałem, miałem poczucie, że reprezentuję dawnych mistrzów. I gdy moje zachowanie było niewłaściwe, obrażałem tym samym cały australijski tenis”. Przy tym wszystkim zachowanie skromności może nie być dla Federera łatwe. „Gdziekolwiek się pojawię i rozmawiam z ludźmi, mają nadzieję, że wygra Federer. A mimo to nadal stąpa twardo po ziemi. Taka postawa wiele od niego wymaga. Jest po prostu dobrym facetem”.

6Długie oczekiwanie

Cudowny awans Federera do finału Australian Open w 2017 roku, tuż po jego comebacku, otwiera przed nim niespodziewaną szansę, by zakończyć długie oczekiwanie na kolejny wielkoszlemowy tytuł. Liczba „18” zaczęła się nad nim unosić niczym pomnik, przypominający, że jego czas minął, że sięgnął swoich granic, że może być człowiekiem przeszłości. Choć tak bardzo się przed tym broni, ocenia się go przede wszystkim na podstawie wyników w turniejach Wielkiego Szlema. On też wyznaje motto, które przyświecało Pete’owi Samprasowi: dobry rok to taki, w którym wygrywasz chociaż jeden z nich. Przy czym Roger hołduje też odwrotnej zasadzie: wszystkie inne lata są złe.

Siedemnasty i ostatni tytuł wielkoszlemowy Federera jest już hen, daleko w historii tego krótkowiecznego sportu: od czasów zwycięstwa nad Andym Murrayem w lipcu 2012 roku w finale Wimbledonu minęło już cztery i pół roku. Mała wieczność. Prawdopodobieństwo, że sięgnie jeszcze po ten 18. puchar, z każdym turniejem zdaje się maleć. Argumenty tych, którzy wciąż w niego wierzą, są coraz bardziej wątpliwe, także wystawiona na pokaz wiara Federera i jego optymizm straciły na sile przekonywania. Odbyło się już 15 turniejów wielkoszlemowych, które jeden po drugim kończył jako przegrany, będąc w dodatku zmuszonym gratulować zwycięstwa kilku rywalom z drugiego rzędu: Serhijowi Stachowskiemu, Tommy’emu Robredo, Ernestsowi Gulbisowi, Andreasowi Seppiemu…

Ale czy wszystko w trakcie tych czterech lat, od 2013 do 2016 roku, było faktycznie takie złe? W żadnym wypadku: z dwoma, trzema wyjątkami także w tamtych latach jego rywale z chęcią zamieniliby się z nim wynikami. Spoglądając wstecz, Federer wzbrania się przed mówieniem o przedłużającym się kryzysie. „Przegrałem wprawdzie kilka trudnych meczów, ale miałem też dobre momenty. Wygrałem wiele turniejów, pokonałem wielu czołowych graczy, właściwie wszystkich. No i zdobyliśmy Puchar Davisa, a to dla nas wielka sprawa. Nie wszystko było takie złe, jak przedstawiają to niektórzy ludzie, mówiący o głębokim kryzysie albo czarnej serii. Nie wygrałem po prostu żadnego wielkoszlemowego turnieju, i to głównie z powodu Novaka”.

Już w 2013 roku z rytmu wybiły go problemy zdrowotne. Kłopoty zaczynają się 11 marca podczas turnieju Masters 1000 w kalifornijskim Indian Wells – w dniu, w którym trzęsienie ziemi osiągające siłę 5,2 stopnia w skali Richtera nawiedziło Coachella Valley. „Nagle wszystko zawibrowało – opowiada. – W pierwszych sekundach nie wiedziałem, co się dzieje, potem wybiegłem na zewnątrz. Na szczęście mojej rodziny nie było w domu. Ogarnęło mnie przerażenie. Nie wiedziałem, ile to jeszcze potrwa ani czy się nie nasili”.

Trzęsienie ziemi nie miało następstw. Dużo bardziej znaczące konsekwencje niosło dla niego to, co tamtego dnia wydarzyło się później. Podczas gry z Ivanem Dodigiem, przy stanie 6:3, 4:1, Federer czuje w plecach ucisk. Nie przejmuje się tym zbytnio, gra dalej i zwycięża. Problemy z plecami towarzyszą mu przez całą karierę, na drodze do pierwszego zwycięstwa w Wimbledonie był bliski rezygnacji z turnieju właśnie z tego powodu. Niedobrze było także w 2008 roku, gdy w paryskiej hali Bercy, grając z Jamesem Blakiem, po raz pierwszy w karierze oddał mecz bez walki. Także zdobywając 17. tytuł wielkoszlemowy, musiał pokonać silny ból pleców.

Ćwiczenia rozciągające i rozgrzewające plecy zajmują w jego planie dnia tak stałe miejsce jak mycie zębów (choć oczywiście wymagają znacznie więcej czasu), a Roger uznał, że może żyć z bólem, swoim starym towarzyszem. W Indian Wells duma zabrania mu odpuścić turniej. Dwa dni później zostaje wciągnięty w wyniszczającą walkę z Wawrinką, którą również wygrywa, aż odpada w ćwierćfinale, po przegranej 4:6, 2:6 z Nadalem.

Na początku Federer bagatelizuje sytuację, tym razem jednak problemy z plecami są znacznie bardziej uciążliwe niż dotychczas. Kilka tygodni później Pierre Paganini wyjaśnia, jak niełatwa była sytuacja Federera: „Po takiej kontuzji pleców świadomie albo nieświadomie naciskasz hamulec. Ten uraz wybił go z rytmu. Blok treningowy po Indian Wells, w trakcie którego przez siedem tygodni nie zagrał w żadnym turnieju, przyniósł frustrację. Roger każdego dnia poświęcał na ćwiczenia wiele godzin, ale niewiele to dawało jego grze”. Roger musiał opuszczać pewne elementy w treningu siłowym, podobnie było także w zakresie treningu eksplozywnego, który odgrywa ważną rolę w tenisie. „Prewencja miała tak duży wpływ, że oddaliła nas od obranych celów” – przyznał Paganini.

Rok 2013 staje się dla Federera jego najgorszym sezonem od 11 lat. Szwajcar awansuje zaledwie do trzech finałów, a wygrywa tylko jeden z nich, w Halle na korcie trawiastym, gdzie po raz pierwszy od dziesięciu miesięcy może odebrać puchar za turniejowe zwycięstwo. To jego 77. tytuł, którym nawiązuje do osiągnięć Johna McEnroe, i przed Wimbledonem znów jest zaliczany do grona faworytów. Jak się okazuje, trochę przedwcześnie.