Rodzina Newcome’ów tom 1 - William Makepeace Thackeray - ebook

Rodzina Newcome’ów tom 1 ebook

William Makepeace Thackeray

0,0
29,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Epopeja z życia dziewiętnastowiecznej angielskiej burżuazji. Na przestrzeni kilku pokoleń rodzina Newcome staje się cenioną familią bankierów, zdobywa fortunę i pomnaża majątek poprzez aranżowane małżeństwa z przedstawicielami arystokracji. Prywatne uczucia i dążenia jej członków nie mają przy tym większego znaczenia. Ale nawet w najbardziej wyrachowanym rodzie zdarzają się jednostki wrażliwe i stawiające na autentyczne relacje - takie jak szlachetny pułkownik Thomas Newcome oraz jego syn Clive. Ciekawostką jest, że właśnie w tej powieści po raz pierwszy użyto wymyślonego słowa "kapitalizm" w odniesieniu do systemu ekonomicznego. Idealna lektura dla miłośników "Lalki" Bolesława Prusa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 660

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



William Makepeace Thackeray

Rodzina Newcome’ów tom 1 

Przełożył TADEUSZ DEHNEL

Saga

Rodzina Newcome’ów tom 1 

Tłumaczenie Tadeusz Jan Dehnel

Tytuł oryginału The Newcomes

Język oryginału angielski

Copyright © 1854, 2023 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728387375 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Rozdział pierwszy

Uwertura, po której kurtyna idzie w górę, odsłaniając chór pijaków.

Kruk, który porwał ser z okna mleczarni, siedział na gałęzi spoglądając z góry na wielką pękatą żabę w kałuży. Żaba wybałuszyła ohydne, wyłupiaste ślepia w sposób widać komiczny dla czarnucha, bo ów przyglądał się płaskonogiemu, oślizgłemu stworowi z ponurym humorem tak właściwym krukom. Opodal żaby pasł się tłusty wół, a kilka jagniąt brykało po łączce albo skubało trawę i jaskry.

Któż to jednak ukazał się na drugim końcu pola? Przecież to pan wilk tak chytrze przebrany w owcze szatki, że nawet jagnięta go nie poznały; ba, jedno z nich (rodzicielkę jego wilk spożył przed chwilą, po czym narzucił na grzbiet jej skórę) podbiegło z ufnością do żarłocznego potwora sądząc, że ma do czynienia ze swą mamusią.

— Chi, chi — powiedział lis, skradając się za żywopłotem, przy którym rosło drzewo, skąd kruk spoglądał na żabę, która wytrzeszczając ślepia, bliska pęknięcia z zazdrości, rechotała obelgi pod adresem wołu. — Cóż za głuptasy z tych jagniąt! Niemądre, niezdarne beksy — nie poznały wilka w owczym runie. To przecież ten sam stary łotr, który na obiad pożarł babcię, a Czerwonego Kapturka połknął na kolację. Tirez la bobinette et la chevillette cherra. Chi, chi!

Zbudziła się sowa ukryta w dziupli drzewa.

— Ach, to pan lis — przemówiła. — Nie mogę pana dojrzeć, ale czuję pański zapach! Jedni lubią jagniątka, inni gąski.

— A czcigodna pani przepada za myszkami — odparł lis.

— Jadają je również Chińczycy — rzekła wiekowa dama — a ponadto czytałam — ciągnęła — że bardzo sobie chwalą psy.

— Bodajby do ostatniego wytępili z powierzchni ziemi wszystkie te przeklęte kundle! — warknął lis.

— Czytałam również w podróżniczych księgach, że Francuzi odżywiają się żabami — ciągnęła sowa. — Ach, to ty, koleżanko żabo! Ubiegłej nocy odśpiewałyśmy na dwa głosy wcale niezły koncert.

— Francuzi pożerają moje siostry — zaskrzeczała żaba — za to Anglicy jadają woły... wielkie, ordynarne, ryczące grubym głosem woliska!

— Pewnie, pewnie — przyznała sowa. — Ale słyszałam jeszcze, że Anglicy chętnie żywią się pochlebstwami.

— Któż jednak, czcigodna pani, słyszał kiedy, by pożarli lisa albo sowę? Albo siadali do stołu, by nadziać kruka na widelec? — dodał uprzejmy wyga z ukłonem w stronę starucha, który siedząc na gałęzi trzymał ser w dziobie. — Wszyscy troje jesteśmy uprzywilejowanymi istotami; nigdy nie robią z nas potraw na plugawe orgie ludzkiego obżarstwa.

— Jestem ptakiem mądrości — oznajmiła sowa. — Byłam towarzyszką Pallady-Minerwy. Wizerunek mój zdobi staroegipskie pomniki.

— Widywałem panią także nad wrotami zwyczajnych angielskich stodół — uśmiechnął się lis złośliwie. — Pani jest osobą wielce ukształconą, pani sowo. Ja tam wiem to i owo, ale bynajmniej nie pragnę uchodzić za mędrca. Jestem po prostu światowcem żyjącym z własnego sprytu; ot, takim sobie wiejskim szlachciurą.

— Drwisz pan z ukształcenia — odparła sowa zdobiąc swe poważne oblicze pogardliwym uśmiechem. — Ale ja wiele czytuję nocami.

— Gdy ja zajęty jestem rozszyfrowywaniem kur i kogutów na grzędach — powiedział lis.

— Jaka szkoda, że nie umie pan czytać! Niejednego by się pan dowiedział z przybitej nad moją głową deszczułki.

— A co tam napisane? — zapytał lis.

— W świetle dnia nie dojrzę tego — odparła sowa i ziewnąwszy cofnęła się w głąb dziupli, aby drzemać do wieczora.

— Figę warte te całe hieroglify! — zawołał lis i zerknął w górę, ku siedzącemu na drzewie krukowi. — Nasza flegmatyczna sąsiadka przybiera górne tony! Udaje, że wszystkie rozumy zjadła. A przecież wy, czcigodni panowie krucy, posiadacie stokroć cenniejsze przyrodzone dary niż te napuszone nocne ptaszyska, mrugające po ciemku i nazywające swe hukanie śpiewem. Cóż to za rozkosz słuchać chóru kruków! Dwudziestu czterech braci reguły św. Corvinusa założyło klasztor w sąsiedztwie lasku, w którym często bywam; przecudne zaiste zawodzą pienia. Twierdzę jednak z całą stanowczością, że śpiew ich świątobliwości jest niczym wobec tego, co pan potrafi. Głos pański tak góruje w chórze, że przez czystą miłość muzyki winieneś mnie zaszczycić swym solo!

Podczas tej konwersacji wół szczypał trawę; żaba wpatrywała się w wołu, tak rozwścieczona jego okazałą postawą, że gdyby to było możliwe, oplułaby go jadem albo pękła z samej zazdrości. Małe jagniątko leżało ufnie obok wilka w wełnistych trykotach, który nie nękał jeszcze biedactwa, bo nasycił się niedawno daniem z jego mamusi. Niebawem wilk łysnął ślepiami i pokazał ostre, białe kły; podniósł się, warknął i pomyślał, że chętnie zjadłby jagniątko na wieczerzę.

— Jakie ty masz duże oczki! — beknąło jagniątko z dość zaniepokojoną miną.

— Żeby cię lepiej widzieć, kochaneczku.

— Jakie ty masz wielkie ząbki!

— Żeby cię lepiej...

W tej chwili okropny ryk rozległ się po polu i dreszcz grozy przejął wszystkich obecnych. Ryk ten wydawał osioł, który zdobył jakoś lwią skórę, teraz zaś zbliżał się do żywopłotu, ścigany przez kilku mężczyzn i wyrostków z pałkami oraz strzelbami.

Kiedy wilk w owczych szatach usłyszał głos osła w lwiej skórze, pomyślał, że prawdziwy król puszczy jest w pobliżu, i czmychnął tak szybko, jak tylko pozwalało mu niewygodne przebranie. Kiedy wół usłyszał hałas, okrążył cwałem kałużę i jednym uderzeniem kopyta zmiażdżył żabę, która mu urągała. Kiedy kruk zobaczył nadchodzących ludzi ze strzelbami, niezwłocznie wypuścił ser z dzioba i zerwał się do lotu. Kiedy lis ujrzał spadający ser, skoczył nań bez wahania (znał bowiem głos osła i dobrze wiedział, że charkot ów w niczym nie przypomina ryku króla i władcy), lecz zmierzając do sera, dostał się w żelaza i postradał ogon. Powędrował więc w świat bez kity i od tego czasu dowodził, że noszenie jej wyszło już z mody i że ród lisi czuje się znacznie lepiej bez tej ozdoby.

Tymczasem nadbiegł parobczak z kijem i tak zaczął okładać pana osła, że ów podniósł głośniejszy niż dotychczas ryk. Wilk, któremu owcze runo plątało się pomiędzy nogami, nie mógł szybko umykać, został więc zauważony i zastrzelony przez jednego z myśliwych. Stara, ślepa sowa z łopotem skrzydeł wyleciała z dziupli i przerażona, oszołomiona zgiełkiem, trafiła prosto w twarz jakiegoś wyrostka, który zatłukł ją widłami. Nadszedł rzeźnik i spokojnie zabrał wołu i jagnię, pewien zaś gospodarz, znalazłszy w żelazach lisią kitę, powiesił ją nad swym kominkiem i blagował odtąd, że przyczynił się do śmierci tego lisa.

„Cóż to za pomieszanie starych bajek! Co za maskarada w staromodnych kostiumach! — zawoła krytyk. (Oczyma wyobraźni widzę tego Salomona sprawującego sądy nad nami, autorami, i ćwiartującego naszą dziatwę.) — Jakem sprawiedliwy i mądry, skromny, uczony i pobożny czytałem już dawniej coś bardzo zbliżonego do tych bredni o osłach i lisach! A ten wilk w owczej skórze? To przecież dawny znajomy! Albo lis wiodący dyskurs z krukiem? Wielekroć o nim słyszałem. Oczywiście! To bajki La Fontaine’a ! Postarajmy się o słownik, o te bajki i o encyklopedię, odszukajmy hasło «La Fontaine» i rozprawmy się z tym szalbierzem.

Jak lekceważącym tonem — mógłby Salomon wywodzić dalej — mówi ów autor o naturze ludzkiej! Wszystkie bodaj jego postacie mają przedstawiać nikczemników. Lis to pochlebca. Żaba — symbol bezsilnej zawiści. Wilk w owczym runie — krwiożerczy obłudnik przystrojony w szatki niewinności. Odziany w lwią skórę osioł to szarlatan, który próbuje wzbudzić postrach udając władcę puszczy. (Czy przypadkiem autor dotknięty zasłużoną naganą nie mści się na krytyku ukazując go w podobnej roli? Drwimy sobie z tak impertynenckiego porównania!) Wół jest głupim pospolitakiem, a jedyna niewinna istota w tej moralizatorskiej (i plagiatorskiej) bajdzie to półgłówek — idiotyczne jagnię, które nie potrafi rozpoznać własnej matki.“

Później cnotliwie usposobiony krytyk mógłby zasmakować w podniosłej pisaninie o świętości macierzyńskich uczuć.

Zupełnie słusznie! Jeżeli autorzy drwią, to prawem krytyka jest drwić z autorów i ich drwin. Krytyk musi dowodzić swej wyższości nad pisarzem, bo w przeciwnym wypadku nikt nie będzie dbał o jego opinię i biedak znajdzie się bez środków do życia. A ponadto ma niekiedy rację: opowieści, które czytuję, i nakreślone w nich postacie bywają rzeczywiście znane. Jakie jednak opowieści są nowe? Wszystkie odmiany wszystkich postaci kroczą poprzez wszystkie baśnie: strachajły i samochwały, ofiary i tyrani, matołki i spryciarze, kłapouche osły przybierające lwie pozy, molierowskie świętoszki maskujące się cnotą, kochankowie i ich przeżycia — zaślepienie, szaleństwo i wiara. Czyż pierwszej karty historii ludzkiej nie rozpoczyna kłamstwo i miłość? Bajki opowiadano już na setki lat przed Ezopem i nie ulega wątpliwości, że osioł w lwiej skórze ryczał po hebrajsku, lis-przechera sypał pochlebstwami po etrusku, a wilk w owczym runie kłapał zębami w sanskrycie. Słońce świeci dziś nie inaczej niż w dniu, gdy po raz pierwszy wzeszło, kiedy zaś piszę te słowa, ptaki w koronach drzew powtarzają tę samą nutę, na którą ćwierkają od początku istnienia swego gatunku. Ba! pewien znajomy autora zwiedził ostatnio Świat Nowy, po powrocie zaś skłonił dobrodusznych przyjaciół, by raz na miesiąc wysłuchiwali jego opowieści, z których wynika, że tamtejsze (nieopierzone) ptactwo wielce przypomina swych współbraci z Europy. Nie ma więc zapewne nic nowego pod słońcem i samo słońce nie jest nowe, lecz każdego ranka nowym nam się wydaje, gdy wstajemy, aby pracować, żywić nadzieje, spiskować, śmiać się, walczyć, kochać i cierpieć, dopóki nie nadejdzie noc i spoczynek. Potem zaś budzi się dzień następny, a wraz z nim oczy, które nań patrzą i tak da capo.

A więc, za pozwoleniem państwa, mamy rozpocząć opowieść, w której kawki będą nosić pawie pióra i słusznie staną się pośmiewiskiem pawi; w której oddamy pełną sprawiedliwość samym pawiom — przepychowi ich upierzenia, olśniewającym barwom podgardla i okazałym wachlarzom ogonów — czyniąc jednak wyjątek dla ich uroczystego, a niedorzecznie kuśtykającego chodu oraz kakofonii butnych wrzasków. Opowieść, w której zręczne dziewice będą obcinać pazury zakochanym lwom; w której szubrawcy będą niekiedy triumfować, lecz uczciwi ludzie (miejmy nadzieję) odniosą wreszcie zwycięstwo; w której znajdziemy kir i białe weselne kokardy, łzy pod wiankiem z pomarańczowego kwiatu i żarty w żałobnych karocach; w której opiszemy przyjmowane z ukontentowaniem lub bez jarskie obiadki i bankiety z tucznego cielca, którym towarzyszą troski i nienawiść... a obok nich ukażemy poczciwość i prawdziwą przyjaźń! Bynajmniej z tego nie wynika, iż wszyscy ubodzy muszą być poczciwi; znałem ludzi majętnych, lecz uczynnych i zacnych. Bywają wielcy obszarnicy nie uciskający swych dzierżawców, spotyka się czasami biskupów-niehipokrytów, trafiają się liberalni wigowie , a nawet nie wszyscy radykałowie są arystokratami w głębi duszy. Któż jednak słyszał, aby morał poprzedzał bajkę? Dzieci godzą się przyjąć do wiadomości morał wówczas dopiero, gdy nacieszą się bajką. Uważajmy więc, aby czytelnik nie pominął jednego i drugiego i spiesznie wprowadźmy na scenę nasze wilki i jagnięta, lisy i lwy, ryczące osły i gruchające gołąbki, pełne macierzyńskich uczuć kwoki i piejące koguty.

* * *

Były ongiś czasy, kiedy słońce świeciło, zda się, jaśniej niż w tej naszej drugiej połowie dziewiętnastego stulecia, kiedy życie miało bezsprzecznie więcej uroku; kiedy restauracyjne wina odznaczały się przewybornym smakiem, a restauracyjne dania sięgały szczytów sztuki kulinarnej. Czytanie powieści stanowiło wówczas źródło rozkoszy, a dzień ukazania się miesięcznika witano niczym radosne święto; znajomość z Thomsonem, który zamieścił artykuł w tym lub owym czasopiśmie, była zaszczytnym wyróżnieniem, spotkanie zaś z Brownem, autorem ostatniego romansu, przechadzającym się po Hyde Parku (w całej okazałości, z parasolem i z panią Brown) uchodziło za wydarzenie godne zachowania w pamięci do końca życia. Niewiasty owych czasów były tysiąc razy piękniejsze niż współczesne ich siostry, zwłaszcza zaś hurysy teatralne tak czarujące i anielskie, że na ich widok serce biło żywiej i chcąc ujrzeć je po raz wtóry, walczyło się przez pół godziny u drzwi teatru. Krawcy odwiedzali wówczas mieszkanie młodego człowieka i starali się olśnić go fasonami fantazyjnych kamizelek; ów młody człowiek uważał za wskazane zawczasu zaopatrzyć się w okazałą srebrną gotowalnię, aby godnie wystąpić na przyjęcie nie narodzonej jeszcze brody (podobnie jak jednoroczne mężatki przygotowują koronkowe czepeczki i haftują piękne sukienki dla oczekiwanej pociechy). Przejażdżka po parku powozem wynajętym za dziesięć szylingów wydawała się ideałem wykwintnej rozrywki, a obryzganie uniwersyteckiego preceptora błotem spod kół pędzącej przez Regent Street dorożki — szczytem dowcipu i satyry. Największą przyjemnością było spotkać się w hotelu Bedford z Jonesem, wychowankiem Trinity, omówić z nim plany na wieczór w towarzystwie Kinga z Corpus, który zatrzymał się w hotelu Colonnade, i Martina z Trinity Hall , mieszkającego u krewnych na Bloomsbury Square. Potem zjeść obiad w Piazza, zobaczyć Brahama w Fra Diavolo i zakończyć ten wesoły wieczór kolacją i śpiewem w „Grocie Harmonii“.

Otóż w owych dniach mojej młodości zetknąłem się z kilkoma osobami, które mają wystąpić na kartkach tej powieści, i za łaskawym ich zezwoleniem będę im musiał towarzyszyć, dopóki nie zaznajomią się z czytelnikami i samodzielnie nie zdołają ruszyć w dalszą drogę.

Kiedy wspominam te osoby, róże rozkwitają znowu i słowiki śpiewają nad spokojnym Bendemeerem .

Pewnego zatem wieczora wybrałem się do teatru (oczywiście na parter, jak nakazywała ówczesna moda) z kilkoma młodzieńcami w moim wieku. Kiedy wysłuchaliśmy już z zachwytem jednej z najpiękniejszych i najpogodniejszych oper i do łez uśmieli się z farsy — naturalnym porządkiem rzeczy poczuliśmy o północy głód. Ponieważ mieliśmy chęć na grzanki zapiekane z serem i stare, poczciwe śpiewki na trzy głosy, udaliśmy się do „Groty Harmonii“, knajpy prowadzonej przez słynnego wówczas Hoskinsa, do którego znajomych mieliśmy zaszczyt się zaliczać.

Byliśmy tak bardzo zaprzyjaźnieni z panem Hoskinsem, że ów nie zapomniał nigdy powitać nas uprzejmym ukłonem, a kelner John znajdował nam miejsca w pobliżu przewodniczącego wesołego zgromadzenia. Znaliśmy również trzech doskonałych pieśniarzy, którzy niejednokrotnie raczyli się na nasz koszt koniakiem z wodą. Jeden z naszego grona wydał tutaj obiad po egzaminie adwokackim i bawiliśmy się wszyscy nad wyraz ochoczo. Gdzież jesteś dzisiaj, Hoskinsie, nocny ptaku? Może wyśpiewujesz nad Acheronem albo urządzisz popis chórów nad brzegami czarnego Averna ?

Kolejki porteru, Gawron i wrona, grzanki zapiekane z serem, Rycerz Czerwonego Krzyża, koniak z gorącą wodą (mocny, aż brązowy!), Żytnie kłosy pokryły się kwieciem (żytnie kłosy nie pokrywają się już kwieciem!) — wszystko to, a mówiąc pokrótce wino i śpiew wesoło krążyły dokoła, przy czym, jeśli wolno się tak wyrazić, bisowano zarówno piosenki, jak i puchary. Tak się zdarzyło, że owej nocy było pustawo w „Grocie“, wszyscy więc obecni, znalazłszy się w doborowym gronie, okazywali tym więcej serdeczności i przyjacielskich uczuć. Piosenki należały przeważnie do kategorii sentymentalnych ballad, szczególnie popularnych w czasach, o których mowa.

W pewnej chwili do „Groty“ wkroczył dżentelmen z pociągłą, ogorzałą twarzą i długimi czarnymi wąsami. Miał na sobie bardzo luźne ubranie i niewątpliwie był rzadkim gościem w tym miejscu. Nie widział go widocznie od dawna, bo wyrostkowi, który mu towarzyszył, pokazywał jakieś zmiany, potem zaś, zamówiwszy sherry z wodą, z wielkim zapałem podkręcał wąsa i słuchał muzyki.

Młodociany jego towarzysz rzucił w naszą stronę okiem, zerwał się od stolika, przebiegł salę, skoczył ku mnie z wyciągniętymi rękami i spytał, zarumieniony:

— Czy mnie nie poznajesz?

Był to mały Newcome, mój kolega szkolny. Nie widziałem go od sześciu lat, a więc zdążył tymczasem wyrosnąć na przystojnego, wysokiego młodzika z tymi samymi jasnoniebieskimi oczyma, które patrzyły na mnie z twarzy dziecka.

— A cóż za czort cię tu sprowadził? — zapytałem.

Roześmiał się i zrobił łobuzerską minę.

— Mój ojciec... to jest... mój ojciec chciał tutaj zajrzeć. Właśnie powrócił z Indii. Mówi, że bywali tu niegdyś wszyscy słynni dowcipnisie: pan Sheridan , kapitan Morris , pułkownik Hanger , profesor Porson . Powiedziałem ojcu, jak się nazywasz i że byłeś dla mnie bardzo dobry, kiedy oddano mnie do Smithfield. Rozstałem się już ze szkołą. Będę miał teraz prywatnego nauczyciela. No, i dostałem ślicznego wierzchowca. To znacznie zabawniejsze niż nasze stare Smiffle.

W tej chwili dżentelmen z bujnym zarostem, ojciec Newcome’a, skinął na kelnera, by ów poniósł za nim szklankę sherry z wodą, i wciąż kręcąc wąsa, ruszył przez salkę; kiedy zaś zbliżył się do zajmowanego przez nas stołu, złożył kapeluszem ukłon tak godny i uprzejmy, że nawet sam Hoskins musiał mu się odkłonić. Pieśniarze poszeptali między sobą i spojrzeli jeden na drugiego znad szklanek koniaku z wodą, który sączyli powoli, a ten nieznośny wykpisz, mały Nadab Improwizator (właśnie wszedł do knajpy), zaczął naśladować nieznajomego dżentelmena: charakterystycznym dlań ruchem gładził urojony zarost i w przezabawny sposób wywijał zamaszyście chustką do nosa. Hoskins położył jednak kres tym błazeństwom, bo surowym spojrzeniem skarcił Nadaba, wołając jednocześnie, by panowie zechcieli zamówić trunki, jako że kelner był właśnie w pobliżu, a pan Bellew miał zaintonować nową piosenkę.

Ojciec Newcome’a podszedł tymczasem do mnie i wyciągnął prawicę. Przyznaję, iż zaczerwieniłem się, bo porównałem go już do wspaniałego Harleya w Krytyku i zdążyłem ochrzcić „don Ferolo Wąsatandos“.

Odezwał się jednak głosem tak łagodnym i miłym, a w kordialności jego było tyle szczerej prostoty, że mój śmiech zamilkł, zawstydzony, ustępując miejsca szacunkowi i bardziej przyjaznym uczuciom. W młodym wieku, proszę państwa, wzrusza ludzka życzliwość, która wyrobionemu światowcowi zależnie od sytuacji może podobać się albo nie.

— Słyszałem, że był pan dobry dla mojego syna — powiedział ojciec Newcome’a — każdą zaś okazaną mu uprzejmość uważam za uprzejmość okazaną mnie. Czy wolno koło pana usiąść? I może zechce pan skosztować mojego cygarka?

W ciągu minuty zostaliśmy przyjaciółmi. Młody Newcome przycupnął obok mnie, a naprzeciwko zasiadł jego ojciec, któremu po krótkiej rozmowie przedstawiłem trzech uniwersyteckich kolegów.

— Przybyli tu panowie, żeby popatrzeć na mędrców — rzekł pułkownik. — Czy na sali są jakieś znakomitości? Od trzydziestu pięciu lat nie byłem w kraju, a więc chciałbym teraz zobaczyć wszystko godne widzenia.

King z Corpus (niepoprawny kpiarz) zamierzał właśnie złożyć niesłychanie niski ukłon i wskazać kilku nieznajomych jegomościów jako Rogersa , Hooka , Luttrela itd. Kopnąłem go jednak pod stołem w kostkę i w ten sposób skłoniłem do trzymania języka za zębami.

— Maxima debetur pueris — powiedział Jones (młodzian o niezwykłej delikatności uczuć, który później został duchownym) i na swej karcie wizytowej napisał do Hoskinsa, że w sali znajduje się niedorostek, a także żółtodziób w starszym wieku, piosenki zatem należałoby dobierać rozważnie. Tak też je dobierano. Panny z arystokratycznej pensji mogłyby wejść na salę i nie ucierpieć od niczego prócz zapachu cygarowego dymu i koniaku z wodą. Czemu nie bywa tak zawsze? Jeżeli istnieją obecnie jakieś „Groty Harmonii“, pozwolę sobie zwrócić uwagę panom gospodarzom, że lepsze będą robić interesy, trzymając w ryzach swych śpiewaków. Najgorsi nicponie lubią piękne piosenki i szlachetnieją pod ich wpływem, podobnie jak przyzwoici ludzie. Widok prostodusznego pułkownika i jego upojenia muzyką wart był gwinei. Zapomniawszy o wybitnych osobistościach, które miał nadzieję tu ujrzeć, wpadł w zachwyt nad pieśniarzami.

— To wspaniałe! Doprawdy wspaniałe, Clive! Lepsze niż koncert twojej ciotki z tymi wszystkimi Squallini, co? Często tu będę przychodził. Hej, panie gospodarzu, pozwoli pan zapytać tych panów, czy zechcieliby się czegoś napić? Jak się oni nazywają? — I zwracając się do sąsiada zwierzył się mu: — Przed wyjazdem z kraju niewiele było mi danym słuchać śpiewu oprócz pewnego oratorium. Wtedy jednak usnąłem. Ale to, na Boga, jest równie piękne jak popis Incledona ! — Coraz bardziej ożywiał się nad szklanką sherry z wodą. — Przykro doprawdy patrzeć, jak panowie piją ten mocny koniak — mówił. — Wiele złego świadczy on naszej młodzieży w Indiach.

Pułkownik pomagał wszystkim chórom niezwykle miłym głosem. Z Barana Derbisty śmiał się, aż miło było popatrzeć, kiedy zaś Hoskins zaśpiewał (a śpiewał tę pieśń doskonale) Starego angielskiego szlachcica i miarowym rytmem opisał śmierć owego czcigodnego arystokraty, łzy stoczyły się po policzkach wojaka, który wyciągnął dłoń do gospodarza i przemówił:

— Dziękuję panu za tę pieśń. Przynosi ona zaszczyt rodzajowi ludzkiemu.

Wówczas i Hoskins zaczął płakać.

Następnie młody Nadab (otrzymawszy właściwe napomnienie) przystąpił do swych niezwykłych improwizowanych kupletów, którymi w owym czasie czarował rozmaite widownie. Nie przepuścił nikomu i składał rymy o ważniejszych osobach obecnych na sali: o szpilkach Kinga (miał je rzeczywiście wspaniałe), o czerwonej kamizelce Martina itd. Pułkownik zachwycał się wszystkimi kupletami i na zakończenie każdego ochoczo śpiewał wraz z chórem: „Ritorlderol — ritorlderol — ritorlderolderaj“ (bis). Wreszcie i na niego przyszła kolej, bo Nadab ryknął:

Kiedy przyglądam się temu panu,

Bacznie studiując jego twarz,

Wiem, że to wojak z Hindustanu,

Co przyzna chyba każdy z was.

A ten chłopaczek obok niego,

Kręcone włoski, różowa twarz?

W łóżku winieneś być, kolego.

Przyzna to chyba każdy z was.

Ritorlderol itd.

Śmiejąc się do łez z tego żartu, pułkownik klepał po ramieniu Clive’a, swego młodocianego syna:

— Słyszysz, mój panie, co on o tobie mówi? Bardziej do twarzy byłoby ci w łóżku! Cha-cha-cha! Oj Clive, Clive, synku! Nie, nie! Znamy powiedzonko dwa razy lepsze od tego: „Nie pójdziemy do domu, aż rano, aż będzie dzień!“ Czemu nie mamy... czemu mój syn nie miałby korzystać z niewinnych rozrywek? Ojcu jego zakazywano ich w młodych latach i ta surowość omal nie przywiodła mnie do upadku. Przepraszam. Muszę pomówić z tym młodym człowiekiem. Jak długo żyję, nie widziałem niczego równie zdumiewającego. Jak on się nazywa? Pan Nadab? Panie Nadab, jestem panem oczarowany. Czy wolno prosić, żeby pan zechciał odwiedzić mnie i zjeść ze mną obiad jutro o szóstej? Pułkownik Newcome, łaskawy panie; hotel „Nerot“, przy ulicy Clifford. Zawsze dumny jestem, kiedy zawieram znajomości z ludźmi genialnymi, a pan należy do nich, albo nie nazywam się Newcome.

— To w samej rzeczy zaszczyt dla mnie, panie pułkowniku — powiedział Nadab — a być może, nadejdzie kiedyś dzień, gdy świat śladem pana odda mi sprawiedliwość. Czy mógłbym umieścić nazwisko szanownego pana w rejestrze zamówień na mój zbiorek wierszy?

— Oczywiście, drogi panie — odparł z zapałem pułkownik. — Roześlę je po całych Indiach. Niech pan mnie zapisze na sześć egzemplarzy i z łaski swojej proszę je przynieść jutro, kiedy pan przyjdzie na obiad. Z kolei pan Hoskins zapytał, czy ktoś z dżentelmenów nie zechciałby zaśpiewać solo, i jakież było nasze zdziwienie, gdy sam pułkownik z wielką prostotą zgłosił się na ochotnika. Cała sala przyjęła to radosnym wrzaskiem, tylko Clive Newcome, jak mi się zdawało, spuścił głowę i poczerwieniał niczym piwonia. Współczułem młodzieńcowi, bo wyobraziłem sobie własne wrażenie, gdyby mój stryj, major Pendennis, zaproponował nagle, że w takim miejscu wypróbuje publicznie swe wokalne talenta.

Pułkownik wybrał śpiewkę zatytułowaną Stare schody w Wapping (balladę tak miłą i rzewną, iż niewątpliwie każdy poeta angielski przyznałby się z dumą do jej ojcostwa) i odśpiewał tę oryginalną, uroczą staroangielską piosenkę wyjątkowo przyjemnym głosem w starym, zupełnie dziś zapomnianym stylu Incledona, z trelami i ruladami. Śpiewak włożył duszę i serce w prostą balladę, a wzruszającą prośbę Molly wykonał tak patetycznie, że nawet zawodowcy pomrukiwali i pokasływali ze szczerym uznaniem, żartownisie zaś, którzy na początku występu zamierzali szydzić z pułkownika — pobrzękiwali szklankami i stukali laskami z pełnym szacunku entuzjazmem. Po zakończeniu śpiewki podniósł głowę nawet Clive, który już przedtem, gdy minęło wrażenie pierwszej strofki, z wyrazem miłego zdziwienia zaczął rozglądać się dokoła. Nie muszę chyba wspominać, że cała nasza kompania dodawała nowemu znajomemu ducha i radowała się triumfalnym zakończeniem tej ryzykownej próby. Pułkownik odpowiadał na oklaski ukłonami i bardzo dobrodusznym uśmiechem. Zdawać się mogło, że to doktor Primrose wygłasza kazanie w więzieniu. Było coś wzruszającego w naiwnej poczciwości tego łagodnego i prostodusznego dżentelmena.

Wielki Hoskins, który poczesne brał miejsce pośród wdzięcznie brzmiącego chóru, z przyjemnością dał wyraz uznaniu i wzniósł zdrowie swego gościa we właściwy mu pełen godności sposób.

— Jestem panu szczerze zobowiązany, panie pułkowniku — przemówił Hoskins. — Cała sala winna panu wdzięczność, panie pułkowniku. Za pańskie zdrowie i za pańską pieśń! — uprzejmie skłonił się pułkownikowi znad szklanki koniaku z wodą, z której wysączył odrobinę na cześć swego gościa. — Nie słyszałem tej pieśni w lepszym wykonaniu — dodał łaskawie — od czasów, gdy śpiewał ją Incledon. Był to wielki śpiewak, panie pułkowniku, i mówiąc słowami naszego nieśmiertelnego Szekspira, pozwolę sobie wyrazić pogląd, że rozważywszy wszystko, nie można oczekiwać, by niebawem ktoś mu dorównał.

Pułkownik zarumienił się i z szerokim uśmiechem powiedział do syna:

— Nauczyłem się tej piosenki od Incledona. Czterdzieści lat temu (ach, mój Boże, czterdzieści lat!) wykradłem się Z Gray Friars, aby go posłuchać, a potem brałem za to w skórę, co mi się zresztą należało. Panie Wszechmogący, jak ten czas leci, jak leci!

Wypił resztę sherry z wodą i wygodnie rozsiadł się na krześle. Nie wątpiliśmy, że rozmyśla o swej młodości — o tych złotych, szczęsnych, niezapomnianych dniach.

— Miałem w owym czasie blisko dwadzieścia dwa lata i uważałem się za równie starego... ba! za starszego od pułkownika.

Kiedy pułkownik śpiewał balladę, na salę wszedł, a raczej wtoczył się dżentelmen w wojskowym surducie i drelichowych spodniach nieokreślonej barwy. Niektórzy spośród moich czytelników znają już, być może, nazwisko i osobę tego jegomościa, był to bowiem mój przyjaciel, kapitan Costigan , w stanie zwyczajnym mu o tej porze nocy.

Chwytając się stolików, kapitan dobrnął bez szwanku dla siebie i stojących mu na drodze dzbanów i szklanek do stołu, któryśmy otaczali, i zasiadł obok autora tej opowieści, dawnego swego znajomego. Prawie do taktu wybębnił refren piosenki pułkownika, a patetyczny jej finał powitał powstrzymywaną czkawką i obfitym strumieniem łez:

— Jak-bo-a-tego... to piękna śpiewka — powiedział — nie raz, nie dwa słyszałem, jak śpiewał ją biedny Harry Incledon.

— Wspaniały typ — szepnął niefortunny King z Corpus do swego sąsiada, pułkownika. — Był niegdyś kapitanem w armii lądowej. Nazywamy go generałem. Kapitanie Costigan, napije się pan czegoś?

— Napiję się, jak-bo-a-tego... i teraz ja wam zaśpiewam — odparł kapitan.

Biedny staruszek wziął od przechodzącego kelnera szklankę whisky z wodą, a potem przystroiwszy twarz w okropny uśmiech i wykrzywiając się jak zwykle, gdy popisywał się pikantną piosneczką, zaczął śpiewać.

Ale stary nicpoń, który nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co robi lub mówi, wybrał na nieszczęście jeden z najbardziej nieprzystojnych numerów swego repertuaru; zamiast uwertury wydał pijacki ryk i śmiało ruszył z miejsca. Pod koniec jednak drugiej strofki pułkownik zerwał się, nacisnął cylinder, chwycił laskę i spojrzał tak groźnie, jak gdyby gotował się do walki z walecznym wojownikiem hinduskim.

— Milczeć! — zagrzmiał wielkim głosem.

— Słuchajcie! Słuchajcie! — krzyknęli jacyś dowcipnisie przy dalszym stoliku.

— Jazda, Costigan, jazda! — odezwali się inni.

— Jazda!!! — zawołał pułkownik dygocącym z gniewu tenorem. — Czy ktoś z panów powiedział: „Jazda“? Czy mężczyzna, na którego czeka w domu żona i siostry albo dzieci, mówi „Jazda!“ słuchając tak plugawych słów? Jak pan śmie mienić się dżentelmenem i chwalić się, że jest królewskim oficerem, a zarazem wchódzić między chrześcijan, pośród ludzi honoru, aby truć uszy młodzieży swym grzesznym bełkotem.

— A czemu sprowadzasz tu młodzież, staruszku? — ozwały się głosy oponentów.

— Czemu? Ponieważ sądziłem, że znajdę tu towarzystwo dżentelmenów — odparł oburzony pułkownik. — Ponieważ nie przypuszczałem nigdy, by grono Anglików mogło pozwolić człowiekowi, i to staremu człowiekowi, na takie upodlenie. Wstyd, stary nicponiu! Wracaj lepiej do domu i kładź się spać, ty posiwiały grzeszniku! Ja zaś bynajmniej nie żałuję, że syn mój zobaczył chociaż raz w życiu, do jakiego poniżenia, hańby i niesławy przywodzi ludzi opilstwo i whisky. Nie trzeba reszty, mój panie! Niech diabli wezmą resztę! — zawołał zwracając się do zdumionego kelnera. — Weź te drobne i trzymaj, aż drugi raz zobaczysz mnie w tej norze, co nie nastąpi nigdy. Nigdy! na Boga!

Zgorszony dżentelmen zawiesił laskę na ramieniu, obrzucił gniewnym wzrokiem grono przerażonych hulaków i wyszedł poprzedzając swego syna.

Clive miał raczej niemądrą minę, lecz obawiam się, że reszta towarzystwa wyglądała na jeszcze większych głupców.

— Aussi que diable venait-il faire dans cette galère? — powiedział King z Corpus do Jonesa z Trinity. Jones wzruszył ramionami tak, jak gdyby go zabolały, bo ta wzniesiona laska pułkownika spadła niejako na grzbiety wszystkich obecnych na sali.

Rozdział drugi

Zielone lata pułkownika Newcome’a.

Ponieważ bohaterem dalszych stronic ma być młody dżentelmen, który przed chwilą położył się do łóżka, najrozsądniej będzie rozpocząć jego historię od dziejów rodzinnych — na szczęście nie bardzo długich.

Kiedy harcapy rosły jeszcze na karkach angielskiej szlachty, a dobrze urodzone damy nosiły na głowach poduszki, które opinały własnymi włosami, włosy zaś ukrywały pod pudrem i pomadą; kiedy ministrowie ukazywali się z gwiazdami orderów w Izbie Gmin, a mówcy z opozycji co wieczór atakowali szlachetnego lorda udekorowanego błękitną wstęgą; kiedy pan Waszyngton przewodził amerykańskim powstańcom z zapałem, trzeba przyznać, godnym lepszej sprawy — wówczas przybył z północy do Londynu pan Tomasz Newcome, następnie Tomasz Newcome Esq. i szeryf Londynu, następnie alderman Newcome, założyciel rodziny, której mianu opowieść ta zawdzięcza tytuł.

Zjechawszy do Londynu wozem, wysiadł on z całym swym majątkiem — kilkoma sztukami sukna — na ulicy Bishopsgate. Chociaż pojawił się na Cheapside dopiero za panowania Jerzego III, jestem głęboko przekonany, że gdyby można było dowieść, iż Normanowie Wilhelma Zdobywcy nosili harcapy, a pan Waszyngton walczył w Palestynie przeciw Anglikom króla Ryszarda, to niektórzy współcześni nam Newcome’owie szczodrze by wynagrodzili heraldię, ponieważ należą niewątpliwie do najlepszego w kraju towarzystwa, przyjęcia zaś wydają jedynie dla najwyższej arystokracji i elity wytwornego oraz dyplomatycznego świata (o czym codziennie można czytywać w gazetach). Ci Newcome’owie uzyskali wprawdzie z Kolegium Heraldyków rodowód (drukowany nawet w dziele Budge’a — Arystokracja ziemiańska Wielkiej Brytanii) jasno dowodzący, że Newcome z armii Cromwella i Newcome jeden z ostatnich sześciu powieszonych przez królowę Marię za protestantyzm byli przodkami tego rodu, którego członek wsławił się na Bosworth Field , założyciel zaś (poległy pod Hastings u boku króla Harolda) był cyrulikiem Edwarda Wyznawcy. Mówiąc jednak między nami, podejrzewam, że sir Brian Newcome z Newcome (podobnie zresztą jak reszta świata) nie wierzy ani w jedno słowo tej opowiastki, jakkolwiek część jego dzieci nosi imiona z saksońskiego kalendarza.

Czy prawdą jest, że Tomasz Newcome był znajdą, dzieckiem wychowanym w przytułku parafialnym, a pochodzącym z miasteczka Newcome, które obecnie rozrosło się w duże miasto przemysłowe? Takie pogłoski krążyły w czasie ostatnich wyborów, kiedy to sir Brian, konserwatysta, ubiegał się o mandat z owego grodu, a kontrkandydat jego, zagorzały liberał pan Yapp, rozplakatował po mieście wizerunek starego przytułku (jakoby gniazda rodzinnego Newcome’ów) i ironicznie wzywał obywateli, by głosowali na Newcome’a — unionistę albo Newcome’a — znawcę spraw filantropii parafialnej itd. Któż by się jednak przejmował tym zaściankowym skandalem? Osoby zapraszane na przyjęcia lady Anny Newcome bardzo mało interesuje, czy jej piękne córki mogą wywieść swą genealogię nie dalej jak od dziada aldermana, czy też za pośrednictwem mitycznego praszczura-cyrulika uczepiły się brody Króla Edwarda Wyznawcy.

Tomasz Newcome, który był tkaczem w swym rodzinnym miasteczku, przywiózł stamtąd najlepszy charakter, uczciwość, pracowitość i przedsiębiorczość, toteż w Londynie został przyjęty do manufaktury sukienniczej Bracia Hobson — później Hobson i Newcome. Ten prosty fakt jest niewątpliwie znamienną cechą życiorysu Tomasza Newcome’a. Podobnie jak Whittington i wielu innych londyńskich terminatorów rozpoczynał życie jako biedak, by zakończyć je jako małżonek córki swojego pryncypała oraz szeryf i alderman miasta Londynu.

Dopiero jednak w drugim małżeństwie Tomasz Newcome pojął bogatą, bogobojną i światłą (takimi przymiotnikami określano w owych czasach pewnych aktywnych chrześcijan) Zofię Aleteę Hobson — niewiastę znacznie od siebie starszą, która wszakże miała tę zaletę, że męża przeżyła o wiele lat. Jej pałacyk w Clapham był przez długie lata schroniskiem najbardziej uprzywilejowanych przedstawicieli kół religijnych. Najwymowniejsi kaznodzieje, najbardziej utalentowani misjonarze, najosobliwsi neofici z odległych wysp spotykali się u tego gościnnego stołu, hojnie zastawionego produktami z jej wspaniałych ogrodów. Niebiosa błogosławiły plony tych żyznych ogrodów, o czym niejednokrotnie mówili rozmaici wielebni duchowni; w całej Anglii nie było piękniejszych winogron, gruszek lub ananasów. Pannę Hobson chrzcił sam pastor Whitfield, a w City i pośród znajomych opowiadano, że dwa jej imiona pochodzą od greckich wyrazów, które tłumaczy się jako Mądrość i Prawda. Nie ma już dzisiaj tej niewiasty, nie ma jej willi ni ogrodów, lecz ulica Zofii, Górna i Dolna Aleja Aletei, plac Hobsonów itp. nazwy dowodzą co kwartał, że grunty, które tak kochała (i posiadała na własność) ciągle przynoszą obfity plon potomkom tej wyjątkowej kobiety.

Ale wyprzedzamy bieg wydarzeń. Spędziwszy bowiem jakiś czas w Londynie Tomasz Newcome rozstał się z firmą Hobson i uruchomił własne, chociaż znacznie mniejsze przedsiębiorstwo. Kiedy zaś przedsiębiorstwo to zaczęło prosperować, pojechał — jak mężczyźnie przystało — na północ do pewnej ładnej dziewczyny, którą tam zostawił i którą kiedyś obiecał poślubić. Mariaż ów mógł się wydawać nierozważnym krokiem (oblubienica bowiem nie miała nic prócz bladej twarzy, która jeszcze bardziej pobladła, a nawet postarzała na skutek długiego oczekiwania), w rezultacie jednak wyszedł na dobre Newcome’owi. Cała okolica wyrażała się z uznaniem o zamożnym lodyńskim kupcu, który wrócił, aby dochować wiary dziewczynie bez grosza, ukochanej z czasów, gdy był ubogi, a wielcy prowincjonalni sukiennicy, znając rozwagę i uczciwość pana Newcome’a, powierzyli mu swe przedstawicielstwo, kiedy powrócił do Londynu. Zuzanna Newcome mogłaby więc zostać bogatą kobietą, gdyby los nie zakończył jej życiowej kariery w rok po ślubie, kiedy to umarła przy narodzinach syna.

Newcome miał niańkę do dziecka i domek w Clapham, niedaleko rezydencji pana Hobsona, toteż często chodził w niedzielę do jego ogrodów i bywał zapraszany na kieliszek wina. Od czasu gdy rozstał się z firmą, rozwinęła się ona i uruchomiła dom bankowy, któremu znacznie pomogli kwakrzy i ich religijne koneksje. Ponieważ zaś Newcome otworzył tam rachunek i stopniowo rozszerzał zakres swych interesów, był wielce poważany przez dawnych pracodawców i niekiedy zapraszano go na herbatę do Pustelni. Prawdę rzekłszy, zrazu nie bardzo lubił te rozrywki, gdyż jako człowiek interesu, był zwykle zmęczony całodzienną pracą i miał skłonność do drzemki w czasie kazań, nauk i hymnów, którymi obecni zawsze w Pustelni utalentowani kaznodzieje, misjonarze itp. zwykli urozmaicać wieczory przed kolacją. Nie dbał również o kolacje (w przeciwnym razie przyjęcia bardziej by mu odpowiadały, w samym bowiem Egipcie nie bywało przysmaków równie doskonałych co w Clapham), gdyż jadał umiarkowanie, miał tetryczne usposobienie, a ponadto musiał być w City bardzo wcześnie i codziennie wyruszał pieszo na godzinę przed pierwszym omnibusem.

Kiedy biedna Zuzanna umarła, panna Hobson po śmierci ojca została nie tylko współwłaścicielką firmy, lecz również spadkobierczynią pobożnego i bezdzietnego stryja Zachariasza. Wówczas to pan Newcome, prowadząc synka za rączkę, spotkał ją pewnej niedzieli wychodzącą właśnie z religijnego zebrania. Dziecko wyglądało tak uroczo (pan N. był bardzo przystojnym rumianym mężczyzną; do końca życia nosił pudrowaną perukę oraz buty z cholewami i mosiężne guziki, w późniejszym zaś wieku, już po zdaniu urzędu szeryfa, uchodził za doskonały wzór starego londyńskiego kupca), że panna Hobson zaprosiła ojca i synka do ogrodów Pustelni. Nie gniewała się na niewinne maleństwo za raczkowanie po sianku suszącym się w promieniach niedzielnego słońca, a na zakończenie wizyty potraktowała małego wielką pajdą ciasta z rodzynkami i najpiękniejszymi winogronami z cieplarni oraz nutami z pieśnią dla dzieci. Następnego dnia Tommy chorował, za to w najbliższą niedzielę ojciec jego wziął udział w pobożnym zebraniu.

Pan Newcome został wnet człowiekiem nawróconym. Pomińmy, proszę państwa, milczeniem rozmaite zjadliwe słówka, złośliwe uśmieszki, plotki i nowinki kursujące w całym Clapham, komentarze czynione na Giełdzie, przyjazne poklepywania po kamizelce („Winszuję, winszuję, Newcome, kochany chłopie“, „Newcome, nowy wspólnik Hobsonów“, „Newcome, zanieś ten weksel do Hobsonów; gwarantuję, że dla ciebie wszystko zrobią“) itp., itp. Pomińmy milczeniem gniewne pomruki wielebnego Gedeona Bawlsa i wielebnego Anatazego O’Grady (znakomitej osobistości nawróconej z papizmu), którzy kłócąc się ustawicznie — ba! wiodąc nawet zaciekłe walki — mieli jednak dwa wspólne uczucia: miłość do panny Hobson oraz obrzydzenie i nienawiść do tego przyziemnego Newcome’a. Pomińmy milczeniem te wszystkie intrygi, docinki, kpiny i przymówki. Równie śmiało jak poślubił niegdyś kobietę bez pensa, równie śmiało jak pokonał własną biedę i wywalczył sobie niezależność — Tomasz Newcome wstąpił w szranki i zdobył wielką nagrodę City wraz z fortuną wynoszącą ćwierć miliona. A wszyscy jego starzy przyjaciele i wszyscy zacni ludzie przychylnym okiem spoglądający na triumf inteligencji, uczciwości i odwagi, radowali się jego szczęściem i mówili: „Newcome, kochany chłopie (albo: „Newcome, ty cwaniaku“, jeżeli jako starzy kompani z City byli z nim szczególnie zżyci), serdecznie ci winszuję.“

Pan Newcome mógł oczywiście wejść do Parlamentu i równie oczywiście mógł przed śmiercią zostać baronetem. Unikał jednak zaszczytów zarówno senatorskich, jak rycerskich, mówiąc z właściwym sobie zdrowym rozsądkiem: „Nic mi z tego. Nie podobałoby się to związanym z nami. kwakrom.“ Żona jego nie pragnęła nigdy nazywać się lady Newcome. Musiała zarządzać wielką firmą Bracia Hobson i Newcome, troszczyć się o sprawę Murzynów żyjących w niewoli, ciemnym Hotentotom ukazywać światło prawdy, nawracać Żydów, Turków, pogan i papistów, wstrząsać sumieniem obojętnych religijnie, a często nawet bezbożnych marynarzy, prowadzić praczki na uczciwe drogi, zawiadywać oficjalną filantropią swej sekty i spełniać tysiączne dobre uczynki, o których nikt nie wiedział. Musiała odpowiadać na miliardy listów, w nieskończoność wypłacać pensje rozmaitym pastorom, a płodne ich żony zaopatrywać ustawicznie w niemowlęce wyprawki, codziennie godzinami wysłuchiwać grzmiących kaznodziejów i po długim dniu pracy niestrudzenie na kolanach słuchać nudnych a kwiecistych błogosławieństw, którymi wymowni fanatycy bombardowali obicie klęcznika nad jej głową. Wszystko to niewiasta owa musiała czynić i czyniła przez blisko osiem dziesiątków lat, prowadząc swą walkę iście po kobiecemu: była władcza, lecz zasługiwała na władzę; wymagająca, lecz spełniała własne obowiązki; surowa, lecz dobroczynna i równie niestrudzona w miłosierdziu jak w pracy. W jednym tylko wypadku nie mogła zdobyć się na przebaczenie, a mianowicie w sprawie pierworodnego syna jej męża, Toma Newcome’a, tego chłopczyka, który bawił się na sianie i którego zrazu kochała szczerze i gorąco.

Pan Tomasz Newcome, ojciec bliźniaków swojej żony i drugorzędny wspólnik firmy Bracia Hobson i S-ka, żył kilkanaście lat po zdobyciu wielkiej nagrody, której tak gratulowali mu wszyscy życzliwi. W gruncie rzeczy pozostał jednak tylko tym drugorzędnym wspólnikiem. Żona jego była dyrektorem tak samo w banku przy ulicy Threadneedle jak w domu. Duchowne osoby odprawiając modły przez długi czas naprzykrzały się Niebiosom w sprawie owej świątobliwej niewiasty, nim przyszło im na myśl poprosić o trochę łaski również dla jej małżonka. Ogrodnicy uchylali przed nim kapeluszy, kanceliści przynosili mu księgi, ale słuchali jej rozkazów — nie jego. Jak sądzę, nudziły go pobożne zebrania, ziewał słuchając rozpraw o niedoli Murzynów, a nawróconych Żydów chętniej widziałby w Jerycho. W tym mniej więcej czasie, gdy cesarza Francuzów spotykały niepowodzenia w Rosji, pan Newcome umarł, a poświęcone mu mauzoleum stanęło w pobliżu skromnego nagrobka, pod którym spoczywała jego pierwsza żona.

Po ślubie ojca pan Tomasz Newcome junior i jego niańka Sara zostali przeniesieni z domku, w którym żyło im się tak miło i wygodnie, do sąsiedniej rezydencji, otoczonej trawnikami i sadami, oranżeriami, winnicami, ptaszarniami i wszelakiego rodzaju przepychem. Raj ów, oddalony o pięć mil od pomnika przy Cornhill, był odgrodzony od zewnętrznego świata gęstym żywopłotem wysokich drzew i spowitą bluszczem bramą, przez którą pasażerowie jadący do Londynu na dachu omnibusu z Clapham mogli jedynie zerkać ciekawie na wewnętrzne dostatki i rajskie rozkosze. Był to jednak raj posępny. Gdy przekroczyłeś jego bramę, padała na cię powaga, a wymogi przyzwoitości spowijały cię w sztywno krochmaloną szatę. Chłopak od rzeźnika, który niby szaleniec cwałował jednokonnym wózkiem po sąsiednich uliczkach i nie zabudowanych placach, gwizdał ochocze melodie (nauczył się ich na galerii pewnego ohydnego teatrzyku) i żartował z setką dziewczyn kuchennych — mijając tę bramę zwalniał do karawaniarskiego stępa i przy furtce dla służby oddawał w milczeniu ćwiartki i lepsze kąski cielęce. Na wiązach gawrony krakały kazania rano i wieczorem, pawie sztywno przechadzały się po tarasach, a perliczki bardziej niż zwykle przypominały kwakrów. Odźwierny był człowiekiem statecznym i pełnił funkcje zakrystiana w sąsiedniej kaplicy. Duszpasterze przekraczając bramę pozdrawiali urodziwą żonę oraz potomstwo odźwiernego i karmili młode owieczki rozprawami religijnymi. Główny ogrodnik, Szkot, był kalwinem najsurowszego obrządku, a melonami i ananasami zajmował się tylko chwilowo — to znaczy do końca świata, które to wydarzenie, jak mógł dowieść na podstawie niezawodnych wyliczeń, miało nastąpić najpóźniej za dwa lub trzy lata. „Po co — pytał ogrodnik — kamerdyner warzy mocne piwo, kóre będzie można pić dopiero za trzy lata, albo gospodyni (zwolenniczka Joanny Southcote ) gromadzi piękną bieliznę i przygotowuje zapasy konfitur?“ W niedzielę (w Pustelni dzień ten zwano przeważnie sabatem ) domownicy szli oddzielnymi parami lub grupkami do co najmniej sześciu rozmaitych kaplic — każdy z nich bowiem chciał zasiąść u stóp ulubionego duszpasterza. Do kościoła zaś wybierał się jedynie Tomasz Newcome w towarzystwie małego synka i jego niańki Sary, która jak sądzę, była zarazem ciotką Toma, a przynajmniej bliską kuzynką jego matki. Toma uczono hymnów religijnych, zaledwie zaczął mówić, lecz oczywiście hymnów odpowiednich dla jego młodocianego wieku. Miały mu przypominać o złym losie niegrzecznej dziatwy, aby zawczasu ostrzec chłopczyka i opisać mu kary, które czekają małych grzeszników. Tom recytował te utwory wobec macochy po obiedzie, przy wielkim stole z lśniącego mahoniu, zastawionym winogronami, ananasami, ciastem ze śliwkami, portweinem i maderą, otoczonym przez czarno ubranych, zażywnych panów z luźnymi białymi chustkami na szyjach — panów, którzy brali malca pomiędzy kolana i wypytywali go, czy dokładnie zdaje sobie sprawę, dokąd mają pójść niegrzeczni chłopcy. Za trafną odpowiedź gładzili go po głowie, a łajali, jeżeli był oporny, co mu się często zdarzało.

Niania, czy też ciocia Sara, umarłaby niewątpliwie, gdyby musiała pozostawać przez długie lata w tym przygnębiającym rajskim ogrojcu. Nie mogła jednak opuścić dziecka powierzonego swej pieczy przez panią i krewniaczkę (obie kobiety pracowały niegdyś razem w warsztacie Newcome’a i kochały się zawsze, nawet wówczas, gdy Zuzanna została małżonką zamożnego kupca, a Sara jej służącą). W owym wspaniałym domu była oczywiście tylko niańką panicza Tomaszka. Zacna dusza nigdy nie wspominała o pokrewieństwie z matką chłopczyka, o czym i pan Newcome nie poinformował swej drugiej rodziny. Gospodyni nazywała ją erastianką . Poważna panna służąca donosiła pani Newcome, że niańka opowiada Tomaszkowi bajdy o czarownicach z Lancashire i sama w nie wierzy. Czarny lokajczyk (pannę służącą i kamerdynera łączył oczywiście dyskretny romans) prześladował Sarę względami, do czego zachęcała go nawet pani domu, która uplanowała sobie, że wyśle go jako misjonarza do Nigerii. Poczciwa kobiecina musiała się zdobyć na niemało uczucia, przywiązania i wierności w ciągu lat spędzonych w Pustelni, zanim Tomaszek poszedł do szkoły — i na wszystko to się zdobyła. Jej pan w czasie licznych rozmów na osobności błagał ją izaklinał, aby z nim została, powołując się ze wzruszeniem na pamięć i przyjaźń swojej pierwszej żony. Ponadto Tomaszek okazywał niani wiele serca i nieudawanej tkliwości, że zaś bywał często w nie lada opałach i gorzko szlochał nad katechizmem i hymnami, których musiał się uczyć (pod kierunkiem wielebnego T. Clacka z seminarium w Highbury, swego dochodzącego opiekuna, któremu polecono, by nie żałował kija i broń Boże nie rozpieszczał dziecka), Sara przez wzgląd na to wszystko wytrwała przy swym paniczu aż do chwili, kiedy można go było oddać do szkoły.

Tymczasem zdarzyła się rzecz niezwykła, a brzemienna w skutki: błogosławieństwo i radość spłynęły na Pustelnię. Mniej więcej w dwa lata po zawarciu związku małżeńskiego, gdy pani Newcome liczyła już czterdzieści trzy lata, naraz dwa małe cherubinki zawitały do raju w Clapham — bliźniacy Hobson Newcome i Brian Newcome, nazwani tak na cześć stryja i nieboszczyka dziada, których nazwisko i pozycję mieli odziedziczyć i przekazać potomkom. Nie było teraz powodów, dla których młody Newcome nie miałby pójść do szkoły. Stary pan Hobson i jego brat kształcili się w odwiecznej szkole Gray Friars, o której wzmianki można znaleźć w dawniejszych moich pracach, Toma Newcome’a posłano więc do Gray Friars. Chłopiec zamienił — o bogowie! z jakąż przyjemnością — claphamski przepych na prosty, lecz obfity stół owego zakładu; na czyszczenie butów swojego seniora do czasu, gdy wzniesie się w hierarchii szkolnej i sam będzie miał do dyspozycji nowicjusza; na wagary i otrzymywane z ich powodu lanie, błyskawiczną wymianę z kolegą podbitego oka na zakrwawiony nos i następnego dnia zakończenie sprawy uściskiem dłoni; na grę (zależnie od sezonu) w krykieta, hokeja, palanta albo piłkę nożną oraz na opychanie siebie i kolegów plackiem z owocami w okresach, kiedy miał pieniądze do wyrzucenia — a z reguły miewał ich niemało. Widziałem nazwisko Tomasza Newcome’a wyryte na łuku krużganka (gdzie podpisywali się uczniowie ostatniej klasy), ale był on w szkole znacznie wcześniej niż ja, a napis ów pokazywał mi jego syn, z którym kolegowałem za panowania króla Jerzego IV.

Życie w szkole dostarczało Tomowi Newcome’owi tyle przyjemności i rozrywek, że niechętnie jeździł na święta do domu, gdzie zresztą ściągnął na siebie zasłużony gniew macochy i wiele kar w doczesnym życiu, nie mówiąc nawet o przyszłych i wiele trwalszych mękach, które zacna dama obiecywała mu z całą pewnością i przekonaniem, ponieważ chłopiec był krnąbrny i arogancki. Dopuszczał się rozmaitych swawoli: tłukł szyby, wykradał brzoskwinie ogrodnikowi i konfitury gospodyni, raz nawet przewrócił wózek ze swymi braciszkami (baronetowi do końca życia pozostał na nosie ślad tego nieszczęśliwego wypadku spowodowanego przez lekkomyślnego urwisa), zasypiał podczas kazań, a duchowne osoby traktował bez należytego respektu. Na żądanie pani Newcome ojciec zbił oczywiście Toma za wywrócenie wózka z małymi braciszkami, kiedy jednak małżonka domagała się od niego niebawem powtórnego zastosowania tej kary z okazji jakiegoś nowego wybryku — pan Newcome odmówił bez wahania, używając przy tym nieprzystojnego, bezbożnego wyrażenia, które zgorszyłoby każdą cnotliwą damę, powiedział bowiem, że „diabli go wezmą, jeżeli jeszcze raz uderzy chłopca“ i że syna dosyć tłuką w szkole. Pogląd ten panicz Tom podzielał w całej rozciągłości.

Takie wulgarne błazeństwa nie mogły oczywiście skłonić macochy, kobiety niezłomnej, do zaniechania planów zmierzających ku poprawie chłopca. Kiedy więc pan Newcome udał się w swych sprawach do miasta, a Tom był nieznośny jak zwykle, pani Newcome wezwała poważnego kamerdynera i czarnego lokajczyka (chłostę otrzymywaną przez jego współbraci odczuwała tak boleśnie), aby wspólnymi siłami wymierzyli sprawiedliwość młodocianemu przestępcy. Ów jednak z taką wściekłością rzucił się na kamerdynera, że wytoczył krew z jego kształtnych łydek, na skutek czego nadęty i spasiony sługa niedomagał i utykał przez wiele dni. Następnie buntownik chwycił karafkę i przysięgał, że rozbije nią szpetną gębę czarnucha, a nawet groził, że pocisk ów wyląduje na głowie samej pani Newcome, zanim on ulegnie gwałtowi, który macocha przy pomocy swych famulusów pragnie zastosować.

Kiedy pan Newcome wrócił z City i dowiedział się o porannych wydarzeniach, między małżonkami wywiązała się gwałtowna utarczka słowna. Można przypuszczać, że pan Newcome i tym razem pozwolił sobie na kilka przekleństw, których wszakże nie zanotujemy w tym miejscu. W każdym razie odważnie i po męsku przyjął postawę głowy rodziny, bo zapowiedział, że każdego służącego, który tknąłby jego dziecko, najprzód osmaga, a następnie przepędzi. Ponadto z gniewem i żalem obwieścił, iż poślubił niewiastę nieposłuszną swemu małżonkowi i wszedł do domu, którego panem nie pozwalają mu zostać. Wezwano przyjaciół, a interwencja i prośby duchowieństwa z Clapham (znaczna jego część stale obiadowała w Pustelni) zdołały zażegnać wojnę domową. Bez wątpienia przyczynił się do tego również zdrowy rozsądek pani Newcome, która — choć arbitralna — nie była całkowicie pozbawiona dobroci i pomimo swej doskonałości przyznawała niekiedy, iż popełniła błąd. I tym więc razem poddała się (chwilowo przynajmniej) woli człowieka, z którego uczyniła głowę swojej rodziny, ślubując mu — przyznać to trzeba — miłość i posłuszeństwo. Kiedy wkrótce po opisanych nieporozumieniach Tom zapadł na szkarlatynę, macocha okazała się niemniej tkliwą, czułą i oddaną, niż byłaby jego ukochana niańka Sara. Pielęgnowała chłopca w chorobie, nie pozwalała, by ktokolwiek inny podawał mu lekarstwo i jedzenie, siedziała przy nim przez całą noc przesilenia i ani jednym słówkiem nie złajała męża (czuwał z nią razem), gdy bliźniakom udzieliła się choroba, z której zresztą wyszli bez szwanku. Nie zrażała się, chociaż pasierb bredząc w malignie brał ją za Sarę i nazywał kochaną, grubą Sally (pani Newcome była cieńsza od najcieńszego pręgierza, do którego mogłaby przywiązać młodocianego grzesznika), wśród chorobliwych zwidów lżył w oczy, nazywając ją strachem na wróble i, starą metodystką, albo też miotając się w swoim małym łóżeczku zapominał o poprzednich przywidzeniach i mówił, że niezwłocznie ubierze się i ucieknie do Sally. Sally przebywała w owym czasie w swym rodzinnym mieście na północy i żyła z hojnej emerytury wyznaczonej jej przez pana Newcoma i zawsze skrupulatnie wypłacanej przez jego syna i syna jego syna, pomimo wszelkich późniejszych przykrych przejść i niepowodzeń.

Nie ulega wątpliwości, że podczas swych smutnych, samotnych wakacji chłopiec przemyśliwał nieraz o tym, czym groził w malignie. W rok później uciekł rzeczywiście — nie ze szkoły, lecz z domu — i pewnego ranka, zbiedzony i głodny, zjawił się u drzwi odległego o dwieście mil od Clapham domku Sary, ta zaś przygarnęła marnotrawnego syna, zabiła dlań tucznego cielca, umyła gościa obfitością łez i pocałunków, a potem położyła do łóżka, żeby się przespał. Zbudziło go przybycie ojca, któremu niezawodny instynkt wspomagany bystrą inteligencją pani Newcome podszepnął od razu cel ucieczki młodego zbiega. Pan Newcome wszedł ze szpicrutą w ręku, gdyż nie znał biedak innego prawa ani innego środka utrzymania swego autorytetu, ponieważ jego ojciec — stary tkacz, którego pamięć czcił i kochał — wielekroć odzierał go z szat i chłostał. Tom budząc się naglę ze słodkiej drzemki i rozkosznych snów o krykiecie, ujrzał ojca z narzędziem kary w ręku, w chwili gdy ten wypychał z izby zapłakaną i drżącą Sarę i zamykał za nią drzwi. Nie wątpił więc, jaki los go czeka, i wstawszy z łóżka, bez słowa poddał się rodzicielskiemu napomnieniu. Ojciec cierpiał zapewne więcej niż dziecko. Po zakończeniu bicia mały mężczyzna, drżąc jeszcze i kuląc się z bólu, wyciągnął szczupłą, okrwawioną rękę i powiedział: „Od ciebie... od ciebie, ojcze... mogę przyjąć wszystko.“ Wówczas dopiero twarz mu spąsowiała i oczy po raz pierwszy napełniły się łzami. Na te słowa ojciec wybuchnął rozpaczliwym łkaniem, porwał syna w ramiona, obsypał pocałunkami, błagał i zaklinał, aby nie buntował się więcej, wreszcie zaś, odrzuciwszy szpicrutę, zapowiedział, że niech się co chce dzieje — nie uderzy już syna nigdy w życiu. Nieporozumienie stało się źródłem wielkiego i radosnego pojednania. Cała trójka zjadła obiad w domku Sary. Ojciec zapragnął pewnie wieczorem przejść się po uliczkach i polach, po których błądził jako wyrostek, kiedy to zaczynał się starać o względy ubogiej dziewczyny i po raz pierwszy ją pocałował; biedaczka! czekała na niego tak tkliwie i wiernie, przeżyła tyle dni biedy i cierpliwego oczekiwania po to jedynie, by otrzymać tak znikome zadośćuczynienie i przez krótki czas pożywać owoc szczęścia.

Po powrocie Toma pani Newcome nie uczyniła nigdy najmniejszej aluzji na temat jego zniknięcia, lecz była dla niego łagodna i serdeczna, a pierwszego wieczora cichym i spokojnym głosem odczytała przypowieść o synu marnotrawnym.

Niedługo jednak trwało to zawieszenie broni. Niebawem wybuchła znowu wojna między popędliwym wyrostkiem a jego surową, arbitralną macochą — nie dlatego zapewne, żeby on był szczególnie zły, ona zaś bardziej wymagająca niż inne panie, lecz dlatego, że ta para nie mogła się ze sobą pogodzić. Chłopiec nudził się i był nieszczęśliwy w domu. Zaczął pić w stajniach z forysiami. Zdaje mi się nawet, że wybrał się raz na wyścigi do Epsom i na tym niecnym uczynku został przyłapany. Pani Newcome wracała swą wspaniałą, zaprzężoną w kasztany karetą z bardzo interesującego porannego zebrania w Roehampton (przemawiał tam pewien nawrócony Izraelita, ale jak przemawiał!), gdy spotkała pasierba. Tom — podchmielony — jechał dorożką w towarzystwie jakichś podejrzanych przyjaciół płci obojga. John, czarny lokajczyk, otrzymał rozkaz, by zsiadł z kozła i niezwłocznie przyprowadził młodego winowajcę przed oblicze pani. Pasierb posłuchał, ale głos miał ochrypły od pijaństwa i śmiał się nieprzytomnie, opisując jakąś bitkę, w której uczestniczył. Niepodobieństwem było, by taki wyrzutek społeczeństwa mógł pozostawać dłużej w domu, gdzie w niewinności i cnocie rosło dwu cherubinków pani Newcome.

Chłopiec miał wielkie upodobanie do Indii, a Historia Orme’a , dzieło opisujące czyny Clive’a i Lawrence’a , było najulubieńszą jego książką z ojcowskiej biblioteki. Kiedy zaproponowano mu stanowisko biuralisty, skrytykował pomysł kariery cywilnej i powiedział, że nie zadowoli go nic prócz munduru. Postarano się więc dla Tomasza Newcome’a juniora o stopień podchorążego kawalerii. Po uzyskaniu niechętnego przyzwolenia żony i zabezpieczeniu w ten sposób przyszłości syna pan Newcome uznał za stosowne powierzyć go prywatnemu nauczycielowi wiedzy wojskowej. Odebrał więc Toma z londyńskiej szkoły (prawdę rzekłszy czynił on tylko bardzo nieznaczne postępy w naukach humanistycznych) i umieścił go w domu profesora przygotowującego kandydatów do kariery wojskowej, gdzie młodzieniec zyskał nieco więcej wiedzy fachowej, niż było zazwyczaj udziałem młodych oficerów w owych latach. Do matematyki i inżynierii wojskowej przykładał się pilnie i więcej poświęcał im starania niż dawniej grece czy łacinie; szczególnie zaś w mowie francuskiej osiągnął takie wyniki, jakie niezmiernie rzadko osiągała współczesna mu młodzież brytyjska.

Młody Newcome nie szczędził czasu na naukę tego pięknego języka, lecz niestety, pomagały mu w tym pewne osoby, których przeznaczeniem było narazić młodzieńca na nowe domowe przykrości. Jego preceptor, człowiek pobłażliwy, rezydował w Blackheath, a w niedalekim sąsiedztwie, przy drodze do Woolwich, mieszkał niejaki kawaler de Blois, w którego domu młodzieniec pobierał lekcje francuskiego znacznie chętniej niż pod dachem swego oficjalnego opiekuna.

Kawaler de Blois miał dwie śliczne córki; podobnie jak tysiące francuskiej szlachty w okresie rewolucji i emigracji, uciekł z dziećmi ze swej ojczyzny. Był młodszym synem starożytnego rodu, a brat jego, markiz de Blois — również zbieg z Francji — stale wówczas przebywał z armią książąt nad Renem albo w Mitawie u boku swego wygnanego władcy. Kawaler de Blois uczestniczył w wojnach Fryderyka Wielkiego, któż więc mógł być dla młodego Newcome’a odpowiedniejszym mistrzem języka francuskiego i sztuki wojennej? Toteż młodzieniec przykładał się do nauki ze zdumiewającą gorliwością. W tym samym saloniku panna Leonora — córka kawalera de Blois — zajmowała się swoimi robótkami, nie krępując się wcale obecnością ojca i jego ucznia. Malowała parawaniki do kart wizytowych , ślęczała nad haftem i na wszelkie sposoby zatrudniała swoją bystrą główkę i zręczne paluszki, by w dniach niepowodzeń powiększyć choć o kilka szylingów szczupłe dochody emigranckiej rodziny. Przypuszczam, że pan de Blois w najmniejszym stopniu nie obawiał się o córkę, ponieważ rękę jej przyobiecał o rok starszemu od siebie hrabiemu de Florac — także emigrantowi i wybitnemu niegdyś oficerowi — który w owym czasie udzielał w Londynie prywatnych lekcji gry na skrzypcach. Niekiedy w niedzielę hrabia przychodził ze swym instrumentem do Blackheath, prawił należne uprzejmości młodej narzeczonej i gawędził o dawnych dobrych czasach ze starym towarzyszem broni. W niedzielę Tom Newcome nie pobierał lekcji francuskiego. Dzień ten spędzał zazwyczaj w Clapham, gdzie — rzecz szczególna — ani słówkiem nie wspomniał nigdy o pannie de Blois.

Cóż się może zdarzyć, gdy dwoje osiemnastolatków, przystojnych, wrażliwych, egzaltowanych, samotnych albo z nikim na świecie nie związanych gorącym uczuciem, spotyka się codziennie nad francuskimi słownikami, krosienkami, a właściwie obojętne w jakich okolicznościach? Panna Leonora była oczywiście młodą damą wychowaną bez zarzutu, gotową przyjąć wybranego jej przez rodziców małżonka, co jest obowiązkiem każdej dobrze ułożonej Francuzki. Ale stary pan de Florac całymi dniami rzępolił na skrzypcach w Londynie, a młody, urodziwy Tom Newcome stale przebywał w Blackheath. Krótko mówiąc, Tom wyznał jej swoją miłość i zaproponował, żeby udała się z nim do katolickiej kapliczki w Woolwich, gdzie natychmiast wezmą ślub. Czemu nie mieliby popłynąć razem do Indii i tam żyć szczęśliwie do końca swych dni?

Niewinny ten romans trwał już od kilku miesięcy, gdy wyśledziła go pani Newcome, przed której bystrymi okularami nic się nie mogło ukryć. Pewnego dnia wybrała się do Blackheath, do opiekuna swojego pasierba. Toma nie zastała w domu, gdyż był u pana de Blois na lekcji francuskiego i rysunków. Macocha pojechała tam jego śladem i rzeczywiście odnalazła pilnego młodzieńca nad książkami i planami fortyfikacji. W tym samym pokoju zastała również pannę de Blois i jej malowane parawaniki, za którymi jednak młoda dama nie zdołała ukryć pomieszania i rumieńców wywołanych przenikliwym spojrzeniem pani Newcome.

W jednej chwili żona bankiera przejrzała tajemnicę — tę prawdę, której poczciwy pan de Blois nie domyślał się zgoła, choć od kilku miesięcy działo się wszystko przed jego nosem.

Pani Newcome oznajmiła, że syn w sprawach rodzinnych musi z nią jechać do domu, i już w drodze do Pustelni rozpoczęła się między nimi zaciekła walka. Matka nazwała go łajdakiem i potworem, on zaś odpowiedział wybuchem gniewu, dumnie zaprzeczył jej oskarżeniu i oświadczył, że życzy sobie poślubić niezwłocznie najcnotliwszą i najpiękniejszą z kobiet. Poślubić papistkę! Tego właśnie brakowało, by przepełnić puchar goryczy, który biedny Tom miał wypić! Wezwano pana Newcome’a i przez znaczną część nocy dwoje starszych zaciekle atakowało młodzieńca. Chłopiec wyrósł już wprawdzie z okresu rózgi, lecz macocha przez długie godziny smagała go biczem swojego oburzenia.

Zabroniono mu oczywiście wstępu do domu pana de Blois, lecz śmiały młodzian usłyszawszy ten zakaz strzelił tylko palcami i roześmiał się lekceważąco. Nic oprócz śmierci — przysięgał — nie zdoła go rozłączyć z tą młodą damą. Następnego dnia ojciec odwiedził go sam i raz jeszcze zasypał prośbami, Tom jednak był równie stanowczy jak poprzednio. Zdobędzie pannę de Blois — mówił — i nic nie zdoła temu przeszkodzić. Włożył na bakier kapelusz i wyszedł główną bramą, a jego ojciec, zupełnie złamany oporem syna, z posępną twarzą i łzami w oczach pospieszył swoją drogą w stronę miasta. Nie bardzo się zresztą gniewał, bo Tom w czasie wieczornej rozmowy mówił śmiało i uczciwie, a ponadto pan Newcome nie zapomniał jeszcze dawnych lat, kiedy to sam kochał się i zabiegał o względy młodziutkiej dziewczyny. Ale pan Newcome bał się żony. Któż potrafi odmalować jej wściekłość na myśl, że wychowane w jej domu dziecię zamierza ożenić się z papistką?

Młody Newcome udał się prosto do Blackheath; miał szczery zamiar paść zaraz na kolana przed Leonorą i uzyskać błogosławieństwo kawalera de Blois. Starego skrzypka z Londynu wcale nie brał pod uwagę, bo wydawało mu się potwornością, by młoda osoba miała oddać rękę człowiekowi starszemu od swojego ojca. Nie znał kodeksu honorowego obowiązującego w owe czasy francuską szlachtę i tak rygorystycznie krępującego jej córy.

Pani Newcome wyprzedziła jednak pasierba i już niemal o świcie złożyła wizytę kawalerowi de Blois. Po grubiańsku zarzuciła mu, że jest wtajemniczony w romans dwojga młodych, i obsypała wyzwiskami, nazywając między innymi żebrakiem, papistą i francuskim włóczegą. Pan Newcome musiał później przepraszać ze skruchą za język, którym jego małżonka uważała za stosowne się posłużyć. „Pani mi zabrania — powiedział kawaler de Blois. — Pani nie zgadza się na małżeństwo swojego syna, pana Tomasza, z panną de Blois! Nie, Madame! Moja córka pochodzi z rodu, który nie zwykł zawierać związków z osobami pani sfery. Rękę jej obiecałem szlachcicowi, którego przodkowie byli książętami i parami Francji w czasach, gdy dziadowie pana Newcome’a czyścili buty!“ Kiedy więc biedny Tom przybył do Woolwich, nie zastał tam ślicznej, zarumienionej panienki, tylko francuskiego metra, który wrzał wściekłością i trząsł się pod swymi ailes de pigeon. Pominiemy milczeniem sceny, które nastąpiły: namiętne błagania młodego człowieka, jego gniew i rozpacz. Działając w obronie własnej, a zarazem pragnąc dowieść światu, że jest człowiekiem honoru, pan de Blois postanowił, że jego córka niezwłocznie poślubi hrabiego. Biedna dziewczyna, jak należało się spodziewać, uległa bez słowa protestu. Po tym ślubie, zawartym niemal w jego oczach, młody Newcome, oszalały z gniewu i żalu, odpłynął do Indii i rozstał się z rodzicami, których nie miał już zobaczyć.

Od tego czasu nie wymieniano nigdy w Clapham imienia Toma. Listy do ojca adresował do City, a były to listy bardzo miłe i pełne pociechy dla rodzicielskiego serca. Pan Newcome wypłacał Tomowi pokaźną pensję, dopóki młody oficer nie napisał wreszcie, iż zasiłek jest mu już zbyteczny. Ojciec chętnie zostawiłby synowi cały swój osobisty majątek — słusznie mniemając, że bliźniacy są aż nadto dobrze zabezpieczeni — lecz z obawy przed Zofią Aleteą nie śmiał tego uczynić i umarł, a przebaczenie, którego udzielił biednemu Tomowi, pozostało tajemnicą.

Rozdział trzeci

Skrzynka na listy pułkownika Newcome’a.

„Z radością płynącą z głębi serca, Drogi Majorze, biorę do ręki pióro, by donieść panu o szczęśliwym przybyciu «Ramchundera» oraz najmilszego i najładniejszego niewątpliwie chłopaczka, jaki kiedykolwiek przypłynął z Indii. Mały Clive jest najzupełniej zdrów. Po angielsku mówi wprost cudownie! Płakał przy pożegnaniu z panem Sneidem (intendentem statku), który był na tyle uprzejmy, że przywiózł go z Southampton karetką pocztową; w dzieciństwie wszakże tego rodzaju łzy nie trwają długo! Podróż, jak twierdzi pan Sneid, była szczególnie pomyślna i zajęła tylko cztery miesiące i jedenaście dni. Cóż to za porównanie z niebezpieczną i o tyle dłuższą, ośmiomiesięczną żeglugą i nieustającą niemal chorobą morską, którą musiała przebyć moja nieszczęsna siostra Emma udając się do Bengalu, aby tam zostać żoną najlepszego z mężów i matką najmilszego z synków. Przez tak krótki, niestety, czas radowała się tym błogosławieństwem! Opuściła nasz nędzny i grzeszny padół, by znaleźć się w świecie wieczystego pokoju. Jestem głęboko przekonana, że cierpienie i haniebne obejście, na które naraził ją kapitan Casey, jej pierwszy nikczemny mąż, zostały później szczodrze okupione, dzięki Pańskiej, Drogi Pułkowniku, tkliwej miłości. Jeżeli najwspanialsze londyńskie albo nawet paryskie toalety, cenne klejnoty, wytworne koronki — jednym słowem, wszystko, co piękne i wykwintne może radować kobietę, to biedna moja siostrzyczka bez wątpienia znalazła radość w ciągu ostatnich czterech lat żywota. Jakież to jednak ma znaczenie, gdy przeminie już doczesna marność?

Pan Sneid dowodzi, że podróż była szczególnie pomyślna. Na tydzień zatrzymywali się w Kapsztadzie, a na trzy dni u wybrzezy Wyspy Św. Heleny, gdzie odwiedził grób Bonapartego (jeszcze jeden dowód doczesnej marności!). W pobliżu wyspy Ascension podróż urozmaicił połów jakichś smakowitych żółwi.