Rocky. Biografia legendarnego boksera - Przemysław Słowiński - ebook

Rocky. Biografia legendarnego boksera ebook

Przemysław Słowiński

3,7

Opis

Biografia Rocky’ego Marciano, który stał się pierwowzorem postaci filmowego „Rocky’ego” z Sylvestrem Stallone’em w roli głównej.

Z zawodowego ringu zszedł niepokonany. Wygrał aż 49 walk z rzędu (z tego 88% przed czasem), ustanawiając rekord do dziś niepobity przez żadnego boksera kategorii ciężkiej.

Syn emigrantów, jego prawdziwego nazwiska (Rocco Francis Marchegiano ) nie mogli wymówić komentatorzy, zaczął więc występować pod pseudonimem Marciano. Eksperci nie wróżyli mu wielkiej kariery bokserskiej. Uważali, że jest za stary (rozpoczynając karierę zawodową liczył już 24 lata), za niski (178 cm), za lekki (88 kg), z krótkim zasięgiem ramion (172 cm), dysponował tragicznie słabą techniką.

Zajął się nim Charlie Golman - odkrywca i wychowawca czterech zawodowych bokserskich mistrzów świata. Wykorzystał największy atut młodego Włocha: ponadprzeciętną odporność na ciosy i ból dzięki którym zyskał przydomek „The Rock” – Skała.

Pod jego ciosami pękały szczęki rywali. Carmine Vingo został przewieziony do szpitala ze złamaną podstawą czaszki i wylewem krwi do mózgu. Przez tydzień znajdował się w śpiączce i miał sparaliżowaną połowę ciała.

Był niepokonanym mistrzem świata wszechwag w latach 1952-1956.

W lipcu 1969, a więc trzynaście lat po zakończeniu kariery, zgodził się wystąpić w fikcyjnym filmowym pojedynku bokserskim u boku innej – w tamtych czasach niepokonanej – legendy boksu, Mohammeda Ali.

Dla potrzeb walki schudł ponad 20 kilo a dla potrzeb kinowych - założył perukę.

Porównując 58 parametrów obu zawodników mierzonych podczas walki, najsilniejszy w tamtych czasach Superkomputer, NCR-315, przyznał zwycięstwo Rockyemu – przez nokaut w 13 rundzie.

TA KSIĄŻKA – JAK MARCIANO – PO PROSTU CIĘ ZNOKAUTUJE!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
1
1
0
1
0

Popularność



Podobne


Okładka i projekt graficznyFahrenheit 451

Portret na okładce (front)©Piotr Karczewski

Zdjęcie na okładce (tył)©Wikipedia

Dyrektor projektów wydawniczychMaciej Marchewicz

Redakcja i korektaBarbara Manińska

ISBN 9788366177994

Copyright ©by Przemysław Słowiński, Copyright ©for Wydawnictwo Zona Zero, Warszawa 2020

 

Zona Zero Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 32 02-220 Warszawa tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35 faks 22 877 37 34 e-mail: [email protected]

 

KonwersjaEpubeum

PROLOG. Pizza calzone

Kuchnia włoska jest triumfem potraw, które potocznie nazywa się mącznymi. Z mąki, jaj, oliwy, czasem odrobiny wody i soli Włosi potrafią stworzyć wiele potraw różniących się kształtem, nadzieniem, wielkością, a nawet kolorem. La pasta to włoska nazwa makaronu wyrabianego zazwyczaj z semoliny (pszenicy durum), wody, jaj i oliwy z oliwek. Bez przesady można powiedzieć, że włoska pasta występuje we wszystkich kolorach. Zabarwia się ją przykładowo sokiem z marchwi, pomidorami, burakami czy szpinakiem. Nazwy określają zazwyczaj kształt makaronu, a czasami także jego wielkość. Przyrostek -ini z reguły oznacza makaron cienki, -oni zaś makaron gruby. La pasta to ogólna nazwa narodowej włoskiej potrawy, od której Włosi rozpoczynają zazwyczaj obiad. Jadają ją zarówno bogaci, jak i biedni, chociaż dla tych ostatnich jest ona często jedynym posiłkiem. Jej jakość zależy od umiejętności przyrządzającego, aby we właściwym momencie ją odcedził, odpowiednio przyprawił sos, użył właściwych aromatycznych ziół, przypraw i dodatków charakterystycznych dla poszczególnych regionów kraju.

Kuchnia Półwyspu Apenińskiego to jednak nie tylko la pasta. To również nieskończenie wielka ilość potraw z ryżu, ryb, drobiu, cielęciny, a także z warzyw, które Włosi jedzą na ciepło lub na zimno, z dodatkiem doskonałej włoskiej oliwy. Równie wspaniałe są desery i bezkonkurencyjne lody. Wina włoskie ustępują jakością francuskim, chociaż wiele z nich zyskało powszechne uznanie, jak na przykład chianti, marsala, barolo, asti i spumante.

Jedynie język włoski jest w stanie podać nazwę setek odmian tego, co w uproszczony – żeby nie rzec prostacki – sposób nazywane jest makaronem, kluskami, pierożkami czy uszkami. Nieliczne tylko nazwy tych potraw weszły do innych języków, jak chociażby spaghetti, ravioli, cannelloni, gnocchi, lasagne, maccheroni czy vermicelli.

Na dzisiejszy wieczór Pasqualena Marchegiano przyrządzała potrawę nazywającą się pizza calzone. Był 22 czerwca 1938 roku. Już od ponad 20 lat pani Marchegiano mieszkała w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w miejscowości Brockton w stanie Massachusetts, ale nie zapomniała jeszcze, jak w jej rodzinnych stronach pieczono dobrą pizzę. Calzone, specjalność Neapolu, można nazwać wielkim drożdżowym pierogiem. Nadziewa się ją warzywami, grzybami, szynką, wędzonym boczkiem, owocami morza i serami. Gotowe blaty do pizzy można kupić w supermarketach, jednak warto zrobić je samemu, są wtedy znacznie smaczniejsze. Potrzebne jest do tego celu 200 ml letniej wody, pół łyżeczki cukru rafinowanego, półtorej łyżeczki suszonych drożdży, 340 g mąki, szczypta soli i 15 g masła.

Pani Pasqualena wlała wodę do małej miski, wsypała cukier i wymieszała, aż się rozpuścił. Rozkruszyła drożdże, wrzuciła je do wody i ubiła widelcem. Przykryła i odstawiła w ciepłe miejsce na 10 minut, aż pokryły się pianką. Przesiała mąkę i sól do miski, wymieszała lekko z masłem, zrobiła w środku dołek i wlała do niego drożdże. Następnie wyrobiła łyżką miękkie ciasto, które zagniotła na stolnicy lekko posypanej mąką, zwijając je do siebie i rozciągając dłońmi złożonymi w pięść. Powtarzała czynność tak długo, aż ciasto stało się gładkie i elastyczne, nie lepiło się do rąk. Wtedy włożyła je do miseczki (lekko oprószonej mąką) i przykryła folią, po czym odstawiła na godzinę w ciepłe miejsce, aż podwoiło swoją objętość.

W czasie, kiedy ciasto rosło, pani Marchegiano rozgrzała w rondlu odrobinę oliwy i obsmażyła na niej drobno posiekaną cebulę, czerwoną paprykę oraz obrany i roztarty ząbek czosnku. Wymieszała je ze świeżą bazylią, brokułami (340 g podzielonych na różyczki, bez łodyg) oraz białym wytrawnym winem (2 łyżki). Następnie przykryła rondel i udusiła to wszystko pod przykryciem. Po pięciu minutach zdjęła rondel z ognia, dodała 225 g seraricotta1, 115 g utartej mozzarelli2, 30 g tartego parmezanu3 oraz ubite jajko i trochę świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Dobrze wymieszała, przykryła rondel i odstawiła.

Wyrośnięte tymczasem ciasto przełożyła na stolnicę i ubiła pięściami, by usunąć z niego bańki powietrza. Podzieliła je na cztery części, a każdy kawałek rozwałkowała, formując owal o wymiarach 20 x 15 cm. Rozłożyła równomiernie nadzienie, pozostawiając wolny pas (2,5 cm) brzegu. Lekko zwilżyła wolną krawędź ciasta zimną wodą i złożyła na pół. Zlepiła brzegi i ułożyła na lekko posypanej mąką blasze do pieczenia. Posmarowała wierzch odrobiną zimnej wody i posypała obficie parmezanem. Piekła przez 20 minut, aż calzone dobrze wyrosło. Na koniec przybrała każdy kawałek krążkami czerwonej papryki i posypała świeżym majerankiem. Pizza miała być gotowa, kiedy w radiu rozpocznie się transmisja z Nowego Jorku, gdzie Joe Louis bronił tytułu zawodowego mistrza wszechwag w pojedynku z Niemcem Maxem Schmelingiem.

– Mój Boże – powiedziała do siebie pani Marchegiano, wkładając ciasto do pieca – do czego to doszło? Żebym ja pasjonowała się bokserską walką? – Prania po mordach nienawidziła bowiem Pasqualena nade wszystko.

Dzisiejszego wieczoru było to jednak coś więcej niż zwykły boks. Na Nowy Jork zwróciły się oczy i uszy całego świata. Zza oceanu nadchodziły coraz bardziej niepokojące wieści. Dwadzieścia lat od zakończenia wielkiej wojny, w której ludzie mordowali się nawzajem z nienotowanym dotąd natężeniem, nad Europą unosił się już swąd zapowiadający nową. Z Rzymu dolatywały wściekłe okrzyki Mussoliniego, ulicami niemieckich miast maszerowały hitlerowskie bojówki, w kołach wojskowych Francji, Hiszpanii i innych krajów zawiązywano tajne spiski.

Od 30 stycznia 1933 roku, kiedy to kanclerzem został Adolf Hitler, zaszły tam głębokie zmiany. W ciągu pierwszych stu dni sprawowania władzy Adolf zlikwidował Republikę Weimarską, rozwiązał partie polityczne i związki zawodowe, wprowadził cenzurę. Tajemniczy pożar Reichstagu, który wybuchł w lutym 1933 roku, stanowił dla nazistów pretekst do wyeliminowania komunistów z życia politycznego Niemiec (a później w ogóle z życia). W marcu zostały uruchomione obozy koncentracyjne w Dachau i Oranienburgu. 1 kwietnia rozpoczął się bojkot żydowskich sklepów. Rozpętano kampanię antysemicką i antykomunistyczną – nazistowskie bojówki w brunatnych koszulach organizowały żydowskie pogromy, napady na komunistów, socjalistów oraz intelektualistów. 26 kwietnia 1933 roku powstało gestapo. W lipcu odbyło się w Berlinie publiczne palenie „nieprawomyślnych” książek. W tym samym miesiącu NSDAP pozostała jedyną legalną partią, a rząd wydał ustawę o sterylizacji umysłowo chorych i kryminalistów. W listopadzie Niemcy opuściły Ligę Narodów.

W czerwcu następnego roku Hitler rozprawił się z opozycją we własnym obozie, organizując pogrom przywódców SA i innych niewygodnych dla siebie ludzi z NSDAP. W wyniku akcji nazwanej „nocą długich noży” poniósł śmierć szef SA Ernst Röhm. Wrześniowe ustawy norymberskie, w tym „Ustawa o ochronie krwi i honoru niemieckiego”, dyskredytowały Żydów. Liga Narodów poprzestała jedynie na symbolicznym potępieniu tego faktu. W marcu 1936 roku Hitler podważył układ z Locarno. Wojska niemieckie wkroczyły do Nadrenii, zdemilitaryzowanej na mocy traktatu wersalskiego. Francja i Wielka Brytania nie zaprotestowały. Demokratyczne kraje, sparaliżowane jeszcze wspomnieniem I wojny, wciąż chciały zachować złudzenie, że da się uratować pokój.

W roku 1938 utworzono Oberkommando der Wehrmacht (Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych), a 4 lutego Führer zwolnił 35 generałów niechętnych jego planom podboju Europy. Wczesnym rankiem 12 marca wojska niemieckie przekroczyły granicę austriacką dokonując Anschlussu. Była to realizacja starego marzenia Niemców o Wielkiej Rzeszy. W ciągu siedmiu dni wywieziono do obozów koncentracyjnych 76 tysięcy ludzi, głównie działaczy lewicowych i katolików, a wkrótce potem Hitler uzyskał w Monachium zgodę premierów Wielkiej Brytanii i Francji na zajęcie części Czechosłowacji, tak zwanego Sudetenlandu.

Opanowane przez nazistów Niemcy i honor aryjskiej rasy reprezentował właśnie Max Schmeling. Amerykański Murzyn Joe Louis z kolei walczył w obronie demokratycznych ideałów i „wolnego świata”. Obie propagandy, nazistowska i amerykańska, uczyniły z meczu coś daleko wykraczającego poza sportową rywalizację. 22 czerwca 1938 roku w Nowym Jorku „Übermensch” miał walczyć z „podczłowiekiem”. Bokserski pojedynek przekształcił się w starcie dwóch narodów. Dwóch filozofii. W walkę dobra ze złem. Hitlera z Ameryką. Na kilka dni przed meczem murzyński champion został zaproszony na lunch do Białego Domu przez samego Franklina D. Roosevelta. Prezydent chwycił w ręce jego prawicę, serdecznie ją uścisnął i powiedział:

– Joe, cała Ameryka wierzy w tę pięść!

Hitler natomiast nakazał Schmelingowi zwyciężyć dla Trzeciej Rzeszy, co udowodnić miało wszystkim nie tylko to, że biali są lepsi od czarnych, ale że niemieccy biali są lepsi niż wszyscy inni biali.

W rodzinnych Włoszech pani Marchegiano władzę również sprawowali faszyści, na czele z tym… No jak mu tam? Aha, Mussolinim. Ale jej wcale to się nie podobało. Całym sercem była za Ameryką i Joe Louisem.

– Mamo! – rozległ się krzyk z pokoju. – Pospiesz się. Już łączą się z Nowym Jorkiem! – To był czternastoletni Rocco, jej najstarszy syn.

– Jeszcze nie mogę! – odkrzyknęła. – Ciasto jeszcze nie doszło. Nastaw głośniej, to i tu będę słyszała.

Według powszechnie obowiązującej – aczkolwiek fałszywej wiedzy – wynalazcą stojącego w pokoju państwa Marchegiano urządzenia był również Włoch ­– Guglielmo Marconi z Bolonii. Przeczytawszy o doświadczeniach Heinricha Hertza, natychmiast zapalił się do pomysłu wykorzystania fal elektromagnetycznych do bezprzewodowego przesyłania sygnałów na duże odległości. W 1895 roku, po kilkunastu zaledwie miesiącach pracy, udało mu się zbudować służący do tego celu odpowiedni aparat. Uzyskał na niego patent, założył własne przedsiębiorstwo i w roku 1898 wysłane zostały pierwsze „marconigramy”. Rok później Marconi mógł już przekazywać wiadomości drogą bezprzewodową na drugą stronę kanału La Manche. W grudniu 1901 roku udało się mu przesłać wiadomość przez Atlantyk – z Anglii do Nowej Fundlandii. Chociaż wydarzenia tego nie potwierdził żaden niezależny świadek, prasa uznała je za całkowity triumf Włocha. Natomiast naukowcy nie popadli w euforię. Wybitny londyński fizyk, profesor Oliver Lodge, napisał w „Timesie”, że oświadczenie Marconiego jest „nieostrożne”, a Thomas Edison, amerykański wynalazca, stwierdził bez ogródek, że „nie wierzy w ani jedno słowo!”.

Aby przekonać sceptyków, Marconi zdecydował się na kolejną demonstrację, tym razem w obecności obiektywnego świadka. Powróciwszy do Anglii, zorganizował na początku 1902 roku rejs do Nowego Jorku statkiem „Philadelphia”. Na masztach tego liniowca zamontowano antenę bardzo czułego odbiornika. Odbierane sygnały Morse’a miały być zapisane przez specjalne urządzenie w postaci kresek i kropek. Nadawano je z miejscowości Poldhu na zachodnim wybrzeżu Kornwalii. Były zupełnie czytelne, aż do odległości 2500 kilometrów. Nawet przy odległości ponad 3200 kilometrów aparatura zapisała jeszcze wyraźnie literę „s”. Wspomnianym świadkiem był kapitan „Philadelphii”, który odnotował ów fakt w dzienniku pokładowym. Takiego właśnie dowodu potrzebował Marconi, aby uciszyć krytyków.

Znaczenie nowego wynalazku ujawniło się w wielce dramatycznych okolicznościach w roku 1909, kiedy w wyniku zderzenia został uszkodzony, a następnie zatonął statek „Republic”. Dzięki wiadomościom przekazanym przez radio na miejsce wypadku szybko dotarła pomoc i wszyscy (z wyjątkiem sześciu osób) zostali uratowani. W tym samym roku za swój wynalazek Marconi dostał Nagrodę Nobla. Rok później nawiązał łączność radiową między Irlandią a Argentyną, to jest na odległość prawie 10 tysięcy kilometrów.

Radio zrobiło w Ameryce w ciągu ostatnich kilkunastu lat zawrotną karierę. W drugim dziesięcioleciu XX wieku zmieniło obyczaje Amerykanów bardziej niż cokolwiek innego. Pierwszą rozgłośnię otwarto w Pittsburghu 2 listopada 1920 roku, w celu relacjonowania rywalizacji wyborczej Warrena G. Hardinga z Jamesem M. Coxem. Była to rozgłośnia KDKA, prowadzona przez „Westinghouse Company”. Jednak przez pewien czas ta rewolucja w sposobie komunikowania się i rozrywki nie miała wielkiego powodzenia. Słuchaczy było bardzo niewielu. Radioamatorzy zakłócali nadawaną ze stacji „Westinghouse” muzykę, prowadząc własne rozmowy. Kiedy płyty zastąpiła prawdziwa orkiestra, okazało się, że szwankuje akustyka pomieszczenia, w którym grają muzycy. Usadowiono ich więc pod namiotem rozbitym na dachu budynku, ale namiot zwiał wiatr. Wówczas przeniesiono go do wielkiej sali i odkryto przy okazji, że do tłumienia dźwięku znakomicie nadają się kotary, które później stale już wisiały w studiach rozgłośni radiowych.

Eksperyment trwał jednak nadal. Powstawały inne rozgłośnie, w eterze pojawiały się wiadomości z giełdy, dr Van Etten z Pittsburgha transmitował nabożeństwa z Calvary Church, Uniwersytet Wisconsin dawał koncerty radiowe, a politycy przemawiali do dziwnych urządzeń dziwiąc się, że to faktycznie ktoś słyszy. Kiedy 4 lipca 1921 roku Dempsey walczył z Carpentierem, J.O. Smith przeprowadził pierwszą w dziejach transmisję radiową z bokserskiego meczu o mistrzostwo świata. Kiedy zaś w listopadzie chowano prochy Nieznanego Żołnierza na cmentarzu w Arlington, a w nowojorskiej Madison Square Garden oraz w Auditorium w San Francisco zgromadziły się wielkie tłumy, by wysłuchać z ogromnych głośników wygłaszanych podczas tej ceremonii przemówień, nikt chyba jeszcze nie mógł sobie wyobrazić, że niedługo będzie można wysłuchać wszelkich mów i transmisji ze sportowych zawodów bez takiej fatygi, to znaczy z fotela we własnym pokoju.

Nikt, z wyjątkiem nielicznej grupki wizjonerów w rodzaju na przykład Davida Sarnoffa, pojmującego radio jako źródło rozrywki dla mas. Wizję tę podsunęły mu własne doświadczenia. W roku 1912, obsługując stację nadawczą w Nowym Jorku, zainstalowaną tam przez firmę „Wanamaker” dla ułatwienia kontaktów z ich domem handlowym w Filadelfii, odebrał komunikat następującej treści:

– RMS „Titanic” zderzył się z lodowcem. Tonie szybko!

Sarnoff natychmiast skontaktował się z innym parowcem, od którego uzyskał wiadomość o ostatecznym zatonięciu „Titanica” i wyłowieniu nielicznych rozbitków. Na polecenie prezydenta Williama Howarda Tafta zamilkły wówczas wszystkie inne stacje nadawcze, zaś dwudziestoletni David przez siedemdziesiąt dwie godziny trwał na posterunku, kompletując imienną listę ocalałych pasażerów „Titanica”. Ich nazwiska, wraz z nazwiskiem Sarnoffa, trafiły na pierwsze strony gazet.

Pięć lat później, pracując w „American Marconi Company”, Sarnoff przeforsował wprowadzenie na rynek „prostej radiowej skrzynki muzycznej”. Chciał, aby radio stało się popularnym sprzętem użytku domowego, na wzór pianina czy fonografu. W roku 1920 przedłożył plan produkcji odbiorników radiowych w cenie 75 dolarów za sztukę, przewidując, że w ciągu trzech lat zakupi je co najmniej milion amerykańskich rodzin. Mylił się. Kupiło dużo więcej. Producenci odbiorników przestali wkrótce nadążać za zamówieniami. Nie docenił popytu na radio, które zawojowało nie tylko amerykańską codzienność, ale także sferę rozrywki, wiadomości codziennych i reklamy4.

Niezwykłych możliwości radia dowiodła grupa aktorów i autorów skupionych wokół Orsona Wellesa i Johna Housemana, prezentując jesienią 1938 roku słuchowisko oparte na motywach powieści H.G. Wellsa War of the Worlds (Wojna światów). Plastyczność prezentowanej akcji i efektów radiowych, nie mówiąc oczywiście o samej akcji związanej z lądowaniem Marsjan na Ziemi, doprowadziła w czasie prowadzonej na żywo wielogodzinnej emisji do wybuchu paniki. Ponad osiem milionów ludzi opuściło wielkie miasta, szukając ratunku przed lądującymi w stanie New Jersey „obcymi”.

Wzrastająca produkcja odbiorników, i równolegle malejąca ich cena, przyczyniły się do tego, że w 1940 roku już 86 proc. wszystkich rodzin miało w domu radio. Zanim wybuchła druga wojna światowa, roczna produkcja odbiorników radiowych wzrosła do dziesięciu milionów. W roku 1960 każdy amerykański dom miał przeciętnie trzy radia.

*

Tymczasem w Nowym Jorku przedstawiono już publiczności i zgromadzonym przy radioodbiornikach słuchaczom obu bohaterów dzisiejszego wieczoru. Walka, którą śledził pilnie cały świat, miała się za chwilę rozpocząć.

– Pasqualena! – wrzasnął pan Pierrino Marchegiano do małżonki. – No chodźże wreszcie. Już się zaczyna!

– Jeszcze minutka – przyszła odpowiedź z kuchni. – Pizza zaraz będzie gotowa.

– Boję się tylko, żeby on go znowu nie załatwił – powiedział zaciskając nerwowo pięści Izzy Gold, zaproszony na ten wieczór przyjaciel Rocco.

– A żebyś się drutem kolczastym zesrał – ofuknął go poirytowany pan Marchegiano – przestań szczeniaku krakać, bo ci przysunę.

– Nie przeklinaj, Pierrino – rozległo się ostrzeżenie z kuchni. – Ja wszystko słyszę.

– Nie opowiadaj takich bzdur, Izzy – poparł ojca Rocco. – Tym razem Joe załatwi go bez pudła. Jest po prostu najlepszy. Nie ma na świecie takiego drugiego jak on.

– Ja też tak myślę – usprawiedliwił się Izzy. – Jestem Żydem i najbardziej z was wszystkich pragnę, żeby Joe skopał mu tyłek, ale po prostu się boję. Dwa lata temu też wszyscy mówili, że Louis jest najlepszy na świecie, a jednak ten Niemiec go znokautował5.

– Tym razem będzie inaczej – zapewnił pan Marchegiano. – To już nie jest ten sam Louis. Tym razem nie da się tak głupio załatwić.

W tym momencie usłyszeli dźwięk gongu rozpoczynającego pierwsze starcie.

– Joe wyskakuje ze swojego narożnika jak głodny tygrys. Zasypuje Schmelinga istną ulewą ciosów! – głos radiowego komentatora z trudem przedzierał się przez straszliwy wrzask zgromadzonej na stadionie publiczności. – Schmeling próbuje go zastopować lewym prostym, ale równie dobrze mógłby zatrzymywać w ten sposób pędzącą ciężarówkę. Kontruje Louisa prawą. Trafia. Ale Joe zupełnie się tym nie przejął. Pędzi Niemca przed sobą. Przypiera go do lin. Bije straszliwy hak z dołu i poprawia prawym sierpem na szczękę. Głowa Schmelinga odskakuje do tyłu jak piłka. Jest wyraźnie oszołomiony. Trzyma się lin, żeby nie upaść. Sędzia krzyczy break!6Louis robi krok do tyłu. Max łapie upragnioną chwilę oddechu. To może… Ale nie, Joe nie przerywa natarcia. Bije prawą w szczękę i Schmeling pada na deski!

– Co, wygrał? – zapytała wchodząc do pokoju pani Marchegiano.

– Cicho bądź, kobieto! – krzyknął na nią Pierrino. – Zaraz usłyszymy.

– Schmeling wstaje już po dwóch sekundach – rozwiał wątpliwości komentator. – Ale chwieje się. Proszę państwa, ledwo stoi na nogach. Chyba Joe nie wypuści z rąk takiej okazji? Tak! Atakuje jak szalony. Druzgocący prawy w szczękę i wielki Niemiec ponownie pada na matę! Wstaje jednak „na pięć”. Skąd on bierze te siły? Naprzód Joe. Dołóż mu jeszcze raz! On ma już dosyć. Tak! Louis bije straszliwy sierp. Niemiec znowu jest na deskach. Czy i tym razem się podniesie? Nie! Jego sekundanci rzucają na ring ręcznik na znak poddania. To już koniec! Proszę państwa, Joe załatwił Schmelinga po niecałych dwóch minutach7.

Krzykom komentatora odpowiedziały jeszcze głośniejsze wrzaski zgromadzonych w pokoju państwa Marchegiano kibiców. Podobny tumult dobiegł z paru sąsiednich mieszkań, gdzie zapewne również słuchano transmisji. Z kilku okien wystrzelono kolorowe race. Niewysoki i chudy pan Pierrino dosłownie utonął w ramionach małżonki. Splątani ramionami Izzy i Rocco galopowali w jakimś przedziwnym tańcu radości.

– Izzy, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, ile on musiał dostać szmalu za tę walkę? – zapytał przyjaciela Rocco, kiedy minęła już pierwsza euforia.

– Jezu! Nie mam pojęcia – zdziwił się młody Żyd. – Ale na pewno całą kupę.

– Nie wzywaj imienia Pana nadaremnie! – skarciła go Pasqualena.

– Przepraszam – zaczerwienił się Izzy, ja…

– Jezu! – przerwał mu krzyk pani Marchegiano. – Zapomniałam wyciągnąć pizzę z pieca. Na pewno się przypaliła.

ROZDZIAŁ I. Frittata

Smagany przeraźliwym wiatrem i ulewnym deszczem Luigi Picciuto cierpliwie stał na rogu Brock Street. Jednak nawet gdyby wiało dwa razy silniej, a z nieba zamiast wody leciały kamienie, Luigi za nic nie ruszyłby się z tego miejsca nawet na krok. Czekał na lekarza, który miał uratować życie jego ukochanemu wnukowi, ciężko gorączkującemu w tej chwili w domu z powodu fatalnego zapalenia płuc. Był początek marca 1925 roku.

Luigi był wielkim mężczyzną, mającym ponad 180 centymetrów wzrostu i ważącym blisko 100 kilogramów. Patrząc na jego potężne ramiona, można by go wziąć za kowala i nie popełniłoby się przy tym błędu. W swojej rodzinnej wiosce San Bartolomeo pod Neapolem pan Picciuto zajmował się przez długie lata właśnie tą profesją. W San Bartolomeo również poznał swoją przyszłą żonę Concettę, z którą spłodził trzy córki: Pasqualenę, Carmellę i Lenę. Kiedy stracił już nadzieję na posiadanie potomka płci męskiej, na świecie pojawił się syn, któremu nadano imię John, a po nim jeszcze jeden, Nicholas.

Zarobki kowala z trudem wystarczały na utrzymanie rodziny, a zza wielkiej wody dochodziły słuchy o nieograniczonych wręcz możliwościach zatrudnienia i dorobienia się tam pieniędzy. W 1914 roku, tuż przed wybuchem wojny, państwo Picciuto wyjechali wraz z dziećmi do USA. Obietnice jeszcze dźwięczały im w uszach, kiedy poznawali na własnej skórze uroki amerykańskiego życia. W rodzinnej wiosce Luigi Picciuto był człowiekiem biednym, ale za to powszechnie szanowanym. Tutaj o jakimkolwiek szacunku nie było nawet mowy. Luigiego, podobnie jak setki tysięcy innych włoskich emigrantów, nazywano pogardliwie „makaroniarzem” i kojarzono przede wszystkim z mafią.

Rzeczywiście, na listach najgłośniejszych przestępców lat dwudziestych, nazwiska o włoskim brzmieniu zdecydowanie przodowały. I Masseria, i Colosimo, i Torrio, i Luciano, i Al Capone, wszyscy urodzili się we Włoszech i przybyli do Ameryki jako dzieci. Jednak ani żmudne dochodzenie komisji kongresowej, ani obszerne raporty dotyczące zachowań imigrantów w pierwszych dekadach XX stulecia nie potwierdziły w sposób przekonujący, że jakakolwiek grupa imigrantów wyróżnia się szczególnie silnymi skłonnościami przestępczymi. Nie udało się tego dowieść mimo zdecydowanie antyimigranckiego, a zwłaszcza antywłoskiego nastawienia komisji. Przodująca pozycja Włochów w annałach zorganizowanej przestępczości pierwszej połowy XX wieku świadczy bowiem nie tyle o naturze samych Włochów, ile o ich sytuacji na nowym terenie. Włosi stanowili ostatnią wielką falę imigrantów, która dotarła do wybrzeży Ameryki. W związku z tym – jak dowodzi socjolog Daniel Bell – zastali wszystkie porządne i szacowne drogi do sukcesu już wydeptane.

Większość włoskich imigrantów, którzy przybyli do Ameryki pod koniec XIX i na początku XX stulecia, to byli zwykli chłopi, bez szans i umiejętności osiągnięcia kariery w zurbanizowanym, uprzemysłowionym świecie. Od początku więc „spłynęli na samo dno”. Nie udało się im nawet opanować Kościoła katolickiego, chociaż stanowili w nim największy procent wiernych. Aż do roku 1960 żaden ze stu katolickich biskupów w Stanach Zjednoczonych, ani żaden z dwudziestu jeden arcybiskupów, nie wywodził się z Italii. Hierarchię amerykańskiego Kościoła katolickiego zmonopolizowali Irlandczycy, którzy pojawili się masowo na zachodniej półkuli pół wieku przed nimi.

Los imigrantów włoskich był w USA bardzo trudny. Po podróży, którą odbywali w okropnych warunkach stłoczeni pod pokładem statku, wysiadali na ląd zmęczeni i często głodni, nieznający oczywiście języka (przeważnie zresztą byli to analfabeci) i nagle znajdowali się w całkowicie dla nich odmiennym, przerażającym świecie. Najwięcej Włochów przybywało do Nowego Jorku, gdzie lokowano ich w obrzydliwych, przegniłych i rozlatujących się domach East Side’u. Dzielnica ta, opuszczona przez rdzennych nowojorczyków, była brudna i zatłoczona dziesiątkami tysięcy imigrantów ze wszystkich biedniejszych krajów Europy, oprócz Włochów głównie byli to Hiszpanie, Grecy i Polacy. Nieszczęśnicy ci od pierwszej chwili narażeni byli na tysiące trudności i przykrości. Szczególnie wielkim utrapieniem włoskich imigrantów były bandy Irlandczyków wymuszających od nich resztki ich nędznego jedzenia.

Policja nowojorska była w tym czasie słaba i źle zorganizowana, przeważnie składała się zresztą również z Irlandczyków, toteż biedni włoscy cafoni w żaden sposób nie mogli liczyć na jej pomoc. W tym dziwnym i okrutnym świecie, który wcale nie przypominał „ziemi obiecanej”, mogli liczyć tylko na siebie. Naturalnym biegiem rzeczy w dolnej części East Endu powstało getto zwane Little Italy (Mała Italia). Emigranci, głównie Sycylijczycy i Kalabryjczycy, żyli tu na niewielkiej przestrzeni, stłoczeni po kilka lub kilkanaście osób w niewielkich, śmierdzących norach, z których wychodzili tylko do marnie opłacanej pracy. Mieli jedynie swój makaron i wino, przywiezione ze starego kraju wizerunki Matki Boskiej, Garibaldiego i Verdiego, swoje neapolitańskie canzony i niezliczone procesje na cześć św. Józefa, św. Rozalii, św. Januarego i innych. Pewien Włoch z wyższych sfer, zwiedzający po raz pierwszy Małą Italię w 1908 roku, pisał przerażony: „Nie można sobie wręcz wyobrazić tego błota, śmieci, plugawego brudu, śmierdzącej wilgoci, tłoku i nieporządku, jakie tu panują”.

Nie było tu ani jednego szpitala, na około 150 tysięcy mieszkańców istniały tylko dwie szkoły podstawowe, a kanalizacji nie było nawet w projektach. Kobiety włoskie – podobnie jak w najbiedniejszych dzielnicach Neapolu czy Palermo – rozwieszały bieliznę na sznurach w poprzek zaułków i wylewały nieczystości na ulicę. Takie same włoskie getta istniały też we wszystkich większych miastach Ameryki: w Chicago, Detroit, Nowym Orleanie czy San Francisco.

Włoskie placówki konsularne nie interesowały się życiem swoich ziomków, gdyż było ono zbyt kompromitujące dla ich prestiżu, dyplomaci zaś byli zadowoleni, że z kraju ubyła pewna liczba bezrobotnych; tym bardziej że wśród imigrantów znajdowało się niemało ludzi, którzy w ojczyźnie weszli w konflikt z prawem i w Nowym Świecie szukali po prostu azylu. W Małej Italii Włosi mogli się kłócić, okradać, nawet wzajemnie zabijać i nikogo nie obchodził los owych dago. Tym pogardliwym słowem, stanowiącym zniekształcenie popularnego hiszpańskiego imienia Diego, ludność anglosaska określała wszelkich Południowców, tych niegodnych uwagi małych ludzi o ciemnych włosach i oliwkowej cerze, wiecznie podnieconych i rozkrzyczanych, łatwo chwytających za nóż.

Imigrantów włoskich określano też zwrotem „trzy C” od chianti, catolicismo, crime. W pojęciu przeciętnego Amerykanina, zwłaszcza należącego do najwyżej w hierarchii społecznej Nowego Świata grupy WASP (skrót od White Anglo Saxon Protestant, czyli biały anglosaski protestant), Włoch kojarzył się w najlepszym razie z małym, brudnym analfabetą, popijającym wino i grającym na mandolinie, jeżeli wręcz nie z niebezpiecznym anarchistą gotowym w każdej chwili, w myśl wskazań Bakunina czy Malatesty, rzucić bombę i popełnić najgorszą zbrodnię.

Tak więc, gdy Ameryka ignorowała ich najbardziej elementarne potrzeby, włoscy imigranci ignorowali Amerykę i aby po prostu przeżyć, stosowali system wyuczony w swoim rodzinnym kraju. System mafii. W opisanej sytuacji społeczność włoska zmuszona została do szukania awansu w dziedzinach jeszcze „nieobstawionych”, a zarazem niewymagających ani kapitału, ani specjalistycznych kwalifikacji. Fakt, że niektórzy Włosi zrobili kariery na handlu nielegalnymi towarami i usługami świadczy tylko o ich wielkiej determinacji do osiągnięcia sukcesu niedostępnego dla nich od pokoleń w Starym Świecie. Głosem rozżalonych generacji przemówił nawet kiedyś sam Al Capone, twierdząc: „Przecież dwa czy trzy razy próbowałem wejść w legalne interesy, ale nikt nie chciał ze mną gadać”.

*

Luigi Picciuto nie miał nic wspólnego z włoską mafią i żadnych kontaktów mieć z nią nie pragnął. On i jego rodzina dorabiali się ciężką pracą, a stosowane przez rodaków w celu osiągnięcia majątku metody były mu wstrętne. Luigi Picciuto był po prostu uczciwym człowiekiem. Nie ten jest biedny, kto posiada mało – twierdził, lecz ten, kto pragnie więcej. Narzekać nie zamierzał, bo i nie było na co. Narzekanie w Stanach Zjednoczonych nie jest zresztą mile widziane. Jednym wiedzie się tam lepiej, innym gorzej, lecz każdy obowiązany jest udawać, że żyje mu się świetnie. Inaczej uchodziłby w oczach otoczenia za nieudacznika. (Zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas jednym powodzi się bardzo źle, innym średnio, jeszcze innym nieźle, niektórym znakomicie. Presja obyczajowa wszystkim każe jednak biadać i z upodobaniem demonstrować łachmany).

Po przyjeździe do Stanów osiedlili się w miejscowości Bridgeport w Connecticut. Tam spotkała ich wielka tragedia. Pod kołami pędzącej ciężarówki zginęło najmłodsze dziecko, syn Nicholas. Życie straciło dla Luigiego jakikolwiek sens. Nie mogąc wytrzymać dłużej w Bridgeport, gdzie wszystko kojarzyło mu się z tragicznie zmarłym synem, przeprowadził się wraz z Concettą, Pasqualeną oraz Leną i Johnem do Brockton w stanie Massachusetts, w którym od kilku miesięcy mieszkała już jego zamężna córka Carmella (Capiello).

Nazwa stanu pochodziła z języka zamieszkujących te tereny Indian i oznaczała „miejsce wielkiego wzgórza”. Jako pierwszy Europejczyk, do wybrzeży dzisiejszego Massachusetts dopłynął w XVI wieku Giovanni de Verrazzano. Procesy osadnictwa zapoczątkowali jednak Anglicy, którzy na statku „Mayflower” przybyli w sile stu dwóch głów w okolice dzisiejszego Salem w roku 1620. Byli to purytanie, koloniści z Massachusetts Bay Company. Zdecydowali się opuścić Anglię zanim ogarnął ją chaos wojny domowej. Swoje przeznaczenie widzieli w stworzeniu utopijnego „miasta na wzgórzu”. Chcieli zbudować społeczeństwo wolne od kłamstwa, wyzysku, nienawiści, łajdactwa i od podziału na lepszych i gorszych. Ich nowa kolonia, Massachusetts, miała być wzorem dla reszty ludzkości, przykładem mądrych, racjonalnych rządów opartych na zasadach duchowych. Jak to jednak w historii ludzkości już bywało – i nieraz jeszcze w przyszłości miało się zdarzyć – szlachetne idee zamieniły się w łajno. Przybywającymi do Massachusetts kolejnymi falami imigrantów kierowały zupełnie inne motywacje.

– Przybyliśmy tu, by budować nowe Królestwo Boże – powiedział wiernym pewien purytański kaznodzieja.

– Ja osobiście przyjechałem tu na ryby – oświadczył mu jeden ze świeżych imigrantów.

Purytanie nie odnieśli więc sukcesu ideologicznego, chociaż ich wpływy przetrwały aż do czasów współczesnych. Amerykańska jasność myślenia i kult celowego działania mają początki w ideach głoszonych przez założony w 1636 roku Harvard College, a ich konsekwencje to rozwój intelektualny poprzedzający wojnę o niepodległość, krucjata przeciwko niewolnictwu i osiągnięcia XIX-wiecznych pisarzy, takich jak Melville, Poe, Hawthorne i Thoreau. Massachusetts był pierwszym stanem, który w 1773 roku uznał niewolnictwo za bezprawie. Oblicze stanu ukształtowały różne narodowości i tradycje. Przybywali tu ubodzy imigranci z Irlandii i Włoch, wyzwoleni lub zbiegli niewolnicy z Południa oraz portugalscy marynarze, chociaż nie zawsze witano ich z otwartymi ramionami. Antyimigracyjna partia Know-Nothing (Nic Niewiedzących) zyskała sobie pod koniec XIX stulecia bardzo duże poparcie.

Dzisiejsze Massachusetts to rozwinięty przemysł elektrotechniczny i elektryczny, maszynowy, odzieżowy oraz tradycyjny, nieco tracący na znaczeniu przemysł włókienniczy i obuwniczy. Rolnictwo nastawione jest głównie na uprawę warzyw i sadownictwo, a stan słynie w całej Ameryce ze znakomitego mleka.

Stolica stanu, Boston, leży u ujścia rzek Charles i Mystic do Zatoki Massachusetts (Ocean Atlantycki). Do 1755 roku było to największe miasto Ameryki. Jako miejsce bezpośrednio dotknięte kaprysami Korony brytyjskiej, stało się naturalnym centrum oporu przeciwko jej kolonialnej polityce. Znany jest głównie z tak zwanej „masakry bostońskiej” (1770), dokonanej przez wojska angielskie za protesty przeciw cłom, oraz „bostońskiego buntu herbacianego”, inaczej „herbatki bostońskiej”, który polegał na zatopieniu przez Amerykanów transportu herbaty w 1773 roku. Incydent ten zapoczątkował wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych. W 1775 roku w Lexington i Concord pod Bostonem doszło do pierwszych starć między wojskami angielskimi a oddziałami amerykańskimi.

W roku 1848 do Bostonu przybyło 13 tysięcy imigrantów z Irlandii. Z ojczyzny wygnał ich głód spowodowany zarazą, która od kilku lat niszczyła plony. Jednym z owych przybyszów był Patrick Kennedy z niewielkiej osady rolniczej Dunganstown. Rok później, gdy tylko zarobił wystarczającą ilość pieniędzy, poślubił poznaną na statku Bridget Murphy.

W ciągu następnych czterdziestu lat rodzina Kennedych na dobre zadomowiła się w stolicy Massachusetts. Syn Patricka otworzył własną restaurację, ożenił się z panną z zamożnej irlandzkiej rodziny i – poczynając od 1885 roku – kilkakrotnie z powodzeniem kandydował do stanowej legislatury. W 1888 roku przyszedł na świat Joseph Kennedy. Rodzice zapewnili mu najlepsze wykształcenie: najpierw znana Boston Latin School – swoisty salon dla synów bostońskiej elity, potem renomowany Uniwersytet Harvarda. Nauka nie należała jednak do głównych zainteresowań Joego. Przy jakiejś okazji określił je dokładnie: „w wieku 35 lat dojść do pierwszego miliona”.

Słowa dotrzymał z nawiązką. Najpierw, idąc w ślady ojca, wżenił się w dobrą irlandzką rodzinę Fitzgeraldów, (John Fitzgerald przez trzy kadencje zasiadał w Kongresie Stanów Zjednoczonych, później został burmistrzem Bostonu). Ślub z Rose Fitzgerald odbył się na jesieni 1914 roku w prywatnej kaplicy bostońskiego kardynała Williama H. O’Donnela. Joseph Kennedy był wówczas dyrektorem niewielkiego banku Columbia Trust. Dalej poszło już szybko. W ciągu kolejnych lat po pierwszej wojnie światowej pomnożył majątek, grając z powodzeniem na giełdzie. W styczniu 1926 roku wyruszył do Hollywood, by po trzech latach powrócić stamtąd z sześcioma milionami dolarów i wspomnieniami o romansie z popularną w owym czasie aktorką Glorią Swanson.

W interesach wykazywał zadziwiającą intuicję, dzięki której zdążył pozbyć się akcji przed słynnym krachem na giełdzie w październiku 1929 roku. W efekcie wyszedł w wielkiego kryzysu bogatszy o następnych 15 milionów zielonych papierków. Niektórzy jego biografowie uważają, że Joseph uczestniczył w podziemnym handlu alkoholem w okresie prohibicji. W latach trzydziestych mister Kennedy zajął się również polityką, pojawiając się w najbliższym otoczeniu Franklina Delano Roosevelta. Dzięki temu lata 1938–1940 spędził w Londynie jako amerykański ambasador. Po powrocie do kraju zajął się dalszym pomnażaniem pieniędzy. Żegnając się z życiem w roku 1969, pozostawił fortunę szacowaną na 350 milionów dolarów.

Od połowy lat trzydziestych rezydencją rodziny Kennedych stała się posiadłość w Hyannis Port na przylądku Cod, wybudowana na początku wieku, otoczona murawą schodzącą aż do oceanu. Tutaj właśnie wychowała się dziewiątka dzieci Rose i Josepha, w tym niejaki John Fitzgerald Kennedy, który w listopadzie 1960 roku został 35. z kolei prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Najstarsza część miasta, z nieregularną siecią ulic i gęstą zabudową, stanowi obecnie dzielnicę handlową. Najbogatsi obywatele mieszkają w ekskluzywnych dzielnicach willowych Beacon Hill i Louisburg. Przeważa tu zabudowa niska, wkomponowana w pagórkowaty krajobraz, w centrum zaś znajdują się nowoczesne zespoły wieżowców, między innymi: Goverment Center, John Hancock Tower i Prudential Center.

Boston to wielki ośrodek gospodarczy Nowej Anglii8 oraz siedziba wielu banków, firm ubezpieczeniowych i wielkich przedsiębiorstw handlowych. Przede wszystkim jednak to siedziba licznych renomowanych uczelni, jak: Harvard University (założony 1636), Massachusetts Institut of Technology (1861), Radcliffe College (1879), Boston University (1869) i Tufts-New England Medical Center (1852).

*

Brockton leżało 20 mil na południe od Bostonu, w kierunku na Cape Cod. Było szarym i ponurym miastem, liczącym sobie w czasie, kiedy przyjechał tam Luigi, około 50 tysięcy mieszkańców. Większość z nich zatrudniona była w kilku mniejszych i większych fabrykach obuwia i odzieży. Najliczniejszą część populacji stanowili pijący jak smoki i plujący wokół tytoniowym sokiem Irlandczycy. Mniejsze były kolonie: włoska, litewska, szwedzka i żydowska9. Lepiej sytuowana ludność, w tym oczywiście właściciele i zarządcy miejscowych zakładów przemysłowych, mieszkali głównie w Dzielnicy Zachodniej (West Side). Luigi zamieszkał wraz z rodziną w dosyć obskurnej kamienicy przy Brock Street, w robotniczym kwartale Brockton, zwanym Drugą Dzielnicą (Ward-2).

W kwietniu 1920 roku, kilkadziesiąt metrów dalej od kamienicy, w której mieszkał Luigi Picciuto z rodziną, policja dokonała aresztowania dwóch włoskich imigrantów. Wtedy wydarzenie przeszło bez większego echa, ale już wkrótce znalazło się na ustach dosłownie całego świata.

Około trzeciej po południu 7 kwietnia dwóch ludzi opuściło budynek firmy obuwniczej Slater & Morill w South Braintree (Massachusetts). Byli nimi kasjer i strażnik, którzy nieśli w torbie 16 tysięcy dolarów przeznaczonych na tygodniową wypłatę w odległej o kilka przecznic fabryce. Nagle wyrosło przed nimi dwóch innych mężczyzn o śniadym kolorze skóry. Bez słowa wyciągnęli z kieszeni pistolety i otworzyli ogień. Strażnik zginął natychmiast, kasjer zmarł kilka godzin później w szpitalu. Bandyci zabrali pieniądze i natychmiast odjechali ciemnoniebieskim buickiem. W dziejach „kryminalnej Ameryki” wydarzenie było w sumie tak banalne, że prasa w ogóle o nim nie wspomniała. Takie rzeczy zdarzały się dosłownie każdego dnia.

Dwa tygodnie później, właśnie na terenie Ward-2, policja aresztowała pod zarzutem dokonania tego czynu dwóch wspomnianych Włochów. Latem następnego roku stanęli przed sędzią Websterem Thayerem i ława przysięgłych uznała ich za winnych. Wyrok śmierci, który zapadł 14 lipca, nikogo nie zaskoczył i nie zainteresował. Jednak kilka miesięcy później wszyscy, od Maine po Kalifornię, zaczęli pytać, o co właściwie chodzi w tej sprawie Sacco i Vanzettiego. Wydarzyła się bowiem rzecz niezwykła.

Trzech innych imigrantów: Hiszpan, Żyd i Włoch, napisało w obronie skazanych list otwarty do radykalnej prasy w Europie i Ameryce Południowej. Rezultaty tej pisaniny nadeszły szybko i… głośno. W domu ambasadora USA W Paryżu wybuchła bomba. Dwudziestu ludzi zostało zabitych przez inną bombę podczas demonstracji w obronie Sacco i Vanzettiego, która odbyła się w stolicy Francji kilka dni później. Wokół amerykańskiej ambasady w Rzymie gromadził się codziennie agresywny tłum. Doszło do próby rzucenia bomby na dom konsula generalnego w Lizbonie. W Montevideo ogłoszono strajk generalny i usiłowano doprowadzić do bojkotu amerykańskich towarów.

Pod naciskiem opinii publicznej wznowiono proces. W świetle nowych dowodów wina tych dwóch ludzi stała się jeszcze bardziej wątpliwa. W powszechnym mniemaniu wyrok był karą nie za popełnione przestępstwo kryminalne, lecz za niezbyt popularne poglądy polityczne. Ale Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti wciąż przebywali w celi śmierci10.

*

Deszcz i wiatr przybrały jeszcze na sile. Umówiony doktor ciągle nie przyjeżdżał. Ponieważ w pobliżu nie było żadnego daszka, żadnej bramy, gdzie można by się schronić, Luigi wcisnął tylko mocniej na głowę stary kaszkiet.

– Kiedy w końcu ten figlio di puttana11 raczy się pojawić? – mruknął sam do siebie coraz bardziej poirytowany. Kilkaset metrów dalej jego wnuk umierał, a lekarza ani śladu.

Rocco był oczkiem w głowie Luigiego. Wypełniał wciąż jeszcze nabrzmiałe bólem miejsce po Nicholasie. Luigi wolał nawet nie myśleć, co zrobiłby, gdyby jedynemu wnukowi coś się stało.

Po zamieszkaniu w Brockton, w 1921 roku, Pasqualena wyszła za mąż za osiadłego już od lat w Ameryce robotnika z miejscowej fabryki obuwia o nazwisku Pierrino Marchegiano, pochodzącego z Chieti, maleńkiej wioski rybackiej nad Adriatykiem. Ojciec Rocco zwykł mawiać, że wykonanie złych butów kosztuje tyle samo, co dobrych, i że nie istnieje żaden powód, dla którego ubodzy ludzie mieliby chodzić w marnym obuwiu. W związku z powyższym swoją pracę w fabryce starał się wykonywać najlepiej, jak tylko umiał. Wszystko zresztą w życiu robił najlepiej, jak potrafił. W tamtych czasach, kiedy wszyscy biedacy kupowali buty na tekturowych podeszwach zużywających się dosłownie w ciągu kilku dni, produkty fabryki, w której pracował Pierrino, odznaczały się przystępną ceną i trwałością.

Początkowo zięć nie za bardzo przypadł Luigiemu do gustu. Niski, chudy, przygarbiony – nie mężczyzna, ale taki po prostu „półchłopek”. W dodatku gorzej niż słabego zdrowia. Jako obywatel Stanów Zjednoczonych AP w 1917 roku Pierrino wziął udział w trwającej w Europie wielkiej wojnie. Był z tego powodu bardzo, ale to naprawdę bardzo dumny. Tak, jak zwykle dumni są wojenni bohaterowie, których los mało kogo potem obchodzi. Pod Château-Thierry kapral Marchegiano oberwał w twarz odłamkiem niemieckiego granatu i ledwie go odratowano. Dodatkowo jeszcze nawdychał się trującego gazu. Od tej pory kasłał niemal nieustannie plując flegmą. Już do końca życia czuł w płucach obecność tego niemieckiego świństwa.

Z czasem jednak pan Picciuto przekonał się, że córka wcale nie uczyniła złego wyboru. Pierrino Marchegiano był przede wszystkim pracowity i uczciwy, a te właśnie cechy Luigi cenił w ludziach najbardziej. Wydawało się tylko przez pewien czas, że państwo Marchegiano nie będą mogli mieć dzieci. Długo Pasqualena nie mogła zajść w ciążę, a kiedy w końcu jej się udało, nowo narodzony synek żył tylko kilka godzin. Rok później, dokładnie 1 września 1923 roku, pojawił się na świecie Rocco. Miał teraz 17 miesięcy i właśnie umierał na zapalenie płuc. Luigi Picciuto odchodził od zmysłów. Słowa modlitwy mieszały mu się z przekleństwami.

W końcu gwałtownie zatrzymał się przed nim sfatygowany buick. Luigi szarpnął za klamkę otwierając drzwiczki.

– Doktor Phaneuf? – zapytał.

– Tak. Pan Picciuto?

– Miał pan być już prawie godzinę temu! – krzyknął Luigi. – Mój wnuk jest umierający, a pan…

– Nie siedziałem na kawie, jak być może się panu wydaje – przerwał mu bezceremonialnie lekarz. – Też ratowałem czyjeś życie i nie mogłem przerwać w połowie tylko dlatego, że umówiłem się z panem. Tak to już jest. Lekarzy mało, chorych dużo, szczególnie przy takiej psiej pogodzie. Ale nie traćmy więcej czasu, niech pan prowadzi do pacjenta.

Po przybyciu na miejsce doktor Josephat Phaneuf natychmiast zabrał się do badania małego Rocco. Kilka minut później wyjął z uszu stetoskop i usiadłszy przy stoliku wypisał receptę.

– Proszę mu to dawać rozpuszczone w ciepłej wodzie, trzy razy dziennie – powiedział wręczając druczek matce chorego.

– Czy to na pewno mu pomoże? Będzie żył? Doktorze, na miłość boską, niech pan powie, że nic mu nie będzie! – Pasqualena z trudem hamowała napływające do oczu łzy. – Figlio mio, figlio mio12 – w zdenerwowaniu zaczęła rozpaczać w swoim ojczystym języku.

– Chciałbym tak powiedzieć, ale nie mogę – odparł poważnie doktor Phaneuf. – Ja zrobiłem wszystko, co w ludzkiej mocy. Reszta zależy od siły organizmu chorego. Organizm sam będzie musiał zwalczyć chorobę. Ale jeśli Rocco z tego wyjdzie, to będzie znaczyło, że ma pani silnego chłopaka. Wyjątkowo silnego, pani Marchegiano.

Jednak pierwsze dni po wizycie lekarza nie wskazywały na to, że Rocco przeżyje. Gorączka jeszcze się podniosła, dzieciak był blady, słaby, nie przyjmował pożywienia. Cała rodzina straciła już prawie nadzieję. Doktor Phaneuf odwiedzał go jeszcze kilkakrotnie, ale jego zatroskana mina nie wróżyła nic dobrego. W roku 1925 lekarz rzeczywiście niewiele mógł zrobić dla dziecka chorego na zapalenie płuc. Alexander Fleming odkrył działanie bakteriostatyczne pleśni pędzlaka i nazwał ciało czynne penicyliną dopiero cztery lata później. Do czasu powszechnego wprowadzenia penicyliny do użytku, miało umrzeć jeszcze bardzo wielu ludzi.

Godzinę po ostatniej wizycie lekarza zakutana w ciepłą chustę Pasqualena wyszła z domu, zostawiając chorego Rocco pod opieką męża, ojca i siostry. Sama udała się do najbliższego katolickiego kościoła. Wnętrze pogrążone było w ciemności, której nie rozpraszał do końca blask kilkunastu świec płonących w srebrnych kandelabrach. Tu i ówdzie migały niewyraźne cienie zatopionych w modlitwie ludzi, jakby kryli się ze swoją pobożnością, pełną obaw i pokory. Powietrze przesycone było dymem świec oraz zapachem zwiędłych kwiatów, kadzidła, starych ram obrazów i drewnianych ławek.

Pani Marchegiano zdjęła z palca najcenniejszą rzecz, jaką posiadała – zaręczynowy pierścionek ze złota z maleńkim diamencikiem, i wrzuciła go do skarbonki pod obrazem świętego Antoniego.

– Boże! – załkała upadając na kolana. – Oddałam Ci mój pierścionek, nie zabieraj mi mojego jedynego dziecka.

Kiedy wróciła do domu, Rocco ciągle gorączkował. Nad jego łóżeczkiem pochylała się stara ciotka jej męża. Paolina Magnifesti przekroczyła już dziewięćdziesiątkę, z trudem chodziła i nikt nie spodziewał się zobaczyć jej przy łóżku umierającego.

– Dlaczego nic nie robicie, żeby go ratować – zapytała ciotka Paolina.

– Lekarz jest tu prawie codziennie – odpowiedziała Pasqualena. – Nic więcej nie da się zrobić. On jest zbyt ciężko chory. Tylko Bóg może go uratować.

– Nieprawda – stara pani Magnifesti machnęła niecierpliwie ręką. – Widziałam wiele dzieci chorych na zapalenie płuc. Jeżeli były wystarczająco silne, to przeżywały. A teraz przynieś mi szklankę ciepłej wody i łyżeczkę.

Za pomocą łyżeczki rozchyliła nieprzytomnemu dziecku wargi i wsączyła do ust trochę ciepłego płynu. Niespodziewanie Rocco zaczął mrugać oczami.

– Dawajcie mu w ten sposób pić co kilka godzin – poleciła staruszka przed wyjściem. – To biedne dziecko jest całkowicie odwodnione. Poza tym trzeba go nakarmić. Trochę suchego chleba i mięsa z kurczaka. Jeżeli nie będzie chciał jeść, to wepchnijcie mu pożywienie choćby przemocą do gardła.

Następnego dnia Rocco poczuł się lepiej. Kryzys minął i malec zdrowiał w błyskawicznym tempie. Pani Magnifesti zmarła kilka tygodni później, nigdy nie poznawszy bliżej chłopca, któremu uratowała życie. Być może to jego silny organizm zwalczył samoistnie chorobę, jak twierdził doktor Phaneuf, ale Pasqualena Marchegiano święcie wierzyła, że to właśnie dzięki starej ciotce jej Rocco wyzdrowiał i że to sam Pan Bóg ją przysłał.

Doktor Phaneuf – zaprzysięgły ateista – miał jednakże na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Kiedy tylko doszły go słuchy o możliwości udziału sił nadprzyrodzonych przy wyzdrowieniu małego Rocco, skomentował to w następujący sposób:

– Dziwni ludzie. Kiedy ktoś z rodziny zachoruje, natychmiast pędzą po lekarza. Ale kiedy chory wyzdrowieje, medycyna nie liczy się już za nic. To oczywiście skutek modłów, które słali do nieba, podczas gdy lekarz leczył. Gdyby tak wyzdrowiał człowiek, który nie odbywa wielkanocnej spowiedzi, uważaliby to za wielkie zuchwalstwo.

*

Dla państwa Marchegiano nastały szczęśliwe dni. Radość zresztą i powszechny dobrobyt ogarnęły cały wielki kraj. Druga połowa lat dwudziestych była dla Stanów Zjednoczonych okresem prosperity, w którym produkowano tam ponad połowę światowych towarów przemysłowych. Wydawało się, że Bóg kocha Amerykę. Ale jeśli nawet rzeczywiście kochał, to tylko do owego pamiętnego czwartku, 29 października 1929 roku, nazwanego potem „czarnym czwartkiem”. Tego dnia na giełdzie nowojorskiej nastąpił wielki krach. Maklerzy reprezentujący posiadaczy największych pakietów akcji rzucili je na sprzedaż i – bez względu na proponowane coraz niższe ceny – zaczęli sprzedawać jak szaleni. Za nimi poszli oczywiście mali spekulanci giełdowi, sprzedając swoje akcje już za grosze. W ciągu kilkunastu godzin łączne straty inwestorów wyniosły 10 miliardów dolarów, czyli ponad dwa razy więcej niż wszystkich pieniędzy znajdujących się w obiegu w całych Stanach. W połowie listopada z rynku dosłownie wyparowało aż 30 miliardów dolarów.

Kilka dni po owym pechowym czwartku dla nikogo już nie było tajemnicą, że nastąpiła wielka katastrofa. W jej wyniku produkcja przemysłowa zmniejszyła się o połowę, dochód narodowy spadł o 38 procent, a liczba bezrobotnych wzrosła z 1,5 miliona do 13 milionów. W ciągu jednego dnia ludzie tracili majątki, które budowali przez całe życie, a często nawet przez kilka pokoleń. W jednej chwili zostawali nędzarzami. Przez cały kraj przetoczyła się fala samobójstw. Hossa na giełdzie była już tylko wspomnieniem, a wraz z nią wielkie nadzieje lat dwudziestych. Czarne chmury zawisły nad Ameryką. Kryzys ekonomiczny ogarnął całe społeczeństwo. Rozszerzało się bezrobocie, długie kolejki ludzi wystawały przed polowymi garkuchniami wydającymi bezpłatnie gorącą strawę i przed urzędami udzielającymi zasiłków pozbawionym pracy. Z Drugiej Dzielnicy zniknęły ręczne wózki, zniknął zapach włoskich przysmaków, jaki wydobywał się z każdego niemal domu, czyniąc z powietrza ciepłą ambrozję. Jego miejsce zajął smród z zawalonych śmieciami bocznych uliczek, gdzie młodzież grała w amerykański futbol i chłód spowodowany jednak nie przez wiejące w Brockton zimne wiatry, lecz przez grozę tej okolicy. Nie było już widać szczebioczących kobiet i starych mężczyzn, którzy drzemiąc, kołysali się w fotelach na werandkach, ani rozkrzyczanych i śmiejących się beztrosko dzieci. Pojawiły się za to posępne twarze, oczy pełne nienawiści i wszechobecny nastrój beznadziejności, jak na spustoszonym polu bitwy, gdzie pełno jest szkła, śmieci i niespełnionych marzeń.

Przyczyny wielkiego kryzysu były skomplikowane i złożone. Z całą pewnością jednym z czynników było amerykańskie przeinwestowanie w kulejącą gospodarkę powojennej Europy, a także nadmierna wiara w rynek papierów wartościowych. Do tego doszedł zmniejszający się eksport i ujemny bilans handlowy, coraz większe dysproporcje między wzrostem produkcji artykułów konsumpcyjnych a wzrostem płac i wiele, wiele innych błędów polityki ekonomicznej.

Bieda zapukała również do drzwi państwa Marchegiano. Pierrino nie stracił na szczęście pracy w fabryce obuwia, ale wraz z obniżeniem produkcji zmalały znacznie jego zarobki. Zaś gęb do wyżywienia przybywało. Wzruszony widać troską o los małego Rocco Pan Bóg błogosławił im kolejnymi dziećmi. 10 października 1925 roku urodziła się córka Alice. 16 listopada 1927 pojawiła się Connie. 8 listopada 1931 roku przyszła na świat Elizabeth, 29 września 1933 – Louis, a potem jeszcze, w 1940 roku – Peter.

Pasqualena zarządzała coraz skromniejszym budżetem rodzinnym z podziwu godną zapobiegliwością, a mimo to w ich domu coraz częściej zaczynał gościć głód. Pomagały im w przetrwaniu hodowane w przydomowym ogródku warzywa, z których gospodyni przyrządzała pyszne sałatki. Kiedy nastała wiosna, cała rodzina udawała się w pobliskie lasy szukać grzybów. Ponieważ wielu innych czyniło to samo i w pełni sezonu trudno było znaleźć choćby jedno drzewo, pod które nie zajrzałaby para oczu mocno wyczulonych na niektóre kształty i barwy, państwo Marchegiano szybko zrozumieli, że o tym, ile grzybów zbiorą, zadecyduje wiedza, jak ich szukać. Wkrótce więc stali się w dziedzinie grzybobrania prawdziwymi specjalistami.

Wiedzieli doskonale, że rydze najchętniej wyrastają na skrajach młodych zagajników świerkowych i sosnowych. Na maślaki z kolei należy się wybierać w miejsca porośnięte młodymi sosnami. Sąsiedztwa brzóz natomiast wymagają stojące na wysokich nóżkach koźlarze babki. Poszukując ich, należało się rozglądać w promieniu kilku metrów. Przy szukaniu gąsek zielonych lepiej patrzeć pod nogi. Wyrastają bowiem zwykle na piaszczystych terenach porośniętych sosnami, a niedoświadczony zbieracz może je bardzo łatwo rozdeptać, gdyż często ledwie wystają spod piasku i ściółki. Na poszukiwanie koźlarzy czerwonych należy wybrać się do lasu osikowego i uważnie rozglądać dookoła, ponieważ grzyby te rosną zazwyczaj w gromadkach. Nauczyli się, że do lasów, w których rośnie dużo robinii akacjowych, klonów, topoli i wierzb, raczej nie warto się wybierać z koszykiem. To, że borowiki można co kilka dni znaleźć pod tym samym drzewem, stanowiło również jedną z podstaw „grzybowego abecadła” rodziny Marchegiano.

Po udanych zbiorach wracali z pełnymi koszykami do domu, gdzie pani Marchegiano przyrządzała znalezione dary natury na kilkanaście różnych sposobów. Serwowała więc kilka rodzajów zupy grzybowej, placki z grzybami, grzyby duszone w oliwie z tymiankiem i bazylią, risotto z grzybów czy omlet piwny z kurkami. Rocco najbardziej lubił frittatę. Do przyrządzenia tego dania w ilości, którą mogłaby się najeść solidnie cała rodzina, potrzeba było około kilograma różnych grzybów, dwóch papryk, dwóch cebul, dwóch małych selerów, czterech ząbków czosnku, dziesięciu jajek, ośmiu łyżek startego żółtego sera, oleju, soli i mielonego pieprzu.

Grzyby należało oczyścić, umyć i pokroić w kawałki. Cebulę i czosnek obrać i posiekać. Na patelni rozgrzewało się trzy łyżki oleju, podsmażało cebulę z czosnkiem i grzybami, a następnie dusiło pod przykryciem około 30 minut. Seler po umyciu gotowało się na półtwardo, obierało i kroiło w kostkę. Jajka wbijało się do miski, wsypywało starty ser, a następnie roztrzepywało widelcem z solą i pieprzem. Do grzybów dodawało się pokrojoną paprykę, seler i smażyło razem około trzech minut, po czym zalewało całość przygotowaną masą jajeczną i ponownie przesmażało na małym ogniu, unosząc brzegi frittaty.

Czasami, kiedy zbiory były wyjątkowo obfite, pani Pasqualena marynowała pozostałą część grzybów, bądź też na sposób włoski pasteryzowała w oliwie z oliwek. W tym celu zagotowywała na piecu ocet wraz z wodą, czosnkiem, łyżeczką ziaren pieprzu, solą i trzema gałązkami tymianku. Następnie wrzucała do środka umyte starannie małe grzybki i gotowała całość jeszcze przez 10 minut. Potem wyjmowała je, osączała i wkładała do słoika wraz ze skórką z cytryny, tymiankiem i liśćmi laurowymi. Zalewała to wszystko gorącą oliwą, zamykała słoik i odstawiała w chłodne miejsce.

Jako najstarszy syn Rocco zawsze zajmował przy stole miejsce po prawicy ojca, a pan Pierrino pozwalał mu wypić do obiadu szklaneczkę wina, najczęściej bardolino – czerwonego, półwytrawnego z okolic Werony.

– Wino jest dobre na trawienie – zapewniał. – Ale tylko jedna szklaneczka. Niech cię Bóg strzeże, jeżeli kiedykolwiek w przyszłości, nawet gdy będziesz już całkiem dorosły, zobaczę, że pijesz więcej niż jedną szklaneczkę.

– Naprawdę uważasz, tato, że kilka szklaneczek wina to taka okropna zbrodnia? – zdziwił się Rocco, wkładając do ust kawałek chleba posmarowanego stracchino gorgonzola13.

– Tak, najgorsza ze wszystkich.

– Większa niż okradzenie kogoś czy zabicie?

– Większa, bo w rezultacie do najgorszego zła prowadzi – odparł z przekonaniem pan Marchegiano. – Dawno, dawno temu, koło domu pewnej wdowy przechodził młody mnich. Ta schwytała go w pułapkę, zamknęła na cztery spusty i powiada: „Pozwolę ci wyjść, jeśli będziesz się ze mną kochał, lub jeśli napijesz się wina albo zabijesz moją kozę”. Mnich, bardzo strapiony, nie wiedział, co odpowiedzieć: ślubował czystość, nie mógł zatem uprawiać miłości, ślubował wstrzemięźliwość, nie mógł więc pić, ale nade wszystko nie wolno mu targnąć się na życie jakiejkolwiek istoty. Musiał jednak dokonać wyboru i po długim namyśle doszedł do wniosku, że najmniejszym grzechem będzie napić się wina.

– I co?

– Wypił wino, a potem kochał kobietę i zabił kozę.

*

Któregoś mroźnego zimowego dnia mały Rocco zauważył, jak jeden z czekających na przystanku pasażerów upuścił na chodnik pięćdziesięciocentową monetę. W ostatniej chwili gorączkowo usiłował ją schwytać, ale potoczyła się po kratownicy studzienki kanalizacyjnej i spadła na dno. Po chwili nadjechał autobus. Pasażer mruknął tylko jakieś przekleństwo, wsiadł i odjechał. Rocco pobiegł natychmiast do domu.

– Mamo, dasz mi dwa centy? – zapytał

– Cicho, na miłość Boską! – odparła. – Ojciec śpi. Czemu włazisz w mokrych butach i zaświniasz podłogę?

– Zaraz wychodzę. Daj mi tylko dwa centy.

– Nic ci nie dam. Dostałeś w zeszłym tygodniu centa na cukierki.

– Ale już je wydałem – powiedział z żalem. – Wiesz, pięćdziesiąt centów wpadło pod kratownicę – postanowił wyznać prawdę. – Myślę, że uda mi się je stamtąd wydostać, ale potrzebuję do tego solidną porcję gumy do żucia.

– Jeśli o to ci chodzi – uśmiechnęła się pani Marchegiano – to mogę ci pożyczyć, ale tylko jednego centa.

– Jeden to na nic – skrzywił się. – Muszę mieć dwa. Co mi po jednym? Za jednego nie dostanę odpowiednio dużej ilości gumy. Rozumiesz?

Matka poszła do pokoju, skąd wkrótce dobiegły odgłosy dziwnego szurania i skrzypienia. W czasach wielkiego kryzysu ludzie nie ufali bankom, oszczędności chowali w różnych sekretnych miejscach w domu, bądź też zakopywali je w ogródku. Rodzice Rocco mieli zbyt mało, żeby zadawać sobie trud z zakopywaniem. Po chwili pani Paqualena wróciła z portmonetką.

– Mam tylko centa – powiedziała. – I dziesiątkę na kościół.

Przyjął go z ponurą miną. To utrudniało zadanie, ale wiedział, że gdy chodzi o datek na kościół, matka była nieprzejednana.

– Mój Boże – westchnęła pani Marchegiano zbolałym głosem. – Dawniej, gdybyś poprosił ojca lub mnie o centa, dalibyśmy ci pięć. Ale takie czasy nastały. Straszne czasy. Jednak musimy to jakoś wszyscy z Bożą pomocą przetrwać. Nie będziemy przecież biedakami do końca życia.

Tymczasem Rocco znalazł w szufladzie kuchennego kredensu kłębek szpagatu. Odciął kawałek długości półtora metra i nie tracąc czasu wepchnął go do kieszeni. Wybiegł z domu i popędził do sklepu starego Colony. Kupił pudełeczko gumy do żucia i od razu wepchnął sobie całą zawartość do ust. Guma musiała być lepka, żeby mocno przylgnąć do monety, trzeba było dobrze wymieszać ją ze śliną.

Doszedł do przystanku autobusowego i wyciągnął się jak długi na oblodzonej kratownicy. Betonowe dno studzienki pokrywał śnieg, a tu i tam zebrała się woda. Moneta leżała uśmiechając się chytrze, połowa na betonie, połowa w kałuży. Rocco zasupłał kilkakrotnie koniec sznura i okleił gruby węzeł gumą, którą rozpłaszczył, ile tylko się dało. Drugi koniec sznura owinął sobie wokół nadgarstka, by go nie zgubić. Potem, zwilżywszy śliną plaster gumy, opuścił go ostrożnie na dno studzienki. Ale czy to guma była za lekka i nie naciągała dostatecznie sznura, czy też zbyt szybko twardniała na zimnie, w każdym razie moneta za żadne skarby nie chciała się do niej przylepić.

Pochłonięty swoim zajęciem nie zauważył, że z tyłu podszedł do niego niski, obdarty mężczyzna. Legenda głosi, że znaki, jakie śmierć wycisnęła na ciele Łazarza, pozostały po cudzie zmartwychwstania i rozpoznać je można było po trupio sinawej barwie twarzy, ciemnych paznokciach i ubraniu przesiąkniętym zapachem grobu. Facet wyglądał właśnie tak, jak ów Łazarz chwilę po zmartwychwstaniu, a może nawet jeszcze gorzej.

– W ten sposób nie wyciągniesz monety – powiedział.

– Skąd pan wie, że szukam monety? – odparł Rocco. – A może tak tylko się bawię?

– Ha, ha – zaśmiał się obdartus, co zabrzmiało zupełnie jak bulgot wody w rurze kanalizacyjnej. – Dobrze znam takie zabawy.

Cofnął się o krok i gestem dyktatora mody odsłaniającego swoją najnowszą kreację rozpiął palto. Nie było to może najbrudniejsze palto pod słońcem, ostatecznie Rocco nie znał wszystkich płaszczy noszonych przez włóczęgów w całych Stanach, ale daleko by szukać brudniejszego. Wewnątrz przy podszewce wisiały na rzemykach cztery ostrugane kawałki kija od miotły, każdy po trzy stopy długości. Kończyły się gumowymi złączami, tak że można je było zestawić w jedną całość, a ostatni kawałek miał na końcu małą gumową przyssawkę.

– Pokażę ci, jak to robi fachowiec – rzekł nonszalancko. Wprawnie połączył elementy, wszedł na kratownicę i ostrożnie przesunął kij przez kraty.

– Panie, odwal się pan od mojej monety! – wrzasnął Rocco.

– O co ci chodzi? – skrzywił się Łazarz. – Przecież, jak sam mówisz, tam nie ma żadnej monety.

– To moja moneta – wycedził przez zaciśnięte zęby mały Włoch.

– I tak jej nie wydostaniesz. Ma tam leżeć i czekać na kogo innego? – Mężczyzna ukląkł i wymierzył koniuszkiem narzędzia w leżący na dnie pieniążek.

– Wynoś się, draniu! – nie zamierzał ustąpić Rocco.

– Spadaj, mały.

Nieznajomy włóczęga, chociaż niski i chudy, był i tak dużo większy od kilkuletniego dzieciaka. Nie wiedząc, co robić, zrozpaczony Rocco zaszedł go od tyłu, zamachnął się i kopnął dziada z całej siły w krzyż.

– A do diabła! – ryknął tamten zrywając się i łapiąc za bolące miejsce. – Czekaj, szczeniaku, ja ci jeszcze pokażę…

Przez chwilę patrzyli na siebie rozognionymi ze złości oczyma. Dzieliła ich znaczna różnica wieku – tak na oko jakieś trzydzieści parę lat – a jednak pod pewnym względem byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Obaj byli nieugięci, obaj zdesperowani i obu zdążyło już wypatroszyć życie.

– No dobra – powiedział pojednawczo „fachowiec”. – Odpalę ci dziesiątaka.

– Łaskawca – wycedził Rocco przez zęby. – To moja moneta.

– To, co zatrzymamy dla siebie – utracimy, to zaś, co oddamy innym – pozostanie dla nas na zawsze – spróbował obdartus z innej beczki. – Nie słyszałeś o tym?

– Nie. Wynoś się pan.

– Nie chcesz po dobroci? To gówno dostaniesz – szczeknął nieznajomy. Nie wdając się w dalsze dyskusje znów pochylił się nad kratownicą.

Rocco chwycił kawał lodu ze sterty śniegu i cisnął nim w kierunku rywala. Przeleciał dobre dziesięć centymetrów od celu, ale przerażony mężczyzna zerwał się wyszarpując kij ze studzienki. Trzęsąc się z emocji, z oczami wbitymi we wroga, dzieciak sięgnął tymczasem po kolejny pocisk.

– Zaraz nauczę cię szacunku dla starszych – rzekł włóczęga, rozglądając się po pustej i mrocznej o tej porze ulicy.

Zamarznięta bryła trafiła go w kolano poniżej wytartej paltociny. Tego już było za wiele.

Ty cholerny gówniarzu! – zawołał. – Jeśli szukasz guza, to go znajdziesz. – Pogroził malcowi pięścią, ruszając w jego stronę z groźnym błyskiem w oku.

Rocco chwycił następną zmarzlinę:

– Wynoś się stąd, bo zabiję. Ta moneta jest moja. Ja ją pierwszy znalazłem.

Mężczyzna opuścił swój kij i skoczył naprzód, ale Rocco był szybszy. Uskoczył na bok, miotając jednocześnie trzymaną w ręce bronią. Tym razem trafiła dokładnie tam, gdzie mierzył, niemal w samo czoło. Napastnik zawył z bólu.

– Zatłukę cię, szczeniaku!

– Co tu się dzieje? – rozległ się nagle czyjś głos. – Zostaw tego dzieciaka w spokoju, łachudro!

Stojący obok dwaj robotnicy mieli zmęczone szare twarze, ale ich potężne bary musiały budzić respekt. – Won, ale już! – postąpili krok w kierunku obdartusa, a ich miny nie wróżyły nic dobrego. Ten zaś, nie czekając na dalszy rozwój wypadków, czmychnął czym prędzej, gdzie pieprz rośnie, zostawiając w panice swój instrument.

Kwadrans później Rocco wkroczył radośnie do domu, trzymając dumnie w zaciśniętej pięści połówkę dolara.

*

Sprawy zaczęły przybierać lepszy obrót dopiero w 1932 roku, kiedy Franklin Delano Roosevelt przyjął nominację demokratów na prezydenta i zwyciężył w wyborach przytłaczającą większością głosów. Jeszcze w czasie inauguracji jego prezydentury, na początku 1933 roku, załamał się niemal cały system bankowy. Pierwszych sto dni, które odtąd stały się przysłowiowe, Roosevelt spędził na energicznych pracach legislacyjnych zmierzających do zmiany sytuacji w kraju. Zaproponowana przez niego polityka Nowego Ładu (New Deal) miała wiele form i była realizowana poprzez wiele nowo utworzonych agencji. Do Waszyngtonu Roosevelt przywiózł ze sobą grupę pracowników uniwersyteckich, nazwaną przez jego sekretarza Louisa Howe`a „trustem mózgów”. Niektórzy z nich otrzymali kluczowe stanowiska w rządzie, inni zostali doradcami. Ci z kolei przyciągali dalszych zwolenników Nowego Ładu, dzięki temu w Waszyngtonie nastąpiła całkowita wymiana kadr.

Tempo reform Roosevelta było imponujące. W trakcie owych przepełnionych euforią pierwszych stu dni jego urzędowania uchwalono łącznie 15 ważnych ustaw. Znaczącym posunięciem było zwiększenie uprawnień rządu federalnego. Do ważnych osiągnięć tamtego okresu należało również powołanie Urzędu Odbudowy Narodowej, który stworzył dwa miliony miejsc pracy; ustawa o ubezpieczeniu społecznym; Urząd Robót Publicznych, który budował tamy i autostrady jak kraj długi i szeroki; urząd ds. zagospodarowania doliny Tennessee, dzięki któremu powstało m.in. wiele elektrowni wytwarzających prąd dla celów produkcji; wreszcie środki dające podstawy prawne do działania związków zawodowych, uruchomiono też wspomaganie rolników.

Wielu krytyków uważało program Roosevelta za przypadkowy i niedopracowany. Niektórzy nazywali go „pełzającym socjalizmem”. Nikt jednak nie był w stanie zakwestionować pozytywnych skutków Nowego Ładu. W 1936 roku przedsiębiorcy dali jasno do zrozumienia, że ich zdaniem prezydent zrobił więcej niż było trzeba, aby gospodarka stanęła na nogi. Od tej pory popularność Franklina Delano nie malała. Wybrano go aż na cztery kadencje, co w historii USA było wydarzeniem bez precedensu.

Pan Pierrino nadal ciężko pracował, a Rocco nosił mu czasami do fabryki Adamsa (Stacey Adams Shoe Company) przygotowany przez matkę lunch, składający się zwykle z gorącej czarnej kawy, kanapek oraz spezzatto – ulubionego rosołu. Robił to zawsze z chęcią, chociaż fabryki nienawidził do szpiku kości. Bał się jak zarazy tego, że w przyszłości, podobnie jak ojcu, przyjdzie mu w tym ponurym miejscu spędzić większość swojego życia. Patrząc, jak Pierrino zaharowuje się za nędzne grosze w fabryce, mały Rocco stwierdził któregoś dnia:

– Nie wiem jeszcze, co będę robił w życiu, ale na pewno nie zostanę szewcem.

– Masz rację – poparł go ojciec. – Rób, co tylko możesz, żebyś nie wylądował w tej brudnej norze.

– Nie ma obawy – powiedział Rocco z przekonaniem. – Kiedyś zrobię pieniądze. Naprawdę wielkie pieniądze.

– A jak zamierzasz je zrobić? – zapytał uśmiechając się pan Pierrino.

– Jeszcze nie wiem, tato. Ale pewnego dnia będę bogaty. A wtedy i ciebie zabiorę z tego przeklętego warsztatu.

*

Brockton z dawien dawna było miastem produkującym nie tylko dobrą odzież i obuwie, lecz również mistrzów baseballu i koszykówki, z których niejeden robił obecnie karierę w zawodowych drużynach Wschodniego Wybrzeża. Do koszykówki Rocco nie miał odpowiednich warunków, był po prostu o wiele za niski, za to baseball stał się jego prawdziwą miłością. W cieniu miejscowego stadionu James Edgar Playground marzył o sławie i wielkich pieniądzach. Czołowi gracze tej dyscypliny sportu, jak Babe Ruth, Joe DiMaggio, czy Ted Williams, zarabiali w tym okresie rzeczywiście ciężką forsę. Najlepszy baseballista A.D. 1931 Babe Ruth zarobił w tym roku 80 tysięcy dolarów więcej niż sam prezydent Hoover. Rocco postanowił pójść w jego ślady.

Każdą niemalże wolną chwilę spędzał trenując pracowicie w towarzystwie swoich przyjaciół: Izzy’ego Golda, Alliego Colombo oraz braci Sylvestrów. Był znakomitym „łapaczem” i „zbijaczem”, ale do osiągnięcia w baseballu naprawdę wysokiego poziomu brakowało mu szybkości. Podobnie było z amerykańskim futbolem. Mocno zbudowany, krępy i silny jak tur, przedzierał się przez zaporę przeciwnika z determinacją gladiatora walczącego o życie, ale biegał zdecydowanie za wolno. Nie zrażało go to jednak zupełnie. Po prostu trenował jeszcze pilniej i biegał jeszcze więcej, ufny, że wyczerpujące ćwiczenia muszą ostatecznie przynieść sukces.

Oczywiście był także członkiem ulicznego gangu. Grupa, której niekwestionowanym liderem był najstarszy wśród nich Eugene Sylvester, przybrała nazwę „Straszliwa Trójka” (Terrific Three). Marzyli o zrobieniu wielkiego szmalu. Planowali napady na banki, rabunek przewożącego wypłaty dla robotników furgonu pocztowego oraz nocny skok na miejscowy sklep spożywczy. Najstraszniejszym jednak przestępstwem, którego się dopuścili, było uruchomienie alarmu pożarowego, za co też oberwali od swoich ciężko pracujących ojców solidne baty.

Sami zresztą tak naprawdę nie mieli zbyt dużo czasu na zbijanie bąków. Chodzili przecież do szkoły, trenowali baseball, a w czasie wakacji i wolnych sobót starali się pomagać jak tylko mogli swoim rodzinom. Strzygli trawniki, pracowali na budowach, roznosili gazety, ładowali ciężarówki. Zimą nosili na plecach kosze z węglem i najmowali się za parę groszy do odśnieżania posesji.

Często w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia odwiedzali bogatą Zachodnią Dzielnicę. Wracali stamtąd z jeszcze silniejszym postanowieniem zarobienia któregoś dnia wielkiej forsy. We wspaniałych przestronnych domach, oddalonych dość znacznie od drogi, mieszkali tam bogaci obywatele miasta. Rocco z kolegami zaglądali przez szpary w żaluzjach do wnętrz, w których panowała radość, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Dywany były puszyste, a małe dzieci biegały po nich bosymi stópkami. Wszędzie wokół ciągnęły się kilometry równiuteńko przystrzyżonych trawników. Zielona soczysta trawa, zroszona wodą wytryskającą z syczących deszczowni, połyskiwała w słońcu. W cienistych miejscach przybierała ciemniejszy, chłodny odcień, przypominający mięciutkie, pokryte meszkiem sukno, jakim pokrywa się bilardowe stoły.

– Oglądaliśmy tam ludzi, którzy prowadzili zupełnie inne życie – wspominał po latach Izzy Gold. – Patrzyliśmy na piękne domy i wielkie, lśniące samochody. Wracaliśmy z West Side’u po prostu wściekli. Siadaliśmy gdzieś na murku i po raz setny zaczynaliśmy się zastanawiać, co zrobić, żeby wyrwać się z tej biedy, w której przyszło nam żyć.

*

Któregoś dnia kolegom Rocco zepsuła się podczas podwórkowego treningu ostatnia piłka baseballowa. Na Crescent Street znajdował się sklep z wszelkimi potrzebnymi akcesoriami, ale o kupnie nie było nawet mowy. Razem do kupy, „Straszliwa Trójka” dysponowała kapitałem w wysokości pięciu centów. Było jednak pewne miejsce, w którym przy odrobinie cierpliwości i odpowiednim charakterze w nogach można było taką piłkę „zorganizować”. Kiedy na swoim stadionie trenowali zawodnicy miejscowego klubu baseballowego Taunton Lumber Company, źle wystrzelona piłka lądowała często w pobliskim lasku. Trzeba było tylko dobrze patrzeć, gdzie upadła, po czym szybko zabrać ją i uciec, zanim pojawią się chłopcy zatrudnieni przez klub do podawania piłek.

– Idziemy zwinąć piłkę tym patałachom z Tartaku14 – zadysponował Eugene Sylvester.

Zaczaili się w lasku przy stadionie i cierpliwie czekali. Eugene, Rocco, Allie Colombo i Izzy Gold. Wkrótce jedna z nieprawidłowo uderzonych piłek śmignęła im nad głową i zniknęła w pobliskich krzakach. Eugene zanurkował za nią natychmiast, lecz bez rezultatu.

– Pośpiesz się, do cholery – syknął Allie. – Zaraz licho kogoś tutaj przygna.

– Nie mogę jej znaleźć – wysapał wciąż zanurzony w roślinności Sylvester. – Zapadła się jak kamień w wodę. Mam! – wrzasnął po chwili. Porco dio!15.

Wygrzebał się z krzaków, lecz w tej samej chwili stanął przy nim podający piłki w Tartaku Julie Durham.

– Dawaj ją – warknął.

– Co dawaj? – Sylvester spojrzał na niego wzrokiem, w którym malowało się bezbrzeżne zdziwienie.

– Nie rób ze mnie wała – zagroził Durham. – Piłkę oddawaj. Natychmiast.

– A, jeśli szukasz piłki, to chętnie ci pomożemy – odparł niewinnym głosem Eugene.

Było to już prawdziwe igranie z ogniem, bowiem Julie Durham miał potężne muskuły i pięści wielkie jak bochny chleba, z których – jak chodziły słuchy – chętnie robił użytek. W tym momencie do dyskusji wtrącił się Rocco. Prawdę mówiąc, Eugene na to właśnie liczył. Młody Marchegiano już w kilku bójkach towarzyskich udowodnił, że jest rzeczywiście piekielnie silny, a w dodatku zażarty niczym pitbul. Chociaż Sylvester był od niego starszy i większy, bez trudu kładł przyjaciela na łopatki.

– Szukasz zwady? – zapytał Rocco. – Może spróbujesz z kimś większego kalibru?

– Że co? – zdziwił się serdecznie Durham. – Mówisz niby o sobie, konusie? Przecież jesteś sporo mniejszy od niego – wskazał ręką na Sylvestra.

– Ale za to tęższy – odgryzł się Rocco. – A na takiego rammolito16 jak ty zupełnie wystarczający.

– Dołóż mu, Julie. Pokaż szczeniakowi, gdzie raki zimują – rozległy się wokół głosy kilku kolegów Durhama, którzy w międzyczasie również pojawili się w lasku.

Julie nie dał się długo prosić. Niespodziewanie walnął Włocha potężnym prawym sierpowym prosto w nos. Zalany krwią Rocco runął na ziemię. Jeszcze szybciej jednak się z niej zerwał i młócąc wściekle pięściami runął na przeciwnika. Durham, weteran wielu ulicznych bójek, z wprawą odparowywał ciosy i walił Rocco po łbie. Ale te ciosy spływały po młodym Włochu niczym woda po gęsi.

W końcu Rocco dopadł jego szczęki krótkim prawym sierpem. Julie fiknął do tyłu kozła, walnął plecami z impetem o ziemię i znieruchomiał. Cucony intensywnie przez swoich kolegów z klubu, przyszedł do siebie dopiero po paru minutach.

– Aleś mu dołożył, Rocco – powiedział z podziwem Allie Colombo, kiedy wrócili do domu. – Gdzie ty się w ogóle nauczyłeś takiego ciosu?

– Nie mam pojęcia, Allie – odrzekł skromnie zagadnięty. – Myślę, że to po prostu u mnie naturalne.

– Jezu, chłopie! – Colombo wciąż jeszcze nie mógł ochłonąć po tym, co zobaczył przed kilkudziesięcioma minutami. – Myślałeś kiedyś, żeby zająć się na serio boksem?

– Nie. Ale to nie jest dyscyplina dla mnie. Mam zamiar uprawiać dalej baseball i któregoś dnia wezmą mnie do jakiejś ligowej drużyny. Zobaczysz, Allie. Jeszcze zrobię na tym wielką forsę.

Przypisy

1Ricotta – miękki ser twarogowy, produkowany we Włoszech z serwatki. Niedojrzewający ser zwarowy (wyrabiany ze zwaru – mieszaniny tłuszczu i białka, uzyskiwanej przez podgrzanie serwatki zakwaszonej kulturami bakteryjnymi), przerobiony z twarogiem, często z dodatkiem ziół, cukru, kakao i owoców. Zawiera 20-30 proc. tłuszczu. 

2Mozzarella – biały, bardzo łagodny i miękki ser o owalnym kształcie, elastycznej konsystencji i wspaniałym, mlecznym aromacie, używany we włoskiej kuchni do pizzy, spaghetti czy lasagne. Nazwa pochodzi od słowa mozzare – cięcia sera rękoma niemal na samym końcu procesu wytwarzania. Twaróg jest najpierw rozrabiany i mieszany z serwatką. Potem masę się ugniata, aż staje się ciastem, z którego można formować kule. Najlepsza mozzarella wytwarzana jest w okolicach Neapolu. Smakuje najlepiej świeża, podawana z pomidorami i bazylią. Często też jadana z papryką i cebulą. Topliwość mozzarelli czyni ją znakomitym składnikiem pizzy. Kiedyś wytwarzana z mleka bawolic, teraz z krowiego.

3