Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
NIE KAŻDY UPADEK KOŃCZY SIĘ ŚMIERCIĄ.
NIEKTÓRE TRWAJĄ LATAMI — W CELACH,
W CIĄGACH ALKOHOLOWYCH,
W KRYTYCZNYM GŁODZIE, W ŚWIECIE,
W KTÓRYM CZŁOWIEK POWOLI
PRZESTAJE BYĆ SOBĄ.
„Rękopis zza krat” to brutalnie szczere świadectwo człowieka, który wszedł w życie od najciemniejszej strony. Więzienie, podkultura, przemoc, strach, uzależnienie, wstyd i samotność. Michał Dębek nie opisuje tego z dystansu obserwatora, on tam był. Przeżył to. Nosił w sobie. A potem usiadł z długopisem nad zeszytem i zaczął pisać, żeby nie zwariować od chaosu we własnej głowie.
Ta książka nie usprawiedliwia. Nie wybiela. Nie prosi o litość. Jest spowiedzią człowieka, który wie, jak wygląda dno i ile kosztuje powrót. To opowieść o winie, karze, uzależnieniu i resocjalizacji, ale przede wszystkim o tym, że największe więzienie człowiek może nosić w sobie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 478
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książkę dedykuję
pani Oli ze Służby Więziennej w Łowiczu,bez której nigdy bym nie napisał tego tekstu,
Pawłowi, który się nim zaopiekował,
Rodzinie i wszystkim, których kiedyś skrzywdziłem...
Słowo od redaktora
Są takie teksty, które choć wymykają się szkolnej ortografii i interpunkcji, po interwencji redaktora tracą „to coś”. Michała opowieść jest właśnie taka. Mam nadzieję, że jej nie zepsułem ingerencjami, z którymi – w całości – autor się zgodził. Wiem oczywiście, że ich nie sprawdził. Jak sam powiedział podczas jednej z naszych rozmów, temat jest wciąż zbyt bolesny, żeby do niego wracać i ufa mi całkowicie, że opowieść po redakcji po prostu będzie się czytać lepiej, a nie gorzej.
Nie licząc zmian, które z całą pewnością dodały tekstowi płynności (mam tu na myśli głównie przecinki, czasem podzielenie bardzo długich zdań na krótsze itp), zostawiłem w wielu miejscach – z pozoru – niekonsekwentne stosowanie małych i wielkich liter, zmiany czasu narracji, układ finalnych scen. Po głębokim namyśle uznałem, że tak właśnie ta opowieść brzmi po prostu szczerzej, autentyczniej. Bo to, co odróżnia Michała od innych autorów podobnych autobiografii to niezwykła, czasem wręcz do bólu, otwartość i uczciwość.
Jestem przekonany, że Państwo już za chwilę się o tym przekonacie.
Paweł Skutecki
Jestem alkoholikiem i narkomanem, trzeźwiejącym od wielu lat. Podobno jestem żywym dowodem na to, że jeśli tylko się chce, można wyjść ze wszystkiego. Pochodzę z dobrego domu, szanowanej polskiej rodziny. Wpadłem w szpony uzależnienia i sukcesywnie spadałem w dół. Leżałem na samym dnie i niejednokrotnie patrzyłem śmierci w otwarte ślepia. Wreszcie znalazłem cudowne lekarstwo i Wspólnotę „AA-AN” i wiem, że nie ma nic, co bardziej definiowałoby słowo resocjalizacja. Dziś czuję się szczęśliwym i wolnym człowiekiem. Pragnę się tym wszystkim podzielić. Zanim jednak do tego doszło, spędziłem wiele lat w polskich więzieniach jako człowiek podkultury więziennej. Zapraszam w podróż po polskich więzieniach.
Przeczytałem mnóstwo różnotematycznych książek w trakcie odbywania kar pozbawienia wolności. Wiedzę tę wychodząc na wolność mieszałem z trucizną pod nazwą alkohol i później amfetaminą, potworne kace, zejścia i wreszcie ja, który umarłbym, gdyby nie miejsce w którym otoczony murami jestem zmuszony do trzeźwości. Tyle tego wszystkiego jest w mojej głowie, iż rozerwałoby ją, gdybym nie wpadł na genialny pomysł. Mogę przecież to wszystko napisać. Zmusi mnie to do myślenia, logiczności i realnego układania potwornego chaosu, którego nie mam siły już dźwigać. Tak też postanawiam i zasiadam z długopisem w ręku nad grubym zeszytem na Warszawskim Służewcu oddział F1.
Czyniąc cokolwiek potrzebuję wiary, to wiara jest światłem w procesie działania, wiara to impet ducha nad osowiałem ciałem, gdy wiary brak umierają marzenia. Martwa jest dusza bez wiary i martwy byłbym ja, gdybym głodził się niewiarą. Wierzę zatem, choć słowo Bóg przychodzi mi z trudem. Wierzę w ten rękopis, pełen błędów ortograficznych, chaotycznej być może stylistyki, ma mimo wszystko prawo bycia stworzonym i dać świadectwo tym, którzy potrzebują świadectwa. Ubolewam nad brakiem wykształcenia i otępieniem, które nałóg wypalił w mózgu. Ubolewam nad zacofaniem, które funduje mi konsekwencja nałogów swej tragedii wieloletniej izolacji. Mam jednak ogromne doświadczenie, które być może warto ofiarować innym, w to wierzę. Modlę się, bo przynosi mi to ulgę, modlę się choć nie zawsze pojmuję sens wypowiadanych słów. Modlę się, bo modlitwa jest za darmo. Modlę się, bo szukam drogi. Modlę się, bo modlitwa pomaga. Modlę się, bo wtedy nie jestem sam. Modlę się i zapraszam do modlitwy tych, którzy tak jak ja czują się niechcianymi „dziećmi innego Boga”.
Modlę się i zapraszam do modlitwy wszystkich, którzy mimo swej wielkości stoją przy małych. Modlę się i proszę o łaskę wiary. Modlę się o Siłę Wyższą, którą pragnę zrozumieć. Wierzę, że czyniąc dobro otrzymam rzeczy, których nigdy nie miałem. Wierzę, że pisząc ten rękopis Siła Wyższa ma nade mną pieczę. Wierzę, że idę w kierunku ludzi, których dziś potrzebuję i wierzę, że to przez nich Bóg do mnie przemawia.
AA-AN Michał
Brwinów, 4 lipca 1988 r., to data moich 18-tych urodzin. Blok przy ul. Pszczelińskiej 12A m 4. Trzaskam drzwiami i wybiegam na klatkę schodową, gdzie mijam brata i jego żonę.
Idą złożyć mi życzenia, a ja w emocjach nie jestem w stanie rozmawiać. Nie mają pojęcia, że właśnie podjąłem decyzję, najgorszą z możliwych. Nikomu nie ufam, nikt nie ma dostępu do mojego świata. „Potęga zła we mnie jest nie do zatrzymania”.
Gdy docieram na pobliski rynek mojej mieściny, miejscowa ferajna wita mnie z zadowoleniem.
Nie dlatego, że jestem fajny czy też taki lubiany, lecz tylko dla tego, że mam pieniądze na alkohol.
Mam dość ciągłego słuchania, że nie znam życia, bo nie siedziałem w więzieniu, a ferajna ciągle mi to wypomina. Alkohol potęguje nienawiść i głupie pomysły, dodaje mi odwagi i gdy robi się ciemno, udaję się na stację PKP. Wsiadam w pociąg i wysiadam stację dalej w Pruszkowie. Stoję chwilę przed restauracją z dancingiem. „Urocza” to restauracja, w której bawi się cały „kwiat” miejscowej przestępczości. Pruszkowska banda „Barabasza”. Moim marzeniem jest być kiedyś taki jak oni. Przechodzę na drugą stronę ulicy, następnie włamuję się do butiku i zostawiam na miejscu swój dowód osobisty.
Wszystko przemyślałem: gdy zatrzyma mnie milicja, udam, że po prostu miałem pecha. Nikt nigdy nie dowie się, że to było z mojej strony zamierzone działanie, że dzięki temu uzyskałem „przepustkę” do świata ludzi, którzy bawili się na wcześniej wspomnianym dancingu.
Dochodzi do zatrzymania, milicja po przesłuchaniu, które nie było dla mnie przyjemne i spokojne, przewozi mnie do więzienia. Patrzę przez okna okratowanej nyski, tzw. suki, i odczuwam potworny strach, który przerywa co chwilę trzęsąca się buda samochodu jadącego po okropnych wertepach. Głowę mam przyciśniętą do metalowej siatki, która jest przy oknie samochodu. Odbijam się od niej boleśnie. Gdy wreszcie konwój się zatrzymał, natłok moich myśli został przerwany klaksonem. Usłyszałem zgrzyt otwieranej ogromnej metalowej bramy. Przywitał mnie świat dla mnie do tej pory obcy. Świat ogromnych odrutowanych murów, budowli kojarzących mi się z obozem koncentracyjnym. Noszę na swym ciele ślady przesłuchania, zwłaszcza na twarzy, a plamy krwi na ubraniu pasują do miejsca, w którym notabene jestem na ochotnika.
Dopadają mnie wątpliwości, zarazem potwornie się boję. Tu nie obroni mnie mama czy starszy brat. Sam nie wiem, jak wyobraźnia pokazywała mi to miejsce. Faktem jest, że Areszt Śledczy Warszawa Białołęka wtedy miał opinię największego obiektu tego rodzaju w Europie, a zarazem najlepiej strzeżonego, wybudowanego na styl szwedzki, na tzw. polu Molendy. Żarty się więc skończyły, szkoła życia, którą wybrałem, jest pilnowana na porozstawianych narożnie „kogutach” – wieżyczkach strażniczych rozlokowanych wzdłuż murów, na których czuwają funkcjonariusze uzbrojeni w broń maszynową. Mimo iż byliśmy na terenie aresztu, nadal wieźli mnie jakby bez końca, przystając tylko co chwilę przed otwierającą się kolejną kratą, po czym jechali dalej. Wyglądało to jak małe miasto podzielone na sektory, a każdy z nich był pilnie strzeżony.
Wreszcie mijamy jakiś budynek z rampą, gdzie łysi, wytatuowani faceci pakują na przyczepę gary, jak się domyśliłem z żywnością. Wygląd tych ludzi tylko spotęgował mój strach, czułem, jakbym w brzuchu miał bryłę lodu, a nogi z waty. Byłem przerażony.
Podjechaliśmy wreszcie pod właściwy budynek, gdzie zostałem przekazany „klawiszom”. Ci poddali mnie serii pytań, które staną się od teraz przekleństwem psychicznego zniewolenia: Imię? Nazwisko? Nazwisko rodowe matki? Imiona rodziców? Urodzony? 4 lipca 1970 r . W Żyrardowie. Zamieszkały? Brwinów.
Zamykają mnie w brudnym pomieszczeniu, cuchnącym i ponurym, gdzie trzask metalowych drzwi nie wróżył nic dobrego. Był to magazyn, co wywnioskowałem po słowach tego, który mnie przyprowadził i po okienku w ścianie, gdzie zamiast szyby była blacha, co bardziej kojarzyło mi się z gilotyną niżeli z oknem. Nie mogłem w emocjach ustać w miejscu i chodziłem w tę i z powrotem, mieszając strach z niecierpliwością. Wyobraźnia uruchamia system kręcenia filmów i nie są to komedie. Coraz bardziej chciałem już z tego pomieszczenia wyjść ale z drugiej strony tutaj jest bezpiecznie. Złość we mnie narasta i mam ochotę skopać te drzwi, aby wiedzieli, że ja tu jestem, ale strach jest silniejszy. Moje zniecierpliwienie idzie w parze ze zmęczeniem, kiedy zgrzyt blaszanej okiennej przegrody unosi ją do góry. Domyślam się, że osoba, która w obecności klawisza wydaje mi rzeczy to zatrzymany, tak samo jak ja. Dostaję dwa koce, które potwornie śmierdzą skarpetami, dwa prześcieradła, aluminiowy komplet stołowy, czyli talerz, miskę, kubek i łyżkę.
Trzy ścierki z których jedna to platerka do wycierania aluminium, dwie zaś pozostałe to ręczniki i pewnie jeszcze jakieś drobiazgi, na które teraz nie zwracam uwagi, a które muszę pokwitować podpisem w karcie, jako dowód ich otrzymania, po czym okienko się zamyka. Mija wiele czasu, którego dziś nie potrafię zdefiniować, może była to godzina, może dwie, gdy przyszedł klawisz i zaprowadził mnie na oddział przejściowych cel 1/1, czyli pawilon pierwszy oddział pierwszy. Wiedziałem co mam robić, krok po kroku. Ferajna przygotowywała mnie do tego dosłownie od lat, żeby nie wiem co się działo, mam mówić, że grypsuję. Przygotowany byłem na wiele, chociaż bardzo się bałem i do tego ten przeklęty napis. Ujrzałem go po wejściu do oddziału, był ładnie namalowany pędzelkiem na łuku wejściowym: „Moje życie imperium czasu, które przecieka mi przez palce i tylko ja istnieję, sam przeciwko sobie”. Nie mam pojęcia czemu ten tekst tak zapadł mi w pamięci. Nie mogłem przecież wiedzieć, jak bardzo te prawdziwe słowa będą mi towarzyszyć przez długi okres życia i których sens zrozumiem wiele lat później. Cała nauka moich kolegów na temat grypsowania tu, na celi przejściowej, spaliła na panewce. Wchodzę bowiem na celę, pytam, czy grypsują? Dwóch obecnych na celi milczy. No to ja tu nie wchodzę i robię krok z powrotem, w korytarz. Tłumaczą mi wreszcie osadzeni, do których mam wejść, że to cela przejściowa i nie obowiązują takie zasady, jak na celach ogólnych. Tłumaczy mi też klawisz, ale wszystko na nic. Dopiero gdy przyprowadzili mi innego grypsującego z celi korytarzowej i powiedział to samo, uznałem, że zostanę na tej celi, ale i tak nie byłem pewien, czy dobrze robię i czy nie był to ktoś podstawiony. Cela przejściowa okazała się sypialnią, wszyscy mieliśmy do nadrobienia trochę snu, po melanżach przed zamknięciem i twardych deskach komisariatów milicji w pakiecie z przesłuchaniem. Opowiadałem z dumą, jakie piekło fundowali mi pruszkowscy śledczy, a ślady które nosiłem były na tyle prawdziwe, że wykorzystałem je do ubarwienia swojego sprawozdania. Ile też można odpoczywać i w dodatku ten smród potu, śmierdzących skarpet, tytoniu, kurzu, wilgoci i sam nie wiem jeszcze czego. Jest bardzo gorąco, lato, a kibel na celi przejściowej zabija swymi wyziewami nawet komary. Dlatego też mimo strachu przyjmuję z ulgą, gdy każą mi się zwijać, co jest zapowiedzią przeprowadzki na cele ogólne.
Przeprowadzka więźnia z celi na celę to pół biedy, przenosisz rzeczy z jednej celi do drugiej, ale przenosiny na inny pawilon to jak podróż w czasie, zupełnie inny świat. Ja trafiam do świata 3/3, czyli pawilon trzeci oddział trzeci. Podobno mam farta, bo większość osób w moim wieku trafia na 1/2, pawilon pierwszy oddział drugi, który jest przeznaczony dla małolatów. Trzeci pawilon, a zwłaszcza 3/3, ma opinię bardziej rozsądnego, bo siedzą tu głównie osoby dorosłe i tylko dostają czasem pod opiekę małolatów do tzw. „wychowania”, cokolwiek miałoby to oznaczać. W więzieniu bycie pod opieką starszych, zwłaszcza recydywistów, jest wyróżnieniem. Trafiam na celę na tzw. bucie, gdzie pomieszczenia dla więźniów są mniejsze niż większość na oddziale, jest to taka odnoga głównej części budynku. Cele na bucie są trzyosobowe, dwie osoby śpią na pryczach piętrowych, jedna na „sianku”, czyli na materacach ułożonych na podłodze. Pytam od progu, czy grypsują, jeden odpowiada, że tak. Pokazuje też na drugiego i mówi, że on nie grypsuje, ale jest niemową i mi nie odpowie. Zostawiłem swoje rzeczy i poszedłem do pokoju „wychowawcy”, zgodnie z poleceniem oddziałowego. Siedział tam za biurkiem facet w mundurze, z potwornie czerwona twarzą i śmierdział alkoholem. Podobnie zresztą jak oddziałowy, który również wszedł do pomieszczenia. Oddziałowy pyta mnie, czy grypsuję? Tak, odpowiadam. Dostaję otwarta ręką w twarz. Sytuacja kilka razy się powtarza. Wreszcie ten drugi mówi do mnie:
– Mamy tu swoich ludzi, którzy się zajmują takimi jak ty. Pójdziesz do nich na celę, zostaniesz zgwałcony i ci się głupot odechce. Grypsujesz czy nie? – ponowił pytanie.
Ja kolejny raz ze stanowczością odpowiedziałem, że tak, chociaż zrobiło mi się gorąco ze strachu. Dostaję kilka ciosów pięścią w brzuch, jestem popychany, odbijam się od ściany i ponownie dostaję otwartą ręką cios w twarz. Patrze na otwarte, okratowane okno, na świat w oddali i na tym się skupiam. Przechodzi mi przez myśl, żeby rzucić się w szyby i pokaleczyć.
Któryś z moich oprawców dostrzegł chyba mój zamysł, bo dali mi w końcu spokój. Cala sytuacja trwa około pół godziny, lecz dla mnie – całe wieki.
Zostaję odprowadzony do celi, gdzie opowiadam wszystko, tu kolejny szok. Niemowa przemówił i jakby tego było mało, okazał się być bardzo gadatliwy. Siedzi za bardzo duże oszustwo finansowe i taką ma linię obrony, że udaje niemowę. Potraktowanie mnie przez klawiszy, to ponoć po prostu pech. Podobno wszyscy wychowawcy są na urlopach i oddziałowy z kogutkowym ze spacerniaka popijają sobie gorzałkę i trzymają się ich żarty. Kumulacja emocjonalna wydarzeń sprawia, że tej nocy nie zmrużyłem oka. Modliłem się z wiarą, jakiej dawno nie miałem. Z całego serca i całych sił swoich prosiłem, aby Bóg uwolnił mnie od tego miejsca. Po stokroć przysięgałem, że nigdy tu nie wrócę. Przypomniały mi się wszystkie modlitwy z czasów, kiedy uczyłem się przed pierwszą komunią świętą. Modliłem się, nawet kiedy za niewielkim, okalanym grubą kratą oknem słychać było rumor garów i skrzynek z więziennej kuchni. Hałas ten skojarzył mi się z olbrzymim potworem kuchennym, który zwiastuje rozpoczęcie kolejnego dnia. Godziłem się z faktem, że modlitwa, będąca życzeniową litanią błagań, jest przygotowaniem psychicznym do nowego więziennego dnia. Każda pobudka była jednakowa, a zaczynała się od przeraźliwego, ryczącego, zwierzęcego okrzyku: „Pobudka”.
Tego dnia miałem kolejny przerzut, zwijam znowu swoje klamoty. W ciągu dwóch minut jestem już w innej celi, blisko wcześniejszej, bo na tzw. „prostej” – już nie na bucie. Tu jest jednak zupełnie inny świat. Większa cela i zupełnie inni ludzie.
Boję się jak jasna cholera, ale działam mechanicznie, według instrukcji starszych kolegów, którzy wpajali mi to do głowy. Najważniejsze, aby przed wejściem na celę zapytać, czy grypsują? Wchodzę dopiero wtedy, gdy odpowiedź brzmi: tak. Rytuał przebiegł pomyślnie. Dostaję górną pryczę i strach mija, ponieważ jestem najmłodszy na sześcioosobowej celi. Odczuwam również życzliwość ze strony obecnych.
Mam osiemnaście lat, jestem chudy jak szczapa, drobniutki. Nie stanowię więc dla nikogo zagrożenia fizycznego czy psychicznego, w sumie jestem dzieciakiem i tak jestem traktowany. Niemal każda cela ma takiego swego rodzaju dzieciaka. Ponoć starsi mają na młodzików dobry wpływ. To miało być owe „wychowanie”, o którym wspomniałem wcześniej.
Niestety, druga strona medalu jest taka, że dobry „wychowawca” potrzebuje wiele cierpliwości, której na tej celi niektórym zabrakło. Starsi koncentrowali się głównie na potrzebach fizjologicznych: żarciu i spaniu. Mnie strasznie chciało się grypsować.
Całe życie o tym słuchałem i nie wyobrażałem sobie, aby „szamią” i „nie szamać” kończyło ten temat. Siedziałem już kilka tygodni, miałem dość spania i domagałem się zainteresowania. Kazano mi obowiązkowo wychodzić na codzienne godzinne spacery, aby mnie „ludzie” poznali i potwierdzili, że nikt nic do mnie nie ma. Podobało mi się to, to było już coś, jednak gdy wracałem ze spacerniaka buntowany przez innych małolatów było jeszcze gorzej.
Któregoś dnia „starszy celi”, Marek, poszedł na chwilkę do wychowawcy, a gdy wrócił oddziałowy kazał mi się zwijać. Było jasne, że mieli mnie dość. Oficjalnie mój przerzut to tylko przypadek i czysty zbieg okoliczności, ale swoje wiedziałem. Poszedłem ze swoimi manelami dwie cele dalej, przeszedłem obowiązkowy rytuał i będąc w środku okazało się, że tu różnica wieku jest bardzo mała. Właściwie sami młodociani, plus dorosły starszy celi, który łatwo nie miał. Rywalizacja między nami młodymi zaczęła się natychmiast. Najpierw wzajemne się sobie przyglądanie, potem każdy snuł opowieści, które miały głównie na celu wyłonić lidera i zrobić wrażenie na innych. Wreszcie, gdy już było wszystko jasne i wszyscy mieli dość tej trwającej kilka dni gry wstępnej, zacieśniła się niemal braterska więź, coś zupełnie szczerego.
Gotowanie czaju było niemal religijnym obrzędem jednoczącym naszą wspólnotę. Samo zdobycie materiałów i zrobienie „buzały” – grzałki, trwało kilka czasem dni. Potem odprowadzając prąd od żarówki, cała cela była pod prądem. Wszystko było nielegalne, a ryzyko dawało zastrzyk adrenaliny. Za to herbata smakowała świetnie i piliśmy ją wszyscy z jednego słoiczka, „barabana”. Każdy stawał się rozmowny i była to jedna z najlepszych rzeczy w tym miejscu, inne to paczka, spacer łaźnia i widzenia. Jeżeli ktoś takie miał i jeżeli prokurator się zgodził. Mnie prokuratura wydała zgodę na widzenie po pięciu tygodniach od aresztowania. Wiedziałem, że przyjechał tato i mój brat Grześ, gdyż mamy nie było w tym czasie w kraju. Gdy klawisz kazał szykować mi się na „patrzonko”, czułem się jak bohater dnia. Miałem wrażenie bycia lepszym od tych, którzy takich widzeń nie mają. Zupełnie jakbym był liderem „Solidarności”, nie zaś zwykłym złodziejem. Sama droga do sali widzeń po prostu mnie przeraziła. Nie miałem pojęcia, że ogromny obszar, na którym jest pięć pawilonów, połączono podziemnymi korytarzami. Droga ta ukazała mi moją bezradność wobec potęgi tego miejsca i rzeczy, które mogłyby mi się stać, gdyby ci ludzie tego właśnie chcieli. Świat nie miałby pojęcia, że pochłonęły mnie te straszne podziemne korytarze. Czułem mrowienie w kiszkach i trzęsące się kończyny, bałem się jak nigdy. Wreszcie dostaliśmy do sali widzeń, do ściskających się z rodzinami więźniów. Był to największy akt empatii, jaki dane mi było poczuć w tym miejscu. Saga tragedii ludzkich losów, w które wplątane były całe rodziny i wystawione na publiczne przedstawienie. Pożegnanie było jeszcze gorsze, ale trwało krótko, owiane dyscypliną nadzoru, po czym wszystko wraca do normy, no może tylko poza strasznym bałaganem w głowie, który ściska żuchwę od zastygłych w środku emocji. Taki stan napięcia mięśni, stawów i kości, towarzyszy mi niemal przez całe moje jestestwo, teraz jednak nasilenie tego zjawiska sprawia mi ból. Niestety, zmuszony jestem do powrotu pod celę i jako takiej szarej rzeczywistości dnia, oraz grypsowania, które postawiłem na pierwszym miejscu w hierarchii. Stało się niemal celem mojego życia. Być w tym miejscu i grypsować, zaplanowałem to już dawno. Teraz, gdy stało się faktem, to o czym piszę, jestem nienasycony magią tego słowa i stylu życia. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale samo „szamią – nie szamać” to dla mnie za mało. Dużo o tym rozmawiamy i ciągle dopytuję, jakbym chciał usłyszeć coś niezwykłego, ale nie dostaję niczego oprócz kilku wierszowanych definicji, które każdy przekazuje mi inaczej. Nie umiem znaleźć tego czegoś. Wychodzę na spacerniak i dopytuję, kogo tylko się da, ale młodzi, albo nie wiedzą, albo mówią mi w kółko to samo i mało to ma wspólnego z realem. Starsi zaś maja mnie już dość. Słyszę tylko, że małolaci na karniaku mnie wszystkiego nauczą, tu jest śledczy, więc grzecznie czekaj.
Łatwo powiedzieć, weź i czekaj, kiedy ja nawet nie widziałem żadnego „frajera”, o których tyle się mówi.
Trzy miesiące to niemal wieczność dla osiemnastolatka, a tyle potrzeba, by zakończył się proces w sądzie w Pruszkowie. Wreszcie usłyszałem wyrok dwóch lat za włamanie do restauracji „Lubiana” w Brwinowie oraz do butiku w Pruszkowie.
29 listopada 1988 r. Sąd w Pruszkowie. Zostaję przeniesiony na oddział 1/2: pawilon pierwszy, oddział drugi, na celę dla osób młodocianych skazanych i zatrudnionych. Praca dla osób skazanych była przymusowa, ci którzy jej odmawiali byli do tego zmuszani pozbawieniem tytoniu, twardym łożem w odosobnionym miejscu, izolatkami i ograniczeniem racji żywnościowej o połowę. Mnie trafiła się praca w pralni, gdzie byliśmy sami, małolaci. Oprócz posiłków regeneracyjnych dla młodocianych (przysługiwały nam w okresie zimowym), mieliśmy kuchnię przez ścianę i naprawdę wiecznie pełne brzuchy. Samo grypsowanie przebiegało tak samo, czyli każdy coś słyszał, ale nie wie na pewno, mogłem za to wreszcie zobaczyć „frajera”, nawet dwóch i nie ukrywam, że czułem rozczarowanie.
Byli to goście po maturach i nie było w nich nic strasznego. No ale frajer to frajer, nikt nie powie, że takiego nie widziałem.
Chociaż osoba nie grypsująca a frajer w tamtym okresie to była wielka różnica.
Był jeszcze jeden rodzaj więźniów: cwele i narkomani. Pierwsi to homoseksualiści z natury lub zmuszeni do tego poprzez skrzywdzenie, w różnych tego odmianach. Drudzy to najgorszy gatunek cwela i frajera w jednym, totalne nic. Na widok kogoś takiego każdy czuję pogardę. Narkoman kojarzony jest tylko z dworcem, strzykawką i wywarem z maku. W tamtym czasie narkoman był w kryminale rzadkością i spotkanie z nim graniczyło z cudem. Był tak izolowany, że nikt nie miał do niego dostępu.
Było mi dobrze w miejscu, gdzie teraz odbywałem karę, jeżeli można tak powiedzieć o tym miejscu. Jednak Warszawa Białołęka to AŚ, a nie ZK, i w każdej chwili mogłem spodziewać się transportu. Stanąłem przed komisją i zostaję sklasyfikowany do podgrupy M/3/O, czyli młodociany z rygorem jak najbardziej złagodzonym w ośrodku otwartym.
Wszyscy mówili mi, że powinienem się cieszyć, ale ja bałem się tego transportu jak diabeł święconej wody, czekała mnie bowiem podróż w nieznane, w świat zupełnie inny, obcy. Tam nie ma mamy, taty i brata. Nadszedł dzień w którym wyjeżdżam, zostałem rozliczony w magazynie i pozostało mi tylko grypsowanie i prowiant w ręku. standardowe już: Imię? Nazwisko? Imiona rodziców? Mama z domu? Data i miejsce urodzenia? Zamieszkały?
Mroźne powietrze na dworze zmieszane było ze smrodem spalin budy transportowej rozgrzewającej silnik przed drogą. Spaliny ropy śmierdziały jeszcze gorzej w środku „kabaryny” – samochodu transportowego. Były tu dwa oddzielne pomieszczenia. W każdym dwie ławy do siedzenia, gdzie na ścisk mieściło się ponad dziesięć osób. W przegrodzonym pomieszczeniu żadnych okien, tylko blacha i my. Jeden obok drugiego z rękami na kolanach, walcząc o każdy centymetr swobody, miażdżąc przy okazji dobro otrzymane od Polski Ludowej w postaci torby z prowiantem. Niewygodnie jak diabli, ale przynajmniej ciepło. Zresztą, tak naprawdę każdy ma teraz o czym myśleć, bo odwaga ma swoje granice, a strach wielkie oczy i dużą wyobraźnię. Wszyscy jedziemy w nieznane. Instynkt zapala czerwoną lampkę przetrwania. Starsi stażem, dla których taki transport to nie pierwszyzna, mają teraz swój czas na opowieści. Każdy chce usłyszeć, że tam gdzie jedzie będzie lepiej.
Gdy samochód wyjeżdża za bramę, z charakterystycznym warkotem silnika marki Star w dieslu, następuje zjawisko niesłychane. Ściśnięci na full, zaczynamy sięgać o papierosy, palimy jeden po drugim, ale o dziwo robi się tak jakby luźniej. Niewiele, ale jednak. Każdy minimetr przestrzeni jest mądrze zagospodarowany. Układ ciał, rąk, nóg wpasowany jak w puzzlach. Gdy jeden zmienia pozycję, robią to wszyscy i nikt nie ma pretensji. Wszyscy jesteśmy poddenerwowani i chętnie zmieniamy układ ciała. Kilka godzin jazdy powoduje u mnie straszny ból głowy, dym z papierosów wżera mi się nawet w paznokcie. Nie odmawiam sobie jednak żadnej możliwości wypalenia papierosa. Ktoś nawet rzuca pomysł, aby palić pojedynczo, nie wszyscy naraz, inny mu przytakuje, ale ktoś inny znowu ma odmienne zdanie i po małej kłótni wszystko wraca do normy. Ma się koło południa, gdy zajeżdżamy do jakiegoś Zakładu Karnego, aby skorzystać z ubikacji. I dobrze, bo ledwie siedziałem. Była to chwila ulgi. Na pewno nie więcej niż pół godziny zajęło, gdy znów ruszyliśmy w drogę. Konwojenci z kałachami na kolanach mieli dużo lepsze humory. Popijali ze szklaneczki jakiś biały płyn rozlewany z butelki po oranżadzie. Krzywiąc się przy tym i nabierając barwy pomidora na twarzy, ale było im coraz weselej. Nam nie, a już na pewno nie mi.
Mówili mi starsi i bardziej doświadczeni, aby nie pić dużo przed transportem, co oczywiście uznałem za słabość z ich strony. Postój również był okazją, aby wyżłopać taką ilość wody, która zaraz po ruszeniu w drogę zacznie naciskać na pęcherz.
Wszelkie prośby o postój kończyły się śmiechem i wskazywaniem na karabin. Dalsza droga była torturą, po prostu odczuwałem ból, w takiej sytuacji nigdy wcześniej nie byłem. Miałem pustą plastikową butelkę po wodzie mineralnej z prowiantu, ale opcja nasikania do niej nosiła pewne konsekwencje związane z zasadami podkultury, moje zaś doświadczenie było zbyt małe, żeby ryzykować. Boże mój!!! Cierpienie było przeogromne, a następny postój transportu miał być dopiero we Wrocławiu, na sławnych „Klęczkach”. Postój tym razem obejmował nocleg, zdążyłem do ubikacji, ale jestem pewien, że coś tam w środku lekko uszkodziłem. Ciekawostką może być fakt, że muszla klozetowa w gwarze więziennej to „gier” i jest to „hołd” na pamiątkę byłego pierwszego sekretarza Partii, towarzysza Edwarda Gierka. Więzienie we Wrocławiu przy ulicy Klęczkowskiej to bardzo stary gmach. Grube i obskurne mury naprawdę robią wrażenie. Cela, na którą trafiliśmy, była tak duża, że zmieściliśmy się w niej wszyscy z transportu. Była w środku brudna i obdrapana, kraty w malutkich okienkach grubsze niż te, które do tej pory widziałem. Materace na pryczach też nie były „pierwej sort”, ale po takiej podróży marzyłem, by położyć się i zasnąć.
Rano dzień jak to w więzieniu. Pobudka, apel, prowiant na dalszą drogę, jeszcze tylko małe pytanko przed zapalonym i zasmradzającym całą okolicę samochodem: Imię? Nazwisko? Imiona rodziców? Mama z domu? Data i miejsce urodzenia? Zamieszkały?
Kolejno wsiadamy do „kabaryny”, następuje kopia z dnia poprzedniego. Konwojenci i kałasznikowy na miejscach, może tylko twarze nieco bledsze. W drogę! Chociaż właściwie nie. Jedna rzecz się zmieniła, mianowicie ograniczałem spożywanie płynów do przesadnej ostrożności i wszystkim mówiłem, że przed i w trakcie transportu lepiej nie pić zbyt dużo. Niestety, ból głowy i wszystkich mięśni jest tu nieunikniony, nasila się z każdym kilometrem. Palenie papierosów w tak małym pomieszczeniu i nazwijmy to brak komfortu podróży w kwestii wygody ma takie właśnie skutki. Znów mija kilka godzin, gdy jestem tak zobojętniony, że mimo lęku przyjmuję z pokorą fakt, iż jestem w miejscu, które kończy moją podróż.
Imię? Nazwisko? Imiona rodziców? Mama z domu? Data i miejsce urodzenia? Zamieszkały?
W drodze do magazynu dostrzegam na budynku dyżurki, czy też wartowni tabliczkę z napisem: „Będzin Wojkowice Zakład Karny półotwarty dla młodocianych przestępców, o charakterze doświadczalnym”
Magazyn i jego pracownicy sprawiają wrażenie bardziej przystępnych niż w Warszawie. Jedno mnie dziwi, iż pracownicy i skazani zatrudnieni zwracają się do siebie „braciszku”. Pytam więc, czy są braćmi i dowiaduję się takiej ciekawostki, iż są to świadkowie Jehowy jakich tu wielu. Skazani za odmowę zasadniczej służby wojskowej, która jest obowiązkowa. Taka dla mnie nowość. Zdajemy wszystkie cywilne ubrania, otrzymując komplet kadzienny zimowy: buty, kalesony, spodnie, bluza, czapka, kurtka, blaszane platery, kubek i łyżka, dwa koce, dwa prześcieradła, trzy ścierki oraz materace i płytę pilśniową do położenia na pryczę. Zacząłem zastanawiać się, jak mam iść z takim ładunkiem kadziennym, ale miałem gorszy problem do przełknięcia. Gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy wszyscy grypsowali. Wysiadamy w Będzinie Wojkowice i zostaję sam. Nikt na nich nie krzyczał, ani nic nie mówił, po prostu zmienili zdanie. Faktycznie też poruszanie się z całym mieniem w postaci jak wyżej, graniczy trochę ze sztuką cyrkową, ale nie jest to niemożliwe. Teren więzienia jest ogromny, wszystko otoczone murem i pasem śmierci, ale ogólnie nie jest tu tak ponuro jak na Białołęce. Nie ma tu murowanych bloków (pawilonów), a po prostu długie baraki. Mijamy boisko do gry w piłkę nożną i siatkówki, oraz coś co później okaże się fontanną. Gdyby było lato, a nie zima, wyglądałoby to jak ośrodek wczasowy, nie Zakład Karny. Wreszcie jestem przed barakiem mieszkalnym, który został mi przydzielony i całe szczęście, bo nadwyrężyłem wszystko, co tylko można było nadwyrężyć, za nic nie dałbym rady nieść tego dalej. Wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tu nie ma klawisza, jego rolę pełni zatrudniony skazany, a właściwie kilku. Starszy pawilonu, młodszy pawilonu i ich zastępco-przydupasy. Pytają mnie, czy grypsuję? Mówię, że tak! Trochę się boję, to wielkie chłopy, a objawia się to agresją w sposobie mówienia po obu stronach.
– Wiesz, może się jeszcze zastanów z tym grypsowaniem, tu nie ma czasu na takie rzeczy.
– Może dla ciebie, bo ja grypsuję i lepiej dajmy z tym spokój.
Byłem już bardzo zdenerwowany i do tego ta ich śląska gwara, której połowy nie rozumiem. Moje zdenerwowanie zostało jednak odczytane, bo zawołano do mnie drugiego grypsującego i on miał się mną zaopiekować. Pomógł mi z rzeczami i zaprowadził do sali mieszkalnej, gdzie było nas czterech grypsujących, na ośmioosobowej sali. Więcej nas zresztą w tym baraku nr 8 nie było. Dlaczego sale, a nie cele? Dlatego, że nie było żelaznych drzwi (klap) tylko normalne, wolnościowe drzwi jak do pokoju i były one otwarte całą noc, gdyż kącik sanitarny był wspólny dla wszystkich sal. Swobodnie można było z niego korzystać całą dobę. Gdy tylko położyłem dyktę i materace na swojej pryczy, pościeliłem ją, koledzy zapoznali mnie z tutejszą rzeczywistością. Podobno cytat z szyldu „o charakterze doświadczalnym” mówi o rozgrypsowaniu, inaczej o walce z podkulturą więzienną, czyli z nami. Osób grypsujących w całym Zakładzie Karnym jest około trzydziestu. Stan ogólny dziewięćset sześćdziesiąt osób. Jesteśmy porozrzucani we wszystkich barakach tak, aby było nas po kilku na każdym.
Nie ma w Będzinie Wojkowice żadnego grypsującego powyżej dwudziestego pierwszego roku życia.
Który się tylko przezgredza, od razu: transport. Zresztą nie dotyczy to tylko grypsujących, ale wszystkich powyżej dwudziestu jeden lat, zostają tu tylko funkcyjni. Ważne rzeczy związane z podkulturą to fakt taki, że nie wolno tu jeść na salach.
Parę baraków dalej jest kuchnia i stołówka. Tam spożywamy posiłki. Dwa ostatnie stoły po prawej należą do nas grypsujących. Bardzo ważne jest to, żeby idąc na stołówkę nie patrzeć na fontannę, jest zakaz. Przypomina ona wyglądem męskiego penisa i ogół ustalił, że nie wolno patrzeć, trzeba się odwracać lub zamykać oczy. Praca jest przymusowa, ale nim zostanę przypisany do konkretnej grupy, starsi będą mnie zabierali do prac porządkowych i to oni później zdecydują, na jaką pracę zasługuję. Nie możemy robić porządków po prawej stronie baraku, bo tam jest studzienka kanalizacyjna.
Możemy za to przed barakiem i za barakiem, ale z lewej strony tylko do polowy baraku, bo na drugiej połowie nasikał „frajer”. Było to wszystko dziwne, ale mi się podobało, bo towarzyszyła temu atmosfera strasznej konspiracji. Mówienie półszeptem, patrzenie czy nie nadchodzi jakiś frajer, albo co gorsza któryś ze „starszych”. Czułem się przynależny do wyjątkowego społeczeństwa, do Git ludzi, czyli Grypsujących i Twardych. Reszta informacji ma być mi przekazywana sukcesywnie, tzw. „bajery”. Mam po prostu obowiązek zgłaszać się do naszych i prosić o naukę. Dalsze dni mijają szybko, bo wszystko mnie ciekawi, jest nowe. Jedynie powietrze jest tu fatalne, bo bezpośrednio za murem widać olbrzymie maszyny i nieznane mi obiekty budowlane. Jest to jakiś szyb kopalni „Wujek”, który powoduje, że w biały dzień robi się szaro. Podobno tak wentylują kopalnie, że wszystko wylatuje w powietrze. Łaźnia, z której korzystamy raz w tygodniu, znajduje się około sześćdziesiąt metrów od naszego baraku. Gdy z niej wracamy, mam na głowie strąki lodu. Wszyscy je mamy, ale nikt nie choruje. Fryzjer w dzień łaźni oblatuje wszystkie głowy, ale za obcięcie na łyso grozi kara dyscyplinarna. Dziwne, bo zawsze kojarzyłem więźnia z łysą głową, a tu wszystko na odwrót. Stołówka była okazją do nauki grypsowania, bo dwa stoły były tylko nasze i można było swobodnie porozmawiać. Jedno trzeba przyznać, że jedzenie w Będzinie jest prawie jak w domu. Podobno były sekretarz partii Edward Gierek w 1970 r. wprowadził nowe prawo karne i w nagrodę więźniowie nazwali jego imieniem „gier” – muszlę klozetową. Zadbał też o to, żeby ludziom na Śląsku, skąd pochodził, żyło się dużo lepiej, niż w innych regionach Polski. Żywności więc było pod dostatkiem i karmili naprawdę smacznie.
Niestety szybko też stałem się trochę niewygodny, bo od pierwszego dnia mojego pobytu w Będzinie Wojkowice nie przypadliśmy sobie do gustu ze „starszymi”. Nikt nie chciał kłopotów, a moje relacje z tymi funkcyjnymi do tego zmierzały. Nie mogłem zrozumieć jak drugi „złodziej” może mnie przeszukiwać lub napisać wniosek o ukaranie. Zdarzało się też, że używali siły fizycznej wobec innych więźniów. Nie mogłem sobie na to pozwolić. „Starszymi” byli przeważnie „Hanysi” (Ślązacy), którzy dali nieraz odczuć, że uważają się bardziej za Niemców, niż Polaków. Nawet mówili inaczej. Mnie kojarzyli się z „kapo”, którzy w obozach pracowali dla Niemców. Nienawidziłem ich, a oni mnie. Skutki były takie, że przydzielali mi prace porządkowe, których wykonania zabraniała mi podkultura. Żeby z tego wybrnąć, musiałem płacić niegrypsującym, aby wykonali te prace za mnie, lub po prostu się kłóciłem.
Wreszcie zgłoszono mnie na rozmowę do wychowawcy, który nastawiony był wyłącznie na wytłumaczenie mi, że grypsowanie nie ma sensu. Mówił, że tylko z Warszawy i Łodzi jak przyjeżdża transport, to ktoś grypsuje, że mało który ma skończoną podstawówkę. Faktycznie wskazując personalne przykłady wychodziło na to, że sporo prawdy jest w tym, co mówi. Dla mnie jednak grypsowanie było świętością, której broniłem za wszelką cenę. Przegrywając na argumenty, trzęsłem się i zaczynałem agresję słowną. Byłem zdesperowany. Rozmowa na szczęście została przerwana. Za to zaczęła się długa narada wychowawcy i „starszych” na mój temat. Efekt był taki, że przydzielono mnie do obowiązkowej pracy w grupie torów.
Nie wiedziałem co to oznacza i nawet myślałem, że odniosłem zwycięstwo swoim uporem, ale koledzy wytłumaczyli mi później, że to bardzo ciężka praca i mało kto daje radę jej podołać.
Wieczór w naszym baraku w Będzinie Wojkowice to moment, gdy „starszych” nienawidziliśmy najbardziej. Zaczynały się rejony porządkowe, wydzieranie się na całe gardło i wyżywanie się na nas funkcyjnych. Łobuzy mieli tu pole do popisu, potrafili nawet wyżywać się fizycznie na słabszych. Robili to legalnie, wykorzystując do tego daną im tu „władzę”. Później następował apel, który ogłaszany był przez betoniarę (głośnik na ścianie). Pół godziny stania dwójkami w butach i pełnym kadziennym umundurowaniu na baczność. Drzwi sal były pootwierane, a starsi chodzili po korytarzu i przyglądali się nam. Niech by się tylko który poruszył, to wydzierali się wniebogłosy i notując nazwisko przydzielali do tygodniowych rejonów poza kolejnością. Cisza nocna była chwilą oczekiwaną. Był to jedyny w tym miejscu czas spokoju.
Przyjęte było, iż ponieważ drzwi od sal otwarte są całą noc, bąki puszczamy na korytarzu. Ustalone było, że nie wolno było tego robić w salach.
Czekaliśmy więc z dość dużym natężeniem, aż zapadnie całkowita cisza, którą romantycznie zakłócał szept „pozdrowienia dla starszych” i teraz cały barak rozbrzmiewał pierdnięciami.
Mój pierwszy dzień wyjścia do pracy rozpocząłem z negatywnym nastawieniem. Wiedziałem już, że będę jedynym grypsującym na grupie torów, i że pozostali to największe „przydupasy” starszych, których ci wyprzedzili w rywalizacji o te stanowiska. Byli to potężni mężczyźni, do których w ogóle nie pasowałem. Dojazd do pracy był autokarem, w którym mieściło się kilka różnych grup i sukcesywnie zostawiano nas w miejscach zatrudnienia. Mojej grupie, mimo że miałem podgrupę M-3-O, przydzielony był strażnik. Gruby, potężny facet z kałasznikowem i czerwonym jak pomidor nosem. Było strasznie zimno, duży mróz. Praca zaś polegała na tym, że skuwaliśmy podkłady na torach, demontując je. Narzędzie pracy jakie dostałem to kilof. Był niewiele lżejszy ode mnie i ledwie go unosiłem. Stałem się obiektem żartów i pośmiewiska Hanysów, którzy mało nie weszli w tyłek klawiszowi. Ten zaś popijał sobie alkohol z piersióweczki, którą według niego wyjmował bardzo dyskretnie. Mówi też do mnie tak: „Ty, Warsowiak, jeżeli chcesz uciekać, to dawaj. Będę miał okazję postrzelać z kałacha”. Intuicja podpowiadała mi, że ten gościu z fioletowym już, bo nie czerwonym, nosem mówi poważnie. Nie miałem do niego pretensji, był w mundurze i wykonywał obowiązki. Trzymałem się też blisko niego, żeby pijany źle nie ocenił sytuacji. Natomiast popisującym się przed nim moim kosztem Hanysom, chętnie bym nasrał do czapki. Nie miałem siły, byłem zmarznięty i głodny, dlatego przyjąłem z radością wiadomość, że idziemy do budynku pakamery ogrzać się i zjeść śniadanie. Był tam tylko jeden stół, przy którym usiedli wypasieni Hanysi ze swoim idolem, naszym dozorcą.
– Co Warsowiak, nie podoba ci się coś? Grypsowanie to twój problem, nie nasz i tylko mruknij coś, to wrzucimy cię do kibla.
Wolałem przemilczeć, nie z rozsądku, tylko ze strachu, bo wiedziałem, że takie rzeczy miały tu miejsce. Usiadłem więc w rogu pomieszczenia na krzesełku i zjadłem śniadanie w milczeniu. Za to myśli karmiły się taka nienawiścią do siedzących przy stole, że było tylko kwestią czasu, aż wybuchnę. Od tej chwili myślałem tylko, jak im zrobić choćby najmniejszą krzywdę. Powrót do pracy przeważył szalę. Tutaj nie było kibla, bo tylko tego się bałem. Grypsowanie było dla mnie święte. Decyzję podjąłem już wcześniej, zaś drwiny Ślązaków, popisujących się przed podpitym strażnikiem, dały mi tylko argument.
– Wy dupolizy, świńskie upasione ryje Hanysowskie, bez krzty godności osobistej, sami sobie róbcie na tych torach, bo tylko do tego jesteście stworzeni – upuściłem emocji.
Mimo wszystko bardzo się bałem i tylko to mnie ograniczało, ale i tak miałem satysfakcję.
Klawisz narysował mi nogą kółko na śniegu obok siebie i kazał mi stać w tym kółku, aż praca dobiegnie końca i przyjedzie autobus. „Wyjdziesz z wyznaczonego okręgu, strzelam”. Nie miałem zamiaru ryzykować, ale wiedziałem też, że dziś klawisz nic mi nie zrobi, bo wyszłoby na jaw, że pił gorzałkę. Byłem też w tym swoim okręgu w miarę bezpieczny. Funkcyjnym przydupasom strażnik kazał zamknąć mordy, żeby nie dolewać oliwy do ognia. Tak też minął mój pierwszy i ostatni dzień pracy na grupie torów.
Gdy wracaliśmy, mogłem wreszcie uściskać dłoń drugiemu grypsującemu.
Mój szacunek do niego i wdzięczność za to, że po prostu jest, za to, że grypsuje, był nieopisany. Nikomu nie pisnąłem ani słówka, że klawisz był pijany. W ogóle nikomu nie mówiłem, co się tam wydarzyło, bo nikomu nie ufałem. I co miałbym zresztą powiedzieć? Hanysowskie opasy jadły przy stole, a ja grypsujący z boku na krzesełku i jeszcze straszyli mnie kiblem. Nie chciałem wyjść na mięczaka. Milczenie to okazało się moim atutem, bo mimo że dostałem karę siedmiu dni twardego łoża, to byłem ukarany tylko za opieszałość w pracy. Naczelnik mówi do mnie: „chłopie jakiś ty chudy, kto cię dał do pracy na tory? Dam ci szansę, po odbyciu kary twardego, zmienisz oddział i pracę”. Miałem co prawda gdzieś jego szansę, ale bałem się bardzo transportu M-1, czyli na rygor do Zakładu Karnego w Nysie. Plotki chodziły, że tam grypsujących czekają katorgi. Wrzucanie do kibla, czesanie berłami, a nawet gwałcenie.
Dlatego milczałem i zdałem się na laskę losu, albo raczej na laskę przetrwania.
Idąc na oddział kar izolacyjnych i twardego łoża, oraz transportów mijałem słynną fontannę. Nie mogłem oprzeć się pokusie, żeby przyjrzeć się temu zjawisku. Faktycznie, przy odrobinie wysilonej fantazji, mogła przypominać kształtem penisa, ale mogła też kojarzyć się z pałacem kultury. Kwestia wyobraźni. Trafiam na maleńką celę z powybijanymi „blindami” i z drewnianą pryczą, do której przybita deska imituje „zagłówek” (poduszkę). Deska ta sprawia, że po pewnym czasie leżenie na pryczy sprawia ból, wbijając się w żebra. Leżeć najlepiej i najwygodniej jest w pozycji skulonej. Wyprostowanie nóg powoduje, że stopy lądują w zlewie z kapiącym kranem, przy którym w nocy robi się sopel lodu. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest coś innego, mianowicie brak tytoniu obowiązujący podczas kary dyscyplinarnej twardego łoża oraz potworna nuda. Mam osiemnaście lat i dynamit w sercu, nie da się długo wyleżeć. Jest tak zimno, że dostaję trzy koce do dyspozycji, ale co to zmienia? Chwilę leżę, chwilę chodzę, chwilę leżę, chwilę chodzę, ile można? Muszę też uważać na deskach, żeby nie powchodziły zadry w tyłek, poza tym regulamin zabrania leżenia w dzień i muszę zachowywać pozory, gdy otwiera się cela. Szybko wtedy wstaję i śmigam jak debil w tę i z powrotem..
Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot i tak w kółko, bez końca. Najgorszy jest jednak brak możliwości zapalenia papierosa. Chociażby buszka, małego skręcika. Najlepszym lekarstwem na wszystko jest moja wyobraźnia, tu znajduję ukojenie. Zawsze byłem dobry w marzeniach, teraz warunki mam komfortowe. Przeważnie widzę siebie pijącego alkohol w towarzystwie Brwinowskiej ferajny, której opowiadam o tym, co przeżyłem w więzieniu, stawiając się w świetle bohaterskim. Gdy towarzyszą mi takie fantazje, nawet oczekuje złych warunków i złego traktowania, czuję się wtedy wyjątkowy. Głód nikotynowy powraca z dużą siłą wyrywając mnie z letargu co jakiś czas. Powoduje on, że czas niemal zatrzymuje się w miejscu, ale gdy kara ma się blisko końca postanawiam rzucić palenie. Tak, jest to pewne, od dzisiaj nie palę.
Gdy mija kara i odbieram swoje rzeczy z depozytu, pierwsze co robię, to wypalam kilka papierosów. Palę do momentu, w którym chce mi się wymiotować. Boli mnie też potwornie głowa, jestem zdenerwowany. Znowu czeka mnie nowa sytuacja w nowym miejscu, zostaję bowiem przydzielony do innego baraku w drugim końcu więzienia. Wszystko jednak okazuje się dla mnie korzystne.
Trafiam do właściwie nie baraku, a dwupoziomowego budynku, który przypomina hotel robotniczy i jest oddzielony od pozostałych dodatkowym ogrodzeniem. Nie ma tu nawet pryczy do spania jak w pozostałych barakach, tylko łóżka z wysuwanymi szufladkami do schowania pościeli. Są tu nawet szafy ubraniowe. Czuję się też jak bohater dnia. Budynek ten w większości zajmują świadkowie Jehowy lub kierowcy, którzy spowodowali wypadki samochodowe. Jestem dla nich – po odbyciu twardego – trochę jak bohater z pierwszych stron gazet. Takie mam przynajmniej wrażenie i tak się czuję. Jest nas kilku grypsujących w tym budynku i „wszystko dopięte jest na ostatni guzik”.
Przynajmniej było, gdyż od pierwszego momentu upatrzyłem sobie wroga w starszym pawilonu i dawałem mu to odczuć na każdym kroku, zresztą z wzajemnością. Praca do której mnie przydzielono tym razem, to bezkonwojowa grupa zatrudniona w hurtowni cytrusów. Jakby to powiedział mój tatko: „jestem w czepku urodzony”. Dojazd do pracy odbywa się jak na grupie torów. Zabiera nas autobus razem z innymi grupami i sukcesywnie wysiadamy w miejscu zatrudnienia. W drodze do pracy mam pierwsze spięcie z grupowym. Naprawdę! Chcę żeby było dobrze, ale ten mówi, że na tej grupie nie ma czasu na grypsowanie i takie tam bzdety uderzające w podkulturę. Mało brakowało i zakończyłbym pracę na kolejnej grupie, ale jakoś się rozeszło. Sama praca była „luks”. Miałem dostęp do cytrusów, gdzie nawet na wolności w tym okresie było różnie.
Wyniosłem z tej pracy już pierwszego dnia lekcję życia.
Kiedy otwiera się ogromną beczkę z ogórkami kiszonymi, po długim okresie szczelnego zamknięcia, trzeba uciekać jak najdalej tylko się da. Smród, który się wydostaje wraz z gazem, mógłby być wykorzystywany jako gaz bojowy przeciwko kosmitom. Pracowały z nami tez fajne kobietki. Nie miałem zbytniej odwagi z nimi rozmawiać, bo tu akurat nie jestem najlepszy. Poza tym grupowy wyrobił mi odpowiednią opinię w oczach tych ludzi.
Mogłoby dojść do kolejnego spięcia, ale obiektem mojego zainteresowania i celem najbliższej realizacji stało się zupełnie coś innego. Pewnego dnia kolega o pseudo „Rambo”, unikat wśród Hanysów, bo grypsował, powiedział mi na pawilonie mieszkalnym, że kończy za tydzień lat 21 i załatwi alkohol w postaci wody brzozowej. Na urodziny i pożegnanie, bo jego kara ma się ku końcowi. Nie wiem czemu „Rambo”, bo chudy był jak kościotrup, ale stał się moim najlepszym kolegą. Niemal w jednej chwili wszystkie moje siły witalne i myśli skierowane zostały w kierunku popijawy. Nic to, że woda brzozowa! Jakie miejsce i warunki, taki alkohol. Teraz nawet grupo stał mi się obojętny, wszystko inne zresztą też, nie mogłem się doczekać soboty, która zaczęła się w piątek wieczorem. Wiedziałem, że „Rambo” przemycił alkohol w postaci kilku buteleczek płynu po goleniu, o nazwie „Woda Brzozowa”. Męczyłem kolegę tak długo, aż ustąpił. Potrzebowałem tak bardzo chwili zapomnienia, że rozpocząłem konsumpcję, zanim jeszcze skończyły się rejony pod nadzorem starszego pawilonu Bogdana H. Ten jak gdyby tylko czekał do momentu, gdy skończę odurzanie się skażonym zapachem spirytusu. Woła mnie na rejony, przydzielając rewir, o którym z góry było wiadomo, że odmówię wykonania polecenia. Normalnie można by było jakoś zakombinować i wybrnąć z sytuacji, ale teraz tylko czekałem, aż „starszy” da mi powód do awantury. Finał był taki, że łapię go za „klapy” i uderzam dwa razy z głowy w nos. Starszy pawilonu strasznie krwawi, za to ja rzygam na kamienną podłogę holu. Alkohol nie tylko mnie otumanił, ale też dotkliwie zatruł. Świat wiruje rozbłyskiem setek drobnych iskierek, gdy dostrzegam trzech umundurowanych klawiszy, którzy wyraźnie chcą ze mną rozmawiać. Zostaję sam z komendantem ochrony w małym pomieszczeniu. Stres powoduje, że działanie alkoholu słabnie, właściwie odczuwam tylko straszny dyskomfort na żołądku i smród w ustach po chemicznych właściwościach wypitego specyfiku. Zaskakuje mnie niezwykle troskliwy sposób rozmowy ze mną mundurowego. Być może ma na to wpływ piątkowy wieczór, a być może po prostu jest to normalny facet. Komendant ochrony próbuje załagodzić sprawę i pewnie rozeszłoby się po kościach, gdyby nie starszy pawilonu B. H. Funkcyjny składa oficjalną skargę z uporem osła i żąda powiadomienia Milicji Obywatelskiej o dokonanym na nim pobiciu. Próbuję z nim rozmawiać, gdy komendant daje mi taką możliwość, ale jego zachowanie wskazuje raczej na agresję i daję sobie z tym spokój. Finalnie komendant każe mu zamknąć mordę i grzecznie czekać do poniedziałku, aby nadać dalszy bieg tej sprawie. Mnie również każe dać słowo honoru, że będzie spokój z mojej strony. Wiedział, że grypsujący dotrzyma obietnicy złożonej w ten sposób. Gdy byłem już w swojej sali i leżałem na łóżku, dziękowałem Bogu, że w więzieniach władzę absolutną mają „klawisze”, nie przestępcy.
Namiastkę tego co by było dają swoim przykładem funkcyjni więźniowie.
Nigdy więcej czegoś takiego i nigdy więcej żadnych relacji z „Hanysami” i ich gwarą, która mało przypomina język polski. Zastanawiałem się też co z tym grypsowaniem, w którym byłem zakochany od najmłodszych lat. Czy opowieści moich starszych kolegów były aby prawdziwe, bo to, co widzę, bardzo się różni od tego, jak sobie to wyobrażałem. Dochodziły mnie też słuchy, że jest problem między nami, grypsującymi. Jedni grypsujący pucują się do „Gita”, inni znowu nie, bo jest to podobno niemieckie imię dziewczęce – „Gita”. Grypsowanie to dla mnie coś niesamowicie ważnego, to mój jedyny cel w życiu. Niepojęte więc było wszystko to, co tu się działo. Miałem dość tego więzienia i nie śmiałbym powtarzać nawet tych wszystkich bzdur podważających powagę naszej „Wiary”. Problem w tym, że wszystko co się w okół mnie działo, odbierało mi dosłownie chęć istnienia. Grypsowanie według mnie to najbardziej ortodoksyjna świętość w myśleniu, mowie i postępowaniu. Nieskazitelna i bez jednej rysy. Dlaczego więc muszę słuchać niegrypsujących i tych wszystkich bzdur? Nie wiedziałem, ale postanowiłem przetrwać to wszystko, za wszelką cenę. Grypsowanie to moja wymarzona droga, z której nie dam się zwieść.
Poniedziałek rozpoczyna nowy tydzień i zmiany, wszyscy idą do pracy. Ja nie. Nie wiem jak, ale klawisze przekonali „starszego kapo”, żeby odstąpił od oskarżenia. Zostaję za to zdegradowany do podgrupy klasyfikacyjnej M-1. znaczy to tyle, iż dalsze odbywanie kary będzie kontynuowane w więzieniu dla małoletnich o zaostrzonym rygorze. Straszny sen wszystkich tutejszych małoletnich staje się jawą. Najbliższy tego typu Zakład Karny to Nysa. Koszmar i postrach każdego grypsującego. Wcześniej muszę jednak odbyć karę miesiąca izolatek. Do izolatki trafiam na tę samą celę, w której odbywałem karę twardego. Różnica jest taka, że na noc będzie wydawany materac, tzw. „śledź”.
Z powodu silnych mrozów dostanę również trzeci koc. Dwa już mam. Leżenie na deskach w dzień jest zabronione. Palenie tytoniu zabronione. Racja żywnościowa zmniejszona o połowę.
Zero kontaktu z kimkolwiek. Najbardziej zajmująca mnie czynność to marsz świra – w tę i z powrotem, licząc kroki. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot..... Niepojęte jest wręcz w jaki można się w ten sposób wprowadzić trans myślowy. Chodząc układam na brudno wszystkie sfery życia. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot....
Wyobrażam sobie świat takim, jaki moja wyobraźnia może tylko ułożyć w fantazji mistrza fantazyjno-życzeniowych realiów. Potwornie boję się transportu do ZK Nysa. Być może będę musiał dokonać samouszkodzenia, aby odwlekać sytuację. Nie jestem takim twardzielem, jak moi grypsujący towarzysze, ale jest to moją wielką tajemnicą. Boję się tak bardzo, że muszę ukryć to przed samym sobą. Maszerując w tę i z powrotem trzymam ręce szeroko rozstawione, aby czuć się większym i robię groźne miny, aby oszukać naturę. Jestem bardzo drobnej budowy jak na swój wiek. Właściwie twarz mam bardziej dziecka, niż tego, który ma zwojować świat. Geny które dostałem od swoich rodziców kompletnie nie pasują do tego miejsca. Mam zatem wiele do ukrycia, ale mam również swój sposób ratunku. Jest to moja wyobraźnia, mój największy i jedyny przyjaciel. Gdy nogi się już plączą, a umysł czuje zmęczenie wymysłami, kładę się na deskach i przykrywam kocem na głowę, jak gdybym chciał się schować. Wreszcie zasypiam potwornie zmęczony ukrywaniem przed samym sobą rzeczywistości. Przywraca mnie do niej trzask zamka żelaznych drzwi. Wstawaj! Nie wolno spać! Raport do ukarania! Wstaję więc i kontynuuję marsz.
Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot... Potrzebuję ulgi, wyobrażam sobie zatem sprawdzony sposób. Piję alkohol w towarzystwie chłopaków z ferajny i opowiadam, jakich strasznych rzeczy dopuściło się wobec mnie więzienie. Właściwie to co najgorsze czyni mnie bohaterem. Czuję to tak wyraźnie, że nawet chcę być tak traktowany, potrzebuję tego. Olewam więc kolejne wnioski o ukaranie i przez kolejny tydzień jestem rozczarowany ciągłym straszeniem. Niektórzy funkcjonariusze już w ogóle na mnie nie reagują, albo łamiąc regulamin częstują mnie papierosem, abym tylko nie sprawiał problemów podczas ich służby. Klawisz przyniósł mi książkę, którą próbuję czytać i zajmuje mi to trochę czas. Książka jest romantyczna. Mam nawet łzy w oczach, ale uruchamia ona również moje niespełnione, acz bardzo silne erotyczne pragnienia. Onanizuję się, to jedyny sposób, aby zatrzymać rosnący we mnie męski czynnik, nad którym nie wiem jak panować. Muszę uważać, aby klawisz nie „przykuklował”, czyli nie zajrzał przez wizjer. Bardzo się wstydzę, ale nie umiem sobie z tym poradzić, jestem przykryty kocem. Mam więc nadzieję na zamaskowanie zbrodni, której ostatnie dowody lądują w koszu na śmieci. Jest to jedyny sposób. Ubikacja bowiem znajduje się na zewnątrz celi, z której korzysta się na „żądanie”. Jestem zawstydzony tym co zrobiłem i musiałbym znienawidzić sam siebie, ale mam lepszy sposób. Po prostu nic się nie stało, będzie to moja tajemnica, albo jeszcze lepiej – zapomnę o tym. Wstaję z wyra, jakbym chciał pokazać sam sobie, że to w ogóle nie miało miejsca.
Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot....
Gdy wymazuję z pamięci smutną więzienną rzeczywistość. Do moich zmysłów wdziera się niezwykle realny dźwięk rozkluczanej klapy (otwieranych drzwi). Czasami zdumiewa mnie, jak szybko klawisze potrafią dokonać tej czynności. Ma to swój cel, ponieważ nie ma szans na dokładne zamaskowanie wykonywanych czynności. Taki rodzaj kontroli. „Dawaj Warsowiak, dostałeś zgodę na 15 minut wychowawczego widzenia” – słyszę słowa klawisza. Jestem w szoku, bo faktycznie mama wróciła do Polski i miała być tego dnia, ale izolatka jest pozbawiona tego przywileju. Wchodzę na sale widzeń, jest pełna. Odnajduję wzrokiem mamę. Witamy się. Widzenie odbywa się w obecności wychowawcy. Na tym polega podstęp. Mama jest bardzo zdziwiona całą sytuacją. Czemu tylko piętnaście minut? Dlaczego nie może zostawić mi paczek z żywnością i co to za izolatka? Wreszcie o co chodzi z tym grypsowaniem?
– Wychowawca powiedział, że jak przestaniesz grypsować, to zostawi cię w Będzinie Wojkowice i może wyjdziesz nawet na warunkowe zwolnienie.
– Mamo, tak, może i tak – mówię – ale za jaką cenę? Grypsowanie to nie są tylko słowa, jak powiedział ci wychowawca. Grypsowanie to rodzaj modlitwy, to wiara w lepsze jutro i zachowanie godności. Grypsowanie to nic innego, jak nasza więzienna Solidarność, sposób myślenia i postępowania, z zachowaniem człowieczeństwa. Chciałabyś mamo, abym donosił na współwięźniów? Był nazywany frajerem, albo był obiektem zainteresowań seksualnych zwyrodnialców. Chciałabyś mamo, aby twój syn był ludzkim śmieciem, który po wyjściu z więzienia boi się wyjść z domu do miasta? – mówiłem chaotycznie, zdenerwowany, ale mama znała mnie na tyle, że wystarczyło.
– Proszę pana! Słyszy pan, co mówi mój syn. To jest jego wybór i ja nie będę się do tego wtrącać. Wychowawca kazał kończyć widzenie i zabierać mamie dwie wielkie torby, które przytaszczyła dla mnie, po czym wstał i wyszedł z sali widzeń. Żegnając się z matuszką i patrząc jej w oczy błyszczące się od łez, dostrzegłem, że na sali widzeń panuje straszny chaos. Mówię: matuś wyjdź i zostaw te torby. Jak już będziesz za bramą to czym prędzej odjeżdżaj. Komu to oddadzą? Za czym faktycznie zorientowali się, że ktoś z izolatek stoi z boku, z dwiema wielkimi torbami minęło ze dwadzieścia minut. Może też młodzi klawisze na sali widzeń okazali mi w ten sposób ludzki odruch, choć nie mam takiej pewności.
Faktem jest, że „Profos” oddziału izolatek miał poważny problem. Musiał mi wydać żywność, a resztę ze złością schował tam, gdzie czekała na mnie do momentu wyjścia z izolatki.
Przede wszystkim mnóstwo papierosów. Chyba też wszyscy woleli milczeć, niż zgłaszać to przełożonym. Szybko tez pozbyto się pełnego kosza na śmieci z izolatki. Kości od kurczaka itp. Kochana mama, najlepsza na świecie. Sprawiła mi tyle frajdy paczkami jadąc z Warszawy na Śląsk i stanęła po mojej stronie w rozmowie z wychowawcą, który bez wątpienia był sługusem „UB”. Jednak ani mamcia, ani ja, nie wiedzieliśmy jak teraz wszystko to się potoczy. Wiem jednak i czuję na pewno, że tu gdzie jestem, to nie jest mój świat, że kompletnie tu nie pasuję.
Moje pochodzenie społeczne i w ogóle cała moja rodzina, to biegunowe przeciwieństwo świata, w który staram się uwierzyć, że jest dla mnie. Problem największy niestety jest taki, że ja nie pasuję nigdzie, po prostu nie mam swojego świata. Czuję się jak niechciane dziecko innego Boga.
Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot....
Gdy odczuwam zmęczenie, kładę się na deskach i głowę przykrywam kocem, chwilę drzemiąc. Jest mi już obojętne, czy dostanę raport, czy przyjdą mnie pobić i w ogóle wszystko. Nawet lepiej gdyby mnie pobili, byłbym wtedy męczennikiem sam dla siebie, ale nic. W ogóle klawisze przestali na mnie reagować. Trochę czytam książkę, tyle na ile mogę się skoncentrować. Potem się onanizuję i znowu rozpoczynam marsz świra.
Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot. Raz, dwa, trzy, zwrot....
Mam już taką wprawę, że nawet nie muszę liczyć. Robię to mechanicznie i wpadam w krótkie transy myślowe. Tak mijają dni, aż wreszcie kara izolacyjna dobiegła końca. Dalej jednak jestem w tej celi, oczekując na transport do Zakładu Karnego o zaostrzonym rygorze w Nysie. Dzień, w którym mogę spodziewać się konwoju, to wtorek. Gdy nadchodzi, tragedia wisi w powietrzu. Próbuję znaleźć coś ostrego, aby dokonać samouszkodzenia. Jeżeli nie, to nie wiem, może uderzę głową w ścianę i na szpital? Panicznie boję się więzienia w Nysie. Legendy opowiadane o tym, jak traktowani są tam grypsujący, powodują przerażenie w moim środowisku. Wolałbym śmierć niż oddać grypsowanie. Oliwy do ognia dodaje fakt, że obok na celi ktoś się strasznie pociął. Wszyscy na celach oczekujących na transport wpadają w panikę. Bardzo się boję transportu do Nysy i bardzo też boję się sobie coś zrobić. Nagle zaskakuje mnie w zamyśleniu błyskawicznie otworzona klapa i funkcjonariusz z pocztą sądową, którą mam odebrać i pokwitować. Okazuje się, że mam w Pruszkowie wyznaczony termin procesu i faktycznie jadę tego dnia w transport, ale do Warszawy. Suka Milicji Obywatelskiej przywiozła zawiadomienie i już czeka, żeby mnie zabrać. Zwijam się najszybciej jak mogę. Zaliczam magazyn i z wypchanymi torbami dobroci od mamy stoję przed kabaryną.
Imię? Nazwisko? Imiona rodziców? Mama z domu? Data i miejsce urodzenia? Zamieszkały? Transport milicyjny różni się niewiele od więziennego. Jest niewygodnie jak diabli, ale co tam. Częstuję wszystkich papierosami. Mam ich parę kartonów od mamci i towarzyszy mi zajebiście dobry humor. Większość ze mną transportowanych to tak jak ja, chłopaki z Warszawy i okolic. Wreszcie słyszę normalny polski język. Jestem wśród swoich. Nigdy już w życiu, z własnej i nieprzymuszonej woli nie przyjadę na Śląsk. Nie zapomnę śląskiej gwary i tych, którzy wypierają się polskości. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia. Nie zapomnę też „starszych Kapo”, którzy byli o wiele gorsi od klawiszy. Podróż jest długa i niewygodna. Mija mi jednak dość szybko, chociaż bolą mnie gnaty od niewygody i głowa od wypalonych papierosów. Mimo wszystko ciągle też jestem w więzieniu. Warszawa Białołęka to potężne więzienie na trzy i pół tysiąca osadzonych. Pewnie, że się boję!
Imię? Nazwisko? Imiona rodziców? Mama z domu? Data i miejsce urodzenia? Zamieszkały? Szybkie zaliczenie magazynu ze złożeniem podpisów w rubryce rzeczy pobrane. Trafiam na znany mi już oddział 3/3, pawilon trzeci – oddział trzeci. Wchodząc pod wyznaczoną mi celę pytam rutynowo. Grypsują? Tak! Jest to dla mnie sygnał, że mogę spokojnie położyć się spać. Jest późno, przebyłem długą drogę. Czym prędzej obrabiam się ze ścieleniem górnej pryczy. Kładę się i zasypiam. Chyba służy mi swojskie powietrze, niezabarwione pyłem węglowym, bo ciężko otworzyć oczy, gdy zapala się światło oznajmiające pobudkę. Szybka ocena sytuacji i zadowolenie. Wszyscy pod celą jesteśmy w podobnym wieku i okazujemy sobie życzliwość. Najważniejszy jednak dla mnie jest fakt, że chłopaki ciekawi są skąd przyjechałem i jak tam jest? Jestem świadomy, że następne dni upłyną dla mnie pod znakiem „wodzireja”, bo i też naprawdę mam o czym opowiadać. Mijają dni i pod celą mają już raczej dość moich opowieści. Szukam słuchaczy na spacerniaku, aż do momentu, że faktycznie mogę uznać, że już czas zbastować. Zresztą pojawił się inny temat, który znalazł uznanie nas młodych. Miał też znamiona udzielania się w podkulturze, jako walki z administracją więzienną i wszelkim „kurewstwem”. Temat wyszedł od któregoś ze starych Recydywistów z innej celi. Mieliśmy więc okazję się wykazać. Problem był w wydawanej nam żywności. Raz w tygodniu serwowano nam zupę z wymion krowich. Smród tej potrawy gotowanej na kuchni straszył więźniów już od rana. Padło hasło, że nie odbieramy żarcia i wyrzucamy aluminiowe gary na korytarz. Czy małolaty zrozumieli? No tak! Żeby nam się który czasem nie wyłamał, bo pójdzie do „wora” (czyli zostanie wykluczony z podkultury). Więcej mówić już nam nie trzeba było. Wreszcie jakieś konkrety grypsowania, a nie tylko gadanie. Wracamy ze spaceru pod celę i czekamy na obiad, z ogromnym podnieceniem. Nasza cela jest pierwsza, więc to my jesteśmy strzałem startowym do rozpoczęcia głodówki.
Zgrzyt metalowego zamka tuż przed otwarciem klapy, to znak do gotowości. Wszyscy stoimy z aluminiowymi garami w rękach. Ja jeszcze dodatkowo mam jeszcze aluminiowy kubek, który zawsze parzy w usta gdy herbata jest gorąca. Nadchodzi moment, gdy klapa się otwiera i ukazuje się oddziałowy w białym fartuchu, oraz wydający posiłki śledczo-karni „złodzieje”.
Teraz dostrzegam, że stoję pierwszy. Moment zawahania i w końcu bach! Rzucam gary na korytarz i cała „małolacka” cela robi to samo. Platery robią taki hałas walając się po lastrykowej posadzce, że na pewno wszyscy w innych celach już o tym wiedzą, że małolaci „ruszyli”. Klapa się zamyka i obiad odjeżdża dalej. Zardzewiałe kółka wózka, który wiezie gary, sygnalizują zgrzytem, gdzie mniej więcej się znajdują. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, stop, cisza i znów, zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, stop, cisza. Sytuacja powtarza się wielokrotnie! Stoimy przytykając z niedowierzaniem uszy do „klapy” i wkrótce staje się jasne, że jesteśmy jedyni. Chociaż nie! Jakieś dziesięć cel dalej, chyba ktoś kłócił się przez chwilę i wyrzucił kubek… tak! Chyba tak, ale pewności nie ma. Trzask, trzask, otwiera się klapa i wpada komendant ochrony „Jastrząb”. Małolaci! Wypad na korytarz, raz! Nogi mi się trzęsą ze strachu, ale mam nadzieję, że nikt tego nie zauważy.
Karzą nam stać twarzą do ściany i dotykać ją nosem. „Jastrząb” w tym czasie przeszukuje celę i wiadomo z góry, że zabierze „buzałę”. Dlatego nazwaliśmy komendanta ochrony „Jastrzębiem”, bo on wszystko zawsze znajduje. Jedyną chwilą przyjemności w tym miejscu jest łyk czaju, ale bez „buzały” – nici. Jasne, że znalazł. Bałagan przy tym w celi taki, jakby piorun walił w materace. Pierwszy do komendanta wzywany jest „Dżanks”. Chłopak z warszawskich Szmulek. Pech. „Dżanks”całą rękę ma pomazaną długopisem, imitującym tatuaże. Można za to dostać porządne lanie. Komendant ochrony ma na tym punkcie bzika i oberwał już za to niejeden małolat. Ale o to dziwna rzecz, „Dżanks” wraca z bialutka ręką, bez jednego śladu długopisu, który słabo się zmywa. Wiem, bo sam sprawdzałem. Za to cały jego język zrobił się aż fioletowy. Można powiedzieć, że choć jego wizyta u komendanta trwała chwilę i miał do niego może cztery, pięć kroków, to strach ma większy język niż oczy. „Dżanks” wszystko zlizał ze strachu. Następny byłem ja!
– No co tam Michale? Co ci się nie podoba? Cycuszki krowie nie smakują? Nie! No to kurwa nie jedz, a nie hałasujesz mi na całej prostej.
Komendant ochrony „Jastrząb” przegląda moje akta podane mu przez Wychowawcę. Mruczy, mlaszcze i gada pod nosem.
– Przyjechałeś niedawno z Będzina Wojkowice, gdzie byłeś na twardym i izolatkach, no i lecą gary na „peronkę”. Oddziałowy mówi, że stałeś pierwszy i to ty zacząłeś. Tak to wygląda. Wiem jednak, że nie był to twój pomysł, tylko któregoś ze staruchów. Sami się boją, to namówili was. Imponuje mi twoja odwaga, ale jesteś jak wrzód na dupie z tym swoim grypsowaniem bez rozumu. Idziesz na inną cele na wychowanie. Pod celę i zwijaj się. Masz pięć minut, a jak mi znowu jakieś gary zabrzęczą, to dostaniesz taki wpierdol, że rodzona matka cię nie pozna. Może jeszcze pidżamkę i DVD byście chcieli?
Grypsują? Grypsują! No i gitara. Wchodzę do celi w drugim niemalże końcu korytarza oddziału 3/3. Faktycznie wszyscy są starsi ode mnie i trochę mam wrażenie, że jest ponuro. Jeszcze ten zapach, zawsze jak zmieniam celę, czuję go bardziej intensywnie. Jest bardzo charakterystyczny dla tego miejsca i nasila się przy zamkniętych oknach. Stare koce, stare materace, kurz na kratach przesiąknięty wilgocią. Wszędzie wgryziony dym z papierosów – skrętów. W ścianach, w ubraniach, kocach, materacach. Dochodzi do tego jeszcze ludzki pot i smród gumowych, kadziennych/więziennych kapci. Blindy za oknami ograniczają nie tylko widoczność, ale i przepływ powietrza. „Tygrysówy” zaś ograniczają możliwości otwierania okna. Tak, więzienie ma swój specyficzny „zapach” i poczuwszy go raz, nie da się zapomnieć. Zmysł węchu nadaje nutkę wstrętu do tego miejsca i jedyne skojarzeniowe dla mnie porównanie, które znam, to stajnia pełna koni. „Niestety” konie nie palą papierosów, czy skrętów, których dym wgryza się nawet w powietrze. ( Tygrysówa to taka krata wewnątrz celi, która blokuje bezpośredni dostęp do okna).
„Zapach” zniewolenia jest obecny w każdym więzieniu i w każdej celi. Może zmienia się tylko intensywność. Dbanie o higienę osobistą i czystość pod celą, jest rzeczą obowiązkową, przestrzeganą wręcz ortodoksyjnie w naszej podkulturze, ale to nie niweluje tego zapachu. Może tylko ma wpływ na jego intensywność.
