Do wesela się zagoi - Skrzydlewska Ludka - ebook
NOWOŚĆ

Do wesela się zagoi ebook

Skrzydlewska Ludka

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

389 osób interesuje się tą książką

Opis

Witaj w Silver Springs, Hugh

Jeśli Sutton Clarke ma w życiu czegoś w nadmiarze, to z pewnością obowiązków. Niegdyś skupiała się tylko na narciarstwie, teraz poświęca się Susie - swojej siostrzenicy, której jest prawną opiekunką - i robi wszystko, by utrzymać na powierzchni siebie i powierzoną jej dziewczynkę. Od sprzedawczyni w sklepie sportowym rodziców, przez bibliotekarkę, kelnerkę, baristkę, aż po recepcjonistkę w hotelu należącym do najlepszej przyjaciółki - nieco szalona panna Clarke nie waha się przed podjęciem żadnej pracy. Nie obawia się także wystąpić podczas sylwestrowej imprezy w stroju dinozaura - ku uciesze lokalnych dzieciaków, na przekór sobie i mimo wściekłości pewnego ciemnowłosego przystojniaka.

Hugh Holloway przyjeżdża do uroczego Silver Springs, by pomóc w przygotowaniach do ślubu swojemu wspólnikowi i najlepszemu przyjacielowi, Saintowi Ashfordowi. Hugh jest uporządkowany i nieco wycofany, więcej radości sprawia mu snucie szczegółowych planów w Excelu niż brylowanie w towarzystwie dzieciaków na ich chaotycznych przyjęciach. Zwłaszcza takich, podczas których istnieje groźba przypadkowego nadepnięcia na ogon dinozaura i oberwania w zamian... szarlotką.

Znajomość Sutton i Hugh nie rozpoczyna się najlepiej, ale tych dwoje jakoś będzie musiało dojść do porozumienia, skoro w walentynki mają stanąć obok Marigold i Sainta jako świadkowie na ich ślubie...

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 554

Oceny
4,7 (133 oceny)
104
22
5
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jedreks63

Nie polecam

Przewidywalna, nudna, infantylna . Szkoda czasu.
10
winezuella

Nie oderwiesz się od lektury

Pierwsza książka od Ludki która przeczytałam i na pewno nie ostatnia. Świetny klimat, cudowni bohaterowie. Nie mogłam się oderwać od czytania!
00
ola_haha

Nie oderwiesz się od lektury

❤️
00
Lenka884

Nie oderwiesz się od lektury

Cudna!!!🫶
00
Ficunio

Nie oderwiesz się od lektury

swietna! urocza a jednocześnie przemycająca bardzo dużo pozytywnych wartości!
00



Ludka Skrzydlewska

Do wesela się zagoi

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Redaktor prowadzący: Justyna Wydra

Projekt okładki: Justyna Knapik

Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

editio.pl/user/opinie/gdzier_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-289-3679-9

Copyright © Helion S.A. 2026

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Rozdział 1.

Sutton

Już trzeci raz tego wieczoru ktoś depcze mi po ogonie.

Od początku wiedziałam, że pomysł z tym kostiumem jest zwyczajnie głupi. Domyślałam się, że będzie mi gorąco i niewygodnie, a poza tym nikt z obecnych na imprezie mnie nie pozna ani nie usłyszy, co mówię, dopóki się do niego nie wydrę. Doszłam jednak do wniosku, że warto, bo miałam być atrakcją dla dzieci, a nie dla siebie czy innych dorosłych.

Jednak nadeptywanie na ogon doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Przez ostatnie dwie godziny było naprawdę fajnie – dzieci bawiły się w kilku grupach wiekowych w restauracji, czyli największym pomieszczeniu w pensjonacie Mari, a my we dwie animowałyśmy im zabawy, poprzebierane jak głupie. W przeciwieństwie do pozostałych dorosłych gości – głównie rodziców dzieciaków – którzy bawią się w przygotowanej do tych celów świetlicy, nie potraktowałyśmy tematu przebierania się umownie – obie mamy na sobie kostiumy. Mari jest ogromnym bałwanem, a ja dinozaurem.

Właściwie to chciałam być pumą, ale w sklepie nie mieli odpowiedniego rozmiaru, a gdy tylko Susie zobaczyła ten, natychmiast kazała mi go wziąć.

– Dinozaur, serio? – zapytała Mari sceptycznie. – Myślałam, że boisz się, że przestraszysz tym dzieci.

Wzruszyłam wtedy ramionami.

– Może i tak, ale to najnowsza obsesja Susie – wyjaśniłam. – Próbowałam jej wytłumaczyć, że fakt, że ona chce zostać paleontolożką, nie oznacza jeszcze, że wszystkie dzieci muszą oglądać mnie w przebraniu dinozaura, ale nie chciała słuchać.

Susie w ogóle rzadko mnie słucha.

Bawiłyśmy się więc z dzieciakami przez jakieś dwie godziny, dopóki nie wpadła do nas Lizzy, macocha Mari, wraz z moją mamą, i nie postanowiły nas na jakiś czas wymienić. Wprawdzie powtarzałam, że wcale tego nie potrzebuję i że lepiej bawię się z dziećmi niż z dorosłymi, ale nie słuchały. Kazały nam iść coś zjeść i znaleźć swoich znajomych, a same przejęły nadzór nad dzieciakami.

Pomysł na tę imprezę wyszedł od Mari i ode mnie, dlatego zgodziłyśmy się przekazać ten obowiązek dość niechętnie. My to wymyśliłyśmy, więc byłyśmy odpowiedzialne za dzieciaki. Jest sylwester i chciałyśmy, żeby chociaż raz dzieci naszych znajomych z Silver Springs mogły się poczuć, jakby rzeczywiście świętowały ten dzień, a nie tylko przeszkadzały w zabawie rodzicom – stąd cały ten spęd. Kiedy jednak trafiłyśmy w końcu do świetlicy, bardzo szybko stwierdziłam, że wolałabym nadal pilnować dzieci.

Przy trzecim nadepnięciu na mój ogon jestem już tego pewna.

– Boże, czy tak trudno patrzeć pod nogi?! – krzyczę, odwracając się wraz z talerzykiem z ciastem, kurczowo ściskanym w łapach. Jeszcze nie wymyśliłam, jak zamierzam je zjeść, bo w tym celu musiałabym przynajmniej zdjąć głowę od kostiumu, ale pomartwię się tym, gdy dotrę do jakiegoś stolika. – Nadepnąłeś mi na ogon!

Jakiś obcy facet w garniturze i okularach spogląda na mnie ze zdegustowaną miną. Chyba nawet nie jest pewien, gdzie patrzeć, żeby znaleźć moje oczy.

– Słucham? – pyta uprzejmie.

Jezu. Przez ten kretyński strój i dudniącą dookoła muzykę on nawet nie słyszy, co do niego mówię.

Próbuję się wyswobodzić, ale idiota dalej stoi mi na ogonie. Szarpię się, krzycząc, żeby się odsunął, a on wzdycha i unosi wzrok do sufitu.

– To znowu jakiś głupi żart Sainta i Mari, tak?

Szarpię się raz jeszcze, a wtedy dzieje się kilka rzeczy naraz.

Mój ogon w końcu wyślizguje się spod buta tego kretyna, jednak tak gwałtownie, że oboje tracimy przez to równowagę. Facet próbuje mnie przytrzymać, kiedy odchylam się do tyłu, przez co szarpie mną w drugą stronę, a znajdująca się na moim talerzyku szarlotka…

Ląduje prosto na białej koszuli tego typa.

Przez chwilę oboje stoimy w bezruchu; ja gapię się na umazaną kremem i jabłkami – niegdyś śnieżnobiałą – koszulę, a ten gość… właściwie nie wiem na co, bo nie ośmielam się spojrzeć wyżej i sprawdzić, jak bardzo jest wściekły. Złość w jednej chwili ze mnie wyparowuje, pozostawiając po sobie zawstydzenie. Czuję, że policzki mi płoną, i dobrze, że nie widać mojej twarzy. W tej chwili cieszę się, że jest schowana wraz z resztą ciała pod kostiumem dinozaura, nawet jeśli większość osób na tej imprezie i tak wie, kim jestem.

Problem w tym, że ja sama znam większość osób z tej imprezy. Tego typa nie. Ciekawe więc, kto to jest? Nowym partner jednej z matek?

– Och, kurwa – odzywa się w końcu gdzieś nade mną. – To chyba jakieś żarty.

Drżącymi rękami odstawiam talerzyk z resztką szarlotki na stolik, a potem sięgam po głowę mojego kostiumu i ją zdejmuję, bo czuję, że się duszę. Ludzie wokół nas nadzwyczaj taktownie udają, że niczego nie zauważyli – a może raczej przeczuwają nadchodzącą awanturę i nie chcą być jej świadkami.

Uwalniam w końcu głowę, palcami przeczesuję moje ciemne włosy, świadoma, że jak zwykle zdążyły zmienić się w splątane gniazdo, i podnoszę w końcu wzrok na typa, którego niechcący poczęstowałam moją szarlotką.

Okej. Chyba rzeczywiście się wścieka.

Szkoda, bo równocześnie okazuje się też zaskakująco gorący.

Stawiam, że ma kilka lat więcej ode mnie, ale pewnie niewiele. Jest wysoki, barczysty, a jego nieco zbyt blada skóra stanowi ciekawy kontrast z niemalże czarnymi włosami i rzucającymi gromy ciemnymi oczami. Usta ma zaciśnięte w wąską kreskę, a okulary nieco mu się przekrzywiły.

Mogłabym nawet uznać go za przystojniaka, gdyby nie patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zobaczyć martwą.

– Stałeś mi na ogonie – oznajmiam uprzejmie, wsuwając sobie pod pachę głowę dinozaura. – Próbowałam się tylko uwolnić.

– Może trzeba to było zrobić nieco ostrożniej? – warczy. – Nie miałem pojęcia, co tam mruczysz spod tego kostiumu. Kto w ogóle przychodzi na imprezę sylwestrową w kostiumie dinozaura?!

Przewracam oczami.

– A kto przychodzi na imprezę sylwestrową z kijem w dupie?

Facet patrzy na mnie tak, jakby zabrakło mu słów, ale postanowił za to zasztyletować mnie spojrzeniem. Cóż… Nie pierwszy raz mi się to zdarza.

Nic nie poradzę, że czasami zwyczajnie nie panuję nad moim językiem.

– Chodź, pomogę ci to sprać – proponuję, kiedy on nie odpowiada. – Powinno zejść, jeśli się tym dobrze zajmiemy…

– Ty na pewno nie będziesz się zajmować niczym, co należy do mnie – przerywa mi lekceważąco. Mrużę na niego oczy, z czego nic sobie nie robi. – Wyraźnie jesteś niepoczytalna. Jak tu weszłaś? Powinienem chyba powiedzieć Saintowi, że trzyma tutaj wariatkę.

Aha. Czyli to jakiś znajomy Sainta.

Cudownie.

Nie żebym miała coś do Sainta. Skąd. Kiedy już się ogarnął i przestał ranić moją przyjaciółkę, to okazał się całkiem w porządku. Za to, co odwalał, chciałam go zabić tylko przez kilka pierwszych tygodni po jego powrocie do Silver Springs. Teraz jest już okej i jego znajomi są tu zazwyczaj całkiem mile widziani.

Ale najwyraźniej ten powinien stanowić wyjątek.

– Ach tak? – pytam cierpko. – A jesteś pewien, że to nie swoją twarz zobaczysz koło recepcji w gablotce „Tych klientów nie obsługujemy”?

Facet podnosi na mnie brew.

– Nie ma tu takiej gablotki.

– A może powinna powstać – odpowiadam natychmiast. – Zajmę się tym zaraz po Nowym Roku.

Powoli zaczynamy chyba przyciągać coraz większą uwagę, ale mam to gdzieś. Zazwyczaj mam takie rzeczy gdzieś. Całe miasto mnie zna i wie, czego mogą się po mnie spodziewać, więc nie powinni być zaskoczeni. Jestem bardzo miła i pomocna wobec każdego, serio, ale gdy nadepnie mi się na odcisk, gryzę.

Albo, tak jak w tym przypadku, na ogon.

Nieznajomy już otwiera usta, żeby coś odpowiedzieć – z pewnością coś głupiego i złośliwego – kiedy nagle ktoś odważniejszy niż reszta tłumu materializuje się obok nas.

Tym kimś oczywiście jest Mari.

Moja przyjaciółka nadal ma na sobie kostium bałwana, ale podobnie jak ja zdjęła z niego głowę, zapewne żeby móc się do nas w ogóle odezwać. Szeroko uśmiechnięta, z długimi blond lokami spływającymi jej na ramiona, Mari wygląda słodko i niewinnie. Pozory mylą, bo moja przyjaciółka ma niewyparzony jęzor zupełnie jak ja, ale lepiej się maskuje.

I chyba lepiej też idzie jej trzymanie go za zębami.

– Och, jak cudownie! Widzę, że już się poznaliście – szczebiocze, z pewnością udając, że nie wyczuwa napięcia między nami. Musi też cierpieć na tymczasową ślepotę, jeśli nie dostrzegła, jak jeszcze kilka sekund temu się kłóciliśmy. – Świetnie, to wszystko nam ułatwi!

Zaczynam mieć bardzo złe przeczucia.

Mrużę oczy, przesuwając spojrzenie z typa na Mari i z powrotem. Potem dostrzegam, że gdzieś za nią w naszą stronę kroczy także Saint, jej świeżo upieczony narzeczony.

– Niby co ma nam to ułatwić? – pytam podejrzliwie. Potem łypię nieżyczliwie na faceta. – I kto to właściwie jest?

– Och, czyli jednak się nie znacie? – Mari mruga niewinnie, a ja nie wierzę w ani jedną jej reakcję. – Sutton, to jest Hugh Holloway, wspólnik Sainta. Prowadzą razem firmę w Denver. Hugh, to jest Sutton Clarke, moja przyjaciółka. Sutton pomaga mi czasami w pensjonacie, a poza tym robi jeszcze sto innych rzeczy. Super, nie?

Nie wiem, co w tym takiego super. Krzywię się, nie odzywając ani słowem, a ten typ z kijem w dupie – który najwyraźniej ma na imię Hugh – robi zdegustowaną minę, a potem niechętnie wyciąga do mnie rękę.

Chce, żebym mu… podała swoją?

Napluł na nią, kiedy nie patrzyłam, czy co?

Waham się przez kilka sekund, aż gość znowu podnosi na mnie brew, jakby mnie prowokując. Może ma jakiś tik nerwowy albo coś, ale to działa, bo w końcu podaję mu dłoń. O dziwo nic złego się nie dzieje, ziemia się nie rozstępuje ani nic.

Pomijam fakt, że czuję dziwne iskry przebiegające między nami. Hugh Holloway ma silny, ciepły uścisk, któremu staram się dorównać, nie pokazując po sobie równocześnie, jak bardzo rozgrzało mnie zwykłe podanie sobie dłoni.

W końcu wyszarpuję własną i krzywię się nieco, co też nie umyka jego uwadze. Mruży oczy.

W następnej chwili do Mari dołącza Saint, który z trudem – z uwagi na kostium bałwana – obejmuje narzeczoną ramieniem.

– Poznajemy się, tak? – zagaduje wesoło. – To się świetnie składa, bo niedługo będziecie mieli ze sobą całkiem sporo do czynienia.

Zaraz… Co takiego?

– Kochanie, jeszcze im nie powiedziałam – tłumaczy Mari spokojnie, a Saint posyła jej łagodny uśmiech. Kiedy na nich patrzę, odrobinę topnieję, bo są naprawdę słodcy. – Przestań, bo jeszcze się zestresują.

– Czym tu się stresować? – pyta Saint z rozbawieniem. – To same przyjemne rzeczy.

Okej… To zaczyna brzmieć naprawdę niepokojąco.

– Może po prostu powiecie, o co chodzi? – proponuje Holloway, na co kiwam głową, choć mam ochotę się nie zgodzić dla samej zasady.

Oni tylko wymieniają spojrzenia, a potem Mari znowu zerka na nas.

– Bierzemy ślub w walentynki – oznajmia, na co automatycznie się rozpromieniam. – Mamy mało czasu, więc będziemy potrzebować waszej pomocy z organizacją wieczoru panieńskiego i kawalerskiego, a także samego wesela. Tym bardziej że chcieliśmy was poprosić, żebyście zostali naszymi świadkami.

Że ja i… on?

Dobra, nieważne. Ten typ nie zepsuje mi takiego fajnego momentu.

– Naprawdę?! – piszczę, a potem próbuję przytulić Mari, ale w naszych kostiumach okazuje się to niemożliwe. Po prostu więc wyciągam do niej ręce i obejmuję ją na odległość, podchwytując kątem oka rozbawione spojrzenie Sainta. – Pewnie! Będę najlepszą świadkową na świecie, zobaczysz! Już mam milion pomysłów co do wieczoru panieńskiego!

– Tylko nic szalonego – uprzedza Mari, tym samym rujnując od razu połowę moich planów. – Nie rób takiej miny, Sutton!

– Czuję się, jakbyś właśnie zabiła mi szczeniaczka – oznajmiam, na co moja przyjaciółka parska śmiechem.

– Dobra, odrobinę szalonego. Ale tylko odrobinę, jasne?

Kiwam głową, a potem spoglądam w końcu na Hugh Hollowaya, który cały czas gapi się na mnie tak, jakby zamierzał mnie zepchnąć z wyciągu narciarskiego przy pierwszej nadarzającej się okazji. Mam ochotę pokazać mu język, ale próbuję zachowywać się dojrzale, więc tego nie robię. Uświadamiam sobie jednak, że organizowanie wesela Mari i Sainta będzie się wiązało z przynajmniej jedną niedogodnością.

Będę musiała współpracować z nim.

A w następnej chwili Mari dolewa oliwy do ognia, pytając nagle:

– Hugh, co się stało z twoją koszulą?

Rozdział 2.

Hugh

To najgorszy wieczór, jaki przeżyłem od dawna.

Nie lubię sylwestra ani imprez w gronie obcych mi ludzi i normalnie nawet by mnie tu nie było, gdyby Saint nie upierał się, żebym przyjechał. Teraz już wiem, po co mnie tu ściągnął – chcieli mnie poprosić o bycie świadkiem na ich ślubie, co właściwie jest całkiem miłe.

Gorzej, że to oznacza kontakt z tą ciemnowłosą katastrofą, rzekomo przyjaciółką Mari.

Nie wiem, jakim cudem ta kobieta się z nią zaprzyjaźniła. Sutton chyba trzymała jej pistolet przystawiony do głowy, aż ta się nie zgodziła.

Na szczęście nie muszę jej oglądać zbyt długo po rewelacjach Mari i Sainta, bo narzeczona mojego przyjaciela zabiera mnie do toalety, żeby pomóc mi doczyścić koszulę. Oczywiście wiem, że wyrzucę ją do śmieci, kiedy tylko wrócę do domu, ale na razie muszę się jakoś prezentować przez resztę nocy.

– Strasznie cię przepraszam – mówi Mari, kiedy w ciasnym pomieszczeniu na parterze jej pensjonatu próbuje zaprać na mnie plamę. – Sutton nie chciała. Na pewno nie zrobiła tego specjalnie.

Jeszcze mnie wtedy nie znała, więc nawet byłbym skłonny w to uwierzyć, gdyby nie podejrzenie, że ona takie rzeczy robi na co dzień. Mari nawet nie wydaje się zaskoczona.

– Może po prostu pożyczę ci jedną z koszul Sainta, co? – proponuje w końcu, najwidoczniej kapitulując w obliczu jabłek wciąż barwiących biały materiał. Żadne jej starania nie pomogły, czego się oczywiście spodziewałem. – Chyba powinna pasować.

Saint jest ode mnie nieco szczuplejszy w barach, ale to i tak lepsze wyjście niż paradowanie do północy z plamą na koszuli. Krzywię się, ale dochodzę do wniosku, że nawet jeśli rozerwę przypadkiem materiał na szwie, to spod marynarki i tak nie będzie widać.

– Pewnie – mamroczę. – Chętnie się przebiorę.

Mari posyła mi szybki uśmiech.

– Domyślam się – stwierdza. – Dobra, zaraz wracam.

Zostawia mnie w toalecie samego, a ja z westchnieniem zdejmuję marynarkę, potem zsuwam szelki i zabieram się za rozpisanie guzików koszuli.

Mari dobrze wie, jak bardzo nie lubię takich odstępstw od normy. Potrzebuję pewnych stałych elementów w moim życiu, żeby czuć się dobrze, a porządne, czyste ubranie jest jednym z nich. W miejscach publicznych, bym utrzymał komfort, konieczny jest garnitur.

A przyjaciółka Mari zniszczyła jedną z moich ulubionych włoskich koszul.

Palce zajęte rozpinaniem guzików zamierają na chwilę, gdy przypominam sobie, jak dziewczyna ściągnęła głowę tego śmiesznego kostiumu dinozaura. Ciemne, splątane loki rozlały się na jej ramiona i wokół twarzy, a na samo wspomnienie, jak jej piwne oczy spotkały się z moimi, robi mi się dziwnie gorąco. Szarpię moją koszulę tak mocno, że jeden z guzików urywa się i leci gdzieś pod umywalkę.

Dobra. To już i tak bez różnicy.

Obiektywnie rzecz biorąc, Sutton Clarke jest naprawdę piękna. Ma najdłuższe rzęsy, jakie kiedykolwiek widziałem, i uśmiecha się tak słodko (oczywiście nie do mnie, tylko do Mari i Sainta), że prawie byłbym skłonny uwierzyć, że nie jest złem wcielonym. Pewnie powinienem dać jej drugą szansę i uznać, że nasze pierwsze spotkanie po prostu było niefortunne, ale z jakiegoś powodu…

Przeczuwam, że kolejne też nie będą najprzyjemniejsze.

Z westchnieniem kręcę głową i wyciągam koszulę ze spodni, po czym wreszcie ją z siebie zrzucam. Nie będę myśleć o przyjaciółce Mari ani jej piwnych oczach więcej, niż to absolutnie konieczne. Po prostu nie.

Chcę tylko wytrzymać na tym głupim przyjęciu do północy, powitać z przyjaciółmi nowy rok, a potem wsiąść w samochód i wrócić do Denver.

Oczywiście wiem, że w nadchodzących tygodniach będę musiał spędzić więcej czasu tutaj niż w domu. Skoro mam pomagać w przygotowaniach do wesela i ogarnąć wieczór kawalerski, będę musiał przebywać tutaj częściej. Nie mam z tym problemu, o ile Mari znajdzie dla mnie miejsce w tym jej uroczym pensjonacie.

Silver Springs to w ogóle całkiem ładne miasteczko, do którego w sezonie narciarskim chętnie zjeżdżają turyści. Ma swojski klimat i jest zdecydowanie przytulne, zwłaszcza gdy zimą spada tu tyle śniegu, że wyjechanie stąd okazuje się niemalże niemożliwe. Na szczęście minęły już święta – przed Bożym Narodzeniem całe centrum zostaje obwieszone taką ilością dekoracji świątecznych, że spokojnie wystarczyłyby ich jakiemuś małemu państwu. Totalnie nie mój klimat, ale rozumiem, dlaczego Mari i Saint lubią spędzać tutaj połowę roku.

Sam jakoś wytrzymam do ich ślubu.

Wrzucam brudną koszulę do znajdującego się w kącie pomieszczenia niewielkiego kosza na śmieci, a ledwie się prostuję, drzwi toalety ponownie się otwierają. Spodziewam się zobaczyć w wejściu Mari, jednak kiedy spoglądam w tamtą stronę, moim oczom ukazuje się znajoma burza ciemnych loków i rozszerzone w zdumieniu piwne oczy.

Usta Sutton też są rozchylone.

Potrzebuję sekundy, żeby zrozumieć, co tak ją zdziwiło. Sekundy, podczas której stwierdzam, że dziewczyna zdążyła porzucić gdzieś ten niedorzeczny kostium dinozaura i obecnie ma na sobie prosty bordowy sweter i czarne legginsy. Dzięki temu widzę wyraźnie, że jest niewysoka i drobna, czego wcześniej nie mogłem należycie ocenić.

I gapi się na mnie tak, jakby zapomniała języka w gębie.

Dopiero po chwili orientuję się, o co jej chodzi. W końcu jestem bez koszuli. Wystawiłem nagą klatę na widok publiczny, co nie zdarza mi się często. Kiedy dostrzegam, że jej spojrzenie ucieka w dół mojego ciała, odruchowo zaplatam ramiona na piersi, starając się, by wyglądało to na stanowczy ruch, a nie taki, jakbym się speszył.

Totalnie się nie peszę.

– Co ty tu robisz? – pytam ostro.

Sutton podskakuje, a jej oczy wracają do moich. Chyba widzę w nich odrobinę wyrzutów sumienia.

I dobrze.

– Mari prosiła, żebym ci to przekazała, bo musiała iść do gości – mamrocze. Wyciąga w moją stronę rękę, w której rzeczywiście trzyma koszulę, ale po namyśle ją cofa. – Ale nie wiem, czy wciąż potrzebujesz…

Z mojego gardła wydobywa się warknięcie, a zaraz potem sięgam w przód i wyrywam jej z ręki ubranie. Sutton wykrzywia usta w łobuzerskim uśmiechu, a kiedy zakrywam się materiałem, udając, że wcale nie chodzi o zakrywanie się, ona nadal nie rusza się z miejsca.

– No, już, sio – mamroczę.

W odpowiedzi tylko unosi brwi.

– A dziękuję? – pyta. – Pofatygowałam się tu specjalnie, żeby ci ją przynieść.

– Bo czułaś się winna, że na poprzednią wywaliłaś mi szarlotkę – wypominam jej, a potem wzdycham z rezygnacją i zaczynam się ubierać.

Jej spojrzenie ani na moment nie opuszcza moich oczu, co przyjmuję z niejaką ulgą.

– To twoja wina – prycha. – Trzeba było mi nie stawać na ogonie.

– Trzeba było nie przychodzić na imprezę w pieprzonym stroju dinozaura – warczę, walcząc z rękawami koszuli.

Naprawdę jest nieco za ciasna, ale na szczęście nie na tyle, żebym w nią nie wszedł. Mam nadzieję, że żaden guzik mi nie odpadnie, kiedy spróbuję ją zapiąć, chyba że miałby polecieć prosto do otwartej, niewyparzonej buzi panny ciekawskiej. Wtedy mógłby odpaść.

Zapinam szybko koszulę – rzeczywiście jest zbyt dopasowana jak na mój gust, ale przynajmniej się dopina – a potem rozpinam spodnie, żeby włożyć ją do środka. Sutton przymyka powieki z tymi długimi rzęsami, jakby bardzo się powstrzymywała, żeby nie spojrzeć w dół, a na jej kremowobiałej szyi pojawia się odrobina rumieńca.

Coś takiego.

– Zamierzasz dalej tak stać i się gapić? – pytam w końcu.

Wtedy ona posyła mi promienny uśmiech.

– Jakby było na co – prycha. – Zastanawiałam się tylko, czy będziesz potrzebował pomocy z szyciem, jak już te twoje napompowane bicepsy rozerwą ten biedny materiał. Ale skoro sobie radzisz, to spadam, pa!

Po czym odwraca się na pięcie i odchodzi, nie dając mi nawet rzucić ripostą, że jeszcze chwilę temu gapiła się na te moje napompowane bicepsy, jakby jej się bardzo podobały.

Przyglądam się jej przez chwilę, a potem zatrzaskuję drzwi i zamykam zamek. Nie potrzebuję więcej nieproszonych gości.

Właściwie powinienem z nią normalnie porozmawiać. Spróbować się dogadać, skoro mamy ze sobą współpracować. Ale jest w tej kobiecie coś takiego, co budzi moje najgorsze instynkty, i pewnie dużo z tym wspólnego ma niedawna szarlotkowa katastrofa. Ale też to, jak Sutton zachowała się po całym tym zajściu – jakbym to ja był wszystkiemu winny.

Potrafię rozpoznać rozpuszczoną małolatę, kiedy ją widzę, a ta z pewnością jest jedną z nich.

Ciągle nie mogąc wyrzucić z głowy myśli o przyjaciółce Mari, poprawiam koszulę, wkładam ją w końcu w spodnie i wygładzam materiał. Rozchodzi się nieco przy guzikach, ale pewnie nikt poza mną nie zwróci na to uwagi. Z kolejnym westchnieniem zakładam z powrotem szelki, a potem sięgam po marynarkę. Właśnie wtedy ktoś naciska klamkę, a kiedy drzwi się nie otwierają, robi to ponownie, a potem kolejny raz, aż zaczynam się zastanawiać, czy to ta kobieta wróciła, żeby mnie męczyć.

– Zajęte! – wyrzucam ostro, ostatni raz kontroluję swój wygląd w lustrze, a potem otwieram drzwi.

Na zewnątrz nie stoi Sutton.

To kilkuletnie dziecko.

Przez chwilę gapię się na dziewczynkę bez słowa, a ona na mnie, wyraźnie zaskoczona. Ma na sobie różową rozkloszowaną spódniczkę i zielony T-shirt z wizerunkiem dinozaura, który zupełnie do niej nie pasuje. W misternie splecionych na jej głowie blond warkoczach dostrzegam różowe wstążki.

Nie mam pojęcia, ile to dziecko może mieć lat, bo kompletnie się nie znam na wieku małych dziewczynek, ale jest drobna. I młoda.

I wciąż się na mnie gapi, zaskoczona, aż wreszcie wykrzywia usta w uroczym uśmiechu.

– Mogę? – pyta, wskazując na toaletę za mną. – Bo inaczej się posikam, a wtedy mama mnie zabije. Wypiłam trzy napoje, a ona zazwyczaj pozwala mi co najwyżej na jeden. Mówi, że to przez ilość cukru, ale ja tam nie widzę nic złego w cukrze. Cukier jest dobry, nie?

Marszczę brwi.

– Cukier niszczy zęby i powoduje cukrzycę – informuję ją, a dziewczynka robi taką minę, jakby doskonale o tym wiedziała. – Ale po trzech napojach na pewno nic ci nie będzie. Proszę, już wolne.

Odsuwam się, żeby zrobić jej przejście, ale ona waha się, oglądając na mnie. Wiem, że poza imprezą dla dorosłych Mari i Saint zorganizowali tu coś w stylu kinderbalu, żeby rodzice mogli odpocząć bez swoich pociech; trzymałem się jednak z daleka od pomieszczeń zajmowanych przez dzieciaki, bo ich krzyki zazwyczaj wywołują u mnie migreny. Zdaje się, że Mari się nimi zajmowała, dlatego miała na sobie kostium bałwana…

Aha. I pewnie dlatego jej przyjaciółka nosiła kostium dinozaura. Teraz to nabiera sensu.

– Jestem Susie – oznajmia nagle dziewczynka, wyciągając w moją stronę rączkę. Robię głupią minę, bo nie bardzo wiem, co powinienem zrobić. Uścisnąć ją? – A ty?

No dobra. I tak już wpadłem głęboko w tę króliczą norę.

– Hugh. – Podaję jej dłoń, a ona ściska ją zaskakująco mocno. Uśmiecha się jeszcze szerzej, na co mimowolnie mam ochotę zrobić to samo. Powstrzymuję się w ostatniej chwili. – Często tak zaczepiasz obcych ludzi?

– Rzadko – odpowiada, a potem puszcza mnie, żeby pogrzebać w swojej różowej torebce, którą ma przewieszoną przez szyję. – Mama mówi, że to niebezpieczne, ale tutaj są sami swoi. To znaczy ciebie nie znam, ale też musisz być sam swój, prawda?

Jest w tym pewna logika.

– Chyba tak – przyznaję, podczas gdy ona z triumfalnym okrzykiem wyciąga coś z torebki.

To naklejka. Z triceratopsem. Którą mi właśnie podaje.

– Proszę, to dla ciebie – oznajmia. – To torozaur.

Chcę przyjąć naklejkę, ale dziewczynka po namyśle oddziela jej warstwy od siebie, a potem sama nakleja mi ją na koszulę. Gapię się na to kompletnie zdezorientowany.

Serio. Mam naklejkę z dinozaurem na koszuli.

– Triceratops – poprawiam ją odruchowo.

Ona tylko kręci głową.

– Torozaur – upiera się. – To inny gatunek. Sprawdź sobie w Google, jeśli mi nie wierzysz.

A potem, nie czekając na moją odpowiedź – choć już otwieram usta, żeby wyjaśnić, że torozaur to po prostu dorosła forma triceratopsa i nie powinna być rozpatrywana jako osobny gatunek – dziewczynka wchodzi do toalety i zamyka mi drzwi przed nosem.

Szkoda, bo wygląda na to, że mógłbym ją sporo nauczyć o dinozaurach.

Z westchnieniem odchodzę od drzwi i ruszam korytarzem z powrotem w stronę sali, gdzie bawią się wszyscy dorośli. Zerkam na zegarek. Dochodzi jedenasta.

Jeszcze godzina tej mordęgi, a potem będę mógł wracać do domu.

Rozdział 3.

Sutton

Hugh Holloway może mieć mnóstwo wad, ale z pewnością posiada przynajmniej jedną zaletę.

Zajebiste ciało.

Nie żebym była tak płytka, by zwracać na to szczególną uwagę. Skąd. Przypadkiem zobaczyłam. Mój wzrok automatycznie powędrował w tamtą stronę, kiedy tylko otworzyłam drzwi do toalety i dostrzegłam go bez koszuli, a potem już naprawdę trudno było go oderwać.

Dobra. Ma naprawdę, ale to naprawdę zajebiste ciało.

Poza tym ma też okropne maniery i jeszcze gorszy charakter, więc nie powinnam się aż tak ekscytować. Nawet mi nie podziękował za przyniesienie mu czystej koszuli, chociaż totalnie nie musiałam tego robić. Mogłam mu ją zawiesić na klamce drzwi do sali, w której odbywa się przyjęcie, i kazać mu sobie po nią przyjść. Bez górnej części odzieży.

To byłby naprawdę ciekawy widok.

Po pozbyciu się stroju tyranozaura czuję się znacznie lepiej. Przestaje mi być tak gorąco i zdecydowanie łatwiej nabiera mi się jedzenie, kiedy już wracam do stołów. Tęsknie patrzę na butelki z winem ustawione na jednym z nich, ale pamiętam, że jakoś muszę po całej imprezie odwieźć Susie i siebie do domu. Na zewnątrz szaleje śnieżyca i nie odważę się nocą jechać po choćby kropli alkoholu.

– Sutton! – Rozlega się gdzieś obok znajomy głos Angelo, naszego jedynego lokalnego Włocha. – Jakim cudem widzę cię dopiero teraz?!

Mężczyzna wciąga mnie w szybki uścisk, a ja śmieję się na całe gardło.

– Prawdopodobnie dlatego, że wcześniej widziałeś mnie w stroju dinozaura – wyjaśniam uprzejmie. – Gdzie podziałeś męża?

– Kręci się gdzieś tutaj. – Angelo macha lekceważąco ręką. – Nadal jesteśmy umówieni na piątek, kochana?

– Tak, jasne – potwierdzam. – Obiecałam, że pomogę wam przez weekend z restauracją, więc to zrobię. Dobrze wiesz, że znam się na wszystkim. Możecie na spokojnie jechać na ten swój romantyczny wypad, a ja się zajmę waszym interesem.

Angelo dziękuje mi wylewnie, ale zbywam go machnięciem ręki. Zdarzało mi się już zastępować kogoś w ich restauracji, więc znam ją całkiem nieźle. Będę w stanie zająć się nią przez weekend, mając oczywiście odpowiednią pomoc w kuchni.

– To świetnie – mówi Angelo, ściskając mnie mocno. – Bo pan Robertson twierdził, że w weekend masz mu pomagać w bibliotece.

Posyła mi oskarżycielskie spojrzenie, na które nie mogę parsknąć śmiechem. Angelo jest naprawdę uroczy.

Kilka lat temu skończyłam też cały jeden semestr bibliotekoznawstwa, więc uważam się za bardziej niż wystarczająco wykształconą, by od czasu do czasu pomóc w tutejszej bibliotece. Pan Robertson, starszy bibliotekarz, zawsze bardzo to docenia, a ja lubię tam pracować – w bibliotece zawsze panują cisza i spokój, tam nigdy nikt się nie spieszy. To zupełnie inny świat niż mój.

– Spokojnie, będę tam tylko przez kilka godzin i ogarnęłam już na ten czas przejęcie obowiązków – zapewniam Angelo. – Nie masz się czym martwić. Skoro obiecałam, że pomogę, to na pewno to zrobię. Czy kiedykolwiek cię zawiodłam?

Angelo robi skruszoną minę.

– Nie, tesoro – odpowiada. – Przepraszam, że w ciebie zwątpiłem.

Chcę go zapewnić, że absolutnie nie musi przepraszać, ale właśnie wtedy ktoś chwyta mnie za rękę i odciąga od Włocha. Gdy spoglądam w odpowiednim kierunku, stwierdzam, że to Mari.

– Przepraszam, Angelo, muszę porwać na chwilę Sutton – rzuca, na co Włoch macha ręką. – Ale na pewno pomoże we wszystkim, w czym obiecała, w końcu ma to we krwi!

Moja przyjaciółka chyba trochę przesadza.

Ale jedynie odrobinę.

Daję się ciągnąć przez pomieszczenie ku kątowi, gdzie Saint stoi ze swoją matką i mówi coś do niej przyciszonym głosem. Po drodze Mari ogląda się na mnie i kręci głową z dezaprobatą.

– Musisz przestać dawać się wykorzystywać – rzuca.

Przewracam oczami.

– Nie daję się wykorzystywać.

– A co właśnie zrobiłaś? – prycha. – Wszystko słyszałam. W weekend pomagasz Angelo w restauracji i panu Robertsonowi w bibliotece. Po wszystkim pewnie pójdziesz jeszcze do sklepu twoich rodziców, żeby z nimi zamknąć, a kiedy już się całkiem wykończysz, zadzwonisz do mnie, żeby zapytać, czy nie potrzebuję wsparcia na recepcji. Co jest z tobą nie tak, Sutton?

Wzruszam ramionami.

– Nic. Po prostu lubię pomagać.

– Jasne. – Moja przyjaciółka się krzywi. – Albo masz nie po kolei w głowie.

Właściwie to też jest całkiem prawdopodobne.

– Wiesz, że pieniądze się przydadzą. – Wzruszam ramionami, jakby to było nic takiego. – Susie ciągle wyrasta ze swoich rzeczy i muszę kupować nowe. A potem przychodzi ze szkoły i mówi, że jakaś nowa rzecz jest teraz modna i wszyscy ją mają, i ona też musi. Ostatnio wymyśliła sobie, że chce dostać na urodziny jakiś drogi model tyranozaura czy czegoś takiego, i poszła z tym do moich rodziców, bo wiedziała, że mnie nie będzie stać. Rozumiesz?

Popłakałam się wtedy. Czułam się z tym naprawdę okropnie.

Mari robi zatroskaną minę.

– No ale… powinni się dokładać do jej utrzymania, prawda? – pyta. – Nie powinnaś być z tym sama.

Kręcę głową, ale nie odpowiadam, bo nie mam ochoty jej tego wszystkiego tłumaczyć. Nie chodzi tylko o to, że to ja jestem prawną opiekunką Susie, a nie jej dziadkowie czy ktokolwiek inny. Po prostu… Moi rodzice wielokrotnie już uznawali, że sobie nie radzę. Od dawna obarczają mnie odpowiedzialnością za rzeczy, za które wcale nie powinni. Tym bardziej nie powiem im teraz, że mam kłopoty finansowe. Nie ma takiej opcji.

Zwłaszcza że to nieprawda. Dajemy radę. Mam swój dom, kilka prac, które przynoszą wystarczający dochód, żeby utrzymać mnie i Susie. Po prostu nie zawsze mogę sobie pozwolić na wszystkie jej zachcianki. To nic takiego.

Na szczęście musimy przerwać naszą rozmowę, gdy w końcu docieramy do Sainta i Lizzie. Widok tej ostatniej sprawia, że marszczę brwi.

– Skoro ty jesteś tutaj i my jesteśmy tutaj, to kto jest z dziećmi? – pytam niespokojnie.

Lizzie uśmiecha się szeroko.

– Garrett – informuje, na co całą trójką parskamy śmiechem. – Nie wiem, o co wam chodzi. On świetnie sobie radzi z dziećmi. Zupełnie się go nie boją. Bawią się z nim w chowanego czy coś.

Saint robi powątpiewającą minę.

– Jesteś pewna, że nie chowają się przed nim z innego powodu?

Znowu zaczynamy się śmiać, a Lizzie kręci z niedowierzaniem głową. W gruncie rzeczy jednak jestem w stanie uwierzyć, że jej partner dobrze sobie radzi z dzieciakami. Tylko Saint trochę się go bał, kiedy po wielu latach wrócił do Silver Springs, bo Garrett traktował Mari trochę jak swoją córkę i obawiał się, że Saint będzie miał wobec niej i jej pensjonatu złe zamiary. Ja tam zawsze lubiłam Garretta.

Zresztą gdyby coś było nie tak, Susie na pewno dałaby mi znać.

– Dobra, zostawcie Garretta w spokoju – prosi Mari, po czym uśmiecha się do mnie szeroko. – Chciałam z tobą pogadać o przygotowaniach do wesela. Jesteś gotowa?

Czy na to w ogóle można być gotowym?

– O, Hugh, świetnie, że też jesteś – dodaje, nie dając mi w ogóle dojść do słowa. Sięga ponad moim ramieniem i przyciąga mężczyznę do siebie tak gwałtownie, że ten aż wpada mi na plecy. – Też musisz posłuchać, co mamy do powiedzenia!

Słyszę przy uchu jakiś niezadowolony pomruk, ale zupełnie to ignoruję, odsuwając się nieco, by zrobić miejsce temu wrzodowi na tyłku. Hugh Holloway staje obok mnie, wysoki, postawny i bardzo poważny w tym swoim garniturze i za ciasnej koszuli. I…

Moment.

Czy on ma przyklejoną na koszuli naklejkę z dinozaurem?!

– Chcemy urządzić wesele w pensjonacie – oznajmia Mari z entuzjazmem, a Saint leniwie obejmuje ją ramieniem. – Nie zamierzam korzystać z pomocy wedding plannerki ani nikogo takiego, więc wszystko będzie na naszych głowach. Będzie trzeba wybrać miejsce na wesele, menu, tort, dekoracje, zespół, zaproszenia, listę gości…

– Fotografa – podpowiadam natychmiast. – Kogoś, kto zrobi wam naprawdę świetne fotki.

– Kwiaty – dodaje równocześnie Lizzie. – No i obsługa całego wydarzenia. To naprawdę mnóstwo pracy i bardzo mało czasu do ogarnięcia wszystkiego. Mówiłam dzieciakom, że może powinni poczekać nieco dłużej…

– Nie – protestują równocześnie Mari i Saint, a potem na siebie spoglądają i się do siebie uśmiechają.

Coś zaciska się boleśnie w moim wnętrzu. Z odrobiną zazdrości.

– Damy radę – oznajmiam beztrosko. – Brie, właścicielka cukierni, wisi mi przysługę. Kiedyś prowadziłam za nią sklep, gdy wylądowała w szpitalu, więc teraz na pewno mi nie odmówi, gdy będę potrzebowała pomocy. Poza tym to moja kuzynka. Znam też Freda, właściciela kwiaciarni…

– Och, no pewnie, że znasz – wtrąca z rozbawieniem Mari, po czym znacząco porusza brwiami. – Bardzo dobrze go znasz.

Pokazuję jej język. Może i kiedyś przez chwilę umawiałam się z Fredem, ale to było dawno i nieprawda.

Chociaż wspomnienie o tym nadal nieco boli – Fred uciekł, bo nie był gotowy na tak poważne zobowiązanie, za jakie uznał umawianie się ze świeżo upieczoną opiekunką prawną czterolatki.

To wszystko działo się trzy lata temu, a ja nadal nie do końca o tym zapomniałam.

– Powiedz mi lepiej, co z suknią ślubną – wtrącam, zmieniając temat. – Masz już coś na oku? Będziemy dopiero czegoś szukać?

– Umówię się na wizyty w kilku salonach z sukniami ślubnymi w Denver – wyjaśnia rozpromieniona Mari. – Sprawdzałam już mniej więcej, które są w stanie ogarnąć dla mnie coś w tak krótkim czasie. Założyłam, że pojedziesz ze mną. Ty i Lizzie, bo Saint może mnie zobaczyć dopiero w dniu ślubu.

Jej narzeczony robi oburzoną minę, na co wraz z Lizzie zgodnie wybuchamy śmiechem.

– Pewnie, chętnie z tobą pojadę – deklaruję. – Rany, już się nie mogę doczekać! Będzie super!

Hugh obok mnie mruczy coś niezrozumiałego, ale staram się go ignorować, bo choć znam go krótko, wydaje mi się, że wolałby pojawić się na pogrzebie w charakterze głównego gościa niż na ślubie jako świadek.

Zwraca tym samym na siebie uwagę Sainta, który podchodzi bliżej, obejmuje go ramieniem i klepie po piersi.

– Świetnie, że zajmiecie się tym wszystkim, dziewczyny – rzuca. – Dzięki temu my z Hugh będziemy mogli się skupić na organizacji kawalerskiego. Zrobimy imprezę, jakiej nie zapomnimy do końca życia!

Sądząc po morderczym spojrzeniu, jakie Hugh posyła swojemu przyjacielowi, będzie ono dosyć krótkie, ale za to intensywne.

Na szczęście naszą rozmowę w następnej chwili przerywa Garrett, który wprowadza dzieci do głównego pomieszczenia. Są głośne i w większości rzucają się na bufet, podczas gdy on krzyczy, że zostało tylko dziesięć minut do północy. Ktoś zaczyna rozlewać oranżadę dla dzieciaków, a ktoś inny przynosi prawdziwego szampana, żeby obdarować nim wszystkich dorosłych gości. Przez cały ten czas Hugh nie rusza się z miejsca i gapi na mnie tak, jakby zamierzał mi zrobić spojrzeniem dziurę w czole, więc w końcu mamroczę jakieś przeprosiny i zostawiam go, ruszając na poszukiwania Susie.

Znajduję ją wkrótce potem w grupie dzieciaków, które w najlepsze objadają się ciastem i popijają je oranżadą. Oczywiście. Spuszczam ją z oka na sekundę i od razu chwyta za to, za co nie powinna. Sięgam do mojego telefonu i zerkam w aplikację systemu CGM. Na szczęście wygląda na to, że wszystko jest w normie.

Macham do Susie, a ona rozpromienia się, gdy tylko mnie dostrzega. Serce mi rośnie, kiedy młoda zostawia swoje koleżanki i do mnie biegnie. Cieszę się z tego, bo jeszcze parę lat i raczej oleje mnie niż je.

Schylam się, by ją przytulić, gdy w końcu do mnie dociera. Obejmuje mnie aż za mocno.

– Dobrze się bawisz, kruszynko? – pytam.

– Świetnie! – zapewnia Susie. – Byłaś najlepszym tyranozaurem, jakiego kiedykolwiek widziałam!

Na żywo to jej pierwszy, więc niewielka konkurencja.

– To super – śmieję się. – Dobrze się czujesz?

– Tak, mamo. – Susie odsuwa się nieco i przewraca oczami, czego prawdopodobnie nauczyła się ode mnie. Moi rodzice nie będą zadowoleni. – Sprawdzałam poziom cukru, zanim coś zjadłam i wypiłam. Nie jestem głupia i nie jestem dzieckiem.

– Definitywnie wciąż jesteś dzieckiem, Susie – stwierdzam pewnie, na co mała się krzywi. – Ale nie jesteś głupia, to trzeba ci przyznać.

W tym samym momencie rozpoczyna się odliczanie do północy; chwytam Susie za rękę i razem do niego dołączamy, czekając na rozpoczęcie nowego roku.

Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepszy niż poprzedni.

Ale skoro mam obok siebie Susie, to cała reszta tak naprawdę nie ma znaczenia.

Rozdział 4.

Hugh

– Już wyjeżdżasz?

Zatrzymuję się na schodach prowadzących na parking przed pensjonatem Mari i Sainta, po czym odwracam. Lodowaty wiatr niosący ze sobą drobinki śniegu uderza mnie w twarz, więc stawiam kołnierz płaszcza, żeby się ochronić przed tą nieludzką pogodą.

W Denver nigdy nie jest aż tak mroźnie.

W wejściu do pensjonatu stoi siedmiolatka w różowej spódniczce i T-shircie z dinozaurem. Zdaje się, że miała na imię Susie.

– Tak, jadę do domu – odpowiadam, marszcząc brwi. – Wracaj do środka, bo się rozchorujesz. Jest naprawdę zimno.

– Wiem. – Susie uśmiecha się łobuzersko. – Gdyby mama zobaczyła, że wyszłam bez kurtki, byłaby zła. Ale nic jej nie powiesz, prawda?

Na szczęście nie znam jej matki i nie zamierzam poznawać. Mogę spokojnie przytaknąć.

– Gdzie mieszkasz? – Młoda z ciekawością przechyla głowę. – Jedziesz do miasteczka?

Waham się przez chwilę, zastanawiając, ile wyjawić tej małej. Normalnie niechętnie mówię o sobie obcym, zwłaszcza tak wścibskim jak ona, ale to przecież tylko dziecko. Ile ona może mieć lat, sześć? Nic się przecież nie stanie, jeśli jej coś o sobie zdradzę.

– Nie, wracam do Denver – wyjaśniam. – Tam mieszkam.

Młoda się rozpromienia.

– Ojej, to tak jak ciocia Mari i wujek Saint przez połowę roku! – szczebiocze, a ja zaczynam się wreszcie zastanawiać, kim ona właściwie jest, skoro nazywa mojego przyjaciela wujkiem. – Znacie się stamtąd? Czym jeździsz? Wujek Saint miał kiedyś Bugatti, ale je skasował na drodze, wiesz?

Wiem. Opowiadał mi o tym, zanim przyjechałem do Silver Springs, radząc, żebym wynajął porządniejszy samochód. Nie posłuchałem.

– Tak, znamy się stamtąd – wyjaśniam cierpliwie. – Wiem. I jeżdżę Chevroletem Corvette. Widzisz go? Tam stoi.

Wskazuję jej odpowiednie miejsce na parkingu, gdzie rzeczywiście czeka mój samochód. Aż się boję drogi do domu w takich warunkach; normalnie pewnie rzeczywiście wypożyczyłbym lepsze auto na tutejsze drogi, ale do ostatniej chwili odwlekałem decyzję o przyjeździe, przekonany, że wolałbym zakopać się pod kocem w moim własnym mieszkaniu i wypić drinka w samotności.

Nadal uważam, że taki sposób spędzenia wieczoru byłby dużo lepszy od tego, przez co musiałem przejść.

Wzrok Susie podąża do miejsca, które jej wskazuję, a jej duże piwne oczy się rozszerzają. Zabawne, że kojarzą mi się z kimś.

Potrzebuję sekundy, żeby ogarnąć z kim, a potem przypominam sobie to wkurzone spojrzenie kobiety, która właśnie zdjęła z głowy kostium dinozaura, i czuję nagle odrobinę niepokoju. Rzeczywiście oczy Susie są zupełnie takie jak oczy Sutton.

Ale to nic dziwnego, prawda? Silver Springs to małe miasto. Rzeczywiście mogą być spokrewnione.

– Fajny – kwituje w końcu Susie, przenosząc wzrok z powrotem na mnie. – Przewieziesz mnie?

Jasne, już pędzę.

– Nie ma mowy – odmawiam natychmiast. – Po pierwsze twoja matka pewnie uznałaby, że cię porwałem, a wolałbym nie dostać tu łatki porywacza dzieci. A po drugie ulice są śliskie i jazda w moim aucie nie będzie teraz należała do najbezpieczniejszych.

Susie robi smutną minkę i ze zrozumieniem kiwa głową. Najwidoczniej spodziewała się takiej odpowiedzi, ale i tak liczyła na inną.

Naiwniaczka. Musiałbym być niespełna rozumu, żeby ją wpuścić do mojego autka.

– No dobrze – wzdycha. – Skoro już musisz jechać, to trudno. Poczekaj, dam ci jeszcze jedną naklejkę z dinozaurem.

Zaczyna grzebać w swojej torebce, którą nadal ma przewieszoną przez szyję, a ja zwracam oczy do nieba, drżąc z zimna. Mam na sobie wełniany płaszcz, ale na tym zadupiu jest naprawdę, ale to naprawdę zimno. Jakim cudem ta mała wytrzymuje – wprawdzie stojąc w drzwiach, ale jednak w samej koszulce i spódniczce?

Zanim zdąży znaleźć w torebce to, czego szuka, z głębi pensjonatu dobiega nas głos, na którego dźwięk młoda sztywnieje.

– Susie! Co ty tutaj robisz?!

Mnie też wydaje się znajomy, a kiedy już prawie przyporządkowuję go do odpowiedniej osoby…

W drzwiach obok dziewczynki pojawia się Sutton Clarke.

Ta sama Sutton Clarke, która jeszcze niedawno sztyletowała mnie spojrzeniem, jakby zamierzała mnie nim zabić. Ta o identycznych piwnych oczach jak u małej Susie. Ale to chyba niemożliwe…

– Żegnałam się z moim nowym znajomym, mamo – odpowiada mała niewinnie, uśmiechając się do dziewczyny. – Zaraz wracam do środka.

– Czyli już, tak? – pyta nieustępliwie Sutton, a Susie przewraca oczami.

Jest w tym prawie tak dobra jak jej… mama?

Przenoszę wzrok z jednej na drugiej, ciągle nie dowierzając. Sutton wygląda na jakieś dwadzieścia dwa lata (choć nigdy nie byłem dobry w określaniu wieku po wyglądzie), a młoda na zbyt dużą, by mogła być jej córką. Musiałaby ją urodzić, gdy była nastolatką, a to jakoś mi nie pasuje do Sutton, którą już zdążyłem poznać.

Tylko że… tak naprawdę nie mam pojęcia, jaka była i co robiła jako nastolatka, poza tym tej dzisiejszej też wcale nie znam dobrze.

A co więcej – nawet nie powinno mnie to obchodzić.

– Zaraz – powtarza tymczasem uparcie Susie. – Właśnie prosiłam Hugh, żeby mnie przewiózł swoim samochodem. Wiesz, że ma Chevroleta Corvette? Mogłabym, mamo?

– Absolutnie nie – protestuje natychmiast Sutton, a potem zerka na mnie z oburzeniem. – Zawsze zaczepiasz obce dziewczynki i proponujesz im przejażdżkę twoim samochodem?

Okej… to zdecydowanie nie brzmi dobrze.

Ale przecież nie zrobiłem nic złego, prawda? W ogóle nie zachęcałem Susie ani nic.

– Mamo, to moja wina – wtrąca młoda, zanim ja zdążę się odezwać. – To ja prosiłam Hugh o przejażdżkę i ja go zaczepiłam. On nawet nie chciał się zgodzić.

Spojrzenie Sutton z jakiegoś powodu jeszcze bardziej twardnieje.

– I dobrze – mamrocze. – Może ma jakieś resztki rozsądku.

Och. No w porządku.

Sutton zbliża się do Susie i opiekuńczym gestem kładzie dłoń na jej ramieniu. Przyglądam się przez chwilę im obu: chociaż mają różne kolory włosów i różne rysy twarzy, zdecydowanie jest w nich jakieś podobieństwo. Młoda nawet powtarza ruchy swojej mamy, co każe mi przypuszczać, że jest w nią mocno wpatrzona. Mogłem domyślić się wcześniej, że są spokrewnione.

Ale cóż… Cały ten wieczór to dla mnie wyjście poza strefę komfortu, więc nic dziwnego, że jestem mniej spostrzegawczy niż zazwyczaj. Na tej imprezie było naprawdę dużo bodźców.

– Dzięki za naklejkę z dinozaurem. – Wskazuję odpowiednie miejsce, kiwając głową Susie, która się rozpromienia. – Pójdę już, ale wy bawcie się dobrze. Cześć!

Celowo ignoruję Sutton, zmuszając się, by nawet na nią nie spojrzeć. Ona też milczy, kiedy młoda się ze mną żegna, a ja odwracam się w końcu i ruszam w kierunku parkingu i samochodu. Tylko raz ślizgam się po drodze w moich butach, bo absolutnie nie są odpowiednie na taką pogodę.

Chcę jak najszybciej wrócić do Denver i zapomnieć o tym wieczorze.

Chyba jednak nie opuszczę Silver Springs tak szybko, jak sądziłem.

Staje się to dla mnie jasne już po kilku milach, kiedy po przejechaniu przez centrum kieruję się ku wyjazdowi z miasteczka. O ile drogi na głównej ulicy były w miarę odśnieżone, o tyle cała reszta już nie bardzo. Droga wyjazdowa wygląda naprawdę źle. Muszę mocno zwolnić, żeby nie stracić kontroli nad pojazdem, bo opony mojego Chevroleta nie są przystosowane do śliskiej, ośnieżonej trasy. Chociaż jestem niezłym kierowcą, denerwuję się coraz bardziej z każdą przejechaną milą, obawiając się, że skończę na którymś pobliskim drzewie. Zwłaszcza gdy przypominam sobie historię Sainta o tym, jak kiedyś on skasował swoje auto w podobny sposób.

A potem natrafiam na osuwisko.

Droga prowadzi akurat wzdłuż zbocza jednej z gór, gdy to zauważam. Niedawno musiała osunąć się tutaj masa śniegu i kamieni, a lawina całkowicie zatarasowała przejazd. Na szczęście jadę wystraczająco powoli, by zatrzymać się na czas; przez chwilę po prostu gapię się przed siebie, nie wierząc w to, co widzę.

Z tego, co mi wiadomo, droga wyjazdowa z Silver Springs jest jedna. Zresztą raczej i tak nie znajdę o tej porze żadnego objazdu. Chociaż niespecjalnie mam na to ochotę, w końcu odpinam pas i wysiadam, żeby się rozejrzeć.

Jest naprawdę paskudnie zimno. Zapinam płaszcz i opatulam się szalikiem, jednak niewiele to daje, bo lodowaty wiatr wciska się pod wszystkie moje ubrania. Robię kilka kroków w kierunku osuwiska i rozglądam się dookoła. Wydaje mi się, że ściana góry nadal nie wygląda zbyt dobrze; raczej tak, jakby jeszcze więcej śniegu i kamieni mogło się od niej oderwać.

Niedobrze.

Na poboczu leży tyle śniegu, że nie dam rady w żaden sposób objechać osuwiska. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zawrócić do Silver Springs.

Po prostu świetnie.

Nie żeby w Denver ktoś na mnie czekał. Nie mam nawet psa, chociaż zawsze chciałem, bo pracuję zbyt dużo i zbyt często nie ma mnie w domu, żeby trzymanie jakiegokolwiek zwierzaka miało sens. Nie mogłem się jednak doczekać powrotu. Tylko tam czuję się w pełni swobodnie, a klimat Silver Springs zupełnie mi nie odpowiada.

Okej, jeździłem dawno temu na nartach i może chętnie wróciłbym na stok… ale czy w tym celu naprawdę muszę spędzić noc w obcym miasteczku?

Wyciągam telefon i wybieram numer Sainta. Bardzo szybko orientuję się jednak, że nie mam zasięgu.

Po prostu zajebiście.

Zawrócenie na wąskiej drodze zajmuje mi zdecydowanie zbyt dużo czasu. Podobnie powrotna droga do Silver Lodge, a potem pensjonatu Sainta i Mari, bo staję się jeszcze ostrożniejszy na trasie, bojąc się kolizji. A kiedyś wyśmiewałem się z przyjaciela, który skasował tutaj swoje Bugatti.

Naprawdę nie chcę podzielić jego losu.

Kiedy w końcu zajeżdżam pod pensjonat, jestem już spocony ze zdenerwowania. Wysiadam na zewnątrz i daję sobie chwilę na ochłonięcie, zanim wrócę do środka. Nadal dobiegają stamtąd odgłosy imprezy, co jeszcze bardziej mnie zniechęca. Ostatecznie jednak do środka przegania mnie mróz.

Nikt nawet nie zauważa, że wróciłem. Kieruję się prosto do recepcji, choć pewnie powinienem najpierw poszukać Mari albo Lizzie. Dostrzegam tam jednak ruch, więc mam nadzieję spotkać kogoś kompetentnego, dopóki nie zauważam, że za kontuarem na wysokim stołku siedzi Susie.

Serio. Co ona tu w ogóle robi? Dlaczego nie bawi się z resztą dzieci albo nie śpi?

– Cześć, wróciłeś! – Na mój widok się wyszczerza, a ja nie mogę już uciec, bo próbuję udawać normalnego człowieka. – Zatęskniłeś za nami?

– Nie – odpowiadam, na co uśmiech znika z jej twarzy. – Droga wyjazdowa z miasta jest zablokowana. Z kim powinienem o tym porozmawiać?

– Zawołam mamę! – krzyczy, a potem zeskakuje ze stołka i znika, zanim zdążę zaprotestować.

Po prostu świetnie.

Tylko tego mi brakowało.

Znając sympatię Sutton do mnie, zapewne wyrzuci mnie na bruk, kiedy tylko usłyszy, co się stało.

Opieram się o kontuar i wzdycham, bo denerwuje mnie cała ta sytuacja. Spoglądam w telefon: dalej nie mam zasięgu. Co tu się, do diabła, dzieje?

Słyszę zbliżające się kroki i mentalnie przygotowuję się na kolejną konfrontację, na którą nie mam ochoty. Z jakiegoś powodu domyślam się, że gdy Sutton ponownie się pojawi, wcale nie będzie do mnie przychylnie nastawiona. I na pewno powie coś złośliwego.

Dopiero co ją poznałem, a już czuję się tym zmęczony.

– To znowu ty – odzywa się, a kiedy podnoszę na nią wzrok, stwierdzam, że niestety dalej wygląda tak pięknie jak wcześniej. Byłoby prościej, gdyby nie okazała się taka ładna. – Co zrobiłeś? Zablokowałeś nam wyjazd z miasteczka?

Oczywiście.

Dlaczego mnie nie dziwi, że obarcza mnie odpowiedzialnością za zejście lawiny?

Rozdział 5.

Sutton

Mamy problem.

Mamy naprawdę spory problem, bo głupi przyjaciel Sainta nie może opuścić Silver Springs, nie ma gdzie przenocować, a w Silver Lodge nie został ani jeden wolny pokój.

W każdej innej sytuacji pewnie kazałabym mu spać w samochodzie, ale przecież nie w taką pogodę. Mimo wszystko nie chcę mieć na sumieniu życia tego typa. Jeszcze by mnie przez to nawiedzał po śmierci i dopiero miałabym kłopot.

Sprawdzam system przez jakieś dziesięć minut, zanim w końcu ostatecznie się poddaję. Jest sylwester, wielu gości chciało go spędzić z dala od własnych domów, za to blisko stoków narciarskich. Mamy komplet. Prawdopodobnie podobnie będzie w innych pensjonatach w mieście. Mogę do nich zadzwonić, w większości z nich kogoś znam, ale jest naprawdę późno. Nie każdy organizuje sylwestrowe zabawy do rana jak my. Nie chcę nikogo budzić ze snu po to, by zapytać o możliwość zakwaterowania gościa w garniturze, który przyjechał tu Corvettą.

Na szczęście Susie gdzieś uciekła i jedyną osobą, która plącze mi się teraz pod nogami, jest Hugh Holloway. Gapi się na mnie ponuro zza kontuaru, nie spuszczając ze mnie wzroku i nie mrugając. Ten facet jest jak pieprzony robot.

– I jak, szarlotko? – pyta w końcu z przekąsem. – Znajdzie się dla mnie jakiś nocleg na dziś?

Zgrzytam zębami, ale nie zamierzam mu wypominać tego głupiego, małostkowego przezwiska. Zerkam za to na naklejkę z dinozaurem na jego koszuli, którą w którymś momencie musiała mu podarować Susie.

– Masz pecha, dinozaurze – odpowiadam. – Mamy komplet. Nie znajdę dla ciebie nawet wolnego schowka na miotły.

Chociaż chętnie umieściłabym go w komórce pod schodami, gdyby Silver Lodge ją posiadało.

Hugh z zafrasowaniem marszczy brwi, aż okulary zsuwają mu się odrobinę niżej na nosie. Poprawia je zniecierpliwionym gestem.

– Nie wierzę – prycha. – To naprawdę duży pensjonat. Może mógłby sprawdzić ktoś inny niż ty?

Aha.

Co za palant.

– Bo co, bo nie znam się na swojej pracy? – pytam obruszona. – Czy może uważasz, że celowo kłamię, żeby wyrzucić cię na zewnątrz?

Jego powątpiewająca mina mówi wszystko na temat tego, co o mnie myśli.

Czy Mari i Saint obrażą się na mnie, jeśli mu przyłożę? Jeśli złamię mu nos teraz, do ich wesela chyba się zagoi, prawda?

– Nie okłamuję cię – warczę. – Nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłabym dzisiaj, żeby spał na zewnątrz. Ale nie mamy nic wolnego i nic na to nie poradzę.

– Może jednak sprawdź jeszcze raz – proponuje nieustępliwie, a ton jego głosu niewiele ma wspólnego z prośbą. – Tak na wszelki wypadek…

– Słuchaj, palancie…

– Wszystko w porządku? – dobiega nas nagle znajomy kobiecy głos. – Hugh, Susie wspomniała, że wróciłeś. Co się dzieje?

Prostuję się gwałtownie, widząc zbliżającą się Mari; nawet się nie zorientowałam, kiedy zaczęłam się niebezpiecznie pochylać w stronę Hugh. On robi to samo po swojej stronie kontuaru, a sądząc po spojrzeniu, jakie mi rzuca, był bliski zaciśnięcia dłoni na mojej szyi.

Może to jednak nie jest palant, a psychopata.

Ponieważ on nie kwapi się do wyjaśnień, to ja opowiadam Mari, co się stało. Moja przyjaciółka marszczy brwi i przechodzi na moją stronę kontuaru, a za nią przemyka do nas Susie. Odruchowo mierzwię jej włosy i sadzam ją na jedynym znajdującym się tu, wysokim stołku, na którym będzie jej najwygodniej. Nieskrępowana zaczyna gawędzić o czymś z Hugh – serio, jakim cudem oni się poznali i właściwie kiedy? – a Mari odsuwa mnie, by spojrzeć w system.

Miło, że ma do mnie takie zaufanie.

– Sutton się nie myliła – deklaruje w końcu. – Rzeczywiście nie mamy nic wolnego. Zadzwonić do innych pensjonatów w Silver Springs?

Posyłam jej protekcjonalne spojrzenie.

– O drugiej w nocy?

– No fakt. – Robi zafrasowaną minę. – To może poproszę Lizzie i Garretta, żeby przenocowali Sainta i mnie u siebie, a tobie oddamy nasz pokój…

– My mamy w domu pusty pokój gościnny – wtrąca nagle niewinnie Susie.

Całą trójką spoglądamy na nią, każde z zupełnie inną miną. Hugh jest zaskoczony, Mari wygląda, jakby rozważała tę opcję, ja natomiast mam ochotę zamordować moją siostrzenicę. Zrobiła się zdecydowanie zbyt wygadana jak na mój gust.

I dlaczego, na litość boską, właściwie polubiła tego typa?

– I co z tego? – pytam w końcu cierpko. – Nie po to, żeby przyjmować do niego obcych ludzi.

Susie posyła mi spojrzenie, którego musiała się nauczyć od mojej mamy – to, pod wpływem którego mam ochotę się skulić. Skubana ma siedem lat, a już opanowała je lepiej ode mnie.

– Hugh nie jest obcy, to przyjaciel wujka Sainta – przypomina. – I to ty zawsze mi powtarzasz, że powinniśmy pomagać ludziom. Więc skoro możemy pomóc, to dlaczego tego nie zrobimy?

No właśnie, dlaczego?

Otwieram usta, żeby się wytłumaczyć, ale nie udaje mi się powiedzieć ani słowa, bo zwyczajnie nie wiem co. Z perspektywy Susie to pewnie rzeczywiście jest takie proste – użyczyć pokoju gościnnego przyjacielowi Sainta, za którego oboje z Mari pewnie mogą ręczyć. Poza tym…

Czy przypadkiem to nie ja w tej sytuacji przesadzam? Hugh Holloway może i jest dupkiem, ale prawdopodobnie jestem do niego odrobinkę uprzedzona. Tylko troszkę. Czy ciut dobrej woli by mnie zabiło?

– Nie chcę się wam narzucać, Susie – odzywa się w końcu Hugh, gdy cisza między nami się przedłuża. – Twoja mama na pewno nie czułaby się bezpiecznie z obcym mężczyzną w domu. No i nie wiem, co na to reszta waszej rodziny.

Siłą powstrzymuję się od przewrócenia oczami, bo mam wrażenie, że w ten sposób dyskretnie chce podpytać, czy mieszkam z ojcem Susie. Zanim jednak zdążę odpowiedzieć, młoda macha lekceważąco ręką.

– Mieszkamy we dwie – informuje go. – Dziadkowie mają dom obok.

– Słuchajcie, to nie byłoby takie złe rozwiązanie – wtrąca łagodnie Mari, zanim zdążę opieprzyć moją siostrzenicę za wyjawianie obcemu facetowi, że mieszkamy same. – Oczywiście nie będę was do niczego zmuszać ani namawiać, ale chcę, żebyś wiedziała, Sutton, że byłybyście z Hugh całkowicie bezpieczne. Saint ufa mu prawie tak bardzo, jak ja ufam tobie, więc sama rozumiesz. Ale nie chcę, żebyś robiła coś wbrew sobie, więc…

– Serio, prześpię się gdziekolwiek – wtrąca Hugh ponuro. – Nie chcę z tego kręcić afery. Mogę zasnąć nawet na podłodze tu na zapleczu, o ile dacie mi jakiś materac. Nie zamierzam robić nikomu problemu.

Chyba perspektywa jego śpiącego na podłodze w tej klitce w biurze Mari sprawia, że w końcu pękam. Może i go nie znam oraz niespecjalnie lubię, ale to przyjaciel Mari i Sainta. Mogę mu zaufać chociaż odrobinę.

Poza tym Susie nie dałaby mi spokoju, gdybym odmówiła mu pomocy.

– Dobra – decyduję niechętnie, a moja siostrzenica piszczy z radością. – Możesz u nas przenocować.

Jego ciemne oczy skupiają się niepodzielnie na mnie, a to z jakiegoś powodu sprawia, że zaczynam odczuwać odrobinę niepokoju.

– Na pewno? – pyta, podczas gdy Susie podrywa się ze stołka i zeskakuje na podłogę, na co moje serce drży odrobinę w strachu, że skręci sobie kostkę. Nic takiego się jednak na szczęście nie dzieje. – Jeśli to problem, to naprawdę mogę…

– To żaden problem – zapewniam szorstko. – Mam pokój gościnny, w którym możesz przenocować. I tak obecnie stoi pusty.

Od jakichś dwóch lat, odkąd Riley ostatni raz wymeldowała się z naszego życia.

Wymieniam spojrzenia z Susie i jestem pewna, że obie myślimy o tym samym, ale żadna z nas nie mówi tego na głos. Temat Riley w ogóle rzadko bywa poruszany w naszym domu. Nawet jeśli Susie nauczyła się mówić do mnie „mamo”, doskonale wie, że nie jestem jej biologiczną matką, i zdaje sobie sprawę, co stało się z tą prawdziwą. Wychowuję Susie na pewną siebie i swojej wartości dziewczynkę, ale gdzieś głęboko w niej pewnie wciąż siedzi to, że jej własna mama nie uznała jej w swoim życiu za najważniejszą.

Nigdy nie popełnię tego błędu.

– Na pewno? – powtarza tymczasem Hugh.

Susie wydaje z siebie niecierpliwy jęk.

– Tak, mama już powiedziała, że na pewno – przypomina, po czym obchodzi kontuar i chwyta Hugh za rękę. – Chodź, możemy już jechać do domu! Zawieziesz nas swoim supersamochodem, prawda?

Susie chyba wyrośnie na blacharę.

– Nie! – protestujemy równocześnie z Hugh.

Zerkamy na siebie; ja robię zszokowaną minę, a on marszczy brwi. Aż dziwne, że się w tym zgodziliśmy.

– Mój samochód nie jest przystosowany do tutejszych dróg i do tej pogody – wyjaśnia spokojnie Hugh. – Będzie lepiej, jeśli dostaniemy się do waszego domu w inny sposób.

Susie marszczy nos.

– Ale ty sam jakoś tutaj przyjechałeś i nic ci się nie stało.

– Hugh może ryzykować własne życie, jeśli chce – ucinam stanowczo. – Ale na pewno nie będzie ryzykował twojego. Dobra, impreza i tak już się kończyła. Idź pożegnać się z koleżankami, Su, zaraz się zbieramy.

Susie przytakuje, zostawia Hugh w spokoju i biegnie z powrotem do sali, w której po północy dzieciaki uparły się jeszcze trochę pobawić, a ja zostaję sama z moją przyjaciółką i tym wkurzającym facetem. Zanim Hugh ponownie zrobi coś głupiego, Mari przytula mnie mocno i szepcze mi do ucha:

– Nie zabij go, proszę. Potrzebujemy go na naszym ślubie jako świadka.

No tak. Dobrze wiedzieć, że Mari ma swoje priorytety.

– Na pewno nie chcesz, żebym poprowadził?

Posyłam Hugh nieżyczliwe spojrzenie, a potem odblokowuję drzwi w samochodzie i pomagam Susie wsiąść na jej miejsce na tylnej kanapie. Ponieważ jest dosyć drobna, cały czas musi jeździć w foteliku, co czasami ją wkurza, ale na szczęście moje dziecko rozumie wymogi bezpieczeństwa i godzi się z nimi bez protestów.

– Nie – odpowiadam krótko.

Hugh opatula się swoim płaszczem i sceptycznie spogląda na drogę prowadzącą do wyjazdu z pensjonatu.

– Napadało naprawdę dużo śniegu…

– Mieszkam w Silver Springs całe życie – przerywam mu cierpko. – Wiem, jak się tędy jeździ. Pierwszy raz wsiadłam za kółko właśnie tutaj. Chcesz mi powiedzieć, że przyjechałeś sobie z Denver sportowym cacuszkiem i wiesz ode mnie więcej o prowadzeniu w takich warunkach?

Hugh unosi dłonie.

– W porządku – mamrocze. – Nie chciałem poddawać w wątpliwość twoich umiejętności, tylko pomóc.

Kręcę głową, ale nie zaszczycam go odpowiedzią, bo szczerze wątpię w jego dobre intencje. Zamiast tego wyganiam go na drugą stronę mojego porządnego, przystosowanego na tutejsze warunki SUV-a, po czym wsiadam za kierownicę.

Droga do mojego domu zajmie nam jakiś kwadrans i prawdę mówiąc, już się nie mogę doczekać, aż się tam znajdę, niezależnie od naszego nieproszonego gościa. Jestem zmęczona, mam dość tego dnia i chcę tylko położyć się we własnym łóżku. Przed całą imprezą pomagałam Mari i Saintowi w organizacji, przygotowałam nawet część jedzenia i przywiozłam moją popisową szarlotkę, a na nogach byłam chyba od piątej rano, więc to najwyższy czas, żeby wreszcie odpocząć.

– Dobra, jedziemy. – Odwracam się do Susie i posyłam jej szeroki uśmiech. – Prosto do domu.

Susie pokazuje mi uniesiony kciuk, a gdy włączam silnik, podchwytuję uważne spojrzenie Hugh, które postanawiam zignorować. Tak chyba w ogóle będzie najlepiej, jeśli chodzi o tego faceta. Ignorować go tak bardzo, jak tylko się da.

Chociaż czuję, że bardzo szybko pożałuję zaproszenia go na noc.

Rozdział 6.

Hugh

Sutton i Susie mieszkają po drugiej stronie miasteczka, w niewielkim parterowym domu w stylu ranczerskim, o ciemnoczerwonej elewacji z desek i dużych oknach. Otacza go spora ilość sosen i innych drzew iglastych, których nie rozpoznaję, dzięki czemu budynek jest nieco oddzielony od sąsiednich posesji.

Chodnik wokół domu i podjazd wyglądają na niedawno czyszczone, ale śnieg, którego napadało w ostatnich godzinach, powoli znowu je zasłania. Myślę sobie, że może rano w ramach odwdzięczenia się za gościnę odśnieżę okolicę – oczywiście o ile moja gospodyni mi pozwoli. Znając ją, może uznać, że będę chciał jej zrobić krzywdę łopatą.

Trzeba jej jednak przyznać, że Sutton jest całkiem niezłym kierowcą. Przez całą drogę do jej domu prowadziła pewnie i spokojnie, choć na początku miałem nieuzasadnione wątpliwości. Muszę przyznać, że chyba kierowały mną pewne stereotypy. Tymczasem moja dzisiejsza gospodyni radzi sobie na tutejszych drogach lepiej ode mnie.

– Wysiadka – oznajmia Sutton, gasząc silnik na podjeździe. Potem posyła mi ostre spojrzenie, na które zupełnie sobie nie zasłużyłem. – Ty też. Chyba że chcesz jednak nocować na zewnątrz.

Niby dlaczego miałbym tego chcieć…?

Susie chichocze, jakby uznała to za niezły dowcip, a potem całą trójką wysiadamy z auta. Młoda ziewa przez całą drogę do wejścia do domu, aż w którymś momencie traci skupienie i ślizga się na cienkiej warstewce zamarzniętego lodu. Idąca przodem Sutton odwraca się, by sprawdzić sytuację, a ja przytrzymuję młodą za ramię, mocno wczepiając palce w materiał jej różowej puchowej kurteczki.

– Dzięki, Hugh – rzuca mała wesoło, a potem odwraca się do swojej mamy. – Widziałaś? Hugh uratował mnie przed upadkiem. Teraz już totalnie należy mu się nocleg.

Sutton przewraca oczami, ale nie odpowiada, tylko otwiera drzwi i gestem zaprasza nas do środka.

Jestem bardzo ciekaw, jak mieszka ta kobieta – która w towarzystwie każdego poza mną wydaje się raczej uprzejma i radosna – więc chętnie wchodzę do środka zaraz za Susie, którą przepuszczam przodem, i rozglądam się dookoła.

Muszę przyznać, że trochę się tego spodziewałem.

Moje mieszkanie w Denver jest nowoczesne i monochromatyczne – z kolorów mam tam tylko czerń i biel, w dodatku bez żadnych wzorów, a z materiałów stal, beton i szkło. Moi znajomi uważają, że wnętrza są ponure i depresyjne, ale ja je lubię, bo nic mnie w nich nie przytłacza i nie zajmuje niepotrzebnie moich myśli. Mogę tam zarówno odpoczywać, jak i pracować, nie bojąc się, że coś mnie rozproszy.

Tutaj jest zupełnie inaczej.

Od wejścia trafiam od razu do sporych rozmiarów salonu połączonego z jadalnią i kuchnią. Kiedy Sutton włącza światło, stwierdzam, że pomieszczenie jest bardzo kolorowe: na kanapie leżą koce i poduszki w różne wzory, meble w kuchni są częściowo pomalowane na różowo, na podłodze leży niebiesko-fioletowy dywan, a jedna ze ścian jest zielona. W dodatku pod sufitem ktoś zawiesił kulę dyskotekową albo coś w tym stylu, co odbija światło i rzuca na podłogę nieregularny wzór.