Raz w roku w Skiroławkach. Tom 2 - Zbigniew Nienacki - ebook
Opis

Powieść o wsi na Mazurach, w której przeplatają się wątki obyczajowe, kryminalne, psychologiczne, autobiograficzne i z obszaru integracji po II wojnie światowej. Nawiązuje też do mazurskich legend (kłobuk - demon opiekujący się domowym ogniskiem, przyjmujący postać zmokłej kury, można go "wyhodować" zakopując pod progiem domu martwy płód). Nie brakuje też dosłownych opisów seksualnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 588

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach

Tom 2

Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach

Tom 2

Wydanie I

Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Marcin Nowak

Skład i łamanie • Marcin Nowak

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

[email protected]

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2017

ISBN • 978-83-7741-117-9

Liber Novus 2017

O tym,że człowiek jest podzielonyi sam sobie przeciwny

O trzysta kroków od mokradeł, na których zimowała locha z warchlakami i tkwił w bagnie stary czołg, o pół kilometra od domu doktora i o dwadzieścia kroków od szosy, znajdował się podłużny wykop, gdzie przed laty dołowano sadzonki. Wokół rósł las bukowy o gęstym poszyciu, mało kto w to miejsce zaglądał, ponieważ nie było tu ani jagód, ani malin. W to właśnie miejsce schronił się drwal Paweł Jarosz, kiedy zobaczył na leśnej drodze samochód nadleśniczego Kociuby. Minionej nocy Jarosz wypił zbyt wiele, wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie i przez to spóźnił się do pracy na zrębie. Gdyby w takim stanie ujrzał go Kociuba — Jarosz straciłby premię. Tedy skoczył w las i ukrył się w dole po sadzonkach.

Przekrwione oczy Pawła Jarosza wypatrywały między drzewami nadleśniczego, w ustach czuł mdlący smak wypitej nocą wódki, las pachniał alkoholem, ale przecież silniejszym był smród dobywający się z dołu po sadzonkach. Rozejrzał się więc Paweł Jarosz i stwierdził, że spod warstwy ziemi i zeschłych liści wystają dwie gnijące ludzkie nogi. Z krzykiem wielkim wyskoczył z dołu i, niepomny na groźbę utraty premii, oddał się w ręce nadleśniczego Kociuby. A ten, potwierdziwszy własnymi oczami ów zauważony przez Jarosza przerażający fakt, zapomniał o naganie dla drwala i z leśniczówki Biesy natychmiast zatelefonował do komendanta posterunku, starszego sierżanta Korejwy.

W godzinę później dół po sadzonkach był już obstawiony przez milicjantów z Trumiejek, w dwie godziny potem przyjechał major Kuna i kapitan Śledzik, a razem z nim ekipa z lekarzem, fotografem i innymi specjalistami z dziedziny kryminalistyki. A choć nikogo z wioski nie dopuszczono do dołu, to jednak w Skiroławkach wiadomym się stało, że lisy wygrzebały z ziemi zwłoki nagiej dziewczyny, która na szyi miała zawiązany biustonosz. Pod warstwą liści odkryto jej zimowe buty, wełnianą sukienkę, grube rajstopy, sweter, kurtkę ortalionową, torebkę z dokumentami osobistymi i odrobiną pieniędzy. Zimowe ubranie, a także daleko posunięty rozkład zwłok świadczyły, że dziewczynę zamordowano późną jesienią lub w zimie, dokumenty zaś informowały, że pochodzi ona z małej wioski w dalekich stronach, skąd pod koniec listopada zgłoszono milicji o jej zniknięciu. Dlaczego dziewczyna z drugiego końca kraju znalazła się koło Skiroławek i to w pobliżu polanki, gdzie w ten sam sposób zabito małą Haneczkę — nikt we wsi nie umiał wyjaśnić, ale odpowiedź na to znaleźć musieli dwaj oficerowie służby kryminalnej.

Zwłoki dziewczyny odjechały w worku foliowym. Opuścili też wioskę pracownicy ekipy śledczej i tylko major Kuna i kapitan Śledzik chodzili od chałupy do chałupy wypytując, czy nikt z wioski owej dziewczyny żywej nie widział w listopadzie ubiegłego roku lub może wcześniej. Czy nikt nie znal i nie zapraszał do siebie albo nie słyszał, żeby ją ktoś inny gościł. Odwiedzili też i doktora Niegłowicza, który najbliżej owego strasznego dołu mieszkał, lecz on stwierdził, że dziewczyny pokazanej mu na fotografii w dowodzie osobistym nigdy w życiu nie napotkał.

Następnego dnia doktor był w tak złym humorze, że kilku pacjentów wolało cichaczem opuścić poczekalnię w ośrodku zdrowia i innego dnia zjawić się po poradę na swoje dolegliwości. Niektórzy musieli, niestety, pozostać — tak jak pewien traktorzysta z przysiółka koło Trumiejek, który po pijanemu wpadł traktorem na ścianę swojej obory i żebra sobie połamał; lękając się jednak, że utraci prawo jazdy, dwa dni przesiedział w domu, dopóki alkohol mu z ciała nie wyparował. Tego traktorzystę doktor o mało po gębie nie sprał, mimo że ten z powodu strasznego bólu raz po raz w poczekalni nieomal przytomność tracił. Podobnie potraktował młodą mężatkę z Liksajnów, która w tydzień po porodzie za pranie się wzięła, dziewięć szwów jej puściło, a ona, zamiast zaraz udać się do lekarza, jeszcze przez tydzień zwlekała, aż jej całe krocze zropiało. Matkę tej młodej mężatki doktor wyzwał od kurew — zgodnie z prawdą zresztą, gdyż wielu ją za taką miało — ale takich słów nie wykrzykuje się w ośrodku zdrowia. Było jednak dla ludzi oczywiste, że to z powodu zamordowanej dziewczyny doktor tak się gniewa na wszystkich.

Wieczorem, tuż przed kolacją, zjawił się u niego kapitan Śledzik i tak zaczął:

— Pan tu zna wszystkich ludzi, doktorze...

Niegłowicz mu przerwał i, chodząc nerwowo po salonie, głośno mówił:

— Nie znam nikogo, kapitanie. Tu upłynęła moja młodość. Tu mieszkam i leczę ludzi od lat czternastu. Mówimy sobie „dzień doby”, mówimy sobie „do widzenia”, gadamy o tym i owym, żartujemy, spoglądamy w oczy. Ale tak naprawdę nie znamy siebie wzajemnie.

— Tak, tak, zupełnie się z panem zgadzam — przytakiwał uprzejmie Śledzik. — Nigdy nie wolno mówić, że jakiegoś człowieka zna się całkowicie, gdyż można popełnić wielką omyłkę. Ale dla takich ludzi jak ja, to znaczy milicjantów, ma także znaczenie, że ten i ów człowiek zna trochę innego człowieka. To trochę niekiedy zupełnie wystarcza, aby wskazać przestępcę, a także udowodnić mu winę. Człowiek jest wielką zagadką, często o tym pisze pan Lubiński w swoich powieściach. I z nim także się zgadzam, choć niezupełnie. Człowiek bywa zagadką, dopóki nie zbierzemy o nim odpowiedniej ilości danych. Dla mnie każdy człowiek jest istotą niejednolitą, ale zarazem w pewien swoisty sposób jednorodną. Ponieważ bywa niejednolity, kryją się w nim rozmaite sprzeczności i raz po raz może on je przejawiać poprzez swoje zaskakujące nas zachowanie. Ale jako istota jednorodna, to znaczy w określony sposób ukształtowana, swoje pełne sprzeczności postępowanie przejawia tylko w określonych ramach. Wyrażając się jaśniej: człowiek jest zagadką do pewnego stopnia i zaskoczyć nas może także tylko do pewnego stopnia. Gdyby mi ktoś powiedział, że wczoraj przeskoczył pan przy pomocy tyczki płot o wysokości pięciu metrów, aby obrabować bank, nie uwierzyłbym. Skłonny byłbym szukać sprawcy raczej w kręgu mistrzów olimpijskich w skoku o tyczce. Cały świat, doktorze, jest jedną wielką zagadką, ale przecież wiem, że otrzymam u pana kolację, a nawet domyślam się, czym zostanę poczęstowany. Nie znam pana tak całkowicie i dogłębnie, ale zdążyłem poznać pańską gościnność i to, że nie wyrzuca pan za drzwi milicjanta w porze kolacji. Przesłuchując dziś rybaków, natknąłem się na Gertrudę Makuch, która kupowała u nich lina. Powiedziała mi ona, że doktor lubi na kolację świeżego lina. Myślę więc, że smażony lin będzie na kolację dzisiaj, a nie jutro, gdyż doktor lubi świeżego lina.

— Za chwilę zjemy tego lina — uśmiechnął się Niegłowicz. — A swoją drogą ciekaw jestem, czy pan czytuje filozofów? U Pascala napotkałem zdanie: człowiek jest podzielony i sam sobie przeciwny.

— Nie czytuję filozofów — odparł uprzejmie Śledzik. — Ale to wiem, że każdą rzecz podzielić można w rozmaity sposób: wzdłuż, w poprzek, a nawet na skos. Jakby jednak nie dzielić i jakby owe podzielone części nie były przeciwstawne, to zawsze na podstawie jednego kawałka można sobie wyobrazić drugi kawałek i odtworzyć całość.

— Słusznie — zgodził się doktor. — Wystarczy jedno dzwonko smażonego lina, a od razu widać, jak przedstawiał się cały lin.

— Rzecz jasna, doktorze, gdybym nie spotkał u rybaków Gertrudy Makuch i nie dowiedział się od niej, co pan lubi na kolację, ta potrawa byłaby dla mnie zaskoczeniem. Również zaskoczyłby mnie fakt, że pan sam poda na stół tego lina, bo mógłbym sądzić, że zrobi to Makuchowa. Lecz jadąc do pana widziałem ją, jak szła do swej chałupy: znając zaś trochę zwyczaje w tym domu, wiem, że ona tylko przygotowuje kolację, ale pan już sam ją sobie bierze. Mówię zaś to w tym celu, aby wyrazić pogląd, że człowiek dopóty jest zagadką, dopóki nie mamy o nim wystarczającej ilości informacji. Mówi się, doktorze, że zło i dobro bywa w człowieku pomieszane w nieprawdopodobny sposób. To prawda. Zło i dobro jest w człowieku pomieszane, ale tylko do pewnego stopnia. Komendant Oświęcimia Hoess, który wymordował kilka milionów ludzi, nie zabił osobiście ani jednego więźnia, żadnego nawet nie uderzył, a w swoim mieszkaniu był dla służby, złożonej z więźniów, wprost uprzedzająco grzeczny. Ten człowiek nie kryje, wbrew temu co się sądzi, żadnej zagadki. Gdyby lubił osobiście zabijać, nadawałby się jedynie na strażnika obozowego, a nie na komendanta fabryki zagłady. Tam był potrzebny menażer śmierci, dobry organizator, ale nie sadysta. Zwykłemu sadyście wystarczy jedna, dwie, nawet dziesięć ofiar do znęcania. Wobec milionów byłby przerażony i bezradny.

— Zabito u nas dwie dziewczyny — przerwał mu doktor.

— Wiem. I przyszedłem do pana, aby mi pan pomógł odnaleźć sprawcę.

Niegłowicz wzruszył ramionami i wyszedł do kuchni. Powrócił z talerzami i półmiskiem, na którym leżały dzwonka smażonego lina. Jakiś czas jedli w milczeniu, ostrożnie, aby nie udławić się ością. Przy herbacie Śledzik powiedział:

— To przecież nie tak bywa, doktorze, że drogą przez las idzie człowiek, w którym dobro i zło jest w jednakowym stopniu pomieszane, widzi małą dziewczynkę lub dorastającą panienkę, nagle ją chwyta za gardło i morduje. Po lasach i po drogach chodzą na świecie tysiące dziewcząt, mijają tysiące mężczyzn, istnieją setki tysięcy okazji, aby dokonać zabójstwa z lubieżności, a jednak tylko w stosunkowo rzadkich wypadkach dochodzi do czegoś takiego. Sprawcą podobnego czynu nie jest więc człowiek zwykły, ale ktoś w pewien swoisty sposób niezwykły. On może być zwykły dla swego otoczenia, które nigdy nie usiłowało dostatecznie zgłębić jego osobowości, nie posiada dostatecznej informacji o tym człowieku lub posiadanych informacji nie potrafi do siebie dopasować. Ale dla bystrego obserwatora pewien rodzaj niezwykłości musi być zauważalny. Dobro i zło w tym człowieku nie jest w taki sam sposób pomieszane jak u wielu innych. U tego osobnika więcej znajduje się zła niż dobra i owo zło musi się w jakiś sposób przejawiać. U człowieka, który zabił dwie dziewczyny, hamulce moralne nie mogą działać sprawnie. Czy sądzi pan, że hamulce moralne mogą być sprawne w jednej dziedzinie ludzkiej działalności, a w innej okazują się zawodne? Gdy znajdujemy ciało zabitej dziewczynki, słyszymy niekiedy głosy: „To mógł uczynić każdy”. Nieprawda, doktorze. Milicja zaczyna rutynowe działanie od penetrowania środowisk przestępczych, melin, mieszkań ludzi zdeprawowanych i zdegenerowanych, a dopiero później swymi podejrzeniami obejmuje coraz szersze kręgi, zwracając uwagę na ludzi uczciwych i porządnych. Właśnie: uczciwych i porządnych. Co każdy z nas rozumie przez te słowa? Co one oznaczają dla ludzi z poszczególnych środowisk? Kto jest uczciwy i porządny w pojęciu ludzi w Skiroławkach? Czy porządny i uczciwy jest ten, który tylko od czasu do czasu upija się do nieprzytomności, awanturuje się wyłącznie na publicznych zabawach, tłucze żonę raz na tydzień, a nie cztery razy w tygodniu? Być może za łajdaka uznaje się tu człowieka, który oprócz żony ma liczne kochanki, a za przykładnego uchodzi poczciwiec, którego bije i zdradza żona, ale na inną nawet nie spojrzy. Pan wie, doktorze, że nas interesuje nie ów łajdak, ale ten poczciwiec. W człowieku, który zabił te dwie dziewczyny kryją się ogromne pokłady nienawiści do kobiet. On je nie tylko dusi, ale po nich depcze, łamie im żebra, wyłamuje palce. Lecz nie ma z nimi normalnego stosunku, zadowala go tylko brutalne zabójstwo. Doktorze, interesuje nas inne spojrzenie na ludzi w Skiroławkach; spojrzenie, które wyjdzie poza przyjęte tutaj pojęcie dobra i zła, porządności i grzeszności.

— Słucham pana — powiedział zachęcająco Niegłowicz.

Przeniósł się na fotel przy stojącej lampie, usiadł w nim i zapalił papierosa. Śledzik wyjął z kieszeni gruby notes, otworzył, ale nie zaglądając do niego, mówił z przymkniętymi oczami, jakby chciał znaleźć w wyobraźni sylwetkę zabójcy.

— Dziewczyna odnaleziona w dole po sadzonkach miała dziewiętnaście lat, była mała i szczuplutka. Dwudziestego drugiego listopada ubiegłego roku pojechała na wesele swojej kuzynki w wiosce położonej daleko na północy kraju. Tylko jeden dzień przebywała na weselu, potem, obraziwszy się na kogoś — chyba na tę właśnie wychodzącą za mąż kuzynkę — zdecydowała się na powrót do domu. Zniknęła nagle. Nie wsiadała do pociągu ani autobusu, być może postanowiła wracać przypadkowo napotkanym na drodze samochodem. Gdy w końcu listopada rodzice powiadomili milicję o jej zniknięciu, na tej wiosce skoncentrowało się śledztwo, ale nie dało żadnego rezultatu. Teraz wiemy, że zamordowano ją w miejscu położonym o sto pięćdziesiąt kilometrów od domu weselnego, gdy dziewczyna prawdopodobnie znajdowała się w drodze powrotnej do swego domu na południu kraju. Daty jej zabójstwa nie znamy. Stało się to po dwudziestym drugim listopada. Zwłoki jej są w takim stanie, że nikt nie potrafi określić dnia śmierci.

— Słucham pana — zachęcił go znowu doktor.

— Można założyć, że do opuszczenia wesela zachęcił ją zabójca. On to zabrał ją do swego samochodu albo też wsiadł z nią do pociągu, przesiadł się na autobus i przyjechał tutaj. Rzecz w tym jednak, że, jak stwierdza śledztwo, nikt ze Skiroławek ani wówczas, ani nigdy przedtem nie był w tamtej wsi, nie ma tam żadnych krewnych lub znajomych, w ogóle nikt tutejszy nawet nie wiedział o jej istnieniu. Założyć więc raczej należy, że po prostu wyszła na szosę, zatrzymała przypadkowy samochód i pojechała na spotkanie ze śmiercią. Czy samochodem kierował morderca, przypadkowo jadący z północy na południe? Czemu jednak skręcił z głównej szosy i zatrzymał się w lesie za Skiroławkami, zabijając dziewczynę niemał w tym samym miejscu, gdzie w ten sam sposób zabita została inna dziewczyna, tylko że o kilka miesięcy wcześniej? A może przesiadała się z samochodu na samochód? Albo dopiero w autobusie poznała mordercę? Tylko że nikt jej nie widział w autobusie zatrzymującym się w Skiroławkach, a przecież tutaj musieliby wysiąść.

Śledzik zajrzał do swego notesu, przypomniał sobie jakiś szczegół i znowu przymknął oczy.

— To nie może być przypadek, doktorze, że w tym samym mniej więcej miejscu, w krótkim odstępie czasu, w ten sam sposób, dusząc biustonoszem, łamiąc żebra i wyłamując palce, zabito dwie dziewczyny. Mówi to nam, że zabójcą w obydwu przypadkach jest jedna i ta sama osoba. Wiedza o podobnych przypadkach uczy, że zabójca z lubieżności nie działa w obcym i przypadkowym terenie, gdyż czuje się tam niepewnie. Zabija prawdopodobnie w nocy pod osłoną ciemności. Tak było z Haneczką, tak musiało być i z tą drugą dziewczyną. Zbyt blisko drogi dokonywał mordu, aby mógł bez obawy zrobić to w biały dzień. W ciemnościach, w mroku, w gęstwinie drzew znalazł jednak dół po sadzonkach, tam ją zabił i tam ją zagrzebał. Wiedział więc o tym dole, a zagrzebał ją dlatego, że gdy pierwszą ofiarę pozostawił na polance, natychmiast sprawa wyszła na jaw i spowodowała najazd milicji, śledztwo, przesłuchania. Chciał opóźnić wyjawienie zabójstwa albo sądził, że nigdy się ono nie wyda, ponieważ dziewczyna pochodziła z bardzo dalekich stron. Zabójcą więc jest albo człowiek tutejszy, albo taki, który stąd pochodzi. Być może bywa tu jedynie na urlopie, w odwiedzinach u krewnych.

— Wielu jest takich — odezwał się doktor.

— Sporządziliśmy obszerną listę tych osób. Sprawdzamy, co każda z nich robiła w nocy, gdy zginęła Haneczka i w trzeciej dekadzie listopada ubiegłego roku. To mozolna i długotrwała praca. Zapewne niepotrzebna. Moim zdaniem, zabójca mieszka tutaj, na miejscu. Przekonuje mnie o tym sprawa starej Jastrzębskiej. Gdyby jej jęki nie ściągnęły sołtysa Wątrucha, i ją znaleziono by martwą.

— To stara pijaczka. Wprost odrażająca.

— Ale nie bywa skłonna do imaginacji — odparował Śledzik. — Dla zabójcy wiek ofiary, jej wygląd, uroda, nie mają prawdopodobnie żadnego znaczenia. On przecież nie odbywa z nimi normalnego stosunku. Zabija je dlatego, że są kobietami. Czy zainteresował się pan nową nauką, zwaną wiktymologią?

— Nie. Ale uczynię to — obiecał doktor.

— Ta nauka twierdzi, doktorze, że niektórzy ludzie niejako rodzą się już ofiarami. Istnieją osobnicy predestynowani do tego, aby ciągle padać ofiarą oszustów, inni będą ciągle okradani przez złodziei. Są kobiety wielokrotnie napastowane, takie, które wyzwalają w mężczyznach sadyzm i okrucieństwo. Czy sądzi pan, że dobry złodziej kieszonkowy decyduje się okraść każdego człowieka z wypchanym portfelem? Nie. Na to, aby stać się dobrym złodziejem, trzeba też być i trochę psychologiem, Dobry złodziej starannie wyszukuje swoją ofiarę, która musi dla niego reprezentować pewien określony typ psychiczny, w przeciwnym razie natychmiast zostanie schwytany. To samo tyczy choćby i gwałtów. Jaki typ dziewczyny pada ich ofiarą i to niekiedy kilkakrotnie? Albo zbyt naiwna, albo zbyt odważna. Taka, co to da się namówić na pójście do mieszkania, gdzie pije alkohol z kilkoma mężczyznami; odważnie wraca o zmroku przez park, przez las, boczną i bezludną drogą. Nie padnie ofiarą gwałtu kobieta lękliwa i nieufna. Jeśli dziewczyna pije na wiejskiej zabawie dużo wódki, to można założyć, że ją wyprowadzą za stodołę i zgwałcą, doktorze.

— Ofiara prawie zawsze jest po trosze winna temu, co się stało. Niestety, chociaż to okrutne, ale jednak prawdziwe — przytaknął Niegłowicz.

— Morderca nienawidzi kobiet. Zabija je z nienawiści. Aby ją wyładować, szuka odpowiedniej okazji, zapewniającej mu bezkarność. Ale także i szuka odpowiedniej ofiary, ba, prawdopodobnie wybiera ją sobie starannie. Myślę, że miał sporo okazji, aby dokonać wielu podobnych czynów. Lecz jemu chodzi nie tylko o sprzyjającą okazję. W odpowiedniej sytuacji musi się też znaleźć odpowiednia osoba.

— Haneczka mogła być przykładem rozkwitającej kobiecości — stwierdził w zamyśleniu Niegłowicz. — Ba, ona była tego świadomą. Pyszniła się tą swoją budzącą się kobiecością, zachowywała się prowokująco. Pamiętam, że na dwa miesiące przed śmiercią ni stąd, ni zowąd przyszła na moją przystań, usiadła na burcie jachtu. Była w krótkiej sukience, usiadła tak, abym mógł widzieć wąski pasek jej majtek. Rozpięła bluzeczkę, abym mógł widzieć jej nabrzmiałe piersi. Zapytała, czy nie chciałbym z nią trochę popływać po jeziorze. Kazałem jej wracać do domu. Jeśli on nienawidzi kobiecości, to przede wszystkim ją powinien był znienawidzieć.

— A jaka była ta, którą teraz znaleźliśmy? Puszczalska. Na weselu pokłóciła się ze swoją kuzynką właśnie o to, że prowokowała jej dopiero co poślubionego męża. Obraziła się na kuzynkę i opuściła wesele. Prawdopodobnie bardzo chętnie poszła w las z mordercą, choć nie wiedziała, że idzie po swoją śmierć. Co zaś tyczy starej Jastrzębskiej, to bez przerwy opowiadała wszystkim, jak to ona jeszcze nie tak dawno z wszystkimi się puszczała, jak to do niej, jako wdowy, przychodził każdy po przyjemność. Żałowała tamtych czasów i tamtych chwil, wyrzekała na swoją starość, że tego już robić nie może.

— To prawda — zgodził się Niegłowicz, przypominając sobie, co mówiła Jastrzębska do Joachima przed tablicą ogłoszeniową.

— I jeszcze jedno było dla nich wspólne — rzekł Śledzik. — Wszystkie trzy były słabe fizycznie. Morderca, doktorze, nie jest żadnym osiłkiem. Wybiera ofiary, które się będą słabo broniły. Nie napada na kobiety silne i rosłe. To jakiś chuderlak.

— Albo starzec — zauważył przekornie Niegłowicz.

— Nie, doktorze. On pastwił się nad ofiarami, deptał je kolanami, łamał żebra, wyłamywał palce. To wyraz młodej męskiej nienawiści, zadraśniętej młodej męskiej dumy. Morderca jest mężczyzną stosunkowo młodym, ale chuderlak. Doktorze, błagam pana, niech pan pomyśli, kto w tej wsi tak bardzo nienawidzi kobiet!

Niegłowicz ukrył twarz w dłoniach. Głos jego brzmiał teraz głucho i niewyraźnie.

— Od dnia zabójstwa Haneczki niemal noc w noc wstawałem z łóżka i ze strzelbą w dłoni skradałem się na tamtą polankę, łudząc się, że go tam napotkam, gdy spróbuje napaść na nową ofiarę albo po prostu przyjdzie na miejsce zbrodni, aby odtworzyć ją sobie w wyobraźni i doznać ponownej radości. Tak przecież bywa z podobnymi osobnikami. Prawie noc w noc, kapitanie, skradałem się z bronią w ręku, aby go dopaść i zabić. Tak, przyznaję, zamierzałem go zabić. Teraz wiem, że musiał mnie zauważyć, że podjął ze mną jakąś straszną grę. Następną ofiarę zamęczył jeszcze bliżej mojego domu, w dole po sadzonkach. Czy to nie było jego wyzwanie dla mnie? Czy nie słyszy pan, jak on sobie ze mnie drwi, jak śmieje się szyderczo? Następną dziewczynę zadusił w końcu listopada, zapewne tej właśnie nocy nie poszedłem w stronę polanki. A może uczynił to, zanim wyruszyłem z domu albo wówczas, gdy już do swego domu powróciłem? Może widział, jak przechodząc obok dołu po sadzonkach mijałem zwłoki zamordowanej przez niego dziewczyny i doznawał podwójnej radości: że znowu zabił i że ja o tym nie wiem? Myślę, że on czuje się przez to w pewien sposób wywyższony, rozpiera go duma i poczucie bezkarności.

— Czy we wsi wiedzą, że pan tam prawie co noc chodzi i chce zabić mordercę? — cichym głosem zapytał Śledzik.

— Nie wiem, czy wiedzą, że tam chodzę. Ale domyślają się, że postanowiłem go zabić.

Nastała chwila milczenia, którą przerwał Śledzik.

— To nie jest gra tylko między nim i panem, doktorze. Trzecią ofiarą miała być stara Jastrzębska, którą napadł w najbardziej uczęszczanym miejscu w wiosce, przy drodze koło cmentarza. Ta okropna gra toczy się także między nim i ludźmi w wiosce, którzy budzą w nim wstręt i nienawiść, ponieważ ulegają swoim namiętnościom. Plotkarze twierdzą, że raz w roku wszyscy żyją tu ze wszystkimi jak zwierzęta. Czy bez żadnej przyczyny pan Porwasz nazwał Skiroławki kochanym kurwidołkiem? Jest to również gra między prawem i bezprawiem, między sprawiedliwością i niesprawiedliwością. Ma pan rację, że zabójcę rozpiera duma i poczucie wyższości. W tej potrójnej czy poczwórnej grze on jest na razie zwycięzcą i tryumfatorem. Dlatego, moim zdaniem, spróbuje dokonać kolejnej zbrodni. Albo jeszcze bliżej pańskiego domu lub niemal na oczach całej wsi...

Śledzik spojrzał na zegarek, zamknął czerwony notes i podziękował za kolację. Następnie pożegnał doktora i wsiadł do samochodu oczekującego przed bramą domu na półwyspie.

O tym,że rzecz strasznąuczynić mógł tylko człek obcy,najpewniej z zagranicy

W Skiroławkach nawet ci, którzy przez całe dnie pili piwo na ławeczce przed sklepem, ugięli się przed majestatem śmierci dwóch młodych dziewcząt i przestali opowiadać głupie i sprośne historyjki. Ludzie w wiosce przyglądali się sobie podejrzliwie, skłonni byli snuć jeden o drugim jakieś zadziwiające opowieści, jakby zaczerpnięte z życia mieszkańców Sodomy i Gomory, choć w Biblii nie zostało szczegółowo wyłożone, co tamci ludzie robili złego. Podejrzliwość, podobna do odwiedzającej kiedyś wioski starej żebraczki w łachmanach, pukała do każdej zagrody, zasiadała wieczorami do stołów, gadała i szeptała, pojawiała się nawet w snach ludzkich. Czegóż to bowiem ci lub owi nie robili strasznego, jak się tak przyjrzeć im dokładniej, wspomnieć przeszłość, plotką ożywić wyobraźnię? Zresztą i prawdą, złą i gorszącą, można by było wszystkich po równo obdzielić.

Najstarsza trójka synów cieśli Sewruka sprawdzała kiedyś swoje młodzieńcze umiejętności z krową na łące za olszynami — co widziała żona Kondka. Drwal Jan Stasiak po pijanemu rozkazał swojej najstarszej córce Agacie, kiedy miała dwanaście lat, dokładnie obnażyć się, gdyż był ciekawy, jak jej piersi nabrzmiały i łono włosem obrosło. Jego żona nie potrafiła o tym dokładniej ludziom opowiedzieć, gdyż tylko te swoje „hrum-brum-brum” powtarzała, ale i tak ten co chciał wiedzieć, zrozumiał, o co jej chodzi. Młody Galembka widział, jak Szczepan Łaryn córkom swoim węża w wyprostowanej postaci, ku uciesze ich, kilkakrotnie pokazywał. Skąpy Kondek swoją najstarszą córkę, zanim za mąż za syna Kryszczaka wyszła, po męsku używał od czasu do czasu, o czym ona powiedziała swemu teściowi, Erwinowi, kiedy ten za bluzkę kupioną w Bartach na niej sobie używał. A dlaczegóż to tak naprawdę nie żenił się najstarszy syn Szulca, Franek? Dlaczego nie otrzymał po ojcu gospodarstwa ale przeznaczone ono zostało dla młodszego brata, a on z tej złości pracować nie chciał, tylko na ławeczce przed sklepem przez całe dnie przesiadywał? Co kryło się za złością, jaką miał do niego Otto Szulc? Jedna z córek Szulca, Ingeborg, tylko przez trzy tygodnie żyła ze swym mężem, kolejarzem w Bartach, i zaraz powróciła do rodzinnego domu, twierdząc, że ją mąż bije i pracować każe ponad siły. A nie mogło to być prawdą, gdyż ludzie znali go jako człowieka bardzo cichego, a poza tym nie mieli żadnego gospodarstwa, gdyż on pracował jako maszynista na kolei i niczego od niej nie żądał, jak tylko tego, aby mu dzieci rodziła i mieszkanie sprzątała. Trzy razy wracała Inga do swego męża i trzy razy od niego odchodziła. A to dlatego, że kochała nad życie swojego brata Franka. Z nim żyła i z nim żyć chciała. Pozostała zaś przy mężu dopiero wówczas, gdy zgodził się, że jej brat Franek będzie ją często odwiedzał i podczas jego służby na kolei u nich w domu nocował. Raz na tydzień jeździł więc Franek Szulc do swej siostry w Bartach i dlatego chyba się nie żenił.

Tak, to prawda, że prawie o każdym można było powiedzieć coś strasznego. Co innego jednak spróbować, jak to jest z krową albo pokazać węża swoim córkom, położyć się na synowej, za jej zgodą zresztą, albo żyć z własną siostrą, a zupełnie co innego zabić w lesie dwie dziewczyny, połamać im żebra, wyłamywać palce ze stawów. Dla męskiej wygody żyła w wiosce i Porowa, kobieta jeszcze ponętna i kształtna, z długimi i gęstymi włosami zaplecionymi w gruby warkocz. Nie odmawiała towarzystwa za kurę, za pół litra i pęto kiełbasy. Można się z nią było zabawić w pojedynkę, a nawet w trójkę na różne sposoby. Pamiętano przecież, jak to minionego lata w ciepły wieczór biegała naga dookoła swego domu z widelcem włożonym w intymne miejsce i wołała, że tym widelcem sobie wygodzi, jeśli jakiś chłop zaraz się u niej nie pojawi. A jednak zabójca wybrał dwie młodziutkie dziewczyny i starą Jastrzębską, jeśli wierzyć jej pijackiemu gadaniu.

Prawdziwy mężczyzna ze Skiroławek, jeśli miał krew w żyłach, mógł sobie do woli wygodzić, bez zabijania, łamania żeber, wyłamywania palców ze stawów i to z prawdziwą kobietą, a nie ze staruchą czy młodą, dopiero rozkwitającą dziewczynką. Wystarczyło, że Gertruda Makuch poszeptała z tą czy ową i doktor Niegłowicz miał na noc kobietkę jak się patrzy. Porwasz mógł sobie przywieźć dziewczynę z miasta, skoro wiejskich nie lubił. Pisarz Lubiński zmieniał żony tak często, jak cieśla Sewruk skarpetki, a gdyby miał ochotę na Haneczkę, to by ją zaprosił na przejażdżkę jachtem czy samochodem, sprawę z nią dokładnie załatwił za byle jaki prezencik. I dziewczyna nikomu by o tym nie pisnęła. Po co zabijać, jeśli się wiedziało, że już była do tych spraw niezwykle chętna, tyle, że nieletnia? Co innego leśniczy Turlej. Owszem. Turlej był dziwny. We wsi słyszano, że żona często mu przed nosem drzwi do sypialni zamyka, a on potem biega rozeźlony ze strzelbą po lesie. Do Porowej taki nie pójdzie, bo za lepszego się ma, z kim więc, gdzie i kiedy załatwia swoje męskie potrzeby? Ale na starą Jastrzębską też by się nigdy Turlej nie połakomił. Zresztą nie był człowiekiem brutalnym, nigdy nikogo nie uderzył, nawet i wulgarnych słów nie używał. I co tu dużo gadać — przystojny człowiek był z tego leśniczego, mógł mieć wiele dziewczyn jak gajowy Widłąg. Wiadomo przecież, że jak się na przykład młody las wiosną sadzi, leśniczy czy gajowy musi tę czy ową kobietę, która przyszła do sadzenia, odprowadzić na bok w krzaki, bo inaczej las dobrze nie wyrośnie. Takie są leśne obyczaje, tak było od wieków i tak będzie w przyszłości. Dlaczego więc zabijać? Chyba, że z tego zabijania bywa jakaś dziwna przyjemność i mordercy płynie w żyłach nie krew prawdziwa, lecz jakaś trucizna. Ale to zupełnie nie pasowało do Turleja, który miał na swoją żonę ochotę jak każdy prawdziwy mężczyzna, tylko że ona mu fochy stroiła, jak to się zdarza kobietom, niekoniecznie wyłącznie żonom leśniczych.

Podejrzliwość przycupnęła i na ławce przed sklepem ucięła żarciki i sprośne opowieści. Zastanawiał się cieśla Sewruk, czemu to Antek Pasemko raptem brodę i wąsy sobie zapuścił, jakby chciał odmienić swoje oblicze, ale ten wyjaśnił, że taka teraz nastała moda po miastach, a on chce być modny. W żyłach Antka Pasemki płynęła krew, a nie trucizna, po pijanemu zrobił dziecko kulawej Marynie i płacił jej alimenty. Żenić się z nią nie musiał — to jego sprawa. Gdyby jednak naszła go męska ochota, to znowu dostałby od kulawej Maryny, po pijanemu albo na trzeźwo, gdyż innym Maryna nie skąpiła.

Zastanawiał się Szczepan Łaryn, czemu to wszyscy mówią „młody Galembka”, choć on nie jest młody, ma żonę i czworo dzieci, minęła mu trzydziestka. Mówią młody, żeby go odróżnić w mowie od starego Galembki i tak już będzie młody przez wiele lat, dopóki nie umrze stary Galembka. Nie chce się młodemu Galembce pracować, żyje z żony, jej krów i drobiu, dzieci jednak mnoży, czyli sprawy męskie załatwia właściwie. Żona mu nie odmawia, czemu miałby obie dziewczyny zabijać? Na okrutnika też nie wygląda, ale jest po prostu bardzo leniwy. Woli pić piwo przed sklepem, niż pracować, każdy by tak wolał.

Rozmyślał i wyliczał sobie w głowie młody Galembka, ile też czasu potrzebowałby cieśla Sewruk, aby w swoich człapakach pójść przez wieś aż do lasu, do dołu po sadzonkach albo na polankę, gdzie zabito Haneczkę. Taką dziewczynkę jak Haneczka cieśla mógł podnieść do góry jedną ręką i zadusić w powietrzu jak kurczaka. Po co ją miałby zadławiać biustonoszem? Gdzie by poznał Sewruk jakąś panienkę z południa, która była na weselu aż na północy kraju i po co by mu była taka znajomość? Czy kiedykolwiek zainteresował się Sewruk inną kobietą niżeli jego chuda i brudna mamuśka? Owszem, raz pochwalił głośno wielki tyłek Widłągowej, ale to znaczyło, że właśnie raczej zamieniłby chudą mamuśkę na coś grubszego, a nie na szczuplutkie dziewczątko. Zresztą, co tu dużo rozmyślać: cieśla Sewruk lubił przede wszystkim wino i piwo.

I tak rozmawiano o tym i owym, snuto podejrzenia o tym i tamtym, plotkowano, przypominano, gadano, donoszono na różnych ludzi do starszego sierżanta sztabowego Korejwy albo do kapitana Śledzika, który wciąż odwiedzał to tę, to tamtą zagrodę, ale już coraz rzadziej. W tych rozmyślaniach i donosach, podejrzeniach i pomyślunkach, jedna tylko osoba nie była brana pod uwagę — stary Erwin Kryszczak. Po pierwsze dlatego, że zawsze różne świństwa opowiadał, co świadczyło, że to lubi najbardziej. Po drugie, jak go męska ochota naszła, szedł do Porowej. Po trzecie, w ciągu ostatnich lat bardzo się postarzał, siły utracił i nawet nie dałby rady, żeby taką słabą dziewczynkę jak Haneczka udusić, żebra jej połamać, pałce ze stawów powyłamywać. Albo to samo zrobić z dziewiętnastoletnią panienką. Czy taka panienka z obcych stron poszłaby nocą do lasu z Erwinem Kryszczakiem i to pod koniec listopada, kiedy nie ma jagód ani grzybów? Po co byłoby Kryszczakowi napadać na starą Jastrzębską, skoro w dawnych latach używał sobie na niej ile chciał, a teraz jeszcze by mu serdecznie podziękowała, gdyby jej przyjemność męską zaproponował. Nie, o Erwinie Kryszczaku nikt źle nie myślał — i to budziło w nim coraz większy niepokój.

Nie mówią o mnie, a to znaczy, że właśnie mnie podejrzewają — w chytrym umyśle kalkulował sobie Erwin Kryszczak i wrogo spoglądał na tych, co z nim na ławeczce przed sklepem przesiadywali. Oni jednak tej wrogości nie zauważyli, jak dawniej przyjaźnie do niego mówili, częstowali piwem. Bardzo muszą być pewni swoich podejrzeń, skoro się z nimi aż tak kryją — pomyślał stary Kryszczak. I odtąd, czy to wczesnym rankiem, czy późnym wieczorem, na ławeczce przed sklepem, czy podczas obiadu albo krzątaniny w gospodarstwie, czuł w sobie Erwin Kryszczak narastającą pewność, że jest najbardziej podejrzaną osobą w całej wiosce.

Po dniu, a może i dwóch, zaczął się Erwin Kryszczak zastanawiać, czy ludzie mogą mieć jakieś podstawy, aby go podejrzewać o zabójstwo dwóch dziewcząt. I im głębiej drążył w sobie tę kwestię, tym większy odczuwał niepokój. Bo czy jego sprawy ograniczały się jeno do tego, że w drodze z Bart do Skiroławek wykorzystał po męsku swoją synową, za jej zgodą zresztą, za kupioną jej w Bartach bluzkę? Czy jego erotyczne działania polegały wyłącznie na odwiedzinach u Porowej, z kurą pod pachą? Ileż to razy, kupiwszy w sklepie garść cukierków, zachęcał małe dziewczynki, aby poszły z nim w krzaki koło starego młyna i tam zdjąwszy majteczki, pozwalały mu oglądać swoje gołe szparki między nóżkami? Czy nie w ten sam sposób na rok przed zabójstwem Haneczki i ją także namówił, aby poszła z nim w krzaki za młynem, gdzie długo i z ogromnym zadowoleniem przypatrywał się jej dużej już szparce pokrytej złotawym włosem? Pozwoliła mu też Haneczka na krótko przed swoją śmiercią obejrzeć piersiątka, tak pięknie i zabawnie sterczące, zupełnie inaczej, niż u kobiet dojrzałych. Wiele, bardzo wiele takich historii przypomniał sobie Erwin Kryszczak rozmyślając, czy tylko mały krok nie dzielił go od tego, aby taką młodziutką dziewczynę wykorzystać w lesie i zabić? Tak, ludzie w Skiroławkach mieli podstawy, aby go podejrzewać o zbrodnię.

— Ja też jestem podejrzany — oświadczył Kryszczak na ławeczce przed sklepem.

Jak bąk zahuczał śmiechem cieśla Sewruk. Piskliwie roześmiał się Antek Pasemko. A inni, młody Galembka i Franek Szulc, tylko uśmiechnęli się pobłażliwie.

— Wy, dziadku — oświadczył Franek Szulc — potraficie co najwyżej ozorem trochę poświntuszyć, synową podmacać albo do Porowej raz na miesiąc pójść. Nic więcej. Co innego mój ojciec, Otto, który jest od was znacznie starszy. On kiedyś zabił w lesie człowieka dla jednej kromki chleba. Taki człowiek mógłby zabić i dziewczynę, gdyby go naszła na nią ochota.

Wrogo mówił o swoim ojcu Franek Szulc, ale nie dlatego zabolały te słowa Erwina Kryszczaka. Ze śmiechu Sewruka i Pasemki, ze słów Franciszka Szulca wynikało niezbicie, że za najgorszego w wiosce jest uważany. Nawet Otto, choć był dużo starszy od Kryszczaka, uchodził za coś lepszego, za mężczyznę zdolnego do zbrodni. Nie ulegało wątpliwości, że — jak to teraz widział coraz wyraźniej — stał się dla wioski po prostu niczym, starym, bezsilnym dziadem.

Zaciął usta Erwin Kryszczak i zaraz opuścił towarzystwo na ławeczce. Wieczorem, leżąc w łóżku, wspominał chwilę, gdy namówił Haneczkę, aby zdjęła majtki w krzakach za młynem i gdy dotknął dłonią swojego członka, stwierdził, że mu nabrzmiał od tych pięknych wspomnień. I sam nie wiedział, czy to już było we śnie, czy jeszcze na jawie, ale zobaczył siebie, jak idzie z Haneczką na polanę leśną, jak ją rozbiera i kładzie się na niej. Czy ją potem zadusił biustonoszem — tego we śnie nie było, ale chyba musiał to zrobić, skoro Haneczkę znaleziono martwą. Rankiem pamięć snu pozostawała żywa i barwna, czuł w sobie podniecenie na myśl o tym, co uczynił z Haneczką. Podniecenie trwało przez cały dzień i nawet rozglądał się za jakąś kurą na podwórzu, żeby ją schwytać i pójść do Porowej. Wolał jednak pozostawać nadal w stanie przyjemnego męskiego podniecenia, które mu raz po raz podsuwało coraz to nowe obrazy tego, co stało się na polanie w lesie. Wieczorem wspomnienie powróciło do niego z nową siłą, stało się to również i następnego dnia, aż w końcu miał pewność, że w rzeczy samej on to zabił Haneczkę.

Na ławeczce przed sklepem duma go rozpierała. Czuł w spodniach twardy stary korzeń i z zadowoleniem myślał, patrząc na swoich przyjaciół: nie macie pojęcia, kto przy was siedzi. Nikt nie podejrzewa starego Kryszczaka. A to on zrobił coś takiego, od czego wszystkim w wiosce serce zamiera z trwogi.

Przed sklepem zatrzymał się osobowy samochód i wysiadła z niego młodziutka, chyba dziewiętnastoletnia panienka, nieduża i drobna. Zapewne wysłał ją po papierosy ten, co kierował samochodem. Erwin Kryszczak popatrzył na samochód, zerknął na dziewczynę znikającą w sklepie i raptem, choć to było słoneczne południe — jak gdyby czarna zasłona mu na oczy zapadła. Zdawało mu się, że to już noc, samochód odjechał, a dziewczyna zaraz wyjdzie ze sklepu z papierosami. Rozejrzy się dookoła i stwierdzi, że samochód odjechał. Wtedy on Erwin Kryszczak, podejdzie do niej i powie, że samochód czeka za wioską w lesie. Jeśli się boi tam pójść z powodu ciemności, on, stary Kryszczak podprowadzi ją aż na miejsce. Tak, właśnie tak było, a nie inaczej! Poszli razem w listopadowej ciemności, w poświstach jesiennej wichury, nikt ich po drodze nie widział, w podobną pogodę siedzi się w ciepłej chałupie. Na leśnej drodze złapał Kryszczak dziewczynę za gardło, przydusił ją, zaciągnął do dołu po sadzonkach i rozebrał do naga. Mimo gęstego mroku widział dokładnie jej piersi, takie same jak u Haneczki, jej łono, takie samo jak u synowej. Potem zadusił całkiem, zasypał i odszedł...

Zamrugał Kryszczak powiekami. Znowu był dzień, letnie południe. Przed sklepem nie dostrzegł ani samochodu, ani dziewczyny. To co widział przed chwilą, było chyba tylko wspomnieniem, które mu przyniosło męskie podniecenie, albo zgoła marzeniem.

— A cóż to, dziadku, przysnęliście sobie po piwku? — klepnął go po ramieniu młody Galembka.

I znów ten pobłażliwy ton. Czy naprawdę nie domyślają się, kto siedzi tu przy nich i kogo klepią po ramieniu, nazywając dziadkiem? „Głupcy — pomyślał o nich z pogardą. — Powiedziałbym prawdę, gdyby nie to, że straszna kara czeka tego, co zabił dziewczyny”. Przeraził się tej kary, widmo pętli szubienicznej zamajaczyło przed jego oczami.

Siedział Kryszczak na ławeczce i rozmyślał:

Nikt się nie dowie, kto zabił te dziewczyny. Nikt się nie dowie, bo nikt tak naprawdę nie podejrzewa mnie, Erwina Kryszczaka. Będą mnie dalej lekceważyć, nazywać dziadkiem, a ja będę milczeć w obawie przed karą. Nawet im przez głowy nie przejdzie, że ten lekceważony stary dziadek jest tak potężną postacią, tak wielkich zbrodni dokonał. Umrę, pochowają mnie i tajemnicę swych zbrodni zabiorę do grobu. Na moim pogrzebie powiedzą: umarł stary dziadek, Erwin Kryszczak, a nie: umarł potężny i straszliwy morderca.

Popatrzył Kryszczak na osmaloną twarz Sewruka, na lisią sylwetkę Łaryna, na drwiący uśmieszek Pasemki. Oj, jakie miny zrobilibyście, każdy z was, gdybym wam prawdę o sobie powiedział! — rozkoszował się i serce mu radośnie biło.

Wspomniał też o swoich synowych. Traktowały go dobrze, podmacywać się niekiedy dawały, a nawet jedna z nich podłożyła mu się w drodze z Bart. Ale tak naprawdę to podśmiewały się z niego, lekceważyły, przeganiały z kąta w kąt. Wyobraził sobie, jak wchodzi na podwórze i mówi do synowych: To ja zabiłem te dwie dziewczyny a one synowe, jak stado spłoszonych kur rozbiegają się po kątach, kryją do stodoły, krzyczą z trwogi i ogromnego szacunku.

Na przystanek koło sklepu zajechał kolorowy autobus do Trumiejek. Erwin Kryszczak nagle wstał z ławeczki i oświadczył przyjaciołom:

— Jadę na posterunek do Trumiejek, aby tam złożyć zeznanie.

To mówiąc wsiadł do autobusu i odjeżdżając widział przez szybę rozdziawioną gębę cieśli Sewruka, jeszcze bardziej zgarbioną zdumieniem sylwetkę Łaryna. Nawet Antek Pasemko przestał się drwiąco uśmiechać. Tak, dumny był Erwin Kryszczak z tego, co uczynił w lesie. Nie bał się kary, o karze nawet nie myślał.

Wyprostowany, sprężystym krokiem, wszedł Erwin Kryszczak na posterunek milicji w Trumiejkach i stanął przed obliczem starszego sierżanta sztabowego Korejwy.

— Przyszedłem, aby złożyć zeznanie — powiedział. — To ja zabiłem te dwie dziewczyny.

Spodziewał się, że po tych słowach Korejwo krzyknie gromko, ze wszystkich pokojów posterunku wybiegną milicjanci, zakują go w kajdanki i opierającego się — zamierzał się szarpać i opierać — zawloką do pokoju przesłuchań. Ale Korejwo pogłaskał dłonią swoje małe wąsiki — ostatnio zapuścił wąsy — westchnął i rzekł:

— Zaczekajcie, dziadku, w poczekalni przy drzwiach wejściowych. Tam jest popielniczka, zapalić można. Kapitan Śledzik, który prowadzi sprawę zabójstwa tych dziewczyn, jest w tej chwili zajęty. Jak będzie wolny, poprosi was do siebie.

Zasiadł Erwin Kryszczak w poczekalni z popielniczką. Była tam już jakaś stara babina, popłakująca cicho z powodu gęsi, które jej ktoś ukradł z pastwiska. Chciał jej Kryszczak powiedzieć, czemu to zjawił się na posterunku i czeka teraz w pokoju z popielniczką, że jest strasznym zbrodniarzem, a kradzież gęsi niczym jest w porównaniu z czynami, które popełnił. Babina zapewne z krzykiem przerażenia wybiegłaby z posterunku, pozostawiając swemu losowi sprawę skradzionych gęsi. Ale do babiny nic chyba nie docierało. Już po pierwszych słowach Kryszczaka głośniej zaczęła płakać i przerwała mu narzekaniem na złodzieja:

— Dwie dziewczyny? — rozmyślała głośno, pochlipując. — Może to one ukradły moje gęsi. Takich dziewczyn to i zabić nie szkoda.

Obraził się na nią Kryszczak, jeszcze bardziej wyprostował plecy, nadał swej twarzy wyraz surowości i powagi. „Zadrżysz przede mną z trwogi, gdy o mnie prawdę usłyszysz” — myślał z gniewem o starszym sierżancie, który kazał mu czekać w pokoju z popielniczką. I robił się coraz bardziej zły, gdyż choć w pokoju znajdowała się popielniczka, to on nie mógł z niej korzystać, ponieważ nie miał papierosów.

Minął kwadrans zanim w poczekalni zjawił się kapitan Śledzik i poprosił Kryszczaka do pokoju na piętrze, który mu przydzielono na czas śledztwa.

— To wy, podobno, zabiliście te dwie dziewczyny — zagadnął obojętnie do Kryszczaka, wskazując mu krzesło przed swoim biurkiem i częstując papierosem.

— Tak. Zadusiłem. Obydwie — przytaknął Erwin Kryszczak. — A wy nawet mnie nie podejrzewaliście.

Śledzik zasiadł za biurkiem, rozłożył na nim czystą kartkę papieru, wyjął z kieszeni długopis, zanotował imię i nazwisko Kryszczaka, datę i miejsce urodzenia. Następnie zadał mu kilka pytań i jego wypowiedź zaczął zapisywać w protokole.

Erwin Kryszczak opowiadał ze szczegółami. Dzień po dniu, godzina po godzinie, a nawet minuta po minucie — jak to nosił się najpierw z zamiarem zbrodni, potem zaś owe zbrodnie zrealizował. Dokładnie też rozwodził się nad tym, jaką to szczególną przyjemność sprawiało mu zabijanie owych dziewcząt, oglądanie i dokonywanie gwałtów. A tak był pochłonięty dobieraniem odpowiednich słów dla zobrazowania swoich czynów, że nie zauważył, iż w pewnym momencie dłoń kapitana Śledzika zawisła wraz z długopisem w powietrzu i trwała tak, wsparta na łokciu. Kiedy zaś skończył i z pokorą pochylił głowę, zapytał go grzecznie kapitan Śledzik:

— A macie wy, dziadku, na powrotny bilet do Skiroławek?

Kryszczak miał uczucie, że nagle ktoś mu na plecy zwalił korzec żyta. Aż ugiął się, zgarbił, łzy zakręciły mu się w oczach. W tym momencie kapitan Śledzik przeniknął do jego najskrytszych myśli i zrobiło mu się żal starca.

— Coś mi się zdaje, że ostatni autobus do Skiroławek już odszedł. Wobec tego odwieziemy was samochodem z napisem „Milicja”.

— W kajdankach? — odrobina radości zabrzmiała w głosie Kryszczaka.

— Nie, dziadku — pokręcił głową Śledzik. — W kajdankach przywozimy na posterunek. Odwozimy zaś już bez kajdanek.

Do Skiroławek powrócił Kryszczak w samochodzie z napisem „Milicja”. Wysiadł przed swoją zagrodą, z synami i synowymi nie chciał rozmawiać i zaraz położył się do łóżka. Odmówił jedzenia i pragnął umrzeć z rozpaczy i wstydu. Całą noc nie spał, aż do południa leżał w łóżku czekając na śmierć, która jednak nie przyszła. Wtedy po południu Erwin Kryszczak podniósł się z łóżka, zjadł rosół z makaronem i poszedł na ławeczkę przed sklepem, gdzie czekał na niego cieśla Sewruk, młody Galembka, Franek Szulc i Antek Pasemko.

Jak zwykle usiadł na ławeczce, przyjął od Sewruka napoczętą butelkę piwa, napił się, otarł usta wierzchem dłoni i oświadczył:

— Złożyłem wczoraj na milicji swoje zeznania. Powiedziałem im, że tej strasznej zbrodni nie mógł dokonać nikt ze Skiroławek. Zrobił to ktoś obcy, najpewniej z zagranicy.

I tak wieść o zeznaniu Erwina Kryszczaka szybko rozeszła się po wiosce. W serca ludzkie wstąpiła zaraz radość i ogarnęło je poczucie ogromnej ulgi. Bo tak to już jest, że jak się coś złego stanie, to najprzyjemniej myśleć, że uczynił to ktoś obcy, najpewniej z zagranicy.

Dziwnie też bywa z ludzką pamięcią. Dopóki po wsi kręcili się ludzie w milicyjnych mundurach i od zagrody do zagrody chodził kapitan Śledzik, pamięć ludzka ożywała i potrafiła zagłębiać się w daleką przeszłość. Ale gdy owe mundury zniknęły i przestał chodzić po wsi kapitan Śledzik, a nawet już nie co dzień urzędował na posterunku w Trumiejkach, pamięć ludzka usychała, wszystkie sprawy powoli pogrążały się w zapomnieniu. W dwa tygodnie po znalezieniu zwłok w dole po sadzonkach Koło Miłośników Tańca z cieślą Sewrukiem i Łarynem na czele nawet zabawę całonocną w remizie strażackiej zorganizowało, z bufetem dobrze w wódkę zaopatrzonym. Rankiem po zabawie krzyk się ogromny podniósł w wiosce, gdyż ktoś zobaczył za krzakami koło młyna leżącą sztywno czternastoletnią córkę Smugoniowej, z sukienką zadartą aż do piersi. Wątruch i kilku innych mężczyzn stanęło z daleka na straży, nikogo do ofiary nie dopuszczając, aby ślady nie zostały zadeptane. W ogromnym pośpiechu, na sygnale przyjechał natychmiast Korejwo i kapitan Śledzik. Jakież było ich zdumienie, gdy raptem czternastoletnia córka Smugoniowej podniosła się z ziemi, sukienkę wstydliwie obciągnęła i zataczając się, jeszcze wciąż pijana, pomaszerowała do domu. Chciał ją Śledzik przesłuchać, aby dowiedzieć się, kto i w jaki sposób na nią napadł i prawdopodobnie gwałtu dokonał, ale ona zeznawać nie chciała. Od ludzi życzliwych — a tych nigdzie nie brakuje — dowiedział się Śledzik, że to chłopaki Sewruka, młody Galembka i chyba dwóch innych po kolei na córce Smugoniowej się kładli, a ona ani nie protestowała i ani się im nie sprzeciwiała. Smugoniowa rozdarła się głośno na Śledzika, że milicja takimi sprawami się zajmuje, dochodzenia jakieś usiłuje robić, przez co porządną dziewczynę na oszczerstwa i plotki naraża. Doszło nawet do tego, że zaprzeczyła, jakoby jej córka była zgwałcona i leżała obnażona w krzakach koło młyna. To wszystko — jej zdaniem — źli ludzie oraz milicja wymyślili.

Śmiali się głośno ludzie w Skiroławkach z tej historii. A nie ma nic gorszego dla poważnej sprawy — jak ludzki śmiech i drwiny. W śmiechu utonęła pamięć o podwójnej zbrodni. Ilekroć bowiem powracał ktoś do tej sprawy, zaraz przypominano sobie historię córki Smugoniowej i ludzie śmiechem wybuchali.

O zielonym oplu,pani Turoń, Bruno Kriwce, familii Gruberi wielu innych sprawach

Dni nastały słoneczne i bezwietrzne, południowy skwar zdawał się na nieruchomej tafli wody śnić historię o zeszłorocznych topielcach, o samotnych spacerach Południc, czyhających na kąpiące się dzieci. Do Skiroławek przybywali wczasowicze i turyści, aby napawać oczy urokiem jeziora Baudy i podziwiać kipiącą zieleń lasów, Do gajowego Widłąga, jak co roku od wielu już lat przyjechała ze stolicy pani Turoń z synkiem nieletnim i mężem, a do Kurta Webera brat jego z zagranicy, Gerard, zielonym oplem. Czerwonego opla, który przyniósł mu ongiś drwiny i niesławę, sprzedał tanio na giełdzie samochodowej, zielonego zaś już nikomu nie kazał w tyłek całować. O tamtym zdarzeniu wielu zapomniało, tylko dzieci wciąż jeszcze od czasu do czasu bawiły się w Gerarda Webera i cieślę Sewruka, który za trzy obce banknoty zgodził się pocałować w tyłek czerwonego opla. Uczyniwszy to i zagarnąwszy banknoty, oświadczył Sewruk, że samochód nie ma tyłka, ale bagażnik i on, cieśla Sewruk pocałował opla w bagażnik, co w rzeczy samej całą istotę sprawy zmieniało. Zaraz też i wdowa Jastrzębska i Szczepan Łaryn zaproponowali Gerardowi, że pocałują bagażnik nawet za dwa obce banknoty. Ale Gerard Weber już tego nie chciał, gdyż co innego jest pocałować samochód w tyłek, a co innego w bagażnik, gdzie trzymał karton pełen puszek z piwem. Pił to piwo i puszki po całej wiosce rozrzucał, żeby dzieci miały co kopać, gdyż lepiej brzęczały niż te po konserwie mięsnej. Od tego piwa urósł Gerardowi ogromny brzuch, a twarz zrobiła się czerwona i poruszał się niemrawo, po kątach mówiono, że mógłby sobie taczkę sprawić i ów brzuch na niej przed sobą wozić. Łaził Gerard po gospodarstwie, które brat jego, też gruby, ale nie tak bardzo, po ojcu i po bracie wziął, gdy ten za granicę wyjechał. I tak mu całymi dniami marudził: „Ten sagan ze sobą zabiorę, bo jest po ojcu. Kancjonał też wezmę, bo po ojcu. Fotografie ojca zabiorę w świat, bo po ojcu”. Groził również bratu, że co nie zabierze do opla, to sprzeda, ponieważ wszystko jest po ojcu i jemu, który jest w świecie i pracuje w masarni, wszystko to się należy. Aż wieść o zmartwieniu Kurta Webera doszła do doktora Niegłowicza, do jego domu na półwyspie. A że doktor, zanim został doktorem, zaraz po wojnie z Gerardem Weberem do jednej klasy chodził i nawet w jednej ławce przez jakiś czas siedział, tedy mógł przyjść do Webera i powitać Gerarda jak starego znajomego. „Wciąż mówisz «jo»” — powiedział doktor Gerardowi. — A przecież jeszcze w szkole zwracałem ci uwagę, że mówi się «ja» a nie «jo».” Potem zaś wsiedli do zielonego opla i podobno pojechali w to miejsce, gdzie w lesie jest wielki kamień, na którym wyryto, wśród innych, nazwisko ojca obydwu Weberów, bo w tym lesie go rozstrzelano za to, że nie chciał służyć w obcym wojsku. „Ten kamień też z sobą zabierz albo go sprzedaj, bo jest po twoim ojcu” — rzekł mu doktor. Co było dalej — nie wiadomo, ale odtąd Gerard Weber inaczej się do brata odnosił, zawsze mu jakiś podarunek przywiózł, a raz nawet kupił mu nową kosiarkę.

Inna zupełnie sprawa była z panią Turoń. Przyjeżdżała do Skiroławek ze stolicy nie zielonym oplem, ale starym dwutaktem. Opowiadano o niej rozmaite plugastwa, a przede wszystkim to, że męża swojego, imieniem Roman, który studia filozoficzne na uniwersytecie ukończył, z pracy zwolniła i gdy urodziło im się dziecko za służącego i gospodynię domową go miała. Gadano, że po zakupy chodził z siatką, pieluchy i majtki prał, a także obiady gotował i dziecku tyłek podcierał. Żona zaś jego, czyli pani Turoń, w tym czasie jakieś doktoraty robiła, ale nie prawdziwe, bo leczyć się u niej nie było można. W rzeczy samej jednak jak prawdziwy doktor o higienie ciągle wszystkim gadała. Rozpowiadała o niej żona gajowego Widłąga, że na wczasy przywoziła dwie walizki czystych majtek i jedną walizkę ligniny, a jak dziecko usmarkane zobaczyła przy drodze, to zatrzymywała się i dawała mu kawałek ligniny, żeby sobie nos obtarło. W tej sytuacji miał co prać ów Roman Turoń i choć był od żony starszy tylko o osiem lat, to przecież już powłóczył nogami jak starzec, idąc zaś na spacer z żoną i dzieckiem głośno wydalał z siebie gazy, na co ona, jak prawdziwa dama, nie zwracała uwagi. Pani Turoniowa lubiła opalać się nago w miejscach oddalonych, ale dobrze widocznych, a męża z dzieckiem w tym czasie wysyłała na spacery do lasu. Zauważono także, iż ilekroć szedł on ze swym dzieckiem albo na nie patrzył, na jego twarzy zawsze malowało się zdumienie, a zarazem ogromny podziw, jakby ciągle nie mógł się nadziwić, że z jego męskich lędźwi i łona jego niewiasty począł się twór tak doskonały. Doskonałości tej trudno jednak było uświadczyć, jak dzieci wioskowe miał mały tylko dwie nogi i dwoje rąk, tułów i głowę nieco większą, ale nie od mądrości tylko po rodzicach, gdyż Turoń i Turoniowa do głowaczy się zaliczali, czyli wielkogłowych. Może był i mądrzejszy od innych dzieci w wiosce, a może i głupszy, nikt tego nie potrafił sprawdzić, ponieważ Turoniowa ze względów higienicznych nie pozwalała swemu chłopcu ani bawić się, ani nawet spotykać z innymi dziećmi, nawet z takimi, co nie były usmarkane. Opowiadała Widłągowa, że chyba jednak nie jest taki mądry, jak to twierdzą rodzice, bo wolał nalać w majtki, niż pójść za stodołę. A kiedy wziął do ręki przy wykonywaniu potrzeby swój maleńki wyrostek, to matka kazała mu zaraz myć ręce, jakby, za przeproszeniem, ciągle go w czymś brudnym maczał. Przez to ciągłe mycie rąk i podmywanie się pani Turoniowej, bolały Widłągową ramiona od noszenia wciąż nowych wiader z wodą. Rozpowiadał też młody Galembka rozmaite plugastwa o Turoniowej, a przede wszystkim to mianowicie, że zasłyszawszy, iż ludzie w Skiroławkach raz w roku pewnej nocy wszyscy na siebie włażą w starym młynie, aż ręce załamywała: Ach, jakie to niehigieniczne. Kazała też Galembce przewieźć się łódką na Czaplą Wyspę, gdzie pokazał jej zeszłoroczne ślady po ognisku, które rozpalano wtedy, gdy owa noc miała nadejść. Prawił jej młody Galembka, jak to w tę noc tajemną ognisko na wyspie pali się dziwnym niebieskawym płomieniem, a kto ów płomień gorejący ujrzy, jak ćma obija się o ściany; potem zaś ludzie idą w ciemnościach do starego młyna, młódki i starcy, mężatki i wdowy, a także mężczyźni żonaci i kawalerowie, i tacy, co jeszcze nie próbowali kobiety. A gdy ognisko przygasa, na sianie Szulca słychać tylko głośne oddechy i krzyki niewiast, które się spełniały nie wiedzieć z kim, po ciemku, w mroku, po omacku. I rozkosz wówczas wszystkich ogarniała niewysłowiona, bo krew ludzka z krwią ludzką się miesza, człowiek człowiekowi staje się bratem, siostrą, mężem i żoną, każdy żyje z każdą jak to w raju być musiało, kiedy ludzie wstydu nie znali. Aż żal, że tylko raz w roku taka noc następuje, a i to nie wiadomo kiedy. Przez to właśnie ludzie w Skiroławkach smutni bywają i wieczorami z ogromną tęsknotą patrzą na wyspę, czy ognia na niej nie widać. Tak prawił Galembka, a pani Turoń dygotała z wstydu i odrazy, aż i sama chyba wstyd zatraciła, bo nazajutrz przyszedł Galembka do doktora Niegłowicza i rozpiąwszy rozporek, swój członek pokazał, obolały i opuchnięty. Zatarł mi się w tej babie, jak tłok w źle oliwionym cylindrze — poskarżył się doktorowi. A ten dał mu butelkę z wodą Burowa, nakazując robić z niej okłady i głośno wyrzekał: „Mój Boże, do czego to ludzi ta higiena zaprowadzi”. Z czego wynikało, że nie wszyscy doktorzy są za higieną. Pani Turoń miała także gruby notatnik i z nim od czasu do czasu po wiosce chodziła, szukając takiego, co by jej o tej nocy w starym młynie dokładnie opowiedział, chciała bowiem poznać prawdę ze względów naukowych. Niestety, nikt nie umiał jej nic konkretnego wyjawić, ponieważ w takich małych wioskach jak Skiroławki ludzie nie bardzo potrafią odróżnić prawdę od kłamstwa, fantazję od rzeczywistości. W małych wioskach podobne sprawy są zawsze z sobą pomieszane jak kapusta, mięso, ziemniaki i rozmaite różne zielska w kapuśniaku. Tedy co roku pani Turoniowa czaiła się nocą w oknie na pięterku w domu Widłągów i patrzyła pilnie na jezioro w stronę Czaplej Wyspy, czy blasku ognia tam nie zobaczy. I aż cała dygotała ze wstrętu na myśl, co się potem dziać będzie w starym młynie. Nawet zdecydowana była pójść tam, aby ludziom powiedzieć, że czynią sprawy niehigieniczne. Ale nigdy jakoś owego ognia na Czaplej Wyspie nie ujrzała, bo może owe obrzydliwe sprawy działy się w innym czasie albo zgoła w innym miejscu, jak twierdził jej mąż Roman, gdy widział ją przyczajoną w oknie. Lecz ją nic od owego okna odciągnąć nie było w stanie. Udawała, że nie słyszy, jak mąż głośno wydziela gazy i patrząc w ciemność na jeziorze stawała się bardzo smutną. W takich chwilach myślała o sobie, że ma dopiero lat trzydzieści pięć, jest rosła i ładna, od urodzenia dziecka nie może jednak przemóc w mężu szacunku, jaki żywi on do niej z powodu faktu, że stała się matką, zaś mężczyźni, których spotyka na różnego rodzaju sympozjach i zjazdach, raz na nią wszedłszy, szybko z niej schodzą, nawet bez udzielenia wyjaśnień. Tak naprawdę jednak to w owych długich chwilach czajenia się w oknie nie tylko smutek, ale i dziwną słodycz pani Turoń znajdowała; słodycz, za którą potem tęskniła w stolicy, aż znowu przychodziło lato i przyjeżdżała do Widłągów, aby się przy oknie przyczaić. Albowiem nie tylko w małych wioskach, lecz i w niektórych ludziach prawda i kłamstwo bywają z sobą pomieszane.

Tuż po sianokosach, przybywał też do Skiroławek niejaki Bruno Kriwka. Miał szronkowatego konia i dwukółkę oblepioną kolorowymi reklamówkami zagranicznych producentów olejów samochodowych oraz tym wszystkim, co się na wózek przylepić dało, a więc ogłoszeniami o spędach świń i cieląt, jak również afiszami zachęcającymi do radiologicznej kontroli płuc. Cały dzień mógł niejednemu zejść na czytaniu i oglądaniu owych nalepek i ogłoszeń, wytrwały zaś potrafił znaleźć wyciętą z zagranicznej gazety kolorową fotografię nagiej dziewczyny, która między nogami zamiast tego co inne baby, różowy tulipan miała. A wszystko to po to zostało nalepione, aby zwabić ludzi do dwukółki, na której Bruno Kriwka siedział dumnie i czarną brodę gładził, na lud patrząc miłościwie, a potem go błogosławił zamaszystymi ruchami rąk. Byli w Skiroławkach tacy, co pamiętali owego Kriwkę jako zwykłego gospodarza z Wietrzwałdu, tym tylko się od innych wyróżniającego, że żonę swoją bił po pijanemu stołkiem nieco mocniej niż inni, Aż zdarzyło się przed laty, że pewna dziennikarka ze stolicy, która w tych stronach wówczas przebywała i rozmaite miejscowe ciekawostki ją bawiły, zapytała Bruno Kriwkę, czy nie jest przypadkiem ostatnim z rodu starodawnych tutejszych kapłanów, co się „kriwe” zwali. W następstwie tej rozmowy ukazała się w jakiejś gazecie fotografia Bruna Kriwki, a przede wszystkim jego wielkiej czarnej brody oraz dużej łysiny. Odtąd Kriwka zaprzestał bicia swej żony, lud zaginiony postanowił odnaleźć i kapłaństwo nad nim zapragnął sprawować. Zaczął tedy objeżdżać wioski swoją dwukółką, przeważnie miejscowości nad jeziorem Baudy, gdyż za Baudę się uważał i gardził sąsiednim plemieniem Bartów, którzy przed wielu laty konie ukradli nauczycielowi Hermanowi Kowalikowi. „Krzywcie się połową twarzy, a połową twarzy uśmiechajcie — radził Bruno Kriwka swemu ludowi — gdyż w ten sposób okażecie pamięć wszystkich krzywd, jakich doznaliśmy od Gotów, Kawalerów Maltańskich oraz innych przybyszów. Narody są wymysłem Szatana. Liczą się jedynie wspólnoty rodowe i plemienne. Zastanówcie się, z jakiego jesteście rodu albo z jakiego wywodzicie się plemienia i ku tamtym sprawom zwróćcie swoje myśli. Wtedy nauczycie się uśmiechać połową twarzy i połową twarzy krzywić, aby nikt nie sądził, że jesteście zadowoleni. Zawsze byliśmy to z tymi, to z tamtymi; a to znaczy, że byliśmy i przeciw tym, i przeciw tamtym. Prawdziwy Bauda jest wiarołomny i zdradliwy, nawet śmierć chciałby oszukać. Bauda nie ma przyjaciół i swoją cierpiącą twarz obnosi po wszystkich gościńcach. Żądajcie współczucia dla zaginionego ludu, ale tym, co okażą wam współczucie, nóż wbijcie w plecy, uśmiechając się połową twarzy, a połową twarzy krzywiąc, aby nikt nie myślał, że jesteście zadowoleni. Nic bowiem nie wskrzesi wspólnot rodowych i plemiennych w czasach, gdy żyją narody. To narody są naszymi ciemiężycielami, to one zgubiły nasze dawne wspólnoty. Bądźcie przeciw narodom, a jednego z nas wybierzcie na króla.”

Tak mówił Bruno Kriwka do cieśli Sewruka, który odpowiadał mu mową śpiewną i łagodną, z dalekich bowiem stron się wywodził. Tak mówił do Jonasza Wątrucha, którego za Baudę uważał, ale Wątruch nie umiał się uśmiechać połową twarzy ani połową twarzy krzywić, gdyż w ogóle uśmiech mało kiedy gościł na jego twarzy, a tylko powaga ogromna. Pamiętał bowiem Jonasz Wątruch, że po ziemi bezszelestnie stąpa Szatan, książę ciemności. Sztukę krzywienia się i zarazem uśmiechania chciał posiąść Otto Szulc, ale przeszkadzała mu w tym pamięć o płonących śniegach i człowieku, którego zabił dla kromki chleba. Za Baudę uznał Kriwka i Erwina Kryszczaka, ponieważ podobno on to zabił nożem księcia Reussa, ostatniego z Kawalerów Maltańskich, czym dał dowód, że zdradą trzeba płacić za czyjąś łaskawość. Ale z olbrzymów się wywodził książę Reuss, Kryszczak zaś ze średnich karzełków, tedy wciąż się wydawało Kryszczakowi, że olbrzym ciągle żyje i groźnie kiwa na niego palcem. Gdzie mógł się schronić mały karzełek, jeśli nie pod kobiecą sukienkę? „Ta przeklęta ziemia wciąż rodzi nowych olbrzymów — skarżył się Kryszczak Bruno Kriwce. — Drży ziemia, gdy idzie doktor albo syn jego, Joachim. Masz, Kriwka, za żonę tęgą kobietę, która obfite suknie nosi. Tam się schroń, jak ja to robię i w ten sposób Żytniej Babie cześć będziesz oddawał, a w „kriwe” się nie baw”.

Wkrótce wyrósł Kriwce potężny konkurent w postaci Arona Ziemby, który za króla Bartów się ogłosił. Odtąd mieli się ludzie dowiadywać o wyższości Baudów nad Bartami i o wyższości Bartów nad Baudami. Z opowiadań Ziemby wynikało, że Baudowie nigdy żadnych królów nie mieli, a jeśli któryś z nich doszedł, dzięki łaskawości Kawalerów Maltańskich, do jakichkolwiek godności plemiennych, zawsze popadał w alkoholizm. Nie było też u nich rzadkością, aby brat zaczaił się ze strzelbą na brata lub kuzyna i zazwyczaj nienawiścią darzyli tych, co im jakąkolwiek życzliwość okazali. O Ziembie zaś prawił Kriwka, że praszczur jego tajemną ścieżką przez bagna poprowadził Kawalerów Maltańskich do siedziby plemienia, gdzie wszystkich Baudów wybito co do nogi, a z domów ich nie pozostał nawet kamień na kamieniu. Każdemu olbrzymowi gotowi byli służyć Bartowie, żony swoje do nierządu nakłaniali albo sprzedawali w niewolę, najchętniej kupcom arabskim. A kiedy był czas próby i należało pójść w tę lub tamtą stronę, Bartowie szli w tamtą, a Baudowie w tę stronę, przez co ich drogi wciąż się rozchodziły i od siebie oddalały. Tym niemniej obydwaj — i Kriwka, i Ziemba — byli zdania, że tożsamość plemienną należy strzec przed obcymi, to jest uśmiechać się tylko połową twarzy i połową twarzy krzywić, aby nikt nie myślał, że jest się zadowolonym.

Nie lubił Bruno Kriwka doktora, nie lubił pisarza Lubińskiego, a także malarza Porwasza, za obcych ich uznawał i nigdy im się nie odkłaniał, ponieważ, jego zdaniem, wyżej cenili naród nad wspólnotę plemienną. I gniew Kriwkę ogarniał, kiedy wieść straszna do niego doszła, że Nepomucen Lubiński krzyk tej ziemi usłyszał na Świńskiej Łące koło dawnej szubienicy Baudów. „To moja żona krzyczała, kiedy ją biłem pięścią po głowie” — tłumaczył ludziom Kriwka, który nie chciał, aby Lubiński stał się w ten sposób Baudą i za baudyjskiego pisarza uchodził. Cóż bowiem pozostało by z Kriwki, gdyby nie jego baudyjskie pochodzenie? Kto by się nim interesował? Kto by z nim rozmawiał i słuchał jego kazań? Kto by z nim wywiady do gazet przeprowadzał i w rysach jego twarzy znamiona zaginionego ludu odnajdywał?

A jednak tego lata podczas przyjazdu do Skiroławek znowu musiał Kriwka wysłuchiwać o tym, że Lubiński krzyk tej ziemi usłyszał. Dowiedział się też, że (jak to ze starych ksiąg przeczytanych przez Lubińskiego wynikało) nie było u Baudów żadnych kapłanów zwanych „kriwe”. Wodzowie plemienni, gdy chcieli lud swój zebrać na jakieś zgromadzenie, wysyłali między nich laskę-krzywulę, „kriwą” po baudyjsku zwaną. Byłby więc Kriwka nie potomkiem kapłanów starodawnych, ale tylko człowiekiem od laski-krzywuli nazwisko swoje wywodzącym. Tedy cztery razy na wszystkie strony świata splunął Bruno Kriwka i odgrażając się Lubińskiemu natychmiast w dalszą drogę swoją dwukółką wyruszył, poszukując zaginionego ludu. Wkrótce też zapomnieli o nim ludzie, bo właśnie Kondek popadł w ogromne kłopoty i choć był bogaty, to przecież prawie przez tydzień nic nie jadł z powodu swego skąpstwa, a także przebiegłości, jak również z winy familii Gruber.

Jeszcze w styczniu otrzymał Kondek list od owej familii i zapytanie, czy może ona go w lipcu odwiedzić, aby zobaczyć miejsce, skąd się wywodzi. Spodziewając się rozmaitych drogocennych podarunków, Kondek Gruberów do siebie zaprosił, dwie izby na przyjęcie gości odmalował. A w przeddzień przyjazdu owych gości, aby się wydawać nędzarzem, który wsparcia potrzebuje, wyprowadził w pole pod las swoje dziesięć krów dojnych. Czterdzieści świń i warchlaków przeniósł do pustej chlewni cieśli Sewruka. Rozkazał też żonie swojej, aby wszelkie jadło po kątach starannie ukryła, iżby współczucie Gruberów wzbudzić. Jednego tylko nie potrafił Kondek dokonać, a mianowicie zasłonić czymś albo zgoła przenieść w inne miejsce chlewni i nowej obory, którą pobudował na miejscu rozwalającej się szopy, bo gospodarstwo po familii Gruber było jednym z uboższych w wiosce. Na koniec podwórze żółtym piaskiem wysypał, aby miały gdzie parkować zielone i czerwone ople, podobne do tego, który miał Gerard Weber. Nie jadł Kondek przez cały dzień, żonie i córkom jeść zakazał, iżby na wygłodzone wyglądały.