Pierwsza przygoda Pana Samochodzika - Zbigniew Nienacki - ebook + książka

Pierwsza przygoda Pana Samochodzika ebook

Nienacki Zbigniew

3,4

Opis

Tomasz, student historii sztuki dorabiający do swego stypendium pracą na pół etatu w redakcji czasopisma, znajduje starą kartkę wyrwaną z książki. Informuje ona o liście od chińskiego cesarza z żądaniem poddania grodu Ałbazin, napisany w językach: mandżurskim, mongolskim i polskim. Nie daje mu to spokoju. Organizuje wyprawę na wschód tropem przygody. Natrafia na kryminalną zagadkę prowadzącą do skarbu. Czy uda mu się ją rozwiązać?

Powieść Zbigniewa Nienackiego Pierwsza przygoda Pana Samochodzika po raz pierwszy została wydana jako Pozwolenie na przywóz lwa. Nie była wtedy pomyślana jako książka o Panu Samochodziku. Autor zdecydował się jednak na zmianę głównego bohatera i rysu fabuły. Opublikowana jako część cyklu stanowiła prequel do opowieści o przygodach detektywa-amatora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (73 oceny)
15
17
27
12
2

Popularność




Zbi­gniew Nie­nacki

Pierw­sza przy­goda Pana Samo­cho­dzika

Wyda­nie I

Liber Novus

Redak­tor naczelny • Mar­cin Nowak Pro­jekt okładki • Maciej Łazow­ski

Wydaw­nic­twoLiber Novus Mar­cin Nowak ul. Łaska 43 95–050 Kon­stan­ty­nów Łódzkiwww.liber­no­[email protected]­no­vus.pl

Copy­ri­ght © • Helena Nowicka Copy­ri­ght © for elec­tro­nic ver­sion • Liber Novus Kon­stan­ty­nów Łódzki 2019

ISBN • 978-83-7741-122-3

Liber Novus 2019

Roz­dział pierw­szy

Tajem­ni­cza kartka • Zagad­kowy Ałba­zin • Roz­po­czy­nam poszu­ki­wa­nia • Ogło­sze­nie • Pie­częć warowni sybe­ryj­skiej • Dziwny leśnik • Skarb kor­sa­rza Kidda • Złoto Ałba­zina • Amur • Pozwo­le­nie na przy­wóz lwa

Przy­czyną wszyst­kiego stała się mała, zadru­ko­wana kartka, którą w kwiet­niu 1960 roku zna­la­złem na pod­ło­dze w swoim pokoju.

Rano sprzą­taczka ze spół­dzielni „Czy­stość” umyła mi pod­łogę i zażą­dała gazet do roz­ście­le­nia ich na wyszo­ro­wa­nym par­kie­cie. Gazet w domu nie mia­łem. Uda­łem się więc do punktu skupu maku­la­tury i kupi­łem paczkę sta­rych gazet, które roz­ło­ży­łem na pod­ło­dze. Wie­czo­rem, gdy zasia­dłem przy biurku do pracy, pod­łoga wyglą­dała jak nowo­cze­sna malar­ska kom­po­zy­cja z bia­łych figur geo­me­trycz­nych. Prze­wa­żały wiel­kie pro­sto­kąty Time­sów i Izwie­stii, ale nie bra­kło także nie­wiel­kich płacht gazet pro­win­cjo­nal­nych, tu i ówdzie zazna­cza­ją­cych się smugą czer­wo­nego tytułu.

Rzu­cił mi się w oczy malutki pro­sto­ką­cik — kartka wyrwana z książki. Leżała tuż obok biurka i cią­gle mia­łem ją przed oczami. Raziła mnie jej obec­ność, od dziecka bowiem wpa­jano we mnie sza­cu­nek dla książki. Coraz trud­niej było mi pra­co­wać. Pisa­łem wła­śnie arty­kuł o miło­ści do ksią­żek i ta samotna, zdep­tana kartka wyda­wała mi się jakby żywym two­rem, zada­ją­cym kłam moim sło­wom. Dla­tego wresz­cie pochy­li­łem się, pod­nio­słem ją z pod­łogi, zdmuch­ną­łem z niej kurz.

Zauwa­ży­łem, że wyrwano ją z rosyj­skiej książki. Prze­czy­ta­łem pierw­sze zda­nie:

24 marta 1684 goda w Ałba­zi­nie była połu­czena gra­mota ot kitaj­skogo impie­ra­tora z prie­dło­że­ni­jem o sda­cze, napi­sana na man­dżur­skom, mon­gol­skom i pol­skom jazy­kach.

W tłu­ma­cze­niu brzmiało to nastę­pu­jąco:

24 marca 1684 roku w Ałba­zi­nie otrzy­mano list od chiń­skiego cesa­rza z żąda­niem pod­da­nia się, napi­sany w języ­kach: man­dżur­skim, mon­gol­skim i pol­skim.

Po pol­sku?

Pośpiesz­nie czy­ta­łem dalej. Ale następne zda­nia nie przy­no­siły wyja­śnie­nia. Zawie­rały tylko skromną wia­do­mość, że miesz­kańcy Ałba­zina poczęli się goto­wać do obrony. 4 czerwca 1685 roku nad­cią­gnęły pod Ałba­zin pierw­sze oddziały wojsk chiń­skich. Potem lądem nade­szła ogromna armia: 10000 kon­nych wojow­ni­ków, 100 dział lek­kich i 50 dział cięż­kich. Rzeką przy­pły­nęło 100 wiel­kich łodzi, a na każ­dej z nich znaj­do­wało się 50 żoł­nie­rzy.

11 czerwca 1685 roku komen­dant wojsk chiń­skich jesz­cze raz zapro­po­no­wał obroń­com Ałba­zina pod­da­nie warowni…

I tu koń­czyła się stro­nica. A choć po wie­le­kroć obra­ca­łem kartkę w ręku i czy­ta­łem od nowa — nie dowie­dzia­łem się jed­nak nic wię­cej nad to, co zostało na niej wydru­ko­wane.

Jakie były dal­sze losy obroń­ców Ałba­zina? Gdzie był ów Ałba­zin i dla­czego wła­dze chiń­skie pisały po pol­sku do jego obroń­ców? Malutka kartka nosząca porząd­kowe liczby „41” i „42” — mil­czała.

Naza­jutrz znowu posze­dłem do tego samego punktu skupu maku­la­tury i pra­wie pół dnia spę­dzi­łem na prze­trzą­sa­niu zebra­nych tam papie­rzysk, sta­rych gazet i nikomu już nie­po­trzeb­nych ksią­żek, aby odna­leźć tę, z któ­rej pocho­dziła wyrwana kartka. Była to zresztą tylko próżna mitręga. Nie zna­la­złem ani jed­nej. I do dziś, choć od tam­tej chwili minęło wiele czasu — odby­łem ogromną podróż i zazna­łem dzie­siąt­ków przy­gód — do dziś nie wiem, z jakiej książki pocho­dziła malutka kar­teczka pod­nie­siona z pod­łogi w moim pokoju.

Ale nie jest chyba naj­waż­niej­sze, jakiego kształtu i koloru był kamyk, który spo­wo­do­wał lawinę.

Wysi­la­łem pamięć, pró­bo­wa­łem zaglą­dać do poważ­nych dzieł histo­rycz­nych. Ni­gdzie jed­nak nie natra­fi­łem na wia­do­mość, że w dru­giej poło­wie XVII wieku Pol­ska uczest­ni­czyła w walce z Chi­nami, lub że w woj­nie z Chiń­czy­kami brali udział Polacy. Żadna ze zna­nych mi ksią­żek nie wymie­niała także nazwy „Ałba­zin”.

A prze­cież było napi­sane wyraź­nie: „24 marca 1684 roku w Ałba­zi­nie otrzy­mano list od chiń­skiego cesa­rza z żąda­niem pod­da­nia się, napi­sany w języ­kach: man­dżur­skim, mon­gol­skim i pol­skim”.

„A może ten wyraz — pol­skim — powstał z dru­kar­skiego błędu?” — Zasta­na­wia­łem się, nie potra­fiąc wyja­śnić zagadki.

Gdyby cho­ciaż wia­domo było, gdzie leży ów Ałba­zin!… Ale i w tym wzglę­dzie kartka nie dawała naj­drob­niej­szej wska­zówki. Pod Ałba­zina przy­było lądem 10 000 wojow­ni­ków, rzeką zaś przy­pły­nęło 100 wiel­kich łodzi. Ałba­zin leżał więc nad jakąś rzeką. Nie­stety, nazwa rzeki pozo­stała dla mnie nie­znana.

Chiny, Man­dżu­ria, Mon­go­lia — sąsia­du­jące ze sobą kraje. Dziw­nie i obco brzmi słowo „Ałba­zin”. Czy nie zna­czy to, że Ałba­zina należy szu­kać aż gdzieś, hen, na Dale­kim Wscho­dzie? Dla­czego jed­nak do ałba­ziń­skiej warowni Chiń­czycy pisali nie tylko po mon­gol­sku i man­dżur­sku, lecz także po pol­sku?

Był to pro­blem dla poważ­nego naukowca, a nie stu­denta histo­rii sztuki, który dora­biał do swego sty­pen­dium pracą na pół etatu w redak­cji cza­so­pi­sma, zaj­mu­jąc się infor­mo­wa­niem o zabyt­ko­wych obra­zach w sta­rych kościo­łach lub o odkry­ciach doko­ny­wa­nych przez histo­ry­ków sztuki i arche­olo­gów. Dotych­czas zawsze współ­pra­co­wa­łem ze spe­cja­li­stami. Teraz — wobec dziw­nej sprawy Ałba­zina — pozo­sta­wa­łem samotny. Histo­rycy, do któ­rych zwra­ca­łem się o pomoc, wzru­szali ramio­nami lub pro­po­no­wali mi zaję­cie się pro­blemami, jakie ich samych fra­po­wały. Lecz mnie tra­piła zagadka Ałba­zina, choć — poczy­na­łem poj­mo­wać — chyba prze­ra­stała ona moje moż­li­wo­ści.

Zre­zy­gno­wa­łem z niej, sta­ra­łem się o niej nie myśleć. Ale ile­kroć po pracy w redak­cji wra­ca­łem do domu i sta­wa­łem w progu swego pokoju — natych­miast przy­po­mi­na­łem sobie chwilę, gdy pod­nio­słem z pod­łogi małą zadru­ko­waną kartkę. I choć nie jestem czło­wie­kiem prze­sąd­nym, to prze­cież nie potra­fi­łem wyzwo­lić się od myśli: a może to Los pod­rzu­cił mi tę sprawę, abym się nią zajął? A może to jest wła­śnie ta jedna jedyna w życiu „wielka szansa”, obok któ­rej nie wolno przejść obo­jęt­nie?

Dałem do gazety ogło­sze­nie:

Poszu­kuje się wia­do­mo­ści, wska­zó­wek i ksią­żek zwią­za­nych z histo­rią ist­nie­ją­cej w dru­giej poło­wie XVII wieku warowni Ałba­zin.

Zgło­sze­nia pro­simy kie­ro­wać do działu repor­tażu naszej gazety.

Minął jeden, drugi, trzeci dzień. Prze­szedł tydzień. Nikt się nie zgło­sił. Pono­wi­łem ogło­sze­nie. I znowu bez­sku­tecz­nie. Kole­dzy poczęli sobie ze mnie podrwi­wać. Na tablicy komu­ni­ka­tów, wiszą­cej na kory­ta­rzu redak­cji, prze­czy­ta­łem wia­do­mość:

Roz­są­dek pil­nie poszu­ki­wany. Zgło­sze­nia pro­simy kie­ro­wać do działu repor­tażu, dla redak­tora Ałba­zin.

Uzna­łem, że nade­szła naj­wyż­sza pora, abym prze­stał zaprzą­tać sobie głowę zagadką Ałba­zina. Lecz wła­śnie wów­czas listo­nosz dorę­czył mi dużą szarą kopertę nadaną w Kra­ko­wie. Zawie­rała foto­ko­pie jakby jakie­goś medalu z malut­kim uszkiem i krótki list od zna­nego pol­skiego numi­zma­tyka1:

Sza­nowny Panie Redak­to­rze!

Nie znam histo­rii warowni Ałba­zin. Jestem nato­miast w posia­da­niu dość rzad­kiej chyba ksią­żeczki: Zapi­ski Pria­mur­skogo Otdieła Obszcze­stwa Wosto­ko­wie­die­nija, wyda­nej w Bła­go­wiesz­czeń­sku w 1915 roku. W ksią­żeczce tej wid­nieje odbitka pie­częci warowni Ałba­zin i bar­dzo krótka wzmianka, że ory­gi­nał pie­częci znaj­duje się w muzeum Ermi­taż. „W Pio­tro­gro­dzie na dorocz­nym zebra­niu człon­ków Rosyj­skiego Towa­rzy­stwa Gene­alo­gicz­nego — wspo­mina się w Zapi­skach — S. P. Troj­nicki wygło­sił refe­rat pt: Pie­częć warowni ałba­ziń­skiej. Pie­częć ta jest rzad­kim i cie­ka­wym zabyt­kiem heral­dycz­nym2, ponie­waż pod­waża ona roz­po­wszech­nioną opi­nię, jakoby znaki heral­dyczne nie były znane w XVII stu­le­ciu. Ulu­bio­nymi zna­kami heral­dycz­nymi na pie­czę­ciach osie­dli sybe­ryj­skich — a do takich należy rów­nież znaj­du­jąca się w Ermi­tażu pie­częć warowni ałba­ziń­skiej — były figury zwie­rząt i pta­ków, zamiesz­ku­ją­cych olbrzy­mie leśne poła­cie Sybe­rii”.

Dalej nastę­puje dokładny opis pie­częci. Prze­sy­łam Panu foto­ko­pię inte­re­su­ją­cego Pana frag­mentu tek­stu, a także foto­gra­fię odbitki pie­częci. Być może okażą się one pomocne dla pozna­nia histo­rii warowni Ałba­zin.

Z powa­ża­niem,

dr K. W.

Długo wpa­try­wa­łem się w foto­gra­fię pie­częci. A więc Ałba­zin jest jed­nak czymś real­nie ist­nie­ją­cym, a nie two­rem mej wyobraźni — jak poczy­na­łem mnie­mać.

Wiem już, gdzie leży tajem­ni­czy Ałba­zin. Na Sybe­rii.

W kil­ka­na­ście dni póź­niej odwie­dził mnie w redak­cji młody, trzy­dzie­sto­letni męż­czy­zna w mun­du­rze leśnika.

— Ja w spra­wie ogło­sze­nia — powie­dział. A ponie­waż nie bar­dzo mogłem pojąć, o jakie ogło­sze­nie mu cho­dzi, nie koja­rzy­łem bowiem osoby mło­dego leśnika z histo­rią sie­dem­na­sto­wiecz­nego Ałba­zina, leśnik zapy­tał:

— To pan ogło­sił, że szuka się wska­zó­wek o Ałba­zi­nie?

— Tak, ja…

Usiadł na krze­śle przed moim biur­kiem. Wyjął z kie­szeni bla­szane pudełko z pięk­nym bos­ma­nem na wieczku. Uła­mał połówkę papie­rosa i osa­dził ją w pro­stej wiśnio­wej cygar­niczce. Jak zahip­no­ty­zo­wany wio­dłem wzro­kiem za każ­dym ruchem jego dłoni.

— Nazy­wam się Antoni Szulc. Pra­cuję we wsi Kamionki.

— Taaak…

— Czy mogę liczyć na pań­ską dys­kre­cję? — zapy­tał nie­ocze­ki­wa­nie.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

— Nie rozu­miem…

— Pra­gnę panu powie­dzieć w zaufa­niu o poważ­nej spra­wie. Myślę, że doj­dziemy do poro­zu­mie­nia. Jeśli jed­nak sta­nie się ina­czej, czy mogę liczyć, że to, co panu powiem, nie zosta­nie nikomu ujaw­nione?

Zbli­żył do mnie twarz. Mówił pół­gło­sem. Papie­ros, który poło­żył na popiel­niczce, dymił okrop­nie. Dym ucho­dził w górę cien­kim słup­kiem i na wyso­ko­ści głowy mojego roz­mówcy wiro­wał tajem­ni­czo.

Ski­ną­łem głową:

— Może pan liczyć na moją dys­kre­cję.

Roz­siadł się wygod­niej, zało­żył nogę na nogę, zacią­gnął się papie­ro­sem.

— Mam dwa stare plany. Jeden to plan warowni Ałba­zin, jej umoc­nień i for­ty­fi­ka­cji, drugi plan, pro­szę pana, przed­sta­wia miej­sce, gdzie został zako­pany… skarb. Złoto.

— Oczy­wi­ście inte­re­suje mnie wyłącz­nie ten pierw­szy plan — rze­kłem pośpiesz­nie.

— A skarb? Złoto? — zawo­łał. I aż zerwał się z krze­sła. Nachy­lił się ku mnie i mówił gorącz­kowo: — Ja wiem, że Ałba­zin znaj­duje się bar­dzo daleko stąd. Za gra­nicą. Ale pan jest nie tylko stu­den­tem, ale i dzien­ni­ka­rzem. Znaj­dzie pan jakiś powód, żeby poje­chać w tamte odle­głe strony, tra­fić do Ałba­zina i odna­leźć złoto. Skar­bem z Ałba­zina podzie­limy się. Zawrzemy umowę na piśmie. Pan otrzyma ode mnie plany, odnaj­dzie skarb i weź­mie sobie połowę. A ja dostanę drugą połowę. Nie mogę panu dać tylko jed­nego planu, bo może oby­dwa są od sie­bie w jakiś spo­sób uza­leż­nione.

Poło­ży­łem mu ręce na ramio­nach i posa­dzi­łem na krze­śle.

— Czy wie pan, gdzie leży Ałba­zin? — zapy­ta­łem uprzej­mie.

— Nie­zbyt dokład­nie. To gdzieś bar­dzo daleko. Nad Amu­rem, pro­szę pana.

— Baga­telka!

— Pan jest dzien­ni­ka­rzem. Może pan wysta­rać się o pozwo­le­nie na taką daleką podróż.

Żal mi było tego czło­wieka. Wyglą­dał na maniaka. Maniak w mun­du­rze leśnika!

— Będę musiał pana roz­cza­ro­wać — rze­kłem. — Ałba­zi­nem inte­re­suję się wyłącz­nie dla­tego, że chcę wie­dzieć, dla­czego w dru­giej poło­wie XVII wieku Chiń­czycy po pol­sku pisali list do obroń­ców ałba­ziń­skiej warowni. Złoto Ałba­zina zupeł­nie mnie nie pociąga. W naj­bliż­szej przy­szło­ści nie zamie­rzam także brać udziału w jakich­kol­wiek poszu­ki­wa­niach ukry­tych skar­bów.

— Ale tam jest złoto. Czy pan rozu­mie? Złoto — wołał.

Wes­tchną­łem ciężko.

— Pro­szę pana, ist­nieje Mię­dzy­na­ro­dowy Klub Poszu­ki­wa­czy Skar­bów, który ma swą sie­dzibę w Paryżu. Co pewien czas spe­cjalny biu­le­tyn wyda­wany przez Klub przy­nosi wprost rewe­la­cyjne infor­ma­cje i wska­zówki o skar­bach roz­sia­nych po całej kuli ziem­skiej. Infor­ma­cje te nie są zmy­ślone, lecz oparte o mate­riały histo­ryczne, ba, nawet o dokładne plany, które wła­ści­wie odczy­tane pozwolą uzy­skać milio­nowe for­tuny. Czy dużo jest złota w Ałba­zi­nie?

— Worek. Pełen worek.

— Tylko tyle? Ja wiem przy­naj­mniej o czter­dzie­stu skar­bach, któ­rych war­tość jest tak wielka, że po pro­stu nie spo­sób jej okre­ślić. Znam miej­sca, gdzie leży nie jeden worek, ale całe tony złota i klej­no­tów. A jed­nak jak pan sam widzi, nie należę do milio­ne­rów.

Leśnik mil­czał, a ja wysze­dłem zza biurka i prze­cha­dza­jąc się po swym pokoju opo­wia­da­łem iro­nicz­nie:

— Czy pan wie, że w głębi zatoki Matan­zas na Kubie spo­czywa jede­na­ście gale­onów admi­rała Rodryga Far­fana? Zato­nęły one wraz z ogrom­nym ładun­kiem złota. Czy pan sły­szał, że dwa­dzie­ścia pięć gale­onów guber­na­tora Boba­dilla roz­biło się w 1502 roku o skały przy­lądka Engano koło San Domingo? Razem z gale­onami zato­nął ładu­nek skła­da­jący się z bez­cen­nych krusz­ców, klej­no­tów oraz szcze­rego złota wagi trzy i pół tysiąca fun­tów! Na wyspie Aruba w Wene­zu­eli, w pod­ziem­nej gro­cie Ger­rita Colo­rado suspen­do­wany3 ksiądz Domingo Mun­goz i jego przy­ja­ciółka Wanda ukryli kosz­tow­no­ści pocho­dzące z kor­sar­stwa. Czy sły­szał pan o wspa­nia­łym skar­bie zakonu jezu­itów ukry­tym w Boli­wii w XVIII wieku? W 1903 roku Anglik Prod­gers zna­lazł doku­ment spo­rzą­dzony przez jezu­itów, wska­zu­jący drogę do skarbca. Nie­stety, skarbca jesz­cze nie odna­le­ziono… Wiem o wyspie w archi­pe­lagu Gala­pa­gos, na któ­rej kor­sarz fran­cu­ski Dasam­ret z Dieppe zako­pał w 1673 roku swój ogromny łup. Znane są miej­sca ukry­cia bogactw zra­bo­wa­nych przez takich kor­sarzy, jak: Kidd, Wafer, Davies, Dam­pier, nie jeste­śmy jed­nak w sta­nie tra­fić do kry­jó­wek peł­nych złota. W gro­cie góry Ora, w dorze­czu rzeki Adygi we Wło­szech, oddział hitle­row­skich żoł­nie­rzy scho­wał w 1945 roku manierki wypeł­nione zło­tem. Złota tego jest tam około pię­ciu­set kilo­gra­mów, wszy­scy żoł­nie­rze tego oddziału zgi­nęli i dotąd nie ujaw­niono schowka ze skar­bem… W 1938 roku w oko­licy Saint Moritz w Szwaj­ca­rii roz­bił się nie­miecki Jun­kers-81 wio­zący ładu­nek złota ośmio­mi­liar­do­wej war­to­ści. Nie odna­le­ziono ani ładunku, ani szcząt­ków samo­lotu. W zatoce jed­nej z wysp Mar­ki­zów ukryty jest łup wojenny hitle­row­skiego kapi­tana łodzi pod­wod­nej U-435, Hel­muta. Skarb ten składa się z dużej ilo­ści klej­no­tów, złota oraz trzech obra­zów pędzla van Dycka. Na wyspie Gri­gan w archi­pe­lagu Maria­nów angiel­ski kor­sarz Robert­son ukrył w 1872 roku dwa miliony zło­tych pia­strów, zra­bo­wa­nych z dwu­masz­towca „Peri­vian” sto­ją­cego na redzie portu Cal­lac. Robert­son, ujęty przez kapi­tana Pacheco, popeł­nił samo­bój­stwo. Skarbu, jak dotąd, nie odkryto… Złota waza z ośmioma wiel­kimi bry­lan­tami i sied­mioma szma­rag­dami, dwa kilo­gramy pla­tyny, pięć­dzie­siąt tysięcy fun­tów szter­lin­gów i dwa miliony fun­tów turec­kich zako­pał w 1917 roku w Arme­nii, nie­da­leko gra­nicy per­skiej, dowódca bia­łych koza­ków, Czer­niaw­ski… Czy mam dalej wyli­czać?

Młody leśnik uśmiech­nął się smut­nie. Posta­no­wi­łem go osta­tecz­nie pognę­bić.

— W domu, szu­flady mojego biurka pełne są foto­ko­pii pla­nów pro­wa­dzą­cych do miliar­do­wych for­tun. Nie­stety, plany te zro­bione były na chyb­cika i nie­do­kład­nie. W tym leży zasad­ni­cza trud­ność. Ja wiem o skar­bach miliar­do­wych, a pan pro­po­nuje mi Ałba­zin i wore­czek ze zło­tem. A poza tym zapo­mniał pan o jed­nym. Ałba­zin znaj­duje się na Sybe­rii, albo, jak pan mówi, na Dale­kim Wscho­dzie. To zie­mie nale­żące do Związku Radziec­kiego. Ist­nieje prawo, które głosi, że skarb zna­le­ziony na jakimś tere­nie jest wła­sno­ścią pań­stwa, które włada tym tery­to­rium. Zaś szmu­giel złota przez gra­nicę to już nie moja spe­cjal­ność…

Szulc mil­czał. Ja rów­nież. Wypa­li­li­śmy po papie­ro­sie.

Potem on wstał i poże­gnał się ze mną.

— Prze­pra­szam, że oka­za­łem się czło­wie­kiem pozba­wio­nym fan­ta­zji i nie­skłon­nym do przy­gód — powie­dzia­łem.

— A może jed­nak pan się zasta­nowi? — nie tra­cił nadziei.

— Może.

— Niech pan na wszelki wypa­dek zapi­sze sobie mój adres: Antoni Szulc, wieś Kamionki.

Zapi­sa­łem w note­sie adres leśnika. Uczy­ni­łem to przez uprzej­mość. Nie zamie­rza­łem bowiem poszu­ki­wać skar­bów Ałba­zina. Zale­żało mi jedy­nie na pla­nie sta­rych for­ty­fi­ka­cji warowni. Ale nie widzia­łem spo­sobu, w jaki mógł­bym je od leśnika wydo­stać, skoro w grę wcho­dziło złoto.

Po powro­cie do domu roz­ło­ży­łem na stole atlas geo­gra­ficzny. Duża okrą­gła lupa poczęła sunąć po mapie, wydo­by­wa­jąc nie­bie­skie żyłki rzek, czer­wone nitki kolei i dróg, żółte pła­sko­wyże, buracz­kowe łań­cu­chy gór.

Amur — gra­niczna rzeka mię­dzy Man­dżu­rią, nale­żącą do Chin, i Związ­kiem Radziec­kim. Wypły­wa­jący z Mon­go­lii Arguń łączy się z Szyłką i jako Czarna Rzeka — Amur — pły­nie do Morza Ochoc­kiego, mija­jąc Bła­go­wiesz­czeńsk, Cha­ba­rowsk, Kom­so­molsk, Niko­ła­jewsk.

…Po man­dżur­sku, mon­gol­sku i po pol­sku pisały wła­dze chiń­skie do obroń­ców warowni ałba­ziń­skiej.

Suną­łem lupą wzdłuż gru­bej nitki Amuru. Odczy­ty­wa­łem nazwy nie­licz­nych miast i osad. Nie­które z nich brzmiały bar­dzo dźwięcz­nie, lecz nie zna­la­złem Ałba­zina.

A może Ałba­zin jed­nak nie znaj­duje się nad Amu­rem? W takim razie czemu ałba­ziń­ska pie­częć wid­nieje w Zapi­skach Pria­mur­skogo Otdiela Obszcze­stwa Wosto­ko­wie­die­nija?

Kto wie, jaki był los warowni? Może na sku­tek walk została ona na zawsze zmie­ciona z powierzchni ziemi i nazwa jej nie figu­ruje na współ­cze­snych mapach? A może jest teraz tylko maleńką wio­ską zapo­mnianą przez kar­to­gra­fów?

Przy­pisy na końcu atlasu lako­nicz­nie infor­mo­wały, że Amur liczy sobie 4354 kilo­me­try. Jest dłuż­szy od Leny, Obu, Jeni­seju, Wołgi i Irty­szu. Pro­szę bar­dzo, szu­kaj­cie na prze­strzeni czte­rech tysięcy kilo­me­trów miej­sco­wo­ści o nazwie Ałba­zin!

W Klu­bie Dzien­ni­ka­rzy sprze­da­wano wino o pięk­nej nazwie Samos. Pili­śmy je z moim przy­ja­cie­lem, poetą Rober­tem. Przy­ja­ciel był gruby, jowialny i przy­po­mi­nał raczej poczci­wego skle­pi­ka­rza.

Robert pró­bo­wał mnie pocie­szać:

— Wszystko to, co piszesz i co zazwy­czaj prze­ży­wasz, podobne jest, nie obraź się, do tek­tu­ro­wej gry, którą posia­da­łem w dzie­ciń­stwie. Gra ta nazy­wała się: Pozwo­le­nie na przy­wóz lwa. Uczest­nicy gry posta­na­wiali spro­wa­dzić lwa. Żywego, praw­dzi­wego lwa. Ale przy­wóz lwa nie był łatwy. Żądano spe­cjal­nych kwi­tów, zaświad­czeń, opłat. Pię­trzyły się coraz to nowe prze­szkody i trud­no­ści. Jeśli rzu­ciło się kostkę szczę­śli­wie, pio­nek — czyli gra­jący — wcho­dził do gabi­netu wysoko posta­wio­nych osób i uzy­ski­wał potrzebne zezwo­le­nie. Jeśli zaś rzu­ciło się kostkę nieszczę­śli­wie, oka­zy­wało się, że znów bra­kuje jakichś papier­ków, albo że na morzu roz­sza­lała się burza i sta­tek ze lwem o mało nie zato­nął. Ist­niał w tej grze nie­bez­pieczny punkt: gdy pio­nek nań tra­fił, lew umie­rał na zaraź­liwą cho­robę i wszystko nale­żało zaczy­nać od początku. Ale ist­niało także i inne miej­sce. Gra­jący łączył się tele­fo­nicz­nie z samym pre­mie­rem, a ten wspa­nia­ło­myśl­nie zezwa­lał na przy­wóz lwa. I odtąd nie było żad­nych prze­szkód. Gra koń­czyła się zwy­cię­sko.

— Chcesz powie­dzieć, że i w spra­wie Ałba­zina jest jedno takie szczę­śliwe miej­sce? Wystar­czy jeden tele­fon i będę wszystko wie­dział, a może nawet odwie­dzę tajem­ni­czy Ałba­zin?

Robert ski­nął głową.

— Uwa­żam, że musisz wytrwale rzu­cać kostką i nie mar­twić się. Z pew­no­ścią tra­fisz na szczę­śliwą chwilę. A wtedy spro­wa­dzisz sobie pięk­nego, żywego lwa.

Numi­zma­tyk (z grec.) — znawca sta­rych monet. [wróć]

Heral­dyka (z łac.) — nauka o her­bach. [wróć]

Suspen­do­wany (z łac.) — zawie­szony w czyn­no­ściach. [wróć]