Raz w roku w Skiroławkach. Tom 1 - Zbigniew Nienacki - ebook
Opis

Powieść o wsi na Mazurach, w której przeplatają się wątki obyczajowe, kryminalne, psychologiczne, autobiograficzne i z obszaru integracji po II wojnie światowej. Nawiązuje też do mazurskich legend (kłobuk - demon opiekujący się domowym ogniskiem, przyjmujący postać zmokłej kury, można go "wyhodować" zakopując pod progiem domu martwy płód). Nie brakuje też dosłownych opisów seksualnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 548

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach

Tom I

Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach

Tom I

Wydanie I

Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Marcin Nowak

Skład i łamanie • Marcin Nowak

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

[email protected]

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2017

ISBN • 978-83-7741-116-2

Liber Novus 2017

★ ★ ★

Kłobuk obudził się. Niemrawo wylazł z gniazda, gdzie jeszcze spała locha i prawie dorosłe warchlaki, mlaskające przez sen swymi ciepłymi, kosmatymi ryjami. Otrzepał ze skrzydeł szron, przestąpił z łapy na łapę i nieco przekrzywiwszy głowę wybałuszył swoje wypukłe oczy, aby jak co dzień wypatrywać strugi dymu z komina na półwyspie. O tej porze Gertruda Makuch rozpalała w piecu kuchennym u doktora, a idąc do niego na półwysep pozostawiała na płocie kromkę chleba. Ale teraz, w grudniu, w pobliżu płotu już czekały żarłoczne sójki i Kłobuk wiedział, że nie dostanie chleba. Będzie musiał pójść z warchlakami aż na paśnik, gdzie myśliwi rozrzucili na wpół zgniłe i zmarznięte ziemniaki. Dymu zresztą nie było widać ani komina, ani domu, ani nawet jeziora, które wąskim językiem oddzielało półwysep od olszynowych mokradeł. Mgła wisiała nad bagnami, choć dzień zapowiadał się mroźny; z mgły robiła się biała sadź i powoli osypywała nastroszone futra dzików, pnie przewróconych olszyn, poschnięte trawy bagienne i połamane pałki trzcin. W mglistym powietrzu trwała cisza, jakby las odpoczywał po nocnej wichurze; jezioro zamarzło bezgłośnie, tak jak bezszelestnie, co rok głębiej, zapadała w bagno kopuła wielkiego czołgu i już tylko czubek jego działa sterczał z traw w miejscu, gdzie locha z warchlakami zrobiła sobie legowisko. Bezszelestnie w błoto i muł zamieniały się kości żołnierzy, skórzane chlebaki, blaszane manierki i łuski wystrzelonych nabojów; nie widział tego nikt, bo tylko Kłobuk i dziki nie bały się wejść na owo bagno nad jeziorem. Co roku leśniczy Turlej odgrażał się, że zimą wytnie olszyny na mokradłach i zrobi z nich stosy papierówki, ale jeszcze nie zdarzył się taki rok, aby mgła nawet w wielki mróz nie lizała wilgotnym ozorem dziczych futer i nie sypała na nie biały proch szronu.

Nie dostanie tego ranka Kłobuk swojej kromki chleba, nie zdąży na ptasich łapach do płotu, zanim wypatrzą Makuchową sójki znieruchomiałe na gałęziach starej jabłoni w ogrodzie doktora. Nie chciało mu się zresztą iść aż tak daleko, gramolić się przez wywrócone pnie i ślizgać się na zamarzniętych kałużach. Czuł zmęczenie, jakby był w czyichś dręczących snach. Jeszcze raz więc zatrzepotał Kłobuk skrzydłami, zrzucając z piór resztki białego pyłu i znowu wgramolił się do legowiska między ciepłe ciała warchlaków, odwracając dziób od ich parujących oddechów, przepełnionych wonią błota i butwiejącego listowia. Tak kończyła się noc z jej tajemniczym biegiem obrazów i zdarzeń, bólu i rozkoszy, narodzin i śmierci, lęku i nadziei, które spływały w wielkim potoku ludzkich snów. Gdzieś za lasem powoli wstawało słońce i ogarnięta przeczuciem zbliżającego się dnia czarna krowa Justyny zajrzała do żłobu, miękkimi nozdrzami dmuchnęła w pustkę, a potem zaryczała boleśnie, przejmując strachem młodą kobietę, która spała za ścianą z cienkiego muru. Krowa nie zaryczała już więcej, ale Justyna wciąż nadsłuchiwała, bo był to dla niej złowróżbny głos kolejnego dnia, kolejnej nocy i znowu dnia, i znowu nocy, gdy śmierć wydłuża swoje kroki.

...Tej nocy Justyna szła nago do obory, aby wydoić swoją czarną krowę. Na belce pod sufitem siedział brązowy kogut z koralowym grzebieniem. Spadł na nią i z ogromną siłą obalił na gnój jeszcze ciepły od krowich odchodów. Jak w gnieździe usadowił się między jej rozchylonymi udami, jego malutki, podobny do naparstka wyrostek nabrzmiał od krwi jak męski członek i wszedł w nią, aż poczuła rozkosz, i nie chciała się bronić. Kogut objął jej biodra puszystymi skrzydłami, położył miłośnie na piersiach malutki łepek z ostrym dziobem i koralowym grzebieniem, który Justyna zaczęła głaskać koniuszkami palców, czując, jak coraz mocniejsza rozkosz przenika jej ciało. Poznawała po szybszych i coraz gwałtowniejszych ruchach w sobie, że za chwilę odczuje delikatne uderzenie białego mleczu, który ją wypełni i zapłodni. Tchu jej zabrakło i pot ją oblał, słyszała bulgotanie w ptasim gardle, jakby kogut za chwilę miał wydać z siebie głośne pianie. I wtedy do obory wbiegł Dymitr z widłami w ręku, uderzył koguta na jej łonie, przebił go trzema ostrymi zębami, aż ciepła krew polała się na rozchylone uda Justyny. „Dymitr!” — krzyknęła. Ale mąż spał tuż obok niej pod kraciastą pierzyną i pochrapywał cicho. Zawsze pochrapywał, ilekroć przed nocą napił się wódki. „Dymitr” — powiedziała ciszej, bo nie chciała, aby mąż się obudził, ponieważ wspomnienie tego, co było przed chwilą, znowu obudziło w niej pożądanie. Lewą dłonią dotknęła czoła, prawą wsunęła pod pierzynę. Leżała z zadartą koszulą, uda miała mokre i lepkie, a gdy koniuszkami palców sięgnęła tam, gdzie dręczyło ją pełne bólu pragnienie, wydawało się jej, że znowu dotyka koralowego grzebienia. Za ścianą ryknęła krowa i Justyna uświadomiła sobie, że zbliża się świt, a po nim nastanie dzień, a po dniu noc, i znowu świt. Pomyślała, że zaraz powinna wstać i pójść do obory wydoić krowę; była ciekawa, czy na belce pod sufitem nocuje wielki brązowy kogut. Koniuszkami palców gładziła miłośnie koralowy grzebień, rozkosz w niej narastała, aż znowu tchu jej zabrakło, coś skurczyło się w niej kilka razy, jakby ogromny wąż zwinął się w niej i rozprostował. Dwukrotnie przebiegły jej ciało delikatne drgawki, może nawet rzuciła się na łóżku, ale zaraz znieruchomiała i tylko oddychała coraz wolniej i spokojniej. Nie czuła już bólu pożądania, ale miała wrażenie pustki, ponieważ zabrakło w jej łonie białego mleczu. Była jak dziupla, w którą Dymitr noc w noc lał nasienie, a nigdy nic nie wykiełkowało. Ten wielki kogut chciał ją wypełnić swoim mleczem, tylko krótkiej chwili zabrakło. Dymitr zabił go widłami, choć gdyby przyszedł odrobinę później, już byłaby syta i pełna. Dymitr chrapał jak zwykle, gdy wieczorem napił się wódki, nawet nie wiedział, że zabił pięknego koguta z koralowym grzebieniem. A stara Makuchowa, co służyła u doktora, mówiła jej wczoraj: „Jeśli spotkasz, Justyna, pod krzakiem zmokłą kurę albo koguta, to weź go do izby i zrób mu miejsce w beczce z pierzem. Na śniadanie przynoś mu jajecznicę, a będzie ci służył, bo to jest Kłobuk”. Za ścianą znowu zaryczała czarna krowa. Justyna wysunęła bose nogi spod pierzyny i dotknąwszy nimi brudnych desek podłogi, zadygotała z zimna. Koszulą wytarła z wilgoci uda, wsunęła stopy w filcowe długie buty i podreptała do pieca, aby rozpalić ogień.

O różnych znakach na niebie i ziemi, które zapowiadały to, co stać się miało

Styczeń jest w Skiroławkach jednym z najzimniejszych miesięcy w roku. Średnia temperatura waha się wokół minus 3,5 stopni Celsjusza, suma opadów wynosi około 40 mm, a wilgotność powietrza 85 promile. Są to informacje dokładne, ponieważ w pobliżu szkoły w Skiroławkach znajduje się za ogrodzeniem z siatki maleńka stacja meteorologiczna — trzy białe budki na wysokich nóżkach — a nauczycielki mają obowiązek dokładnego i codziennego sprawdzania danych. W Skiroławkach bywa znacznie zimniej niż w stolicy (-2,9°C), co wskazuje, że leżą one na północy kraju, ale nie bardzo daleko.

W styczniu w Skiroławkach słońce wschodzi około godziny 7:40 i zachodzi około 15:30. Dzień trwa niecałe 8 godzin, a więc jest nieco dłuższy od dni w grudniu, co sprawia, że — jak twierdzi proboszcz Mizerera z Trumiejek — diabeł nie ma już tak łatwego dostępu do człowieka. W styczniu Jan Krystian Niegłowicz, lekarz, o którym pisarz Lubiński mówi, że jest „doktorem wszechnauk lekarskich”, bo taki tytuł nosili ponoć niegdyś lekarze w tych stronach, radzi swym przyjaciołom, aby dla poprawienia samopoczucia czytali pisma Arystotelesa „O częściach zwierząt” i pili napar z kwiatu lipy drobnolistnej — według przepisu: łyżeczka kwiatu na dwie trzecie szklanki gorącej wody; zażywać dwa, a nawet trzy razy dziennie po pół szklanki jako „stomachicum”, „spasmolyticum”; albo też przed snem jako „diaphoreticum”. Doktor naparu z kwiatu lipy drobnolistnej sam jednak nie pije, natomiast wszystkim we wsi wiadomo, że w styczniu prosi swoją gospodynię, aby do obiadu podawała mu kompot ze śliwek: „Z tej śliwki, Gertrudo, która rośnie w lewym rogu koło płotu”. Co zaś tyczy przyjaciół doktora, to komendant posterunku MO w Trumiejkach, starszy sierżant sztabowy Korejwo, także nie lubi naparu z lipy drobnolistnej, a lekturą jego pozostaje tygodnik „W Służbie Narodu”; zaś pisarz Lubiński nie wychodzi poza „Pisma semantyczne” Gottloba Frege, a napar z lipy budzi w nim wstręt, dlatego nie zasypia bez pastylki relanium. Malarz Porwasz lekceważy wszystkie rady doktora i w miesiącach, gdy jest w Skiroławkach a nie w Paryżu czy Londynie, w ogóle nic nie czyta, a pije czystą wódkę i maluje trzciny nad jeziorem. Co tyczy proboszcza Mizerery z parafii Trumiejki, to oprócz brewiarza ulubioną jego lekturą są dzieła św. Augustyna „Przeciw poganom ksiąg XII”, zaś najsmaczniejszym napitkiem herbata ze spirytusem.

Skiroławki, używając starodawnych określeń, posiadają aż 34 dymy, a uwzględniając przysiółki lub zgoła samotnie rozrzucone zagrody, takie jak Liksajny, Bajtki czy leśniczówkę Blesy, liczą sobie 45 dymów i 229 dusz, krnąbrnych zresztą i dających, jak twierdzi proboszcz Mizerera, łatwy dostęp diabłu oraz jego wysłannikom, gdyż wielu żyje w nieprawości i niewierze. Jeszcze gorsi od niedowiarków są ci, którzy badają Pismo Święte albo podejrzani bywają o pogańskie praktyki, a sprzyja im tajemny mrok rozciągających się wszędzie lasów, smutek jezior, melancholia trzęsawisk.

W Skiroławkach są tacy, co mieszkają tu z dziada pradziada, jak choćby stary Szulc i Kryszczak, Pasemkowie, Wątruch, Millerowa, Malawka, Weber lub Makuch, a także tacy, co przybyli tutaj zaraz po wojnie — Niegłowicze, Kondek, Galembka, Słodowik, Porowa. Jeszcze inni, tak jak Sewruk, przyjechali do Skiroławek przed piętnastoma lub nieco więcej laty. Pisarz Lubiński, leśniczy Turlej i malarz Porwasz mieszkają w Skiroławkach znacznie krócej.

Niektórzy ludzie są prości, zaledwie czytać i pisać umieją, inni mają tytuły i fakultety, wiedza bulgoce im w głowach jak zupa w garnku. A przecież łączy tych tak różnych ludzi jakaś tajemna wspólnota. Z biegiem czasu jakby wszystkich ich nieco odurzył i zamroczył oddech zamglonych łąk i trzęsawisk, zakradł się w ich serca smutek jezior, a myśli przeniknął mrok przepastnych lasów, rodząc w nich brak ciekawości wobec świata i tych, co żyją w ogromnych miastach z mieszkaniami jak trumienki. Utrwaliło się w nich także niczym nie uzasadnione i niczym nie poparte przekonanie, że tylko to jest ważne i pełne znaczenia, co dzieje się u nich, w Skiroławkach, Bajtkach i Liksajnach, co rodzi się i umiera na ich polach, zwanych po starodawnemu „ławkami”. Stronami było wiele zresztą wiosek o podobnie brzmiących nazwach — Skitławek, Gutławek, Piławek, Niegławek, Rątławek, Jubławek, Bieloławek. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia dla mieszkańców Skiroławek, choć nieobce im jest poczucie historii. Ale, jak twierdzi stary Otto Szulc, „uważajcie, bo czas krótki jest”.

A ponieważ czas krótki jest, przeto spiesz się człowieku, a zachowaj duszę swoją. Kształt tego świata przemija, sprawuj się przeto jako pielgrzym na tym świecie.

Otto Szulc ma siwą brodę, która mu opada na piersi jak u niejednego biała serwetka, gdy zasiada do obiadu. Doktor Niegłowicz ma zaledwie siwe skronie. Dlatego stary Szulc śmiało puka do domu doktora, aby w wigilię Nowego Roku zapytać:

— A dlaczego to czas krótki jest, Janku? Bo za nim wieczność stoi, o której niewiele nam wiadomo. Wieczność bowiem nie jest jedynie przybliżeniem czasu nieskończonego, gdyż czas i wieczność różnią się między sobą. Czas nasieniu bywa oddany, a wieczność owoc niesie i żniwa bez końca. I z tej oto przyczyny, że czas krótki jest, napomnienie do ciebie przynoszę, jak do Lota: „Śpiesz się, abyś zachował duszę swoją”.

Doktor Niegłowicz wiązał krawat przed lustrem w swoim salonie, gdzie stały czarne rzeźbione meble gdańskie, które tu rozstawił jeszcze jego ojciec, chorąży Stanisław Niegłowicz, a były one kiedyś własnością księcia Reussa. W dużym lustrze odbijało się światło kryształowego żyrandola, a także fragment czarnego kredensu i biały gors koszuli doktora. Zielonkawy piec na ładnie wygiętych kaflowych nóżkach rozsiewał przyjemne ciepło, które zdawało się być jakimś cudownym zjawiskiem i dawało zapomnienie o piętnastostopniowym mrozie nad skutym lodem jeziorem za oknem.

Brązowy gładki krawat pozwolił zawiązać się w duży węzeł. Jak ostra strzała przecinał biel koszuli od szyi w dół. Doktor spojrzał z zadowoleniem w lustro, potem odwrócił się do Szulca, skłonił głowę i rzekł z pokorą:

— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj.

— Amen — odpowiedział Szulc.

I wtedy doktor — jak co roku — wyjął z kredensu kryształową karafkę z wiśniakiem oraz dwa wysokie kieliszki na cienkich nóżkach i rozlał po odrobinie krwistego napitku.

— Dobry to będzie rok, Janku — rzekł Szulc, biorąc ostrożnie w czarne, grube od pracy palce cieniutką łodygę kieliszka.

Doktor miał uśmiech pełen smutku:

— Nie dla wszystkich, chyba nie dla wszystkich...

W gabinecie doktora, w segregatorze, leżały żółte karteczki ze szpitala, w którym prawie miesiąc przebywał stary Szulc. Jego choroba miała łacińską nazwę, lecz ładniej będzie powiedzieć, że strzałą śmierci naznaczył go już ten, co nie zna litości.

— Tak, Janku, nie dla mnie — kiwał głową stary. — Ale z tobą będzie inaczej.

Doktor westchnął:

— „Przyjdzie czas, że śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ani krzyku, ani trudu, bo pierwsze rzeczy przeminęły”.

— Niech się tak stanie — rzekł Szulc.

A potem dodał po krótkim milczeniu:

— Kobieta nosi dziewięć miesięcy, i tak jest dobrze. Klacz nosi trzysta czterdzieści dni, i tak jest dobrze. Krowa nosi dwieście osiemdziesiąt dni, i jest w tym wielki porządek. Otto Szulc ma lat osiemdziesiąt i musi umrzeć, bo taki jest porządek rzeczy.

— Amen — potwierdził doktor.

Szulc wypił czerwony trunek z kruchego kieliszka, doktor zrobił to samo. A potem uścisnęli się jak ojciec z synem. Szulc odszedł w mrok sylwestrowej nocy, a doktor jeszcze przez chwilę patrzył na mokre ślady topniejącego śniegu, które pozostały przy rzeźbionym wysokim krześle, gdzie on sam kiedyś siadywał jako chłopiec.

Za kilka godzin miał nadejść Nowy Rok. Któryś tam rok od stworzenia świata według Kalwicjusza, od zburzenia Jeruzalem, od narodzenia Chrystusa Pana, od wprowadzenia kalendarza Julianowego, od wprowadzenia kalendarza Grzegorzowego, od wprowadzenia kalendarza poprawionego, od wprowadzenia szczepienia ospy, od rozpowszechnienia machin parowych, od wprowadzenia telegrafu elektryczno-magnetycznego. Któryś tam rok od ustania wichru ogromnej burzy dziejowej, która przetoczyła się nad światem i, jak w wielu innych miejscach i krajach, także i w tej małej wiosce połamała gałęzie drzew, rozwaliła gniazda ptasie, a ludzi jak liście rozrzuciła szeroko, na zgubę lub tylko oddalenie, na poniewierkę lub zapomnienie. Był to też czterdziesty piąty rok od urodzenia Jana Krystiana Niegłowicza, doktora wszechnauk lekarskich.

Jak zwykle wiele różnych znaków na niebie i na ziemi zapowiadało, że nowy rok będzie bogaty w przeróżne wydarzenia. Przede wszystkim, tuż przed Bożym Narodzeniem, dziecię płci żeńskiej urodziła w Trumiejkach młoda lekarka weterynarii, Brygida, panienka urodziwa nad podziw, z zadkiem jak klacz dwuletnia. Niemal aż do dnia połogu nikt nie domyślał się jej stanu, ponieważ nosiła żółtą, szeroką ortalionową kurteczkę, co było uzasadnione jesiennymi chłodami, a brzuch, mimo ciąży, miała niewielki. Ciekawiło ludzi, kto dosiadł zadka Brygidy, gdyż mężczyzna to musiał być wielkiej odwagi. Brygida była piękna i miała łagodne oczy jałowicy, ale paskudny, jak na kobietę, zawód uprawiała. Szczególną umiejętność wykazywała, małymi i delikatnymi rączkami, opróżniając z jąder byczki i młode ogierki, a także barany. Opowiadano, że jej koleżanka ze studiów, również urodziwa panienka, gdy ją trzech mężczyzn zgwałciło, podstępnie ich do swego mieszkania zwabiła i specjalnym winem uśpiła, a potem jąder pozbawiła, jak rozbrykanych byczków. Tedy mimo urody Brygidy i jej łagodnego spojrzenia unikali jej młodzi mężczyźni i aż dziw było, że znalazł się ktoś tak odważny, aby jej dzieciaka zrobić.

Panna z dziecięciem to rzecz w tych stronach zwyczajna. Ale Brygida nie powiedziała nikomu z kim ma dziecko i w Urzędzie Gminnym córeczkę zapisać kazała na swoje nazwisko. Tajemnicy swej nie zdradziła nawet doktorowi Niegłowiczowi, którego wezwała do Trumiejek położna, jako że poród zapowiadał się trudny. Babom, co razem z nią leżały w izbie porodowej, Brygida oświadczyła: „Jak już jesteście takie ciekawe, z kim mam dziecko, to wam powiem, że stało się to na skutek tutejszego powietrza”. Była to, zdaniem ludzi, odpowiedź bezczelna. Nie ma bowiem nic piękniejszego nad widowisko jakie rozgrywa się po panieńskim porodzie, gdy to dziewczyna z dzieckiem na ręku wyławia z tłumu jakiegoś chudzinę, po sądach go włóczy, a on się wykręca, kłamie, na innych palcem wskazuje i rozmaite zabawne szczegóły o dziewczynie opowiada.

Czy nie tak było z córką wdowy Janickowej, kulawą Maryną? Dwudziestoletnią panienką będąc, dziecię płci męskiej urodziła w maju ubiegłego roku, a potem na przystanku autobusowym przydybała młodego Antka Pasemkę, który od pół roku na Wybrzeżu jako kierowca pracował i tylko na niedziele i święta do domu przyjeżdżał. Jemu to głośno na przystanku wykrzyczała, że dziecko ma od niego i albo się z nią ożeni, albo płacić zacznie na synka. Chłopak bronił się jak umiał, opowiadał, że nie tylko on przed dziewięcioma miesiącami do łóżka z kulawą Maryną poszedł, ale że było ich wtedy kilku, bo ona leżała pijana jak świnia. Młody Galembka jej wsadzał, najstarszy syn Szulca, średni z chłopaków cieśli Sewruka, czemu więc właśnie jego, Antka Pasemkę, o ojcostwo oskarża, skoro także i od nasienia tamtych dziecko mogło zostać poczęte? Dokładnie też, ku uciesze ludzkiej, mówił Antek Pasemko, jak to kulawa Maryna sama im się na łóżku pod nieobecność matki rozłożyła, jak potem nogami radośnie wierzgała, kiedy ją kolejno pokrywali — on, Antek, na samym końcu, bo był najbardziej pijany, dlatego na Marynie zasnął i tak go wdowa Janickowa w łóżku z Maryną zastała. Tamci uciekli, a on został i z tego powodu teraz jest przez Marynę posądzony, choć nawet nie pamięta, żeby ją swym nasieniem wypełnił. Tyle że z Maryną spał, nic więcej. I to ludziom powiedziawszy Antek Pasemko na Wybrzeże uciekł i przez trzy albo cztery miesiące do wioski nie wracał, czemu się nikt nie dziwił, gdyż wszyscy wiedzieli, że gniewu swej matki się lękał. Srogą kobietą była bowiem Zofia Pasemkowa, żona rybaka Gustawa, matka trzech synów i córki. Wszystkim we wsi było wiadomo, że i męża, i synów o byle co końskim batem biła, a córkę swoją, ledwo szesnaście lat skończyła, za mąż na dziesiątą wieś wydała i oglądać jej nie chciała, tak ją nienawidziła. Tedy uciekł Antek Pasemko, średni jej syn, na Wybrzeże, gdyż matczynego bata się lękał za to, co zrobił Marynie. Aliści już w sierpniu czy też we wrześniu Antek zaczął kulawej Marynie przysyłać pieniądze na dziecko, raz pięćset złotych, to znów tysiąc, czym dał dowód, że się do dzieciaka poczuwa i to, co o Marynie opowiadał, tylko po części było prawdą. A co dziwniejsze, sroga Zofia Pasemkowa spotkawszy jesienią kulawą Marynę z wózkiem, zatrzymała się przy niej, ale gęby z wyzwiskami nie rozwarła, tylko grzecznie zapytała, czy może do wózka zajrzeć i wnuka zobaczyć, co było znakiem widomym, że srogość w niej nie jest aż tak wielka, albo owa niewinna dziecina ludzkie uczucia w niej obudziła. Jakoż też nieco później Antek Pasemko powrócił do rodzinnego domu, i, podobnie jak jego bracia, odtąd dorywczo w lesie dorabiał lub na gospodarce rodziców pracował oraz na wodę z ojcem wypływał. Bo choć trzech dorodnych i niegłupich synów Pasemkowa się dochowała, to przecież żaden z nich, mimo kilku prób podjęcia pracy w jakiejś hucie, kopalni czy na budowie, nigdzie w świecie miejsca nie zagrzał, rodziny nie założył i z czasem wracał do matki, a także do jej bata. Podobnie późną jesienią uczynił Antek. Odtąd Pasemkowa kulawej Marynie pięćset złotych na dziecko dawała, Antek jednak z Maryną się nie widywał, obchodził jej dom i na synka nawet spojrzeć nie chciał. A gdy matki w pobliżu nie było, lubił siadywać z innymi przed sklepem na ławeczce i pić piwo. Tu też rozpowiadał, że nigdy się z Maryną nie ożeni, ponieważ jest kulawa, co było zresztą prawdą. Inna rzecz bowiem dziecko zrobić, a inna się żenić; miał chłopak dopiero dwadzieścia jeden lat i życie się przed nim otwierało, kto wie jak piękne.

Co się jednak w swoim czasie ludzie o kulawej Marynie nasłuchali, to się nasłuchali. I markotno im teraz było, że nic podobnego o pięknej Brygidzie się nie dowiedzą. Źle więc gadano o Brygidzie, sarkano na nią, mówiono, że się niemoralnie prowadziła i proboszcz Mizerera nie powinien takiego dziecka ochrzcić. Jak to usłyszał proboszcz, w niedzielę wszedł na ambonę i tymi słowami na ludzi krzyczał: „Wedle Starego Testamentu ważna jest tylko matka, bo co do ojca i tak nigdy nie ma zupełnej pewności. Powiadam wam, że mniejszym grzechem jest urodzić niż się skrobać. Dziecko pani Brygidy zostało przeze mnie ochrzczone i otrzymało imię Beata, niech jej Bóg błogosławi. A wy, myślcie o swoich grzechach!”

Również i komendant posterunku, starszy sierżant sztabowy Korejwo, uchylił się od wyjaśnienia prawdy, choć — zdaniem ludzi — milicja powinna o wszystkim wiedzieć. Miał się nawet niegrzecznie wyrazić, żeby mu nie zawracali tyłka, bo nic go nie obchodzi, kto jest ojcem dziecka pani Brygidy. „Żadnego śledztwa nie będzie, ani sprawdzania linii papilarnych” — rzekł. Na co mu stary Kryszczak przypomniał, że w czasach, gdy w Trumiejkach przebywał książę Reuss, a na posterunku urzędował wachmistrz żandarmerii Sznabel, to o takich sprawach było ludziom wiadomo.

„Czy kobieta może począć z powodu tutejszego powietrza?” — szydzono głośno przed sklepem w Skiroławkach. „Oczywiście — oświadczył doktor Niegłowicz, który akurat w tym czasie podjechał swoim gazikiem pod sklep, aby kupić kaszankę dla piesków — wbrew ogólnie przyjętej opinii, dla poczęcia dziecka nie jest najważniejszym czynnikiem obecność mężczyzny. Niekiedy o wiele większą rolę odgrywają okoliczności takie, jak nadmierne użycie alkoholu, chwilowy brak prądu albo zepsucie się telewizora. Medycyna zna różne przypadki. Jeśli u kogoś zepsuje się telewizor i pójdzie oglądać film do sąsiada, to nie wykluczone, że po dziewięciu miesiącach u jednego albo drugiego urodzi się dziecko. Świeże powietrze także może mieć znaczenie dla sprawy. Świadczy o tym ogromna liczba kobiet, które zachodzą w ciążę na wczasach i w sanatoriach, w czasie urlopów w górach albo nad morzem”. — „Kobieta wie z kim ma dziecko” — upierał się stary Kryszczak. — „To prawda — zgodził się doktor Niegłowicz. — Kobieta na ogół wie z kim ma dziecko, ale nie zawsze”.

Tak więc nikt nie wiedział, z kim piękna Brygida ma dziecko i w serca ludzkie wkradł się niepokój, że podobne sprawy mogą się powtarzać coraz częściej. Rzeczą męską bowiem było od wieków czynić kobietom rozmaite łajdactwa, a rzeczą kobiecą dochodzić sprawiedliwości. Co będzie z rodem męskim, jeśli kobiety zaczną lekceważyć nawet sprawę ojcostwa? Aż strach oblatywał na myśl, że może nadejść taka chwila, w której baba przyjdzie do chłopa i tyłek mu wystawi, a potem obliże się jak po dobrym daniu i pójdzie precz, nie spojrzawszy na tego, kto jej smakowity obiad pomógł uwarzyć. Smutny i pusty stanie się świat bez babskich wyrzekań, lamentów i płaczów.

Pogłębił się ów niepokój, gdy na trzeci dzień po Bożym Narodzeniu sklepowa Smugoniowa wyrzuciła z domu męża, z którym piętnaście lat mieszkała, bo — jak mówiła — pił, a swojej roboty z nią nie robił. I wygnała go tak, po prostu, jak gdyby jakiego żebraka. Szmaty jego do kupy zebrała i na drogę w śnieg cisnęła. „Idź — powiedziała — do swojej matki”. Chłop się rozbeczał, szmaty pozbierał i poszedł. A dwoje dzieci przecież mieli, które, gdy ojciec odchodził, płakały. Ale Smugoniowa jeszcze chłopu kijem groziła, kiedy się oglądał na dom rodzinny, co wielu widziało, jako że dom Smugoniów naprzeciw sklepu stał, tyle, że po drugiej stronie drogi. Nazajutrz w sklepie babom oświadczyła, że o rozwód wniesie, ma bowiem na ten cel uskładane pieniądze.

I jeszcze tej samej nocy położyła się do łóżka z dwoma chłopami, co przyjechali do niej taksówką aż gdzieś od strony Bart. Rano otworzyła sklep z pewnym opóźnieniem, a pysk miała czerwony od męskich zarostów, co ją w nocy jak szczotką ryżową tarły. Nie wdawała się w żadne wyjaśnienia, tylko w południe szepnęła do wdowy Janickowej: „Źle mi było — tak jak dawniej było, a tak jak wczoraj — to dobrze było...”

W przyrodzie także działy się sprawy zastanawiające. Jeszcze na dzień przed Wilią zupełnie ciepło było, aż w Wigilię mróz przyszedł wściekły i w ciągu jednego dnia grubą warstwą lodu skuł całe jezioro. W noc wigilijną rozpętała się zamieć śnieżna i padało przez całe święta. Na szosie powstały ogromne zaspy, w których uwiązł autobus komunikacyjny, dwutakt naczelnika Urzędu Gminnego w Trumiejkach i fiat z dwoma oficerami służby kryminalnej, których wciąż gnębiła sprawa zabitej latem trzynastoletniej Haneczki. Ale dobrze jest, gdy w zaspach ugrzęźnie samochód naczelnika gminy. Pojawiły się zaraz wielkie pługi śnieżne, przekopały się przez zaspy i odtąd można było wygodnie jeździć po drodze ze Skiroławek do Trumiejek, co w inne zimy należało do rzadkości.

Od owej zamieci śnieżnej w powietrzu panował spokój, nocami na niebie widziało się gwiazdy, a po polach i na pokrytym śniegiem jeziorze cisza i mróz dzwoniły w uszach, wypełniając dusze ludzkie ogromną radością. W grubym śniegu zające, dziki, łosie i sarny pozostawiały wyraźne i głębokie ślady; myśliwi i kłusownicy czyścili z oliwy swoją broń. Na górce koło szkoły od rana do wieczora pokrzykiwały dzieci jeżdżące na sankach, skrzypiały głośno korby studzien i rączki pomp, wesoło szczekały psy podwórzowe. Pisarz Lubiński zmiótł śnieg z tarasu nad garażem i w godzinach słonecznych wystawiał leżak, w którym spoczywał opatulony w kożuch i dwa koce, a wieczorami pracował nad powieścią o pięknej Luizie, która była nauczycielką wiejską i zakochała się w prostym mężczyźnie.

W spokojnym powietrzu z kominów snuł się aż pod niebo siwy, szary lub czarny dym, zależnie od tego, czy ktoś palił drewnem bukowym, czy sosnowym. I jedynie nad stromym dachem domu malarza Bogumiła Porwasza najmniejszy dymek się nie unosił, szyby pokrywał mróz, a na ogrodzonym siatką podwórzu tylko kot wąską jak nić ścieżynkę wydeptał. Zresztą kot nie był Porwasza, ale przychodził łapać myszy po sąsiedzku, od Galembków. Albowiem malarz Porwasz, o czym było we wsi powszechnie wiadomo, przebywał w Paryżu, dokąd na początku grudnia zawiózł swoje cztery obrazy, aby je tam sprzedać po godziwej cenie przy pomocy swojego marchanda nazwiskiem baron Józef Abendteuer. Owego barona nikt w Skiroławkach na oczy nie widział, ale znano go dobrze z opowiadań malarza Porwasza. Był Józef Abendteuer w jednej czwartej Żydem, w jednej czwartej Polakiem, w jednej czwartej Ormianinem i w jednej czwartej Niemcem. Obrazy Porwasza — przeważnie jesienne trzciny nad jeziorem — podobały się paryżanom, dlatego po każdym powrocie z zagranicy malarz Porwasz miał z czego żyć przynajmniej przez pół roku. W Polsce obrazów jego nikt kupować nie chciał, a jak dowiadywał się pisarz Lubiński, ani w stolicy, ani w innych miastach nikt o malarstwie Porwasza w ogóle nie słyszał. Ale pisarza Lubińskiego to nie dziwiło, bowiem o jego pisarstwie także od dawna nie wspominano w stolicy, a przecież Lubiński był mimo to pisarzem, i do tego nawet — jak twierdził Niegłowicz — zupełnie dobrym.

Malarz Porwasz cieszył się we wsi szczególnymi względami, nie korzystał bowiem z łatwych okazji i nie wchodził nikomu w drogę, ale przywoził do siebie coraz to inną panią, którą trzymał nie dłużej jednak niż miesiąc czy półtora. Panie były w różnym wieku i o różnej urodzie; niestety, z powodu niechlujnego trybu życia malarza oraz jego braku dbałości o jedzenie, wkrótce podupadały na zdrowiu i wyjeżdżały z płaczem, rozpowiadając, że „nie chciał dawać na życie” i muszą opuszczać Skiroławki, ponieważ „wyczerpały swoje oszczędności”.

I oto na dzień przed Sylwestrem nagle pojawił się we wsi malarz Bogumił Porwasz. W drodze do swego domu zatrzymał swój stary samochód typu ranch rover przed sklepem, gdzie jak zwykle w południe siedziało na ławkach kilku mieszkańców wioski. Był czterostopniowy mróz, a oni pili zimne piwo. Ci sami zresztą, co zawsze, a więc stary Kryszczak, młody Heniek Galembka, którego dwa razy przyjmowano do pracy w lesie i dwa razy go z niej wyrzucono, aż doszedł do wniosku, że może pozostać na utrzymaniu żony, jej krowy, świnek, kur, kaczek i gęsi. Siadywał na ławce cieśla Sewruk, Antek Pasemko oraz Franek Szulc, najstarszy syn Otto Szulca, godnego szacunku starca. Ale Otto Szulc wciąż nie przekazywał synowi gospodarstwa i ten nie kwapił się do roboty na ojcowskim polu. Mimo że miał lat prawie trzydzieści dwa, jeszcze się nie ożenił, i na złość ojcu dorabiał sobie na piwo, zatrudniając się dorywczo w brygadzie rybackiej.

Zajechał malarz pod sklep w Skiroławkach, wysiadł z samochodu, jak gdyby nigdy nic powiedział wszystkim „dzień dobry”, wszedł do sklepu i kupił dwie paczki tanich papierosów. Na przednim siedzeniu wozu siedziała nowa pani malarza. Natomiast z tyłu, na krytej skórą kanapie — leżała dachówka. Jedna zwykła gliniana dachówka. Dobrze wypalona, wabiąca oczy jasną czerwienią.

Malarz wsiadł do wozu i odjechał płosząc wróble, które grzebały w rudych kupkach końskiego nawozu, rozrzuconego na śniegu przed sklepem. I wtedy odezwał się stary Kryszczak:

— Po co malarzowi dachówka, skoro ma dom kryty eternitem?

I zaraz Heniek Galembka skoczył do sklepu po cztery butelki piwa, a reszta milczała, aby nie ośmieszyć się pochopną i nie przemyślaną wypowiedzią.

Pili piwo, palili papierosy. Ktoś wstawał z ławki i odchodził, inny przychodził i siadał. Aż do szesnastej, gdy sklepowa zamknęła kraty na drzwiach i poczłapała do domu.

A wtedy znowu powiedział stary Kryszczak:

— Książę Reuss, pamiętam, przywiózł z Paryża fotel wiklinowy. I papugę. Wszyscy pytali, po co mu fotel wiklinowy i papuga? A on siadł w fotelu i herbatę pił. A papuga gadała. Dwa słowa umiała: „raus” i „stille”.

O zmroku rozeszli się, a potem o dachówce mówiono w wielu domach. Przy świetle żarówek, przy włączonych telewizorach. We Frankfurcie nad Menem zabito naczelnika policji, spiker telewizyjny podkreślił „r” w słowie „anarchiści”, Kryszczak głową kiwnął, że rozumie o co chodzi, bo książę Reuss także kiedyś mu wymyślał od anarchistów. Ale do swoich synowych Kryszczak powiedział:

— Nie uwierzycie mi. Malarz dachówkę wiózł. Z dobrze wypalonej gliny. Na tylnym siedzeniu leżała. Samiuteńka.

Jedna z synowych aż się za serce złapała:

— Boże drogi, dachówkę, mówicie ojciec, przywiózł? Jedną?

— Samiuteńką...

W poczekalni doktora Niegłowicza zapachniało perfumami. Przybiegła żona pisarza, pani Basieńka. Dwóch chłopów czekało przed drzwiami gabinetu, ale pani Basieńka wpakowała się do doktora, jak tylko gabinet opuściła jakaś kobiecina z Białych Błot.

— Słyszał pan, doktorze, że malarz powrócił z Paryża? Dziś w południe. Przywiózł podobno nową dziwkę i jedną dachówkę.

Rozpięła biały kożuszek, obciągnęła zielony sweterek na dużych, sterczących stromo piersiach. Sutki zaznaczały się jak dwa guziczki, bo nigdy nie nosiła biustonosza. Myślała, że może doktor, jak zwykle, chwyci za któryś guziczek i pokręci nim swoimi delikatnymi palcami, albowiem bardzo to lubiła. Ale doktor odwrócił twarz do okna i zamyślił się.

— Jedną dachówkę przywiózł. Na tylnym siedzeniu — powtórzyła pani Basia, bo była przekonana, że o tym właśnie myśli doktor Niegłowicz.

— Tak, tak, tak... — mruknął doktor takim tonem, że pani Basieńka aż zarumieniła się.

Bo nie wiadomo dlaczego przypomniało się jej to, co niektóre kobiety mówiły we wsi o doktorze — że najpierw musi kobietę upokorzyć, zanim się na niej położy. Ale na czym to upokorzenie polegało, nikt dokładnie nie wiedział. Wspomniała też pani Basieńka zalecenie, jakie dał jej doktor, aby mężowi podawała napar z lipy drobnolistnej, lecz przecież nie było jej winą, że pisarz nie lubił naparu.

Wstała z krzesła.

— Pójdę już. Nie mogę panu przeszkadzać — westchnęła, znowu obciągając sweterek.

Doktor podniósł się także. Zrobił dwa kroki do pani Basi, lewą dłonią chwilę głaskał jej piersi.

— Niech się pani nie niepokoi, pani Basieńko — powiedział. — Sprawę z dachówką wkrótce wyjaśnimy. Medycyna zna różne przypadki...

Wybiegła z gabinetu zarumieniona, dziwnie rozgrzana wewnętrznie. Przed domem znów rozpięła kożuszek, tak jej się zrobiło gorąco, choć na dworze był mróz. „Cudowny mężczyzna z tego doktora” — myślała, drobiąc w koleinie śnieżnej.

Pisarz Nepomucen Maria Lubiński po raz czwarty wystukiwał na maszynie zdanie w pierwszym rozdziale swojej powieści. Zdanie to wciąż wydawało mu się chropawe, nieskładne, zagmatwane — jak kupa chrustu porzucona w lesie. Najlepiej chyba brzmiało w pierwszej wersji: „Stał obok Luizy, czując na policzkach ciepły, niemal letni powiew idący od wody, mimo że nadeszła już jesień, lecz dzień wyjątkowo pogodny i bezwietrzny”. Może brakowało słowa „był”, aby zdanie stało się pełniejsze — „lecz dzień był wyjątkowo pogodny i bezwietrzny”. Napisał więc słowo „był”, potem je wykreślił, sprawiało bowiem wrażenie czegoś zbytecznego, następnie znowu dopisał owo „był”, dorzucił „bezchmurny”, aż poczuł ogarniające go obrzydzenie do swojej roboty. Wtedy to do jego pracowni, która miała dwa okna zwrócone ku zatoce i w każdą noc zimową widziało się na drugim brzegu światła w domu doktora, weszła żona pisarza. Rozpięty kożuszek ukazywał jej wysokie piersi, twarz miała zarumienioną od mrozu, oczy jej błyszczały. Spojrzawszy na nią pisarz pomyślał ze smutkiem, że ożenił się po raz trzeci i znowu, tak jak poprzednio, wziął sobie za żonę zwykłą kurewkę.

— Wyglądasz tak, jakbyś wracała od doktora — stwierdził cierpko.

— A tak — roześmiała się, siadając jednym pośladkiem na ławie pokrytej skórą dzika. — Nie chciałam ci przeszkadzać w pracy, a musiałam się z kimś podzielić wiadomością o powrocie malarza. Wyobraź sobie, mój kochany, że przyjechał z nową dziwką. Nigdy nie zgadniesz co wiózł na drugim siedzeniu. Dachówkę! Zwykłą dachówkę.

Milczeli długą chwilę. Ona przyglądała mu się z bezczelnym — jego zdaniem — uśmiechem, więc odwrócił twarz w stronę okna. Pomyślał, że mógłby, oczywiście, wziąć rozwód i ożenić się po raz czwarty, powinno się przecież przerabiać i doskonalić swoje życie jak zdanie w książce. Ale czy była gwarancja, że znowu nie trafi na podobną?

— I co powiedział doktor? — rzucił w stronę okna, jak wyzwanie pod adresem światełka po drugiej stronie zatoki.

— Zapytał, czy pijesz napar z lipy drobnolistnej...

— Nienawidzę naparu z lipy — odwrócił twarz od okna i spojrzał jej w oczy. — Jednak mogłaś zaprosić doktora na kolację. Sprawa tej dachówki wymaga omówienia. Malarz przywiózł dachówkę? Chyba nie taszczył jej aż z Paryża?

— Myślę, że dziwka też jest tutejsza — stwierdziła z jakąś głęboką satysfakcją.

O jedenastej w nocy leżeli już w dużym drewnianym łóżku w sypialni, gdzie było bardzo ciepło, ponieważ na jesieni zdun z Trumiejek przestawił im piec kaflowy. Małe wiaderko węgla wystarczyło, aby przez całą dobę piec grzał mocno. Bo pani Basieńka miała zwyczaj spać niemal nago, tylko w figach, które mąż musiał z niej ściągać, gdy chciał z nią mieć przyjemność. Bowiem miłym jej w takich sytuacjach było, jeśli mężczyzna coś z niej zdejmował lub coś na niej szarpał. Najbardziej jednak lubiła, kiedy ją mąż w ciemnościach podmacywał lub brał po cichu i jakby ukradkiem. Niestety, pisarz Lubiński od wczesnej jesieni aż do wiosny bardzo długo się rozgrzewał w łóżku, mimo ciepłego pieca i grubej pierzyny. Najczęściej zasypiał, nim zdecydował się rozpocząć miłosną zabawę. Leżeli więc obydwoje na wznak, on wyciągnięty jak struna, bo czekał, aż mu krew do stóp napłynie i rozgrzeje je choć trochę, a ona prawą dłonią głaskała się najpierw po twardym i gładkim brzuchu, potem podniosła trochę swoją lewą pierś i palcami chwyciła wydatną sutkę. Wiedziała, że mąż nie śpi i zapytała:

— Naprawdę nie wiesz, w jaki sposób doktor upokarza kobietę, zanim w nią wejdzie?

— Nie wiem. Mówiłem ci wiele razy, że nie wiem — odparł Lubiński. — Na wsi o tym różnie gadają, ale nic konkretnego dowiedzieć się nie można.

Jeszcze przez długą chwilę tak leżeli obok siebie, a potem ona cicho westchnęła, ponieważ czuła, że i tej nocy obejdzie się bez miłości.

O tym, że mężczyzna i kobieta żyć winni nie obok siebie, ale ze sobą oraz o marzeniach, które snuje las

Na mapie sztabowej komendanta posterunku w Trumiejkach Skiroławki wyglądają jak wielki sierp, ostrzem swym obejmujący niebieską zatokę ogromnego jeziora Baudy. Rękojeść sierpa jest solidna, stanowi ją asfaltowa szosa prowadząca do Trumiejek. Z obydwu stron szosy znajdują się zagrody najbogatszych gospodarzy, kryte dachówką domy z czerwonej cegły, stodoły i obory. Wszystkie domy stoją frontem do drogi i mają małe ogródki, przeważnie ogrodzone siatką pomalowaną w różne kolory. Na tyłach zagród rozciągają się pola uprawne i łąki, otwarte w stronę Trumiejek, a na horyzoncie zamknięte czarną ścianą lasów.

W miejscu, gdzie rękojeść styka się z ostrzem, jest już zatoka. Szosa skręca tu w prawo i wzdłuż wysokiej skarpy obiega jezioro półkolem, dalej pędzi prosto przed siebie, w głąb przepastnych lasów, aż do miasteczka Barty. Natomiast ostre zakończenie sierpa wchodzi na krótki półwysep wrzynający się w jezioro i oddzielający zatokę od bezmiaru wód Baud. Cały ten półwysep wraz z ogrodem, sadem, domem mieszkalnym, zabudowaniami gospodarskimi, a także małą przystanią — jest własnością doktora Jana Krystiana Niegłowicza.

Centrum wsi mieści się na styku zatoki i szosy, u nasady sierpa, a więc niemal naprzeciw półwyspu, oddzielonego od tego miejsca kilometrowym pasem wody. Tutaj znajduje się przystanek autobusowy, szkoła, remiza strażacka, sklep spożywczy, poczta, Klub Młodego Rolnika, punkt biblioteczny, a także cmentarz. Obok mieszka cieśla Sewruk, stoją dwie szopy rybaczówki i kuźnia. Od rybaczówki droga skręca w prawo i obiega półkolem zatokę. Domy i zagrody zamieszkałe są tu przeważnie przez robotników leśnych, i mieszczą się tylko po jednej stronie drogi, bliżej jeziora. Są to także domy z czerwonej cegły, zwrócone frontem do szosy. Z tyłu znajdują się zabudowania gospodarcze i one to zasłaniają widok na jezioro. Choć nie wszędzie. Pisarz Lubiński, gdy w swoim czasie kupił dom od pewnego drwala, kazał zburzyć stodołę, wyciąć krzaki nad zatoką i otworzył sobie widok na jezioro. U szczytu domu wymurował garaż podziemny i taras nad nim, skąd, spoczywając na leżaku, widzi bezmiar wód i dom doktora na półwyspie. Nieco dalej, na miejscu zagrody spalonej podczas wojny, przed kilkoma laty zbudowano dachowiec kryty eternitem, w którym zamieszkał malarz Bogumił Porwasz. Ze swojej pracowni ma on także widok na bezmiar wód i trzciny przybrzeżne, które są tematem jego malarstwa.

W lesie kryją się czerwone zabudowania leśniczówki Blesy, gdzie od siedmiu lat żyje inżynier Turlej wraz z małżonką i synkiem. W leśniczówce Blesy jest dziesięć pokoi i ogromny salon z kominkiem. To tutaj — od siedmiu lat, czyli odkąd objął leśnictwo inżynier Turlej, lat trzydzieści jeden — odbywają się przyjęcia noworoczne, w których bierze udział doktor Niegłowicz, malarz Porwasz oraz pisarz Lubiński. Żona leśniczego, magister Halina Turlej, zajmuje stanowisko kierowniczki trzyklasowej szkoły w Skiroławkach, stanowiącej filię szkoły ośmioklasowej w Trumiejkach. Pani Halinie podlega tylko jedna nauczycielka, panna Luiza, lat sześćdziesiąt, a więc tuż przed emeryturą. Jest to zdziwaczała stara panna, która rzadko kiedy wychodzi z domu, natomiast pilnie obserwuje życie ludzi w wiosce z okna swego mieszkania na piętrze szkoły.

Noworoczne przyjęcia u pani Halinki są składkowe, jako że zarówno leśniczy, jak i nauczycielka nie zarabiają dużo. W przekonaniu mieszkańców Skiroławek najbogatszymi ludźmi w wiosce są doktor Niegłowicz oraz stary Otto Szulc, dopiero w drugiej dziesiątce ludzi zamożnych znajduje się pisarz Lubiński oraz leśniczy Turlej i jego żona Halinka. Ostatnim z ostatnich jest malarz Porwasz. On tedy zazwyczaj wnosi najmniejszy wkład w przyjęcia noworoczne w leśniczówce Blesy, choć to nie doktor ani nie pisarz bywają co roku w Paryżu. Ale czy wiele dobrego można się spodziewać od człowieka, który z Paryża przywozi dziewczynę i jedną jedyną dachówkę?

Jak co roku, tak i tym razem, wraz z wybiciem dwunastu uderzeń zegara na telewizyjnym ekranie, na ośnieżone podwórze przed swoim domem wyszedł inżynier Turlej, pisarz Lubiński i malarz Porwasz oraz doktor Niegłowicz. Ogromny, pełen świerków ociężałych od śniegu, las zaczął odpowiadać echem wystrzałów. Pięć razy wystrzelił leśniczy Turlej ze swej rosyjskiej nadlufki Wołga, osiem razy dał ognia malarz Porwasz ze swej standardowej belgijskiej nadlufki Browninga z miasta Herstal; sześć razy rozbłysła ogniem angielska dwururka pisarza Lubińskiego, wyprodukowana przez słynną firmę Webley-Scott, z pięknymi arabeskowymi inkrustacjami na ścianie baskili; trzy razy zagrzmiała dubeltówka doktora Niegłowicza, przedmiot zazdrości wielu okolicznych myśliwych, był to bowiem model włoski Castore, z kurkami i zamkiem bocznym Hollanda inkrustowanym srebrem, i z orzechową kolbą. Odgłos wystrzałów słyszano koło remizy strażackiej, gdzie na świeżym powietrzu chłodzili rozgrzane wódką głowy mieszkańcy Skiroławek, jako że co roku odbywała się w remizie zabawa noworoczna. Ci, co słyszeli echo wystrzałów, wiedzieli, że naprawdę rozpoczął się Nowy Rok. Nikogo nie dziwiło ani też nie oburzało, że we wsi są dwie noworoczne zabawy. Gdzie indziej bawią się ludzie wykształceni, a gdzie indziej prości, albowiem, jak mówił cieśla Sewruk, gdy mu nie pasował wrąb do występu w belce: „wszystko musi mieć swoje”. Nowy Rok dzielił ludzi w Skiroławkach, ale każdy inny dzień i każda noc zacierały różnice. Bo, jak to często powtarzał z żartobliwą powagą doktor Niegłowicz, „wszystkie kobiety mają takie same, tyle, że niektóre są lepiej umyte”. Doktor miał prawo tak mówić, ponieważ od czternastu lat był wdowcem, a jako mężczyzna w sile wieku musiał — zdaniem wszystkich — od czasu do czasu ulżyć sobie dla zdrowia i humoru. A poza tym, kto jak kto, ale doktor Niegłowicz napatrzył się już w życiu owych kobiecych różności i jeśli twierdził, że wszystkie mają takie same, to była w tym ogromna siła prawdy. Bo czy istniała w całej gminie trumiejskiej choć jedna kobieta albo zgoła dziewczyna, która nie przedefiladowała przed doktorem bez majtek? Doktor Niegłowicz chwalił to, co zobaczył u nich między nogami, albo zgoła ganił, częściej jednak ganił niż chwalił. Aczkolwiek zdarzyło się, że gdy obejrzał żonę gajowego Widłąga, aż do poczekalni w ośrodku zdrowia wyszedł i zakrzyknął do innych kobiet, co w kolejce do niego czekały: „Widłągowa ma czterdzieści pięć lat, czworo dzieci urodziła i ani jednej nadżerki. Nie to co wy, świńtuchy”. Częściej jednak, jak wspomniano, doktor ganił i leki przepisywał, choć wiedział, że i tak zażywać ich nie będą i w ten sposób zmarnuje się jego trud lekarski. Rozbierały się więc u niego kobiety stare i młode. Jedne wstydliwie, inne odważnie, szczególnie te, co rade były swoim ciałem rozkochać samotnego lekarza. Bo choć doktor nie był młodzikiem, to przecież w Skiroławkach mówiono, że z wiekiem u mężczyzny korzeń twardnieje jak u sosny w lesie. Dwie bowiem cechy ceniono w Skiroławkach u mężczyzny: mocną głowę do wódki i dobry dzwonek między nogami. Im częściej dzwonił, tym lepiej. Porządna kobieta nie musiała otwierać swoich drzwi, gdy dzwonił obcy mężczyzna, ale rzeczą męską było dzwonić, bo a nuż któraś drzwiczki otworzy. „Pan Bóg stworzył kobietę i mężczyznę nie po to, aby żyli obok siebie, ale aby żyli ze sobą” — powtarzał zawsze proboszcz Mizerera, udzielając ślubu. A podczas wielkanocnych rekolekcji nawoływał z pozłacanej ambony: „A nie wstydźcie się, mężczyźni, dzwonić co noc swoim kobietom. Bo jak wy im nie będziecie dzwonić, to im diabeł zadzwoni!”

Tak więc zupełnie zwyczajnie zaczął się Nowy Rok echem wystrzałów od strony leśniczówki Blesy. Przerażone sarny i jelenie, które wraz z pierwszym śniegiem zaczynały podchodzić pod zagrody, uciekały jak oszalałe w głąb lasu, strząsając śnieg z nisko położonych gałęzi. Na dalekich polanach, na Świńskiej Łące, koło Białego Chłopa i w pobliżu drzewa zwanego „dębem doktora” rozbrzmiewało potem przejmujące naszczekiwanie kozłów.

A odwieczny las odpowiadał echem, które wracało aż pod zabudowania leśniczówki Blesy, pod duży dom z czerwonej cegły, pod wysoki próg i na rozległy podwórzec, gdzie zaryty w śniegu aż po osie stał pachnący olejem stary gazik doktora.

Leśniczówkę Blesy zbudowano przed osiemdziesięcioma laty. Dawne przekazy mówiły, że pierwszy jej leśniczy, niejaki Schweikert, został w jednym z górnych pokoi zastrzelony przez swoją żonę za to, że, jak twierdzili jedni, zdradzał ją z dziewczętami ze Skiroławek. Z kolei mówili drudzy, że po prostu nie miała nigdy suchych drewek na opał. Faktem jest, że odtąd źle żyły ze sobą stadła małżeńskie w Blesach, co pamięć ludzka potwierdziła i naoczni świadkowie. Od leśniczego Piątka uciekła żona, piękna blondynka, bo nigdy — mimo że wokół był las odwieczny — nie postarał się o drewno na opał i do kuchni. A uciekła z takim, co jej kilkakrotnie wóz porąbanej dębiny przywiózł pod dom. Leśniczego Stemplewicza, który po Piątku nastąpił, także żona zdradzała, i to niemal otwarcie, całując się przed oknami z weterynarzem z Bart, który ją woził po lesie w bryczce z dwoma szronkowatymi końmi. Ale nie z braku drewna go zdradzała, tylko z tego samego powodu, co i Smugoniowa swego męża z domu wyrzuciła, a mianowicie — za dużo pił i nie wykonywał w nocy swojej męskiej roboty. Inżynier Turlej nastał do Blesów przed siedmioma laty i wziął sobie młodą żoneczkę, Halinę, o drobnej figurze, ruchach chłopca i głośnym, dźwięcznym śmiechu. Ale ostatnio także kłócili się coraz częściej, właśnie z powodu braku drewna, albo też, kto ma rozpalać w piecu centralnego ogrzewania, bo przecież obydwoje pracowali. Ludzie w Skiroławkach szeptali, że i ona rozgląda się już za jakimś prawdziwym mężczyzną, który wie, jak zatroszczyć się o kobietę. I dziwowali się wszyscy, że leśniczówka Blesy odbierała mężczyznom ich wielkość i siłę, a wielkość i siłę dawała kobietom. Ale, jak to u kobiet zazwyczaj bywa, i wielkość, i siła obracała się w nienawiść albo w złość zapiekłą.

Pisarz Lubiński twierdził, że to odwieczny las czyni mężczyzn bezwolnymi marzycielami, którzy rozczarowują kobiety. Las przytłaczał ludzi swą przepastną głębią, kołysał i usypiał szumem gałęzi, porażał wielkością i odwiecznym trwaniem. Patrząc na wierzchołki ogromnych sosen lub prastarych buków, ludzie czuli swą kruchość i małość, rok po roku zdawali sobie sprawę z bezsensu swoich wysiłków i trudów, które zawsze pozostawały niczym wobec ogromu odwiecznego lasu. Cóż z tego, że potrafili obalać nawet najpotężniejsze dęby i pozostawiali gołe polany, skoro i tak musieli sadzić nowe drzewa, a te po kilku latach pokrywały młodnikami ziemię i pięły się w górę ku niebu i słońcu, podczas gdy oni, ludzie, garbili się ku ziemi. Las był, gdy tu przyszli i witał ich szumem odwiecznym, i takim pozostawał, gdy odchodzili na zawsze. Odwieczny szum lasu niósł przestrogę ludzkim poczynaniom, a wsłuchani w niego zbyt długo, stawali się głusi na głos serca, jakby i ich pociągało owe leśne trwanie bez działania, istnienie bez miłości i czynu. W mrocznych zakamarkach leśnych, gdzie latem, jak krople świetlistej żywicy spływają po pniach sople słonecznego blasku, a zima, jak duch jawi się nagle przed oczyma białą plamą rozpylonego śniegu, poraża człowieka świadomość, że nic tu udoskonalić nie potrafi.

Ale doktor Jan Krystian Niegłowicz wyjaśnił tę sprawę zupełnie inaczej. To nie las czynił mężczyzn bezwolnymi marzycielami, ale to oni — bezwolni marzyciele — szukali lasu, aby potwierdzić się poprzez jego ciągłe trwanie, koić się jego odwiecznym szumem. Z wielu możliwości, jakie stworzył ludziom świat — wybierali tę jedną wąską ścieżynkę wiodącą do lasu.

Albowiem doktor Niegłowicz w głębi duszy wierzył, że człowiek nie do końca postradał swój instynkt i z setek możliwości wybiera tę jedyną, najbardziej odpowiednią dla siebie. I nawet, o zgrozo, sądził, że niektóre choroby trapiące człowieka nie były tylko zrządzeniem losu, lecz wynikały z największej potrzeby organizmu, były jak burza, która musi nadejść, gdy zrobi się zbyt parno.

O tym, że czas krótki jest, przeto spiesz się człowiecze...

Dziewczyna, którą przywiózł do Skiroławek malarz Bogumił Porwasz, miała dwadzieścia cztery lata i pracowała w stolicy jako ekspedientka w sklepie z bielizną męską. Propozycja spędzenia Sylwestra w zagubionej wśród lasów leśniczówce i to w towarzystwie przystojnego malarza wydała się jej pociągająca. Podniecała ją także obietnica Porwasza, że spędzi trochę czasu wśród „dzikich ludzi”, jak określił on swoich przyjaciół. Martwiła się przez całą drogę jedynie o to, co będą jedli na tym pustkowiu, bowiem jedzenie sprawiało jej ogromną radość. Malarz opowiadał, że w niezbyt odległym miasteczku jest tuczarnia drobiu i dostać tam można żołądki kurze i gęsie. „Ach, żołądki, jakie to dobre” — kilkakrotnie wzdychała w drodze ze stolicy, budząc tym irytację malarza, który był chudy, z zapadniętą klatką piersiową i wklęsłym brzuchem. Mógł nie jeść przez kilka dni i zadowalał go nawet kęs spleśniałego chleba. Tylko jego czarne, pałające, głęboko zapadnięte oczy wydawały się ciągle głodne.

Dziewczyna miała na imię Józia. Była niezbyt wysoką, okrągłą blondynką o jasnej cerze, różowych pełnych policzkach i malutkich wilgotnych usteczkach, które raz po raz wysuwała do przodu i układała w maleńki ryjek. Wydawało się, że nawet powietrze, które wdycha, najpierw smakuje swymi wilgotnymi wargami. I z nią to przyszedł malarz na Sylwestra do leśniczówki. Podczas przerwy w tańcach podchodziła do stołu obok kominka i rozglądała się po rozstawionych półmiskach. Potem delikatnie brała do rąk widelec i mały talerzyk, kładła na nim płatek zimnej sarniny, salcesonu lub skrzydełko kaczki, jeden grzybek, kawałek kiszonego ogórka. I jadła wolno, wolniuteńko, małymi kęsami, mrużąc przy tym oczy, jakby opadały ją jakieś rozkoszne wspomnienia. Kawałki mięsa ginęły w jej drobnych usteczkach, które stawały się jeszcze bardziej czerwone, wilgotne i świeże, a policzki różowiły się i wydawały się jeszcze gładsze. Blask ognia z kominka migotał na jej wargach, muskał policzki, podkreślał cień, jaki rzucały długie przyczernione rzęsy. Niegłowiczowi wydawała się małą wiewiórką, obrabiającą orzeszek, to znów rozkosznym prosiaczkiem, którego miał ochotę pogłaskać po różowym pyszczku i podać mu kawałek jabłuszka lub ciepłego ziemniaczka. Uczyła bowiem lektura księgi Brillat-Savarin'a, że nie ma nic piękniejszego na świecie jak widok młodej i uroczej łakomczuchy, której oczy błyszczą, usta połyskują, a ruchy przy jedzeniu są miłe i wdzięczne. Kobiety takie bywają w nocy dla mężczyzny jak dobrze wypełniony półmisek. Stał więc wsparty o krawędź okapu nad kominkiem i wpatrując się w pannę Józię słuchał, jak w jej drobnych białych ząbkach chrzęści plasterek kiszonego ogórka. Denerwował go pogwar głosów za plecami, śmiechy pań i odgłosy rozmowy między pisarzem Lubińskim i malarzem Porwaszem, dolatujące z kąta salonu. Nie chciał uronić niczego z owego przyjemnego chrzęstu, który wydawał mu się o wiele bardziej podniecający niż szelest noworocznych sukien.

Panna Józia podniosła wreszcie swoje przymrużone powieki, przekrzywiła jasną główkę i zapytała:

— Czemu mi się pan tak przygląda?

Chrząknął z powagą:

— Bo także lubię kiszone ogórki.

Odłożyła z odrobiną żalu swój talerzyk. Wybrała inny, czysty i nałożyła na niego doktorowi plasterek ogórka i płatek zimnej sarniny.

— Dziękuję — powiedział doktor, odbierając talerzyk z jej rąk. A potem tak samo głośno zachrzęścił ogórek w jego zębach i doktor głośno mlasnął, smakując zimną sarninę.

— Czy to prawda, doktorze — zapytała panna Józia — że w Skiroławkach jest sekta religijna, która pozwala raz do roku wszystkim z wszystkimi, razem, w jednej stodole? Pan wie, co mam na myśli...

I patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, które wydawały się wypełnione bezbrzeżnym zdumieniem. Nawet jej wilgotne usteczka przestały się poruszać.

Doktor postawił na stole swój talerzyk. Zdjął ze stojaka haczyk i kolnął nim płonące na kominku polano. A potem ozwał się z niezwykłą powagą, która dla tych, co go dobrze znali oznaczała, że odrobinę sobie żartuje. Jak nazwał to pisarz Lubiński: „nasz doktor lubi przemawiać z żartobliwą powagą”.

— Niech pani nie wierzy w takie historie, panno Józiu. O takich jak nasza, małych, zagubionych wśród lasów wioskach, różne opinie się wydaje, ale nie trzeba im dawać wiary. Jesteśmy zwykłymi ludźmi, którzy lubią kochać się i jeść do syta. Ale nie każdy człowiek do tych spraw podchodzi z należytą powagą... Weźmy na ten przykład ów ogóreczek kiszony, który pani właśnie chrupie. W mojej spiżarni mam aż siedem rodzajów w rozmaity sposób zakiszonych ogóreczków. Stoją w dużych słojach. Co roku sam doglądam, aby we właściwy sposób zamarynowała je moja gospodyni, Gertruda Makuch. Bo inaczej smakuje kiszony ogóreczek, któremu dodano więcej kopru, a zupełnie inaczej smakuje ten, do którego włożono więcej pasków korzenia chrzanu, liści dębowych albo wiśniowych, liści czarnej porzeczki, dodano czosnku, gorczycy. Ogóreczek z listkami wiśniowymi jest jędrny i chrzęści w zębach, a z dodatkiem większej ilości czosnku wydaje pod naciskiem zębów tylko suchy i niewyraźny trzask, jakby ktoś łamał zapałkę. Natomiast ma on smak ostrzejszy i niekiedy aż pali w język. Podobnie jest z ogóreczkiem, do którego dodano sporą ilość gorczycy. Zachowuje twardość i ostrość, chrupie w zębach bardzo smakowicie. Tak zakiszone ogórki trzymam na dolnej półce, bo półkę wyżej zajmuje ćwikła i pikle z ogórków nasiennych oraz cebulka marynowana, dynia w occie i korniszony, a także botwina w butelkach i fasolka szparagowa w słojach. Z octem jednak należy uważać, gdyż powszechnie sądzi się, że powoduje on anemię. Ale przecież nie można marynować bez octu! Oczywiście, są zwolennicy suszenia jarzyn, warzyw, a także grzybków. Ja także mam trochę tego suszu w spiżarni w lnianych torebkach, ładnie podwiązanych i uwieszonych na specjalnych haczykach. Nie ma jednak nic smakowitszego nad różne rodzaje marynowanych grzybków...

— Ach, niech pan opowiada, doktorze — przymknęła powieki panna Józia i jak do pocałunku rozchyliła swoje wilgotne czerwone usteczka.

Wydała się w tym momencie doktorowi osobą niezwykle piękną. Ogromny dekolt białej bluzeczki w wyszywane maki przyciągał wzrok. Ciało, które objawiał, było gładkie i cudownie żółtawe jak kość słoniowa, tylko głęboki rowek między piersiami zaznaczał się cieniem, podkreślając kształtność biustu. Doktor przestąpił z nogi na nogę i chrząknął nerwowo, czym spłoszył ów intymny i ulotny nastrój, w jakim się obydwoje znaleźli.

Dziewczyna podniosła do góry powieki, zatrzepotała przyczernionymi rzęsami i zapytała z niepokojem:

— Doktorze, czemu się pan tak mi przygląda?

— Myślę o pani tarczycy, panno Józiu — powiedział. — Tymczasem chyba nie ma powodu do niepokoju, ale ta pani szyja, taka pełna i gładka...

— Tak, trochę jest za gruba — dotknęła ręką gardła — i w ogóle jestem chyba za gruba.

Doktor uśmiechnął się wyrozumiale:

— Nie szkodzi, panno Józiu, nie szkodzi. Ma pani za to cerę bardzo gładką i bez żadnych zmarszczek. Długo pani zachowa swoją urodę. Tylko proszę pamiętać, żeby zawsze na noc pod oczy kłaść trochę nawilżającego kremu.

I miał ogromną ochotę nachylić się nad nią, dotknąć wargami rozchylonych usteczek, które były tak czerwone, że zdawały się stanowić kształtne pęcherzyki wypełnione krwią. Może odgadła jego ochotę, bo przekrzywiła jasną główkę i stwierdziła z powagą:

— A jednak, doktorze, sama słyszałam, jak pewien człowiek w kawiarni mówił do Bogusia, że w Skiroławkach raz w roku wszyscy z wszystkimi robią to, co powinno się robić oddzielnie. Prawda, Bogusiu, że tak mówił? — zawołała w kąt salonu, gdzie Porwasz wciąż jeszcze rozmawiał z pisarzem.

Przerwali zaraz swój dyskurs i zbliżyli się do stołu z jedzeniem.

— Co takiego ktoś mówił? — zapytał podejrzliwie malarz.

Powtórzyła to, co przed chwilą mówiła doktorowi.

— Bzdury, Józiu — obruszył się malarz. — Przez całą drogę tłumaczyłem ci, że to bzdury. Mój kolega z akademii, głupi malarz, mówił to tylko po to, aby cię odstraszyć od wyjazdu ze mną.

— Za pozwoleniem, kolego Porwasz — głos zabrał pisarz Lubiński. — Ta sprawa wcale nie jest taka prosta. Już wielokrotnie słyszałem podobne opinie o naszej wiosce. Ludzie w wielkich miastach skłonni są wierzyć, że na prowincji, a szczególnie w małych wioskach, mogą się zdarzyć historie najstraszniejsze i najbardziej obrażające moralność. A tymczasem, jak się tak bliżej przyjrzeć tej sprawie, to okazuje się, iż także i w wielkich miastach dzieją się rzeczy straszne. My, panno Józiu, jesteśmy ludźmi wykształconymi i rozumnymi, a także krytycznymi. Skiroławki to wioska mała, lecz uczciwa.

Wypowiedź pisarza Lubińskiego mogła trwać krótko albo bardzo długo, dużo bowiem w nim było niechęci do ludzi z wielkich miast. Doktor Niegłowicz odciągnął więc na bok malarza Porwasza i, chwyciwszy go za guzik aksamitnej paryskiej marynarki, natarł ostro:

— Co miała znaczyć ta dachówka na tylnym siedzeniu pańskiego samochodu, panie Porwasz? Po co panu dachówka, skoro ma pan dom kryty eternitem?

— O jakiej dachówce pan mówi? — zdumiał się malarz i nerwowym gestem rozburzył swą ogromną czarną czuprynę.

— Wracając do Skiroławek przywiózł pan dachówkę. Jedną. Leżała na tylnym siedzeniu. Wielu ludzi ją widziało — wciąż nacierał na niego doktor, nie puszczając z palców guzika marynarki.

— Ach, to o tę dachówkę panu chodzi — przypomniał sobie Porwasz. — Rzeczywiście, wiozłem ją chyba z pięćdziesiąt kilometrów i sam dobrze nie wiem dlaczego. Trzy dachówki leżały na szosie, pewnie je ktoś zgubił. Na śniegu je porzucono, czerwone, rozjechane na krwawe ślady. Jedna była cała i ładna, czerwoniuchna, a raczej koloru terakoty. Zatrzymałem się i zabrałem ją, sam nie wiem czemu.

— Rozumiem — zgodził się z nim doktor Niegłowicz.

— Dam ją panu bardzo chętnie. Ma pan przecież dom pokryty dachówkami — zaofiarował się malarz.

— Dziękuję panu — rzekł doktor Niegłowicz i uścisnął dłoń malarza. — Wprawdzie żadna dachówka mi nie spadła, ale przyjmuję podarunek, jako gest dobrej woli.

Malarz w zamyśleniu potrząsnął głową.

— Już trzecia osoba pyta mnie o tę dachówkę — stwierdził. — Czy ludzie w Skiroławkach nie mają większego zmartwienia?

— Niech pan się cieszy, że nie mamy większych zmartwień — zaznaczył doktor.

Podeszła do nich pani Basieńka, niosąc półmisek z cielęcymi nóżkami w galarecie.

— A może tak, doktorze, wyruszymy na świeże powietrze? — zwróciła do Niegłowicza buzię podobną do mysiego pyszczka. — Pamiętacie panowie, jak to było ładnie w ubiegłym roku?

— I niech pani wie, panno Józiu — grzmiał pisarz Lubiński — że ludzie w wielkich miastach, choć niby to rozumieją i zazdroszczą artyście owej prowincjonalnej ciszy, pięknych widoków i spokoju, w gruncie rzeczy lekceważą go, pogardzają nim, mają za nic i posądzają o sprawy zdrożne.

— O tak, tak — szepnęła panna Józia, spoglądając ku półmiskowi z cielęcymi nóżkami.

I poszukała wzrokiem doktora Niegłowicza, który być może — on jeden w tym towarzystwie — zachęciłby ją do sięgnięcia po zimne nóżki, podał ocet, zaznaczając, że jego nadmiar prowadzi do anemii. Wyobraziła sobie jego spiżarnię i słodkie ciepło przeniknęło ją od ust aż do kolan, podniecająco załaskotało w brzuchu i nawet nieco niżej, choć zdawać by się mogło, że owe tak różne organa, które kobieta ma poniżej pasa, niewiele mają ze sobą wspólnego. Pomyślała, że zapyta o tę sprawę doktora, ale zaraz przyszło jej na myśl, że to może wydać mu się bezwstydne. Zresztą, wyjaśniła już to sobie kiedyś po swojemu. „Skoro coś jest blisko siebie, to musi być z sobą związane”. Bo dopiero jak się dobrze najadła, lubiła się kochać.

„Głupiec” — wydała opinię o Lubińskim. „Nachalna dziwka” — pomyślała o pani Basieńce, widząc, jak ta chwyta doktora pod ramię i niemal wyciąga na korytarz, gdzie na gwoździu wisiało jego futerko. „Wlecze dokądś doktora, a on na pewno chciałby posmakować galaretki z cielęcych nóżek.”

W pięć minut później doktor wyszedł przed dom ubrany w brązową kurteczkę z baranów, uszytą włosem na wierzch, i w pięknej czapce z borsuka. Tuż za nim wybiegła pani Basieńka w białym kożuszku i w puchatej czapce z lisów, w długiej sukni i pantofelkach, do których zaraz nasypał się śnieg i zmroził jej drobne stopy w cieniutkich pończochach. Pisnęła więc boleśnie, ale ucichła, bo doktor objął ją ramieniem i długą chwilę tak stali przed domem, z tkliwością w sercach. Doktora rozpierała radość wolnego człowieka, któremu każdy dzień przynieść mógł niespodziewane, a pani Basieńka czuła, że ciężar ramienia doktora czyni ją silną i tak lekką, że mogłaby chyba wzlecieć w bezgwiezdną noc. Piersi jej podnosiły się gwałtownie i pomyślała, że uspokoić je może dotknięcie dłoni doktora, który obejmował ją lewą ręką, ale przecież jego prawa dłoń zwisała bezwładnie i mógłby nią pogłaskać jej biust. Lecz doktor Niegłowicz myślał o pannie Józi i jej rozkosznie rozchylonych usteczkach. Widział już niemal, jak siedzi w jego salonie przy ciężkim czarnym stole i gryzie z chrzęstem płatki pokrajanego ogórka, zamarynowanego z liśćmi dębu i odrobiną czosnku. I widział siebie po drugiej stronie stołu, wpatrzonego w jej zamglone rozkoszą oczy.

— Hej! Hej! — krzyknął głośno doktor, jakby rzucając wezwanie w głąb odwiecznego lasu, który rósł o kilka kroków za ogrodzeniem z siatki.

— Hej! Hej! — odpowiedziała piskliwie pani Basieńka, bo i ją wypełniała radość.

A potem z leśniczówki wybiegł leśniczy Turlej i jego żona Halina, i malarz Porwasz, i pisarz Lubiński, a także, ociągając się, wyszła wolno panna Józia w skromnej kurteczce ortalionowej, podczas gdy tamci mieli czapki z lisów i obszerne kożuchy. Zapomniała zaraz o galarecie z nóżek cielęcych i pozazdrościła im kożuchów, czapek, i radości, która zdawała się być wpisaną w ich życie. Przytuliła się do malarza, a ten chwycił ją na ręce i przeniósł przez śnieg do samochodu doktora, na odkryte tylne siedzenie, albowiem doktor na czas noworoczny zdjął z samochodu brezentową budę.

Ruszyli ostro. Reflektory wyławiały z mroku przydrożne drzewa, drobniutkimi iskierkami połyskiwały zlodowaciałe płatki śniegu, jakby ktoś drogę gwiazdami wysypał. A gdy zbliżyli się do pierwszych zagród i pęd, i mróz aż dusił ich w gardle, leśniczy Turlej zaczął strzelać w górę ze swojej strzelby, to samo zrobił Porwasz i pisarz Lubiński. Nikt nie zauważył, że pani Basieńka niemal położyła się na plecach doktora, pragnąc, aby mimo swej kurtki odczuł ciepło i ciężar jej piersi. Ale on jak gdyby nie zwracał na to uwagi, wpatrzony w rozwijającą się przed nimi ośnieżoną drogę, więc objęła go w pasie, odpięła guzik jego futerka, wsunęła palce pod koszulę, aż namacała ciepłą włochatą skórę.

— Hej! Hej! — zawołała w ciemność nocy.

— Hej! Hej! — odkrzyknął doktor.

Wlokła się za samochodem chmura rozpylonego śniegu, doganiała ich, osypywała zimnymi drobinkami, osiadała na czapkach i na twarzach, chłodząc rozgrzane policzki.

Tuż obok rybaczówki i remizy, gdzie trwała zabawa i grupki ludzi kręciły się po drodze, doktor zakręcił gwałtownie i zatrzymał samochód.

— Hej! Hej! — zakrzyknął do ludzi malarz Porwasz.

— Hej! Hej! — odpowiedziały mu pojedyncze głosy.

A potem jakby chór zakrzyknął radośnie.

— Hej! Hej! Panie Porwasz! Hej, doktorze! Hej! Hej, pisarzu! Hej! Hej, panie leśniczy.

Koło rybaczówki brzeg gwałtownie opadał do zamarzniętego i pokrytego śniegiem jeziora. Doktor ostrożnie zjechał na lód, a później dodał gazu. Pędzili przez białą pustynię nie skalaną żadnym śladem. Zdawała się nie mieć kresu i końca, bo noc była ciemna i bezgwiezdna, tylko rozjaśniona przez biel śniegu. Na jeziorze pęd wiatru stał się ostrzejszy, ale radość, jaka ich ogarnęła, była tu także jeszcze większa. Stary gazik doktora zdawał się mieć skrzydła, choć motor jego charczał i wył. Doktor jednak coraz mocniej przyciskał pedał gazu, gnając przed siebie po białej równinie, na której światła reflektorów kładły się przed nim jak złoty dywan.

Zamajaczyły przed nimi drzewa i krzaki Czaplej Wyspy. Wtedy Niegłowicz zatrzymał raptownie samochód i zgasił silnik. Nastała ogromna cisza, w której słyszeli tylko własne szybkie oddechy.

— Boże, jak tu pięknie — wyszeptał doktor i ukrył twarz w przemarzniętych dłoniach.

Wyglądało jakby zapłakał. Spadła na niego świadomość, że za każdą chwilę radości i szczęścia trzeba składać daninę z rozpaczy. Myślał o starym Szulcu i jego napomnieniu: „Albowiem czas krótki jest, przeto spiesz się, abyś zachował duszę swoją”. Doktor nie bardzo wierzył, aby człowiek miał duszę, bo nie znalazł jej nigdy na stołach prosektoriów, w zwałach ludzkiego mięsa, pod misą czaszki, między kręgami krzyża, w lędźwiach, w płucach, w sercu podobnym do twardego ochłapu. I to właśnie napełniało go przerażeniem.