Opis

Widziałem takich /szczególnie mężczyzn/, którzy niby są wierzący, a wstydzą się wyraźnie przeżegnać i robią coś w rodzaju namiastki znaku krzyża. Jest to doskonały przykład psychozy wstydu i lęku - żeby jakiś bałwan z tłumu - kolega - nie podśmiał. Raczej gnuśnieć w tłumie baranów byleby się nie narazić na wytknięcie palcem, jako człowiek niezrozumiały dla przeciętniaków. Wcale nie znaczy to, że chciałbym siebie ponad innych wynieść - Przeciwnie! Chciałbym wstrząsnąć każdym, żeby z tego dorośniętego tylko do pewnego znormalizowanego poziomu - tłumu, wystrzeliły, jeśli nie można wszędzie - to przynajmniej tu i ówdzie - pędy myśli, czynu(...)

(Witold Pilecki, Raport W, 1943 r.).

Poruszające raporty autorstwa Witolda Pileckiego,
opisują całość podjętych przez niego zmagań związanych z obozem w Oświęcimiu:
- od momentu ochotniczego wejścia do obozu Auschwitz-Birkenau,
- poprzez budowę siatki konspiracyjnej zdolnej do opanowania i własnoręcznego odbicia obozu z rąk Niemców,
- aż po ucieczkę i działania podejmowane na wolności.
Oferowana publikacja stanowi jedno z najwierniejszych wydanych w języku polskim odwzorowań tekstu oryginalnego - drobiazgowa korekta skupiona nie na poprawności językowej, a na wierności maszynopisowi pozwala lepiej oddać osobiste odczucia i stosunek autora do przedstawianych wydarzeń.
Książka zawiera pełne teksty:
- Raportu z 1945 r.
- Raportu W z 1943 r. (wraz z poświadczeniami Oficerów WP i oryginalnym kluczem nazwisk),
- Raportu Teren S z 1943 r. (wraz z poświadczeniami Oficerów WP).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 419

Popularność

lub

© Copyright by Wydawnictwo AMDG, 2016

ISBN 978-83-946907-1-7 (wydanie elektroniczne)

Wydawnictwo AMDG

ul. Zygmunta Augusta 5/1

31-504 Kraków

e-mail:kontakt@raportpileckiego.pl

Zdjęcie na okładce: © Jacek Sopotnicki, Shutterstock, 242546317.

---------------------------

DotyczyRaportu:

Materiały archiwalne udostępnione dzięki uprzejmości Studium Polski Podziemnej (1939 - 1945). Teksty i ilustracje te są chronione prawem autorskim i nie mogą być powielane w jakimkolwiek formacie bez zgody Studium Polski Podziemnej, z którym można się skontaktować pod następującym adresem: 11 Leopold Road, London W5 3PB, Wielka Brytania

---------------------------

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

---------------------------

Składam serdeczne podziękowania dla:

Studium Polski Podziemnej w Londynie, a w szczególności dla jej przedstawiciela, pana Krzysztofa Bożejewicza,

za całokształt współpracy, przebiegającej w sposób niezwykle profesjonalny.

Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, a w szczególności dla pana Szymona Kowalskiego – Zastępcy Kierownika Archiwum,

za pomoc w dostępie do archiwalnych materiałów.

Mecenasa Olgierda Pankiewicza,

za wsparcie w ustaleniu kwestii prawnych związanych z wydaniem niniejszej publikacji.

PaniZofii Pileckiej-Optułowicz i pana Andrzeja Pileckiego,

za wyrażenie zgody na niniejszą publikację, serdeczny kontakt i całokształt działań podejmowanych na rzecz promowania dokonań płk. Witolda Pileckiego.

---------------------------

Drogi Czytelniku,

w wydaniu tym nie znajdziesz przedmowy ani żadnych dodatkowych rozdziałów, co jest moją – jako wydawcy – w pełni zamierzoną decyzją. Nie czuję się kompetentnym ani godnym, by do dzieła tak niezwykłego cokolwiek dodawać.

Ponadto, pracując na oryginalnym tekście, pragnąłem, żeby każdy, kto po tę książkę sięgnie, czytał tekst jak najbliższy maszynopisowi. Przeprowadzona została drobiazgowa korekta skupiona nie na poprawności językowej, a na wierności oryginałowi. Wiele błędów zostało zachowanych i wyróżnionych przypisami przy pierwszym ich wystąpieniu, drobniejsze (np. przecinki, pauzy) nie zostały oznaczone.

Za wszelkie pomyłki powstałe z mojej winy z góry przepraszam.

Adam Kulpiński, wydawca

RAPORT – 1945 r.

Więc mam napisać możliwie suche fakty, jak tego chcą moi koledzy.

Mówiono: „Im więcej pan się będzie trzymał samych faktów, podając je bez komentarzy – tym będzie to wartościowsze.”

Spróbuję więc... lecz człowiek przecie nie był z drzewa – już nie mówię z kamienia – /chociaż wydawało się, że i kamień nieraz musiałby się spocić/.

Czasami więc, wśród podawanych faktów będę jednak wstawiał myśl, wyrażającą to co się czuło.

Nie wiem, czy koniecznie ma to obniżać wartość napisanego.

Nie było się z kamienia – często mu zazdrościłem – miało się jeszcze ciągle bijące, czasem w gardle, serce, kołacząca się gdzieś... chyba w głowie – myśl – czasami łapałem ją z trudem...

O nich – wstawiając od czasu do czasu zdań parę, – sądzę, że dopiero się odda obraz prawdziwy.

Dnia 19 września 1940 roku – II-ga łapanka w Warszawie.

Jeszcze żyje kilku ludzi, którzy widzieli, jak o godzinie 6-tej rano, poszedłem sam i na rogu Al. Wojska i Felińskiego stanąłem w „piątki” ustawiane przez ss-mann’ów z łapanych mężczyzn.

Potym[pisownia oryginalna] załadowano nas na Pl. Wilsona do aut ciężarowych i zawieziono do koszar Szwoleżerów.

Po spisaniu danych personalnych, w zorganizowanym tam prowizorycznie biurze i odebraniu ostrych przedmiotów, pod groźbą zastrzelenia, jeśli się po tym u kogo bodaj żyletka znajdzie, wprowadzono nas na ujeżdżalnie, gdzie pozostawaliśmy przez 19-ty i 20 września.

W ciągu tych paru dni niektórzy już zapoznali się z pałką gumową spadającą na ich głowy. – Mieściło się to jednak w ramach mniej więcej możliwych do przyjęcia, dla ludzi przyzwyczajonych do tego rodzaju sposobów utrzymywania ładu, przez stróżów porządku.

W tym czasie niektóre rodziny wykupywały swych najbliższych, płacą ogromne sumy ss-mannom.

W nocy spaliśmy wszyscy pokotem na ziemi.

Ujeżdżalnię oświetlał ogromny reflektor, stojący przy wejściu.

Po czterech stronach umieszczeni byli ss-manni z bronią maszynową.

Było nas tysiąc osiemset kilkudziesięciu.

Mnie osobiście najwięcej denerwowała bierność masy Polaków. Wszyscy złapani nasiąkli już jakąś psychiką tłumu – która wtedy wyrażała się w tym, że cały tłum nasz upodobnił się do stada biernych baranów.

Nęciła mnie myśl prosta: wzburzyć umysły, zerwać do czynu tą masę.

Współtowarzyszowi memu – Szpakowskiemu Sławkowi /wiem, że żył do czasu Powstania w Warszawie/ proponowałem wspólną akcję w nocy: opanowanie tłumu, napad na posterunki, przy tym miałem przechodząc do ubikacji „zawadzić” o reflektor i zniszczyć.

Lecz ja – w innym celu znalazłem się w tym środowisku.

Było by to pójście na rzecz znacznie mniejszą...

On – w ogóle uważał to za pomysł z dziedziny fantazji.

21-go rano wsadzono nas do aut ciężarowych i w towarzystwie eskortujących motocykli z bronią maszynową, odwieziono na dworzec zachodni i załadowano do wagonów towarowych.

W wagonach tych przedtym [pisownia oryginalna] widocznie musieli wieźć wapno, gdyż cała podłoga była nim wysypana.

Wagony zamknięto. Wieziono dzień cały. Pić ani jeść nie dali. Zresztą jeść nikt nie chciał. Mieliśmy, wydany dnia poprzedniego, chleb – któregośmy jeszcze wtedy ani jeść ani cenić nie umieli. Chciało się nam tylko bardzo pić. Wapno, pod wpływem wstrząsów rozdrabniało się w pył. Unosiło się w powietrzu, drażniło nozdrza i gardło. Pić nie dali.

Przez szczeliny desek, którymi zabite były okna, widzieliśmy, że wiozą nas gdzieś na Częstochowę. Około 10-tej wieczór /godzina 22-ga/, pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu i dalej już nie ruszył. Słychać było krzyki, wrzask, – otwieranie wagonów, ujadanie psów.

To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem – w którym kończyłem ze wszystkiem [pisownia oryginalna], co było dotychczas na ziemi i zaczynałem coś – co było chyba gdzieś poza nią.

Nie jest to silenie się na jakieś dziwne słowa, określenia. Przeciwnie – uważam, że na żadne słówko ładnie brzmiące a nieistotne, wysilać się nie potrzebuję.

Tak było.

W głowy nasze uderzyły nie tylko kolby ss-mannów, – uderzyło coś więcej.

Brutalnie kopnięto we wszystkie nasze pojęcia dotychczasowe, do których myśmy się na ziemi przyzwyczaili /do jakiegoś porządku rzeczy – prawa./.

To wszystko wzięło w łeb.

Usiłowano uderzyć możliwie radykalnie. Załamać nas psychicznie jak najszybciej.

Zgiełk i jazgot głosów zbliżał się stopniowo. Nareszcie gwałtownie otwarto drzwi naszego wagonu. Oślepiły nas reflektory skierowane we wnętrze.

„Heraus!rrraus!rrraus!...” [heraus – na zewnątrz] padały wrzaski i kolby ss-mannów na ramiona, plecy, głowy kolegów. Należało szybko znaleźć się na zewnątrz.

Skoczyłem i wyjątkowo nie dostałem kolbą, stając w „piątki” – w środek kolumny.

Większa zgraja ss-mannów biła, kopała i robiła niesamowity wrzask: „zu fünwe!”

Na stojących na skrzydłach piątek, rzucały się psy, szczute przez żołdaków.

Oślepieni reflektorami, pchani, bici, kopani, szczuci psami, raptownie znaleźliśmy się w warunkach, w jakich wątpię by ktoś z nas był kiedykolwiek. Słabsi byli oszołomieni w tym stopniu, że naprawdę tworzyli kupę bezmyślną.

Pędzono nas przed siebie, ku większej ilości skupionych świateł.

W drodze kazano jednemu z nas biec do słupa w bok od drogi i zaraz w ślad za nim puszczono serię z p-ma. Zabito. Wyciągnięto z szeregu 10-ciu przygodnych kolegów i zastrzelono w marszu z pistoletów, na skutek „odpowiedzialności solidarnej” za „ucieczkę”, którą zaaranżowali sami ss-manni.

Wszystkich jedenastu ciągnięto na rzemieniach uwiązanych do jednej nogi. Drażniono krwawymi trupami psy i szczuto je na nich.

Wszystko to robiono pod akompaniament śmiechu i kpin.

Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu z drutów, na której widniał napis: „Arbeit macht frei”.

Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć.

Za ogrodzeniem, rzędami ustawione były murowane budynki, wśród których widniał plac rozległy.

Wchodząc wśród szpaleru ss-mannów, przed samą bramą, doznaliśmy przez krótki okres czasu większego spokoju. Odpędzono psy, kazano nam wyrównać piątki. Tutaj liczono nas skrupulatnie – na końcu doliczając ciągnione trupy.

Wysoki, wtedy jeszcze pojedynczy płot z drutu kolczastego, brama pełna ss-mannów nasunęły mi mimowoli [pisownia oryginalna], kiedyś czytane aforyzmy chińskie: „Wchodząc – pomyśl o odwrocie, a wychodzić będziesz cało…” Uśmiech nieco ironiczny zrodził się gdzieś we mnie i przygasł… na co to tutaj się przyda…

Za drutami, na wielkim placu, inny uderzył nas widok. W nieco fantastycznym, pełzającym po nas, ze wszystkich stron świetle reflektorów, widoczni byli jacyś ludzie – z wyglądu – niby ludzie, lecz jakże z zachowania raczej do zwierząt dzikich podobni /bezwzględnie obrażam tu zwierzęta – niema w języku naszym jeszcze na takie stwory określenia/. W dziwnych ubraniach w pasy, jakie się widziało na filmach z Sing-Sing, z orderami na kolorowych wstążkach /tak mi się wtedy w migającym świetle wydawało/, z drągami w ręku, rzucający się z dzikim śmiechem na pojedynczych kolegów naszych, bijąc po głowach, kopiąc leżącego już na ziemi w nerki, w inne czułe miejsca ciała, wskakując butami na klatkę piersiową, brzuch – zadając śmierć z niesamowitym jakimś chichotem.

„Ach! więc zamknęli nas w zakładzie dla obłąkanych!...” przemknęła mnie myśl. – Co za podłość – rozumowałem jeszcze kategoriami ziemi. – Ludzi z łapanki – a więc nawet w pojęciu niemców [Pisownia oryginalna. W całym maszynopisie Raportu „niemcy” konsekwentnie pisane jest małą literą. Inne narodowości (np. Polaków, Czechów) – wielką literą.] nie obciążonych winą żadną wobec III-ej Rzeszy.

W głowie ogniem zaświeciły mi słowa Janka W., wyrzeczone do mnie po pierwszej łapance /sierpień/ w Warszawie: „Ot widzisz, nie skorzystałeś z takiej dobrej okazji – ludziom złapanym na ulicy przecie nie zarzuca się żadnej sprawy politycznej – w ten sposób najbezpieczniej można się do obozu dostać.”

Jakże naiwnie hen, tam w Warszawie podchodziliśmy do sprawy Polaków wywożonych do obozów.

Tu nie potrzeba było mieć żadnej sprawy politycznej, żeby zginąć.

Zabijano pierwszego lepszego z brzegu.

Zaczynało się od pytania rzucanego przez pasiastego człowieka z drągiem: „Was bist du von ciwil?!” [Was bist du von ciwil – Kim jesteś z zawodu.]

Odpowiedź: ksiądz, sędzia, adwokat – w tym okresie – powodowała bicie i śmierć.

Przedemną [pisownia oryginalna] w piątce stał jakiś kolega, który na o pytanie, rzucone jemu z równoczesnym ujęciem go garścią za ubranie pod gardłem – odpowiedział: „Richter”. [Richter – sędzia]

Fatalny miał pomysł. Za chwilę leżał na ziemi bity i kopany.

Więc wykańczano specjalnie inteligencje.

Po tym spostrzeżeniu zmieniłem nieco zdanie.

Może i nie są to obłąkani, tylko jest to jakieś potworne narzędzie do wymordowania Polaków, rozpoczynające swe dzieło od inteligencji.

Pić się chciało okropnie.

Przywieziono kotły z jakimś napojem. Ci sami zabijający draby obnosili kubki z napojem wśród naszych szeregów, pytając: „Was bist du von ciwil?”

Dostawaliśmy upragniony, bo mokry – napój, wymieniając zawód jakiegoś robotnika lub rzemieślnika.

Bijąc i kopiąc ci dziwni „niby-ludzie” czasami wykrzykiwali:

…”hier ist K. L. Auschwitz – mein liebier Mann!”

Pytano siebie nawzajem, co by to miało znaczyć? Niektórzy wiedzieli, że znaczy to Oświęcim, lecz dla nas była to tylko nazwa jednego z polskich miasteczek, wówczas potworna opinia o tym obozie nie zdążyła jeszcze przeniknąć do Warszawy, ani znana była w ogóle w świecie.

W jakiś czas potym [pisownia oryginalna] dopiero jedno to słowo mroziło krew w żyłach ludziom na wolności, spędzało sen z powiek więźniów Pawiaka, Monteluppich [pisownia oryginalna], Wiśnicza, Lublina.

Jeden z kolegów objaśnił nas, że jesteśmy w koszarach 5-go D.A.K-u tuż koło miasteczka Oświęcim.

Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy „zugang-iem” [Więzień z nowego transportu] bandytów polskich, którzy się rzucali na spokojną ludność niemiecką, a których za to tu spotka odpowiednia kara.

„Zugang-iem” nazywało się wszystko co do obozu przyszło, każdy nowy transport.

Tymczasem sprawdzano obecność, wykrzykując nazwiska podane przez nas w Warszawie, na które trzeba było szybko i głośno odpowiedzieć: „hier” [Hier – tutaj]. Przy tym było wiele powodów do szykan i bicia.

Po sprawdzeniu, setkami odsyłano do szumnie zwanej „kąpieli”.

Tak przyjmowano transport ludzi, łapanych w Warszawie na ulicy, niby na pracę do niemiec, tak przyjmowano każdy transport w pierwszych miesiącach, po założeniu obozu w Oświęcimiu /14.6.1940 r./.

Z ciemności, gdzieś z góry, /z nad kuchni/, potrafił się odezwać kat – Seidler, w te słowa:

„Niech nikt z was nie sądzi, że kiedykolwiek wyjdzie stąd żyw… porcja jest tak obliczona, że żyć tu będziecie 6 tygodni; kto będzie żył dłużej… znaczy, że kradnie, kto kradnie – znajdzie się w S.K. – gdzie żyje się krótko!” Tłomaczył [pisownia oryginalna] na polski te słowa Baworowski – tłomacz obozowy.

Chodziło o jak najszybsze załamanie psychiczne.

Na placu w przywiezione taczki i „rolwagę” złożyliśmy cały chleb posiadany. Nikt wtedy go nie żałował – nikt o jedzeniu nie myślał.

Jakże często potym, na samo wspomnienie tego momentu ślinka ciekła i diabli człeka brali. Kilka taczek i „rolwaga” pełne chleba! – jaka szkoda, że nie można się najeść na zapas…

Razem z setką znalazłem się wreszcie przed „Baderaum”-em [Pomieszczenie służące do kąpieli] /blok 18-ty, numeracja stara/.

Tu oddaliśmy wszystko w wielkie worki, do których odpowiednie przywiązano numery.

Tu ostrzyżono nam włosy na głowie i ciele, pokropiono trochę prawie zimną wodą.

Tu wybito mnie pierwsze dwa zęby, za to, że numer ewidencyjny na tabliczce napisany w ręku niosłem, a nie w zębach, jak tego w tym dniu chciał „bademeister” [Odpowiedzialny za kąpiel].

Dostałem w szczękę ciężkim drągiem.

Wyplułem dwa zęby. Pociekło krwi trochę… Szykana.

Od tej chwili staliśmy się tylko numerami. Urzędowa nazwa brzmiała: Schutzhäftling Nr… xy…

Ja miałem numer 4859.

Dano nam ubranie, w biało-niebieskie pasy drelichy, takie same jak te, co nas tak raziły w nocy.

Był już ranek /22.9.40./. Teraz szereg rzeczy straciło swój wygląd fantastyczny z nocy.

„Niby-ludzie” mieli żółte opaski na lewym ramieniu z czarnym na nich napisem: C A P O, i zamiast barwnych wstążek z medalami, jak mi się w pełgających światłach w nocy wydało, mieli na piersi z lewej strony kolorowy trójkąt /”winklem” – tu zwany/, pod nim, jak pod wstążką, mały numer czarno na białej łatce pisany.

„Winkle” były 5-ciu kolorów.

Przestępcy polityczni nosili – czerwony, kryminaliści – zielony, gardzący pracą w III-ej Rzeszy – kolor czarny, badacze pisma świętego – fioletowy i homoseksualiści – różowy.

My wszyscy Polacy złapani na ulicy w Warszawie, niby na roboty do niemiec – dostaliśmy winkle czerwone, jako przestępcy polityczny.

Przyznam się, że [dopisane odręcznie] ze wszystkich innych kolorów – odpowiadał mi najlepiej.

Przebranych w drelichy – pasiaki, bez czapek i skarpetek /skarpetki dostałem 8-go, czapkę – 15-go grudnia/ w spadających z nóg drewniakach, wyprowadzono nas na plac zwany apelowym i podzielono na połowę.

Jedni poszli na blok 10-ty, drudzy – my, poszliśmy na blok 17-ty, na piętro.

Tak samo na parterze, jak i na piętrze poszczególnych bloków, mieścił się zespół häftlingów [Häftling – więzień], o odrębnej gospodarce i obsadzie administracji, tworząc samodzielny „blok”. Dla odróżnienia – wszystkie bloki na piętrze miały do numeru literę „a” dodaną.

Oddano więc nas na blok 17a, w ręce blokowego „Aloiz”-a /krwawym Aloizem potym zwanego/.

Niemiec – komunista – z czerwonym winklem – zwyrodnialec, już siedzący w obozach około lat sześciu – bił, katował, znęcał się, mając codziennie kilka trupów z własnej ręki.

Lubujący się w porządku i dyscyplinie wojskowej, wyrównywał szeregi na placu, bijąc drągiem.

Ustawiony w 10 szeregów „blok” nasz, równany w ten sposób, przebiegającym między szeregami Aloizem z wielkim drągiem, mógł być w przyszłości wyrównania wzorem.

Teraz, rano przebiegał te szeregi po raz pierwszy.

Tworzył z nas – „zugang”-ów blok nowy.

Szukał wśród nieznajomych twarzy, ludzi nadających się do utrzymania porządku na bloku.

Los chciał, że wybrał mnie, Świętorzeckiego Karola /of. Rez. 13-go p. uł./, Różyckiego Witolda/nie Różycki o smutnej przeszłości [wykreślone] opinii [dopisane odręcznie], ten był porządny chłop, z ul. Ładysława z Warszawy/ i paru innych.

Szybko wprowadził nas na blok, na piętro, ustawić się kazał rzędem pod ścianą, zrobić w tył zwrot i nachylić się.

„Wlał” z całej siły każdemu z nas drągiem po pięć uderzeń, w miejsce na ten cel podobno przeznaczone.

Trzeba było zęby zacisnąć mocno, by się nie wydarł żaden jęk…

Egzamin wypadł – zdaje mi się dobrze.

„Żebyście wiedzieli jak to smakuje i żebyście w ten sposób kij stosowali, dbając o czystość i porządek na bloku.”

Od tego czasu stałem się „stubendienst”-em [Więzień odpowiedzialny za obowiązki porządkowe na bloku (sprzątanie, wydawanie jedzenia, listów)], lecz nie na długo.

Chociaż na bloku utrzymywaliśmy wzorowy porządek i czystość, Aloizowi nie odpowiadały metody, jakimi usiłowaliśmy to osiągnąć.

Uprzedzał nas parokrotnie sam i przez „Kazika” /zaufany Aloiza/, a gdy nic nie pomogło wściekł się i wyrzucił nas kilku na obóz, na trzy dni, mówiąc: „Żebyście spróbowali jak to smakuje praca na lagrze i ocenili lepiej dach i spokój, jaki macie na bloku”.

Widziałem, że codziennie wraca z pracy mniej ludzi – wiedziałem, że „kończono” ich przy tej lub innej robocie, lecz teraz dopiero, na własnej skórze miałem się przekonać, jak układał się dzień pracy dla zwykłego häftlinga „na lagrze”.

A pracować musieli wszyscy.

Na bloku mogli zostać tylko „stubendienst”-y.

Spaliśmy wszyscy pokotem na podłodze na rozesłanych siennikach. Łóżek w pierwszym okresie nie mieliśmy wcale.

Dzień dla wszystkich zaczynał się gongiem, latem o 4-ej minut 20 – w zimie o 5-ej min. 20.

Na dźwięk ten, który nieubłaganym jakimś odzywał się nakazem – zrywało się wszystko na nogi.

Szybko składało się koc, wyrównując dokładnie brzegi. Siennik należało zanieść w jeden koniec sali, gdzie go chwytali celem ułożenia w budowaną pryzmę – „siennikowi”. Koc przy wyjściu z sali oddawało się „kocowemu”. Ubierać się kończyło na korytarzu.

Wszystko w biegu, w pośpiechu – bo i Aloiz Krwawy z okrzykiem: „Fenster auf!” wpadał z kijem do sali, no i spieszyć trzeba było by zająć kolejkę w długim szeregu przed ubikacją.

W pierwszym okresie na blokach ubikacji nie mieliśmy. Wszystko biegło rano do kilku latryn, gdzie stały długie bardzo ogonki, czasami od stu do dwustu ludzi. Miejsc było mało. Wewnątrz stał capo z drągiem i liczył do pięciu, kto się spóźniał ze wstaniem, tego walił drągiem po głowie. Nie jeden häftling wpadał do dołu latryny.

Z latryn wszystko biegło pod pompy, których było parę na placu /”waschraum”ów [Waschraum – umywalnia] w pierwszym okresie na blokach nie było/.

Pod paru pompami tych kilka tysięcy ludzi miało się umyć.

Ma się rozumieć, było to niemożliwe.

Przebijano się siłą do pompy, łapano trochę wody w menażkę.

Nogi jednak na wieczór musiały być czyste. Blokowi robiąc obchód sal wieczorem, gdy „sztubowy” składał raport ze stanu /ilości/ leżących na siennikach häftlingów, jednocześnie sprawdzali czystość nóg, które musiały być wystawione z pod koców w górę, w ten sposób, by widoczna była podeszwa. Jeśli noga była niedostatecznie czysta, lub za takową blokowy chciał ją uważać – bito na stołku delikwenta. Otrzymywał od 10 do 20 razów kijem.

Był to jeden ze sposobów wykańczania nas, ubrany w piękny płaszczyk higieny.

Tak, jak wykańczaniem było niszczenie organizmu w latrynach przez czynności w tempie i na rozkaz wykonywane, jak szarpiący nerwy rwetes przy pompach, jak ten wieczny pośpiech i „laufschritt” [Laufschritt – dosł. krok biegowy, szybki krok], stosowany w pierwszym okresie lagru wszędzie.

Od pompy biegli wszyscy na blok po tak zwane kawę lub herbatę. Ciecz gorąca, w kotłach na sale przynoszonych, napoje te imitowała nieudolnie.

Cukru zwykły, szary häftling nie widział wcale.

Gdy zauważyłem, że niektórzy z kolegów tu siedzących od paru miesięcy – mają pobrzęknięte twarze i nogi, a pytani przeze mnie medycy oświadczyli, że powodem tego jest nadmiar płynów. Nawalają nerki lub serce. Ogromny wysiłek organizmu przy pracy fizycznej, przy jednoczesnym spożywaniu wszystkiego w płynach: kawa, herbata, „awo” [avo – zupa z mączki kostnej] i zupa – postanowiłem wyrzec się płynów, które mi nie przynosił korzyści, pozostając jedynie przy awo i zupach.

W ogóle należało panować nad zachciankami.

Niektórzy ze względu na zimno nie chcieli wyrzec się gorących płynów.

Gorzej jeszcze było z paleniem. Ponieważ w pierwszym okresie pobytu w obozie häftling nie miał pieniędzy, bo nie tak od razu pozwolono mu list napisać. Na to czekał długo. Potym zanim odpowiedź nadeszła i t.p. upływało około trzech miesięcy.

Kto nie mógł się opanować i sprzedawał chleb na papierosy, ten już „kopał sobie grób”.

Znałem takich wielu – wszyscy się wykończyli.

Grobów nie było. Spalano wszystkie trupy w  nowowybudowanym [pisownia oryginalna] krematorium.

Więc po lurę gorącą na bloku nie śpieszyłem, inni przepychali się dają i tu powód do bicia ich i kopania.

Jeśli häftling z obrzękniętymi nogami dorwał się potym do lepszej pracy i wyżywienia, wracał do sił, obrzęk mijał – lecz na nogach tworzyły się ropiejące wrzody, wydzielające ciecz cuchnącą, a czasami flegmona [flegmona (łac. phlegmone) – zapalenie ropne] – którą widziałem dopiero tu po raz pierwszy.

Unikając płynów uchroniłem się od tego szczęśliwie.

Jeszcze nie zdążyli wszyscy pobrać gorącej lury, jak „sztubowy” kijem opróżniał salę która przed apelem musiała być sprzątnięta.

W międzyczasie sienniki i koce były ułożone, podług mody która panowała na tym bloku, a bloki konkurowały między sobą w układaniu tej naszej „pościeli”.

Teraz jeszcze musiała być umyta podłoga.

Gong na apel poranny uderzał o godzinie 5-ej min. 45.

O godzinie 6-tej stali wszyscy w wyrównanych szeregach /każdy blok ustawiał się w 10 szeregów, co ułatwiało liczenie/.

Na apelu wszyscy być musieli.

Jeśli zdarzały się wypadki, że kogoś brakowało – nie dlatego, że uciekł, ale np. jakiś nowicjusz naiwnie się schował, lub ktoś inny wprost zaspał – i apel się nie zgadzał ze stanem liczebnym lagru – wtedy szukano, znajdowano, wyciągano na plac i prawie zawsze zabijano publicznie.

Czasami nieobecnym był häftling, który gdzieś się powiesił na strychu, lub właśnie w czasie apelu „szedł na druty” – wtedy rozlegały się strzały wartownika na wieżyczce i więzień padał przeszyty kulami.

„Na druty” szli więźniowie przeważnie rano – przed nowym dniem męki, – przed nocą będącą kilkugodzinną przerwą w udręczeniach – zdarzało się to rzadziej.

Był oficjalny rozkaz zabraniający przeszkadzania kolegom w odbieraniu sobie życia.

Złapany na takim „przeszkadzaniu” häftling szedł za karę do „bunkra”.

Wszystkie władze wewnątrz lagru rekrutowały się wyłącznie z więźniów. Początkowo niemców, potym zaczęły windować się na stanowiska te i inne narodowości.

„Blokowy” /czerwona opaska z napisem białym „Blockälteste” [Starszy bloku – w początkowym okresie funkcje te przydzielano kryminalistom sprowadzonym z niemiec], na prawym ramieniu/, wykańczał więźnia na blokach rygorem i kijem. Był odpowiedzialny za blok, lecz nie miał nic wspólnego z pracą häftlinga.

Natomiast „capo” pracą i kijem wykańczał więźnia w „Komando” /oddział pracy/ i był odpowiedzialny za pracę danego „komanda”.

Największą władzą w lagrze był t. zw. „Lagerältester” [Starszy lagru].

Z początku mieliśmy takich dwóch: „Bruno” i „Leo” – więźniowie.

Dwóch drani, przed którymi trzęśli się wszyscy ze strachu.

Mordujący na oczach wszystkich, jednym czasem uderzeniem kija lub pięści.

Prawdziwe nazwisko pierwszego: Bronisław Brodniewicz, drugiego – Leon Wieczorek [Leon Wieczorek (ur. 1904, zm. 1969) – działacz m.in. Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej], dwóch eks-polaków [pisownia oryginalna] na służbie niemieckiej…

Ubrani inaczej niż wszyscy, w długich butach, granatowych spodniach, kurtkach i takichże beretach. /Czarna opaska na lewym ram. z białym napis [pisownia oryginalna]/.

Stanowili ciemną parę, często chodząc razem.

Wszystkie te jednak władze wewnątrz obozu, rekrutując się z „ludzi za drutami” proch zamiatały przed każdym ss-mannem, na pytanie którego odpowiadali dopiero po zdjęciu czapki, stojąc na baczność.

Jakże bardzo niczym był sam szary häftling…

Władze z nad-ludzi w mundurach żołnierskich, ss-manni – mieszkali na zewnątrz drutów, w koszarach i miasteczku.

Wracam do porządku dnia w obozie.

Apel. Myśmy stali wyrównani kijem w tak jak ściana prostych szeregach /zresztą tęskniłem do dobrze wyrównanych szeregów polskich od czasu wojny 39 roku/. Magnetyzował nas makabryczny obraz przed nami.

Naprzeciw stały szeregi „bloku” Nr. 13 /stara numeracja/ – S.K. /Straf-Kompanie/ [Karny oddział pracy] które wyrównywał blokowy nazwiskiem Krankenmann – radykalny stosując środek – wprost nożem.

Do S.K. w tamtym okresie szli wszyscy żydzi, księża i niektórzy Polacy za sprawy dowiedzione.

Krankenmann miał obowiązek wykańczać możliwie prędko przydzielanych mu prawie codziennie häftlingów. Widocznie charakter tego człowieka szedł po linji [pisownia oryginalna] włożonych nań obowiązków.

Jeśli się ktoś nieopatrznie wysunął parę centymetrów nadmiernie wprzód, Krankenmann wbijał w brzuch ofiary w prawym rękawie noszony nóż.

Ten kto przez zbytnią ostrożność cofnął się trochę za wiele do tyłu, otrzymywał od przebiegającego szeregi kata – cios nożem w nerki.

Widok padającego człowieka kopiącego nogami piasek i wydającego jęki, wściekał Krankenmanna. Wskakiwał nogami na klatkę piersiową, kopał w nerki, w narządy płciowe, wykańczał jak najprędzej – zmuszał do milczenia…

Nas widok ten przenikał jakby prądem.

Wtedy – wśród stojących ramię przy ramieniu Polaków, czułem jedną myśl przeszywającą wszystkich, czułem, że wreszcie jesteśmy zjednoczeni wszyscy taką samą wściekłością – chęcią odwetu, czułem się w środowisku doskonale nadającym się do rozpoczęcia tu pracy, i wtedy odkryłem w sobie jakby namiastkę radości…

Za chwilę przeraziłem się, czy jestem przy zdrowych zmysłach – tu z jakiegokolwiek powodu czuć radość – niepodobna! Jest to chyba nienormalne…

Zajrzałem w siebie baczniej i teraz z całą pewnością poczułem radość – przedewszystkiem [pisownia oryginalna] z powodu, że chcę zacząć pracę, a więc się nie załamałem.

Był to moment zasadniczego zwrotu w mojej psychice.

W chorobie nazywało by się to: kryzys minął szczęśliwie.

Narazie[pisownia oryginalna] jednak trzeba było z wielkim wysiłkiem walczyć o utrzymanie się przy życiu.

Po apelu gong oznaczał: „Arbeitskommando formieren!”

Na to hasło wszyscy rzucali się do „komand” – oddziałów pracy, które im się wydawały lepsze.

Wtedy jeszcze był chaos z przydziałami, /nie tak jak potym, gdy każdy spokojnie szedł do komanda, gdzie był zapisany jego numer/, więźniowie biegli w najrozmaitszych kierunkach, krzyżując drogi sobie nawzajem, korzystali z tego „capo”-wie, „blokowi” i ss-manni podstawiając nogi, popychając, bijąc kijem biegnących lub przewracających się, kopiąc zawsze w miejsca najwięcej czułe.

Przez tych trzy dni, które miałem spędzić za karę wyrzucony na obóz przez „Aloiza” pracowałem przy taczkach, wożąc żwir.

Poprostu[pisownia oryginalna] nie wiedząc gdzie stanąć, a nie mając upatrzonego komanda stanąłem w piątkach setki, którą wzięto do tej pracy.

Pracowali tu przeważnie koledzy z Warszawy.

Starsze od nas „numery”, to znaczy ci co tu dłużej od nas siedzieli, – ci którzy uchronili się dotychczas – zajęli już jakieś „posady” wygodniejsze.

Nas – z Warszawy wykańczano masowo przy pracach najrozmaitszych, czasami przy przewożeniu żwiru z jednej jamy do zasypywanej drugiej, a potym z powrotem.

Ja znalazłem się wśród tych, co wozili żwir potrzebny przy wykańczaniu budowy krematorium.

Krematorium – budowaliśmy dla siebie.

Rusztowanie wokół komina wznosiło się coraz wyżej.

Z taczką napełnianą przez „forarbeiter”-ów [vorarbeiter – pomocnik capo], lizusów nieubłaganych dla nas, trzeba było szybko się posuwać, a po deskach ułożonych dalej pchać taczkę biegiem.

Co 15-20 kroków stał capo z kijem, którym waląc przesuwających się więźniów, krzyczał: „laufschritt!”.

Na górę taczkę pchało się wolno. Z pustą taczką – laufschritt obowiązywał przez całą długość trasy.

Tu konkurowały z sobą w walce o życie mięśnie, spryt i oczy.

Trzeba było mieć siły pchać taczkę, trzeba było ją umieć utrzymać na desce, trzeba było widzieć i wybrać odpowiedni moment „na wstrzymanie” w pracy – by złapać oddech w zmęczone piersi.

Tu właśnie widziałem jak wielu z naszych inteligentów nie daje sobie rady w warunkach ciężkich, bezwzględnych.

Tak, – wtedy przechodziliśmy twardą selekcję.

Sport, gimnastyka stosowane kiedyś – oddały mi tu wielkie przysługi.

Inteligent oglądający się bezradnie i szukający jakby względów lub pomocy u kogoś, tak jakby prawie żądał jej z powodu, że był adwokatem lub inżynierem, spotykał się tu z twardym kijem.

Tu jakiś mecenas z brzuszkiem lub ziemianin nieudolnie pcha taczkę i spadłą następnie z deski w piach nie może już spowrotem [pisownia oryginalna] wydźwignąć.

Tam profesor w okularach lub pan w starszym wieku, żałosny przedstawiał widok bezradności.

Wszyscy co się do pracy nie nadawali lub nie mieli już sił biegać z taczką, byli bici, a przy upadku z taczką – zabijani drągiem i butem.

W takich właśnie chwilach, zabijania kogoś z poprzedników, człowiek jak prawdziwe zwierzę, stał parę minut, łapał oddech w szybko-pracujące płuca, wyrównywał nieco tempo łopoczącego serca…

Omijanie poprzedników na szczęście nie było przewidziane w tym świecie porządku III-ej Rzeszy.

Gong na obiad radością witany przez wszystkich, zdaje mi się w obozie, – rozlegał się wtedy o godz. 11 min. 20.

Pomiędzy godz. 11 min. 30 a 12-tą odbywał się apel południowy – przeważnie dość szybko – od 12-ej do 13-ej był czas przewidziany na obiad.

Po obiedzie gong zwoływał znowu do „arbeitskommando” i następowała dalsza męczarnia aż do gongu na apel wieczorny.

Pracowałem tak „w taczkach” trzy dni.

Dnia trzeciego, po obiedzie wydawało mi się, że gongu nigdy się nie doczekam.

Byłem już bardzo zmęczony i rozumiałem, że gdy zabraknie do zabijania słabszych ode mnie, wtedy przyjdzie kolejka na mnie.

Krwawy Aloiz, któremu praca nasza na blokach, pod względem porządku i czystości odpowiadała, po trzech dniach pracy karnej na lagrze, łaskawie nas przyjął na blok z powrotem, mówiąc: „teraz już wiecie co to znaczy robota na lagrze – „…past auf! z pracą na bloku, żebym nie wyrzucił was na lager na zawsze.”

W stosunku do mnie groźbę swoją szybko wprowadził w życie.

Nie stosowałem do kolegów metod wymaganych przez niego, a zalecanych przez Kazika i wyleciałem z bloku z trzaskiem przy okazji, którą opisze niżej.

Teraz chcę napisać o początku montowanej tam pracy, którą w tym czasie zacząłem.

Zasadniczym zadaniem było:

Założenie tu organizacji wojskowej, w celach:

Podtrzymywania na duchu kolegów, przez dostarczanie i rozpowszechnianie wiadomości z zewnątrz,

Przez zorganizowanie w miarę możliwości dożywiania i rozdzielania bielizny wśród zorganizowanych.

Przekazywanie wiadomości na zewnątrz, oraz jako uwieńczenie wszystkiego:

Przygotowanie oddziałów własnych do opanowania obozu, gdy nadejdzie nakaz chwili w postaci rozkazu zrzucenia tu broni, lub siły żywej /desantu/.

Zacząłem pracę tak jak w 39 r. w Warszawie, a nawet z małymi wyjątkami z tymi ludźmi, których sam niegdyś do T.A.P.-u wciągałem w Warszawie.

Zorganizowałem tu pierwszą „piątkę”, w skład której zaprzysiągłem płk. 1. [Oryginalny klucz do „Raportu” zaginął. Współcześnie dostępne są jedynie opracowania naukowe ustalające tożsamość członków konspiracji na podstawie różnych źródeł historycznych – zob.: dr Adam Cyra, „Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz.”, wyd. RM], kpt. dr. 2., rtm. 3., ppor. 4., oraz kolegę 5., /klucz z nazwiskami odpowiadającymi tym liczbom piszę osobno/.

D-ca piątki został płk. 1., Dr. 2. dostał rozkaz opanowania sytuacji na „Krankenbau” [Szpital obozowy], gdzie już jako „pfleger” [pfleger – pielęgniarz] pracował /Polacy oficjalnie nie mieli prawa być lekarzami, mogli być tylko pielęgniarzami/.

W listopadzie posłałem pierwszy meldunek do K-dy Głównej w Warszawie, przez ppor. 6. /mieszkał do Powstania w Warszawie, przy ul. Raszyńskiej Nr. 58./, pracownika naszego wywiadu, wykupionego z Oświęcimia.

Płk.1. przeniósł działanie na teren „baubiura”.

W przyszłości zorganizowałem jeszcze cztery „piątki”. Każda z tych „piątek” nie wiedziała o istnieniu piątek innych, sądziła, że jest szczytem organizacji i rozwijała się w dół, tak szeroko, jak ją suma zdolności i energii poszczególnych jej członków na to pozwalały.

Robiłem to przez ostrożność, żeby ewentualna wpadka jednej piątki, nie pociągnęła za sobą piątki sąsiedniej.

W przyszłości piątki w szerokiej rozbudowie zaczęły się stykać, wzajemnie się wyczuwać.

Wtedy nieraz przychodzili do mnie koledzy z meldunkiem: „wiesz tu się kryje jeszcze jakaś organizacja”. Uspokajałem, że to nie powinno ich obchodzić.

Ale to czas przyszły. Na razie piątka była jedna.

Tymczasem na bloku dnia pewnego, rano po apelu, poszedłem zameldować Aloizowi, że na sali jest trzech chorych, którzy nie mogą iść do pracy /byli już prawie na wykończeniu/.

Krwawy Aloiz się wściekł. „Co, u mnie na bloku chory?!! ...nie ma chorych! …wszyscy muszą pracować! …i ty też! Dosyć tego!…” i wpadł za mną z kijem na salę. „Gdzie są ?!!...”

Dwóch leżało pod ścianą ciężko dysząc, trzeci stał na kolanach w rogu sali i modlił się.

„Was macht er?!” [Was macht er?! – Co on robi?!] – krzyknął do mnie. „Er betet” [Er betet – On się modli] – „Betet?!... Kto jego tego nauczył?!…” – „Das weiss ich nicht” [Das weiss ich nicht – Nie wiem] – odrzekłem.

Przyskoczył do modlącego się i zaczął nad głową mu wymyślać i krzyczeć, że jest idiota… że Boga żadnego nie ma… że on mu chleb daje a nie Bóg… i t.p. – ale go nie uderzył.

Potym podbiegł do dwóch leżących pod ścianą i zaczął ich kopać w nerki i t.p. krzycząc: „auf!!!...auf!!!...”, wreszcie tamci, widząc śmierć przed sobą, ostatnimi siłami się podnieśli.

Wtedy zaczął krzyczeć do mnie: „Widzisz! mówiłem, że nie są chorzy!... chodzą – mogą pracować! – Weg!!!.. [Weg – precz] marsz do pracy!... i ty z nimi też!..”

I tak wyrzucił wtedy mnie do pracy na obóz.

A tego co się modlił odprowadził sam do szpitala.

Dziwny był człowiek – ten komunista.

Na placu znalazłem się w niewyraźnej sytuacji.

Wszyscy już stali w komandach pracy czekając na wymarsz. Biec, żeby stanąć w piątkach jako spóźniony häftling – to znaczy poddać się biciu i kopaniu przez capów i ss-mannów.

Zobaczyłem, że na placu wokoło stał oddział tych, którzy byli poza objętymi pracą w komandach więźniami. W tym okresie część zbędna przy pracy /komand było mało. Lager dopiero się rozbudowywał/ – „robiła gimnastykę” na placu.

Na razie koło nich nie widać było capów ani ss-mannów zajętych ustawianiem kolumn „arbeitskomandów”.

Pobiegłem do nich i stanąłem na placu w kole „do gimnastyki”.

Kiedyś gimnastykę lubiłem, lecz od czasu Oświęcimia z sympatią do niej jest jakoś gorzej.

Od godziny 6-ej rano, nieraz przez kilka godzin staliśmy i marzliśmy okropnie.

Bez czapek i skarpetek, w cienkich drelichach, w tym podgórskim klimacie, jesienią 40-go roku, rano prawie zawsze w mgle, trzęśliśmy się z zimna.

Granatowiały nogi i ręce wystające często z przykrótkich nogawek i rękawów.

Nie ruszano nas.

Musieliśmy stać i marznąć.

Wykończanie uskuteczniał chłód.

A przechodzący capowie i blokowi /często Aloiz/ stawali, śmieli się i mówili ze znaczącym ruchem rąk, imitującym parowanie – ulatnianie się: „… und das Leben fliiieeegt… Ha! Ha!” [und das Leben fliiieeegt – i życie odlatuje]

Gdy się już mgły rozwiewały, błysnęło słońce i robiło się trochę cieplej, a do obiadu zostawało zdawałoby się już nie wiele czasu, wtedy zgraja capów rozpoczynała z nami „gimnastykę” – można by to było z równym powodzeniem nazwać – ciężkie ćwiczenia karne.

Na tego rodzaju gimnastykę czasu do obiadu było jeszcze za wiele.

„hüpfen! rollen! tanzen! kniebeugen!!”

Do wykończenia wystarczało – jednego „hüpfen!”.

Niemożliwością było zrobić „żabkę” dookoła wielkiego placu – już nie dlatego, że w drewniakach, bo się je brało wówczas w ręce; nie dlatego, że boso, po żwirze, zdzierało się skórę ze stopy do krwi, lecz dlatego, że żadne mięśnie na taki wyczyn nie wystarczały.

Tu znowu ratowała mnie zaprawa w sporcie z lat przeszłych.

Tu znowu kończono słabych inteligentów z brzuszkiem, dla których niemożliwością była żabka nawet na krótkiej przestrzeni.

Tu znowu kij spadał na głowy tych, co się co parę kroków przewracali. Znowu bicie i niemiłosierne kończenie ludzi.

I znowu jak zwierzę, człowiek korzystał z chwili wytchnienia – złapania tchu – w momencie, gdy zgraja z kijami obskakiwała jakąś nową ofiarę.

Po obiedzie – ciąg dalszy.

Do wieczora wyciągano wiele trupów i pół-trupów, którzy się następnie w szpitalu szybko kończyli.

Tuż obok koło nas na placu, „pracowały” dwa walce. Chodziło niby o równanie placu.

Pracowały na wykończenie ludzi, którzy je ciągnęli.

W jeden – mniejszy wprzągnięci [pisownia oryginalna] byli księża z dodaniem kilku innych więźniów – Polaków, do liczby około 20-25.

W drugi – większy wprzągniętych było około 50 żydów.

Na jednym i drugim dyszlu od walców stał Krankenmann i inny jakiś capo, którzy wagą ciała swego powiększali ciężar dyszla, wgniatając to w karki, ramiona więźniów, za ten dyszel walec ciągnących.

Od czasu do czasu capo, lub blokowy Krankenmann z filozoficznym spokojem opuszczał kij na czyjąś głowę, uderzał to lub inne juczne zwierzę – więźnia, z taką siłą, że nieraz kładł go trupem odrazu [pisownia oryginalna], lub omdlałego wtrącał pod walec, bijąc resztę więźniów [dopisane odręcznie] by się nie zatrzymywała.

Z tej fabryczki trupów w ciągu dnia wielu wyciągano za nogi i układano rzędem, do przeliczenia w czasie apelu.

Pod wieczór Krankenmann przechadzając się po placu z rękami w tył założonymi, przyglądał się tym b. więźniom leżącym już spokojnie [wykreślone], z uśmiechem zadowolenia, tym b. więźniom leżącym już spokojnie.

„Gimnastykę” zwaną „kołem śmierci” ćwiczyłem przez dwa dni.

Trzeciego dnia rano stojąc w kole zastanawiałem się nad tym jaki procent z pozostałych ćwiczących jest słabszy fizycznie i mniej wysportowany odemnie [pisownia oryginalna], obliczając jak długo jeszcze na siły własne mogę liczyć, gdy nagle położenie poje raptownie się zmieniło.

Komanda wymaszerowywały do pracy. Część wewnątrz drutów, a część ma-szerowała do pracy za bramą za ogrodzenie [Fragment dopisany do maszynopisu odręcznie, słabo czytelny].

W pobliżu bramy stał lagerführer [Lagerführer – dowódca lagru (oficer SS)] z grupą ss-mannów, przed pulpitem. Robił przegląd wychodzących komand, sprawdzał ilość zgodną z podaną w rejestrze.

Tuż obok stał „arbeitsdienst” – Otto /niemiec, który nigdy Polaka nie uderzył/. Z tytułu swego urzędu, on przydzielał do pracy poszczególnych więźniów. On był odpowiedzialny za obsadzenie poszczególnych komand pracownikami.

Stojąc na łuku koła najwięcej do bramy zbliżonym, spostrzegłem, że Otto pędzi biegiem wprost na nas.

Instynktownie podsunąłem się jeszcze bliżej.

„Arbeitsdienst” wpadł zakłopotany wprost na mnie: „vieleicht bist du ein Ofensetzer?!”. – „Ja wohl. Ich bin ein Ofensetzer” – odparłem bez namysłu. „Aber ein guter Meister?” – „GewieB [pisownia oryginalna], ein guter Meister” – „Also schnell!...” [vieleicht bist du ein Ofensetzer – czy jesteś może zdunem [stawiający i konserwujący piece].

Ja wohl. Ich bin ein Ofensetzer – Tak jest. Jestem zdunem.

Aber ein guter Meister – Ale dobrym majstrem?

Gewieß, ein guter Meister – Na pewno, dobrym majstrem.

Also schnell – Więc szybko.]

Kazał mi wziąść [pisownia oryginalna] jeszcze czterech z koła i galopem pędzić za nim, do bramy, pod blokiem 9-ym /stara numeracja/ dali nam wiadra, kielnie, młotek murarski, wapno i cała nasza piątka stanęła wyrównana przed pulpitem Lagerfürera, którym był wtedy Fritsch.

Dopiero spojrzałem po twarzach przygodnych towarzyszy moich.

Żadnego z nich nie znałem.

„Fünf Ofensetzer” [Fünf Ofensetzer – Piąciu zdunów] meldował głośno zadyszany Otto.

Dali dwóch żołnierzy „post”-ów [post – strażnik] i wymaszerowaliśmy za bramę, w kierunku miasteczka.

Okazało się, że Otto musiał przygotować paru majstrów do przestawienia pieców w mieszkaniu jakiegoś ss-manna, zapomniał o tym i w ostatniej chwili ratując sytuację, w czasie gdy przy bramie liczono poprzednie komando, zmontował zespół naszej piątki na placu.

Teraz właśnie „post”-owie nas prowadzili do mieszkania ss-manna.

W jednym z domków w miasteczku, właściciel mieszkania, jakiś ss-mann przemówił chociaż po niemiecku lecz ludzkim językiem, co mnie już dziwnym się wydawało.

Zapytał kto jest głównym majstrem i potym mnie wyjaśnił, że on likwiduje kuchnię. Tu przyjedzie jego żona, on chce przenieść płytkę kaflową tu, a tamten piecyk do tego pokoju. Uważa, że nas jest za wielu, ale chodzi mu o to przedewszystkiem, żeby robota była dobrze wykonana, więc możemy wszyscy tu pracować, że w razie jeśli paru nie będzie miało co robić, to niech sprząta na strychu. Że będzie przychodzić tu codziennie obejrzeć pracę. I poszedł.

Sprawdziłem czy ktokolwiek z kolegów nie zna się na piecach, gdy okazało się że nikt, odprawiłem wtedy całą czwórkę do noszenia wody, kopania gliny, rozrabiania i t.p. [pisownia skrótu oryginalna]

Dwóch żołnierzy pilnowało nas na zewnątrz domu.

Zostałem sam. Co robiłem z piecem? – mniejsza.

Człowiek w walce o życie może więcej, niż sam przedtym sądził.

Rozbierałem ostrożnie, by nie połamać kafli, przyglądałem się bacznie jak idą lufty, gdzie i jak są sklepione.

Potym zakładałem piec, następnie kuchenkę w miejscach mi wskazanych.

Budowałem wszystko przez dni cztery.

Gdy jednak dnia piątego należało pójść i w piecu na próbę zapalić, zawieruszyłem się w obozie tak szczęśliwie, że chociaż słyszałem jak szukano ofenstzera – majstra, mnie nie znaleziono.

Wśród ogrodników w komendanta ogrodzie nikt się nie domyślił szukać…

A numerów naszej piątki nikt nie zanotował, zresztą były to jeszcze czasy, kiedy nawet capowie w komandach nie zawsze numery notowali.

Nigdy też już się nie dowiedziałem czy paliły piece, czy też dymiły…

Wracam do momentu, gdy znalazłem się poraz [pisownia oryginalna] pierwszy w mieszkaniu ss-manna w miasteczku.

Mam pisać coprawda [pisownia oryginalna] o suchych faktach…

Widziałem już w Oświęcimiu straszliwe obrazy – nic mnie załamać nie potrafiło.

I teraz tu, gdy mi nie groził kij żaden i żadne kopnięcie, poczułem jak nagle serce podeszło gdzieś w gardło i stało się tak jakoś ciężko, jak ciężko jeszcze nie było…

Wiem… zaraz by mnie przypomniano, że fakty tylko mam podać – to też podaję tu to, co faktem bezwzględnie było. Jest to jednak z dziedziny mego wnętrza i może dlatego nie jest tak suche.

Zostałem sam przed „zadaniem z piecami”, lecz nie o piece chodziło… Jakto [pisownia oryginalna] – więc jest świat nadal i ludzie żyją jak żyli dotychczas? Tu domki, ogródki, kwiaty i dzieci. Radosne głosy. Zabawy.

A obok tuż – piekło, mordowanie, przekreślanie wszystkiego co ludzkie, co dobre…

Tam, tenże ss-mann jest katem, oprawcą – tutaj udaje człowieka.

Gdzież więc jest prawda? Tam – czy też – tutaj?

W domu zakłada swe gniazdo. Przyjedzie żona, a więc i uczucie chyba czasami w nim mieszka.

Dzwony w kościele, ludzie się modlą, kochają, rodzą – a tuż obok – mordują…

Powstawał we mnie bunt wtedy jakiś.

Była to chwila ciężkiego zmagania.

Potem przez dni cztery chodząc do pracy przy piecach i widząc naprzemian [pisownia oryginalna] – to piekło – to ziemię, tak jakbym był wciąż wpychany raz do gorąca to znowu do chłodu.

Tak! – Hartowano mnie wtedy!

Tymczasem „pierwsza piątka” zrobiła już „parę kroków” naprzód, zaprzysiężono [pisownia oryginalna] kilku nowych członków.

Jednym z nich był kpt. ”7”. Na imię miał Michał.

Kapitan Michał podchodził do pracy w ten sposób, że pomagał rano przy ustawianiu piątek do pracy. Przy „capach” wymyślał kolegom i zrzędził, szybko równając szeregi, oszczędził niejednemu więźniowi kija „capo”-wego, robiąc sam wiele ruchu i hałasu, a mrugając znacząco na współtowarzyszy, gdy „capo” stał do nich plecami.

„Capo”-wie zdecydowali, że nadaje się na „dwudziestkowego” i powierzyli mu cztery piątki – robiąc z niego „vorarbeitera”.

Ten właśnie Michał ratował mnie w dzień krytyczny, gdy musiałem gdzieś zniknąć z oczu „capo”-ów i wpakował mnie to dwudziestki zaprzyjaźnionego już „unter-capa” [unter – pod], w jednym z komand najpierw wychodzących przez bramę do pracy.

Trafiłem do oddziału pracującego w polu, tuż koło willi komendanta lagru.

Tymczasem w obozie szukano „offensetzera”, zanim Otto nie złapał innego więźnia i piątka wyszła do pieców jak zawsze.

Przez cały dzień padał deszcz i dął wiatr.

Pracując w polu, z którego robiliśmy w tempie przyspieszonym ogród dla komendanta – mokliśmy wszyscy, zdawałoby się do wnętrz własnych, również zdawało się nam, że wiatr przeszywa nasze ciała na wylot. Suchej nitki nie było. Wiatr obracał nami, gdyż długo jedną stroną do wiatru stać nie można było. Mroził nam krew w żyłach i tylko praca – szybkie ruchy łopatą wydobywały jeszcze z zapasów własnej energji [pisownia oryginalna], trochę tego ciepła. A energią trzeba było gospodarować oszczędnie, gdyż pokrycie jej było bardzo wątpliwe…

Drelichy kazano nam zrzucić. W koszulach, boso, w grzęznących w glinie drewniakach, bez czapek, z ociekającymi wodą głowami, twarzami, w chwilach gdy deszcz przestawał padać, parowaliśmy jak konie po biegu.

Rok 1940, szczególnie jesień, dał się we znaki więźniom Oświęcimia ciągłymi deszczami, szczególnie w czasie apelów. Apel z deszczem stał się chronicznym zjawiskiem. Nawet w dzień który można by było do pogodnych zaliczyć. Mokli na apelu wszyscy, ci którzy pracowali przez cały dzień w polu, jak i ci co pracowali pod dachem.

Do pracy pod dachem przedewszystkiem dostały się „stare numery” to znaczy ci, którzy przed nami dwa, lub najwyżej trzy miesiące przejechali.

Tych trzy miesiące to była ogromna różnica i w „posadach”, bo wszystkie pod dachem były poobsadzane i w przeżyciach.

W ogóle więzień, który przyjechał o miesiąc później, nie tym się różnił od kolegów, że o [dopisane odręcznie] 30 dni tu siedział dłużej [wykreślone] krócej, lecz tym, że nie zaznawał już takich sposobów udręczeń – jakie jeszcze przed miesiącem stosowano, a metody się stale zmieniały i zawsze było ich jednak dosyć u całej plejady dozorców, naganiaczy i innych ciemnych typów, którzy się chcieli w ten ohydny sposób przypodobać władzy.

Tak było i potym, w następnych latach. Lecz narazie [pisownia oryginalna] nikt o latach nie myślał. „Kazik” /na 17-a bloku/ nam kiedyś powiedział: najgorzej to przebyć pierwszy rok. Jedni uśmieli się serdecznie. Rok? Na gwiazdkę już będziemy w domu. Niemcy nie wytrzymają! Anglia! i t.p. /Sławek Szpakowski/ ….innych napełnił zgrozą. Rok?! Któż tu wytrzyma rok czasu? Gdy codziennie człowiek bawi się w ciuciubabkę ze śmiercią… może pani jeszcze nie dziś… może jutro! – i dzień czasami wydawał się rokiem.

I dziwne dzień wlókł się zmorą nieskończoną. Czasami, gdy sił brakowało do pracy, którą jednak wykonać trzeba było – godzina wiekiem się wydawała – tygodnie natomiast mijały szybko. Dziwne to było – a jednak tak było – zdawało się niekiedy, że coś jest albo z czasem, albo ze zmysłami już nie w porządku…

A że ze zmysłami nie było już tak jak u ludzi, to pewne… jak u ludzi hen, tam daleko, na ziemi…

Umieraliśmy jako tacy, jakimi chodziliśmy niegdyś po ziemi – stawaliśmy się innymi.

Nie raz można było słyszeć wykrzyknik kolegi, reasumującego swoje życie w słowach: jakiż ja byłem głupi!

…Oto gdy po przejściach ciężkich już zżyliśmy się ze sobą, a przeżycia nieznanego dotąd nasilenia węzły przyjaźni zacieśniły mocniej niż na ziemi…

…gdy się miało swą „paczkę” w której nawzajem się wspomagano, ryzykując nieraz własnym życiem dla ratowania kolegi… i wtedy naraz… na oczach twoich – bracie, zabijano ci przyjaciela, mordując go w najpotworniejszy sposób… co wtedy?!...

Zdawało by się jedno tylko… rzucić się na oprawcę i zginąć razem… Tak też parę razy czyniono, lecz zawsze przynosiło to jeszcze jedną śmierć więcej…

Nie – to nie jest wyjście! W ten sposób zginęlibyśmy zbyt szybko…

Więc widziało się śmierć powolną przyjaciela i niejako konało się z nim razem… patrząc, zdawało się, że człowiek razem z nim żyć przestawał… a jednak… żył potym… więc odżywał, odradzał się… przeradzał…

I jeśli tak się kona – powiedzmy tylko razy dziewięćdziesiąt – to trudno – staje się czymś innym niż na ziemi [wykreślone] było na ziemi…

A ginęły nas tam tysiące… dziesiątki tysięcy… a potem już – setki tysięcy…

Śmieszna więc wydawała się ziemia i ludzie na niej, zajęci jakże błahymi już w naszych oczach, sprawami.

W ten sposób przekuwaliśmy się wewnętrznie.

Nie wszyscy tak reagowali.

Lager był probierzem, gdzie się deklarowały charaktery.

Jedni – staczali się w bagno moralne.

Inni – rzeźbili w charakterach własnych, jak w kryształach.

Rżnięto nas ostrym narzędziem. Ciosy ostrz boleśnie wrzynały się – w ciała, w duszach jednak znajdując pole do przeorania…

To przeradzanie się, kolejno przechodzili wszyscy.

Jak pługiem rznięta ziemia, częścią już przeoraną odkłada się na prawo w skibę urodzajną – na lewo zostawała jeszcze ziemia, która w skibę dopiero w następnym cięciu przejść miała.

Czasami tylko pług wyskakiwał na jakimś kamieniu wewnętrznym i zostawał kawał roli nieprzerobiony – jałowy – nieużytkujący skrawek, co całość roli psuł dysonansem…

Opadły z nas wszystkie tytuły…

Dystynkcje, dyplomy zostały hen, tam daleko na ziemi…

Oczami patrząc jak gdyby już z zaświatów, na sylwetki ubrane w te naleciałości na ziemi, widziało się całą naszą paczkę w przeszłości: jednego – z takim, drugiego – z innym tytułem, nie mogło się patrzeć inaczej, jak z uśmiechem tak pobłażliwym, jak się patrzy na dzieci…

Byliśmy już wszyscy z sobą „na Ty”.

Przez „pan” zwracano się tylko do „zugang”-ów – bo oni tego jeszcze nie rozumieli.

Między nami był to z reguły zwrot obrażający.

Pułkownik R. do którego zwróciłem się przez zapomnienie: „Panie Pułkowniku” – żachnął się na mnie ze słowami: może być już przestał…

Jakże inaczej to wygląda na ziemi.

Jakiś Munio, czy Funio, będzie się chwalił wśród kolegów grona, zaszczytem, że z jakimś o dwa stopnie starszym, mówią sobie „ty”.

Tu – samo wszystko opadło bez śladu.

Staliśmy się tylko nagą wartością.

Tyle człowiek mógł i znaczył, ile był tego wart…

W ogrodzie komendanta pracowałem dwa dni.

Niwelowaliśmy, wytyczaliśmy gazony, dróżki. Z głęboko wyciętych dróżek wywoziliśmy ziemię. Wypełnialiśmy wgłębienia grubo sypaną tłuczoną cegłą. Rozbieraliśmy w pobliżu kilka domków. W ogóle wszystkie domy koło „lagru”, a szczególnie w pasie pomiędzy „kleine postenkette” /mały łańcuch wart/, a „große postenkette” /wielki łańcuch wart/, pierścień o promieniu paru kilometrów – musiały być rozebrane.

Ze specjalnym zacięciem i jakąś wściekłością rzucali się niemieccy dozorcy na te budowle, postawione tu przez ludność polską.

Bogate wille i skromne lecz schludne domki, na postawienie których jakiś robociarz polski pracował może całe życie, znikały z powierzchni, rozbierane rękami więźniów – Polaków, pędzonych drągami, bitych i lżonych różnymi: „verflüchte”-ami.

Do bicia i kopania jak w ogrodzie, tak i przy rozbiórce domków była przez cały czas pracy nieprzerwana okazja.

Po zdarciu dachów, rozebraniu ścian takiego domku, najtrudniejsza praca była przy rozbieraniu fundamentów, które zniknąć musiały bez śladu. Doły zasypywano i gospodarz, jeśli wróci, będzie musiał długo ustalać miejsce, gdzie niegdyś było jego gniazdo rodzinne.

Wykopywaliśmy bowiem również nawet niektóre drzewa. Z całego obejścia nie zostawało nic.

Podczas gdy niszczono jedno z takich domostw, spostrzegłem zawieszony na krzaku obraz Matki Boskiej, który wydawało mi się, że z jakimś spokojem samotnie tu się ulokował i pozostał cały wśród tego chaosu i pola zniszczenia.

Nasi – nie chcieli go zniszczyć.

W pojęciu „capo”-w wystawiony tu na deszcz, śnieg i mróz – właśnie najwięcej narażony będzie na poniewierkę.

To też później znacznie, w ośnieżonym krzaku można było widzieć szronem pokryty obrazek, połyskujący złoceniami, ukazujący przez niezapotniały środek szybki tylko twarz i oczy, które dla pędzonych tędy zimą do pracy wśród dzikich krzyków i kopań [pisownia oryginalna] – naszych więźniów, był miłym zjawiskiem, wywołując przelot na skrzydłach ich myśli do domów rodzinnych, dla jednych – do żony, dla drugich – do matki.

Moczeni w czasie pracy, moczeni na apelach, na noc składaliśmy mokre drelichy pod głowę zamiast poduszek.

Rano wkładało się mokre ubranie i szło się bosą nogą w spadających drewniakach, bez czapek, znowu na deszcz lub na przenikliwy wiatr.

Był już listopad. [Łapanka podczas której Witold Pilecki dostał się do obozu miała miejsce 19 września 1940 r.]

Czasami prószył śnieg..

Koledzy się wykańczali. Szli do szpitala i więcej już nie wracali.

Dziwne – nie należałem do herkulesów, a jednak nawet kataru nie miałem.

Po paru dniach pracy w ogrodzie, Michał umieścił mnie w swojej dwudziestce, którą sobie mógł dobrać.

To też dobierał z kolegów – przeważnie już zaprzysiężonych lub też takich, na których można było liczyć, że się u nas w organizacji znajdą – ludzi wartościowych, których należało ratować.

Dwudziestka nasza należała do setki, która między innymi kilkunastu setkami szła na „Industriehof II”.

Tam szaleli „capo”-wie: „August Czarny”, „Sigrod”, „Bonitz”, „August Biały” i inni.

Było paru kilkunastoletnich „szczeniaków” – volksdeutschów [Osoby pochodzenia niemieckiego, uprzywilejowane wobec Polaków] na usługach niemieckich, którzy specjalną mieli radość w biciu więźniów po twarzy, biciu kijem i t.p.

Jeden z nich przeliczył się nieco i po paru dniach znaleziono go wiszącego w jednym z baraków „musiał się sam powiesić”, „nikt mu nie przeszkadzał” – taki był rozkaz wyraźny w lagrze.

Michał jako „vorarbeiter” ze swoją dwudziestką dostał do rozbiórki jeden z domków w polu.

Tam zaprowadził nas wszystkich razem i tam „pracowaliśmy usilnie”, przez parę tygodni.

Siedzieliśmy wśród złomów fundamentów domu i wypoczywaliśmy po pracy, od czasu do czasu kilofem uderzając by słychać było tu odgłos jakiejś pracy.

Od czasu do czasu paru kolegów wynosiło na noszach gruz, w który zmieniały się ściany i fundamenty burzonego domku.

Materiał w postaci gruzu używany był do budowy drogi odległej od nas o kilkaset metrów.

Do domku tego, położonego daleko od pracy reszty setek, nikt z władzy naszej nie raczył zaglądnąć.

„Capo”-wie mieli tak wiele pracy przy kończeniu kilkunastu setek „wściekłych psów polskich”, że nie pamiętali o nas, lub nie chcieli przez błotniste pole do nas się pofatygować.

Michał stał na straży i pilnie obserwował. Gdy jakiś ss-mann lub „capo” był widoczny gdzieś w bliższej odległości, wtedy sunęła para kolegów z noszami, kilofy uderzały raźniej w cement fundamentów, sklepienia piwnic. Pracy st [dopisane odręcznie] ałem obok Sławka Szpakowskiego. Rozmowa nasza toczyła się przeważnie na tematy kulinarne. Obaj byliśmy optymistami. Doszliśmy do wniosku, że gusty co do potraw mamy prawie identyczne. Sławek więc układał menu, jakim kiedyś przyjmie mnie u siebie, w Warszawie, po powrocie z lagru.

Od czasu do czasu, gdy nam chłód dokuczył i deszcz zalewał za kołnierz – braliśmy się do pracy więcej na serio, odłupując wielkie bryły betonu.

W pasiakach, z kilofami i młotami, przedstawialiśmy obrazek do którego tylko można było dośpiewać zwrotkę: „w minach kując kruszec młotem…” i Sławek obiecywał sobie, po wyjściu z tego piekła, namalować mój portret w pasiakach z kilofem.

Tylko optymizm chyba nas podtrzymywał, bo reszta – rzeczywistość była bardzo czarna.

Głód skręcał nam już kiszki.

Ach! gdyby tamten chleb teraz można było mieć, cośmy złożyli na placu do taczek, w dzień przyjazdu do obozu.

Jak wtedy jeszcze nie umieliśmy chleba cenić.

W pobliżu miejsca naszej pracy, za drutami, umieszczonymi tu na granicy „wielkiego łańcucha wart” pasła się krowa, dwie kozy, które z apetytem zajadały liście kapuściane, rosnące po tamtej stronie drutów.

Po naszej stronie nie było już liści kapuścianych. Wszystkie były zjedzone. Nie przez krowy, lecz przez stwory do ludzi jeszcze niby podobne – przez „häftlingów” – przez nas.

Zjadano buraki pastewne w surowym stanie.

Zazdrościliśmy krowom – im buraki nic nie szkodziły. U nas ogromny procent chorował na żołądki. Wśród „häftlingów” panował i coraz większe ogarniał masy więźniów panoszący się w tamtym okresie w obozie – „Durchfall”. [Durchfall – biegunka]

„Durchfall” to po polsku nazwać chyba można – biegunka, dyzenteria.

Na żołądek jakoś nie chorowałem.

Rzecz prozaiczna – zdrowy żołądek, lecz jakże ważna była w obozie.

Kto zachorował – musiał mieć wiele siły woli, by powstrzymać się od jedzenia, na krótki chociażby okres, lecz zupełnie.

O diecie specjalnej – mowy nie było. Mogła być stosowana w szpitalu, jednak tam początkowo dostać się było trudno i rzadko się z powrotem wracało – wychodząc przeważnie dymem przez komin krematorium.

Siła woli – stanowiąca tak wiele, w tym wypadku czasami nie wystarczała.

Nawet wtedy, gdy więzień się opanował i obiad oddawał, a chleb suszył, zostawiając na dzień następny, lub spalał na węgiel i zjadał dla powstrzymania biegunki, to jednak tak był osłabiony ciągłym rozstrojem żołądka, że w pracy komanda, pod okiem kata z kijem, z braku sił do pracy „podpadał”, jako „ein faule Hund” [ein faule Hund – leniwy pies] i był biciem kończony.

Wracając do lagru na apel południowy i wieczorny, dwa razy dziennie, musieliśmy wszyscy nieść cegły.

Początkowo dwa dni nosiliśmy po 7 cegieł każdy, potym przez kilka dni – 6, a następnie już ustaliła się norma po 5 cegieł.

W obozie, w chwili gdy przyjechaliśmy, ogrodzonych drutem było sześć bloków piętrowych i czternaście parterowych. Budowano na placu apelowym osiem bloków nowych, piętrowych i wszystkie parterowe nadbudową piętra podnoszono do piętrowych.

Materiał cały: cegły, żelazo, wapno nosiliśmy ręcznie do obozu z odległości paru kilometrów.

Zanim budowy zostały zakończone, skończyło swe życie przy tej pracy wiele tysięcy häftlingów.

Praca w dwudziestce Michała wiele sił zaoszczędziła kolegom.

Poczciwy Michał stojąc na straży naszego bezpieczeństwa – na zewnątrz domku – zaziębił się, dostał zapalenia płuc i zginął w szpitalu. Zmarł w grudniu.

Kiedy odszedł od nas na „krankenbau” był jeszcze koniec listopada – wzięto nas „do galopu”, tak jak wszystkie inne dwudziestki i setki.

Zaczęła się znowu mordownia na całego.

Wyładowywaliśmy wagony towarowe, wtaczane na bocznice kolejowe.

Żelazo, szkło, cegły, rury żelazne, dreny.

Przywożono wszelki materiał potrzebny do rozbudowy obozu. Wagony musiały być rozładowane szybko. Więc znowu wszystko pod kijem zwijało się, niosło, potykało się, pod ciężarem upadało, przygniecione czasami ciężarem belki dwutonowej lub szyny.

Ci nawet co nie upadali, kończyli zapas sił własnych, nagromadzony widocznie kiedyś w przeszłości.

Dla nich samych było to już coraz większą z dnia na dzień niespodzianką, że jeszcze żyją, jeszcze chodzą, wtedy gdy dawno przekroczyliśmy zdawało się granice tego, co najsilniejszy człowiek znieść może.

Tak, tutaj rodziła się z jednej strony jakaś ogromna pogarda dla tych, których ze względu na ciało fizyczne musiało się pomimo woli do ludzi zaliczyć, a przez nich bodaj do całego człowieczeństwa, lecz również rodziło się uznanie dla dziwnej natury ludzkiej, tak jednak silnej przez silny duch – zdawałoby się coś z nieśmiertelności w sobie mającej.

Przeczyły temu co prawda dziesiątki trupów, które wlekliśmy we czterech jednego, idąc na apel do lagru.

Zimne nogi i ręce, za które trzymaliśmy ciała – stanowiły kości obciągnięte siną skórą.

Z sino-szaro-fioletowych twarzy, ze śladami pobicia, patrzyły nieraz – obojętne już oczy.

Niektóre ciała, jeszcze nieostygłe, bełtały rozwalonymi jakąś łopatą głowami, w takt marszu kolumny, która „krok trzymać” musiała.

Jedzenie możliwe dla wegetowania w bezczynności – przy pracy – było daleko niewystarczające dla zapełnienia luk w zapasach własnej energii zużytej na pracę mięśni. Tymbardziej [pisownia oryginalna] jeśli z tejże energii trzeba było jeszcze ogrzewać ciało, zziębnięte w pracy pod gołym niebem.

Na „Industriehof’ie II”, po stracie Michała kombinowaliśmy ze Sławkiem lawirując dość sprytnie pomiędzy kijami, tak by zawsze pracować w możliwszej partii.

Raz przy wyładowywaniu wagonów, to znowu w komando „Strassenbau” [Strassenbau – budowa dróg] u „Augusta Białego”.

Gdy w tym komando pracując, wypadło nam drogę robić koło magazynów, uderzył nasze powonienie silny zapach wędliny.

Głodem wyostrzony zmysł powonienia był wtedy zadziwiająco czuły.

W wyobraźni naszej przesunęły się żywo rzędy wiszących szynek, boczek wędzony, polędwica.

Lecz cóż? – To nie dla nas!

Zapasy są na pewno dla „nadludzi”.

Zresztą – żartowaliśmy sobie – powonienie świadczy, że nie jesteśmy już nawet ludźmi. Do magazynów mieliśmy ze 40 metrów. Węch zwierza był to już raczej, niż – człowieka…

Jedno nas ratowało zawsze – humoru nie traciliśmy nigdy.

A jednak warunki te wszystkie razem, zaczęły wykańczać na dobre.

Niosąc cegły do lagru, szczególnie wieczorem, szedłem pozornie tylko – zupełnie pewnym krokiem.

Naprawdę – czasami traciłem świadomość i szedłem kilka kroków zupełnie mechanicznie… tak jakby we śnie… „byłem daleko” od otoczenia… przed oczami latały płatki zielone… Nie wiele brakowało do tego, bym się potknął…

Gdy myśl moja znowu zaczynała działać i rejestrować stan mój wewnętrzny, budziłem się… myśl przeszywała mózg nakazem: za nic! nie możesz się poddać!

I szedłem już dalej… pchany tylko wolą…

Powoli mijał stan zapamiętania… wchodziłem przez bramę do obozu… Tak, teraz rozumiałem. Napis na bramie brzmiał: „Arbeit macht frei”!

O, tak