Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Niewykluczone, że wadą raju jest wielka nuda. Najbardziej interesujące jest zapewne piekło”.
W opowiadaniach ze zbioru „Raju nie będzie” Tomasz Jastrun podejmuje kwestie ostateczne, ale przede wszystkim odsłania raje i piekła codzienności, między którymi granica bywa zaskakująco cienka. Zagląda do rodzinnych kuchni i salonów, sypialni małżonków i kochanków, sklepów i szpitali. Spojrzeniem bezlitośnie ostrym, a zarazem pełnym poetyckiej wrażliwości, przygląda się zakochaniom, rozstaniom, młodości, chorobom, przemijaniu. Z właściwą sobie przekorą i ironią mierzy się z ludzkimi pragnieniami, słabościami, grzechami skrywanymi przed światem.
Każde z tych opowiadań staje się zaproszeniem do rozmowy o sprawach, które dotyczą wszystkich, choć rzadko znajdujemy dla nich odpowiednie słowa. To historie pełne dojrzałych spostrzeżeń i myśli, które zostają z czytelnikiem na dłużej. Proza Jastruna nie obiecuje raju, ale pomaga lepiej zrozumieć ziemskie rozkosze i rozpacze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 189
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68987-06-5
Śnieg nagle przestał padać. Zasypał nawet dachy samochodów, wyglądały jak białe pagórki, mozolnie odkopywane ulice zmieniły się w białe wąwozy, szli nimi okutani ludzie. Jak Sybiracy. Zamknięto szkoły, zakłady pracy, nie kursowały pociągi, autobusy i tramwaje, nie jeździły samochody. Samolot, który leciał nisko nad miastem, zdawał się soplem lodu. W Polsce Ludowej państwo było odpowiedzialne za wszystko, bo wszystko miało być pod kontrolą. Nic dziwnego, że katastrofy były dla dyktatury nie do przyjęcia. Katastrofa to oczywisty akt antypaństwowy. Wymyka się spod kontroli. Dlatego państwo utrzymuje w tajemnicy katastrofy, jeśli tylko to możliwe. Wielkiego śniegu i mrozu nie dało się ukryć. A zasypane śniegiem państwo jakby przestało istnieć. Bardzo kłopotliwa sytuacja. Niemożliwa sytuacja. Propaganda coś tam pieprzyła o heroizmie walki z zimą stulecia, o bohaterstwie służb i całego narodu. Ton był wojskowy: trudna sytuacja na froncie, ale utrzymujemy pozycje. Takie pojękiwania przegranych.
A ja miałem w ten trudny czas dostarczyć do tajnego magazynu kilka ciężkich pak książek wydanych w podziemiu, nieznane mi wcześniej mieszkanie w wysokim bloku z wielkiej płyty na brzydkich i ponurych Stegnach. Byłem wtedy kolporterem nielegalnych druków. Jak dostarczyć te paki, skoro mój mały Fiat został zasypany śniegiem, zresztą ulicami chodzili ludzie, nie jeździły samochody. Wiozłem więc te paki na sankach. I po raz pierwszy konspirując, czułem się bezpieczny, zupełnie bezpieczny. Radosne poczucie, że Polska Ludowa rozsypała się, nie ma już partii, tajnej policji, cenzury, propaganda przycichła, nastał czas apokalipsy. Ludzie, chociaż okutani i zziębnięci, cieszyli się, że państwo przegrało, i przesyłali sobie znaki triumfu. Śnieg i mróz ich załatwił, oni są bezradni, już od dawna mówiono na nich „oni”. Niech śnieg jeszcze pada, niech pada i zasypie brud codzienny, zaniedbanie, nawet gdyby wszystko miał szlag trafić, niech dalej pada. Zrobiło się też o wiele ładniej. A szpetoty było w tym kraju co niemiara, wszystko jakby pokrywał szary kurz niedostatku, a teraz wszędzie czyste, białe futro. Szedłem więc przez spacyfikowane przez zimę miasto, a te cholerne paki co chwila spadały mi z sanek, zbyt wiele paczek na mnie jednego. Na sankach jechał i z nich spadał Rok 1984 Orwella. Oficjalny druk tej książki był zakazany. Za dużo w niej aluzji do naszej dyktatury. Słowo było w okowach cenzury, dlatego to nasze mnożenie słów poza cenzurą miało taką wagę i budziło wielki niepokój partii.
Dom znalazłem nie bez trudu. Sanek nie mogłem zostawić w holu, ukradną. Była na szczęście winda. Wsadzałem do niej na raty paczki, a w końcu sanki i siebie. Winda pachniała papierosami, jej brudne ściany pełne były śladów po torturach, przypalano je nie wiadomo czemu papierosami. Ciemno, na suficie oczywiście nie było żarówki, w sklepach brakowało wszystkiego, żarówek też, dlatego te w miejscach publicznych były kradzione. Już nawet nie wkręcano nowych, bo po co.
Otworzył mi drzwi mały chłopiec, mógł mieć może z pięć lat, stał w tych drzwiach i nie wyglądał na przestraszonego.
— Są rodzice? — zapytałem zmieszany.
— Nie ma — odparł, jakby to było normalne, że jest sam.
— To przepraszam — mówię. I aż mnie ściska w żołądku na myśl, że będę musiał drałować na powrót z tymi paczkami, które będą znowu spadać z sanek.
— Nie ma za co — odparł mały.
— Przecież mieli być… kiedy wrócą? — pytam z żalem, jakbym nie rozmawiał z niewinnym dzieckiem, a z dorosłym.
— Nie wiem kiedy, ale kiedyś mama wróci — odparł rezolutnie mały.
Chciałem już cofać się do windy z tym cholernym Orwellem, zacząłem go nie lubić.
— Pan może z ziemniakami? — Dzieciak mnie zatrzymał.
Osłupiałem, takie miało być hasło, więc jednak dobrze trafiłem.
— Niby tak, z ziemniakami… — bąknąłem niepewnie.
— To pan je zostawi.
— Rodzice zostawili cię samego, takiego małego?
— Nie jestem wcale taki mały, a jak pan nie wjedzie z tymi ziemniakami do domu i będzie stał tak na korytarzu, to może być wpadka. Nad nami mieszka ubek.
O cholera, myślę, co za historia. Dzieciak o wszystkim wie. Wsuwam paczki do mieszkania. Pokój skromny, by nie powiedzieć ubogi, widać, że właścicielom się nie przelewa. Pachnie starymi ubraniami i kapustą.
— Gdzie je postawić?
— Tak jak są, jest dobrze.
Drapię się w głowę.
— Może potrafisz zadzwonić do rodziców, że przyjechały ziemniaki, i spytasz, kiedy wrócą.
— Nie mamy telefonu. I może dobrze, telefony są na podsłuchu.
— Często tak jesteś sam?
— Często.
Biedne dziecko, pomyślałem. Co za rodzice, zostawiają małego i wkręcają go w konspirację. Wie nawet o podsłuchach i o podejrzanym sąsiedzie. Stoję i znowu drapię się w głowę.
— Co ja mogę dla ciebie zrobić?
— Opowie mi pan bajkę, a potem pójdziemy na sanki. Przecież je pan przyniósł.
— Możesz tak wychodzić z domu z obcym?
— Pan jest z naszej konspiracji, to mogę, byle nie przemoczyć ubrania, mama tego nie lubi, boi się, że się przeziębię. I byle nie zgubić klucza. Noszę go na szyi.
— Wydaje mi się, że nie powinienem tego robić, nie znamy się, musisz chyba czekać na powrót rodziców.
— Mam tylko mamę, ojciec pił i mama wyrzuciła go z domu. Teraz mama jest w pracy. A przedszkole zamarzło.
Poczułem, że sytuacja staje się dramatyczna i że nie wiem, co robić. Bajki nie opowiem, nie umiem opowiadać bajek tak na poczekaniu. Zostawić małego samego z bibułą głupio, zostać i czekać na jego matkę też głupio. Nawet jej nie znam i nic o niej nie wiem. Kobieta samotna, z małym dzieckiem, chyba nie powinna konspirować. Ale to kolejny dowód, że jest nas zbuntowanych coraz więcej, nawet samotne matki są w konspiracji. Wyjść z małym na sanki? To jakbym porywał dziecko. Co za idiotyczna sytuacja. I na dodatek jest zima stulecia. Cała ta nasza podziemna robota ma chyba jednak sens. Skoro zima załatwiła na chwilę Polskę Ludową, to znak, że system się kruszy. Już w lecie coś wisiało w powietrzu, jakby zapowiedź niezapowiedzianych zdarzeń na wielką skalę. I wszyscy zaczęliśmy czekać na przyjście wielkiej zmiany. I przyszła zima stulecia. Nagle poprawił mi się humor. Wtedy łatwiej podejmuje się trudne decyzje.
— Idziemy na sanki — postanowiłem. — Zostawimy na stole kartkę, na której napiszemy, że jesteśmy na sankach przed domem.
Chłopiec nie potrafił pisać, skreśliłem kilka zdań. Przez chwilę dumałem, jak się podpisać. Napisałem „dostawca ziemniaków” i imię. Nie czekaliśmy długo na windę. Chłopiec zawiesił na szyi klucz do mieszkania, wisiał na czerwonej tasiemce.
Oślepiła nas biel śniegu. Mały wsiadł na sanki. W pobliżu dozorca biedził się, by odkopać choćby fragment chodnika, burczał pod nosem:
— A to kurestwo, jeszcze takiej zimy im się zachciało, oni sobie z niczym nie radzą.
Wąska ścieżka wydeptana przez ludzi tworzyła mały kanion i prowadziła przez białą pustynię nie wiadomo dokąd. Ale już wiedziałem, że to wygramy. Nie będzie łatwo, nie będzie prędko, ale wygramy.
Strzygł się od lat u pana Stefana. Fryzjer nie był młody, był nawet dosyć stary i jakby skulony w sobie z powodu wieku, poruszał się powoli jak żółw i tak strzygł, mozolnie. Przy okazji gadał, gadał, wywlekał z siebie słowa nieśpiesznie, robił sprośne aluzje, nawet wobec rzeczy zdawało się zupełnie pozbawionych erotyzmu, i z ironią komentował wydarzenia polityczne. W gruncie rzeczy był przekonany, że wszyscy politycy to szuje i dranie, ale ci z prawicy to swojskie szuje i swojskie dranie, więc stał gorąco za nimi. Wiedział jednak, że strzyżony klient jest po drugiej stronie barykady w tej piekielnej polskiej wojnie domowej, a nie zwykł z powodu polityki tracić klientów, więc się miarkował w sądach. Telewizor był tak ustawiony, żeby pan Stefan podczas pracy mógł zerkać na ekran, choćby jednym okiem. Teraz, by nie drażnić klienta, szybko przełączył Republikę na jakiś program o zwierzętach. Te zwierzęta też irytowały strzyżonego, ale nic nie mówił. Siedział zamknięty w ramach lustra i starał się na nie nie patrzeć. Ów starszy facet w lustrze zdawał mu się niepodobny do niego. Niby on, a nie on. O wiele starszy, dziwnie pomięty i zmarnowany, jakby skotłowany przez życie. Nie ma bardziej bezlitosnych luster niż te u fryzjera. Zaleta luster przechodnich jest taka, że zanim rozczarujemy się swoją podobizną, już nas w lustrze nie ma. A u fryzjera twarz człowieka jest uwięziona na dłużej i pewnie dlatego zmienia się bezlitośnie w gębę. Można oczywiście zamykać oczy, ale prawda kusi bardziej niż kłamstwo. Lustro u fryzjera ujawni niezawodnie depresję, jeśli ona dręczy strzyżonego, smętek w oczach, wyostrzenie i zgrubienie rysów. Dzisiaj nie miał depresji, która nawiedzała go czasami. Miał za to już swoje lata, a te lata wypominało mu lustro. Włosy, zupełnie siwe, spadały na podłogę jak biały puch. Na czubku głowy widniała mała łysinka, taki różowy placek. Coś takiego. Brwi już siwe, krzewiły się bujnie, też będą podcięte. Podcinanie brwi lubił najbardziej.
Zapłacił za usługę więcej niż miesiąc temu, jęknął, że wszystko drożeje w oczach, był oszczędny, by nie powiedzieć skąpy. Nie dał napiwku. Odchodząc, rzucił okiem w lustro, ach, za krótko, a prosił: nie za bardzo — mów jednak fryzjerowi, zawsze ostrzyże krócej, niż się prosi. I czegoś jakby mu brakowało w jego głowie, ale nie wiedział czego.
Wracał do domu pognębiony sobą i sytuacją, w jakiej znalazł się w swoim życiu. Żona mu potłuściała, a lubił chude, sam też dorobił się brzucha. I oboje z żoną zaczęli się psuć, bo już nie byli nowi i wszystko mieli dosyć stare, a z każdym rokiem starsze.
W domu żona krzątała się przy zlewie.
— Byłeś u Stefana? — zapytała, nie odwracając oczu znad mytych garnków.
— Byłem.
— Pokaż no się…
Wytarła ręce w kuchenny ręcznik i zlustrowała go wzrokiem.
— Jezus Maria!!! — wykrzyknęła, jakby się paliło.
— Co się stało?
— A gdzie ty masz uszy?!
— Jakie uszy?
— Nie masz uszu.
— A co ty za banialuki opowiadasz?
Poszedł śpiesznie do lustra wiszącego w przedpokoju i oniemiał. Nie miał uszu. Jak mógł coś takiego przegapić? Teraz przypomniał sobie, że gdy rzucił okiem w lustro, wychodząc od fryzjera, czegoś mu brakowało, nie wiedział tylko czego.
— A mówiłam, nie łaź ty do tego Stefana, on już nieprzytomny, wiedziałam, że dojdzie do jakiegoś nieszczęścia. Co ty teraz poczniesz bez uszu?! To sprawa kryminalna! — lamentowała żona.
Nie do końca wierzył żonie i lustru, przecież to niemożliwe, żeby stracił uszy, więc począł macać się rękami. Uszu nie było.
— Biegiem do tego partacza, może tam jeszcze one są, i pędem do szpitala, może ci tam przyszyją. Teraz wszystko można przyszyć. Co mi po mężu bez uszu! — Żona krzyczała tak dramatycznie, jakby to był koniec świata, jakby sam nie był dostatecznie przejęty zdarzeniem. Od niej nigdy żadnej pomocy jak bieda, tylko histeryzuje.
Wracał do Stefana tak szybko, jak potrafił, biegać już nie bardzo potrafił, więc trochę szedł, a trochę truchtał w miarę możliwości.
— Taka historia, taka historia! — wołał do siebie, aż ludzie się za nim oglądali. A jemu się zdawało, że oglądają się z powodu braku uszu.
Jak ja będę wyglądał bez tych uszu, nie znał nikogo, kto by nie miał uszu. Trzech znajomych miało sztuczny odbyt, tego jednak nie było widać, a brak uszu jest jak na talerzu. Znajdą się, przyszyją mi, pocieszał się, po czym znowu ogarniały go najgorsze obawy. I nawet przyszła do głowy myśl, że Stefan obciął mu te uszy specjalnie, z powodów politycznych. Samemu zdarzało mu się marzyć, by komuś po tamtej stronie barykady na złość obciąć uszy.
Dodreptał do zakładu pełen najgorszych myśli, nie był jednak gotowy na to, co tam zastał. Na drzwiach widniała żółta plakietka z napisem „Zamknięte” i ręczny dopisek „z powodu nagłej śmierci właściciela”.
— Coś takiego, a kiedy on zdążył umrzeć? Co za łajdactwo, przecież dopiero co obciął mi uszy i miał się dobrze, coś takiego, takie buty, i co w tej sytuacji z moimi uszami? — wymamrotał.
I wtedy jego wzrok padł na małą karteczkę, jakby z boku, jakby zostawioną mimochodem. „Uszy klienta są zostawione w pobliskim mięsnym”. Aż podskoczył. To ci historia, Stefan umierał, a pomyślał o moich uszach, jednak to porządny człowiek, musiał je obciąć przez pomyłkę.
Zadyszany zmierzał do mięsnego, dzwoniąc przy okazji do żony, by ją poinformować w kilku słowach o wszystkim, nie było łatwe wszystko zawrzeć jedynie w kilku słowach.
W sklepie niemożliwa kolejka. Nie zważał na nią, sprawa nie cierpiała zwłoki.
— Przyszedłem w sprawie zostawionych tu uszu! — zawołał do trzech ekspedientek, które uwijały się wśród ciał zamordowanych zwierząt.
— Uszy świńskie do koloru do wyboru — odpowiedziała jedna, krojąc szynkę.
— Ale ja w sprawie swoich uszu, obciętych przez nieuwagę, jedna para, ktoś od Stefana zostawił w sklepie. Chce traf, że to moje uszy.
— Ludzkich uszu nie sprzedajemy — mówiła ekspedientka, dalej ważąc szynkę. — Dokroić pani?
— A może być mniej — zgodziła się chętnie klientka.
— O nie, nie… to była jedna para ludzkich uszu, to moja para, dla mnie ważna sprawa, straciłem uszy, wielka bieda, błagam o zrozumienie i pomoc. — Próbował przemówić do sumienia kobiety.
Ekspedientka, okazało się, że ma sumienie, zawołała kierownika. Przybył z zaplecza z tasakiem i w białym fartuchu ubrudzonym krwią.
— Ja w sprawie moich uszu, pan Stefan, panie świeć nad jego duszą, obciął mi je przez nieuwagę z okazji strzyżenia włosów i ktoś dla mnie miał je zostawić w sklepie.
— Były tu jakieś ludzkie uszy w kopercie, ale ktoś już je odebrał…
— Co takiego?! To przecie moje uszy, co ja bez nich zrobię?!
— Koperta bez nazwiska, to daliśmy… jak było nie dać…
— Katastrofa!
— Rozumiem, że bieda, ja przecie widzę, że pan stracił uszy, proponuję, by w szpitalu przyszyli świńskie, trochę większe, ale też kształtne… Mogę panu z mety sprzedać parkę…
— Ten pan nie stał w kolejce, a głowę zawraca, proszę iść na koniec kolejki — żołądkowała się przysadzista jejmość.
I pomyśleć, że takie osoby były kiedyś dziewczynkami, może nawet ładnymi i miłymi, co też się z ludźmi robi.
Kierownik okazał się dobrym człowiekiem, nawet rzeźnik potrafi takim być. Zwrócił się do kolejki:
— Ten pan w pilnej sprawie, stracił uszy, sprzedam mu poza kolejką świńskie na przeszczep… — Kolejka nieco się wybrzuszyła, ale milczała, jakby nastało zrozumienie sytuacji.
Rzeźnik długo wybierał uszy, konsultował się, ale on nie wybrzydzał, mało było czasu, byle nie za duże i broń Boże włochate…
Wyszedł ze sklepu pospiesznie ze świńskimi uszami i skierował się w stronę szpitala. Nagle zatrzymał się, zawahał, po czym zadzwonił do żony.
— Hela, halo, moje uszy przepadły, ktoś zabrał… po co, do kurwy nędzy, były komuś moje uszy… Kupiłem świńskie, zupełnie świeże, trochę przyduże, co myślisz? Może przyszyją… Co myślisz…?
— Myślę, żeś dureń, jak ty będziesz wyglądał ze świńskimi? Ja już wolę z dwojga złego ciebie bez uszu, wracaj natychmiast do domu, znowu jakieś głupstwo zrobisz.
Powlókł się do domu zupełnie zrezygnowany, co za dzień, jaki fatalny dzień.
Do tej pory zawsze umierał ktoś inny. Najpierw umarł wróbel, miał wtedy cztery lata i bardzo przeżył tę śmierć. Potem umarła babcia, potem wujek, potem znikali jacyś inni dalsi lub bliżsi krewni i znajomi. Wczoraj umarła jego żona. Wszystkie śmierci były trudne do uwierzenia, ale ta zupełnie nie mieści się w głowie. Byli przecież ze sobą czterdzieści lat i razem się zestarzeli, przeżyli wiele wspaniałych urlopów, te urlopy najlepiej pamiętał z ich wspólnego życia, szkoda, że całe życie nie może być jednym urlopem, mieli dwójkę dzieci, raz rozwodzili się, raz ją spoliczkował, raz uprawiali seks w pozycji 69. I ona powiedziała, nigdy więcej. Zdradził ją trzy razy, ona go raz, w każdym razie o tym jednym razie wiedział.
Żona umarła znienacka. Udar. A wydało mu się, że kobiety nie mają udarów, do tej pory wśród znajomych tylko mężczyźni mieli udary. Śmierć, nawet spodziewana, zawsze nas zaskakuje, niespodziewana zaskakuje podwójnie. Człowiek podwójnie zaskoczony jest ściśnięty jak w imadle. Na szczęście musiał się ruszyć, by załatwić tę śmierć, więc dokumenty, smutny urząd, trzeba znaleźć miejsce na cmentarzu, byli pewni, że będą żyć wiecznie, więc nie zaklepali sobie miejsca, no i trzeba zlecić pogrzeb. Bez tych konieczności pewnie by zastygł jak kamień. Ale kiedy wieczorem wrócił wykończony do domu, poczuł, że znowu jest w ucisku rozpaczy. Jak teraz żyć? W domu wszystkie przedmioty opuszczone przez nią zdawały się w rozpaczy, chciały coś powiedzieć, poruszyć się, ale nie mogły. Najbardziej żywe były jej kapcie, gotowe do chodzenia, stały równo przy łóżku i czekały. Nie był w stanie znieść ich oczekiwania i wystawił je na balkon. Pościel w łóżku była przesycona jej zapachem, to też nie do zniesienia, więc położył się spać w salonie na kanapie, używając świeżej pościeli. Ale jej higieniczny zapach, żona odebrała ją dopiero co z magla, kojarzył mu się z prosektorium. Nie mógł zasnąć w tej pościeli, w głowie kłębiły mu się myśli jak czarne chmury. Jeśli jakimś cudem zaśnie, to jutro o świcie obudzi się z jej nieobecnością.
Nagle posłyszał szmer deszczu, najpierw niepewny, potem bardziej stanowczy. Kapcie! Zerwał się na równe nogi i pobiegł na balkon. Na szczęście nie zdążyły zmoknąć. Ustawił je, jak stały przy łóżku, a krople na nich, podarunek od deszczu, były jak łzy.
Musiała na chwilę wyjść po pietruszkę, a robiła obiad, więc poprosiła, by za dziesięć minut wyłączył gaz i odcedził wodę z garnka z ryżem, garnek przykrył pokrywką. Jemu oczywiście wszystko się pokręciło. Gaz zamknął, ale ryż został w gorącej wodzie, nic dziwnego, że był potem rozgotowany. Dzieci nie chciały jeść rozgotowanego ryżu. A dla niej dobrze zjedzony obiad to świętość. Jak dzieci nie zjedzą solidnego obiadu, to mogą się rozchorować, a nawet umrzeć. Po tym, co zrobił, przecież nie po raz pierwszy, postanowiła się z nim rozwieść. Wszystko mu się mieszało, był niechlujny, nie miał ochoty na seks, robił śmierdzące kupy, nikomu w rodzinie to się nie zdarzało, a on zawsze.
Przez cały następny dzień chodziła z myślą o rozwodzie, a nawet z tą myślą siedziała na sedesie, potem na krześle w pracy, potem myślała o rozwodzie w metrze. I oczywiście już w domu, jadąc windą. Zdarzało się jej o tym już myśleć wcześniej, gdzieś od roku, ale teraz była zdecydowana. Koniec. Amen. I kropka.
Dzieci wróciły ze szkoły i siedziały z nosami w ekranach. Pies żądał, by go wyprowadzić na spacer. Wysłała syna z psem, przynajmniej nie będzie przez chwilę grał na komputerze.
A jego nadal nie było. Zauważyła, że nie wyłączył laptopa, nie musiała wpisywać hasła, by go uruchomić. Tknięta jakimś przeczuciem weszła na jego Messengera i od razu zobaczyła coś, co wprawiło ją w osłupienie. Erotyczna, niemal miłosna korespondencja z kobietą. Była nawet niebrzydka, przesyłała mu czasami swoje fotografie. Ileż tam było czułych słówek. Zakręciło jej się w głowie. On taki fajtłapa i niechluj ma romans, i to gorący. Ona też miewała romanse, ale jej zdrady zdawały się niegroźne i naturalne, jego były wynaturzeniem, czymś haniebnym i obrzydliwym. Nigdy nie oceniamy swoich i cudzych grzechów jednakowo, nawet gdy są identyczne.
Trzęsącymi rękami wkładała naczynia do zmywarki i mówiła do siebie:
— Ja mu jeszcze pokażę, ja mu jeszcze pokażę, nie pozbiera się!
O rozwodzie już nie myślała, bo jak się rozwodzić w takiej sytuacji, nie ma mowy.
Ojciec zawsze rozpaczał przy goleniu. Patrzył na swoją twarz w lustrze i złorzeczył na czas, który tak bezczelnie zmienił mu oblicze. I przypominały mu się wszystkie niegodziwości, jakich zaznał od świata, a też niegodziwości, które on światu wyrządził. Golił się maszynką z żyletką Polsilver, czasami udawało mu się zdobyć francuskie żyletki Gillette, wielki luksus w Polsce Ludowej. Tymi żyletkami się zachwycał. A na polskie psioczył, bo często się nimi zacinał, były tępe i starczały tylko na chwilę. Rozpaczał z powodu tych krwawych zacięć. Ratował się ałunem, który jawił mi się jako magiczny kamień. Golenie to wielkie pranie duszy, jakie fundował sobie ojciec. Wychodził z łazienki pachnący jakąś okropną wodą kolońską, ale w lepszym nastroju, jakby duchowo oczyszczony, jak po spowiedzi i po przyjęciu komunii świętej. Potem zasiadał do czytania gazety. Zaczynał od sportu, kończył na nekrologach. Niczego innego nie czytał w gazecie, bo uważał, że to tylko złowieszcza propaganda. Ojciec był zaciekłym antykomunistą. Nekrologi za to studiował z wielką pasją i często je komentował.
— Temu to było już czas zejść ze świata, a ten tak młodo umarł, wypadek samochodowy, biedni jego rodzice.
Czasami trafiał na znajomego, wtedy wpadał w wielkie metafizyczne podniecenie, krążył po mieszkaniu, wzdychał, mamrotał coś o wszechświecie i kosmicznej pustce. I że wszystko to marność nad marnościami. Ojciec nie wierzył w Boga, wierzył za to w nicość. I mawiał, że bardzo sobie ceni nicość, bo jest higieniczna i doskonała.
Ojciec już od dawna nie żyje, od tak dawna, jakby umarł razem z dinozaurami. Teraz ja, goląc się, patrzę ze zgrozą na swoją gębę. A golę się nożykiem do golenia nowej generacji i myślę, jak ojcu by się podobało takie urządzenie, o ileż lepsze i bezpieczniejsze od tych nieszczęsnych żyletek. A goląc się, przypominam sobie różne niegodziwości świata wobec mnie, a też moje grzechy wobec świata i czasami krzyczę głośno ze wstydu.
— Znowu się czegoś wstydzisz? — Słyszę przez drzwi głos mojej starej żony.
Wychodzę z łazienki, już spokojniejszy, już prawie pogodzony ze światem. I siadam w fotelu, by czytać gazetę. Zaczynam od nekrologów.
Już tylko sen i stan przedsenny dawały mu przyjemność, wszystko inne sprawiało przykrość. Najprzyjemniej kłaść się do łóżka, zdarza się, że w ciągu dnia składa delikatnie głowę na chłodnej poduszce, by z wolna pogrążać się w puchu drzemki. Potem płyną sny, nie opowiesz ich na jawie, sen ma odmienną logikę niż rzeczywistość, marnieje i rozpływa się wyjęty na brzeg jawy. Ale jego sny prawie zawsze są przyjemne. Najgorsze za to są te przebudzenia, zdaje mu się, że życie wali się na głowę, jak dom w czasie trzęsienia ziemi.
Wlecze się do łazienki, w lustrze uwięziona gęba, tak, od jakiegoś czasu już nie ma twarzy, tylko gębę. Myje zęby, w kiepskim stanie, ale nie stać go na dentystę. Śniadanie zawsze takie samo, tost z wkładką żółtego sera. Już dawno mu się znudził ten tost, ale nie ma siły niczego zmieniać. Pije herbatę z torebki, też taką jak zawsze, więc tanią Sagę. Dzień Świstaka. Kiedyś, pijąc kawę, oglądał telewizję, już nie ogląda, wszystko widział, co było do zobaczenia. Wahał się, co robić, najlepiej nic nie robić, ale wyciągnął z biurka zdjęcie, na nim jego żona, odeszła pięć lat temu, nie umarła bynajmniej, stara baba, a odeszła do jakiegoś brodatego samca, satyra z siwą brodą. Nawet niebrzydka kiedyś była, chociaż trudno powiedzieć, że ładna, naprawdę ładna to by go nie chciała.
Chociaż już ubrany, zastanawiał się, czy nie wrócić do łóżka. Wahał się i wahał, i nie mógł podjąć decyzji. Wstał, za oknem zima i nawet całkiem niezły mróz, co by tu robić, usiadł w fotelu. Wtedy zadzwonił telefon i wybawił go z kłopotu. Telefon dzwonił niezmiernie rzadko, tak rzadko, że ogromnie się zdziwił, niemal się przestraszył.
— Halo — powiedział ostrożnie, jakby wychylał się zza węgła, nie wiedząc, co zastanie.
Ale tam nic, żadnego słowa. Tylko jakby oddech, a może nawet sapanie.
