Antek i przyjaciele - Tomasz Jastrun - ebook
Opis

Cześć. To znowu ja, Antoś! Jestem trochę starszy niż ostatnio, więc możecie mówić mi

Antek. Pamiętacie te zwariowane przygody, o których ostatnio Wam opowiadałem? Gwarantuję, że teraz będzie jeszcze większy ubaw! Zdradzę Wam sekret… Niedługo spełni się moje wielkie marzenie. Już nie mogę się doczekać, aż dowiecie się jakie. W środku jest też wiele innych niespodzianek, chcecie wiedzieć jakich? Przeczytajcie i dowiedzcie się sami!

Szykujcie się na odlotową lekturę!

Tomasz Jastrun to nie tylko autor książek dla dzieci ale też poeta, krytyk literacki i eseista. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jego książka Antoś i jeszcze ktoś, wydana w 2013 roku, odniosła sukces i zyskała zainteresowanie wielu młodych odkrywców literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 76

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

To już druga książka o moich koleżankach i kolegach, o szkole i o rodzicach. Pierwsza miała tytuł Antoś i jeszcze ktoś. Teraz jestem trochę starszy, ale tylko trochę. Przestaję być jednak Antosiem i staję się Antkiem.

W naszej klasie niewiele się zmieniło, tak jak i w moim domu. Mama jak zawsze wszystkim za bardzo się przejmuje, a tata czasami czyta gazetę przy śniadaniu czy przy kolacji, co mamę okropnie denerwuje. Coś jednak się u nas zmieni i spełni się moje wielkie marzenie, ale na razie to tajemnica i wszystko wyjaśni się w książce. No bo w sumie, czy to nie wspaniałe, że nie wiemy, co będzie w przyszłości? Jedno tylko jest pewne – że będą niespodzianki. I być może zdarzą się rzeczy, o których myśleliśmy, że są niemożliwe…

Listy gończe

Graliśmy w nogę, chłopaki z naszej klasy A z kolegami z klasy B. W sumie to nie tylko z kolegami. Bo w drużynie naszych przeciwników grała Kasia, ta z warkoczykiem, który podskakuje jej na plecach, gdy ona biegnie. Tata mówi, że kiedyś było nie do pomyślenia, żeby dziewczyny grały w nogę. W naszej drużynie był też Maks, który ma bardzo bogatych rodziców, Cezary, jego tata jest policjantem, Karol, któremu często leci krew z nosa, chudy Wiktor – akrobata, był i Mateusz, ten, co hoduje węża, mój nabliższy sąsiad Stefek, ja i gruby Maciek, nasz bramkarz. On raczej mało się rusza i nie jest zbyt skoczny, za to w bramce zajmuje dużo miejsca i jak się odpowiednio ustawi, to dobrze broni. Sergiusz, naukowiec, nie grał w piłkę z powodu okularów i braku sportowego talentu. Dlatego był sędzią.

Nasi przeciwnicy twierdzili, że Sergiusz sędziuje na naszą korzyść. Doszło z tego powodu do kilku kłótni. A on cały czas ostrzegał, że zaraz da komuś czerwoną kartkę i wyrzuci z boiska. I naprawdę miał w kieszeni żółte i czerwone kartki. Jak komuś pokazywał żółtą, to były kłótnie, że niezasłużona.

Remis cztery cztery utrzymywał się dosyć długo. I nagle Kasia strzeliła nam bramkę! Oni wygrywali! Byliśmy załamani, w końcu nie jest fajnie, jak chłopaki przegrywają z dziewczyną. Piłka to jednak męski sport. Najbardziej wstrząśnięty był Wiktor, nasz najlepszy zawodnik. Koniecznie chciał strzelić wyrównującą bramkę.

Sędzia palcami pokazał, że zostały już tylko trzy minuty do końca meczu, i włożył gwizdek do ust. Gwizdek też miał jak prawdziwy sędzia, zawieszony na niebieskiej tasiemce na szyi. Podałem piłkę Wiktorowi, a on prowadził ją przez chwilę w kierunku bramki przeciwnika, okiwał dwóch chłopaków i kopnął ze wszystkich sił, aż się przestraszyłem, że noga mu odpadnie. Noga nie odpadła, ale piłka, niestety, minęła bramkę i poszybowała jak głupia w stronę pobliskiego czteropiętrowego domu. Doleciała do mieszkania na pierwszym piętrze i zniknęła, jakby mieszkanie ją połknęło.

No to po piłce. Jej szczęście, to znaczy nasze szczęście, że wcelowała w otwarte drzwi balkonowe i nie wybiła szyby. Nie było jednak pewne, czy nie narozrabiała w środku. Mogła stłuc cenny wazon albo wpaść do akwarium z rybkami. Ludzie trzymają przecież w domach różne rzeczy.

Piłka była własnością Wiktora, no i Wiktor zaczął rozpaczać. Wszyscy zamarli i gapili się w to okno jak sroka w gnat. Nie wiem, czemu sroka ma się gapić w gnat, ale tak się mówi, jak bardzo się na coś patrzy. U nas w ogródku są często sroki i na nic się nie gapią.

Pierwszy zwiał Maks. Tłumaczył się potem, że z powodu jego sytuacji rodzinnej nie może być wplątany w coś takiego. Jak zawsze czekał na niego samochód z ochroniarzem. Jego tata jest tak bogaty, że Maks musi być pilnowany, bo grozi mu porwanie dla okupu. Chodzi do szkoły publicznej, bo w prywatnej już do końca zszedłby na psy. Potem odjechał na rowerze Cezary, ten, co to ma ojca policjanta. On też z powodów rodzinnych nie chciał być w to wszystko wmieszany.

I tak zaraz wszyscy powsiadali na rowery i odjechali. Ludzie to są jednak egoiści. Został tylko Wiktor. No i ja. Dla Wiktora ta piłka była niezwykle cenna, takimi piłkami grali na ostatnich mistrzostwach świata w nodze. Po prostu musiał ją odzyskać. A ja nie mogłem przecież opuścić Wiktora w biedzie. Miałem wobec niego dług wdzięczności, bo kiedyś rzucił na ziemię chłopaka ze starszej klasy, który mnie zaczepiał.

Byłem pewien, że zaraz na balkon wyskoczy jakaś gruba baba z wałkiem albo łysy facet z kijem baseballowym. Ale nic takiego się nie stało, w mieszkaniu chyba nikogo nie było.

Obliczyliśmy, jaki powinien być numer mieszkania, i zadzwoniliśmy domofonem. Ale nikt się nie odezwał. Może i dobrze. Byłem w strachu, co ten głos by nam powiedział, jakby się jednak odezwał.

– Nie ma rady – westchnął Wiktor.

Powiedział, że wdrapie się na balkon, wlezie do tego mieszkania i uratuje piłkę. Trenuje na ścianach wspinaczkowych i nie ma drzewa, na które by nie wlazł. To chyba nie był najlepszy pomysł, ale jemu tak bardzo zależało na tej piłce…

– Staniesz na straży – powiedział. – Jak ktoś będzie łaził w pobliżu, to krzyknisz „Hop, hop”, dwa razy. To będzie ostrzeżenie.

Rozejrzeliśmy się, w pobliżu spacerował jakiś pan z psem. Pies zrobił kupę, pan zebrał ją do torebki i odeszli. Droga była wolna. Wiktor zaczął wspinać się po rynnie, zręcznie jak małpa. Złapał się jedną ręką balustrady balkonu, zawisł na niej, rozkołysał się i wskoczył na balkon, a ja pomyślałem, że mógłby występować w cyrku. Po chwili zniknął w mieszkaniu.

No i w samą porę, bo do drzwi na klatkę schodową zbliżyła się jakaś gruba, mała pani. W jednej ręce trzymała siatkę z zakupami, w drugiej bagietkę zapakowaną w papier. I z tego papieru wystawał apetyczny nos tej bagietki. Poczułem, że jestem głodny. Z trudem wystukała kod, bo miała zajęte ręce. Widziałem potem, jak wchodzi po schodach, bo klatka schodowa była przeszklona. Po czym… co za pech… zaczęła dobierać się kluczem do drzwi mieszkania, gdzie wpadła piłka. I gdzie teraz był Wiktor. No pech.

– Hop, hop! – krzyknąłem. Dwa razy. I nic.

Wiktor potem mówił, że właśnie wtedy był pod łóżkiem, gdzie się potoczyła piłka, i nie słyszał tego mojego „Hop, hop”. Ani jednego. Kiedy wygramolił się z piłką spod łóżka, gruba, mała pani była już w mieszkaniu. Usłyszałem krzyk, jeszcze głośniejszy niż mojej mamy, kiedy zobaczyła mysz. I w tym krzyku dosłyszałem tylko słowa:

– Bandyta! Złodziej! Łapać złodzieja!

Na balkonie pojawił się w pędzie Wiktor, rzucił mi piłkę. Za nim wbiegła na balkon gruba, mała pani. I tak go okładała bagietką, że aż ta się złamała w dwóch miejscach na jego głowie. No i po bagietce. Wiktor nie miał szansy ewakuować się z balkonu, więc czmychnął na czworakach między nogami pani, która cały czas próbowała go złapać. Ale nie dała rady.

Potem przez przeszkloną klatkę widziałem, jak biegnie po schodach. Pani stała na balkonie i darła się:

– Łapać złodzieja!

Na innych balkonach i w oknach pojawili się ludzie. Jakiś pan krzyczał:

– Ja wam pokażę, łobuzy!

Nie miał niczego do pokazania, ale i tak krzyczał. A my wskoczyliśmy na rowery, Wiktor z piłką pod pachą, i zwiewaliśmy, aż się za nami kurzyło.

To wszystko działo się pół kilometra od mojego domu. Po drodze wpadliśmy do Cezarego, żeby obgadać sytuację. Jego ojciec jest oficerem policji, więc Cezary zna się na takich sprawach. I uważał, że nie jest dobrze. Na pewno przesłuchają tę panią, jej sąsiadów, no i tego pana, co nas widział i wołał, że nam pokaże.

– Zrobią wasze portrety pamięciowe – mówił Cezary. – Porozwieszają je po całej okolicy, może nawet pokażą w telewizji. Ale w telewizji to by pokazali tylko wtedy, gdyby ta pani umarła ze strachu.

Wiktor twierdził, że ona nie wyglądała na taką, co to ma zaraz umarzeć, że była bardzo żywotna i prawie go złapała.

– Chyba że był tam monitoring – ciągnął z poważną miną Cezary. – Wtedy po was. Wiktora zamkną za napad, a ciebie skażą za współudział.

Poczułem, jak zimny dreszcz idzie mi po plecach. Dobrze wiedziałem, że dzieci nie wsadza się do więzienia, ale do domu poprawczego to jak najbardziej.

Sprawdziłem potem w internecie, co to jest ten portret pamięciowy. To wizerunek twarzy człowieka sporządzony według opowieści świadków, którzy go widzieli. Może mieć formę rysunku odręcznego, składanej formy graficznej, fotograficznej lub też grafiki uzyskanej przy pomocy komputera.

Przez tydzień żyłem w strachu, że wyślą za nami list gończy i przy szkole pojawią się naklejone na słupach nasze portrety pamięciowe. I że wszyscy nas od razu rozpoznają. Na szczęście nic takiego się nie stało. W Faktach w telewizji też nie powiedzieli o tym ani słowa. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu.

Gdzie jest samochód?

Pojechaliśmy do centrum handlowego. Wszystko tam jest, nawet kino, sklep, gdzie można kupić rybki, świnkę morską albo chomika. Skoro nie mogę mieć psa czy kota, to rodzice mogliby mi kupić przynajmniej chomika. On biega w kołowrotku jak wariat. Super to wygląda. Tata jest przeciwnikiem chomika. Mówi, że taki chomik nie żyje długo, nawet całkiem krótko żyje, a potem zdycha i trzeba go zakopać w ziemi, co jest bardzo smutne. Tata ma dosyć pogrzebów różnych ludzi, których znał.

W galerii handlowej panował straszliwy tłok i na kilkupoziomowym parkingu nie można było znaleźć miejsca. Tata się wściekł. Rzadko się wścieka, ale jak już się wścieknie, to strasznie. No i tata właśnie tak strasznie się wściekł i chciał już wracać do domu.

– Skórka banana! – krzyczał.

Od jakiegoś czasu jest w naszym domu umowa, że zamiast tradycyjnych przekleństw na „k” mówi się „skórka banana”. To brzmi jak straszne przekleństwo, a wcale nim nie jest. Wszystko dlatego, że tata kiedyś fiknął kozła, bo pośliznął się na skórce banana, i wykrzyknął wtedy bardzo brzydkie słowo na „k”. A jak wstał i zobaczył skórkę, to zawołał: „O, skórka banana!”. I tak już zostało w naszej rodzinie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki