Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Pustynna włócznia. Księga 2 ebook

Peter V. Brett

4.11111111111111 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 629 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pustynna włócznia. Księga 2 - Peter V. Brett

Arlen nie żyje... Tamtej nocy zginął bym ja mógł żyć dalej.

Czasami Posłaniec musi powiedzieć ludziom to, czego nie chcieliby usłyszeć.

Czasami śmierć jest lepsza od prawdy. Tak jak lepsze od niej jest kłamstwo...

Okaleczyłem się by przeżyć. Zrobiłem to, ponieważ uznałem, że nie zasługuję na nic, poza włóczęgą przez noc. Nikt nigdy nie będzie mi już bliski. Ale chadzam pod nocnym niebem i nie lękam się demonów. Nie uciekam przed nimi, to one uciekają przede mną!

Przede mną!

...jestem potworem

Jestem darem dla świata. Ale podaruję mu tylko zniszczenie.

Opinie o ebooku Pustynna włócznia. Księga 2 - Peter V. Brett

Fragment ebooka Pustynna włócznia. Księga 2 - Peter V. Brett

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Spis cyklu
Część II. Siły z zewnątrz
Opowieść Maricka
Kubek i talerz
Zachować pozory
Mistrz Gildii Cholls
Część III. Osądy
Nóż
Sędzia Raddock
Rada okręgu
Zaniechane szlaki
Dwór księcia Euchora
Braterstwo pośród nocy
Za każdą cenę
Część IV. Zew Otchłani
Powrót do Potoku Tibbeta
Ucieczka
Pałac Luster
Szczypta czarnoliścia
Zdziczenie
Cudowna bitwa
Wybór demona
Dotrzymane przyrzeczenie
Podziękowania
Karta redakcyjna
Okładka

Spis cyklu

Malowany człowiek – księga 1Malowany człowiek – księga 2Pustynna Włócznia – księga 1Pustynna Włócznia – księga 2Wojna w Blasku Dnia – księga 1Wojna w Blasku Dnia – księga 2

Dla Daniego i Cassie

Część II

SIŁY Z ZEWNĄTRZ

15

Opowieść Maricka

333 ROK PLAGI, ZIMA

Gdy jeźdźcy odnaleźli uchodźców, panowały już całkowite ciemności. Była ich piątka, dokładnie tak, jak mówiła zrozpaczona kobieta. Stali w zaimprowizowanym runicznym kręgu otoczonym przez hordy otchłańców. Ogniste demony ziały płomieniem, a ich wichrowi kuzyni co rusz nurkowali z nieba, wsparł ich nawet ogromny demon skalny.

Za każdym razem, gdy któryś uderzył i runy rozjarzały się blaskiem, Rojer widział szczeliny w barierze, na tyle szerokie, że demon dałby radę się przecisnąć. Dwóch młodych mężczyzn próbowało odpędzić potwory widłami, a para starszych ludzi zajmowała się tym, co bez wątpienia opóźniło ucieczkę nielicznej grupki. Młoda kobieta właśnie rodziła dziecko.

Naznaczony warknął i popędził ogiera, znów wyprzedzając resztę. Odrzucił szatę, opadła na ziemię daleko za nim. Gared i pozostali Rębacze z rykiem rzucili się do boju, wznosząc w galopie runiczne topory.

Naznaczony nakierował Nocnego Tancerza prosto na skalnego demona. Wzmocnione runami stalowe szpice, przyspawane do pancerza chroniącego koński łeb, aż zaskwierczały od magii, przebijając czarne łuski na brzuchu otchłańca. Demon został odrzucony, a Naznaczony zeskoczył z siodła, złapał stwora za róg i tłukł pięściami w runicznych rękawicach po gardzieli, aż przeciwnik w końcu padł.

Naznaczony zaś poderwał się w okamgnieniu, dopadł ognistego demona i oderwał mu żuchwę. W tej samej chwili między otchłańce wpadli Rębacze, przechwytując ogniste splunięcia runicznymi tarczami i rąbiąc demony niczym bale drewna.

Wonda i pozostałe łuczniczki włączyły się do bitwy. Zatrzymały wierzchowce kilkadziesiąt jardów za walczącymi, ściągnęły z pleców broń i wycelowały w górę. Wkrótce zaświstały pierwsze strzały i wichrowe demony jeden po drugim zaczęły spadać z nieba, z ich skórzastych ciał sterczały lotki pocisków.

Rojer ześlizgnął się z siodła i pozostawił konia przy wierzchowcach łuczniczek. Ruszył pędem do niewielkiego kręgu, grając już w biegu. Podobnie jak wykonany przez Leeshę Płaszcz Ślepoty, muzyka czyniła go stosunkowo niewidzialnym dla otchłańców i bez przeszkód przemknął przez ich szeregi. Chwilę później znalazł się już wewnątrz kręgu i natychmiast zaczął wygrywać ostre, zgrzytliwe dźwięki, by odegnać demony precz.

Młoda kobieta wrzeszczała ze strachu, widząc walczących i czarną juchę otchłańców bryzgającą w nocnym powietrzu. Jej rodzice starali się zapewnić córce wygodę, jednakże widać było po ich niezdecydowanych ruchach, iż nie mają pojęcia, co robić przy porodzie.

– Ona potrzebuje pomocy! – wykrzyknął Rojer. – Musimy ją zabrać do Zielarki!

Naznaczony oderwał się od demonów, które związał walką, i w jednej chwili znalazł się u boku Rojera. Odziany był jedynie w przepaskę biodrową, a jego wytatuowane ciało zbryzgane było demonią posoką. Rizończycy cofnęli się ze strachem, ale targana boleściami dziewczyna nawet go nie zauważyła.

– Pędź po moją sakwę z ziołami – polecił skrzypkowi, po czym klęknąwszy przy rodzącej, zbadał ją z zaskakującą delikatnością. – Odeszły jej wody, a skurcze są coraz częstsze. Nie ma czasu na poszukiwanie Zielarki.

Rojer podbiegł do Nocnego Tancerza, ale owładnięty szałem bitewnym rumak miotał się dziko, wbijając parę ognistych demonów w śnieg i błoto. Minstrel narzucił swój płaszcz na ramiona i znów ujął skrzypce. Jego szczególna magia działała w tym samym stopniu na demony co na zwierzęta, nie trzeba było długo czekać, by rumak się uspokoił, a Rojer mógł pospiesznie ściągnąć sakwę z ziołami.

Bezzwłocznie przyniósł ją Naznaczonemu, który bez chwili wahania zaczął je ucierać i mieszać z wodą. Rodzice rodzącej trzymali się z daleka, przyglądając mu się z przerażeniem, a tymczasem Rębacze szerzyli zniszczenie wśród demonów.

– Czy ty w ogóle wiesz, co robisz? – zapytał nerwowo Rojer, gdy Naznaczony ostrożnie wlewał miksturę w usta jęczącej kobiety.

– W trakcie szkolenia na Posłańca przez sześć miesięcy uczyłem się u Zielarki – odparł. – Widziałem, jak to się robi.

– Widziałeś? – zapytał Rojer.

– Co, a może sam chcesz się tym zająć? – Naznaczony zmierzył go ostrym spojrzeniem. Rojer pobladł i pokręcił głową. – To bierz te swoje cholerne skrzypki i graj, żeby przynajmniej demony dały nam spokój.

Rojer posłusznie złapał za smyczek.

Kilka godzin później, gdy odgłosy bitwy wreszcie ustały, ciszę nocy przerwał głośny płacz dziecka. Rojer spojrzał na rozwrzeszczane maleństwo i uśmiechnął się.

– Teraz to już się nie wyprzesz, gdy ludzie będą cię nazywać Wybawicielem – oznajmił.

Naznaczony spojrzał nań krzywo, ale Minstrel tylko się roześmiał.

Leesha niosła parującą tacę po schodach tawerny Smitta, a jej serce biło szybko i nerwowo. Pomysł oddania się Marickowi, którego rzeczywiście uważała za przystojnego i inteligentnego, przyszedł jej już dwukrotnie do głowy, ale za każdym razem w kluczowym momencie rezygnowała. Nie mogła się bowiem oprzeć wrażeniu, że Posłaniec przedkłada własne potrzeby nad jej, o ile w ogóle jej potrzeby dla niego istniały.

Lecz matka miała rację. Zresztą należało przyznać, że w podobnych sprawach często miewała rację, nawet jeśli wykorzystywała swą wiedzę tylko po to, by docinać innym.

Leesha miała już dosyć życia w samotności, a w głębi serca czuła, że Arlen nigdy tej pustki nie wypełni. Po raz kolejny pożałowała, że nie zastąpił go Rojer, lecz wiedziała, że to absolutnie niemożliwe. Kochała Minstrela, ale nie pociągał jej, nie umiała wyobrazić ich sobie razem w łóżku. Marick zaś udowodnił ludziom z Fortu Rizon, że jest mężczyzną, na którego można liczyć w chwili próby. Być może nadszedł czas, by zapomnieć o jego błędach z przeszłości.

Leesha wygładziła suknię i zaraz poczuła się głupio. Odepchnęła to uczucie i zapukała do drzwi.

– Tak? – zapytał Marick, otwierając. Nie miał na sobie koszuli, a jego skóra była mokra, właśnie wyszedł z gorącej kąpieli w balii. Na widok Leeshy szeroko otworzył oczy.

– Nie chciałam ci przeszkadzać – powiedziała. – Pomyślałam sobie, że może zjadłbyś coś ciepłego przed snem.

– Ja... Znaczy się tak, dziękuję! – Marick złapał tunikę i naciągnął na grzbiet. Leesha taktownie odwróciła wzrok, ale przed oczami nadal miała jego muskularne ciało.

Posłaniec wziął od niej tacę i odłożył na niewielki stolik przy łóżku, głęboko wciągając zapachy potraw. Uniósł pokrywkę i ujrzał porcję soczystego mięsa z ostro przyprawionymi ziemniakami i ugotowanymi na parze warzywami.

– Wkrótce w Zakątku zrobi się krucho z jedzeniem – rzekła Leesha. – Lecz zapasy Smitta wystarczą jeszcze na tę noc.

– Po prawie dwóch tygodniach spania w śniegu już samo łóżko wydaje się królewskim darem – odparł Marick. – To zaś wygląda mi na prezent od samego Stwórcy!

Z zapałem zabrał się do pałaszowania, a Leesha odkryła, że przyglądanie się, jak mężczyzna pochłania posiłek, który osobiście przygotowała, sprawia jej osobliwą przyjemność. Mgliście pamiętała podobne odczucie z czasów, gdy byli sobie przyrzeczeni z Garedem i kiedy po raz pierwszy przygotowała mu posiłek, teraz odniosła jednak wrażenie, że wszystko to miało miejsce sto lat temu, zgoła w innym życiu.

– Pyszne było – oznajmił Marick, ocierając usta rękawem.

– To tylko skromne podziękowanie za to, czego dokonałeś – odparła Leesha. – Przywiodłeś tych ludzi do bezpiecznego miejsca. Pomogłeś im, gdy znaleźli się w prawdziwej potrzebie.

– Chociaż ciebie zawiodłem? – zapytał.

Leesha spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Rok temu, gdy dowiedziałaś się, że w Zakątku szaleje choroba, i natychmiast musiałaś wracać do domu, zażądałem... Zażądałem nieuczciwej ceny za swoje usługi.

– Marick... – zaczęła łagodnie Leesha.

– Nie, daj mi dokończyć. Gdy jechaliśmy do Angiers, byłem w tobie zadurzony po uszy. Ba, sądziłem nawet, że przed upływem roku będziemy razem niańczyć dzieci. Ale wtedy w namiocie, gdy nie mogłem... No, nie mogłem być mężczyzną przy tobie, ja...

– Marick... – odezwała się ponownie Leesha.

– Myślałem, że oszaleję – ciągnął Posłaniec. – Poczułem, że muszę wyjechać gdzieś daleko, jak najdalej od ciebie, ale gdy tak uczyniłem, okazało się, że nadal nie mogę przestać o tobie myśleć, nawet gdy... Gdy spałem z innymi kobietami.

Odwrócił wzrok.

– Lecz gdy ujrzałem cię znowu – ciągnął – poczułem, że coś się we mnie burzy. Chciałem zatuszować tamte niepowodzenia, i to jak najszybciej, zanim coś mi znowu przeszkodzi. Potraktowałem cię niesprawiedliwie i przykro mi z tego powodu.

Leesha położyła mu dłoń na ramieniu.

– Nie jestem dzieckiem – powiedziała. – Jestem za to wszystko odpowiedzialna w tym samym stopniu co ty.

W jej słowach było więcej prawdy, niż się domyślał, lecz Leesha poczuła wstyd i przerażenie z powodu tego, co zrobiła. Wtedy, na trakcie, wydawało jej się, że postępuje słusznie i cnotliwie, lecz w rzeczywistości podała Marickowi zioła dla własnej wygody, nie przejmując się, że ten postępek zostawi głębokie ślady w psychice mężczyzny. Może Rojer miał rację, że Leesha bardziej przypominała swoją matkę, niż chciała to przyznać.

– Miło mi, że to mówisz – rzekł Marick i uścisnął jej dłoń. – Niemniej oboje wiemy, że prawda wygląda inaczej. Cieszę się, że udało ci się dotrzeć do domu. Cieszę się też, że nie musiałaś zapłacić za to cnotą.

Leesha już się pochylała ku niemu, lecz słysząc te słowa, wzdrygnęła się, gdyż Marick się mylił. W istocie zapłaciła za tamtą wyprawę cnotą, zabraną przemocą przez bandytów – cena za wędrówkę bez odpowiedniej eskorty. A wszystko to przez brak cierpliwości Maricka i jego nieumiejętność myślenia o innych.

Mężczyzna jednakże nie wyczuł zmiany w zachowaniu towarzyszki. Zachichotał tylko i pokręcił głową.

– Nie mogę wyjść z podziwu, jak rządzisz Zakątkiem! Co się stało z tą łagodną dziewczyną, która potrafiła zawrócić w głowie każdemu napotkanemu mężczyźnie? Przez jedną noc stałaś się Wiedźmą Bruną! Założę się, że nawet otchłańce się ciebie boją.

Wiedźmą Bruną? Czy tak ludzie ją teraz postrzegali? Mieli ją za samotną wariatkę, która gnębiła i zastraszała każdego człowieka w mieście? Czyżby Leesha stała się właśnie kimś takim, po tym jak przemocą odebrano jej cnotę?

Jej matka również wyczuła tę zmianę.

„Nie tak sobie wymarzyłam chwilę, kiedy stracisz swój wianek, ale czas był już najwyższy i spodziewam się, że czegoś się nauczyłaś”, powiedziała.

Leesha potrząsnęła głową, by odpędzić natrętne myśli, czując, że chwila bliskości powoli znika.

– Co teraz planujesz? – zapytała. – Pomożesz nam w szukaniu i eskortowaniu kolejnych uchodźców, czy może masz zamiar zabrać swoją grupę prosto do Angiers?

Marick spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Ani to, ani to – rzekł.

– Jak mam to rozumieć?

– Rizończycy są już bezpieczni, a więc pora, bym ruszył naprzód. Książę musi się dowiedzieć o ataku Krasjan, a pomoc, jakiej udzieliłem uchodźcom, wystarczająco mnie spowolniła.

– Spowolniła? – powtórzyła Leesha. – Przecież życie tych ludzi zależało od ciebie!

Marick pokiwał głową.

– Nie mogłem porzucić tych ludzi na szlaku. Teraz jednakże są bezpieczni. Ja zaś nie jestem Rizończykiem i nie ponoszę za nich odpowiedzialności.

– Ale Zakątek Wybawiciela nie może pomieścić aż tylu uciekinierów! – wykrzyknęła Leesha.

– Zamelduję o tym księciu – wzruszył ramionami Marick. – Niech to będzie jego problemem.

– Przecież to nie problem, Marick! To ludzie! Ludzie z krwi i kości!

– A czego się po mnie spodziewasz? – zdziwił się. – Że poświęcę resztę życia opiece nad nimi? Przecież Posłańcy są stworzeni do innych rzeczy.

– Cóż, cieszę się więc, że nasz związek nie skończył się wspólnym niańczeniem dzieci – parsknęła Leesha. – Korzystaj z wygód, Posłańcze.

Wzięła tacę i wyszła, trzaskając drzwiami.

– I co teraz poczniemy? – zapytał Smitt na późnym spotkaniu rady miasteczka, które zwołała Leesha, by ogłosić reszcie, iż Marick wyrusza rankiem do Angiers i zostawia uchodźców w Zakątku.

– Oczywiście należy ich przyjąć – powiedziała Leesha. – Otwórzcie przed nimi podwoje, pomóżcie im zbudować własne schronienia. Nie możemy po prostu zostawić ludzi bez jedzenia i dachu nad głową.

– Wielki run nie pomieści tylu nowych domów – oznajmił Smitt.

– To zbudujemy kolejny – rzekła Leesha. – Mamy prawie dwa tysiące rąk do pracy i całe mile lasu do wyrąbania.

– Nie chcę tu psuć runów – wtrąciła się Darsy – ale jak niby mamy wyżywić tylu ludzi w samym środku zimy? Jeśli przybędą kolejni, wkrótce będziemy musieli jeść śnieg.

Leesha zastanawiała się już nad tym problemem.

– Każda młoda kobieta w Zakątku potrafi posługiwać się łukiem – odparła. – Niech polują, a chłopcy będą zastawiać wnyki.

– Nie zaspokoisz w ten sposób wszystkich potrzeb – stwierdziła Vika.

– Korklak – powiedziała. – To zioło może i jest twarde oraz gorzkie, ale za to pożywne, a co więcej, rośnie na niemal wszystkim i nie ginie zimą. Trzeba będzie przydzielić młodsze dzieci do zbierania, a ja wymyślę sposób, jak to gotować i przyprawiać. Jeśli korklak nie wystarczy, jest również jadalna kora, a nawet owady, którymi można napełnić pusty brzuch.

– Zielsko i owady? – zapytała Elona. – Ty naprawdę chcesz, by ci ludzie jedli robale?

– Chcę dołożyć wszelkich starań, by nie cierpieli głodu, matko. Jeśli będę musiała usiąść przed nimi i zjeść parę robaków, by dać przykład, zrobię to bez wahania.

– W porządku, nie ma sprawy – odparła Elona. – Ale nie oczekuj po mnie tego samego.

– Ty będziesz miała własną rolę do odegrania – rzekła Leesha.

Elona zmierzyła córkę spojrzeniem.

– Nie zamienię domu w gospodę dla każdego wagabundy, który nadejdzie drogą.

Leesha westchnęła.

– Robi się coraz ciemniej, matko. Lepiej będzie, jak udasz się do domu. Porozmawiamy rano.

Pozostali zrozumieli, że spotkanie tym samym dobiegło końca, i jedni po drugich wyszli z pokoju w ślad za Eloną, aż w środku została tylko Leesha ze Stefny.

– Nie irytuj się – powiedziała Stefny. – Jestem pewna, że twoja matka z radością otworzy swoje drzwi Rizończykom z największymi interesami.

Leesha obrzuciła ją złowrogim spojrzeniem.

– Mama nie jest jedyną kobietą w tej osadzie, która złamała śluby – przypomniała. Najmłodszy syn Stefny, Keet, został poczęty nie przez Smitta, ale poprzedniego Opiekuna, Michela. Smitt i reszta ludzi w miasteczku nadal byli tego nieświadomi, ale Bruna, która asystowała przy porodzie, znała prawdę od początku. – Jeśli sądzisz, że sekrety Bruny umarły wraz z nią, jesteś w błędzie – ostrzegła Leesha Stefny. – Zachowaj hipokryzję dla siebie.

Żona Smitta pobladła i potulnie pokiwała głową, a potem umknęła z pokoju. Leesha uśmiechnęła się z rozbawieniem, zaraz jednak spoważniała, uświadomiła sobie bowiem, że zachowała się zupełnie jak Bruna.

Naznaczony wraz z Rojerem powrócił do Zakątka w jakiś tydzień po wyjeździe Maricka. Posłańca żegnały wiwaty i słowa uwielbienia od ludzi, których porzucał na pastwę losu. Erny oraz Rębacze wrócili parę dni wcześniej i przywiedli kilka grup uciekinierów, lecz Naznaczony w towarzystwie Minstrela wypuścił się o wiele dalej – jego powrót wyprzedziły opowieści uchodźców, których uratował.

Leesha była dumna, że Arlen i Rojer tylu ludzi ocalili przed niechybną śmiercią, lecz zarazem czuła rozpacz na myśl, że Zakątek będzie musiał wykarmić tak wielkie tłumy.

– Dotarliśmy tak blisko Rizon, jak się dało – powiedział Rojer niedługo po powrocie. Siedział w chacie Zielarki i ogrzewał dłonie kubkiem gorącej herbaty. – Myślę, że odnaleźliśmy wszystkich, którzy wyruszyli na szlak, choć nie można wykluczyć, iż wielu próbowało wędrować na przełaj. Krasjanie na dobre rozgościli się w okolicy miasta i wysyłali drogą regularne patrole.

– Zagościli tylko na jakiś czas – stwierdził Naznaczony. – Tylko patrzeć, aż znów się ruszą.

– Mam nadzieję, że wrócą na swoją cholerną pustynię – rzekł Rojer.

Naznaczony pokręcił głową.

– Nie. Podbiją Lakton, a potem skręcą na północ, prosto na Zakątek.

Leesha poczuła, że krew ścina jej się w żyłach. Rojer pobladł, jakby nagle ogarnęła go słabość.

– Skąd to wiesz? – zapytała.

– Krasjanie wierzą, że Kaji, pierwszy Wybawiciel, zjednoczył plemiona Krasji, a potem przebył pustynię, by przez następne dwie dekady podbijać ziemie na Północy – wyjaśnił Naznaczony. – Nazwał to Sharak Suun, Wojną w Blasku Dnia. A potem poprowadził ludzi do Sharak Ka, świętej wojny przeciwko demonom. Jeśli Ahmann Jardir sądzi, że jest odrodzonym Wybawicielem, będzie chciał podążyć tą samą drogą.

– Co zatem mamy zrobić? – zapytała Leesha.

– Wznieść umocnienia i stawić im czoła – odparł Naznaczony. – Bronić każdego skrawka ziemi.

– Nie – pokręciła głową Leesha. – Nie będę popierać takich pomysłów. Przecież to zabijanie ludzi, a nie demonów, Arlen! Krasjanie są ludźmi!

– Sądzisz, że o tym nie wiem? Mam przyjaciół wśród Krasjan! Możesz to samo powiedzieć o sobie?

Leesha z trudem otrząsnęła się z zaskoczenia i pokręciła głową.

– Słuchaj mnie uważnie – ciągnął Naznaczony, nieco ciszej, ale nadal z zaciekłością w głosie. – Krasjanie wierzą, że każdy mieszkaniec Północy jest kimś gorszym nawet od najpodlejszego spośród nich. Okazują łaskę przywódcom, którzy ich zdaniem mogą okazać się użyteczni, z czego zresztą robią wielkie widowisko, ale dla zwykłych ludzi nie czynią żadnych ustępstw. Zabiją lub wtrącą do niewoli każdego, kto nie zaprzysięgnie całkowitej, bezwarunkowej wierności Jardirowi i Evejah. Nie mamy wyboru, musimy walczyć!

– Możemy zbiec do Angiers – rzekła Leesha. – Możemy skryć się za murami miasta.

– Nie wolno im oddawać terenu. – Naznaczony pokręcił głową. – Ani skrawka, powtarzam! Dobrze znam tych ludzi. Jeśli okażemy wobec nich lęk i wycofamy się, uznają nas za słabych i będą nacierać jeszcze zacieklej.

– Nadal mi się to nie podoba – stwierdziła Leesha z uporem.

– Trudno – wzruszył ramionami Naznaczony. – Na pocieszenie mogę cię tylko zapewnić, że Krasjanie nie mają więcej niż sześć tysięcy wojowników. Problem natomiast w tym, że każdy z nich może bez trudu stawić czoła trzem Rębaczom, a zanim dotrą do Zakątka, wzmocnią swoje siły o ogromne oddziały utworzone z miejscowych niewolników.

– To jak niby mamy z nimi walczyć? – zapytał Rojer.

– Musimy się zjednoczyć – rzekł Naznaczony. – Należy podjąć rozmowy z Lakton, i to szybko, nim Krasjanie odetną szlaki, a także wysłać petycje do książąt Angiers i Miln, by zaprzestali zatargów i przyłączyli się do obrońców.

– Nie znam księcia Miln – stwierdził Rojer. – Niemniej wychowałem się na dworze Rhinebecka, mój mistrz Arrick służył jako jego herold. Dlatego wiem, że władca Angiers prędzej dogada się z otchłańcami niż z księciem Euchorem.

– A zatem będziemy musieli przekonać go osobiście – stwierdziła Leesha i spojrzała na obu mężczyzn. – Wszyscy jak tu siedzimy.

Naznaczony westchnął ciężko.

– Do Lakton wejść nie mam zamiaru. Nie jestem tam mile widziany.

– A więc opowieść mówi prawdę? – zapytał Rojer. – Szefowie doków próbowali cię zabić?

– Mniej więcej – mruknął Naznaczony.

Rojer usiadł tej nocy w muszli akustycznej i grał spokojne melodie, by ukoić uchodźców, którzy nadal mieszkali w namiotach na Cmentarzysku Otchłańców.

Wielu podeszło bliżej i wygrzewało się w blasku wielkiego runu, ulegając czarowi muzyki Rojera. Jego melodie przelewały się wśród słuchaczy, sprawiały, że zapominali, przynajmniej na krótką chwilę, o swoim zdruzgotanym życiu.

Wydawać by się mogło, że muzyka nie jest odpowiednim darem, ale mieszkańcy Zakątka nie mieli nic innego. Rojer grał więc i skrywał twarz za maską Minstrela, nie okazując ponurego nastroju, który zagościł w jego sercu.

Opiekun Jona czekał, aż Minstrel skończy grę. Święty Mąż był młodym człowiekiem, nie ukończył nawet trzydziestu lat, ale mieszkańcy Zakątka darzyli go szczerą miłością. Podobnie traktowali go uchodźcy, gdyż mało kto spośród miejscowych bardziej się troszczył o potrzeby uciekinierów, zarówno te materialne, jak i duchowe. Nie dość, że wziął na swe barki większość zadań związanych z racjonowaniem żywności i organizowaniem miejsc noclegowych dla nowo przybyłych, to jeszcze uczył się ich imion i niósł im pokrzepienie, zapewniając, że nie zostali porzuceni na pastwę losu. Przewodził modlitwom za zmarłych, szukał opiekunów dla sierot i udzielał ślubu kochankom, połączonym wspólną tragedią.

– Dziękuję za ten koncert – powiedział Jona. – Czułem, jak ich dusze wzbijają się ku niebu, gdy słuchali twojej gry. Z moją stało się to samo.

– Będę grał co noc, jeśli nie zostanę wezwany gdzieś indziej – przyrzekł Rojer.

– Niech cię Stwórca błogosławi – powiedział Jona. – Twoja muzyka dodaje wszystkim sił.

– Szkoda tylko, że ja nie czuję się od niej silniejszy – westchnął Minstrel. – Czasem mam wrażenie, że w moim przypadku działa to na odwrót.

– Nonsens – stwierdził Jona. – Siła ducha nie jest niczym ograniczona, nie jest czymś, co jeden człowiek musi stracić, by inny mógł zyskać. Stwórca wszystkich nas obdarza siłą i słabościami. Z jakiego powodu czujesz się słaby, dziecko?

– Dziecko? – zaśmiał się Rojer. – Nie należę do twej publiczności, Opiekunie. Mam swój instrument – pokazał skrzypce – a ty masz swój.

Wskazał smyczkiem ciężki, oprawiony w skórę tom Kanonu trzymany przez Jonę.

Wiedział, że jego słowa zraniły Opiekuna, który zasługiwał na więcej szacunku, ale serce Rojera było czarne z rozpaczy, a Jona nie mógł wybrać gorszej chwili na wywyższanie się. Minstrel czekał tylko, aż Święty Mąż zacznie nań krzyczeć, gotów odpowiedzieć tym samym. Ale Jona nigdy się nie unosił. Wsunął księgę do przeznaczonej na to sakwy i rozłożył dłonie, pokazując, że są puste.

– Dobrze, będę więc mówił do ciebie jako twój przyjaciel – rzekł. – Jako ktoś, kto rozumie twój ból.

– A skąd ci się wzięło przekonanie, że rozumiesz mój ból? – warknął Rojer.

– Bo też ją kocham, Rojer – uśmiechnął się Jona. – Wątpię, czy kiedykolwiek spotkałem człowieka, który by jej nie kochał. Swego czasu przychodziła niemal co dzień do Świętego Domu, by czytać, a potem rozmawialiśmy całymi godzinami. Widywałem, jak opromienia swoim blaskiem mężczyzn, którzy na nią nie zasługiwali, a nigdy nie zauważa, że ja też jestem mężczyzną.

Rojer usiłował nadal chronić się za maską Minstrela, ale w głosie Jony słychać było tyle szczerości, że wola walki młodzieńca całkiem skruszała.

– Jak sobie z tym poradziłeś? Jak można zapomnieć, że się kogoś kocha?

– Stwórca sprawił, że miłość jest bezwarunkowa – rzekł Jona. – Miłość czyni nas ludźmi. Miłość odróżnia nas od otchłańców. Miłość jest cennym skarbem, nawet jeśli nie jest odwzajemniona.

– A więc nadal ją kochasz? – zapytał Rojer.

– Tak – skinął głową Jona. – Ale kocham też Vikę i jeszcze bardziej nasze dzieci. Miłość jest równie nieskończona jak duch.

Z tymi słowami położył dłoń na ramieniu Rojera.

– Nie trać czasu na opłakiwanie tego, czego doświadczyłeś – dodał. – Ciesz się tym, czego doświadczasz. A jeśli kiedykolwiek odczujesz potrzebę, by zamienć kilka słów z kimś, kto jest świadom wyzwania, z którym się mierzysz, przyjdź bez wahania. Obiecuję, że nawet nie wyjmę Kanonu z sakwy.

Klepnął Rojera w ramię i odszedł. Minstrel stał zaś i czuł, jakby ktoś zdjął mu ogromny ciężar z serca.

Gdy Rojer znalazł się w pobliżu chatki Leeshy, zauważył, że światła w oknach nadal płoną, a frontowe drzwi stoją otworem. Tym razem nie wziął płaszcza, a otchłańce trzymał na dystans muzyką, co oznaczało, że Zielarka na pewno słyszała go, jak nadchodzi.

Był to ich wspólny rytuał. Leesha zawsze się czymś zajmowała, ale gdy tylko usłyszała muzykę skrzypiec, otwierała drzwi, po czym wracała do pracy. Wchodząc do jej chatki, Rojer widział, że kobieta siedzi pochylona nad książką czy haftem, uciera zioła lub zajmuje się roślinami.

Przestał grać, dopiero gdy znalazł się na runicznej ścieżce, a zimna noc na powrót stała się bezpieczna. Jedynym śladem zagrożenia były teraz rzadkie, odległe wrzaski otchłańców, lecz w narastającej ciszy Minstrel usłyszał szloch.

Zastał dziewczynę skuloną w starym fotelu na biegunach, owiniętą starym, postrzępionym szalem. Obie te rzeczy należały do jej nauczycielki Bruny i zawsze dawały Leeshy pociechę, gdy ogarniały ją wątpliwości.

Miała czerwone, zapuchnięte oczy, a zmięta chusteczka w jej dłoni przemokła do cna. Kiedy Rojer spojrzał na Leeshę, zrozumiał, co Jona miał na myśli, gdy mówił, by cieszyć się tym, czego się doświadcza. Nawet gdy dopadła ją rozpacz, Zielarka otworzyła drzwi. Czy inni mężczyźni w jej życiu mogli się pochwalić takim przywilejem?

–  Już się na mnie nie złościsz? – zapytała.

– Oczywiście, że nie – odparł. – Oboje się trochę unieśliśmy, wielka mi rzecz.

– Cieszę się. – Leesha zmusiła się do uśmiechu.

– Twoja chustka jest całkiem mokra. – Rojer machnął ręką, wyciągając jedną z wielu kolorowych chusteczek trzymanych w rękawie. Podał jej, lecz gdy Leesha wyciągnęła rękę, wyrzucił szmatkę w powietrze, dodał kilka innych, jakby wyczarowanych znikąd, i zaczął nimi żonglować, tworząc krąg kolorowych skrawków płynących w powietrzu. Leesha śmiała się i klaskała.

Jego mistrz, Arrick, potrafił żonglować wszystkim, co było pod ręką, ale Rojer, który miał okaleczoną dłoń, bez przeszkód żonglował jedynie chustkami.

– Wybierz kolor.

– Zielony – oznajmiła, a wtedy Minstrel, poruszając dłonią szybciej niż myśl, wyrwał zieloną chustkę z kręgu i rzucił ku niej. Okazał przy tym taką zręczność, iż wydawać by się mogło, że skrawek tkaniny wyskoczył sam. Rojer złapał resztę chustek i schował, a Leesha wytarła twarz.

– O co chodzi? – zapytał.

– Nie dość, że po nocach prześladują nas demony, to jeszcze ludzie biorą się za zabijanie ludzi. Arlen chce, byśmy walczyli zarówno z jednymi, jak i z drugimi, lecz jak ja mogę poprzeć taki pomysł?

– Wątpię, czy masz wybór – rzekł Rojer. – Jeśli się nie myli, Wojna w Blasku Dnia i tak nas dopadnie, bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie.

Leesha westchnęła i wtuliła się mocniej w szal, mimo że runy ciepła dookoła podwórza utrzymywały w chatce przyjemną temperaturę.

– Pamiętasz tę noc w jaskini?

Rojer pokiwał głową. Wydarzyło się to minionego lata, kilka dni po tym, jak Naznaczony ocalił ich na drodze. We troje schronili się wówczas w jaskini przed ulewą. Tam właśnie wyszło na jaw, że Naznaczony i Rojer zabili bandytów, którzy zgwałcili i obrabowali Leeshę. Dziewczyna wpadła wtedy we wściekłość i wyzwała ich od morderców.

– Wiesz, dlaczego byłam tak zła na ciebie i Arlena? – zapytała, a Rojer pokręcił głową. – Ponieważ mogłam sama pozabijać tych ludzi, gdybym tylko chciała.

Z tymi słowami sięgnęła do kieszeni sukni i wyjęła wąską igłę pokrytą zielonkawą substancją.

– Zawsze mam takie igły przy sobie, do zabijania wściekłych zwierząt – wyjaśniła Leesha. – Trzymam je w kieszeni, gdyż są zbyt niebezpieczne, by wkładać je do sakwy z ziołami czy nawet do fartucha, który przecież czasami zdejmuję. Żaden człowiek nie przeżyłby ukłucia, nawet zwykłe draśnięcie mogłoby go z czasem zabić.

– Obiecuję, że od tej pory będę uważał przy tobie na to, co mówię – stwierdził Rojer, ale Leesha się nie roześmiała.

– Miałam jedną z nich w dłoni, gdy cisnęłam oślepiającym proszkiem w oczy ich herszta – mówiła. – Gdybym ukłuła nią tego niemowę, kiedy mnie pochwycił, rozstałby się z życiem w okamgnieniu, a wtedy dziabnęłabym również przywódcę.

– A ja załatwiłbym trzeciego – rzekł Rojer i uniósł pustą dłoń, w której nagle pojawił się nóż. Podrzucił go, obrócił w powietrzu i złapał za rękojeść. – A więc czemu tego nie zrobiłaś?

– Ponieważ co innego zabicie otchłańca, a co innego człowieka. Nawet złego człowieka. Chciałam ich pozabijać. Czasami, gdy wspominam tamto zdarzenie, żałuję, że tego nie zrobiłam. Ale wtedy nie mogłam się do tego zmusić.

Rojer przyjrzał się swemu nożowi, westchnął i wsunął go do specjalnej pochewki na przedramieniu, po czym zapiął mankiet.

– Ja chyba też nie potrafiłbym zabić człowieka – przyznał ze smutkiem. – Zacząłem się uczyć sztuki rzucania nożami jako pięciolatek, ale zawsze stosowałem ją jedynie podczas przedstawień. Nigdy nikogo nawet nie drasnąłem.

– Gdy uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie wyrządzić bandytom krzywdy, po prostu przestałam stawiać opór – dokończyła opowieść Leesha. – Na noc! Nawet naplułam sobie na dłoń, by się zwilżyć, gdy pierwszy z nich siłował się ze spodniami. Gdy sobie poszli, a ja leżałam bezsilnie na ziemi i płakałam, nie przyszło mi do głowy, by żałować, że ich nie pozabijałam.

– Wolałabyś, by to oni zabili ciebie – rzekł Rojer, a Leesha potwierdziła skinieniem głowy.

– Czułem się tak samo, po tym jak zabito mistrza Jaycoba – powiedział Rojer. – Nie pragnąłem zemsty, chciałem po prostu, by mój ból dobiegł wreszcie końca.

– Pamiętam – rzekła Leesha. – Błagałeś mnie, bym pozwoliła ci umrzeć.

– To właśnie dlatego poszedłem z Naznaczonym do obozu bandytów.

– Dla mnie? – zapytała Leesha.

Rojer pokręcił głową.

– Tych ludzi należało zabić, tak jak się zabija wściekłe konie, Leesha. Nie byliśmy pierwszymi, których obrabowali, i na pewno nie bylibyśmy ostatnimi, tym bardziej że skradli mój przenośny krąg. Ale nie zabiliśmy ich. Naznaczony odebrał twojego konia, ja złapałem przenośny krąg i uciekliśmy. Nie wyrządziliśmy im krzywdy.

– Zamieniliście ich w jedzenie dla demonów.

– Naznaczony powybijał większość demonów w okolicy. Nie widzieliśmy ani jednego, gdy szliśmy do ich obozowiska, a do świtu brakowało jeszcze wielu godzin. Znaleźli się w o wiele lepszej sytuacji niż ta, w której nas porzucili.

Leesha westchnęła, ale nic nie powiedziała.

– Dlaczego ludzie wzywają Zielarkę, by uśpiła zwierzę? – zapytał, wpatrując się w nią. – Przecież równie dobrze można sprawę załatwić siekierą czy młotem.

– Wielu nie może się zmusić, by zabić wierne zwierzę, bywa też, że trzymają się nadziei, iż mogę je uzdrowić. Zdarza się jednak, że nie mogę, a wtedy zwierzę cierpi. Igły działają szybko i nie przysparzają boleści.

– Być może to samo można powiedzieć o Naznaczonym – stwierdził Rojer.

– Chodzi ci o to, że powinniśmy walczyć z Krasjanami?

– Nie wiem. – Chłopak wzruszył ramionami. – Ale wydaje mi się, że powinniśmy mieć w ręku igłę, nawet gdybyśmy nigdy nie zamierzali z niej skorzystać.

16

Kubek i talerz

333 ROK PLAGI, WIOSNA

Leesha i Rojer obserwowali, jak Wonda i Gared okrążają się powoli na Cmentarzysku Otchłańców, zwróceni ku sobie twarzami. Wonda przewyższała wzrostem każdą kobietę w Zakątku, wliczając w to nawet uchodźców, ale Gared był od niej o wiele potężniejszy. Liczyła sobie dopiero piętnaście lat, a Gared prawie trzydzieści, lecz na jego twarzy malowało się skrajne skupienie, podczas gdy dziewczyna wyglądała na spokojną i rozluźnioną.

Nagle Gared runął naprzód, chcąc ją pochwycić, ale Wonda złapała go za nadgarstek, obróciła się i wparła wolną rękę w łokieć mężczyzny, jednocześnie robiąc krok w bok. Bez trudu wykorzystała impet szarży przeciwko niemu i przewróciła Rębacza na bruk.

– Niech to Otchłań! – ryknął Gared.

– Dobra robota! – pogratulował Naznaczony dziewczynie, gdy pomogła Garedowi wstać. Spośród mieszkańców Zakątka Wonda okazała największy talent w sztuce sharusahk. – Sharusahk uczy, jak zmieniać zwrot siły skierowanej przeciwko tobie – przypomniał Garedowi. – Nie możesz ciągle polegać na brutalności. To nie walka z otchłańcem.

– Ani z drzewem – dodała Wonda, wzbudzając chichoty wśród innych dziewcząt uczących się walki wręcz od Naznaczonego. Rębacze zmierzyli je nieprzychylnymi spojrzeniami – wielu z nich zostało już położonych na łopatki przez dziewczyny, z czym żaden mężczyzna nie godził się łatwo.

– Spróbuj raz jeszcze – polecił mu Naznaczony. – Próbuj trzymać ręce bliżej boków i wyważ lepiej ciężar ciała. Nie ułatwiaj jej zadania. A ty – zwrócił się do Wondy – nie nabieraj przeświadczenia, że jesteś niepokonana. Najgorsi z dal’Sharum ćwiczą tę sztukę przez całe życie, a nie od paru miesięcy. Walka z nimi okaże się dla ciebie prawdziwym sprawdzianem umiejętności.

Wonda pokiwała głową, a jej uśmiech zniknął. Wraz z Garedem wymienili ukłony i znów zaczęli zataczać kręgi wokół siebie.

– Szybko się uczą – powiedziała Leesha, podchodząc do Naznaczonego. Sama nigdy nie wzięła udziału w treningu, ale codziennie przyglądała się ćwiczeniom z ogromną uwagą, a jej umysł rejestrował każdy ruch.

Wonda znów rzuciła Gareda na łopatki i Leesha pokręciła z zadumą głową.

– To naprawdę piękna sztuka – stwierdziła. – Wielka szkoda, że jej jedynym celem jest okaleczać i zabijać.

– Idealnie odzwierciedla tych, którzy ją wynaleźli – stwierdził Naznaczony. – Ci ludzie również są imponujący, piękni i śmiertelnie niebezpieczni.

– Jesteś pewien, że nadchodzą? – zapytała dziewczyna.

– Nie mam ani cienia wątpliwości – westchnął Naznaczony. – Choć oddałbym wszystko, by było inaczej.

– Co twoim zdaniem postanowi książę Rhinebeck?

Wzruszył ramionami.

– Widziałem go kilkukrotnie, gdy byłem jeszcze Posłańcem, ale mało wiem o tym, co kryje jego serce.

– Bo też nie ma tego wiele – wtrącił się Rojer. – Życie Rhinebecka wypełniają trzy rzeczy: liczenie gotówki, picie wina i zaciąganie do łóżka coraz to młodszych żon w nadziei, że któraś urodzi mu dziedzica.

– Jest bezpłodny? – spytała zaskoczona Leesha.

– Nie użyłbym tego określenia nigdzie, gdzie mógłbym zostać podsłuchany – rzekł Rojer. – Książę wieszał Zielarki za mniejsze zniewagi. Wini za wszystko swoje żony.

– Jak to zwykle bywa – stwierdziła Leesha. – Zupełnie jakby mężczyzna bezpłodny nagle przestawał być mężczyzną.

– A tak nie jest? – spytał Rojer.

– Przestań wygadywać bzdury – oburzyła się Zielarka, ale nawet Naznaczony spojrzał na nią z powątpiewaniem.

– Tak czy owak, Bruna specjalizowała się w leczeniu bezpłodności i wiele mnie nauczyła. Być może, gdybym zdołała go uleczyć, udałoby mi się zdobyć jego względy.

– Względy? – spytał Rojer. – Uczyniłby cię księżną i spłodził to dziecko z tobą.

– Przecież to nieważne – wtrącił Naznaczony. – Nawet jeśli twoje zioła ożywią jego nasienie, miną długie miesiące, nim ujrzymy dowody na ich skuteczność. Musimy się oprzeć na czymś konkretniejszym.

– A jest coś konkretniejszego od armii pustynnych wojowników u bram?

– Jeśli Rhinebeck chce powstrzymać Jardira, będzie musiał zgromadzić wielkie siły na długo przed tym – rzekł Naznaczony. – Książęta zaś nie są ludźmi, którzy podejmowaliby takie ryzyko bez przeświadczenia, że się nie mylą.

– Kolejną przeszkodą są bracia Rhinebecka – ciągnął Rojer. – Książę Mickael przejmie tron, jeśli Rhinebeck umrze bezpotomnie. Książę Pether jest Pasterzem Opiekunów Stwórcy, a najmłodszy z nich, Thamos, dowodzi gwardią Rhinebecka, Drewnianymi Żołnierzami.

– Czy któremuś z nich można przemówić do rozumu? – spytała Leesha.

– Raczej nie. Przekonać należy natomiast lorda Jansona, pierwszego ministra, bez którego żaden z książąt nie umiałby znaleźć własnych butów. W Angiers nic się nie dzieje bez jego wiedzy, a książęca rodzina wysługuje się nim w niemalże wszystkim.

– Czyli jeśli Janson nas nie poprze, książę też tego nie zrobi – rzekł Naznaczony.

– Sęk w tym, że to tchórz – ostrzegł Rojer. – Przekonanie go, by się zgodził na wypowiedzenie wojny, będzie... Cóż, na pewno trudne. Trzeba będzie uciec się do innych metod.

Naznaczony i Leesha spojrzeli na niego z zaciekawieniem.

– Przecież jesteś cholernym Naznaczonym – stwierdził Rojer. – Połowa ludzi na południe od Miln i tak już ogłosiła cię Wybawicielem. Starczy kilka spotkań z Opiekunami i parę opowieści w Gildii Minstreli, a uwierzy i druga połowa.

– Nie – rzekł Naznaczony. – Nie będę podawał się za kogoś, kim nie jestem. Nawet w tej sytuacji.

– A kto mówi, że nie jesteś Wybawicielem? – zapytała Leesha.

Naznaczony spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Nie, tylko nie ty. Minstrele uganiający się za nowymi opowieściami i zaślepieni wiarą Opiekunowie wystarczą mi aż nadto. Przecież ty jesteś Zielarką. Leczysz pacjentów wiedzą, a nie modlitwą.

– Jestem też wiedźmą od runów – powiedziała Leesha. – Dzięki tobie zresztą. W rzeczy samej poświęcam o wiele więcej uwagi książkom naukowym niż Kanonowi Opiekunów, ale nawet nauka nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego kilka gryzmołów może zatrzymać otchłańca lub wyrządzić mu krzywdę. Nasz świat nie opiera się tylko i wyłącznie na wiedzy. Być może jest w nim miejsce również dla Wybawiciela.

– Nie przysłało mnie tu Niebo! Słuchaj, to, co mam na sumieniu... Nie, żadne Niebo by mnie nie zechciało.

– Wielu ludzi wierzy, że Wybawiciele z dawnych lat byli mężczyznami takimi jak ty – zauważyła Leesha. – Przywódcami, którzy pojawili się, gdy ludzie ich najbardziej potrzebowali. Odwrócisz się od ludzkości tylko dlatego, że nie podoba ci się miano?

– Tu nie chodzi tylko o miano – rzekł Naznaczony. – Kiedy ludzie zaczną zwracać się do mnie ze swoimi problemami, nigdy się nie nauczą, jak je rozwiązywać samodzielnie. Wszystko gotowe? – zapytał Rojera.

Ten pokiwał głową.

– Konie osiodłane. Możemy ruszać w każdej chwili.

Od wiosennych roztopów upłynął już ponad miesiąc, a drzewa rosnące wzdłuż drogi do Angiers pokryły się świeżą zielenią. Rojer siedział w siodle za Leeshą i trzymał się jej mocno. Nie należał do dobrych jeźdźców i na ogół nie ufał koniom, zwłaszcza gdy nie ciągnęły wozów. Na szczęście był na tyle drobny, że mógł jechać w parze, nie obciążając zanadto wierzchowca. Dziewczyna zaś opanowała jazdę konną do perfekcji, zresztą jak wszystko, do czego się zabierała.

Mimo to świadomość, iż wracał do Angiers, sprawiała, że Rojerowi skręcało się w żołądku. Gdy rok temu wyjeżdżał stamtąd z Leeshą, zależało mu nie tylko na tym, by jej pomóc, ale i na ocaleniu własnego życia. Nie miał ochoty wracać, nawet u boku potężnych przyjaciół, tym bardziej że Gildia Minstreli dowie się, że młodzieniec żyje i ma się dobrze.

– Ma nadwagę? – zapytała niespodziewanie Leesha.

– Co?

– Książę Rhinebeck. Ma nadwagę? Dużo pije?

– Odpowiedź na oba pytania brzmi „tak”. Wygląda, jakby połknął beczkę piwa, co zresztą nie jest wielką przesadą.

Leesha zadawała mu pytania dotyczące księcia od rana, a jej umysł, który nigdy nie odpoczywał, już opracowywał diagnozę i możliwe lekarstwa, choć by mieć pewność, musiała najpierw księcia zobaczyć. Rojer wiedział, że to ważne zadanie, ale nie był w pałacu od dziesięciu lat i wiele z pytań poddało jego pamięć ciężkiej próbie. Nie miał pojęcia, czy jego odpowiedzi nadal są dokładne.

– Czy miewa problemy w łóżku?

– A skąd mam to wiedzieć, na Otchłań! – parsknął Rojer. – Przecież nie gustował w chłopcach!

Leesha zmarszczyła brwi i Minstrel momentalnie poczuł wstyd.

– Co cię gryzie, Rojer? – zapytała. – Od samego rana wydajesz się nieobecny.

– Nic – odburknął.

– Nie kłam. Nigdy nie byłeś w tym dobry.

– Chyba podróż tym traktem przywodzi wspomnienia z ubiegłego roku – powiedział.

– Tak, zewsząd złe wspomnienia – zgodziła się Leesha, zerkając na pobocze. – Wciąż mam wrażenie, że z drzew zeskoczą na nas bandyci.

– Nie przy tej obstawie – stwierdził Rojer, wskazując skinieniem głowy Wondę, która jechała przed nimi na lekkim kłusaku. Długi łuk zamocowany przy siodle kołysał się w rytmie kroków wierzchowca. Ani na chwilę nie zarzucała czujności, a jej bystre oczy i poznaczona bliznami twarz zwiastowały kłopoty każdemu, kto chciałby zatrzymać niewielką grupę podróżnych. Za Leeshą i Rojerem jechał Gared na ogromnym, ciężkim ogierze. Dzięki rozmiarom jeźdźca koń nie wydawał się wcale tak wielki. Nad ramionami Rębacza sterczały styliska toporów, których mógł dobyć w ułamku sekundy. Wonda i Gared byli doświadczonymi pogromcami demonów i przy nich Leeshy nie mogło zagrozić żadne niebezpieczeństwo ze strony śmiertelników.

Największym pocieszeniem, nawet w blasku słońca, było jednak towarzystwo Naznaczonego, który na czarnym ogierze prowadził niewielki orszak. Jak zwykle unikał gadania po próżnicy, ale sama jego obecność gwarantowała, że nikomu nie stanie się krzywda.

– Niepokoi cię szlak czy to, co znajduje się na jego końcu? – zapytała Leesha.

Rojer spojrzał na nią, zastanawiając się, jakim cudem odczytuje jego myśli.

– Co masz na myśli? – zapytał, choć sam dobrze znał odpowiedź.

– Nigdy nie mówiłeś, dlaczego trafiłeś do mojego szpitala w zeszłym roku, pobity niemalże na śmierć. Nie udałeś się też do straży w tej sprawie, nie poinformowałeś Gildii, że wciąż żyjesz, nawet po pogrzebie mistrza Jaycoba.

Rojer pomyślał o Jaycobie, który po śmierci mistrza Arricka stał się jedyną rodziną młodego Minstrela. Przygarnął go, gdy ten nie miał dokąd pójść, i położył własną reputację na szali, by otworzyć Rojerowi drzwi do kariery. Zapłacił jednak wysoką cenę za swą dobroć, gdyż został pobity na śmierć za wykroczenie popełnione przez Rojera.

Chłopak chciał się odezwać, ale głos go zawiódł, a łzy przesłoniły widok.

– Ciii... – szepnęła Leesha, ujmując jego dłonie i przyciągając go bliżej. – Porozmawiamy o tym, gdy będziesz gotów.

Rojer objął ją mocniej, wdychając słodki aromat jej włosów, i poczuł, jak znów ogarnia go spokój.

Gdy od miasta dzieliły podróżnych jeszcze dwa dni drogi i znaleźli się blisko miejsca, gdzie po raz pierwszy Rojer i Leesha spotkali Naznaczonego, ten niespodziewanie zawrócił konia i wjechał między drzewa.

Leesha uderzyła wierzchowca piętami i ruszyła przez las w ślad za Arlenem, aż się z nim zrównała. Naznaczony nie podążał wzdłuż żadnej ścieżki, a miejsca ledwie wystarczało dla dwóch jeźdźców obok siebie, przez co bez przerwy musieli kluczyć między drzewami lub uchylać się przed niższymi gałęziami. Gared zmuszony był zeskoczyć z siodła i iść pieszo.

– Dokąd zmierzamy? – zapytała Leesha.

– Po grymuary dla ciebie – odparł Naznaczony.

– Mówiłeś, że są w Angiers, jak mi się zdaje.

– W księstwie Angiers, nie w mieście – uśmiechnął się krzywo.

Wkrótce pojawiła się ścieżka, z początku wąziutka, lecz potem coraz szersza, co mogło się wydawać całkowicie naturalne. Leesha jednakże była Zielarką i na niczym nie znała się tak dobrze jak na roślinach.

– To ty ją stworzyłeś! – wykrzyknęła zdumiona. – Obalałeś drzewa i poszerzyłeś ścieżkę, a potem zamaskowałeś to, czego dokonałeś, by przejście nie rzucało się w oczy.

– Cenię sobie prywatność – odparł.

– Przecież to musiało trwać całe lata!

– Moja siła ma wiele zastosowań. – Naznaczony pokręcił głową. – Jestem w stanie obalić drzewo niemal tak szybko jak Gared i przeciągnąć łatwiej niż zaprzęg koni.

Ukryta ścieżka prowadziła w głąb lasu, ale nagle skręciła ostro w lewo. Naznaczony podążył jednak w prawo i znów zagłębił się między drzewa. Reszta bez słowa ruszyła za nimi, a gdy przebili się przez gąszcz, wszyscy aż westchnęli z podziwu.

W niewielkim jarze znajdował się kamienny mur, okryty bluszczem i mchem do tego stopnia, że z daleka był zupełnie niewidzialny.

– Niepojęte, że twoja kryjówka znajduje się tu, tak blisko drogi – rzekł Rojer.

– W tym lesie można znaleźć setki podobnych ruin – odparł Naznaczony. – Po Powrocie puszcza szybko odzyskała tereny zagarnięte przez człowieka. Posłańcy znają kilka takich miejsc i traktują jako punkty postojowe, ale wiele innych, jak choćby to, nie zostało odkrytych od wieków.

Jechali wzdłuż muru, aż natrafili na starą, zardzewiałą bramę. Naznaczony wyjął klucz z kieszeni, wsunął go do zamka i obrócił z cichym kliknięciem. Skrzydła rozchyliły się bezszelestnie.

W środku znajdowała się stajnia, która z zewnątrz wydawała się zapadniętą ruiną, ale ząb czasu oszczędził jej tylną część. Stał tam spory wóz z plandeką, a miejsca wystarczyłoby jeszcze dla czterech koni.

– To prawdziwy cud, że połowa stajni przetrwała tyle lat, a druga połowa nie – stwierdziła Leesha z krzywym uśmiechem i odsunęła kilka gałązek bluszczu, by obejrzeć świeże runy na ścianie. Naznaczony nie odezwał się ani słowem. Reszta również milczała, zajmując się oporządzeniem koni.

Podobnie jak reszta zabudowań, główny budynek już dawno zmienił się w ruinę. Dach się zapadł i cała konstrukcja wyglądała niepewnie, jakby w każdej chwili miała się zawalić. Naznaczony poprowadził jednakże towarzyszy do domu służby, który wedle standardów ludzi pochodzących ze wsi do małych nie należał. Dom ten był również częściowo zawalony, podobnie jak stajnia, ale drzwi, przez które wpuścił ich Naznaczony, okazały się ciężkie, grube i zamknięte na klucz. Prowadziły zaś do sporej izby, przekształconej w warsztat. Wszędzie zalegał sprzęt do wykonywania runów, zapieczętowane słoje z atramentem i farbą, najrozmaitsze niedokończone projekty i sterty arkuszy.

Przy palenisku stał niewielki kredens. Leesha otworzyła go, a w środku znalazła jeden kubek, jeden talerz, miskę i łyżkę. W garnku nad paleniskiem znajdowała się deska do krojenia, w której tkwił nóż.

– Jak tu zimo – szepnęła. – Cóż za samotne miejsce...

– Nie ma tu nawet łóżka – mruknął Rojer. – Musiał spać na podłodze.

– A ja sądziłam, że w chacie Bruny toczę samotne życie – dodała Leesha. – To jednak...

– Chodźcie tu. – Naznaczony podszedł do kąta, gdzie stała biblioteczka. Mebel natychmiast przykuł uwagę Leeshy.

– To twoje grymuary? – zapytała, nie kryjąc podniecenia.

Naznaczony zerknął na półkę i pokręcił głową.

– Nie ma tu nic wartościowego. Zwykłe runy i książki, historia, podstawowe mapy. Znajdziesz to samo w biblioteczce każdego szanującego się Posłańca czy Patrona Runów.

– A zatem gdzie... – zaczęła Leesha, ale w tym momencie Naznaczony wybrał miejsce na podłodze, które na pierwszy rzut oka niczym nie różniło się od innych, i uderzył mocno piętą w określony punkt. Koniec deski zapadł się, lecz przeciwległy się uniósł, ukazując niewielki metalowy pierścień. Naznaczony złapał za obręcz i pociągnął. Deski zadrżały i okazało się wówczas, że kilka z nich tworzy doskonale zamaskowaną klapę o nierównych krawędziach i szczelinach wypełnionych trocinami.

Naznaczony zapalił latarnię i zszedł na dół, a Leesha, Rojer, Gared i Wonda udali się za nim. Znaleźli się w sporej piwnicy o kamiennych ścianach, gdzie powitał ich chłód, choć powietrze było suche.

W półmroku majaczył korytarz, odchodzący w kierunku zrujnowanego głównego domu, przegrodzony zwalonym skalnym blokiem. Uwagę wszystkich przykuła jednakże ogromna ilość runicznej broni – topory, włócznie różnej długości, halabardy i noże, co do jednego pokryte starannie wyrytymi runami, wisiały na ścianach lub stały w stosach, a obok nich tuziny bełtów do kusz i tysiące, dosłownie tysiące strzał powiązanych w pęczki.

Znajdowały się tam również rozmaite trofea, takie jak czaszki demonów, rogi i szpony, a oprócz nich wyszczerbione tarcze i złamane włócznie. Gared i Wonda kreślili runy w powietrzu.

– Łap! – rzekł Naznaczony do Wondy, wręczając jej pęk strzał. Wzdłuż promienia i metalowego grotu ciągnęły się wykaligrafowane starannie runy. – Będą razić otchłańców o wiele dotkliwiej od tych, które nosisz w kołczanie.

Wonda przyjęła dar drżącymi rękoma. Nie mogąc wykrztusić ani słowa, ukłoniła się tylko, a Naznaczony odpowiedział tym samym. Następnie zwrócił się do Gareda.

– Pozwól tu – powiedział, a gdy olbrzym podszedł, ujął ciężką maczetę, której ostrze pokryte było setkami niewielkich runów, i wręczył mu ją rękojeścią do przodu. – Ta zabawka przerąbie kończynę drzewnego demona jak pęd winorośli.

Gared opadł na kolana.

– Wstawaj – warknął Naznaczony. – Nie jestem żadnym cholernym Wybawicielem!

– Przecież cię tak nie nazwałem – rzekł Gared ze spuszczonym wzrokiem. – Wiem tylko, że przez całe życie byłem samolubnym głupkiem, ale gdy przybyłeś do Zakątka, ujrzałem słońce. Zrozumiałem, że pozwoliłem, by zaślepiła mnie moja własna duma i... I żądze – przy tych słowach zerknął przelotnie na Leeshę. – Stwórca dał mi mocne ramiona, bym mógł zabijać demony, a nie po to, bym spełniał swoje zachcianki.

Naznaczony wyciągnął dłoń i pomógł mu wstać. Gared może i ważył grubo ponad sto kilogramów, lecz w tej chwili był słaby i bezwolny jak dziecko.

– Być może ujrzałeś słońce, Gared – powiedział. – Nie oznacza to jednak, że to ja ci je pokazałem. Dzień wcześniej straciłeś ojca. Każdy człowiek dorósłby po takich przeżyciach. No, a teraz pokaż, co w życiu jest naprawdę ważne.

Znów podał mu maczetę, a Gared ją ujął. Było to imponujące ostrze, ale w jego ogromnej garści wyglądało na niewiele większe od sztyletu. Rębacz zdumiony przyjrzał się misternym szeregom runów.

Naznaczony zwrócił się do Leeshy.

– Grymuary są tam – wskazał kilka półek po drugiej stronie pokoju.

Dziewczyna natychmiast ruszyła, lecz wojownik pochwycił ją za ramię.

– Jak ci pozwolę tam podejść, przepadniesz na co najmniej dziesięć godzin.

Zielarka zmarszczyła brwi. Zależało jej tylko na tym, by wyrwać się i pogrążyć w lekturze ciężkich, oprawionych w skórę tomów, ale opanowała pragnienie. Przecież to nie był jej dom.

– Zabierzemy te księgi w drodze powrotnej – obiecał Naznaczony. – Mam parę kopii, które dostaniesz na własność.

– Każdy coś dostał prócz mnie? – odezwał się Rojer.

– Znajdziemy coś i dla ciebie – uśmiechnął się Naznaczony i wszedł w zawalony korytarz. Zagradzający przejście kamień zwornikowy, który osunął się ze sklepienia, wyglądał na ciężki, ważący setki kilogramów, ale mężczyzna uniósł go bez trudu i poprowadził towarzyszy ku ciężkim, zakluczonym drzwiom ukrytym w ciemnościach.

Wyciągnął kolejny klucz i obrócił go w zamku, a gdy drzwi się otworzyły, wszedł do środka. Dotknął lampy przy drzwiach, a ta natychmiast rozbłysła, światło odbiło się od ogromnych luster rozstawionych w pomieszczeniu. W komnacie natychmiast zrobiło się widno jak w dzień i wszyscy aż westchnęli z zachwytu.

Kamienną podłogę zaściełały grube, bogate dywany, wyblakłe od starości. Na ścianach wisiały tuziny obrazów, przedstawiających zapomnianych już ludzi i zapomniane wydarzenia, istne arcydzieła w pozłacanych ramach, a między nimi oprawione w metal lustra i wypolerowane do połysku meble. Wszędzie porozstawiano beczki na deszczówkę, z których aż się wylewały starożytne monety, klejnoty i biżuteria. Tu i ówdzie leżały machiny niewiadomego przeznaczenia, niektóre częściowo rozebrane, nad nimi zaś wznosiły się marmurowe posągi i popiersia, widać też było instrumenty muzyczne oraz inne niezliczone skarby. Wszędzie też stały biblioteczki.

– Jak to możliwe? – zapytała Leesha.

– Otchłańce nie dbają o bogactwa – odparł Naznaczony. – Posłańcy ogołocili do czysta łatwo dostępne ruiny, ale nikt nie zliczy miejsc, których nigdy nie odwiedzili. Istnieją całe miasta, w których niepodzielnie rządzą demony. Ja tylko spróbowałem ocalić to, co przetrwało walkę z żywiołami.

– Jesteś bogatszy od wszystkich książąt razem wziętych – rzekł oszołomiony Rojer.

– Nie na wiele mi się to przydaje – wzruszył ramionami Naznaczony. – Bierz, co chcesz.

Rojer zakrzyknął z entuzjazmem i zaczął biegać po komnacie, przeczesując palcami sterty bogactw, podnosząc rzeźby i starożytną broń. Zagrał kilka tonów na mosiężnym rogu, a potem zanurkował za pękniętą rzeźbę, skąd wynurzył się ze skrzypcami. Struny już przegniły, ale drewno nadal było mocne i wypolerowane. Minstrel zaśmiał się i z triumfem uniósł znalezisko.

Gared rozejrzał się bacznie.

– W tej drugiej komnacie podobało mi się bardziej – mruknął. Wonda kiwnęła głową, zgadzając się z nim w zupełności.

Bramy Fortu Angiers były zamknięte.

– W ciągu dnia? – zdziwił się Rojer. – Zazwyczaj stoją otworem dla drwali i ich zaprzęgów.

Powoził teraz wozem z kryjówki Naznaczonego. Do wozu zaprzężono konia Leeshy. Dziewczyna siedziała za Rojerem, wśród worów z książkami i innymi przedmiotami, których celem było zamaskowanie drugiego dna. W specjalnie stworzonej skrytce znajdowało się sporo runicznej broni i jeszcze więcej złota.

– Może Rhinebeck bierze krasjańskie zagrożenie poważniej, niż sądzimy – stwierdziła Leesha.

W istocie, gdy podróżni podjechali bliżej, ujrzeli strażników uzbrojonych w naładowane kusze i cieśli wykańczających otwory strzelnicze w niższych partiach murów. Bramy, których niegdyś strzegło dwóch ludzi, teraz obsadzone były przez kilkunastu zbrojnych, czujnych i trzymających włócznie w pogotowiu.

– Opowieść Maricka zapewne wywołała panikę – zgodził się Naznaczony. – Ale założę się, że zadaniem strażników jest nie tyle odpieranie krasjańskich ataków, co powstrzymywanie napływu uchodźców.

– Przecież książę nie odmówiłby tym ludziom schronienia! – oburzyła się Leesha.

– Czemu nie? – spytał Naznaczony. – Książę Euchor gdzieś ma żebraków, którzy co noc śpią na pozbawionych runów ulicach Miln.

– Hej, wy! Co was sprowadza do miasta? – wykrzyknął strażnik. Naznaczony naciągnął mocniej kaptur na twarz i ukrył się na tyłach grupy.

– Przybywamy z Zakątka Wybawiciela! – zawołał Rojer. – Jestem Rojer Bezpalcy, Minstrel z licencją Gildii, a oto są moi towarzysze.

– Bezpalcy? – zapytał strażnik. – Ten skrzypek?

– Tenże sam! – zawołał Rojer, unosząc podarowany mu przez Naznaczonego instrument, już z nowymi strunami.

– Słyszałem raz, jak grasz – burknął strażnik. – A reszta?

– To Leesha, Zielarka z Zakątka, swego czasu podwładna pani Jizell ze szpitala w Angiers. – Rojer wskazał dziewczynę. – Reszta to Rębacze, którzy stanowią naszą eskortę: Gared, Wonda i, eee... Flinn.

Wonda syknęła pod nosem. To samo imię nosił jej ojciec, który zginął w bitwie o Zakątek Drwali ledwie rok temu. Rojer natychmiast pożałował, że przyciągnął uwagę do Naznaczonego.

– Dlaczego zakrywa twarz? – Strażnik wskazał na towarzysza Minstrela.

Rojer pochylił się i szepnął:

– Jego twarz, niestety, została poznaczona szponami demonów. Nie lubi pokazywać swojego kalectwa.

– Czy to prawda, co ludzie mówią? Czy w Zakątku naprawdę zabija się demony? Podobno sam Wybawiciel tam zstąpił, przynosząc wojenne runy z dawnych lat.

– Ten tu Gared osobiście zabił całe tuziny demonów. – Rojer wskazał towarzysza.

– Czegóż bym nie oddał, by takie runy wymalowano mi na włóczni – oznajmił inny strażnik.

– Przybyliśmy tu na handel. Twoje marzenie spełni się szybciej, niż ci się wydaje.

– To właśnie wieziecie? – zapytał strażnik. – Broń?

Słysząc te słowa, kilku zbrojnych podeszło bliżej, by przyjrzeć się ładunkowi.

– Nie, broni nie mamy – rzekł Rojer, choć w gardle mu zaschło na myśl o skrytce.

– Nie, to chyba tylko książki z runami – rzucił któryś z żołnierzy, otwarłszy jeden z worków.

– Należą do mnie – oznajmiła Leesha. – Jestem Patronką Runów.

– Przed chwilą słyszałem, że jesteś Zielarką.

– Pełnię obie funkcje – odparła dziewczyna.

Żołnierz spojrzał na nią, a potem na Wondę i pokręcił głową.

– Kobiety walczą i zajmują się runami, nie do pomyślenia – parsknął. – W tych wsiach na wszystko im się pozwala.

Leesha aż się zjeżyła, ale Rojer uspokoił ją, kładąc dłoń na ramieniu.

Inny strażnik podszedł do Naznaczonego, siedzącego na grzbiecie Nocnego Tancerza. Większość wspaniałej zbroi ogiera została usunięta, lecz mimo to rumak zwracał na siebie uwagę, podobnie jak jego jeździec. Zbrojny zbliżył się, próbując zajrzeć pod kaptur Naznaczonego. Ten jak na życzenie uniósł nieco głowę i słońce na chwilę oświetliło mu twarz.

Strażnik aż sapnął, cofnął się o krok, a potem popędził do swego zwierzchnika, nadal rozmawiającego z Rojerem. Szepnął dowódcy kilka słów do ucha i porucznik wytrzeszczył oczy.

– Otworzyć bramę! – zawołał. – Niech wjeżdżają!

Machnął kilkakrotnie i skrzydła rozchyliły się zapraszająco.

– Nie jestem pewien, czy poszło dobrze, czy źle – rzekł Rojer.

– Co się stało, to się nie odstanie – skomentował Naznaczony. – Ruszajmy, zanim rozniosą się plotki.

Wjechali na zatłoczone ulice wyłożone brukiem, by uniemożliwić otchłańcom powstanie w obrębie bariery chroniącej miasto. Panowała tu taka ciżba, że musieli zeskoczyć z siodeł i prowadzić wierzchowce, co znacznie spowolniło marsz, ale też pozwoliło Naznaczonemu skryć się między końmi lub za wozem.

O tym, by przeszli niespostrzeżenie, nie było jednak mowy.

– Jesteśmy śledzeni – oznajmił w pewnym momencie Naznaczony, gdy ulica stała się na tyle szeroka, by mógł się zrównać z wozem. – Jeden ze strażników podąża za nami od bramy.

Rojer obejrzał się i dostrzegł w oddali mundur, zanim strażnik skrył się za straganem.

– Co robimy? – zapytał.

– Przecież nie mamy wyboru – stwierdził Naznaczony. – Ostrzegłem cię tylko po to, byś wiedział.

Rojer dobrze znał labirynt uliczek Angiers i poprowadził towarzyszy okrężną drogą przez najbardziej zatłoczone dzielnice, mając nadzieję na zgubienie pościgu. Co chwila zerkał przez ramię, udając, że podziwia mijane kobiety lub towary sprzedawców, ale nadal dostrzegał mundur podążającego za wozem strażnika.

– Nie możemy tak krążyć w nieskończoność, Rojer – rzekła w końcu Leesha. – Udajmy się lepiej do Jizell, zanim zrobi się ciemno.

Rojer skinął głową i zawrócił wóz do szpitala, który wkrótce ukazał się ich oczom. Była to pokaźna, dwupiętrowa budowla, wykonana niemalże w całości z drewna, jak wszystkie inne budynki w Angiers. Z boku znajdowała się niewielka stajnia dla gości.

– Pani Leesha? – zapytała ze zdumieniem dziewczyna zajęta sprzątaniem stajni.

– Tak, to ja, Roni – uśmiechnęła się Leesha. – Ależ ty wyrosłaś! Przykładałaś się do nauki podczas mojej nieobecności?

– Och, tak, pani! – odparła Roni, ale jej spojrzenie umknęło już ku Rojerowi, a potem ku Garedowi. Jako uczennica rokowała wielkie nadzieje, ale zanadto intrygowali ją mężczyźni. Liczyła sobie piętnaście lat i była w pełni dojrzała, gdyby przyszła na świat na wsi, zapewne już dochowałaby się własnych dzieci, lecz w Wolnych Miastach kobiety wydawano za mąż później i Leesha była z tego zadowolona.

– Biegnij powiedzieć pani Jizell, że przyjechaliśmy – powiedziała. – Nie miałam czasu napisać, stąd może nie mieć dla nas miejsca.

Roni skinęła głową i wybiegła ze stajni. Niedługo potem, gdy przybysze oporządzali wierzchowce, usłyszeli za plecami krzyk:

– Leesha!

Dziewczyna odwróciła się i znalazła w objęciach pani Jizell. Jizell, która niebawem miała ukończyć sześćdziesiąty rok życia, pomimo swej tuszy nadal promieniała energią. Podobnie jak Leesha w przeszłości pobierała nauki od Bruny, a szpitalem w Angiers zarządzała od ponad dwudziestu lat.

– Dobrze cię widzieć! – oznajmiła i cofnęła się nieco. Na szczęście, gdyż szczuplutkiej, zgniecionej w uścisku Leeshy zaczynało już brakować tchu.

– Dobrze wrócić na stare śmieci! – odparła z uśmiechem Zielarka.

– Och, i młody pan Rojer! – zagrzmiała Jizell i przygarnęła nieszczęsnego chłopaka do obfitej piersi, miażdżąc go w podobnym uścisku jak wcześniej Leeshę. – Jestem twoją dłużniczką, gdyż nie dość, że odprowadziłeś Leeshę do Zakątka, to jeszcze przywiodłeś mi ją z powrotem!

– To drobiazg – odparł Rojer. – Jestem winien wam obu więcej, niż potrafię spłacić.

– Możesz zacząć odpracowywać dług, przygrywając dziś wieczór pacjentom.

– Jeśli nie masz gdzie nas przenocować, nie będziemy się narzucać – odezwała się Leesha. – Możemy zatrzymać się w gospodzie.

– Prędzej mnie Otchłań pochłonie – sprzeciwiła się Jizell. – Zostaniecie tutaj i nie ma o czym mówić. Mamy sporo spraw do omówienia, a poza tym dziewczęta będą chciały cię ujrzeć.

– Dziękuję – uśmiechnęła się Leesha.

– Dobrze, a kim są twoi towarzysze? – Jizell już zwróciła się ku pozostałym. – Zaraz, pozwól mi odgadnąć – powiedziała, nim dziewczyna zdążyła otworzyć usta. – Przekonajmy się, czy wiernie opisujesz ludzi w swoich listach.

Zmierzyła wzrokiem Gareda i odchyliła nieco głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Ty to pewnie jesteś Gared Rębacz – odgadła.

– Tak, proszę pani – ukłonił się olbrzym.

– Z postury przypominasz niedźwiedzia, ale co za maniery! – oznajmiła Jizell i klepnęła go w muskularne ramię. – Chyba się zaprzyjaźnimy.

Następnie odwróciła się ku Wondzie, nie dając po sobie poznać, że widzi czerwone blizny na twarzy młodej kobiety.

– Wonda, ma się rozumieć? – zapytała.

– Tak, proszę pani – ukłoniła się łuczniczka.

– Wygląda na to, że Zakątek jest pełen miłych olbrzymów – stwierdziła Jizell. Wedle angieriańskich standardów do niskich nie należała, ale Wonda i tak górowała nad nią wzrostem. – Witaj!

– Dziękuję, pani – odparła Wonda.

Wreszcie Jizell zwróciła się ku Naznaczonemu, który nadal skrywał twarz.

– Ty, jak sądzę, nie wymagasz przedstawienia – rzekła. – Przyjrzyjmy ci się zatem.

Luźne rękawy Naznaczonego opadły do łokci, gdy uniósł ręce, by zdjąć kaptur. Oczy Jizell rozwarły się szerzej na widok tatuaży, ale ujęła dłonie mężczyzny, ścisnęła je serdecznie i spojrzała mu w oczy.

– Dziękuję ci za uratowanie życia Leeshy – powiedziała, a potem, nim zdążył zareagować, uścisnęła go mocno.

Zaskoczony spojrzał na Leeshę, otwartość starszej Zielarki wprawiła go w zakłopotanie.

– A teraz, skoro reszta z was zajmuje się końmi, chciałabym zamienić kilka słów z Leeshą na osobności – oznajmiła Jizell, a gdy wszyscy skinęli głowami, wprowadziła dawną podopieczną do szpitala.

Miejsce to było dla dziewczyny domem przez wiele lat i od razu poczuła radość na widok ciepłych znajomych wnętrz, choć szpital wydał jej się mniejszy niż rok temu.

– Twój pokój jest nadal taki, jak go zapamiętałaś – rzekła Jizell, jakby czytała jej myśli. – Kadie i kilka starszych dziewczyn ciągle na to narzekają, ale jeśli o mnie chodzi, to twój pokój, chyba że zdecydujesz inaczej. Możesz tam spać, a pozostałych umieścimy na wolnych łóżkach w salach pacjentów.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– No, chyba że chciałabyś zaprosić kogoś ze swoich towarzyszy do siebie – dodała z porozumiewawczym mrugnięciem.

Leesha wybuchnęła śmiechem. Jizell nie zmieniła się nic a nic i nadal uparcie wyszukiwała dla niej partnera.

– Nie, dziękuję – odparła Leesha.

– Cóż za marnotrawstwo! – rzekła Jizell. – Mówiłaś, że ten Gared to przystojniak, ale słowem się nie zająknęłaś, jak jest zbudowany, a połowa Opiekunów i Minstreli w mieście szepcze, że twój Naznaczony to Wybawiciel. O Rojerze nie wspomnę, bo z takiej zdobyczy każda dziewczyna byłaby rada, a obie wiemy, jaką ma na ciebie ochotę.

– Jesteśmy z Rojerem przyjaciółmi – powiedziała Leesha. – To samo się tyczy pozostałych.

Jizell wzruszyła ramionami i zmieniła temat:

– Dobrze, że wróciłaś do domu.

– Nie na długo, Jizell. – Leesha położyła jej dłoń na ramieniu. – Moim domem jest teraz Zakątek Wybawiciela. Wieś się rozrosła w niewielkie miasto i każda Zielarka im się przyda. Nie stać mnie na długi pobyt u ciebie.

– Nie dość, że Zakątek zabrał mi Vikę, to teraz jeszcze ciebie – westchnęła Jizell. – Jeśli tak dalej pójdzie, równie dobrze mogę sprzedać kram i otworzyć sklep w Zakątku.

– Przydałyby się dodatkowe Zielarki, ale nie zaraz. Liczba uchodźców, których gościmy, trzykrotnie przewyższa liczbę mieszkańców. To teraz nie miejsce dla ciebie i dziewczyn.

– Lub miejsce, gdzie przydamy się najbardziej.

– Obawiam się, że jeszcze trochę, a będziecie mieć aż nadto uchodźców tutaj, w Angiers – pokręciła głową Leesha.

17

Zachować pozory

333 ROK PLAGI, WIOSNA

Otwierać, w imię księcia! – zabrzmiało tuż po świcie, a potem rozległo się walenie do drzwi, wciąż zamkniętych na noc.

Jizell oraz jej goście, nadal siedzący przy stole jadalnym, zamarli. Byli sami, gdyż uczennice już dawno spożyły posiłek, a teraz podawały jedzenie pacjentom.

Rojer odniósł wrażenie, że upłynęły długie minuty, ale w rzeczywistości po ledwie kilku sekundach Jizell otarła usta i wstała.

– Cóż, trzeba zobaczyć, o co tam chodzi. Nie wstawajcie, proszę, i dokończcie posiłek. Nie wiem, czego chce książę, ale nie warto stawiać temu czoła z pustym żołądkiem.

Wygładziła suknię i podeszła do drzwi. Ledwie wyszła z kuchni, a Rojer zerwał się i przylgnął do framugi, by podsłuchać rozmowę.

– Gdzie on jest? – zabrzmiał niski męski głos, gdy tylko Jizell otworzyła.