Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 495 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pustynna włócznia. Księga 1 - Peter V. Brett

Sto tysięcy ludzi walczących ramię w ramię liczy się o wiele więcej niż sto milionów kulących się ze strachu.

Dlaczego cierpimy? Przez alagai!

Dlaczego Hannu Pash jest konieczna? Przez alagai! Bez alagai cały ten świat byłby niebiańskim rajem, spoczywającym w objęciach Everama...

Jaki masz cel w życiu? Chcę zabijać alagai!

A jak umrzesz? W szponach alagai! Dal`Sharum nie umierają w łóżkach ze starości! Nie padają ofiarą słabości bądź głodu! Dal`Sharum giną w bitwie, walczą, póki nie zasłużą na raj.

Śmierć alagai! Chwała Everamowi!

Opinie o ebooku Pustynna włócznia. Księga 1 - Peter V. Brett

Fragment ebooka Pustynna włócznia. Księga 1 - Peter V. Brett

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Spis cyklu
Prolog. Demony umysłu
Część I. Niehonorowe zwycięstwo
Fort Rizon
Abban (fragment)
Chin
Rozstanie z bido
Jiwah Ka
Fałszywy prorok
Człowiek z zielonych krain
Par’chin
Shar’Dama Ka
Kha’Sharum
Słońce Anocha
Część II. Siły z zewnątrz
Wiedźmy
Renna
Wychodek
Opowieść Maricka
Karta redakcyjna
Okładka

Spis cyklu

Malowany człowiek – księga 1Malowany człowiek – księga 2Pustynna Włócznia – księga 1Pustynna Włócznia – księga 2Wojna w Blasku Dnia – księga 1Wojna w Blasku Dnia – księga 2

Dla Daniego i Cassie

Prolog

Demony umysłu

333 ROK PLAGI, ZIMA

W nocy przed nowiem, gdy panowały ciemności tak głębokie, że znikł nawet wąziutki rożek księżyca, w czerni za niewielkim zagajnikiem z Otchłani zaczęło się sączyć prawdziwe zło.

Mroczna mgła gęstniała powoli, aż ukształtowała się w parę gigantycznych demonów o szorstkiej brunatnej skórze poznaczonej sękami i guzami niczym kora drzewa. Zgarbione, mierzyły sobie dziewięć stóp wzrostu, a ich zakrzywione szpony wbijały się głęboko w zamarzniętą ziemię. Stwory stały nieruchomo i węszyły. Ich czarne oczy śledziły otoczenie, a w gardzielach narastał głuchy warkot.

Usatysfakcjonowane, demony rozdzieliły się i przycupnęły, gotowe do skoku. Za nimi mrok gęstniał i rozlewał się na runo leśne. Wtedy pojawiła się kolejna para eterycznych kształtów.

Były smukłe i drobne, mierzyły najwyżej pięć stóp wzrostu, a ich ciemna skóra była gładka, w przeciwieństwie do zniekształconych pancerzy ich większych braci. Szpony wieńczące delikatne palce wydawały się kruche, cienkie i proste niczym wymodelowane paznokcie kobiety. Oblicza nowych przybyszów były płaskie, pozbawione pysków, a w ustach widniały rzędy ostrych zębów.

Istoty miały wielkie oczy bez powiek, a głowy ogromne, wręcz rozdęte, ze stożkowato zwieńczonymi, wysokimi czaszkami. Skórę ich znaczyły guzy oraz żyły, pulsujące wokół drobnych rogów.

Przez dłuższą chwilę obaj przybysze wpatrywali się w siebie. Ich czoła pulsowały, jakby powietrze między nimi przeszywały wibracje.

Jeden z większych demonów dostrzegł ruch w krzakach. Doskoczył i z przerażającą prędkością wyłowił szczura z kryjówki. Uniósł go wyżej i przyjrzał mu się z zaciekawieniem. W tej samej chwili jego pysk upodobnił się do szczurzego. Nos i wąsy przeszyła seria skurczy, gdy z górnej szczęki wyrosły dwa długie siekacze. Język potwora prześlizgnął się po zębach, jakby badał ich ostrość.

Jeden z mniejszych demonów odwrócił się, by przyjrzeć się znalezisku. Zmiennokształtny wyszarpnął szponem wnętrzności gryzonia, po czym odrzucił na bok truchło. Na rozkaz swego księcia obaj zmiennokształtni przeobrazili się w ogromne wichrowe demony.

Demony umysłu aż zasyczały, gdy wyszły z zakątka, gdzie panowały absolutne ciemności, w blask gwiazd. Światło im nie przeszkadzało. Z ich ust dobyły się chmurki pary. Zostawiając pazurzaste ślady w śniegu, podeszły do zmiennokształtnych. Większe demony pochyliły się nisko, by książęta mogli wspiąć się na ich grzbiety. W chwilę później wzbiły się w powietrze.

W drodze na północ otchłańce minęły wiele innych demonów. Bez względu na to, czy małe czy duże, wszystkie kuliły się, aż książęta przelecieli dalej, ale bez wahania ruszały za zewem, który nadal wibrował w powietrzu.

Zmiennokształtni wylądowali na wysokim wzniesieniu, a demony umysłu zsunęły się z ich grzbietów, by popatrzeć na widok u swoich stóp. Na równinie obozowała ogromna armia, rozliczne namioty odcinały się nieskazitelną bielą od zabłoconego śniegu, który zamarzał z nadejściem nocy. Wielkie, garbate zwierzęta juczne stały spętane w kręgach mocy, przykryte kocami dla ochrony przed zimnem. Runy wokół obozu były mocne, lecz nad bezpieczeństwem czuwały też grupy strażników o twarzach owiniętych w czarne płótno. Nawet z tej odległości demony umysłu czuły moc bijącą od runicznej broni wartowników.

Za runami chroniącymi obóz widać było leżące pokotem ciała demonów, oczekujących na wschód dziennej gwiazdy i śmierć w płomieniach.

Jako pierwsze na wzniesienie, gdzie zatrzymali się książęta, dotarły demony ognia. Utrzymując nakazany szacunkiem dystans, rozpoczęły swój taniec podziwu i oddania, wywrzaskując wyrazy uwielbienia.

Wystarczyło, by przez czoło władcy przemknął pojedynczy impuls, a demony natychmiast ucichły. Noc spowiła śmiertelna cisza, pomimo że zastęp demonów, zwabionych książęcym zewem, rósł z każdą chwilą. Demony ognia i drzew stały ramię w ramię, zapomniawszy o nienawiści rasowej, a demony wichrowe krążyły nad ich głowami.

Demony umysłu o pulsujących czołach nie zwracały uwagi na rosnące zgromadzenie. Spojrzenia wbiły w równinę u swych stóp. Po chwili jeden zerknął na zmiennokształtnego, przekazując mu swe życzenie, i ciało podwładnego natychmiast zaczęło topnieć i się rozdymać, aż uformowało się w ogromnego demona skał. Zebrane istoty w ciszy ruszyły za nim w dół zbocza.

Obaj książęta pozostali na wzniesieniu w towarzystwie drugiego zmiennokształtnego. Tylko patrzyli.

Gdy byli już blisko obozu, nadal skryci w mroku, zmiennokształtny zwolnił i skinął, puszczając przodem ogniste demony ognia, najmniejsze i najsłabsze ze wszystkich przybyszów z Otchłani. Ich ślepia zajaśniały ogniem, a z pysków strzeliły płomienie. Wartownicy dostrzegli je natychmiast, ale demony ognia były szybkie, o wiele za szybkie, i nim ludzie wszczęli alarm, przypadły do runów, ziejąc płomieniem.

Ognista ślina zasyczała w zetknięciu z runami, ale na rozkaz demonów umysłu atakujące demony skupiły się na śniegu, który ludzie wygarnęli na granice obozu. Oddechy napastników błyskawicznie zamieniały śnieg w parę. Wartowników chroniły runy, ale wokół obozowiska buchnęły kłęby gęstej mgły, parzącej oczy i gardła nawet przez zawoje.

Jeden ze strażników puścił się biegiem przez obóz, uderzając w głośny dzwon. Pozostali nieustraszenie wyskakiwali za runiczną barierę i atakowali najbliższe demony. Iskry aż się sypały, gdy magiczna broń przebijała ostre, nachodzące na siebie łuski.

Pozostałe demony przypuszczały ataki z flanek, ale ludzie walczyli zespołowo, chroniąc się nawzajem runicznymi tarczami. Wewnątrz obozu rozległy się krzyki, na pomoc walczącym już spieszyli kolejni wojownicy.

Lecz wtedy pod osłoną mgły i ciemności ruszył hufiec dowodzony przez zmiennokształtnego. Triumfalne okrzyki wartowników w jednej chwili przeszły we wrzask przerażenia, gdy demony wychynęły z mgieł.

Prowadzący hufiec zmiennokształtny jako pierwszy obalił człowieka ciężkim ogonem. Kiedy nieszczęśnik padł, demon pochwycił go za nogę i poderwał. Kręgosłup strażnika pękł z trzaskiem.

Ludzi, którzy stanęli na drodze zmiennokształtnemu, zmiażdżyło ciało zabitego kamrata.

Pozostałe demony ruszyły do ataku, lecz z kapryśnym szczęściem. Nie zdążyły wykorzystać przewagi i choć pokonały wartowników, zmarnowały sporo cennego czasu na rozszarpywanie ciał, zamiast szykować się do natarcia na resztę ludzi.

Z obozowiska wybiegało coraz więcej mężów o przesłoniętych twarzach, którzy bez namysłu wpadali między demony i zabijali je z płynną brutalnością. Runy pokrywające ich ostrza i tarcze rozbłyskiwały w ciemnościach.

Demony umysłu ze wzniesienia beznamiętnie przyglądały się bitwie. Nie przejmowały się, że tak wielu sposród ich pobratymców pada ofiarą wrogich włóczni. Przez skroń jednego z nich przemknął impuls, który posłał rozkaz zmiennokształtnemu na polu walki.

Ten błyskawicznie cisnął trupem w jeden ze słupów runicznych wokół obozu, przewracając go i tworząc tym samym wyłom. Kolejny impuls sprawił, że walczące potwory oderwały się od ludzi i wdarły do wrogiego obozowiska.

Zaskoczeni wojownicy odwrócili się i ujrzeli, jak demony ognia skaczą wokół namiotów, które zaczynają płonąć, usłyszeli wrzaski kobiet i dzieci, gdy otchłańce przedarły się przez osmalone runy wewnętrzne.

Poniósł się wielki krzyk, gdy wojownicy runęli na ratunek bliskim. Szeregi się załamały. W okamgnieniu zwarte, waleczne oddziały ludzi rozpadły się na tysiące jednostek, niewiele groźniejszych od innych ofiar.

Zanosiło się na to, że lada chwila obóz zostanie zniszczony i spalony do cna. Nagle z namiotu w centrum obozu wyłoniła się samotna postać. Podobnie jak wojownicy mężczyzna nosił czarne ubranie, lecz płaszcz i zawój miał śnieżnobiałe. Nad brwiami połyskiwała mu wąska złota korona, a w dłoni błyszczała metalowa włócznia. Książęta aż zasyczeli na jego widok, wojownicy zaś zaczęli wiwatować. Demony umysłu skrzywiły się z pogardą, słysząc chrząknięcia i skomlenia, którymi ludzie się porozumiewali. Oni pojmowali jednak, co się dzieje: wojownicy to szeregowe demony, a ten mężczyzna był ich umysłem.

Pojawienie się charyzmatycznego przybysza sprawiło, że zbrojni na powrót zwarli szyki. Jeden z oddziałów ruszył, by zablokować wyłom. Dwa kolejne rzuciły się do walki z ogniem. Następny odprowadził bezbronnych w bezpieczne miejsce.

Pozostałe zaś ruszyły naprzód, oczyszczając obóz z demonów, które nie były już w stanie stawić czoła ludziom. Po zaledwie kilku chwilach ziemię zasłały ciała demonów. Zmiennokształtny, wciąż pod postacią demona skał, wkrótce pozostał sam na placu boju. Poruszał się zbyt szybko, by włócznie mogły mu zagrozić, ale nie zdołał się przebić przez tarcze bez ujawniania swej prawdziwej natury.

Kolejny impuls sprawił, że zmiennokształtny rozpłynął się, zniknął wśród cieni i wymknął się przez niewielką lukę między runami ochronnymi. Ludzie nadal przetrząsali obóz, gdy ten stanął już u boku swego pana.

Oba smukłe demony stały jeszcze przez jakiś czas na wzniesieniu, przesyłając sobie bezgłośne wibracje. Potem odwróciły się ku Północy, gdzie ponoć działał inny równie wybitny ludzki umysł.

Jeden z demonów umysłu odwrócił się do swego zmiennokształtnego, który klęczał pod postacią ogromnego wichrowego demona, i wspiął się na jego rozpostarte szeroko skrzydła. Wkrótce zniknął w mroku nocy, tymczasem drugi książę raz jeszcze spojrzał na obozowisko wroga, nadal spowite dymem.

Część I

NIEHONOROWE ZWYCIĘSTWO

1

Fort Rizon

333 ROK PLAGI, ZIMA

Mury otaczające Fort Rizon, wysokie na dziesięć stóp, lecz grube zaledwie na jedną, zakrawały na kpinę. System obronny miasta prezentował się gorzej niż w najpodlejszym z pałaców Damaji. Sieciarze nie potrzebowali nawet wzmocnionych stalą drabin, większość po prostu wspinała się po występach muru i przechodziła bez wysiłku na drugą stronę.

– Ludzie tak słabi i niedbali wręcz proszą się o to, by ich podbić – rzekł Hasik.

Jardir parsknął, ale nie powiedział ani słowa.

Przednia straż, złożona z elitarnych wojowników Jardira, wyszła z ciemności. Tysiące stóp obutych w sandały deptało zaśnieżony ugór wokół miasta. Podczas gdy ludzie z zielonych łąk nocą kryli się tchórzliwie za swymi runami, Krasjanie śmiało rzucali wyzwanie rojącym się demonom. Nawet one ustępowały z drogi tak ogromnej armii Świętych Wojowników.

Zbrojni zgromadzili się pod miastem, ale zwlekali ze szturmem. Ludzie przecież nie atakują innych ludzi w nocy. Gdy mrok rozjaśnił pierwszy brzask, opuścili zasłony, by wrogowie mogli ujrzeć ich twarze.

Rozległo się kilka pogardliwych parsknięć, gdy Wypatrywacze pokonali strażników, a potem z przeciągłym skrzypieniem skrzydła bramy rozwarły się przed hufcami Jardira. Z dzikim rykiem sześć tysięcy wojowników dal’Sharum wdarło się do miasta.

Zanim Rizończycy zorientowali się, co się stało, Krasjanie już wyważali drzwi kopniakami, wywlekali mężczyzn z łóżek i nagich ciskali w śnieg.

Otaczające Fort Rizon pola uprawne zdawały się ciągnąć w nieskończoność. W mieście żyło o wiele więcej ludzi niż w Krasji, ale Rizończycy nie byli wojowniczym narodem i padali pod ciosami wyćwiczonych siepaczy Jardira niczym źdźbła trawy pod ostrzem kosy. Ci, którzy usiłowali się wyszarpnąć, kończyli z naderwanymi mięśniami i złamanymi kośćmi. Ci, którzy chwycili za broń, ginęli.

Jardir przyglądał się temu ze smutkiem. Okaleczenie lub śmierć odbierały szansę na zdobycie chwały podczas Sharak Ka – Wielkiej Wojny – lecz było to zło konieczne. Chcąc wykuć z ludzi Północy miecz przeciwko narodowi demonów, Jardir musiał w pierwszej kolejności zahartować ich, tak jak młot kowalski hartuje ostrze włóczni.

Kobiety wrzeszczały, gdy ludzie Jardira hartowali pojmanych w inny sposób. Zło konieczne. Nadchodziła Sharak Ka i nowe pokolenia wojowników musiały zrodzić się z nasienia prawdziwych mężczyzn, a nie tchórzy.

Jayan, syn Jardira, uklęknął przed nim na jedno kolano. Czubek włóczni pomazany był krwią.

– Miasto należy do ciebie, ojcze.

Jardir pokiwał głową.

– A skoro miasto jest nasze, panujemy nad równinami.

Jayan doskonale się sprawił, chociaż po raz pierwszy dowodził w boju. Gdyby przyszło się mierzyć z demonami, Jardir sam poprowadziłby atak, ale nie chciał plamić Włóczni Kajiego ludzką krwią. Chociaż zbyt młody na białą przesłonę kapitana, Jayan był jednak pierworodnym synem Jardira, krwią samego Stwórcy. Silny, niewrażliwy na ból – zanosiło się, że będzie szanowany zarówno jako wojownik, jak i kleryk.

– Wielu mieszkańców miasta zbiegło – dodał Asome, który stanął za plecami brata. – Ostrzegą wsie, a wtedy zbiegnie ich jeszcze więcej. Całe tłumy unikną oczyszczenia nakazanego przez prawo Evejah.

Jardir spojrzał na niego uważnie. Asome był młodszy o rok od brata, drobniejszy i szczuplejszy. Odziany w białe szaty dama, nie nosił ani broni, ani pancerza, ale Jardir nie dał się tym zmylić. Młodszy syn był bez wątpienia ambitniejszy i bardziej niebezpieczny z dwójki, a już na pewno od reszty młodszych braci.

– Póki co uciekają – odpowiedział. – Ale zostawiają zapasy żywności, na dodatek umykają prosto w śnieg i lód, który pokrywa zimą ich zielone pola. Słabsi zginą, oszczędzając nam wysiłku, a tych silniejszych znajdziemy w odpowiednim czasie. Doskonale się sprawiliście, moi synowie. Jayan, wyznacz ludzi, niech znajdą budynki do przetrzymywania jeńców, zanim pomrą z zimna. Wydzielcie chłopców, których poddamy Hannu Pash. Jeśli uda nam się wytrzebić z nich tę północną słabość i kruchość, być może przyćmią swoich ojców. Silniejszych mężczyzn wykorzystamy jako pierwszą linię w bitwach, a słabsi będą moimi niewolnikami. Każdą płodną kobietę można przeznaczyć do rozrodu.

Jayan przytknął pięść do klatki piersiowej i skinął głową.

– Asome, daj znać pozostałym dama, by zaczynali – rzekł Jardir i Asome się ukłonił.

Jardir przyglądał się, jak jego odziany na biało syn odchodzi, by wypełnić polecenie. Klerycy przekażą chin słowo Everama, a tym, którzy nie przyjmą go do serca, zostanie ono wciśnięte w gardła.

Zło konieczne.

Tego popołudnia Jardir spacerował po usłanych grubymi dywanami podłogach posiadłości, którą wybrał na kwaterę w Forcie Rizon. W porównaniu z jego pałacami w Krasji, miejsce przedstawiało się żałośnie, ale po długich miesiącach spania w namiocie po opuszczeniu Pustynnej Włóczni cieszył się z każdej namiastki cywilizacji.

W prawej dłoni ściskał Włócznię Kajiego, podpierając się nią niczym laską. Rzecz jasna, nie potrzebował się na niej wspierać, ale ta starożytna broń doprowadziła go na szczyt chwały i nigdy się z nią nie rozstawał. Jej tępy koniec stukał o dywany przy każdym kroku wojownika.

– Abban się spóźnia – powiedział Jardir. – Powinien już tu być, nawet jeśli podróżuje z kobietami.

– Nigdy nie zrozumiem, dlaczego tolerujesz tego khaffit, ojcze – rzekł Asome. – Tego wieprzojada należałoby skazać na śmierć tylko za to, że ma czelność na ciebie patrzeć, a jednak ty zasięgasz jego rady, jakby był ci równy i miał prawo przebywać na dworze.

– Sam Kaji zmusił khaffit, by wykonywali zadania dla nich odpowiednie – odparł Jardir. – Abban wie więcej od nas o zielonych krainach, a mądry przywódca nie może taką wiedzą wzgardzić.

– A cóż to niby za wiedza? – zapytał Jayan. – Gleboryjce to co do jednego tchórze i słabeusze, w niczym nie są lepsi od samych khaffit. Nie nadają się nawet na niewolników czy żołnierzy pierwszej linii.

– Jesteś nazbyt pochopny – rzekł Jardir. – Nie próbuj mi udowodnić, że posiadłeś całą wiedzę tego świata. Tylko Everam wie wszystko. Evejah uczy, że należy poznać swoich wrogów, a my wiemy bardzo niewiele o ludziach z Północy. Jeśli mam poprowadzić ich na Wielką Wojnę, trzeba czegoś więcej, niż tylko zabijać i panować. Trzeba ich zrozumieć. A jeśli wszyscy ludzie z zielonych łąk są niewiele lepsi od khaffit, któż objaśni mi ich naturę lepiej niż khaffit właśnie?

Dokładnie w tym momencie rozległo się pukanie i do wnętrza, utykając, wszedł Abban. Jak zwykle tłusty kupiec odziany był w bogate jedwabie i futra, bardziej odpowiednie dla kobiety niż dla mężczyzny. Chyba stroił się tak krzykliwie głównie po to, by drażnić surowych, przeczulonych na punkcie pozorów dama oraz dal’Sharum.

Strażnicy poszturchiwali kupca, gdy przechodził, nie szczędzili mu też wyzwisk, ale wiedzieli, że wzbronienie mu wstępu nie byłoby najmądrzejszym pomysłem. Ich osobiste przekonania nie miały nic do rzeczy – nie pozwalając mu wejść, ryzykowali, że ściągną na siebie gniew Jardira, a na to nikt nie miał najmniejszej ochoty.

Kulawy khaffit dotarł przed tron, ciężko wspierając się na lasce. Pomimo zimna na jego poczerwieniałej, pulchnej twarzy perlił się pot.

Jardir przyjrzał mu się z obrzydzeniem. Bez wątpienia Abban przybywał z ważnymi wieściami, ale miast je ujawnić, tylko ciężko dyszał, próbując złapać oddech.

– No? – warknął Jardir, czując, że jego cierpliwość się kończy. – O co chodzi?

– Musisz coś zrobić! – sapnął Abban. – Oni palą spichrze!

– Co takiego? – wrzasnął Jardir. Zerwał się na równe nogi, złapał Abbana za ramię i szarpnął tak, że khaffit aż krzyknął z bólu. – Gdzie?

– W północnej części miasta! – powiedział Abban. – Nawet stąd można dostrzec dym!

Jardir wybiegł na schody prowadzące do pałacu i natychmiast wypatrzył słup dymu. Odwrócił się do Jayana.

– Biegnij! – rozkazał. – Pożar trzeba natychmiast ugasić, a odpowiedzialni mają stanąć przed moim obliczem.

Młodzieniec kiwnął głową i popędził ulicą. Wyszkoleni wojownicy bez słowa ruszyli za nim niczym stado ptaków zrywających się do lotu. Jardir odwrócił się do Abbana.

– To ziarno będzie ci potrzebne, jeśli chcesz wyżywić ludzi przez całą zimę – rzekł kupiec. – Będziesz potrzebował każdego ziarenka, każdego kłosa. Ostrzegałem cię.

Niespodziewanie przypadł doń Asome, pochwycił za nadgarstek i wykręcił mu rękę za plecy. Abban zawył.

– Nie będziesz zwracał się do Shar’Dama Ka takim tonem! – warknął.

– Dość tego – rzekł Jardir.

Asome zwolnił uścisk i Abban padł na kolana, po czym oparł się dłońmi o stopień i dotknął go czołem.

– Dziesięć tysięcy próśb o wybaczenie, Wybawicielu – wychrypiał.

– Pamiętam twoje tchórzliwe ostrzeżenia, by nie ruszać w chłody Północy – rzekł Jardir, gdy Abban szlochał u jego stóp. – Nie opóźnię jednak dzieła Everama tylko i wyłącznie ze względu na to!

Kopnął śnieg na schodach.

– Lód czy burze piaskowe też mnie nie powstrzymają! – dodał. – Jeśli zabraknie nam jedzenia, weźmiemy je po drodze od chin, którzy żyją w dostatku.

– Oczywiście, Shar’Dama Ka – wykrztusił Abban z twarzą wtuloną w ziemię.

– Czekałem na ciebie o wiele za długo, khaffit – rzekł Jardir. – Idź teraz do jeńców i odnajdź swych partnerów handlowych.

– Jeśli nadal żyją – odparł Abban. – Widziałem setki trupów na ulicach.

– To twoja wina. – Jardir wzruszył ramionami. – Powinieneś był się pospieszyć. No, idź już, znajdź przywódców tych ludzi.

– Dama każe mnie zabić z chwilą, gdy wydam pierwsze polecenie, nawet jeśli będę działał w twoim imieniu, o wielki Shar’Dama Ka – rzekł Abban.

Nie mylił się. W świetle prawa Evejah każdy khaffit, który ośmieli się rządzić lepszymi od siebie, ma zostać zabity na miejscu, a było wielu, którzy zazdrościli kupcowi pozycji doradcy Jardira i z radością ujrzeliby koniec Abbana.

– Poślę z tobą Asome – stwierdził Jardir. – Nawet najbardziej zajadły fanatyk nie ośmieli się zakwestionować twoich decyzji.

Abban pobladł, gdy Asome podszedł bliżej, ale pokiwał głową.

– Jak każesz, Shar’Dama Ka.

2

Abban

305 – 308 ROK PLAGI

Jardir miał dziewięć lat, gdy dal’Sharum zabrali go od matki. Był młody, nawet jak na Krasję, ale plemię Kaji straciło tego roku wielu wojowników i musiało szybko wzmocnić siły, by inne plemię nie wykorzystało okazji i nie wkroczyło na ich tereny.

Jardir, jego trzy młodsze siostry oraz matka, Kajivah, mieli jeden pokój w domu Kaji przy wyschniętej studni. Jego ojciec, Hoshkamin, zginął w walce dwa lata wcześniej, zabity przez wojowników z plemienia Majah, którzy chcieli zagarnąć studnię. Zwyczaj nakazywał, by o rodzinę i wdowę poległego zatroszczył się któryś z towarzyszy broni, ale Kajivah urodziła trzy córki pod rząd, co było złym znakiem, i żaden mężczyzna nie chciał ich zabrać do swego domostwa. Rodzina Jardira żyła więc na skromnych racjach żywnościowych przyznawanych przez miejscowego dama i poza sobą nie miała zupełnie nic.

– Ahmann asu Hoshkamin am’Jardir am’Kaji – rzekł Mistrz Ćwiczeń Qeran – udasz się z nami do Kaji’sharaj, by odnaleźć swoją Hannu Pash, ścieżkę, którą wybrał dla ciebie Everam.

Przybył w towarzystwie Mistrza Ćwiczeń Kavala. Obaj wojownicy stali w drzwiach, wysocy i groźni, w czarnych szatach, ozdobionych czerwoną przesłoną przynależną ich kaście. Patrzyli bez emocji na łzy matki, ściskającej i tulącej Jardira.

– Będziesz teraz mężczyzną dla naszej rodziny, Ahmann – powiedziała mu Kajivah. Dla mnie i dla twoich sióstr. Nie mamy nikogo poza tobą.

– Będę, matko – obiecał Jardir. – Zostanę wielkim wojownikiem i wzniosę wam pałac.

– Och, jestem tego pewna – rzekła Kajivah. – Ludzie mówią, że skoro urodziłam po tobie trzy córki, zapewne jestem przeklęta, ale ja uważam, że Everam pobłogosławił naszą rodzinę synem tak wspaniałym, że nie potrzebuje braci.

Uścisnęła go mocno, otarła mokrym od łez policzkiem.

– Dość tych szlochów – rzekł Mistrz Ćwiczeń Kaval, chwytając Jardira za ramię i odrywając go od matki. Młodsze siostry patrzyły bez słowa, gdy wojownicy wyprowadzali go z niewielkiej izby.

– Zawsze to samo – powiedział Qeran. – Matki nigdy nie mogą się z nimi rozstać.

– Moja matka nie ma nikogo, kto by się o nią troszczył – rzucił Jardir.

– Nikt nie pozwolił ci się odezwać, chłopcze – warknął Kaval i trzepnął go mocno w tył głowy. Jardir zdusił okrzyk bólu, gdy uderzył kolanami o bruk z piaskowca. Zalała go wściekłość, chciał poderwać się i zemścić, ale opanował się w porę. Kaji potrzebowali nowych wojowników, ale dal’Sharum zabiliby go za taki afront równie łatwo, jak człowiek rozgniata skorpiona sandałem.

– Każdy mężczyzna w Krasji troszczy się o nią – rzekł Qeran, zerkając ku drzwiom. – Każdy z nich przelewa bowiem krew co noc, by twoja matka mogła bezpiecznie szlochać po rozstaniu.

Zmierzali ku Wielkiemu Bazarowi. Jardir doskonale znał drogę, bo często się tam wybierał, choć nie miał pieniędzy. Mieszanina ostrych woni przypraw i perfum uderzała mu do głowy, lubił też przyglądać się włóczniom i zakrzywionym, niebezpiecznym ostrzom na stoiskach płatnerzy. Czasami wszczynał bójki z innymi chłopcami, przygotowując się w ten sposób do roli wojownika.

Rzadko się zdarzało, by dal’Sharum wkraczali na bazar, gdyż było to poniżej ich godności. Kobiety, dzieci i khaffit uskakiwali z drogi Mistrzów Ćwiczeń. Jardir przyglądał im się czujnie, usiłując naśladować ich postawę. Kiedyś to ja będę tak chodził, a inni będą usuwać mi się z drogi, pomyślał.

Kaval zerknął na tabliczkę z wypisanymi kredą słowami i na wielki namiot, z którego powiewały kolorowe proporce.

– To tu – powiedział, a Qeran parsknął. Wojownicy rozchylili poły namiotu i weszli, nie zawracając sobie głowy przedstawianiem się. Jardir poszedł w ślad za nimi.

Wnętrze namiotu przepajał zapach kadzidła, a ziemię zaścielały bogate dywany, na których piętrzyły się stosy jedwabnych poduszek. Wszędzie widać było stojaki z wiszącymi kobiercami, malowane produkty garncarskie i inne skarby. Jardir przesunął palcem wzdłuż beli jedwabiu, jego gładkość wywołała u niego dreszcz.

Moja matka i siostry będą nosić takie tkaniny, pomyślał. Spojrzał na własne liche nogawice i brudną, podartą kamizelkę i zatęsknił za chwilą, gdy będzie mógł założyć czarny strój wojownika.

Kobieta za ladą wrzasnęła na widok Mistrzów Ćwiczeń i błyskawicznie zaciągnęła zasłonę na twarz.

– Omara vah’Haman vah’Kaji? – zapytał Qeran.

Kobieta pokiwała głową, jej oczy były pełne strachu.

– Przybyliśmy po twojego syna, Abbana – rzekł Qeran.

– Nie ma go tu – odpowiedziała Omara, ale jej oczy i dłonie, jedyne części ciała, których nie spowijało grube czarne sukno, zadrżały. – Wysłałam go dziś rano z towarem.

– Przeszukaj zaplecze – przykazał Qeran Kavalowi, a ten pokiwał głową i ruszył ku zasłonie zawieszonej w przejściu za ladą.

– Nie, błagam! – wykrzyknęła Omara, zagradzając mu drogę. Kaval tylko odepchnął ją i zniknął na zapleczu. Dobiegło stamtąd jeszcze kilka wrzasków, a potem Mistrz Ćwiczeń wyszedł, ściskając za ramię młodego chłopaka w tunice, czapce i nogawicach z o wiele lepszego sukna niż Jardirowe. Wyrostek był rok, może dwa starszy od Jardira, dobrze zbudowany i odżywiony. W ślad za nim wybiegło kilka starszych dziewczyn, dwie w zwykłych szatach, a trzy w czarnych zawojach niekryjących twarzy, co było typowe dla niezamężnych kobiet.

– Abbanie am’Haman am’Kaji – rzekł Qeran – udasz się z nami do Kaji’sharaj, by odnaleźć swoją Hannu Pash, ścieżkę, którą wybrał dla ciebie Everam.

Chłopak aż zadrżał na te słowa. Omara wyła z rozpaczy i tuliła syna, próbując go wyrwać.

– Proszę! Jest za młody! Proszę, dajcie nam choćby jeden rok!

– Milcz, kobieto! – Kaval pchnął ją na podłogę. – Chłopak jest już dorosły i gruby. Jeśli zostanie u ciebie choćby jeden dzień dłużej, skończy jako khaffit, tak jak jego ojciec.

– Okaż dumę, kobieto – powiedział Qeran. – Twój syn właśnie dostaje szansę, by zmazać niesławę ojca i służyć Kaji oraz Everamowi!

Omara zacisnęła pięści, ale nie podniosła się, leżała i szlochała z twarzą do ziemi. Żadna kobieta nie była w stanie sprzeciwić się woli dal’Sharum. Siostry Abbana przypadły do niej, przytuliły się, dzieląc z matką rozpacz. Abban sięgnął ku nim, ale Kaval odciągnął go mocnym szarpnięciem. Chłopak płakał i wył, gdy wywlekali go na zewnątrz. Płacz kobiet niósł się długo po tym, jak ciężkie poły namiotu opadły i na nowo otoczył ich zgiełk targowiska.

Obaj wojownicy naraz jakby zapomnieli o chłopcach. Szli w kierunku placów ćwiczebnych, a młodzieńcy, chcąc nie chcąc, dreptali za nimi. Abban nadal szlochał i drżał.

– Dlaczego płaczesz? – zapytał Jardir. – Naszą drogę opromienia chwała!

– Nie chcę być wojownikiem – powiedział Abban. – Nie chcę umierać!

– Może odkryjesz w sobie powołanie, by zostać dama. – Jardir wzruszył ramionami.

– Trudno o coś gorszego. – Abban zadrżał. – Pewien dama zabił mojego ojca.

– Dlaczego?

– Bo ojciec przez przypadek wylał atrament na jego szatę.

– Tylko dlatego?

Abban pokiwał głową. Jego oczy były pełne łez.

– Złamał mu kark. Wszystko to stało się tak szybko... Wyciągnął rękę, usłyszałem trzaśnięcie i zobaczyłem, jak ojciec pada. – Z trudem przełknął ślinę. – Jestem teraz jedynym mężczyzną, który może zaopiekować się matką i siostrami.

Jardir ujął go za rękę.

– Mój ojciec też nie żyje. Mówi się ponadto, że moja matka została przeklęta, bo urodziła trzy córki pod rząd. Ale my jesteśmy mężczyznami z plemienia Kaji! Możemy przewyższyć naszych ojców i przynieść chwałę naszym kobietom.

– Ale ja się boję! – Abban pociągnął nosem.

– Ja też, trochę – przyznał Jardir, opuszczając spojrzenie, ale już po chwili jego twarz pojaśniała. – Słuchaj, zawrzyjmy układ.

Abban, wychowany w brutalnym świecie interesów na bazarze, spojrzał na niego podejrzliwie.

– Cóż znowu za układ?

– Będziemy się nawzajem wspierać w trakcie pokonywania Hannu Pash – rzekł Jardir. – Złapię cię, gdy będziesz spadać, a jeśli mnie się to przytrafi, to ty... – Uśmiechnął się i poklepał okrągły brzuch Abbana. – To ty załagodzisz mój upadek.

Abban aż załkał i pomasował brzuch, ale nie rzekł słowa skargi i spojrzał na Jardira ze zdumieniem.

– Serio? – zapytał, ocierając oczy wierzchem dłoni.

Jardir pokiwał głową. Szli właśnie w cieniu markiz rozpiętych nad bazarem, lecz nagle złapał Abbana za rękę i wyciągnął go na światło słoneczne.

– Przysięgam na blask Everama! – rzekł.

– A ja na wysadzaną klejnotami Koronę Kajiego – uśmiechnął się szeroko Abban.

– Szybciej! – warknął Kaval i obaj chłopcy przyspieszyli, lecz Abban szedł teraz z większą pewnością siebie.

Przechodząc obok wielkiej świątyni Sharik Hora, Mistrzowie Ćwiczeń nakreślili w powietrzu runy, mrucząc pod nosem modlitwy do Everama Stwórcy. Za Sharik Hora ciągnęły się tereny ćwiczeń i Jardir wraz z Abbanem nie mogli się wprost napatrzeć. Co rusz odwracali głowy, gdy próbowali przyjrzeć się wszystkiemu i wszystkim jednocześnie. Wszędzie widzieli trenujących wojowników. Niektórzy ćwiczyli władanie tarczą i włócznią bądź siecią, inni zaś maszerowali lub biegali w szeregu. Wypatrywacze balansowali bez zabezpieczenia na szczycie długich drabin, a całe tłumy dal’Sharum szlifowały ostrza włóczni i runiczne tarcze albo ćwiczyły sharusahk – sztukę walki bez użycia broni.

Obszary ćwiczebne otaczało dwanaście sharaji – szkół – z których każda należała do innego plemienia. Jardir i Abban pochodzili z plemienia Kaji, zostali więc zabrani do Kaji’sharaj, gdzie miała rozpocząć się ich Hannu Pash i skąd mieli wyjść jako dama, dal’Sharum lub khaffit.

– Kaji’sharaj jest o wiele większa od pozostałych – rzekł Abban, patrząc na ogromny namiot. – Tylko Majah’sharaj może się z nią równać.

– A czego się spodziewałeś? – prychnął Kaval. – Sądziłeś, że to zwykły zbieg okoliczności, że nasze plemię zwie się Kaji po Shar’Dama Ka, naszym Wybawicielu? Jesteśmy potomkami tysiąca jego żon, jesteśmy krwią jego krwi. Majah zaś – splunął – to pomiot cherlaka, który objął rządy, po tym jak Shar’Dama Ka opuścił ten świat. Pozostałe plemiona stoją niżej od nas, nigdy o tym nie zapominaj.

Chłopców zaprowadzono do namiotu, gdzie otrzymali bido – zwykłe białe przepaski biodrowe – a ich ubrania zabrano do spalenia. Jardir i Abban byli teraz nie’Sharum – jeszcze nie wojownicy, ale już nie chłopcy.

– Miesiąc ćwiczeń i owsianki wypali to twoje sadło – rzekł Kaval, gdy Abban zdjął koszulę.

Mistrz Ćwiczeń szturchnął jego brzuszysko z obrzydzeniem, Abban aż się zgiął od uderzenia, ale Jardir złapał go, nim upadł, i podtrzymywał, dopóki ten nie złapał oddechu. Gdy przebrali się, Mistrzowie zabrali ich do koszar.

– Świeża krew – krzyknął Qeran, wepchnąwszy ich do wielkiego, pozbawionego umeblowania pomieszczenia, w którym mieszkali inni nie’Sharum. – Ahmann asu Hoshkamin am’Jardir am’Kaji i Abban am’Haman am’Kaji! Oto wasi bracia.

Abban oblał się rumieńcem, a Jardir natychmiast odgadł dlaczego, podobnie jak wszyscy obecni chłopcy. Nie wymieniając imienia ojca Abbana, Qeran dał wszystkim do zrozumienia, iż należał on do khaffit – najniższej i najbardziej pogardzanej kasty w społeczeństwie krasjańskim. Khaffit byli tchórzami i słabeuszami, ludźmi, którzy nie sprostali wymaganiom drogi wojowników.

– Ha! Przyprowadziliście nam tłustego syna świniopasa i wyliniałego szczurka! – zawołał największy z nie’Sharum. – Precz z nimi!

Pozostali chłopcy wybuchnęli śmiechem.

Mistrz Ćwiczeń Qeran warknął i grzmotnął chłopaka w twarz. Ten padł na twarde podłoże i splunął krwią. Śmiech się urwał.

– Poczekaj, aż będziesz mógł zastąpić swoje bido czymś szlachetniejszym, Hasik – powiedział Qeran. – Wtedy będzie ci wolno drwić z innych. Do tego czasu wszyscy jesteście wyliniałymi świniopasami i nędznymi khaffit.

Z tymi słowami odwrócił się na pięcie i wyszedł wraz z Kavalem.

– Zapłacicie za to, szczury! – rzekł Hasik, a w ostatnim słowie dało się słyszeć osobliwy świst. Cios Qerana wybił mu przedni ząb, którym rzucił teraz w Abbana. Trafiony chłopak wzdrygnął się. Jardir zasłonił go własnym ciałem i warknął, ale Hasik i jego towarzysze już stracili zainteresowanie.

Wkrótce po przybyciu chłopcy otrzymali miski, a potem pojawił się kociołek z owsianką. Jardir, któremu burczało w brzuchu, ruszył natychmiast, Abban okazał się jeszcze szybszy, ale któryś ze starszych chłopców zablokował im drogę.

– Co, myślisz, że będziesz mógł jeść przede mną? – zapytał ostro. Pchnął Jardira na Abbana i obaj padli na ziemię.

– Wstawaj, jeśli chcesz jeść – powiedział Mistrz Ćwiczeń, który przyniósł owsiankę. – Ci z końca kolejki chodzą głodni.

Abban aż krzyknął. Wraz z Jardirem zerwali się na równe nogi. Tymczasem większość chłopców uformowała już kolejkę z większymi i silniejszymi chłopakami na czele. Hasik zajął pierwsze miejsce, a po przeciwnej stronie najmniejsi walczyli zaciekle, by nie znaleźć się na szarym końcu.

– I co teraz? – zapytał Abban.

– Teraz wepchniemy się do kolejki – oznajmił Jardir, złapał towarzysza za ramię i pociągnął go tam, gdzie stali chłopcy drobniejsi od dobrze odżywionego Abbana. – Mój ojciec mawiał, że słabość okazana jest gorsza od tej, którą nosisz w sercu.

– Ale ja nie umiem się bić! – zaprotestował, drżąc.

– Zaraz się nauczysz – rzekł Jardir. – Gdy przewrócę któregoś z nich, przygnieć go swoim ciężarem.

– O, to mogę zrobić – zgodził się Abban i ruszył za Jardirem w kierunku chłopaków. Jeden skrzywił się na ich widok i wypiął klatkę piersiową.

– Na koniec kolejki, szczury! – warknął do Abbana, większego z dwóch nowo przybyłych.

Jardir nie odpowiedział, tylko grzmotnął tamtego w brzuch i kopnął w kolano, a gdy chłopak upadł, Abban zwalił się na niego niczym kolumna z piaskowca. Gdy Abban wstał, Jardir już stał w kolejce w miejscu, które właśnie wywalczył. Spojrzał groźnie na kolejnych w szeregu, a ci posłusznie zrobili miejsce dla Abbana.

Nagrodą za te starania była pojedyncza chochla owsianki.

– To wszystko? – zapytał zszokowany Abban.

Człowiek wydający jedzenie spojrzał na niego pochmurnie i Jardir szybko odciągnął towarzysza na bok. Kąty pomieszczenia zostały już zajęte przez starszych chłopców, więc usiedli pod jedną ze ścian.

– Przecież ja tu umrę z głodu – powiedział Abban, obracając miską z wodnistą kaszką.

– Inni mają o wiele gorzej – rzekł Jardir, wskazując dwóch posiniaczonych chłopaków, którzy nie dostali nic. – Jak chcesz, możesz wziąć trochę ode mnie – dodał, gdy humor Abbana się nie poprawił. – W domu i tak nigdy nie dostawałem więcej.

Spali na wyłożonej piaskowcem podłodze koszar, a za jedyną ochronę przed zimnem służyły chłopcom cienkie koce. Jardir, który przyzwyczajony był do dzielenia się ciepłem z matką i siostrami, wtulił się w Abbana. Z oddali słyszał dźwięk Rogu Sharak i domyślił się, iż właśnie rozpoczęła się bitwa. Minęło wiele czasu, nim sen wreszcie przemógł marzenia o chwale i objął jego umysł w posiadanie.

Przebudził się nagle, gdy na głowę opadł mu jakiś koc. Jardir został raptem uniesiony. Walczył, ciskał się, ale nie udało mu się zerwać koca, nie był w stanie się wyswobodzić. Tuż obok słyszał stłumiony wrzask Abbana.

Potem rozpoczęła się kaźń. Ciosy spadały ze wszystkich stron, kopniaki i uderzenia pięści wybijały oddech i wstrząsały mózgiem. Jardir nie przestawał walczyć, sam tłukł dziko, na oślep, ale czuł, że niektóre ciosy trafiły w cel. Niestety, nie osłabiło to zaciekłości napastników. Nie upłynęło wiele czasu, a Jardir zwisł bezwładnie, podtrzymywany jedynie przez duszący go koc.

Gdy chłopcu zdawało się już, że więcej nie zniesie i zaraz umrze, nie zdobywszy chwały ani nie zasłużywszy na raj, zabrzmiał znajomy głos:

– Witajcie w Kaji’sharaj, szczurki.

Dźwięk „sz” zaświstał w dziurze po wybitym zębie Hasika. Ci, którzy trzymali koce, puścili nagle i Jardir z Abbanem osunęli się na ziemię.

Pozostali zaśmiali się i powrócili na posłania, nie dbając o nowych, którzy szlochali w ciemnościach, zwinięci w kłębek.

– Wyprostuj się! – syknął Jardir, gdy oczekiwali na poranną inspekcję.

– Nie mogę – jęknął Abban. – Nie zmrużyłem oka i wszystko mnie boli.

– Nie daj tego po sobie poznać! – rzekł Jardir. – Mój ojciec mówił, że najsłabszy wielbłąd zawsze przyciąga wilki.

– A mój mówił, że trzeba się schować, póki sobie nie pójdą.

– Ani słowa! – warknął Kaval. – Zaraz będzie tu dama, by was obejrzeć, wy żałosne fajtłapy.

Wraz z Qeranem nie zwrócili najmniejszej uwagi na skaleczenia i siniaki dwóch chłopców, choć lewe oko Jardira spuchło do tego stopnia, że nie mógł go otworzyć. Zauważył jednak, że Abban jest bliski załamania.

– Wyprostuj się! – rozkazał Qeran, a Kaval poparł polecenie smagnięciem skórzanego paska po nogach Abbana. Chłopak wrzasnął z bólu i upadłby, gdyby Jardir nie podtrzymał go w porę.

Rozległ się chichot. Jardir wyszczerzył zęby do Hasika, który w odpowiedzi uśmiechnął się złośliwie.

W rzeczy samej Jardir nie czuł się wcale lepiej niż Abban, ale ukrywał to starannie. Choć kręciło mu się w głowie, a ciało promieniowało bólem, pochylił głowę i zdrowym okiem śledził nadchodzącego dama Khevata. Mistrzowie Ćwiczeń usunęli się na bok, robiąc miejsce dla kleryka, i ukłonili z szacunkiem.

– Serce moje łka z rozpaczy, albowiem nadszedł dzień, kiedy zamiast wojowników Kaji, potomków Shar’Dama Ka i samego Wybawiciela, widzę tylko żałosną bandę nieudaczników – parsknął dama i splunął. – Wasze matki musiały zmieszać wielbłądzie szczyny z nasieniem mężczyzn.

– To kłamstwo! – wykrzyknął Jardir zapalczywie. Takiej zniewagi nie mógł przecież puścić płazem. Abban spojrzał na niego z niedowierzaniem, a Qeran doskoczył z przerażającą prędkością i Jardir zrozumiał, że popełnił poważny błąd, jeszcze zanim miejsce, gdzie smagnął go rzemień, zapłonęło żywym ogniem. Kolejne ciosy powaliły go na ziemię.

Dal’Sharum bynajmniej jednak nie miał zamiaru na tym poprzestać.

– Jeśli dama mówi ci, że jesteś zrodzony ze szczyn, to tak właśnie jest! – wrzasnął, okładając chłopaka raz po raz.

Odziany jedynie w bido, Jardir nie mógł uchronić się przed ciosami. Ilekroć się odwrócił lub przekręcił, by zasłonić którąś z ran przed kolejnym ciosem, oczom Qerana ukazywało się nowe miejsce nietknięte jeszcze przez bicz. Jardir wrzeszczał, ale to zdawało się tylko dodawać Mistrzowi sił.

– Dość – rzekł Khevat.

Grad ciosów urwał się natychmiast.

– Jesteś zrodzony ze szczyn? – zapytał Qeran.

Ręce i nogi Jardira drżały, uginały się pod nim, gdy usiłował wstać. Nie spuszczał oczu z bicza, uniesionego, gotowego zaatakować ponownie. Wiedział, że jeśli znowu okaże bezczelność, Mistrz Ćwiczeń zatłucze go na śmierć. I Jardir umrze bez chwały, a jego dusza przez milenia błąkać się będzie u bram raju w towarzystwie dusz khaffit i czekając na reinkarnację, jedynie z daleka będzie mogła patrzeć na tych, którzy dostąpili łaski Everama. Młodzieńca przerażała ta myśl. Lecz imię ojca było jedynym skarbem, który posiadał, i nie miał zamiaru się go wyrzec.

– Jestem Ahmann, syn Hoshkamina z linii Jardirów – rzekł najmocniej jak potrafił. Słyszał, jak inni chłopcy wstrzymują oddechy ze zdumienia, i napiął mięśnie, gotując się na kolejny atak.

Twarz Qerana wykrzywiła wściekłość. Poderwał bicz, ale powstrzymał go lekki gest dama.

– Znałem twojego ojca, chłopcze – powiedział Khevat. – Walczył wśród prawdziwych mężczyzn, ale w swoim krótkim życiu nie zdołał zdobyć wielkiej chwały.

– A zatem ja zdobędę ją za siebie i za niego! – obiecał Jardir.

– Może – parsknął dama. – Ale nie dzisiaj. Dziś jesteś bowiem gorszy od khaffit.

Następnie odwrócił się do Qerana i rzekł:

– Wrzuć go do kloaki. Niech prawdziwi mężczyźni szczają i srają na niego.

Mistrz Ćwiczeń uśmiechnął się i grzmotnął Jardira w żołądek. Gdy młodzieniec zgiął się wpół, Qeran złapał go za włosy i pociągnął w kierunku kloaki. Jardir zdążył jedynie obrzucić przelotnym spojrzeniem Hasika, spodziewając się kolejnego szyderczego uśmieszku, ale twarz starszego chłopaka, podobnie jak oblicza wszystkich zebranych nie’Sharum, wyrażała tylko mieszaninę niedowierzania i strachu.

Everam ujrzał zimną czerń Nie, lecz nie przypadła mu ona do gustu. Stworzył więc słońce, by narodziło się z niego ciepło i światło, które przegnałyby pustkę. Następnie stworzył Ala – świat – i pchnął go, by obracał się dookoła słońca. Stworzył człowieka i zwierzęta, by służyły Mu, a potem przyglądał się, jak Jego słońce daje im życie oraz miłość.

Lecz przez połowę swego czasu Ala mierzył się z ciemnością Nie i stworzenia Everama lękały się. Widząc to, Everam stworzył księżyc, by odbijał blask słońca i przypominał stworzeniom w nocy, iż nie zostały zapomniane.

Everam uczynił to i wreszcie odczuł zadowolenie.

Lecz Nie również miała swoją wolę. Patrzyła na dzieła Everama, które niszczyły i wypaczały jej idealną czerń, i była rozdrażniona. Zapragnęła zniszczyć Ala, ale Everam zastąpił Jej drogę i powstrzymał Jej rękę.

Everam nie zdołał jednak całkiem powstrzymać złowrogiej emanacji Nie. Muśnięcie Jej mrocznych palców było dla Jego idealnego świata niczym najgorsza z plag. Atramentowa czerń Jej zła wniknęła głęboko w kamienie i piasek, pomknęła z tchnieniem wiatru, rozlała się niczym oleiste plamy na czystych wodach Ala. Przesyciła lasy i wniknęła w roztopiony ogień wydobywający się spod powierzchni ziemi.

A tam, gdzie dotarło Jej zło, zaczęły wyrastać alagai. Stworzenia ciemności, których jedynym celem było niszczenie, a jedyną radością w życiu unicestwianie stworzeń Everama.

Ale świat się obrócił i ciepły blask słońca padł na stworzenia Nie, służące chłodowi i ciemnościom, które zostały unicestwione. Ten, który podarował światu życie, wypalał teraz ich nie-życie, a alagai wrzeszczały z bólu i strachu.

Uciekając w rozpaczy, skryły się wśród cieni, wniknęły w głąb świata, skaziły jego rdzeń.

Tam, w ciemnej otchłani, w samym sercu dzieła stworzenia, wyrosła Alagai’ting Ka, Matka Demonów. Służąca samej Nie, czekała tylko na to, by świat znów się obrócił, by mogła posłać swe dzieci z zadaniem niszczenia owoców stworzenia.

Everam ujrzał to i wyciągnął dłoń, by przegnać zło z Jego świata, ale Nie nie ustąpiła i powstrzymała Jego rękę.

Lecz On zdołał po raz ostatni musnąć świat i podarować ludziom sposób na obrócenie magii alagai przeciwko nim samym. Dał im runy.

Wciągnięty w walkę o świat, który sam stworzył, Everam nie miał wyboru. Musiał odwrócić się do niego plecami i rzucić do walki z Nie, pogrążyć w niekończących się zmaganiach z Jej chłodną siłą.

Tak było.

Każdy dzień w pierwszym miesiącu pobytu Jardira w sharaj był taki sam. O świcie Mistrzowie Ćwiczeń wyganiali nie’Sharum na zewnątrz, by całymi godzinami stali w palącym słońcu i słuchali, jak dama prawi o chwale Everama. Ich żołądki były puste, a kolana słabe z wysiłku i niewyspania, ale nie narzekali. Widok Jardira, który powrócił cuchnący i zakrwawiony z kloaki, gdzie odbywał karę, przekonał wszystkich, że poleceń należy słuchać bez sprzeciwów.

Mistrz Qeran zdzielił Jardira rzemieniem.

– Dlaczego cierpimy? – zażądał odpowiedzi.

– Przez alagai! – krzyknął Jardir.

Qeran odwrócił się i smagnął Abbana.

– Dlaczego Hannu Pash jest konieczna?

– Przez alagai! – wrzasnął Abban.

– Bez alagai cały ten świat byłby niebiańskim rajem spoczywającym w objęciach Everama – rzekł dama Khevat.

Mistrz Ćwiczeń ponownie smagnął Jardira. Od pierwszego dnia nauki, kiedy okazał bezczelność, chłopak zbierał dwa razy więcej uderzeń niż inni.

– Jaki masz cel w życiu? – wykrzyknął Qeran.

– Chcę zabijać alagai! – wrzasnął Jardir.

Dłoń nauczyciela wystrzeliła, złapała mocno Jardira za gardło i przyciągnęła do siebie.

– A jak umrzesz? – zapytał cicho.

– W szponach alagai – wykrztusił Jardir. Mistrz Ćwiczeń wypuścił go, a chłopak z trudem złapał oddech, lecz zaraz wyprostował się, by Qeran nie znalazł jakiegokolwiek powodu do dalszego bicia.

– W szponach alagai! – wykrzyknął Khevat. – Dal’Sharum nie umierają w łóżkach ze starości! Nie padają ofiarą słabości bądź głodu! Dal’Sharum giną w bitwie, walczą, póki nie zasłużą na raj. Tam, w blasku chwały Everama, kąpią się w rzekach słodkiego, chłodnego mleka i piją z nich do syta, tam też rozkoszują się wdziękami rozkochanych w nich dziewic.

– Śmierć alagai! – zakrzyknęli natychmiast chłopcy. – Chwała Everamowi!

Dopiero po tym otrzymywali miski i owsiankę. Nigdy nie starczało dla wszystkich i przynajmniej jeden musiał obejść się smakiem. Starsi, więksi chłopcy, którym przewodził Hasik, ustalili między sobą kolejność i napełniali miski jako pierwsi, ale żaden z nich nie brał więcej niż jedną chochlę. Gdyby któryś wziął więcej owsianki lub rozlał swoją porcję, naraziłby się na niechybny gniew zawsze obecnych Mistrzów Ćwiczeń.

Kiedy starsi chłopcy już jedli, rozpoczynała się zacięta walka między najmniejszymi i najsłabszymi nie’Sharum. Po ciosach, jakie zebrał pierwszej nocy, oraz całym dniu w kloace Jardir długo nie czuł się na siłach, by się bić, ale Abban nauczył się już wykorzystywać swą masę jako broń i zawsze znalazł dla nich miejsce, nawet jeśli było ono blisko końca kolejki.

Gdy miski były puste, rozpoczynał się trening.

Chłopcy biegali przez przeszkody, by zwiększyć swą wytrzymałość, brali też udział w długich ćwiczeniach sharukin — ruchów składających się na sztukę walki sharusahk. Nauczyli się maszerować i nawet biec w równym tempie. Żywieni jedynie wodnistą owsianką, nie’Sharum zaczęli przypominać ostrza włóczni – stawali się chudzi, smukli i twardzi niczym broń, z którą ćwiczyli.

Czasami Mistrzowie rozkazywali grupom chłopaków, by napadali na nie’Sharum w sąsiednich sharaji i spuszczali im tęgie lanie. Żadne miejsce nie było bezpieczne, nawet doły na odpadki. Zdarzało się, że starsi chłopcy, jak Hasik i jego przyjaciele, obalali chłopaków z pokonanego obozu na ziemię i dosiadali ich, jakby byli kobietami. Wiązało się to z ogromną hańbą i Jardir niejeden raz wymierzał napastnikom potężnego kopniaka między nogi, by uniknąć podobnego losu. Pewnemu Majah któregoś dnia udało się ściągnąć bido Abbana, ale Jardir kopnął go wówczas w twarz z takim impetem, że tamtemu buchnęła krew z nosa.

– W każdej chwili Majah mogą zaatakować, by zająć studnię – powiedział Kaval Jardirowi po napaści. – W każdej chwili mogą przyjść Nanji, by porwać nasze kobiety. W każdej chwili musisz być gotów, by zabijać lub zostać zabitym.

– Nienawidzę tego miejsca – jęknął Abban, bliski łez, gdy Mistrz Ćwiczeń wyszedł. – Nie mogę się doczekać Nowiu, kiedy będę mógł udać się do domu, do matki i sióstr, nawet jeśli tylko na parę nocy.

Jardir pokręcił głową.

– Ma rację. Tracąc czujność, choć na krótką chwilę, narażasz się na śmierć – powiedział, zaciskając pięści. – To mogło się przytrafić mojemu ojcu, ale na pewno nie zdarzy się mnie.

Po zakończeniu zajęć prowadzonych przez Mistrzów, kolejnymi ćwiczeniami kierowali starsi chłopcy, równie skorzy do wymierzania kar jak dal’Sharum.

– Trzymaj kolana ugięte podczas obrotu, szczurku! – warknął Hasik, gdy Jardir wykonywał skomplikowany sharukin, i dla podkreślenia rozkazu kopnął ćwiczącego pod kolano.

Jardir padł twarzą na ziemię.

– Ten mięczak zrodzony ze szczyn nie potrafi wykonać prostego obrotu! – zawołał Hasik ze śmiechem do innych chłopaków. Dziura po zębie wybitym przez Qerana sprawiała, że nadal wymawiał „sz” ze świstem.

Jardir warknął i rzucił się na starszego. Może i musiał słuchać dama i dal’Sharum, ale Hasik był jedynie nie’Sharum, a on nie miał zamiaru znosić kpin ze swego ojca z ust sobie podobnych.

Niemniej Hasik był pięć lat starszy i wkrótce miał się rozstać z bido. Był też o wiele potężniejszy od Jardira i miał za sobą całe lata ćwiczeń w śmiercionośnej sztuce walki gołymi rękami. Złapał młodszego chłopaka za nadgarstek, wykręcił go i szarpnął za ramię, a potem obrócił się, by uderzyć łokciem w unieruchomioną kończynę.

Jardir usłyszał trzask i ujrzał, jak pęknięty kawałek kości przebija skórę. Patrzył na to z rosnącym przerażeniem, aż wreszcie zalał go ból.

I wrzasnął.

Hasik zatkał dłonią jego usta, uciszając dzikie wycie, i przyciągnął go do siebie.

– Jeśli jeszcze raz mnie zaatakujesz, ty szczurze zrodzony ze szczyn, zabiję cię – obiecał.

Abban wsunął się pod zdrowe ramię Jardira i niemalże zaniósł go do pawilonu dama’ting, znajdującego się na przeciwległym końcu placu treningowego. Klapę uniosła wysoka kobieta, odziana od stóp do głów w białą szatę, odsłaniającą jedynie oczy i dłonie. Wskazała stół we wnętrzu namiotu i Abban pospiesznie ułożył tam przyjaciela. Obok stołu stała dziewczyna, również odziana w biel niczym dama’ting, ale jej twarz, młoda i piękna, była odsłonięta.

Dama’ting nie odezwała się do nie’Sharum.

Gdy Jardir zaległ na stole, Abban ukłonił się głęboko. Dama’ting skinieniem wskazała mu klapę, a Abban niemalże potknął się o własne nogi, usiłując jak najszybciej opuścić namiot. Mówiono bowiem, że dama’ting widzą przyszłość i wystarczy im jedno spojrzenie, by odgadnąć śmierć człowieka.

Kobieta stanęła nad Jardirem. Ból przesłonił mu cały świat, widział tylko rozmazaną plamę bieli. Nie miał pojęcia, czy kobieta była młoda, czy stara, nie wiedział, czy była piękna, czy brzydka, oschła czy miła. Jardir uznał, że to bez znaczenia, ponieważ jej oddanie Everamowi przyćmiewa wszelkie śmiertelne sprawy.

Dziewczyna uniosła kij owiązany wielokrotnie białą tasiemką i ułożyła go w ustach Jardira, delikatnie zamykając jego szczękę. Ten zrozumiał i zagryzł.

– Dal’Sharum oddają się swojemu bólowi – szepnęła mu do ucha, gdy dama’ting podeszła do stołu, by zebrać narzędzia.

Młodzieniec poczuł ostre ukłucie, gdy dama’ting oczyściła ranę, a potem ból wprost eksplodował, gdy wykręciła jego ramię, by nastawić kość. Jardir wgryzł się w patyk i próbował postąpić tak, jak nakazała mu dziewczyna, próbował otworzyć się na ból, choć nie do końca rozumiał sens tego polecenia. Przez moment wydawało mu się, że nie zniesie więcej, ale wtedy, zupełnie jakby przeszedł przez jakieś drzwi, cierpienie stało się czymś odległym. Jardir nadal był go świadom, ale nie odczuwał bólu tak mocno. Otworzył usta, a owinięty płótnem patyk, już niepotrzebny, wypadł spomiędzy warg.

Odprężając się i opadając coraz głębiej w ból, Jardir zaczął przyglądać się poczynaniom dama’ting. Ruchy miała spokojne i oszczędne, zszywała mięśnie i skórę chłopaka, szepcząc modlitwy do Everama. Utarła też nieco ziół na papkę, którą wtarła w ranę. W końcu dama’ting owinęła złamane ramię czystym płótnem namoczonym w gęstej, twardej miksturze.

Z zaskakującą siłą uniosła chłopaka ze stołu i ułożyła na twardej pryczy. Przytknęła mu do ust flaszkę. Jardir pociągnął kilka łyków i ogarnęło go ciepło i spokój.

Dama’ting odwróciła się i odeszła, lecz dziewczyna zatrzymała się na chwilę.

– Kości stają się silniejsze, po tym jak się zrosną – szepnęła pocieszająco.

Jardir z wolna odpływał w krainę snu.

Obudził się i zobaczył, że dziewczyna siedzi tuż obok łóżka. Przyłożyła Jardirowi wilgotną szmatkę do czoła. To właśnie chłód wyrwał go ze snu. Jego wzrok prześlizgnął się po jej odkrytej twarzy. Swego czasu chłopak sądził, że jego matka jest piękną kobietą, lecz jej uroda nijak się miała do piękna dziewczyny.

– Och, młody wojownik się ocknął – powiedziała z uśmiechem.

– Ty mówisz – szepnął Jardir, choć ledwie mógł poruszyć wyschniętymi ustami. Miał wrażenie, że jego ramię zastygło we wnętrzu białego kamienia. Zwoje, którymi dama’ting opatrzyła złamanie, stwardniały bowiem, gdy młodzieniec spał.

– Czyżbym była zwierzęciem, którym nie jest to dane? – zapytała dziewczyna.

– Chodzi mi o to, że mówisz do mnie – rzekł Jardir. – Ja jestem tylko nie’Sharum.

I nigdy nie będę ciebie wart, dodał w myślach.

– A ja jestem nie’dama’ting – pokiwała głową dziewczyna. – Wkrótce zdobędę mój nowy czador, ale jeszcze go nie noszę, więc mogę rozmawiać, z kim mi się podoba.

Odsunęła płótno i podsunęła Jardirowi parującą miskę owsianki.

– Przypuszczam, że w Kaji’sharaj głodzą was niemiłosiernie. Jedz zatem. Czary dama’ting zadziałają wówczas lepiej.

Jardir szybko pochłonął gorące jedzenie.

– Jak masz na imię? – zapytał, gdy miska była już pusta.

Dziewczyna uśmiechnęła się, ocierając mu usta miękką szmatką.

– Śmiały jesteś jak na chłopca, który ledwie dorósł, by nosić bido.

– Przepraszam – powiedział Jardir.

– Lecz śmiałość nie jest przecież powodem do smutku – roześmiała się nieznajoma. – Everam niewiele ma miłości dla nieśmiałych. Mam na imię Inevera.

– Wola Everama – przetłumaczył Jardir. Było to popularne powiedzenie w całej Krasji.

Inevera pokiwała głową.

– Ja jestem Ahmann – przedstawił się Jardir. – Syn Hoshkamina.

Dziewczyna skłoniła głowę z powagą, jakby właśnie zasłyszała niezwykle ważne wieści, lecz w jej oczach nadal migotały wesołe iskierki.

Następnego dnia dama’ting powiedziała Qeranowi:

– Jest silny i może powrócić do treningu, ale musi się regularnie odżywiać, a jeśli to samo ramię dozna kolejnych obrażeń przed usunięciem opatrunku, nie będę za nie ręczyć.

Mistrz Ćwiczeń ukłonił się.

– Będzie, jak dama’ting sobie życzy – rzekł.

Jardir otrzymał miskę i pozwolono mu stanąć na czele kolejki. Żaden z pozostałych chłopców, nawet Hasik, nie odważył się tego zakwestionować, ale Jardir czuł na karku ich niechętne spojrzenia. Wolałby raczej toczyć walkę o posiłek, nawet z unieruchomionym ramieniem, aniżeli znosić te spojrzenia, ale dama’ting wydała polecenie. Gdyby nie zjadł owsianki z własnej woli, Mistrzowie nie zawahaliby się ani na chwilę i wepchnęli mu jedzenie do gardła siłą.

– Nic ci nie będzie? – zapytał Abban, gdy usiedli tam, gdzie zawsze.

Jardir pokiwał głową.

– Kości stają się silniejsze, po tym jak się zrosną – odparł.

– Wolałbym sam tego nie sprawdzać – rzekł Abban, a Jardir wzruszył ramionami.

– Przynajmniej jutro zaczyna się Nów – dodał jego przyjaciel. – Spędzisz kilka dni w domu.

Jardir spojrzał na ramię unieruchomione opatrunkiem i poczuł głęboki wstyd. Nie było sposobu, by coś takiego ukryć przed matką i siostrami. Ledwie upłynął jeden cykl, a on już przyniósł wstyd rodzinie.

Uważano, że kiedy nie widać księżyca, moc Nie jest najsilniejsza. Okres ten nazywano Nowiem. Chłopcy w Hannu Pash spędzali ten czas w domu z rodzinami, by ojcowie mogli przyjrzeć się swoim dzieciom i przypomnieli sobie, o co walczą w nocy.

Lecz ojciec Jardira już nie żył. Wątpliwe zresztą, czy młodzieńcowi udałoby się napełnić jego serce dumą. Matka Jardira, Kajivah, ani słowem nie wspomniała o jego ranie po powrocie do domu, ale siostrom brakowało jej taktu.

Żyjąc wśród innych nie’Sharum, Jardir przyzwyczaił się do noszenia jedynie bido i sandałów. Jednakże w obecności sióstr, odzianych od stóp do głów w zgrzebne szaty, odsłaniające jedynie dłonie i twarze, czuł się nagi. Nie mógł też w żaden sposób ukryć zranionego ramienia.

– Co ci się stało w rękę? – zapytała najmłodsza siostra, Hanya, ledwie Jardir wszedł do domu.

– Złamałem ją w trakcie treningu – odparł chłopak.

– W jaki sposób? – Imisandre, najstarsza z sióstr, a przy tym najbliższa Jardirowi, położyła mu dłoń na zdrowym ramieniu.

Ów pełen współczucia gest, który kiedyś był balsamem dla duszy Jardira, teraz jedynie zwielokrotnił jego wstyd. Młodzieniec cofnął się.

– Złamałem ją podczas ćwiczenia sharusahk. To drobiazg.

– Ilu chłopaków cię napadło? – dopytywała się Hanya, a Jardir przypomniał sobie, jak kiedyś pobił dwóch starszych wyrostków, którzy wyśmiewali się z niej na bazarze. – Założę się, że przynajmniej dziesięciu.

Młodzieniec obrzucił ją nieprzyjaznym spojrzeniem.

– Jeden – warknął.

Hoshvah, trzecia z jego sióstr, pokręciła głową.

– Musiał mieć pewnie dziesięć stóp wzrostu – zauważyła.

Jardirowi chciało się wrzeszczeć.

– Dość już tego dręczenia – rzekła Kajivah. – Przygotujcie bratu miejsce przy stole i zostawcie go w spokoju.

Hanya wzięła sandały Jardira, a Imisandre ustawiła ławę na honorowym miejscu przy stole. W domu nie było poduszek, ale dziewczyna wyścieliła ją czystym suknem. Po miesiącu siedzenia na ziemi w sharaj nawet tak skromne udogodnienie wydawało się luksusem. Hoshvah pospiesznie ustawiła poobijane gliniane miseczki, które Kajivah napełniła potrawą z parującego garnka.

Zazwyczaj rodzina Jardira jadła jedynie zwykły kuskus, lecz Kajivah oszczędnie wydawała swe skromne przychody, by na Nów kupić warzywa i nieco przypraw. Tego wieczoru wypadał pierwszy powrót Jardira do domu z Hannu Pash, tak więc w misce znalazło się nawet kilka twardych kęsków trudnego do rozpoznania mięsa. Minęło sporo czasu, odkąd młodzieniec widział aż tyle jedzenia. Wieczerza aż pachniała matczyną miłością, ale Jardir nie miał specjalnie apetytu, zwłaszcza po tym, jak dostrzegł, że matka i siostry mięsa nie jedzą. Wmuszał w siebie kęs za kęsem, by nie urazić rodziny, ale musiał jeść lewą ręką, co tylko zwiększało jego wstyd.

Po posiłku modlili się razem, aż dobiegł sygnał z minaretów Sharik Hora oznaczający zapadnięcie zmroku. Wedle prawa Evejah sygnał ów oznaczał, że wszystkie kobiety i dzieci powinny skryć się pod ziemią.

Nawet mizerne mieszkanko Kajivah dysponowało chronioną runami piwnicą, która łączyła się z Podmiastem – ogromną siecią jaskiń pod Pustynną Włócznią, połączonych ze sobą na wypadek wyłomu uczynionego przez alagai.

– Zejdźcie do piwnicy – przykazała Kajivah córkom. – Chciałabym pomówić z waszym bratem na osobności.

Dziewczęta wypełniły polecenie, a Kajivah skinęła na syna. Zaprowadziła go do kąta, gdzie wisiały miecz i tarcza jego ojca.

Jak zwykle młodzieniec odniósł wrażenie, że oręż przygląda mu się uważnie, jakby dokonywał osądu. Opatrunek znów zaczął mu ciążyć, ale coś innego ciążyło mu jeszcze bardziej. Spojrzał na matkę.

– Dama Khevat powiedział, że ojciec nie zdobył wiele chwały w swoim życiu – rzekł Jardir.

– Dama Khevat nie znał go tak dobrze jak ja – odpowiedziała Kajivah. – Twój ojciec nigdy nie skłamał, nigdy nie uniósł na mnie ręki w gniewie, choć urodziłam mu trzy córki pod rząd. Utrzymywał mnie wraz z dziećmi i wszyscy jadaliśmy mięso.

Spojrzała Jardirowi w oczy.

– Chwałę zdobywa się również w ten sposób, nie tylko zabijając alagai. Powtórz to w blasku słońca i zapamiętaj.

– Zapamiętam – skinął głową Jardir.

– Nosisz teraz bido – powiedziała Kajivah. – Oznacza to, że nie jesteś już chłopcem i nie możesz zejść z nami do piwnicy. Musisz czuwać przy drzwiach.

– Nie boję się – rzekł Jardir.

– Może powinieneś – powiedziała Kajivah. – Evejah twierdzi, że podczas Nowiu sam Alagai Ka, ojciec demonów, skrada się po powierzchni Ala.

– Nawet jemu nie uda się przedrzeć przez szeregi wojowników z Pustynnej Włóczni – oznajmił Jardir.

Kajivah wstała i zdjęła broń Hoshkamina ze ściany.

– Niewykluczone – powiedziała, wsuwając mu włócznię do zdrowej ręki. – Ale jeśli się przedrze, to właśnie ty będziesz musiał odpędzić go z progu.

Wstrząśnięty Jardir ujął broń, a Kajivah skinęła i ruszyła w ślad za córkami do piwnicy. Jardir natychmiast przysunął się do drzwi i wyprostował z dumą. Stał tak przez całą noc i dwie następne.

– Będę potrzebował jakiegoś celu – powiedział Jardir – bo kiedy dama’ting usunie opatrunek, będę musiał znów wywalczyć sobie miejsce w kolejce.

– Możemy zrobić to wspólnie – rzekł Abban. – Jak dotychczas.

Jardir pokręcił głową.

– Jeśli skorzystam z twojej pomocy, pomyślą, że jestem słaby. Muszę im pokazać, że po uzdrowieniu jestem silniejszy niż wcześniej. W przeciwnym razie sam stanę się celem dla wszystkich.

Abban pokiwał głową w zamyśleniu.

– Wydaje mi się, że będziesz musiał zaatakować kogoś stojącego bliżej czoła, ale nie na tyle blisko, by sprowokować Hasika i jego kolesiów.

– Myślisz jak kupiec – rzekł Jardir.

– Wychowałem się na bazarze – odpowiedział Abban z uśmiechem.

Przez kilka kolejnych dni przyjaciele uważnie obserwowali kolejkę, zwracając baczną uwagę na miejsca, które zajmowali przed złamaniem ręki przez Jardira. Stali tam teraz starsi o kilka lat chłopcy, o wiele więksi od Jardira i Abbana. Dlatego obaj wspólnie wyznaczali tych, którzy mogli stanowić potencjalny cel, i bacznie przyglądali im się podczas ćwiczeń.

Te zaś przebiegały w podobnym rytmie co dotychczas. Ciężki, mocny opatrunek utrzymywał gojące się ramię Jardira w tej samej pozycji, gdy biegał przez przeszkody. Mistrzowie Ćwiczeń kazali chłopakowi trenować także walkę włócznią i rzucanie sieci za pomocą lewej ręki. Nie traktowano go w żaden szczególny sposób, zresztą Jardir nie życzyłby sobie żadnych ułatwień. Rzemień Mistrza smagał go po plecach równie często jak wcześniej, a młodzieniec przyjmował razy z ochotą i wnikał w swój ból. Dobrze wiedział, że każdy zadany mu cios pokazywał innym, że pomimo odniesionej rany wcale nie jest słaby.

Tydzień mijał za tygodniem, a Jardir ciężko pracował, ćwicząc sharukin, kiedy tylko miał możliwość, a po ułożeniu się do snu powtarzał w myślach wszystkie ruchy. Z zaskoczeniem odkrył, że lewą ręką uderza i rzuca włócznią równie dobrze jak prawą. Zaczął nawet tłuc przeciwników ciężkim opatrunkiem, z ochotą przyjmując ból, który rozlewał się po jego ciele niczym gorący pustynny wiatr. Wiedział, że gdy dama’ting wreszcie zdejmie usztywnienie, ręka będzie w lepszej formie niż wcześniej.

– Postawiłbym na Jurima – rzekł w końcu Abban na dzień przed zdjęciem opatrunku. – Jest wysoki i silny, ale często zapomina, czego się nauczył, i próbuje pokonać przeciwników tylko siłą fizyczną.

– Niewykluczone – zgodził się Jardir. – Jest ponadto powolny i nigdy nie rzuciłby mi wyzwania, gdybym go pokonał, ale sam myślałem o Shanjacie.

Ruchem głowy wskazał smukłego chłopaka stojącego tuż przed Jurimem.

– Nie daj się zmylić jego posturą. – Abban pokręcił głową. – Nie stoi przed Jurimem bez powodu. Rusza rękami i nogami szybko jak błyskawica.

– Ale jego ruchom brakuje precyzji. I traci równowagę, gdy chybi.

– Co zdarza się dość rzadko – ostrzegł go Abban. – Łatwiej ci będzie pokonać Jurima. Jeśli będziesz targować się zbyt długo, stracisz okazję.

Jardir powrócił z pawilonu dama’ting późnym rankiem następnego dnia, gdy chłopcy już stali w kolejce po owsiankę. Nabrał tchu, naprężył prawe ramię i wkroczył do środka, kierując się prosto w środek kolejki. Abban już zajął miejsce bardziej z tyłu, ale na jego wsparcie Jardir nie chciał liczyć. Ustalili, że Abban nie będzie się mieszał.

Ojciec Jardira mawiał, że najsłabszy wielbłąd przyciąga wilki. Ta prosta rada przegnała strach z jego serca.

– Na koniec, kaleko – warknął Shanjat na jego widok.

Jardir zignorował go i zmusił się do szerokiego uśmiechu.

– Niech ci Everam pobłogosławi, że popilnowałeś mojego miejsca – powiedział.

Shanjat spojrzał na niego z niedowierzaniem. Był trzy lata starszy od Jardira i o wiele lepiej zbudowany. Zdumiony nie zareagował należycie szybko, co Jardir wykorzystał bez wahania i brutalnie wypchnął go z kolejki. Shanjat zatoczył się i potknął, wzbijając chmury pyłu, ale zdołał zachować równowagę. Jardir mógł wykorzystać okazję, łatwo byłoby kopnąć przeciwnika w nogę czy w rękę i przewrócić go na ziemię, ale zwykłe zwycięstwo tu nie wystarczało. Jeśli młodzieniec chciał raz na zawsze zdusić plotki, iż po złamaniu ręki jest słabeuszem, musiał się zdobyć na coś bardziej spektakularnego.

Rozległy się okrzyki zachwytu i kolejka po owsiankę w jednej chwili przeistoczyła się w krąg otaczający obu chłopców. Wyraz zaskoczenia natychmiast znikł z twarzy Shanjata, a zastąpił go grymas wściekłości. Z zawziętością rzucił się na Jardira.

Ten zaś zawirował niczym tancerz, unikając pierwszych uderzeń Shanjata. Abban nie przesadził, starszy chłopak uderzał naprawdę szybko, lecz w końcu, zgodnie z oczekiwaniami, Shanjat gniewnie zadał cios, który chybił. Shanjat stracił równowagę, Jardir usunął się na lewo, zanurkował pod jego ramieniem i wbił prawy łokieć w nerki przeciwnika. Ten, potknąwszy się, wrzasnął z bólu.

Jardir odwrócił się błyskawicznie i wbił drugi łokieć w plecy Shanjata, posyłając go na ziemię. Po całych tygodniach w opatrunku ramię Jardira było chude i blade, ale kości rzeczywiście wydawały się mocniejsze, jak przepowiedziała dama’ting.

Shanjat zdołał jednak pochwycić napastnika za kostkę, przewrócił jednym szarpnięciem i runął na niego. Toczyli wściekłą walkę w kłębach pyłu, gdy nagle przewagę odzyskał Shanjat, jako cięższy i z dłuższymi ramionami. Specjalnym chwytem unieruchomił głowę Jardira i wbił mu prawą pięść w tchawicę, napierając lewą ręką.

Świat nagle zaczął ciemnieć i Jardir poczuł ukłucie strachu, że może źle ocenił swoje siły i nie podoła wyzwaniu, jednak nie poddał się, lecz wtopił w owo nowe doznanie, podobnie jak do tej pory wtapiał się w ból. Wymierzył mocnego, miażdżącego kopniaka w tył, Shanjat zawył, poluźnił nieco chwyt. Jardir wyrwał się i unieruchomił ramiona przeciwnika blisko stawów tak, by ten nie mógł go w zasadzie trafić, o wyrządzeniu krzywdy nie wspominając. Powoli, z wysiłkiem Jardir zmieniał pozycję, aż znalazł się za Shanjatem, uderzając w każdy wrażliwy punkt w jego ciele – w oczy, gardło, podbrzusze.

Znalazłszy się wreszcie w odpowiednim miejscu, Jardir pochwycił prawe ramię Shanjata i wykręcił je do tyłu, jednocześnie wbijając z całej siły kolana w plecy starszego chłopaka. Gdy poczuł, że łokieć Shanjata jest już maksymalnie wyprostowany, oplótł go własnym ramieniem i szarpnął w górę.

– Aargh! – ryknął Shanjat i Jardir uświadomił sobie, że złamanie przeciwnikowi ręki – tak jak wcześniej Hasik złamał jego – to w tej chwili drobnostka.

– Trzymałeś dla mnie to miejsce, prawda? – zapytał głośno Jardir.

– Zabiję cię, ty szczurze! – wrzasnął Shanjat, tłukąc ziemię wolną dłonią. Wił się i szarpał, ale nie był w stanie uwolnić się z chwytu Jardira.

– Powiedz to! – zażądał Jardir, unosząc rękę Shanjata jeszcze wyżej. Czuł, że naprężone ramię nie wytrzyma ani chwili dłużej.

– Prędzej trafię do otchłani Nie! – wrzasnął Shanjat.

– Kości stają się silniejsze, po tym jak się zrosną – wzruszył ramionami Jardir. – Przyjemnego pobytu u dama’ting.

Szarpnął mocno. Rozległ się trzask pękającej kości i rozdzieranych mięśni, a Shanjat wrzasnął, sparaliżowany potwornym bólem.

Jardir wstał powoli i przyjrzał się uważnie zebranym dookoła chłopcom, ciekaw, czy ktoś ma ochotę rzucić mu wyzwanie. Wielu wpatrywało się w niego szeroko otwartymi oczyma, ale nikt nie wydawał się skory do odwetu za Shanjata, który miotał się w pyle i wył.

– Na bok! – warknął Mistrz Ćwiczeń Kaval, przebijając się przez tłum. Spojrzał na Shanjata, a potem na Jardira. – Jeszcze będą z ciebie ludzie, chłopcze – burknął. – Z powrotem do kolejki! – krzyknął. – Albo wylejemy owsiankę do kloaki!

Chłopcy natychmiast stanęli w rzędzie, a w powstałym zamieszaniu Jardir skinął na Abbana i wskazał mu miejsce za sobą.

– Hej! – wrzasnął Jurim, który miał teraz stać za nim, lecz Jardir wbił w niego złowrogie spojrzenie i Jurim cofnął się bez słowa, robiąc miejsce dla Abbana.

Kaval kopnął Shanjata.

– Wstawaj, szczurze! Nie masz złamanych kości, więc nie spodziewaj się, że zaniesiemy cię do dama’ting, po tym jak dowalił ci chłopak dwa razy mniejszy od ciebie!

Złapał Shanjata za zdrowe ramię i jednym szarpnięciem postawił chłopaka na nogi, po czym powlókł go do pawilonu uzdrowicieli. Stojący w kolejce chłopcy wygwizdali go i wydrwili głośno.

– Nie rozumiem – rzekł Abban. – Dlaczego on się po prostu nie poddał?

– Bo jest wojownikiem – odparł Jardir. – Poddałbyś się, gdyby cię otoczyły alagai?

Abban aż zadrżał na samą myśl.

– To co innego.

– Nie. – Jardir pokręcił głową. – Nie ma żadnej różnicy.

Hasik i kilku starszych chłopców rozpoczęło ćwiczenia na ścianach Labiryntu wkrótce po tym, jak Jardirowi zdjęto opatrunek. W rok później zyskali prawo do zastąpienia bido czarnymi szatami wojowników, a ci, którzy przeżyli – wśród nich Hasik – kroczyli dumnie po polach ćwiczeń i odwiedzali wielki harem. Podobnie jak inni dal’Sharum, na nie’Sharum nawet nie raczyli spojrzeć.

Czas płynął Jardirowi bardzo szybko, dni zlewały się w niekończący się ciąg. Rano słuchał słów dama, który opiewał chwałę Everama i plemienia Kaji. Młodzieniec uczył się o innych plemionach krasjańskich i o tym, dlaczego stały niżej w hierarchii niż Kaji, dowiedział się także, czemu właśnie Majah byli najbardziej ślepi na prawdy Everama. Dama opowiadał również o innych krainach i o tchórzliwych chin zamieszkujących Północ, ludach, które zapomniały sztuki władania włócznią i żyły na podobieństwo khaffit, kuląc się ze strachu przed alagai.

Jardir nigdy nie był usatysfakcjonowany miejscem w kolejce i wykorzystywał każdą okazję, by przesunąć się bliżej czoła, gdzie miski były pełniejsze. Wybierał sobie chłopców stojących przed nim i jednego po drugim wysyłał do pawilonu dama’ting. Zawsze też ciągnął za sobą Abbana. Nim Jardir ukończył jedenasty rok życia, stali już na samym przedzie przed kilkoma starszymi chłopcami, a wszyscy omijali go szerokim łukiem.

Popołudniami odbywały się ćwiczenia z bronią, chłopcy często biegali też jako cele dla dal’Sharum rzucających sieci. Nocami Jardir leżał na zimnej kamiennej podłodze Kaji’sharaj i wytężał słuch, pragnąc wychwycić odgłosy alagai’sharak i marząc o chwili, kiedy sam stanie między mężczyznami.

W trakcie ćwiczeń niektórzy z chłopców zostali wybrani przez dama, by przejść specjalny trening mający przygotować ich do noszenia bieli. Ci opuścili Kaji’sharaj i nigdy więcej ich już nie widziano. Jardira ten honor, na szczęście, ominął. Nie miał najmniejszej ochoty spędzać całych dni nad starożytnymi zwojami czy wykrzykiwać hymnów pochwalnych ku czci Everama. Jardir przyszedł na świat, by władać włócznią.

Dama bardziej interesował się Abbanem, który znał litery i cyfry, lecz jego ojciec należał do khaffit, a to całkowicie wykluczało chłopaka, chociaż hańba ojca nie przenosiła się na synów.

– Lepiej walcz – powiedział w końcu dama Abbanowi i szturchnął go palcem w szeroką klatkę piersiową. Abban nadal był dużym wyrostkiem, ale dzięki rygorystycznej dyscyplinie tłuszcz w jego ciele przeobraził się w twarde mięśnie. W rzeczy samej syn kupca wyrastał na srogiego wojownika i aż odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że nie zostanie wybrany do grona adeptów białej szaty.

Chłopców zbyt słabych lub powolnych wyrzucano z Kaji’sharaj, jako khaffit zmuszeni byli do noszenia zgrzebnych szat przez resztę życia. Ta straszna dola okrywała wstydem rodziny odrzuconych i przekreślała ich szanse na wejście do raju. Ci, którym w sercach nadal tlił się duch walki, zgłaszali się na ochotnika do roli Naganiacza, którego zadaniem było przyciąganie uwagi demonów i zwabianie ich do pułapek w Labiryncie. Naganiacze nie żyli długo, ale dla khaffit nie było innego sposobu, by zdobyć chwałę i zasłużyć na Niebo.

W wieku lat dwunastu Jardir po raz pierwszy mógł zajrzeć do Labiryntu. Mistrz Ćwiczeń Qeran zabrał najstarszych i najsilniejszych z nie’Sharum na wielką ścianę runiczną – mierzący sobie trzydzieści stóp mur z piaskowca, gdzie rozciągało się miejsce kaźni demonów. W dawnych czasach, gdy Krasja była o wiele gęściej zaludniona, znajdowała się tu cała dzielnica miasta, teraz pozostały po niej resztki starych ruder oraz tuziny mniejszych ścian z piaskowca, wysokich na dwadzieścia stóp, grawerowanych rzędami runów. Niektóre ciągnęły się daleko lub skręcały pod ostrym kątem, po innych pozostały jedynie fragmenty, połamane bloki. Wszystkie razem tworzyły labirynt najeżony pułapkami, które zaprojektowano tak, by pochwycić alagai i przetrzymać je aż do wschodu słońca.

– Mur, który ciągnie się pod waszymi stopami – powiedział Qeran, tupnąwszy – chroni nasze kobiety i dzieci, a nawet khaffit – splunął przy tych słowach – przed alagai. Pozostałe mury – ruchem dłoni ukazał im niekończące się, biegnące w różnych kierunkach ściany Labiryntu – to pułapka na alagai. Wpadają do niej, a my już tam na nie czekamy.

Zacisnął pięść, a duma, jaką zawarł w tych słowach, natychmiast wlała się w serca słuchających go chłopców. Jardir wyobraził sobie, jak radośnie biegnie przez Labirynt uzbrojony we włócznię i tarczę. Tak, tam na piasku przesiąkniętym krwią czekała na niego chwała.