Otchłań – Księga 2 - Peter V. Brett - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Czas na ostateczną bitwę. W tym pojedynku, przetrwa tylko jedna strona - ludzka lub demoniczna.

Drużyna straceńców staje przed bramami Otchłani. Nie ma już odwrotu, nie ma miejsca na wątpliwości ani czasu na wahanie. Przeciwko sobie mają całą potęgę Nie oraz pokonanego, ale nie złamanego Alagai Ka.

Jednak najcięższą walkę każdy z bohaterów stoczy sam ze sobą.

Aby zwyciężyć muszą poświęcić to co kochają najbardziej.

Jeśli zawiodą, po ludzkości nie pozostanie nawet ślad.

Rozpoczyna się bitwa o wszystko. Sharak Ka - ostatnia wojna przeciwko demonom.

To jest właśnie czas roju!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 605

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Sireny Lilith,

25

Wejście do Otchłani

334 rok plagi

Ukochana!

Księżyc był jedynie wąskim rożkiem srebrnego światła, gdy Jardir zatoczył krąg na nocnym niebie. Na ziemi widział hordy demonów, które dzięki magicznemu widzeniu korony przypominały jaśniejące pochodnie.

– Tu jestem, ukochany – odpowiedziała niemalże natychmiast Inevera.

– Zbliżamy się do bramy Otchłani – rzekł Jardir. – Jesteśmy daleko od cywilizacji, ale roi się tu od alagai. Magia potężnieje. Niewykluczone, że rozmawiamy po raz ostatni, a ja wkrótce znajdę się poza zasięgiem nawet Korony Kajiego.

Na ziemi Par’chin oraz jego Jiwah Ka, niewidoczni dla demonów dzięki mocy runów mieniących się na ich skórze, strzegli więzienia Alagai Ka – niewielkiego stalowego wozu, którym powoziła Shanvah. Na burtach wozu ciągnęły się runy wymalowane przez Par’china, które jednocześnie więziły przewożone w nim zło, jak i czyniły sam wóz niewidzialnym dla zła, które je otaczało. Ojciec dziewczyny siedział obok niej, przykuty łańcuchami do ławki i wpatrzony tępo w dal.

Na wypadek gdyby te środki ostrożności nie wystarczyły, Shanvah otaczała ich śpiewem, wzmocnionym przez magiczny naszyjnik podarowany jej przez siostrę włóczni. Śpiewała ciągle ten sam wers „Pieśni o Nowiu” – piękną, smutną melodię, której nawet Jardir nie mógł się oprzeć.

Przyglądający im się z góry Jardir patrzył na potężne runy chroniące grupkę jego towarzyszy na ziemi. Dzięki magii swej korony widział, że jaśnieją jak nigdy wcześniej, zalewając światłem obszar wokół siebie. Magia Shanvah była nieco słabsza, lecz również wyraźna. Trasa alagai, które znalazły się w jej zasięgu, zauważalnie się zmieniała – śpiew dziewczyny delikatnie, niespostrzeżenie dla nich samych zmieniał kierunek ich marszu.

– Moja siostrzenica stała się niezwykle potężna – oznajmił Jardir. – Zaiste plan Everama jest niezbadany. Mam wojowników Włóczni Wybawiciela, którzy walczyli u mego boku przez ponad dwadzieścia lat, oraz tylu synów, że przypuszczalnie wszystkich chyba nie poznałem, a na wejście do Otchłani wraz ze mną decyduje się moja siostrzenica, ledwie dojrzała na tyle, żeby wyjść za mąż. I to właśnie ona postanawia dźwigać ze mną ciężar Sharak Ka.

– Wybacz mi, ukochany, każde niemiłe słowo, które kiedykolwiek powiedziałam o twoich siostrach – rzekła Inevera. – Ich łona zrodziły bowiem trzy największe wojowniczki, jakie kiedykolwiek stąpały po Ala.

– Niech Everam sprawi, żeby to wystarczyło.

– Wyspałeś się? – spytała Inevera.

– Odpoczęliśmy przez godzinę, gdy słońce stało w zenicie – odparł Jardir.

– To nie wystarczy, mężu. Magia może przywrócić ci witalność, ale twój umysł potrzebuje snów. W przeciwnym razie owładnie nim szaleństwo.

– A więc będę się modlił, żeby udało mi się je odepchnąć do czasu, gdy nasze zadanie dobiegnie końca – oznajmił Jardir. – Potem nie będzie już to miało większego znaczenia.

– Ależ oczywiście, że będzie miało! – zaprotestowała Inevera.

– Wyśpimy się niebawem – obiecał Jardir. – Jutro bowiem czeka nas Nów. Wtedy wypuścimy Alagai Ka, żeby poprowadził nas ścieżką w mrok, a potem obawiam się, że długo nie zaznamy snu. Będzie się liczyć jedynie zwycięstwo bądź śmierć.

– Gdzie jesteście?

– Na północ od góry, gdzie ja i Par’chin walczyliśmy w Domin Sharum. Kryje się tu wielka moc, ukochana. Już wiem, dlaczego Par’china coś do niej ciągnęło.

– Twój głos słabnie – zawołała Inevera. – Otwórz przede mną swoje serce po raz ostatni. Co czujesz, gdy zbliżasz się do wejścia do Otchłani?

– Zapał – odparł Jardir. Wyznał żonie prawdę, ale w sercu czuł coś jeszcze. – I lęk. Boję się, że cię zawiodę. Że zawiodę całą Ala. Że okażę się słaby, a Everam porzuci mnie w godzinie próby.

– Wszystkie dzieci Everama podzielają te lęki i tak będzie, dopóki istnieje Nie – stwierdziła Inevera. – Nikt zaś nie odczuwa tych wątpliwości bardziej od Wybawiciela. Niemniej pamiętaj, że przyglądam ci się przez całe życie, synu Hoshkamina. Jeśli ty nie udźwigniesz ciężaru Sharak Ka, nikt temu nie podoła.

Jardir przełknął włochatą kulę, która urosła w jego gardle.

– Dziękuję ci, ukochana.

– Podziękujesz mi, gdy...

Jej słowa nagle się urwały, a Jardir usłyszał już jedynie wiatr. Zatrzymał się, a potem cofnął, by na powrót nawiązać łączność, ale nie chciał za bardzo oddalać się od wozu.

Pod sobą miał przecież księcia demonów, którego uwięziono po trzykroć – magicznymi symbolami wytatuowanymi na skórze, runicznymi srebrnymi łańcuchami oraz wzmocnionymi magią stalowymi ścianami.

„Czeka was długa droga, a wy jesteście śmiertelnikami. W pewnym momencie możecie stracić czujność, a ja wówczas się uwolnię” – obiecał im Alagai Ka.

Jardir nie mógł dopuścić, by ta przepowiednia się spełniła. Dwukrotnie walczyli z Alagai Ka i dwukrotnie książę Nie niemal ich pokonał. Gdyby się wyrwał na wolność i wezwał pomoc, zaroiłoby się od alagai i nawet wybrańcy Everama nie zdołaliby im sprostać.

– Żegnaj, ukochana – szepnął wiatrom Jardir i wrócił nad wóz, by nadal go strzec.

Zmierzali wzdłuż starożytnej drogi, którą odnaleźli na jednej z zakurzonych map Par’china. Wędrowali przez stepy i gęste bory, czasem zbaczali z traktu, by wyminąć wioski i obozy uchodźców, aż w końcu znaleźli się u stóp łańcucha zalesionych wzgórz. Droga, której nikt nie używał przez długie stulecia, wkrótce znikła wśród traw i chwastów. Czasem udało się natrafić na ścieżki szerokie na tyle, by udało się przepchnąć wóz, ale należało to do rzadkości.

Z tej wysokości Jardir niebawem wypatrzył coś interesującego. Otóż droga, po której od dłuższego czasu nie było ani śladu, pojawiała się znów przed nimi. Co ciekawe, nosiła ślady częstego i niedawnego użytkowania. Wzniósł się wyżej i niebawem zrozumiał przyczynę.

Uruchomił koronę i odezwał się do jadących w dole towarzyszy:

– Przed nami znajduje się wielka osada. Pilnujcie ojca demonów, a ja przeprowadzę zwiad.

– Damy sobie radę – odparł Par’chin.

Jardir pobrał więcej mocy z włóczni i pomknął ku odległej wsi. Po wielu tygodniach powolnej wędrówki dobrze było znów móc się rozpędzić.

Ukryta między drzewami wieś pojawiła się nagle i Jardir wyhamował tak gwałtownie, że aż targnęło jego ciałem. Osadę otaczał wieniec ogromnych, prastarych obelisków, z których każdy mierzył kilka jardów w obwodzie i ważył wiele ton. Wykute na nich runy mogły skutecznie zatrzymać alagai.

Nie to jednak zdumiało Jardira. Mężczyzna wisiał w powietrzu i z ogromnym zaskoczeniem wpatrywał się w runy i zabudowania, które wykonano w stylu krasjańskim. Magiczne znaki nie przypominały stosowanych obecnie, podobnie jak architektura, przywodziły raczej na myśl Słońce Anocha. Czyżby patrzył na osadę wzniesioną przez zaginione plemię jego pobratymców? Cóż oni robili tak daleko na północy?

I dokąd się udali?

Shanvah, która została wysłana, by zbadać zabudowania, padła na kolana przed Jardirem.

– Nie ma żadnych śladów walki, Wybawicielu. Wygląda to tak, jakby wszyscy nagle zebrali swój dobytek i odeszli w pokoju.

Par’chin zmarszczył brwi.

– Trudno w sumie się dziwić. Wielu ludzi porzuciło swoje domy od czasu, kiedy przybyliście z pustyni, wymachując włóczniami.

Jardir zignorował przytyk.

– Ale tak daleko na północy, Par’chin? Wątpię, czy w ogóle dowiedzieli się o moim przybyciu!

– Wybawicielu – odezwała się Shanvah – czy to mogą być pozostałości Anoch Dahl?

Renna przechyliła głowę.

– Miasto... Ciemności? – spytała.

– Otóż to – zgodził się Jardir. – Kaji wzniósł Anoch Dahl, żeby zaopatrzyć swoją armię, zanim ruszył do Otchłani.

„Odnajdziesz cząstkę Kajiego” – powiedziała Inevera. „Dar od swojego przodka, który poprowadzi cię przez mrok”.

Czy o tym mówiła przepowiednia jego żony? Czy patrzył na wskazówkę pozostawioną przez pierwszego Wybawiciela dla następców?

Par’chin odetchnął.

– A więc niby przetrwali w tym miejscu trzy tysiące lat tylko po to, żeby spakować się i odejść bez powodu... Kiedy? Rok temu?

– Mniej – powiedziała Shanvah. – Najwyżej kilka miesięcy.

– Czyli wtedy, gdy Alagai Ka uderzył zmasowanymi siłami podczas Nowiu – odgadł Jardir.

– To nie zbieg okoliczności – stwierdziła Renna. – To jasne jak słońce.

– Niebawem się dowiemy – odparł Jardir. – Musimy odpocząć, póki wciąż jest dzień. Być może będzie to nasz ostatni sen w życiu, gdyż dziś w nocy wypuścimy Alagai Ka.

Znienawidzona dzienna gwiazda zamieniła jego metalowe więzienie w duszną celę, w rozgrzany piec, w którym temperatura sięgała poziomów zabójczych dla ludzkiego bydła.

Gorąco mu przeszkadzało, ale było jedyną rzeczą, którą jeszcze potrafił jakoś znieść. Wszystkie inne aspekty niewoli Małżonka przerodziły się w koszmar. Choćby ten prymitywny pojazd, w którym go zamknięto. Każdy podskok na wybojach sprawiał, że srebrne łańcuchy napinały się mocniej, a wyryte na nich runy przeszywały demona kolejną falą bólu. Prześladowcy karmili go rzadko i zawsze dawali tylko mózgi zwierząt, a więc sam tłuszcz bez mięsa. Skuty był tak mocno, że musiał poświęcić resztki swej godności, by podpełznąć do posiłku, podczas gdy każdy ruch przeradzał się w następną torturę, a potem musiał wciskać twarz w obrzydliwe mięso, skwierczące w upale. Całe więzienie tym śmierdziało.

I to ich śpiewanie!

Małżonek nienawidził wszystkich swoich prześladowców, jednak najgorętszą nienawiścią zaczynał darzyć Śpiewaczkę. Jej głos, choć stłumiony przez metalowe ściany więzienia, wgryzał się głęboko nawet w potężny umysł demona, drażnił go i ranił.

Gdy Alagai Ka wśliznął się w myśli i wspomnienia samca, który spłodził Śpiewaczkę, poznał pełną gamę obrzydliwych uczuć, którymi ten ją darzył – miłość, dumę i nadzieję. Dzięki temu znienawidził samicę i zapragnął ją skrzywdzić, jeszcze zanim usłyszał jej przeklęty głos. Podobnie jak runy wojenne, ta pieśń była echem starożytnej magii, którą dwór umysłów od dawna uznawał za wytępioną. Docierała do najpierwotniejszych emocji i wwiercała się w nie, a to przyciągało magię. Jego własny gatunek dostarczał więc mocy, którą pieśń wykorzystywała później przeciwko nim.

Wystarczyło, by Małżonek raz usłyszał pieśń, a już miał ochotę rzucić się do ucieczki. Gdyby ludzkości udało się zwiększyć ten potencjał, trudno byłoby ich pokonać. Ba, po rozproszeniu roju mogłoby się to okazać całkiem niemożliwe.

Małżonek przypomniał sobie ogromne chóry Kavriego i zadrżał.

Łańcuchy ocierały się o jego skórę i paliły przy każdym ruchu. Przestał już leczyć swe poranione ciało – pozwalał, by obumierało i zasychało w ochronną skorupę. On sam zaś sięgał do cennych rezerw magii i tworzył pod nią dodatkowe warstwy skóry. Był to długotrwały proces, ale demon wiedział, że z czasem, po upływie wielu tygodni, doprowadziłby do zatarcia wytatuowanych runów, które wysysały jego własną moc. Nie wiedział tylko, czy zdoła doprowadzić proces do końca, czy też runy go najpierw zabiją.

Tymczasem mógł jedynie czekać w ciemnościach, w podskakującym na wybojach powozie. Nie miał pojęcia, dokąd zmierzają, a magiczne więzy uniemożliwiały mu zbadanie okolicy dzięki mocy własnego umysłu.

To było najbardziej niepokojące. Odkąd się wykluł, świadomość istniała niezależnie od jego ciała i mogła pokonywać ogromne odległości. Nigdy nie był sam, zawsze słyszał zew swoich niewolników i głosy braci.

Teraz nie słyszał niczego.

Jedynie pojawianie się i odchodzenie dziennej gwiazdy dawało mu jakie takie poczucie mijającego czasu, ale to mu wystarczyło. Książę Małżonek wiedział, że nadchodzi Nów. Jeśli nie posadzą go wkrótce na niewolnika ze zniszczonym umysłem i nie rozpoczną drogi w dół, do dworu umysłów, wszystko pójdzie na marne. Królowa szykowała się już bowiem do złożenia jaj, o ile już tego nie zrobiła.

Jeśli zaczęła składać jaja, wszyscy byli skazani na zagładę, a Małżonek w pierwszej kolejności. W przeciwnym razie wszyscy mieli interes w tym, by dotrzeć do niej jak najszybciej, i demon nie miał nic przeciwko temu, nawet jeżeli miał pokonać tę drogę w kajdanach. Wiedział, że gdy zejdą w głąb Otchłani, gdzie magia była o wiele potężniejsza, a jego słudzy liczni, będzie miał więcej możliwości, by uciec.

Wóz nagle drgnął i zatrzymał się.

Książę Małżonek zasyczał, gdy otworzyły się ciężkie drzwi wozu, a do środka wpadło światło gwiazd.

Jego pozbawione powiek oczy szybko przystosowały się do blasku i demon natychmiast zarejestrował ich położenie. Nawet najmłodsi spośród demonów umysłu uczyli się odczytywać pozycję znienawidzonych gwiazd. Nie sposób było wspiąć się w hierarchii na dworze umysłu bez zdobycia doświadczenia w wojnach toczonych na powierzchni.

Znajdowali się już blisko ścieżki prowadzącej w głąb.

Jego prześladowcy zgromadzili się przy wejściu. Widział Odkrywcę, Łowczynię, Dziedzica i przeklętą Śpiewaczkę. Obok nich stał skuty łańcuchami Shanjat, jego wierzchowiec.

– Fuj! Ależ tu śmierdzi! – Odkrywca skrzywił się i splunął na ziemię, lecz w jego aurze nie było ani śladu obrzydzenia. Człowiek chciał w ten sposób wzbudzić w Małżonku gniew, licząc, że ten niebacznie zdradzi jakieś cenne informacje.

Następnie Odkrywca ośmielił się położyć ręce na ciele Małżonka i wywlec go z wozu. Złapał za palące łańcuchy i cisnął na ziemię w samym środku kręgu. Noc była zimna, a w takiej bliskości ścieżki unosiły się silne prądy magii. Runy wyryte na skórze demona umysłu natychmiast zaczęły ją wabić, a ciało znów zapłonęło, ale książę znosił cierpienie. Pozwalał, by ciało mu obumierało, a sam smakował rozproszoną w powietrzu magię.

Jeden z braci Małżonka znajdował się niedaleko. Bez wątpienia pilnował tunelu, jednego z nielicznych, które kierowały na samo dno Otchłani, i jedynego w promieniu kilkuset mil szerokiego na tyle, by prowadzić nim jeńców. Idealne miejsce na założenie roju pod warunkiem, iż rządzący nim demon umysłu był na tyle potężny, by móc obronić go przed rywalami.

Osobliwy posmak magii zdradził Małżonkowi, że demon czający się w pobliżu należał do jego rodu. Był to najstarszy osobnik z miotu, a zarazem najbardziej zaufany podwładny. Był w łaskach księcia Małżonka, przez co ten pozwolił mu żyć o wiele za długo, i stał się niezwykle potężny. Mógł zniszczyć ludzkich prześladowców pod warunkiem, że udałoby mu się ich zaskoczyć.

Małżonek przetoczył się i zatrzymał u stóp wierzchowca. Nie miał ochoty go dosiadać, głównie dlatego, iż chciał przypomnieć ludziom, że wcale nie mają nad nim władzy. Że w najważniejszym dla nich momencie nadal jest w stanie pokrzyżować im szyki, jeśli tylko tego zapragnie.

Nie na tym mu jednak zależało. Teraz musiał zyskać ich zaufanie i nawet ograniczony wpływ, jaki wywierał na swego wierzchowca, był czymś lepszym niż nic.

Dotknął stopy Shanjata, a gdy ich ciała się zetknęły, umysł Małżonka bez trudu wśliznął się do głowy niewolnika. Ten zdjął szatę, pochylił się i podniósł demona. Usadowił go sobie na plecach i nakrył szatą, by ochronić przed blaskiem gwiazd.

Demon zamknął oczy i spojrzał na świat oczami niewolnika. Kończyny Shanjata były również spętane łańcuchami, przytwierdzonymi do szerokiego pasa.

Znajdowali się na terenie rozrodczym ludzi. Małżonek spustoszył kiedyś to miejsce, gdy sam pilnował tunelu kilka cykli temu. Pożarł wówczas umysł przywódcy miejscowego stada, dzięki czemu znał tu teraz każdy kąt.

– Dobra robota – pogratulował im warknięciami, które uchodziły wśród nich za sposób komunikacji. – Jesteśmy blisko wejścia. Pokażę wam drogę.

– Aleś ty się nagle chętny do współpracy zrobił – odezwała się Łowczyni.

– Pragnę Otchłani tak, jak ryba pragnie wskoczyć do wody – rzekł książę Małżonek. – Lub tak jak ty pragniesz pożerać ciała moich pobratymców.

– To nieprawda! – Aura Łowczyni zapłonęła oburzeniem, co sprawiło demonowi wielką przyjemność. Tak łatwo było sprowokować ludzi.

– Twoje kłamstwa są pozbawione znaczenia – powiedział książę Małżonek. – Przecież to wręcz przebija z twojej aury. Wmawiasz sobie, że ruszasz na wyprawę, żeby ocalić swój rodzaj, podczas gdy tak naprawdę pragniesz tylko mocy i potęgi.

Łowczyni zacisnęła pięść, a zewsząd napłynęła ku niej magia. Nie musiała przywoływać jej wiele – wystarczyłaby odrobina przekazana do runów na skórze księcia Małżonka, by go zabić, ale mimo to ten patrzył na samicę bez lęku.

Odkrywca zareagował natychmiast.

– Daj spokój, Ren – odezwał się. – Nie pozwól, żeby zalazł ci za skórę. Wiesz, jacy oni są.

Aura Łowczyni uspokoiła się, gdy ta usłyszała słowa mężczyzny.

– W porządku – rzekła.

– Co to za miejsce, demonie? – spytał Dziedzic, machnąwszy włócznią.

Małżonek nie spuszczał z niej oczu. Oczywiście jego prześladowcy mogli demona zabić na dziesiątki sposobów, ale on lękał się włóczni Kavriego od wielu tysięcy lat. Wszak tą bronią zgładzono jego własnego ojca.

– Poznaję tu ślady bytności mojego ludu. Co się z nimi stało?

Do głowy demona napłynęły tysiące kłamstw, lecz prawda była o wiele ciekawsza.

– To Anoch Dahl, miasto nocy. Tutaj zbierały się armie Kavriego i stąd zarządzał północną częścią swojego imperium, zanim to legło w ruinach. Pozostała tu zaledwie garstka ludzi, którzy strzegli tunelu.

– Co się z nimi stało? – spytał ostro Dziedzic.

– Zapomnieli, czego właściwie strzegą i po co to robią – odparł książę Małżonek ustami kukły. – Stali się niedbali i lekkomyślni, czego wy też nie unikniecie, a ich bariera runiczna się rozluźniła. Przeniknąłem przez nią bez trudu, wśliznąłem się w ich umysły i poprowadziłem wszystkich na dwór umysłów, gdzie trafili do mojej osobistej spiżarni.

Jego słowa wzburzyły ludzi, co wyraźnie odbiło się w ich aurach. Spodobało mu się to.

– Skąd demon może to wszystko wiedzieć? – zapytała Śpiewaczka.

Książę obrócił ku niej oczy niewolnika.

– Bo pochłonął wspomnienia ich przywódcy tak, jak pożarł moje, córko. Przecież stąd wie o wstydzie, który mnie ogarnął, gdy twoja paskudna matka pokazała mi ciebie i powiedziała, że moje pierwsze dziecko to dziewczynka. Byłem tchórzem i nie zdobyłem się na to, żeby uderzyć twoją matkę, ale znalazłem heasah, która wyglądała tak jak ona, i wyładowałem swoją frustrację na niej.

– Kłamstwa! Kłamstwa ojca kłamstw! – warknęła Śpiewaczka, lecz w jej aurze mignęły wątpliwość oraz ból. Odgłos śmiechu ojca zranił ją jeszcze bardziej.

– Gwałciłem ją bez litości, aż urodziła mi bękarta, którego pokochałem o wiele bardziej niż ciebie.

Śpiewaczka wrzasnęła. Dźwięk wdarł się z furią w aurę demona. Shanjat padł na kolana i zakrył mu uszy, ale nawet pomimo cierpienia, jakie Śpiewaczka zadała księciu Małżonkowi, jej udręka przyniosła demonowi rozkosz. Ludzkie umysły są tak wrażliwe, tak delikatne... Wystarczy raz drapnąć, a samica całkiem się rozsypie.

Dziedzic położył Śpiewaczce rękę na ramieniu i ostry wrzask ucichł, a Małżonek nakazał niewolnikowi uśmiechnąć się do niej szeroko.

Błąd. Dziedzic uniósł włócznię i przesłał strumień mocy w runy wyryte na skórze księcia. Ból, który wywołały, był nie do zniesienia. Nie mógł dłużej się utrzymać na plecach swojego wierzchowca. Przed upadkiem uratowało go tylko to, że zaplątał się w szaty niewolnika, ale kontrola nad mężczyzną również osłabła i człowiek przewrócił się wraz z demonem. Przygniótł go, wijąc się i miotając z bólu.

Potem, jak ręką odjął, ból znikł. Książę odzyskał panowanie nad ciałem człowieka, który powoli podniósł się na nogi, lecz chwilę później do akcji wkroczyła Łowczyni. Samica nakreśliła kilka runów i nagle książę miał wrażenie, że jego ciało stanęło w ogniu. Ponownie upadł na ziemię.

Agresja samicy poczyniła szkody w jego ciele, poważne szkody, których zaleczenie miało go kosztować sporo cennych zasobów magii. Pozostali przyglądali się temu obojętnie.

W końcu Łowczyni pobrała moc z powrotem, a wtedy odezwał się Odkrywca:

– Będziesz się odzywał tylko wtedy, gdy ktoś ci zada pytanie. Powiesz nam to, co będziemy chcieli usłyszeć, i zabierzesz nas tam, gdzie będziemy chcieli dotrzeć, a przez resztę czasu masz trzymać swój przeklęty pysk na kłódkę. W przeciwnym razie porzucimy cię na słońcu i sami znajdziemy drogę.

– Nigdy jej nie znajdziecie – oznajmił Małżonek. – Nawet i sto waszych lat by wam nie wystarczyło, a nie macie tyle czasu.

– A ci więźniowie, których wysłałeś? – W aurze Odkrywcy rozlewało się obrzydzenie. – Przeszli całą drogę na nogach?

Książę pokręcił głową niewolnika, by zaprzeczyć na ludzki sposób.

– Posłałem zmiennokształtnego, żeby przeprowadził ich przez... cóż, bardziej skomplikowane przeszkody. Naznaczyłem ich również, żeby wszyscy mieszkańcy ciemności wiedzieli, że to bydło należy do mnie.

– Jakie przeszkody? – spytał Odkrywca.

– Nawet gdy wasi przodkowie zapuścili się w mrok, czekała ich długa, niebezpieczna droga – odparł książę. – A pamiętajcie, że upłynęły tysiące lat, odkąd Kavri poprowadził swoje zastępy w głąb ziemi. Niektóre tunele się zawaliły, inne zostały zalane lub rozkopane. Tu i ówdzie ciągną się ostre przepaści. Mój wierzchowiec może nie podołać, jeśli nadal będzie związany.

– Zobaczymy, co nas czeka, i wtedy będziemy podejmować decyzje – rzekł Odkrywca. – Na twoim miejscu nie liczyłbym jednak na to, że zdejmiemy mu kajdany.

– Prędzej czy później uwolnię się – obiecał im książę. – A wówczas urządzę sobie ucztę z waszych mózgów.

– Może i tak będzie – odezwała się Łowczyni, której aura znów zapłonęła. – I może rzeczywiście ci się to uda, a może to my cię dorwiemy i pożremy twój! – Wyszczerzyła zęby, które nie były wcale długie i ostre jak u demonów, a mimo to książę poczuł dreszcz lęku. – Jak myślisz, u nas zadziała to tak jak u ciebie? Nagle będziemy wiedzieć wszystko to, co ty? – pytała Łowczyni, wyciągając nóż zza pasa. Przedmiot krył w sobie niemałą moc, a Małżonek wyczuwał w nim wiele emocji tak silnych, że ostrze samo pobierało moc. – Na noc, a może my się do tego źle zabieramy? Może trzeba rozbić ci łeb i samym ruszyć w dół?

Zrobiła krok naprzód i książę Małżonek zrozumiał, że rozgrywka z jego winy zabrnęła za daleko. Łowczyni nie żartowała. Naprawdę była gotowa go zabić i pożreć jego starożytny umysł, od czego zapewne postradałaby zmysły.

Ten wniosek bynajmniej Małżonka nie uspokoił, ale jeśli miał zginąć, nie obchodziło go, co będzie się działo między ludźmi a demonami. Spojrzał na Odkrywcę i odnalazł w nim nieco więcej zdrowego rozsądku. Mężczyzna stanął między nim a swoją samicą.

– Oddychaj, Ren. Nikt z nas nie ma pojęcia, czy to zadziała.

W jej aurze nadal trwała burza. Łowczyni wciąż była napięta i nieprzewidywalna, ale powoli się odprężała, a książę odetchnął z ulgą i przeniósł spojrzenie wierzchowca na Odkrywcę. Dziwnie się czuł, patrząc komuś w oczy, jednocześnie nie mogąc odczytać jego myśli. Jak to możliwe, że ludzie osiągnęli taką potęgę, władając jedynie tak podstawowymi zmysłami?

– Dla ciebie i dla mnie istnieje szybsza droga, Odkrywco – powiedział do niego cicho. – Pokonamy ją błyskawicznie i nie będziemy musieli marnować długich tygodni. Nie będziesz musiał ryzykować życia swojej samicy i waszego pomiotu.

– Udamy się tam razem bądź wcale – rzekł Dziedzic.

– On ci nie ufa – książę zwrócił się do Odkrywcy. – Przecież to widać w jego aurze. Boi się, że go zdradzisz. Że zdradzisz całą swoją rasę.

Wykrył napięcie, które panowało między samcami, widział wątpliwości. Nie byli wcale tak zjednoczeni, jak by się wydawało. Przechylił głowę kukły i spytał:

– Czy tego właśnie się boisz, Odkrywco? Czy obawiasz się tego, czym się możesz stać, gdy znajdziesz się tak blisko Otchłani? Ufasz sam sobie niewiele więcej niż twój tak zwany sojusznik!

Odkrywca dłonią przywołał magię, którą wtłoczył w runy księcia. Niosący go niewolnik padł na ziemię i przez moment obaj zwijali się, tarzali i wyli z bólu. Demon poczuł smak krwi i uzmysłowił sobie, że kukła przegryzła własny język.

– Ostrzegałem cię – odezwał się Odkrywca i pobrał moc z powrotem. – Nie odzywaj się, gdy nikt cię o to nie prosił. Jedynym, któremu nie ufamy, jesteś ty.

– A mimo to prosisz mnie o poprowadzenie was w głąb Otchłani – rzekł książę, nadal wpijając się w leżącego na ziemi niewolnika.

– Takie to czasy – stwierdziła Łowczyni.

Małżonek się zastanowił. Mógł poprowadzić ludzi tunelem tam, gdzie czekało jego potomstwo, i być może skazać je tym samym na zagładę. Ale co począłby jego rywal, gdyby ujrzał księcia skutego i bezsilnego? Czy by go ocalił? Nigdy w życiu. Postąpiłby tak jak każdy inny demon umysłu w tej sytuacji – zabiłby księcia i pożarł jego umysł, dzięki czemu zyskałby moc, by wrócić do Otchłani, zająć miejsce ojca i spłodzić własne pokolenie demonów.

– Tunel jest strzeżony – wywarczał.

– W jaki sposób? – spytał Odkrywca.

– Nie czujecie tego? Pilnuje go jeden z moich potomków. Nawet ja wyczuwam jego obecność, choć jestem związany i okaleczony.

Ludzie zamarli i przechylili głowy, jakby nasłuchiwali. Książę mógł skorzystać z okazji i rzucić się do ucieczki, ale był nazbyt osłabiony, a poza tym obawiał się, że Łowczyni zrealizuje swoją obietnicę.

– Słyszę go – rzekł Dziedzic po chwili. – Szept w nocnym wietrze.

Odkrywca zmarszczył brwi. Widać nieczęsto się zdarzało, by ktoś był lepszy w sztuce posługiwania się magią. Dysponował w istocie większym talentem, ale artefakty Dziedzica nie były zwykłymi błyskotkami. Ich potęgę wzmacniała wiara milionów ludzi, wyczuwalna nawet po tylu latach.

– O, mam – odezwał się Odkrywca.

– A ja nie – warknęła Łowczyni.

– Książątko chowa się za runami tak jak my – powiedział Dziedzic.

– Pobieraj i odczytuj płynącą magię, ale nie szukaj niczego konkretnego – dodał Odkrywca. – Szukaj zamiast tego pustki, czegoś na kształt wielkiej dziury pośrodku drogi.

Łowczyni ponownie zamknęła oczy, a na jej obliczu pojawił się zwierzęcy grymas koncentracji. W końcu rozchyliła powieki i wskazała tunel.

– Tędy.

Dziedzic odwrócił się do Śpiewaczki.

– Shanvah?

Aurę samicy wypełnił wstyd, co przyniosło księciu wielką rozkosz. Ukłoniła się i powiedziała:

– Wybacz mi, Wybawicielu. Wy troje macie sześć zmysłów, Everam postanowił obdarować mnie jedynie pięcioma.

– Nie przejmuj się tym – rzekł Odkrywca. – I pomyśl, że żadne z nas nie potrafi śpiewać.

Demon z trudem powstrzymał ochotę, by pokazać na obliczu kukły obrzydzenie i pogardę. Ci ludzie nie mieli wielkiego pojęcia o mocy, a ich pojmowanie zjawiska było w najlepszym razie podstawowe. Nawet najniższa kasta niewolników w Otchłani instynktownie lepiej rozumiała istotę magii niż najlepsi przedstawiciele ludzkości.

Książę Małżonek znakomicie blokował emocje, gdyż umiejętność ta leżała u podstaw sztuki kontrolowania magii, a mimo to stłumienie poczucia wstydu kosztowało go sporo wysiłku. Nie mógł się pogodzić z tym, że został zaskoczony i złapany przez zwykłe zwierzęta.

Niemniej wniosek przynosił również odrobinę nadziei. Skoro jego prześladowcy ledwie potrafili odczytywać magiczne prądy, książę mógł sięgnąć do obszernego zasobu subtelnych sztuczek magicznych i posługiwać się nimi tak, by nikt z nich tego nie zauważył. Jedynym kłopotem było źródło mocy. Runy na skórze Małżonka nie pozwalały mu na pobieranie ani na sięgnięcie do wewnętrznych zasobów mocy. Mógł działać przez swego niewolnika, ale Shanjat, choć zdrowy i silny, nie miał na sobie żadnych runów, a jego wolna wola została doszczętnie złamana. Nie dało się go wykorzystać do celów magicznych. Aby posłużyć się mocą, Małżonek potrzebował więc przedmiotów takich jak te, z których korzystali jego prześladowcy.

Gdyby odwrócił ich uwagę na chwilę, mógłby sięgnąć po któryś z nich i przytrzymać na tyle długo, by tchnąć moc w magiczne symbole. Runami obronnymi się nie przejmował, gdyż działał przez swojego sługę.

Uznał jednak, że tym wyzwaniem zajmie się później. Na razie miał o wiele pilniejszy problem.

– Jeśli chcecie zejść tym tunelem w głąb świata mroku, będziecie musieli wpierw wyeliminować mój pomiot.

Odkrywca odwrócił się ku księciu.

– I niby mamy ci uwierzyć, że pomożesz nam zabić własnego syna? A może już go ostrzegłeś przed naszym nadejściem i wprowadzasz nas w pułapkę?

– Zrobiłbym to bez wahania, człowieku – rzekł Małżonek. – Ale jeśli mój potomek wyczuje mój osłabiony stan, nie zawaha się mnie również zabić.

– Własnego ojca? – spytał z niedowierzaniem Odkrywca. Jego aura jaśniała obrzydzeniem wobec zwyczajów panujących wśród demonów.

– Lepiej w to uwierz – odparła Łowczyni.

– Posłuchaj swojej samicy, człowieku. – Kukła odwróciła się ku Dziedzicowi i uśmiechnęła. – Z pewnością nie będzie to pierwszy książę, który jest gotów zabić, żeby przejąć tron swojego ojca.

Strzelał na ślepo, lecz aura Dziedzica natychmiast pokazała mu, że się nie pomylił. Dumne potomstwo Dziedzica pod jego nieobecność rozpoczęło wojny między sobą, podobnie jak na dworze umysłów. Bunt na powierzchni wszedł w fazę, w której demonom łatwo będzie go zmiażdżyć.

– Jeśli mój potomek znajdzie mnie związanego, z radością pożre mój umysł, żeby odebrać mi moc i zwiększyć nią własną. Wówczas żadne z was nie ma z nim szans. Pożre wtedy także i wasze umysły i dowie się wszystkiego o waszych rodakach. Pozna wasze plany i powróci do Otchłani, żeby uformować kolejne pokolenie demonów wedle swoich potrzeb. Te szybko dojrzeją i pojawią się na powierzchni, żeby ją spacyfikować na długo przed tym, zanim wasze prymitywne wielkie runy rozrosną się niebotycznie.

Jego prześladowcy wymienili spojrzenia.

– Wracaj do swojego więzienia, książę kłamstw – oznajmił Dziedzic i pchnął ogromną moc w runy.

Demon i jego wierzchowiec padli na ziemię, znów wijąc się w męce. Odkrywca podszedł bliżej i oderwał go od człowieka, ale Małżonek był ledwie świadom płonącego bólu, zadawanego mu przez łańcuchy. Tuż przed tym, zanim został podniesiony, jego pazur natrafił na jakiś przedmiot, zawieszony na rzemyku na szyi kukły i niemalże niewidoczny pomiędzy potężnymi mięśniami karku.

Śpiewaczka popełniła zasadniczy błąd. Sądziła bowiem, że fiolka z jej łzami, zawieszona na szyi ojca, ma jedynie symboliczny charakter, lecz tak naprawdę buteleczka kryła w sobie prawdziwą moc. Nie było jej wiele, ale przepajał ją smutek młodej samicy, przez co przedmiot potrafił pobierać i przechowywać magię. Niewolnik demona, którego nie więziły runy na skórze księcia, mógł więc pochwycić butelkę i wykorzystać ją, by natchnąć mocą serię runów.

Być może to wystarczy, by wyrwać się na wolność.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Minęło dziesięć lat od chwili, gdy sprzedałem prawa do „Malowanego człowieka”, i przez ten czas wielu, wielu ludzi pomagało mi w przekuwaniu „cyklu demonicznego” w rzeczywistość. Nie potrafię wyrazić wdzięczności, na którą zasłużyli sobie redaktorzy, agenci, wydawcy, marketingowcy, specjaliści od reklamy i księgarze. Nie wiem też, jak dziękować Wam, Drodzy Czytelnicy, ale pozwólcie, że wymienię kilka osób naprawdę dla mnie szczególnych.

Przede wszystkim chciałem podziękować doktorowi Billowi Greene’owi za wtajemniczenie mnie w zielarstwo oraz Lauren Greene za to, że sprowadziła do mojego świata cudowną córeczkę dzień po tym, jak książka trafiła do wydawcy. Dziękuję Sirenie, która zamieniła każdy moment mojego życia w klejnot, i Cassandrze Brett, która sama staje się wspaniałą malutką pisarką.

Dziękuję Myke’owi Cole’owi, który wierzył w moją pracę bardziej niż ktokolwiek inny na świecie i który skierował mnie do Joshuy Bilmesa. Jego zespół w JABberwocky Literary Agency okazał mi niebywałe wsparcie.

Dziękuję moim redaktorom, a zwłaszcza Tricii Narwani oraz Natashy Bardon, które otrzymały monstrualny manuskrypt liczący sobie 1043 strony i pomogły zamienić go w dzieło sztuki, a także Laurze Jorstad, mojej korektorce, która wykonuje za kulisami tytaniczną wprost pracę.

Dziękuję Larry’emu Rostantowi, którego ilustracje okładkowe niezawodnie przyciągają spojrzenia w księgarniach, oraz Millennium FX, który wykonał naturalnej wielkości rzeźbę Alagai Ka. Dziękuję Lauren K. Cannon za projekty runów oraz Dominikowi Brońkowi za wstrząsające rysunki. Dziękuję lektorom Pete’owi Bradbury’emu, Colinowi Mace’owi oraz całemu zespołowi w GraphicAudio. Dziękuję wydawcom zagranicznym oraz tłumaczom, których praca przybliża moje książki rzeszom nowych czytelników. Dziękuję mojej asystentce Karen, która troszczy się o mnie, bym mógł się skupić na pisaniu.

Dziękuję wreszcie każdemu, którego nie zdołałem tu wymienić. Bez Was nie ukończyłbym tej podróży.

copyright© Peter V. Brettcopyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2018

Tytuł oryginału The Core

wydanie i

isbn 978-83-7964-300-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Projekt okładki black gear Paweł Zaręba

Ilustracja na okładce Larry Rostant

Fotografia na okładce za zgodą autora

Mapa oraz aranżacja graficzna stron 4, 5 black gear Paweł Zaręba

Ilustracje Dominik Broniek

Tłumaczenie Marcin Mortka

Redakcja Karolina Kacprzak

Korekta Magdalena Byrska

Skład opracowanie okładki „Grafficon” Konrad Kućmiński

Skład wersji elektronicznej [email protected]

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

wydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabryka