Pustynna gorączka [Światowe życie] - Maisey Yates - ebook
Opis

Po piętnastu lat na wygnaniu szejk Zafar Nejem wraca do kraju, by przejąć należną władzę. W drodze przez pustynię uwalnia z rąk porywaczy bogatą Amerykankę Analise Christensen. Płaci za nią okup i zabiera ją do swojego pałacu. Analise znajduje sposób, jak się odwdzięczyć szejkowi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 140

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Maisey Yates

Pustynna gorączka

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Szejk Zafar Nejem popatrzył na obozowisko. Słońce paliło go niemiłosiernie, choć zakrył tyle ciała, ile to możliwe, nie tylko dla ochrony przed upałem i pustynnym kurzem, ale przede wszystkim po to, żeby pozostać nierozpoznanym.

Prawdę mówiąc, tutaj, daleko od stolicy, niewiele ryzykował. Uważał to miejsce za swój dom. Tu dorastał, tu zyskał sławę najgroźniejszego człowieka w całym Al Sabahu. Zważywszy na konkurencję do tego tytułu, wiele o nim mówił.

Obóz wyglądał zwyczajnie. Ogniska do gotowania strawy dymiły. Z namiotów dochodziły głosy. Ale nie odpoczywała w nich żadna rodzina, tylko rabusie, wyjęci spod prawa tak jak on. Znał ich. Zawarł z nimi tymczasowy pokój, ale nie zamierzał się im pokazywać. Nie ufał im ani nikomu innemu, zwłaszcza teraz, kiedy oczekiwał wybuchu gniewu, może nawet buntu z powodu powrotu do pałacu i objęcia tronu.

Zajmował należną mu pozycję, ale szejka banity nie witano z otwartymi ramionami, zwłaszcza w bardziej „cywilizowanych” regionach kraju. Wuj skutecznie podkopał jego reputację. Gdyby tylko mógł uciszyć plotki na temat powodów swego wygnania! Ale taka możliwość nie istniała, ponieważ zawierały prawdę. Lecz tu, wśród ludzi, którzy czuli to co on i równie wiele wycierpieli pod rządami tyrana, panowała radość. Wiedzieli, że jakiekolwiek grzechy popełnił, ciężko pracował, żeby je odpokutować.

Zerknął w stronę horyzontu na wielką przestrzeń, płaską i pustą aż do samego Biharu. Znał jeszcze jedno odpowiednie miejsce na postój, pięć godzin drogi stąd, ale zmęczenie nie pozwoliłoby mu usiedzieć tak długo w siodle. Rozsiodłał i poklepał konia, aż z czarnej sierści opadł kurz.

‒ Tu odpoczniemy – obiecał, prowadząc rumaka w kierunku prowizorycznej zagrody, gdzie stały inne wierzchowce.

Zamknął za sobą furtkę i ruszył w stronę głównego namiotu. Jeden z mężczyzn już szedł ku niemu.

‒ Szejk! – wykrzyknął na jego widok. – Co za niespodzianka!

Nietypowe powitanie obudziło podejrzenia Zafara. Spotkanie z Jamalem i jego bandą na bezkresnej pustyni nie mogło być przypadkiem.

‒ Czyżby? Musieliście wiedzieć, że wracam do Biharu.

‒ Coś tam słyszałem, ale do stolicy prowadzi wiele dróg – odparł herszt.

‒ Więc nie życzyliście sobie spotkania ze mną?

‒ Tego nie powiedziałem – odrzekł Jamal z błyskiem rozbawienia w oku. – Mieliśmy nadzieję, że zobaczymy Waszą Wysokość, albo przynajmniej środki, którymi dysponuje.

‒ Moje zasoby nadal są ograniczone. Jeszcze nie dotarłem do Biharu.

‒ A jednak znajduje Wasza Wysokość sposób, żeby zaspokoić swoje potrzeby.

‒ Tak jak ty. Zaprosisz mnie do obozu?

‒ Jeszcze nie.

Zafar czuł, że stoi na niepewnym gruncie. Pokój pomiędzy nimi miał tymczasowy charakter. Pewnie dlatego szukali z nim kontaktu. Mógł położyć kres ich działalności i znał ich kryjówki. Ale nie budzili w nim lęku. Nie stanowili zagrożenia. Mieli jakieś sumienie. Jednak jak to leży w ludzkiej naturze, przypisywali sobie większą moc, niż w rzeczywistości posiadali.

‒ Czyżbyście postanowili uhonorować mnie darami zamiast tradycyjnym poczęstunkiem? – zapytał, przypominając jeden z popularnych obyczajów ludów pustynnych.

‒ Na gościnę też przyjdzie czas, ale na razie oferujemy coś cenniejszego.

‒ Konie przy żłobie?

‒ Większość z nich jest na sprzedaż.

‒ Wielbłądy?

‒ Też.

‒ Na co mi one? Przypuszczam, że w Biharze czeka na mnie cała menażeria. I jeszcze samochody.

Zafar dawno nie jechał autem. Przy jego trybie życia nie stanowiłoby wygodnego środka komunikacji. Sama idea brzmiała obecnie obco w jego własnych ustach, podobnie jak cała reszta współczesnych udogodnień.

Brodacz błysnął w uśmiechu białymi zębami.

‒ Mamy coś lepszego.

‒ Ale nie w prezencie?

‒ Tak cennych dóbr się nie rozdaje.

‒ Pozwólcie, że sam ocenię.

Jamal zawołał w stronę namiotu. Po chwili wyszło z niego dwóch mężczyzn, prowadzących pomiędzy sobą drobną, bladą blondynkę. Popatrzyła na niego szeroko otwartymi, zaczerwienionymi oczami. Nie wyglądała na brudną ani zmaltretowaną. Nie próbowała też uciekać, co zresztą nie miałoby żadnego sensu. Nie miała dokąd pójść.

‒ Przyprowadziliście mi kobietę?

‒ Potencjalną narzeczoną albo zabawkę.

‒ Czy wyglądam na człowieka, który kupuje ludzi?

‒ Przede wszystkim na kogoś, kto nie zostawi bezbronnej istoty na pastwę losu.

‒ A wy? Zostawilibyście ją?

‒ Bez wahania.

‒ Na co mi ona? Lepiej zażądajcie okupu od jej bliskich. Z pewnością dostaniecie więcej niż ode mnie.

‒ Nie zamierzam wywoływać wojny z tymi łotrami z Shakaru.

‒ Co ich ona obchodzi? Najwyraźniej pochodzi z Zachodu.

‒ Owszem. Z tego, co zrozumieliśmy z jej tyrady, to Analise Christensen, dziedziczka amerykańskiej fortuny, podobno zaręczona z szejkiem Shakaru. Z pewnością Wasza Wysokość słyszał już jej nazwisko.

Mieli rację. Mimo wygnania Zafar skrzętnie zbierał bieżące informacje. Jamal najwyraźniej też.

‒ Do czego zmierzacie?

‒ Możemy wywołać wojnę albo jej zapobiec. Wybór należy do Waszej Wysokości. Wystarczy szepnąć parę słów w odpowiednie ucho, by narobić Waszej Wysokości kłopotów. Jeżeli Wasza Wysokość ją weźmie, ale zacznie nam grozić, nietrudno będzie zasiać wątpliwości, dlaczego przyszła żona wroga Al Sabahu trafiła do szejka. Masz związane ręce, Zafarze.

Zafarowi tak czy inaczej nigdy nie przyszłoby do głowy zostawić kobiety na łasce bandytów, tym bardziej że go zaszantażowali. Po namyśle uznał, że najlepiej będzie ją wykupić i odwieźć na najbliższe lotnisko. Nie dysponował zbyt dużą sumą, ale przypuszczał, że nie zażądają wygórowanej ceny. Zależało im raczej na jego ochronie. Wszystko wskazywało na to, że wkrótce obejmie tron, a znał ich sekrety.

Zerknął na ofiarę porwania. Nie robiła wrażenia pokonanej. Jej oczy błyszczały gniewem, ale najwyraźniej miała dość rozsądku, żeby nie tracić energii na z góry przegraną walkę.

‒ Nie zrobiliście jej krzywdy? – zapytał z nieskrywaną odrazą.

‒ Nie tknęliśmy jej palcem, tylko związaliśmy, żeby nie uciekła. Uszkodzony towar traci na wartości.

Dali mu szansę na zwrócenie jej narzeczonemu nietkniętej. Gdyby zrobili jej krzywdę, podważyliby nie tylko własną wiarygodność, ale też zrujnowali opinię kraju i osławionego szejka, co nieuchronnie doprowadziłoby do wojny z Shakarem. Albo do rewolucji, gdyby wyszło na jaw, co ją spotkało pod jego „opieką”.

Zaoferował im wszystkie pieniądze, jakie posiadał.

‒ Targowanie nie wchodzi w grę. Więcej nie dostaniecie – zaznaczył na koniec.

Jamal popatrzył na niego surowo. W końcu skinął głową i wyciągnął rękę, bynajmniej nie do uściśnięcia. Zafar wysupłał spomiędzy fałdów szat staromodny mieszek na rzemykach, jaki dawno wyszedł z użycia w cywilizowanym świecie. Ale nie wzbudził zdziwienia. Ostatnich piętnaście lat spędził z dala od cywilizacji. Wysypał monety na otwartą dłoń.

‒ Najpierw oddajcie mi kobietę – zażądał.

Gdy jeden ze strażników ją przyprowadził, ujął ją pod ramię i wręczył należność hersztowi bandy.

‒ Jednak nie zostanę na noc – oświadczył.

‒ Chcesz ją wypróbować, panie? – zażartował Jamal.

‒ O nie. Jak sam zauważyłeś, to zbyt ryzykowne.

Zacieśnił uścisk i doprowadził blondynkę do zagrody. Jej nienaturalny spokój świadczył o szoku. Nie robiła jednak wrażenia otumanionej. Patrzyła uważnie dookoła, jakby rozważała szanse ucieczki.

‒ Nie próbuj uciekać, księżniczko – ostrzegł po angielsku. – Tu nie ma dokąd pójść, ale bez obawy. W przeciwieństwie do tych ludzi nie stanowię dla ciebie zagrożenia.

‒ Mam panu uwierzyć?

‒ Na razie musisz. – Otworzył furtkę i wyprowadził konia z zagrody. – Dasz radę wsiąść?

‒ Nie chcę jechać konno – odrzekła bezbarwnym głosem.

Zafar wziął głęboki oddech, uniósł ją do góry i jednym ruchem posadził na grzbiecie wierzchowca, równocześnie sam wskakując.

‒ Fatalnie – skomentował. – Zbyt wiele za ciebie zapłaciłem, żeby zostawić cię na pustyni.

‒ Kupił mnie pan? – wykrztusiła z bezgranicznym zdumieniem.

‒ Tak. Właściwie w ciemno. Nawet nie zajrzałem ci w zęby. Wygląda na to, że zrobiłem fatalny interes. Zostałem oskubany do ostatniej monety.

Zdawał sobie sprawę, że powinien okazać przynajmniej odrobinę współczucia, ale nie miał cierpliwości wysłuchiwać narzekań.

‒ Kim pan jest?

‒ Nie znasz arabskiego?

‒ Niewiele rozumiem z miejscowego narzecza. Trochę pojęłam, ale niewiele.

‒ Beduini z tych okolic używają własnego dialektu. Niektóre większe rodziny mają jego własną wersję, ale to rzadkość.

‒ Dziękuję za lekcję historii. Zapamiętam ją sobie. Kim pan jest?

‒ Mam na imię Zafar. Szejk Zafar Nejem, twój wybawca.

‒ Myślę, że wolałabym zostać na śmierć na pustkowiu.

Ana mocno przylgnęła do konia, gdy galopowali przez pustynię. Czuła na twarzy wieczorny chłód. Słońce przestało palić. Chyba nadal była w szoku. Nie czuła nic prócz ciepła siedzącego za nią mężczyzny. Nie słyszała nic prócz dźwięku końskich kopyt na piasku.

Porywacz zamilkł. Zawój zasłaniał całą jego twarz. Nie widziała nic prócz oczu barwy obsydianu. Pamiętała jednak, że zanim została porwana kilka dni temu, krajem rządził Farook Nejem, co bardzo martwiło Tarika. Przysparzał wiele kłopotów Shakarowi.

‒ Zafar... – powtórzyła w zadumie. – Nie kojarzę twojego imienia, Zafarze. Myślałam, że szejkiem jest Farook.

‒ Już nie – uciął krótko niskim, szorstkim, nieco gardłowym głosem.

Koń zwolnił. Ana rozejrzała się dookoła, usiłując odgadnąć powód zatrzymania. Nie dostrzegła nic prócz piasku i bezkresnej pustki. Właśnie dlatego ani razu nie podjęła próby ucieczki. Wyprawa bez przygotowania na pustynię Al Sabahu oznaczała wyrok śmierci. Przewodnik wielokrotnie ich ostrzegał. Po całodniowej wycieczce na pustynię na grzbiecie wielbłąda wierzyła mu bez cienia wątpliwości.

Tak zakończyła się sekretna wyprawa z koleżankami przed oficjalnym ogłoszeniem zaręczyn z Tarikiem, co potwierdziło jej podejrzenia, że przekraczanie ustalonych granic nie przynosi nic dobrego. Wylądowała na pustkowiu, narażona na spłonięcie żywcem w promieniach palącego słońca. Pewnie za jakiś czas zostałaby z niej tylko garstka popiołu.

Ucieczka nie wchodziła w grę, ale zaniepokoił ją postój w tak nietypowym miejscu. Miała szczęście, że banda, która ją porwała, uznała ją za cenny łup i zostawiła nietkniętą. Lecz intencji nowego porywacza nie potrafiła odgadnąć.

Wciągnęła w płuca gorące, suche powietrze. Nawet oddychanie wymagało tu wysiłku, co potwierdzało, że ucieczka to fatalny pomysł. Nie pozostało jej nic innego, jak opanować wzburzone nerwy.

Zafar z gracją zsiadł z konia i podał jej rękę. Przyjęła oferowaną pomoc, żeby w stanie skrajnego wyczerpania nie paść bezwładnie na piasek. Nie zniosłaby kolejnego upokorzenia.

‒ Dlaczego się zatrzymaliśmy? – zapytała.

‒ Ponieważ po ośmiu godzinach w siodle potrzebuję odpoczynku.

‒ Jeżeli jesteś szejkiem, dlaczego nie jeździsz samochodem?

‒ Bo to niepraktyczny środek lokomocji na środku pustyni. Zdobycie paliwa stanowiłoby problem.

Jak zwykle. Zawsze chodziło o ropę. Doskonale o tym wiedziała jako córka jednego z najbogatszych baronów naftowych w Stanach Zjednoczonych. Ojciec miał talent do wyszukiwania czarnego złota. Mimo bajecznej fortuny nie zaprzestał poszukiwań. Wciąż pragnął więcej, surowca, bogactw, sukcesów. Dzięki tej pasji poznała szejka Tarika, wylądowała w Shakarze, a potem tu, w Al Sabahu. Ropa wyznaczyła jej drogę.

Ale przeżyje. Pomyślała o Tariku. Każda myśl o nim głęboko ją poruszała, ale nie teraz, gdy stała spocona, zakurzona i wyczerpana w objęciach obcego. Z mocno bijącym sercem odstąpiła od niego pospiesznie. W niczym nie przypominał Tarika. Nie dostrzegła w jego oczach ani odrobiny ciepła. Ale przykuwały uwagę...

‒ Gdzie jesteśmy? – spytała.

‒ Na pustkowiu. Mógłbym ci podać współrzędne geograficzne, ale nic ci to nie da.

‒ Kiedy dotrzemy do jakiejś cywilizacji, żebym mogła zadzwonić do ojca i Tarika?

‒ Kto powiedział, że ci na to pozwolę? Skąd pewność, że nie kupiłem cię do haremu?

‒ Twierdziłeś, że mnie uratowałeś.

‒ Ale nie określiłem w jakim celu. Mieszkałaś kiedyś w haremie? Może by ci się spodobało.

‒ A masz harem?

‒ Niestety jeszcze nie. Dopiero zostałem szejkiem. Mam czas, żeby go założyć.

‒ Nie nadużywaj mojej cierpliwości. Po tym co przeżyłam, nie w głowie mi żarty.

Groziło jej załamanie. Gdyby nie podsycała w sobie złości, pewnie padłaby na ziemię i gorzko zapłakała. Ale w elitarnej szkole, do której wysłano ją po odejściu matki, nauczono ją opanowania. Panowały tam surowe obyczaje. Dziewczętom tłumaczono, że nie wolno krzyczeć. Lepiej załagodzić sytuację przemyślanym, wyważonym zdaniem. Zamiast biegać, kazano im chodzić. I nauczono, że łzy nic nie dają. Nie sprowadziły jej matki z powrotem do domu. Dlatego i teraz nie pozwoliła sobie na płacz.

Szejk Zafar ściągnął ciemne brwi. Oczy mu rozbłysły. Ściągnął w dół brzeg szala, który osłaniał prawie całą twarz, żeby odsłonić usta.

‒ Moja cierpliwość też została wystawiona na ciężką próbę. Ci ludzie grożą rozpętaniem wojny pomiędzy dwoma narodami tylko po to, żeby bez przeszkód prowadzić dalej swoje złodziejskie interesy. Usiłują pozyskać moją lojalność za pomocą szantażu. Doskonale wiedzą, że gdyby do twojego ukochanego Tarika dotarło, że zostałaś uprowadzona przez obywateli Al Sabahu i przetrzymywana przeze mnie wbrew woli, ta informacja wystarczyłaby do wywołania zbrojnego konfliktu.

‒ Poważnie?

‒ O ile nie opracuję mądrej strategii.

‒ Porwanie do haremu nie brzmi zbyt rozsądnie.

‒ Racja, chyba że będę chciał wojny.

‒ Jak to?

‒ Jeszcze nie miałem okazji przejrzeć dokumentów, pozostawionych przez wuja. Od chwili, kiedy poinformowano mnie, że obejmę tron, miałem ograniczony kontakt z pałacem.

‒ Dlaczego?

‒ Ponieważ zacząłem od zwolnienia wszystkich jego dworzan, co do jednego. Zmiana władzy często wymaga podjęcia radykalnych kroków.

‒ Dokonałeś przewrotu?

‒ Nie. Zostałem wybrany legalnie po śmierci wuja.

‒ Bardzo mi przykro, że zmarł.

‒ A mnie nie. Jego panowanie to najgorszy okres w historii Al Sabahu. Nie przyniosło narodowi nic prócz przemocy, nędzy i napiętych stosunków z sąsiednimi państwami. Miałaś pecha zostać pionkiem w brutalnej grze. Muszę przemyśleć, co z tobą zrobić.

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: Forged in the Desert Heat

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2014

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2014 by Maisey Yates

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Duo są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

ISBN 978-83-276-3825-0

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.