Punkt Barana - Aleksander Sowa - ebook

Punkt Barana ebook

Aleksander Sowa

4,2

Opis

Nadszedł czas wyrównania rachunków

Znany z "Ery Wodnika" komisarz Emil Stompor wychodzi z więzienia i spotyka dziewczynę byłej partnerki, która proponuje mu wspólną zemstę. Ten odmawia, pragnąc po latach wyłącznie spokoju. Tymczasem w Warszawie dochodzi do serii brutalnych zabójstw. Prowadząca śledztwo grupa policjantów Komendy Stołecznej natrafia na pewien ślad. Trop prowadzi jednak w bardzo niebezpiecznym kierunku.

Oparta na prawdziwych wydarzeniach brutalna, do bólu realistyczna historia z pogranicza thrillera i mrocznej powieści kryminalnej. Osadzona w twardym świecie, gdzie dobro i zło w czystej postaci nie istnieją. Przygniatająca prawda o rzeczywistości polskiej Policji na tle bezwzględnego świata najgroźniejszych przestępców i nieprzychylnych przełożonych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (70 ocen)
32
25
6
6
1

Popularność




Aleksander Sowa

Punkt barana

Copyright by Aleksander Sowa 2017

Zdjęcie na okładce: Fotolia.com/trahko

Okładka: Aleksander Sowa

Redakcja: Katarzyna Wróbel

Korekta: Bożena i Janusz Sigismund, Sabina Sagan

Konsultacja niemieckojęzyczna: Sabina Sagan

ISBN: 978-83-945444-2-3

Aleksander Sowa|

www.wydawca.net

-

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Opole, sierpień 2017 r.

Dla najwierniejszej Czytelniczki, surowego krytyka, korektorki i niemieckojęzycznego konsultanta. A także dla doradcy, inspiracji i muzy. Najukochańszej Bince.

1

Noc przed Wigilią jest mroźna, jasna, bezwietrzna. Dzień był słoneczny i wrazz zapadnięciem zmroku zrobiło się zimno. Około północy słupek rtęci obniża się do siódmej kreski poniżej zera. Mężczyzna zatrzymuje samochód.

– Pan Markowski? – słyszy w słuchawce.

– A z kim rozmawiam?

– Pożegnać się chciałem.

– Nie bardzo rozumiem – odpowiada. – To chyba pomyłka?

– To nie pomyłka.

– Wobec tego słucham. O co chodzi?

– Spoczywaj w pokoju.

Zdumiony Markowski zastanawia się nad głupim żartem.

– Wal się, frajerze – mruczy pod nosem.

Jego myśli wracają do wieczornych wydarzeń. Dowiedział się, że go odwołają i delegują do USA. To niezbyt optymistyczna wizja, ale wyjazd dobrze mu zrobi.

– Przepraszam, ja do pana.

– O cholera! – wyrywa się Markowskiemu. – Ależ mnie pan przestraszył!

– Nie chciałem.

Markowski przekręca kluczyk w stacyjce. Silnik škody gaśnie. Rzuca spojrzenie na nieznajomego. Jest niewysoki, ma jasne włosy, kurtkę z futerkowym kołnierzem i rękawiczki z czarnej skóry. Wygląda jak glina.

– A o co chodzi?

– To zajmie sekundę. – Nieznajomy uśmiecha się, ale jego oczy są zimne jak u jadowitego węża.

– My się znamy? Obawiam się, że pan mnie z kimś pomylił. – Markowski uchyla drzwi i opiera dłoń na broni.

Kula pistoletu blondyna jest szybsza. Tłumik wycisza strzał. Zamek wyrzuca łuskę na dach samochodu z brzękiem, w ciszy ten dźwięk jest jak uderzenie w dzwon. Pewien bezdomny unosi głowę znad kontenera na śmieci. Spłoszony zabójca zakłada kaptur i znika między blokami. Rolex daytona na przegubie dłoni mężczyzny za kierownicą wskazuje trzynaście minut po północy. Na parkingu zapada cisza.

2

Emil poczuł to nagle. Owo niespodziewane, lecz dobrze znane, silne przeczucie, że za chwilę coś się stanie, wydarzy, zmieni. Po kręgosłupie przebiega mu dreszcz. Nie ma czasu na rozmyślania. Udając, że śpi, przez szparki powiek rejestruje ruch. Chwyta nadgarstek napastnika. Przytrzymawszy za przegub, wymierza sierpowy. Ostrze upada. Szczęka niedoszłego zabójcy przyjmuje kolejne ciosy. W celi zapada cisza.

– Mów, kto ci to zlecił?

– Ja sam.

– Gówno sam! – Chwyta współwięźnia za włosy. – Mów prawdę. – Chodnik tłumi uderzenie głowy o beton. – Mów, bo cię zajebię, gnido.

– Nie mogę!

Pięść przestawia szczękę skazańca. Zza sunących wolno po niebie chmur widać cieniutki księżyc. Niedoszły oprawca pluje krwią zmieszaną ze śliną. Mocne szarpnięcie za włosy unosi mu głowę. W blasku księżyca ukazuje się zakrwawiona twarz.

– Mów. – Emil przykłada zaostrzoną łyżkę do szyi obitego. – Bo zaraz zdechniesz.

– Wiesz przecież, że jak się przypucuję, to po mnie.

Emil puszcza włosy nieszczęśnika. Ten, sapiąc, zwija się w kłębek i jęczy. Chwilę później słyszą plusk. Narzędzie niedoszłej zbrodni ląduje w otworze służącym pięciu skazańcom za toaletę.

– Wiem i mam na to wyjebane. – Błyska zapałka. – Mów.

Chmury zakrywają księżyc. Zaciętą twarz oświetla czerwony ognik papierosa. Ciasną, śmierdzącą męskim potem celę wypełnia mroźne powietrze zmieszane z zapachem palonego tytoniu.

– Emil – płaczliwie tłumaczy się ten na podłodze – wiesz, jak to jest. Kazali mi. Jakbym tego nie zrobił – mówi, wycierając krew z wargi o rękaw koszuli – to byłoby już po mnie.

– Gówno mnie to obchodzi.

– Jak Boga kocham.

– Nie bluźnij. Lepiej się zamknij.

Zapada cisza. Bicie ich serc wraca do normalnego rytmu. Słychać pociąganie nosa. Potem i to cichnie. Zza okna docierają, stłumione murami, odgłosy miasta.

– Emil? – odzywa się trzeci głos. – Kopsnąłbyś żaru, co?

Pod okno podchodzi trzeci osadzony, mijając niedoszłego zabójcę. Usta Emila pomiędzy porcjami wydmuchiwanego dymu wykrzywia uśmiech. Gdyby było tam jasno, dostrzegliby w tym sentyment. To w pewnym sensie jego ostatni papieros. Nie ma w nim żalu, jest za to obietnica nowego.

– Masz.

– Wszystkie?

– Jutro będę miał nowe.

Osadzony niecierpliwie zapala. W świetle zakratowanego okna dostrzegają drugi ognik. Obdarowany zaciąga się z przyjemnością.

– Powiedz, czemu się nie przyznałeś, za co cię wciągli?

– A ty, Kasior, co? – odzywa się jeszcze jeden więzień. – Popierdoliło ci się w główce? Z chwastem będziesz nawijał? Z mendą? Kumpla pod celą szukasz? Do reszty ci się popierdoliło? – dochodzi z łóżka pod drzwiami.

– Ty, kurwa, Świeżak, w nawijkę się nie wpierdalaj! – Odpowiedź przychodzi natychmiast. – Masz swoje kojo, to uderzaj w kimę. – Ognik kieruje się w stronę Świeżaka. – Chyba że chcesz, to mogę cię przejebać. I tak ci po rajtach pojadę, że ci się odechce. Co?

– Uwagę ci zwracam, bo widzę, że z mendą palisz.

– Nie wkurwiaj mnie! Żenić bałach możesz starej, nie mnie! Cynkwajs mam pod gałą! Już chyba zapomniałeś, co? Kminy nie masz skręconej, to się nie wpierdalaj.

– Dobra już, dobra.

– Zamykaj ryj! I nie zapominaj, żem git multirecydywa! Bo mnie pienisz. Jeszcze trochę, to pod fleki pójdziesz.

– Już się kitram.

– I szamot trzymaj.

Pozostali trzej zachowują milczenie. Wiedzą, że ono jest dobre. Pozwala przeżyć. Miało tu dojść do zabójstwa, więc w razie jakichkolwiek pytań jednogłośnie przyznają, że spali jak przedszkolaki i żaden z nich nic nie widział ani nie słyszał.

– Widzisz, Kasior, tym się różnimy, że ja garuję za darmo, a ty za coś.

– Niewinny! Jak wszyscy tutaj.

– To moja ostatnia nocka, to ci mogę powiedzieć. Psem byłem dwadzieścia lat. Na emeryturę miałem iść. Podskoczyłem za wysoko i pajdę mi ożenili. Za cienki byłem. Dostałem zarzuty.

– Jak?

– Po prostu. Jak się chce psa trafić, to kij się znajdzie. Policjant to szmata, każdy chce go ujebać. Przełożeni, ludzie na ulicach, tacy jak ty, prokuratorzy, sędziowie. Wszyscy. A że wtedy się klika u władzy zmieniła i do koryta doszła Chrześcijańska Unia Jedności, to mnie załatwili. Dostałem dyscyplinarkę za przekroczenie uprawnień. A potem wrobili mnie jeszcze w łapówkę.

– Po co? Przecież i tak już miałeś wagę, no nie?

– Ale mógłbym iść na emeryturę, a tak już nie.

– Czemu?

– W psiarni jest, że łapiesz pajdę za łapówkę, to emeryturę tracisz.

– Wiesz, kto cię wrobił?

Emil zaciąga się. Wydmuchawszy dym, gasi papierosa.

– Pewnie ci – odpowiada, patrząc na księżyc – co mnie nadali tej gnidzie na podłodze.

– Żałujesz?

– Czego?

– No tego, żeś garował?

– A ty, żałujesz, że garujesz?

– Ja to co innego.

– Co innego? – powtarza z ironią Emil. – Chuja, a nie co innego!

– Przecież jesteś niewinny.

– A ty żałujesz, że nie jesteś niewinny?

– Ja to co innego.

– Gówno, a nie co innego. To samo. Siedzimy tu razem. Sramy, jemy i skaczemy do gardeł. I nieważne, czy powinienem tu być, czy nie. Istotne, że tu byłem. I tego nic nie zmieni. To jest jak pocisk. Wystrzelonej kuli nie można cofnąć. Ona leci i niszczy to, co napotka.

– Coś w tym jest.

Kasior zastanawia się nad słowami Emila. Ten były glina dostał wyrok, ktoś chce go zabić. Pewnie jeszcze spróbuje, nie dziś, ale tam, na wolności. Szkoda, bo chociaż pies zawsze będzie psem, to ten jest charakterny bardziej niż niejeden git.

– Co zrobisz?

– Dobre pytanie.

– Masz kogoś tam? – Wskazuje głową świat za kratami.

– Nikogo.

– Nie pierdol, nikt nie jest samotną wyspą, jak pisał poeta.

– Widzę, że czytać zacząłeś. Masz rację, ale sam jestem – odpowiada Emil, zaciskając zęby.

– A wapniaki, brat, siostra?

– Rodzice pomarli, brata mam, ale daleko.

– To może ci pomoże?

– Sam będę musiał sobie pomóc. Nie trzymamy kontaktu.

– Najważniejsze, że jutro się wyklepujesz. Wiesz, menda jesteś, ale widać, że gość omega i charakterny. Szkoda, że na psa poszedłeś. Mógłbyś dużo zdziałać. – Kasior urywa. – Ja, wiesz, od bajtla bujałem. Pośmigałem po mieście. Tyle że zawsze się kurwa znajdzie, co się rozpruje. Frajer mi zjechał po kosie. I mam piętnastka. Przynajmniej wiem, za co garuję, ale ty? Teraz czeka cię wolność. Musisz planetę przygruchać. Będzie ci żreć dawała, a szpary nie poskąpi. Jak mnie wypuszczą, to do kretowiska niezwłocznie uderzę świnię od zakrystii wydymać. Nawet, kurwa, najgorszą gruzinkę albo plantówkę nielatę.

– Możesz się na harem pofatygować – odzywa się głos spod drzwi.

– Kurwa, jak Boga kocham, Świeżak, zaraz ci przypierdolę!

– Widzisz – wzdycha Emil, nie zwracając uwagi na Świeżaka. – Nie mam do czego wracać.

– Nie nawalaj. Każdy ma. Wracasz na wolność. Tylko to się liczy.

Zapada cisza. Spojrzenie Emila wędruje w stronę okna. Księżyc wychodzi zza chmur i oświetla pooraną bruzdami twarz. O czym były policjant myśli, nie sposób odgadnąć. Choć na ośmiu metrach kwadratowych spędzili tu lata, nigdy tego nie potrafili. Emil dziś, tak samo jak pierwszego dnia, gdy stanął w drzwiach z mandżurem, pozostanie zagadką. Tyle że dowiedzieli się prawdy.

3

Andrzeja Kamińskiego pierwszy dzień w Polsce wita niepogodą. Siódmego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku na warszawskim Okęciu wieje na tyle mocno, że pilot walczy ze sterami, by posadzić białego tupolewa Tu-154 na pasie.

– Życzę miłego pobytu nad Wisłą.

– To pani ostatni lot dzisiaj?

– Tak.

– W takim razie – Kamiński dodaje z rozbrajającym uśmiechem – ja życzę miłego wieczoru.

– Bardzo dziękuję. – Dziewczyna zatrzymuje wzrok na mężczyźnie dłużej niż zwykle. – Choć wątpię, aby to było możliwe – dodaje.

– Dlaczego?

– Z taką aurą? – Stewardessa przewraca oczami. – To niemożliwe.

– Ach, rozumiem – odpowiada pasażer. – Proszę pamiętać, że aurę można uprzyjemnić.

– Widziałam, że pan czytał. To pana sposób?

– Jest całkiem skuteczny.

– Zdradzi pan, jaka książka tak pana zajęła?

Kamiński się uśmiecha. Dziewczyna widzi rząd prostych i białych zębów. Wyjmuje z niewielkiej torby Buszującego w zbożu Salingera.

– Jest niezła.

– Nie czytałam.

– Polecam.

– Jak tylko znajdę czas. Z moją pracą to niełatwe.

Kamiński spogląda na dziewczynę i zakłada czapkę. Dziewczyna odwzajemnia uśmiech. Jest bardzo ładna.

– Z tym może być trudno. – Wskazuje głową to, co się dzieje na zewnątrz. – Chyba zbliża się koniec świata.

Za oknem deszcz wiruje w dzikim tańcu ze śniegiem. Stewardessa kiwa głową. Kamiński już zauważył, że nie nosi obrączki. Ona zwróciła uwagę na błękitne oczy, kanciastą brodę i jasne, krótkie włosy. Jednak najbardziej interesują ją jego plecy.

– Chociaż z drugiej strony – przystojniak się odwraca – skoro mówi pani, że skończyła pracę, a pogoda nie zachęca do spacerów, to napijmy się gorącej herbaty.

– Interesująca propozycja.

– Porozmawiamy o literaturze – dodaje. – Mam nadzieję, że się pani nie obrazi na tak niemoralną propozycję? – Mruga okiem.

Nie zdziwił się pogodą. Zna polski klimat. Przygotowano go na warunki, jakie tutaj panują, już dawno. Zresztą przygotowano go na wiele.

– Chętnie – odpowiada dziewczyna. – Tym bardziej że w herbacie nie ma niczego niemoralnego.

– To zależy.

– Od czego?

– Co do niej dodamy.

Przeszywa ją dreszcz podniecenia. Kamiński jest ogromny. Ma sporo ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu – myśli – a z tak szerokimi barkami waży pewnie dużo ponad sto kilogramów.

– Racja.

– Zatem?

– Może odrobina rumu?

– Gdzie na panią czekać?

– Proszę się odprawić. Spotkajmy się – stewardessa spogląda na zegarek – za pół godziny.

– Gdzie?

– Pod tablicą odlotów.

– Zatem do zobaczenia.

Pasażer waży sto dwanaście kilogramów. Mierzy sto dziewięćdziesiąt sześć centymetrów. Choć rok urodzenia z dokumentów się zgadza – Kamiński urodził się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym – stało się to nie w Warszawie, ale w Murmańsku. I wbrew temu, co twierdzi jego paszport, nie wydała go Polska Rzeczpospolita Ludowa, ale Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

4

Nadkomisarz Franciszek Mreges pomyślał, że gałęzie lip pomiędzy budynkami z żelbetu sprawiają na tle nieba upiorne wrażenie. Spokojne blokowisko rozbrzmiewa teraz urywanymi rozmowami, których strzępki powietrze niesie dalej niż zwykle. Nikomu z zebranych na miejscu zdarzenia ludzi nie chce się spać, mimo że to najlepsza do tego pora.

– Cześć. – Podaje rękę policjantowi w czarnym mundurze. – Co wiadomo?

– Pół godziny po północy, panie kapitanie, dyżurny z KRP II odebrał zgłoszenie, że zastrzelono tutaj człowieka.

– Daj spokój z panowaniem. Powiedziałeś: „zastrzelono”?

– Tak. – Z ust aspiranta wydobywa się para. – Dyżurny powiedział dosłownie, że przy Rzymowskiego, w samochodzie, jest ktoś zastrzelony.

– Anonim?

– Dopiero ustalają, skąd dzwonił zgłaszający.

– Uhm?

– Przyjechałem tu dziesięć minut później. Znaleźliśmy go, ale czynności medycznych nie podjąłem, widać dlaczego.

Franz spogląda na zwłoki. Jest szczupłym mężczyzną, który dużo pali. Mimo pięćdziesiątki na karku, siwych skroni i zbyt często zmęczonej twarzy, kobiety wciąż zwracają na niego uwagę. Zupełnie inaczej niż on.

– Masz rację. Widać dlaczego.

Denat siedzi za kierownicą. Czaszka w górnej części jest rozerwana, a twarz pokrywa zakrzepła krew i mózg. Franzowi wydaje się, że zna ten samochód. Fotograficzna pamięć to jego dar – jeśli zobaczy coś lub kogoś, zawsze o tym pamięta.

– Wezwałem lekarza. Zabezpieczyliśmy teren – tłumaczy aspirant. – Na koniec zrobię notatkę. Dyżurny wezwał grupę i was.

– Skąd wiedzieliście, w którym on jest samochodzie?

– To przypadek. Kociarstwo zauważyło łuskę na dachu. – Aspirant wskazuje dwóch młodych policjantów.

Mreges spogląda na samochód. Faktycznie na dachu škody superb leży łuska. Technik oświetla ją fleszem. Drugi zabezpiecza odciski palców z klamek. Jeszcze jedna zarwana noc, która zbliży mnie o jeden dzień do emerytury – myśli z ironią glina.

– Jacyś świadkowie?

– Na razie nic.

– Nikt nic nie słyszał?

– Wszyscy śpią. – Aspirant wskazuje okna w bloku. – Tam gdzie pali się światło, wysłałem patrol pieszy. Nikt nic nie słyszał ani nie widział.

– Nic dziwnego, jest po pierwszej. – Franz wyjmuje paczkę gauloise’ów. – A monitoring? Nie wiem… Cokolwiek?

Wokół są bloki, trawniki, parking, kilka pustych ławeczek, śmietnik i rachityczne, bezlistne drzewa. Żadnej stacji paliw, warzywniaka, hipermarketu, nic. Nawet osiedlowego sklepu. Tylko konary, przypominające Franzowi wyciągnięte ku księżycowi w niemym geście rozpaczy poskręcane ramiona i palce.

– Nie ma kamer.

– Uhm, tak właśnie, kurwa, myślałem – mówi z papierosem przyklejonym do wargi. – Niech pieszy zrobi z rozpytania notatkę. U kogo byli i czego się dowiedzieli.

– Szczyńść Boże, panie komisarzu! – odzywa się większy o głowę od Franza i aspiranta z patrolu mężczyzna.

– No, szczęści nam jak…

– Roboty się nam przed świntoma nazbierało, co?

Policjant z patrolu jest zaskoczony. Franza gwara kolegi dawno przestała dziwić. Aspirant sztabowy Jacek Hanysiewicz, dla większości Hanys, pochodzi z Bytomia. Jest policjantem, który raczej milczy, niż mówi. Raczej twierdzi, niż przypuszcza, a nade wszystko „wie” przed pozostałymi.

– Się nam, kurwa, nazbierało – wzdycha Franz.

– Nielegalny ubój?

– Na zawał to nie wygląda. Zadzwoń na grzyba, trzeba tu wszystkich: proroka, lekarza i czarną karetkę.

Hanys resztkę siwych włosów co trzeci dzień ścina elektryczną maszynką razem z zarostem. Także postura grizzly sprawia, że wygląda bardziej na typka z izby wytrzeźwień niż glinę.

– Zwierzynę trzeba na Oczki zawieźć. – Franz pociera zapalniczkę o nogawkę. – Do zimnego chirurga, póki jeszcze telewizyjne kurwiszony się o odstrzale nie dowiedziały.

Po dwudziestu latach Mreges nienawidzi pracy. Jest zmęczony. Nie ściganiem bandziorów, ale policją. Tym, że musi wykonywać głupie rozkazy. Zmęczył się statystyką i tym, że nie ma znaczenia, jakie policjant ma wykształcenie czy kwalifikacje, bo i tak za koneksje dostaje się stopnie i grupy zaszeregowania.

– I tak jeszcze chwila – zaciąga po śląsku Hanys – a zaraz tukej jakoś frelka z mikrofonem bandzie.

Hanys nie wyzbył się tego, że czasem mruknie coś gwarą. Nie dlatego, że nie potrafi mówić jak warszawiacy. Dawno już się tego nauczył, po prostu wtrąca coś czasem od siebie, kiedy sytuacja na to pozwala.

– Wiem o tym. Nie musisz mnie drażnić. – Franz wciąga dym w płuca.

– Coś mi tu kadzi. I to mocno.

– Co? – Franz odejmuje papierosa od ust.

Gwara Franzowi nie przeszkadza. Większość słów rozumie. Tak jak teraz wie, że zaraz zjawi się jakaś panienka. Myśli gliniarza zaprząta to, że wóz z trupem jest znajomy.

– Jeszcza nie wiem – stwierdza Hanys, uważnie obserwując miejsce zdarzenia. – Furmanka jakaiś kadząca je.

– A co tu może śmierdzieć? Delikwent dostał kulkę z procy i się zwinął. Nikt nic nie słyszał i nie widział, bo myśliwy pewnie użył tłumika. „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie”. Dziady, kurwa, część druga. Mickiewicz na Mokotowie.

– Nie o tym godom.

– No to o co ci chodzi?

– Badnij. – Hanys wskazuje denata. – On też ma procę.

Policjant z patrolu oświetla wnętrze pojazdu latarką. Sześcioro oczu wędruje za snopem światła. Prawa dłoń denata rzeczywiście trzyma broń.

– Hanys, stary jesteś, ale oczy masz zajebiste. Faktycznie.

– Co to? – Hanysewicz puszcza uwagę mimo uszu. – Rewolwer?

– No, rewolwer. Dziki Zachód nam się z Warszawki zrobił, cholera jasna.

– Gówno, nie dziwoki zachód. Życie to nie łestern.

– No nie, ale sam widzisz.

– Kto dzisio łu nos mo takom klamkę?

– Może to gazówka?

– Panowie – wtrąca się aspirant z patrolu – to nie gazówka. – Znam tę broń.

Kryminalni spoglądają na policjanta w mundurze. Obaj niejedno już widzieli, więc patrzą na mundurowego z oddziałów prewencji bez zdziwienia, tylko z wyczekiwaniem.

– Jestem instruktorem strzelectwa – mówi patrolowy. – To polski rewolwer.

– Polski? Za brązowych butów – dodaje z namysłem Hanys – niektórzy mieli łu nos naganty.

– To jest gward.

– Co to jest gward? – dopytuje się Franz.

– Faktycznie milicja używała naganta. Potem przyszły tetetki, peszelaki i P-83. W latach dziewięćdziesiątych biurwy w Pentagonie wpadły na pomysł, aby wyposażyć nas w rewolwery krajowej produkcji. No i Wifama wyprodukowała to cudo. – Aspirant wskazuje głową samochód.

– Nie wiedziałem, że w ogóle robiliśmy rewolwery. Przecież to jest Mokotów, a nie jakaś pieprzona Arizona, Meksyk czy Teksas.

– Raczej jakaiś Alaska. – Hanys dmucha w skostniałe dłonie. – Mrozu już prawie dziesięć stopni.

– Jest zima, Hanys, to jest zimno. Takie są prawa natury.

– Zechce się pan, panie komisarzu, grzecznie odpierdolić? Trza się za robotę chycić.

Franz się uśmiecha. Lubi poczucie humoru poczciwego Ślązaka i jego gwarę na zawołanie.

– Wyprodukowano ich dwa tysiące – ciągnie aspirant. – Kaliber trzydzieści osiem Special. Trafiło ich do nas pięćdziesiąt sztuk.

– Czekaj, czekaj… – przerywa Franz. – Dostawali go najwyżsi oficerowie?

– Konkretnie ruchacze.

Hanys spogląda na denata. Zerka na samochód. Patrzy na numer rejestracyjny. Wyjmuje telefon, odchodzi, tak aby nie było słychać rozmowy, i dzwoni.

– No, bo coś właśnie kojarzę.

– Ateciaki mieli astrę trzysta pięćdziesiąt siedem na nabój Magnum…

Miejsce zdarzenia jest zakryte parawanem. Świecą mocne lampy. Policjant z grupy otwiera drzwi. Inny sięga dłonią w rękawiczce do marynarki. Franz uważnie śledzi ruchy mężczyzny. Napis „technik kryminalistyki” fosforyzuje na plecach funkcjonariusza.

– Franz!

– No?

– Wiesz, czyja ta furmanka?

– No?

– Nie zgadniesz.

Księżyc wychodzi zza chmur i oświetla mieszaninę krwi, mózgu, strzępków skóry i włosów zamiast głowy. Technik wyjmuje z portfela denata plastikową kartę. Rozpoznają dobrze znaną gliniarzom legitymację.

– Ożeż kurwa! – Technik patrzy na trupa.

– Aleśmy trafili.

– Na co? – dopytuje się Hanys. – Na co trafiliśmy? Franz? Słyszałeś?

– Tak, kurwa, słyszałem – odpowiada, wskazując kawałek plastiku.

5

Franz parkuje na Międzynarodowej. Spluwa na chodnik, zatrzaskując drzwi. Krótki spacer w kierunku alei Waszyngtona. Rzut oka na przystanek po stronie parku Skaryszewskiego. Krótka wymiana spojrzeń. Mężczyzna w czarnych dresowych spodniach z paskami Adidasa na lampasach. Kaptur ciemnoszarej bluzy zarzucony na głowę. Franz idzie dalej, informator odczekuje, dyskretnie rozgląda się i rusza za gliną. Za portiernią Zakładu Sieci Kanalizacyjnej Franz zatrzymuje się, wyjmuje gauloise’y. Mężczyzna w kapturze podchodzi i odpala glinie.

– Dzięki – mówi Franz. – Aleś się odpierdolił.

– Czego chcesz?

Mreges uważa, że podstawowym narzędziem pracy policjanta kryminalnego są kontakty. Lepiej, żeby służyły dłużej, dlatego nie eksploatuje nadmiernie tego źródła informacji.

– Nie można grzeczniej? Nie widziałem cię kilka miesięcy.

– Wal się.

– Tak bez gry wstępnej to ja nie chcę – odpowiada.

Franz wie, że bez kontaktów nie ma informacji, a bez nich nie ma efektywnej pracy operacyjnej. W przypadku zabójstwa komendanta nie wystarczy złodziejaszek okradający staruszki pod Jarmarkiem Europa. Zresztą Stadion Dziesięciolecia to historia.

– Czego chcesz?

– Słyszałeś, że nasz generał dostał kulkę?

– Myślisz, że mieszkam w cholernym Zimbabwe albo Burkina Faso, komisarzu Mreges? Nasze miasto to nie pieprzona Kinszasa. Jasne, że słyszałem.

– Mordeczkę to zawsze miałeś nie od parady. To trzeba ci przyznać, ale akurat Kinszasa jest w Kongo – odpowiada Franz.

Mężczyzna wie, że informacje zawsze wypływają ze świata przestępczego. To oznacza kontakty z bandytami różnego rodzaju: złodziejami, porywaczami, łapówkarzami. Praca gliny kryminalnego to kontakt z najgorszymi mętami tego świata, wszystkimi za wyjątkiem jednych. Franz nie współpracuje z zabójcami.

– Dzwonisz do mnie, żeby rozmawiać o geografii? Człowieku! Wiesz, ile ryzykuję, spotykając się z tobą?

– Zamknij się – cedzi przez zęby Franz. – Szmatą jesteś i tyle. Chodzisz po wolności tylko dlatego, że na to pozwalam.

– Nie jestem jakimś kibolem z Legii, ale…

– Nie panikuj. Telefon, z którego dzwoniłem, jest bezpieczny. A tutaj, w tak pięknych okolicznościach przyrody każdy może się spotkać.

Park Skaryszewski o tej porze roku niezbyt pasuje do tego określenia. Drzewa są smutne, ogołocone z liści, pokryte ptasimi odchodami. Pomiędzy gałęziami głośno kraczą odpowiedzialne za to gawrony. Informator Franza jest jednym z wielu. Współpracuje z policjantem, ponieważ ma w tym interes.

– Ciekawe, czy tak samo pierdoliłbyś na moim miejscu?

– Ale nie jestem na twoim miejscu.

– Skończyłeś? Czego chcesz?

– Co wiesz o kropnięciu el komendante?

– A co mam wiedzieć? Nic!

– Nie wkurwiaj mnie! I mów wszystko, jak na spowiedzi. Bo jeden mój ruch i otwieram teczkę, a potem idziesz pierdzieć w pasiaki za te fury. A jak się twoi byli koledzy z Pruszkowa dowiedzą, że jesteśmy kumplami, to jak wyjdziesz z ancla, czeka cię to samo co komendanta.

– Wiem niewiele.

– Mów, co wiesz.

– Twój były szef zadarł z kimś bardzo wpływowym.

– Z kim?

– Tego nie wiem. Może z wami? Sam wiesz, że spotykał się ze śmietanką. Generałowie, ministrowie, stara gwardia. Psy, legia, polityka. No i chłopcy z miasta.

– Jaka stara gwardia?

– Przecież co i rusz jeździł na Wilanów. Każdy to wie.

– Ja nie wiedziałem.

– I dlatego jesteś zwykłym kryminalnym, panie komisarzu, a nie naczelnikiem swojego wydziału albo szefem garnizonu.

– Morały mi będziesz prawił?

– Kumpli tam miał – odpowiada wtyka – co go po plecach klepali i w górę pchali.

– Myślisz, że nie wiem, jak się w psiarni generałem zostaje? Konkrety.

– Przed śmiercią był na imprezie u jednego starego ubeka.

– Mów dalej.

– Na imprezie było sporo ludzi. Senatorowie, ministrowie, mój szef także. Trochę bandytów. I pierwszy zastępca. Cała ta banda to polityczno-korytowy układ.

– I co?

– Była gadka, że komendant się zmieni, że za bardzo podskoczył i musi iść w odstawkę.

– Czemu?

– Zbyt ambitny.

– I co?

– I jego zastępca powiedział mu, żeby się nie spinał, bo dostanie przeniesienie.

– No to niewiele mi powiedziałeś.

– Mówiłem, że mało wiem.

– Coś mi się zdaje, że grasz ze mną w chuja…

– A pozwolisz dokończyć?

– Zamieniam się w słuch.

– Jest większy układ, ale ja naprawdę jestem za krótki. Wiem, że to jakaś stara gwardia. Mają wszystko w garści: was, wojsko, służby specjalne i połowę parlamentu. Nie mieszają się do biznesu, bo ich interesuje polityka, ale kilku biznesmenów, no i chłopaków z miasta robi dla nich. Robi niewyobrażalne pieniądze.

– Na czym?

– Podejrzewam, że chodzi o ustawiane przetargi…

– Mnie nie interesują twoje podejrzenia. Od podejrzeń to ja jestem. Mów, co wiesz. Nazwiska słyszałeś?

– No.

– No to na co czekasz?

– Szczygiełczyk, Poll, Dryja, Lipski, Antonowicz.

– Antonowicz? Ten Antonowicz?

– Zdzisław Antonowicz z Chrześcijańskiej Unii Jedności. Zresztą połowa tej partii tam była.

– A Lipski? Kto to?

– Jego nie znam. Kiedyś był senatorem.

– A chłopaki?

– Z miasta?

– A co, z dupy? No jasne, że z miasta. Którzy?

– Kirkir, Alek i Wołowina.

– Dobra – i co?

– Generał odkrył coś, co mu się nie spodobało. Chciał sprawę rozwiązać.

– Rozwiązać?

– No tak. – Kapuś wzrusza ramionami. – Rozwiązać. Tyle się dowiedziałem, ale nie wiem, co to znaczy.

– A skąd ludzie starej gwardii się o tym dowiedzieli?

– Nie wiem. Słyszałem tylko, że oni mają wszędzie swoich. Wiesz, to nie jest jakaś banda dresów albo chłopaki z miasta. Są naprawdę wpływowi, ale w skali europejskiej, a nie na Polskę czy jakieś miasteczko jak Warszawka. W sprawę zamieszany jest jeszcze jakiś zakon.

– Zakon?

– Nie mam pojęcia, o co chodzi. Były też gadki o specjalach, abwerze, człowieku pod żyrandolem. Tak naprawdę to chuj wie, o co w tym chodzi.

– Co jeszcze?

– Więcej nie wiem.

– To spierdalaj.

Franz patrzy w oddalające się plecy. Zaniepokoiło go, co kapuś wyśpiewał. Nigdy nie wiadomo, co taki naopowiada. Może zmyśla? Najbardziej zastanawiające jednak, że użył słowa „zakon”, oznaczającego Biuro Spraw Wewnętrznych. Nazwiska, które podał, też niezbyt napawają optymizmem.

6

Choć Emil często wyobrażał sobie tę chwilę, czekał na nią niemal każdego dnia, to teraz wszystko pozostało takie jak wcześniej. Pierwsze krople roztrzaskują się, kiedy gad otwiera drzwi aresztu na Białołęce przy akompaniamencie pisku nienaoliwionych zawiasów. Spojrzenie wstecz na ordynarną bramę w zgniłozielonym kolorze. Przy krawężnikach błotnista maź. Asfalt brudny i krzywy. Znienawidzona żółta farba ścian i elewacji. Na ulicy nic się nie zmieniło. Ani jednego przechodnia, jeden zaparkowany samochód, chlapa i szarzyzna.

– No w mordę – mruczy, stawia kołnierz i rusza. – Nareszcie.

Po kilkunastu krokach słyszy rozrusznik samochodowy. Chwilę później przy chodniku pojawia się znajomy kształt. To mini cooper w czarnym kolorze.

– Cześć.

– Cześć – odpowiada, nie zwalniając kroku.

– Co tam masz?

Emil przystaje. W rękach niesie karton z depozytem. Nachyla się i spogląda do wnętrza. Za kierownicą siedzi trzydziestolatka z dredami w kolorze rdzy. Jest blada, piegowata, ubrana kolorowo. Z kolczykami w nosie, brwiach, brodzie i w uszach wygląda niczym amerykańska hipiska.

– Gdzie?

– Tam – Ruda wskazuje brodą. – W kartonie.

– Nic.

– Co tam masz? – W jej głosie nie ma miejsca na sprzeciw. – Mów!

Ich spojrzenia się spotykają. Taksują się wzrokiem jak bokserzy na ringu przed starciem. Mężczyzna zastanawia się, kim jest ta mała. Ta zaś czeka na reakcję. Wreszcie mężczyzna uśmiecha się, bo upór w zielonych oczętach wydaje mu się uroczy.

– Nic.

– Jak nic?

– No, nic.

– To znaczy co?

Chuda, ważąca nie więcej niż pięćdziesiąt kilogramów dziewczyna odzywa się do byłego gliny z ponaddwudziestoletnim stażem, nakazując mu bezwzględne posłuszeństwo. Mówi do kryminalisty po kilku latach odsiadki jak do gówniarza. Do tego, który skasował mafię, przy której gang pruszkowski to banda gimnazjalistów palących fajki za rogiem na długiej przerwie. I to wszystko na absurdalnym tle murów największego aresztu śledczego w Europie.

– Wszystko – odpowiada wolno.

– Wszystko?

– Tak – cedzi przez zęby Emil. – Wszystko.

– To wskakuj. Powinieneś mnie poznać.

– A kim ty jesteś?

– Wsiądziesz, czy będziesz stał w tym deszczu jak ciul jakiś?

Emil spogląda na ciemniejące w deszczu drzewa. To smutne miejsce przez tę pogodę staje się jeszcze bardziej ponure. Były więzień nabiera powietrza i zatrzaskuje drzwi samochodu od środka.

– Dobry wybór.

– Nie miałem wyboru.

– Nie kłam. Wybór jest zawsze, komisarzu.

Ten zaś zastanawia się, o co może chodzić tej małej. Czuje się nieswojo, choć nie ma w nim strachu. Samochód rusza energicznie, a ruda wskazuje radio.

– Don’t worry about a thing – docierają do ich uszu słowa – ’cause every little thing gonna be all right. – Nadal nie wiesz, kim jestem?

Emil milczy. Nie ma pojęcia, kim jest ta dziewczyna, skąd wie, kim on jest, i czego ona chce. I w dupie ma Boba Marleya, reggae i piosenki o tym, żeby się nie przejmować.

– Lejce zapnij.

– Andżelika?

– Możesz mówić Andżela. Powiedziałam: zapnij pasy.

– Tylko tyle?

– A co chcesz więcej?

– Wszystko.

Jej wzrok spotyka się z jego spojrzeniem. Dziewczyna zaciska usta, aby się nie roześmiać, ale starania nie są skuteczne. Tym bardziej, że Emil łobuzersko odchyla głowę i demonstracyjnie zapina pas. Dziewczyna zerka w lusterko, zmienia bieg i pruje przez pustą ulicę, rozchlapując kałuże.

– Jak wszystko – mówi, włączając odtwarzacz – to dobrze trafiłeś.

Z głośników płyną niepasujące do tej pogody słowa: Rise up this mornin’. Smiled with the risin’ Sun.

7

Po południu w żółtym gmachu Komendy Stołecznej w Warszawie naczelnik zwołuje odprawę. Nie dla całego Wydziału Kryminalnego, nawet nie dla Referatu Przestępstw Przeciwko Życiu i Zdrowiu. W obskurnej świetlicy w Pałacu Mostowskich zbiera się Sekcja Zabójstw, nazywana w branży wydziałem iks. To kilku najbardziej balansujących na krawędzi prawa gliniarzy, jakich widziała policja po upadku komuny. Kiedyś mieli tu Wydział ds. Zabójstw, ale to, że w stolicy wskaźnik zabójstw spadł o połowę, komuś przeszkadzało. Wydział wcielono więc do kryminalnego i teraz, jeśli zachodzi potrzeba, do zabójstw dochodzą pobicia, bójki, gwałty i rozboje. Tę czarną robotę odwalają Franz i jego ludzie: Ruda, Karlos i Hanys. Ostatnio dołączył Nowy.

– Wiem, panowie, że jesteśmy przed Wigilią – zaczął naczelnik. – Też mam rodzinę. Wiem, że pracujecie od kilkunastu godzin bez przerwy, ale ustalenie okoliczności śmierci Markowskiego to priorytet.

– Czyli, panie majorze – odzywa się Franz – trup komendanta to nie to samo co bezdomny?

– Nie wiesz, jak jest firmie?

– Służba dla polityki i statystyki, a naszym celem dobre wyniki.

– W młodego się bawisz, czy chcesz mnie wkurwić?

– To tylko żarcik. – Mreges macha ręką.

– Dobrze wiecie, jak jest – rzuca naczelnik. – Polityka w państwie prawa. Moich dowódców naciskają, moi dowódcy naciskają, a ja was proszę…

– Oho! – Hanys szepcze do ucha Nowemu. – Sraczka w sztabie jak chuj.

– …zróbcie wszystko, co potraficie. Ustalcie, co się da. Ma być zrobione. Zespół prasowy też mnie naciska. Nie wiedzą, co mają powiedzieć prasie.

– Będzie zrobione. – Franz kiwa głową. – A medialni niech powiedzą to, co zwykle. Czyli nic. Pilna robota zrobiona. Zwłoki u zimnych chirurgów. Oględziny zrobione. Ślady zabezpieczone. Kulka wysłana do CLK. Łuska też. Czekamy na billingi. Przesłuchaliśmy już kilku ludzi. Gadaliśmy nawet z ucholami.

– No i?

– Lepiej, żeby pan major nie wiedział.

– Mów.

– Sprawdziliśmy logowania komórki Markowskiego w BTS-ach. Wychodzi, że około dwudziestej pierwszej Markowski pojechał do Zatoki Czerwonych Świń. Dowiedzieliśmy się, że na imprezę do Tadeusza Szczygiełczyka. To emerytowany dyrektor Departamentu Studiów i Analiz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w czasach Polski Ludowej. Generał brygady. Hanys u niego był.

– I co?

– Stary cwaniak siedzi jak trusia – odparł osiłek. – Pedzioł, że bez adwokata gadał nie będzie.

– Wiemy, że było tam kilkunastu ludzi – ciągnie Franz. – Wychodzi, że to tam widziano go po raz ostatni. Nie licząc dworca.

– Dowiedziałem się – dodaje Hanys – że Markowski nie pił, bo o północy matulę odebrać miał z Centralnego.

– Co?

– Miał matkę odebrać – tłumaczy naczelnikowi swojego wydziału Franz.

– I co?

– Przejrzeliśmy monitoring. Faktycznie przed północą zjawił się na dworcu, ale pociąg miał opóźnienie, więc Markowski postanowił wrócić do domu. I na parkingu dostał czapę.

– Masz coś jeszcze?

Franz spogląda na Hanysa, przenosi wzrok na Rudą i Karlosa. Nowy nie patrzy w ogóle. Widać, że Franz nie bardzo chce się podzielić jeszcze jedną informacją.

– Na imprezie – patrzy w twarz przełożonego – zebrało się towarzystwo.

– A możesz, kurwa, jaśniej?

– Nie chce pan tego, panie majorze, wiedzieć – wtrąca się Hanys, który jest najstarszym stażem policjantem w wydziale i może sobie pozwolić na taką uwagę.

– Dobra, spotyka się z tym Szczygiełczykiem – odpowiada naczelnik, łypiąc na Franza okiem. – Z kim jeszcze?

– Na razie wiemy – wzdycha Franz – że oprócz generała i jego żony był tam niejaki Edward Lipski z kierowcą.

– Kto to jest?

– Kiedyś był senatorem. Stracił immunitet i siedział, ale krótko. Uniewinniony. Teraz eurodeputowany. Oficjalnie biznesmen, ale to kanalia.

– Za co siedział?

– Zamieszanie w przemyt dużych ilości sufitówki z Holandii.

Naczelnik ujmuje brodę w dłoń w geście zakłopotania. To, co usłyszał, nie brzmi zbyt obiecująco.

– Nie mamy na to jeszcze dowodów – dodaje Franz – ale ten Lipski to nie jedyny bandyta w towarzystwie. Byli tam Wołowina, Kikir i Alek. Oprócz tego na imprezę przybył pierwszy zastępca.

– Co? Poll tam był?

– Tak.

– No to, kurwa, zajebiście. – Naczelnik chwyta się za głowę. – Niech się tylko gazetowe kurwiszony dowiedzą!

– Była tam też jeszcze kierowniczka izby dziecka. Mężatka, dwoje dzieci. Dziewczynka trzy latka i syn starszy. Chodzą słuchy, że popuszcza szpary Pollowi. No i że ma rozkaz przeniesienia do Głównej.

– Dobra. – Major próbuje się pozbierać. – Oni widzieli komendanta ostatni raz, tak?

– Prawdopodobnie.

– No to, kurwa, pięknie. To jest sprawa dla BSW. Będzie smród!

– Markowski dowiedział się, że zwolnią go ze stanowiska i dostanie oficera łącznikowego w Stanach.

– Uhm. Od kogo?

– Od generała.

– A skąd stary ubek wiedział takie rzeczy? Przecież my o tym nie wiemy! To są informacje zastrzeżone dla grubych ryb.

– No właśnie. Może lepiej tego nie ruszać? – Franz palcem wskazuje swój nos.

– Cholera – niecierpliwi się major. – To i tak jest śmierdzące. Łby się posypią. Zakon się przyjebie i będzie afera. Musimy robić, jak w książce jest napisane, słyszysz?

– To nie wszystko, panie majorze – dodaje Franz. – Markowski zlecił rozpracowanie pewnej grupy. Jeszcze nie znam konkretów. Na razie trop prowadzi do Ministerstwa Finansów i… do nas.

– Do policji?

– Mam wrażenie, że zero-jeden coś odkrył.

– Co?

– Na mieście mówi się, że ustawiane przetargi na zakup sprzętu dla nas.

– Jaja sobie robisz?

– Nie. Podobno przebąkiwał, że to ujawni.

– Teraz pasuje. Mordochlap mógł szkodzić, to go ktoś kropnął – kwituje major. – Franz, do roboty. Zróbcie, co jest do zrobienia, i odbój. Napisz raport i idźcie do domu. Ktoś przecież musi zarżnąć karpia.

8

Inspektor Jan Poll spieszy korytarzem w czeluściach gmachu przy Rakowieckiej na „osobiste zaproszenie pana ministra”. Nie dość, że rozmowa przy cholernym dębowym stole na wysoki połysk, to jeszcze te kurwiszony – myśli z niesmakiem o prasie Poll.

– Panie dopomóż – sapie, wchodząc po schodach. – Choćbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo jestem w tej dolinie najtwardszy – mruczy jak modlitwę.

Tusza pierwszemu zastępcy komendanta głównego policji nie ułatwia sprawy. Gliniarz ma metr dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Waży sto trzydzieści sześć kilogramów. Szczerze powiedziawszy, wolałby stanąć i oświadczyć w błyskach fleszy i światłach kamer, że sprawa jest rozwiązana. Tego jednak nie powie. Za to będzie musiał stwierdzić, że w tej chwili nic nie ma. Że policja nic nie ma. A policja w tej chwili to on.

– To egzekucja.

– A jakieś szczegóły?

– Jeden strzał, wystarczyło. Śmierć na miejscu – referuje zastępca.

– Świadkowie?

– Nikt nic nie widział.

Inspektor Jan Poll ma czterdzieści dziewięć lat. Jego staż służby to trzydzieści dwa lata, z czego siedem w milicji. Nazywany jest knurem. Prywatnie żonaty, ma dorosłą córkę. Żony nie kocha, zresztą z perspektywy czasu nie ma wątpliwości, że ożenił się dla kariery. Co ciekawe, z tego powodu z Pollem spotyka się jego kochanka.

– Uhm – zamruczał złowieszczo minister. – Nikt nic nie widział. Czyli nic pan nie ma. – Minister Antonowicz wpatruje się w policjanta.

– To trudna sprawa. – Poll prostuje się za stołem. – Mamy do czynienia z zawodowcem.

– Skąd pan to wie?

– Nikt nic nie słyszał, czyli tłumik. Jeden strzał. Znaleźliśmy… – wylicza policjant – badaliśmy… – Poll stara się używać czasowników.

– Widzę, że chwytami rzeczników prasowych podkreśla pan, że w tej sprawie policja coś robi?

– Zaangażowałem się w tę sprawę – tłumaczy się jak dziesięciolatek przy ułamkach Poll. – Objąłem ją osobistym nadzorem.

– Panie inspektorze, jestem ministrem spraw wewnętrznych. Wiem, co oznaczają takie slogany. Wykonał pan jeden, może dwa telefony do podległych i tyle.

– Ależ!

– Nie o to chodzi. Wiele jestem w stanie zrozumieć. – Antonowicz macha ręką. – Tylko proszę powiedzieć, co nam te pana działania dały?

Policjantowi zasycha w gardle. Trzęsącą się dłonią nalewa wody do szklanki. Gabinet wypełnia cisza. Słychać tykanie stojącego pod ścianą zegara. Polla nawiedza myśl, że jeśli teraz nie awansuje na pierwszego policjanta w Polsce, to nie zostanie nim nigdy.

– Potrzebuję ludzi, specjalistów. A skąd mam ich wziąć? Młodzi są do niczego, a starzy poodchodzili na emerytury.

– Możliwe, możliwe – odpowiada minister. – Tyle że nam to dalej nic nie daje.

– Nie rozumiem.

– Panie komendancie, powiem bez ogródek: gówno mnie to obchodzi.

Zastępca wpatruje się w szklankę. Nie spodziewał się takiej riposty. Kiwa głową. Na jego czole pojawiają się kropelki potu.

– Sprawę przejęła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. – Minister przeszywa mundurowego wzrokiem. – Pan mi mówi, że to egzekucja, tak?

– Tak, panie ministrze.

– Więc niech pan posłucha. Pełni pan obowiązki poprzednika. Tutaj jest rozkaz. – Rzuca dokument na biurko. – Ja mówię, że to samobójstwo. Tak stwierdza Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Prokurator generalny jest tego samego zdania. Czy pan mnie rozumie?

– Nie.

– To niech pan czyta. – Przed policjantem ląduje teczka.

Dokumenty opatrzone są klauzulą „ściśle tajne”. Dotyczą sprawy zabójstwa.

– Na głos – dodaje minister.

Pełniący obowiązki komendanta głównego policji czuje, że krawat zaczyna go dusić. Sięga jeszcze raz po szklankę, ale niewiele to daje. Czuje, że każdy por tłustego ciała wypełnia pot. Koszula przylepia się do pleców. Gliniarz z utęsknieniem myśli o chłodzie za oknem.

– Śmierć nastąpiła w wyniku strzału z osobistej broni służbowej nadinspektora Markowskiego, to jest ze znalezionego na miejscu zdarzenia rewolweru Gward, kaliber trzydzieści osiem Special, seria broni FB numer siedemnaście sto siedemdziesiąt cztery, rok produkcji: tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty. – Poll przerywa, unosi zdziwiony wzrok w kierunku ministra.

– Dalej.

Policjant patrzy na ministra. Ten zaś zachęcająco kiwa głową. Niedowierzanie ustępuje temu czemuś, co nazywamy brakiem wyboru. Gliniarz zaczyna rozumieć, że to może być jego ostatnia szansa.

– W bębenku wyżej wymienionej broni stwierdzono brak jednej sztuki amunicji. Na broni oraz amunicji znaleziono wyłącznie odciski palców denata.

– Czy pan rozumie?

– Rozumiem – odpowiada uprzejmie policjant. – Ale mamy tutaj, panie ministrze, niekonsekwencję – dodaje ze świadomością, że największym niebezpieczeństwem w karierze mogą być nieodpowiedzialne wybory. – Na dachu samochodu znaleziono łuskę. Technicy ją sfotografowali. To nie przejdzie.

– Dobrze, że pan o tym wspomina. Pańscy ludzie nie dopełnili obowiązków.

– Co?

– Niech pan siada, do cholery! Zresztą nie tylko oni, bo także pan nie wywiązał się z tego, co do pana należy.

– Tak jest!

– Pańskie uchybienia wyjaśnimy w drodze postępowania dyscyplinarnego. Znajdziemy powód braku odpowiedniego nadzoru nad pana policjantami. Biuro Spraw Wewnętrznych rozpoczęło śledztwo.

– Co pan sugeruje?

– Proszę się uspokoić i słuchać. Na zdjęciach z oględzin widać przedmiot na dachu samochodu. To prawdopodobnie łuska, ale nie została włączona do materiału dowodowego. To będzie przedmiotem postępowania.

– Rozumiem.

– Byłem zdania, że sprawę powinno przejąć Centralne Biuro Śledcze – wyjaśnia minister. – Niestety, nie udało mi się obronić swojego stanowiska.

– Ach tak.

– Ze zgromadzonego przez was, a następnie przez ABW, materiału nie wynika, że przedmiot na zdjęciach przypominający łuskę nią jest. Czy pan to rozumie? – dodaje z nieznacznym uśmiechem minister.

– Tak.

– Dobrze. W tym świetle stwierdzono to, co pan był łaskaw odczytać.

– Rozumiem, przyjąłem – odpowiada służalczo Poll.

– Doskonale. Opinia publiczna zostanie poinformowana. Oczywiście jedynie w części przeznaczonej dla niej. Jestem zdania, że spełniał pan powierzony przez naród obowiązek najlepiej, jak pan potrafi. Dlatego też postępowanie zostanie zamknięte i nie wykaże uchybień.

– Rozumiem.

– Ale pańscy ludzie – minister rozkłada ręce – sam pan rozumie, prawda?

– Tak jest.

– Zakończymy tę sprawę pomyślnie. Proszę pamiętać, że będę musiał powołać nowego komendanta głównego.

– Oczywiście.

Po wyjściu policjanta minister naciska pomarańczowy przycisk telefonu i łączy się z sekretariatem.

– Dla nikogo mnie nie ma – informuje asystenta. – Proszę nie przeszkadzać – mówi, po czym podchodzi do obrazu Gęsiarka.

Pod obrazem Antoniego Gramatyki zręcznie zamaskowano sejf o dziesiątej klasie odporności na włamania. Minister wpisuje sześciocyfrowy kod. Alarm łączący sejf z komórką Biura Ochrony Rządu zostaje dezaktywowany. To na wypadek fizycznego lub elektronicznego przełamania zabezpieczenia i otwarcia sejfu, jak wyjaśnił Antonowiczowi wprowadzający go tutaj porucznik. Teraz pozostaje kluczykiem otworzyć calowej grubości drzwiczki ze stali, pod którymi w specjalną klawiaturę dotykową należy wpisać kod. Ekran uaktywnia się dopiero po włożeniu i przekręceniu w prawo, a następnie w lewo kluczyka HSL.

Po kilkunastu sekundach Antonowicz wyjmuje czarną cienkościenną walizkę z tytanu zabezpieczoną sześciocyfrowym szyfrem. Walizka jest pełna najtajniejszych w kraju dokumentów.

9

Hanys wyciąga się na skrzypiącym krześle przed kineskopowym monitorem i splata dłonie na karku. Siedzi przed chłopakiem z miasta. To jeden z pomniejszych gangsterów, ale mający kontakty z poważnym półświatkiem. Z boku usadowił się aspirant Radosław Ryży. Ich twarze są zmęczone, szare, zupełnie inne niż przesłuchiwanego, który ostentacyjnie żuje gumę.

– Nie będę gadał z tobą, człowieku! – słyszą. – Nienawidzę was i tak zostałem wychowany. Ten, kto z wami trzyma, jest na ulicy zawsze przegrany. Wyciągacie mnie, kurwa, na środku miasta z samochodu! Bez nakazu, bez słowa, przy rodzinie. Co wy sobie myślicie? Możecie się, kurwa, żegnać z robotą.

– Słuchaj uważnie, ciulu jeden, bo daję ci szansę. Jesteś gotowy?

– No?

– Nie no, tylko „tak, panie władzo”! Ewentualnie „proszę pana”, jak już taką odrazę do nas czujesz.

– Taką mamy tradycję, żeby jebać policję!

– Zamknij się, skurwysynu. – Dźwięk dłoni uderzającej w policzek ucina hip-hopowe rymowanki. – Słyszysz? – Sekundę później pada następne uderzenie.

Widok zdziwionej twarzy uderzonego jest bezcenny, ale strachu także. To nie Ślązak uderzał. „Służbowy liść” jest sprawką aspiranta Radosława Ryżego.

– Jebać możesz swoją starą, gnoju – mówi Ruda. – Z nami grzecznie.

Zupełnie inne niż przed sekundą, przestraszone spojrzenie rzucone na dłoń Hanysa, wielkości łopaty do węgla, wystarczy, by natychmiast wykluczyć pomysły o stawianie się policjantowi, który przypomina niedźwiedzia.

– Chyba ty.

– Nie pyskuj! – Głowa gangstera odskakuje jak gruszka na siłowni.

– Znalazłem w twojej kielni worek z białym. – Ruda chwyta przesłuchiwanego za włosy i szepcze do ucha: – I to jest podstawa naszej rozmowy. Kumasz już czy inaczej mam ci to wyjaśnić?

– To nie moje!

– Dziwne.

– Ruda! Powiedziałem: dość!

– Dobra. – Ruda podnosi ręce i wraca na krzesło. – Rób swoje.

– Posłuchaj, szmaciarzu. – Ton Hanysa jest ochrypły, niski. – Gówno mnie obchodzi, czyje to, durniu. Będziesz pyszczył, to cię zawinę. Potem zważę ten gówniany proszek, a ten, co ci przyjebał – wskazuje Rudą – skrobnie protokół. Pijąc herbatkę, poczekamy na proroka. On cię pięknie obrobi. I będziesz miał w papierach nasrane tyle, żebyś był dobrze rozpoznawalny. Rozumiesz?

– No i?

– Dostaniesz zawiasy. W najlepszym razie. I będziesz jebał, tak, owszem, ale biedę. Bo kuroniówkę dostaniesz rok, a potem będziesz żył z zasiłku. Z wyrokiem nigdzie roboty nie znajdziesz. Nawet jako cieć na budowie, ciulu jeden.

– Chyba ty! Skargę na was napiszę.

– Zamknij się, bo nie skończyłem! Skargi możesz pisać. Pisz, najlepiej do konia na Służewcu. Wystarczy mój telefon, rozumiesz? Jeden, kurwa. Ty będziesz siedział na dołku, a ja wjadę ci na chatę, bo mam nosa, że chowasz tam więcej takich woreczków.

– Nic nie znajdziesz. Nie będziesz miał dowodów.

– Ich zbieranie straciło dla mnie sens, kiedy ty srałeś w pieluchy. Psem jestem, a nie policjantem. Jak chcę kogoś wsadzić, to wsadzam. Dowody znajdują się same.

– Nie możesz tak.

– Widzę, że od machania hantlami oleju ci we łbie ubyło i nie łapiesz szybko. Jak będę chciał znaleźć, to znajdę. – Głos Hanysa jest stanowczy, chrapliwy. – I znajdę tyle, że wystarczy, aby ci dupsko pękło pod celą na Białołęce.

– Co, podrzucisz mi?

– Powiedziałem, że znajdę. Moja sprawa jak.

– A w dupie cię mam.

– Chciałbyś, ale musisz poczekać. Nie jestem łatwy i bez gry wstępnej nie daję. I nie skończyłem. Oprócz ciebie wjadę na chatę do Aksamita. Do Moca i Stefańskich również. I nawet jak tam nic nie znajdę, to powiem, że ich sypnąłeś. Więc tak czy owak jesteś w głębokiej, czarnej jak u amerykańskiego prezydenta, dupie.

– Wal się.

– Zastrzelono komendanta głównego. Wyobraź sobie, że facet rozpracowywał bandę zajmującą się prochami na mieście. Pomyślałem, że wiesz coś o tym.

– Do czego pijesz?

– Do niczego. – Hanys wzrusza ramionami. – Grzecznie ci tylko mówię, że mam na ten temat kilka pomysłów. I jeden z nich jest taki, że kropnął go ktoś z twojej bandy, żeby bronić swoich interesów.

– Facet! Nie bądź śmieszny – odpowiada lekceważąco diler. – Nie będę z wami gadał. Po pierwsze, mam was gdzieś. Po drugie, chcesz gadać, to dzwoń do mojego adwokata. Po trzecie… – diler śmieje się w twarz policjantom. – …żeby mnie wsadzić, frajerze, musisz mieć dowody. Nawet jak mnie zamkniesz, to za parę godzin i tak wypuścisz. Może mam coś za uszami, ale nie zajmuję się ubojami. To nie moja półka.

Policjanci wpatrują się w aresztanta. Ten po kilkunastu sekundach nie może znieść ich wzroku. Nagle otwierają się drzwi. Wchodzi elegancko ubrany, starannie ogolony, drobny mężczyzna. Jest opalony i ma czarne kręcone włosy.

– Pan posłucha. – Celuje w przesłuchiwanego piórem.

– Tak?

– Zatrzymujemy pana na czterdzieści osiem godzin. Jutro przyjedzie prokurator. Przedstawi panu zarzut z artykułu sześćdziesiątego drugiego ustęp jeden ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Czyli posiadanie środków odurzających.

– Ale ja nic nie miałem! – wykrzykuje przesłuchiwany. – Co jest?

– Zamknij się! – Ruda wstaje z krzesła.

– Daj mu spokój. – Hanys podnosi rękę. – Wystarczy. Robimy, jak w książce jest napisane.

– Oprócz tego – dodaje człowieczek z piórem – zarzut z artykułu pięćdziesiątego dziewiątego tej samej ustawy. Czyli nielegalny obrót środkami odurzającymi lub substancjami psychotropowymi. Radzę zadbać o adwokata. Mamy tu dwa przestępstwa, za taki czyn grozi panu kara pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu. Istnieje również uzasadnione podejrzenie, że ma pan związek ze śmiercią Markowskiego.

– Co?

– Uważam, że będzie pan nakłaniał do składania fałszywych zeznań lub wyjaśnień inne zamieszane w tę sprawę osoby albo w inny bezprawny sposób utrudniał postępowanie. Podejrzenie o podżeganie do zabójstwa jest czynem…

– Co?

– …jest czynem zagrożonym karą do dożywocia włącznie. Grożąca panu kara wymusza potrzebę zastosowania aresztu celem zabezpieczenia toku postępowania.

– Słucham? – Gangster zdaje się nie wierzyć. – To jakieś nieporozumienie!

– Panowie, z mojej strony to wszystko – dodaje elegancik i zamyka drzwi.

Nowy patrzy szeroko otwartymi oczyma przez lustro weneckie. Hanys czeka na dalszy ciąg. Prawie nie widać jego przymkniętych oczu. Do pomieszczenia, w którym Nowy przygląda się przesłuchaniu, wchodzi człowieczek z piórem. To Karlos, piąty policjant wydziału.

– Dobra, dobra – odpowiada tymczasem przesłuchiwany. – Możemy pójść na układ, ale…

– Zamknij się, do kurwy nędzy! – Głos Hanysa jest jeszcze niższy. – Dał ci ktoś głos? Jak powiem, że możesz mówić, to będziesz mógł. Na razie ja mówię. I żaden układ, kurwa. Rozumiesz?

– Tak.

– Posłuchaj, gnojku – wtrąca się Ruda. – Nie jestem od tego, żeby z takim gnojem jak ty negocjować. Jak mnie wkurwisz wystarczająco, to cię zastrzelę. Po prostu odjebię cię i tyle. Wiesz, co to kontratyp obrony koniecznej? Raport napiszę, że nóż miałeś i wszystko. I co mi, kurwa, zrobisz? Skargi będziesz w trumnie pisał?

Znów zapada kilkusekundowa cisza. Słychać tylko oddechy. Szparki w oczach Hanysa stają się jeszcze węższe, a oczy przesłuchiwanego jeszcze szerzej otwarte.

– Ruda! Zostaw nas.

Drzwi zamykają się za impulsywnym policjantem. Hanys przysuwa się do przesłuchiwanego. Nachyla się nad jego uchem.

– Nic ci dzisiaj nie zrobię – szepcze – ale ty zrobisz coś dla mnie.

– Tak?

– Zamknij się! Ja mówię. Odpowiadaj kiwnięciem pustym łbem, tłuku. Rozumiesz?

Osiłek kiwa głową.

– Dowiesz się czegoś, a potem nam tę informację przekażesz, tak?

Osiłek kiwa głową.

– Konkretnie przekażesz ją mnie. Rozumiesz?

Osiłek kiwa głową.

– Dobrze. Od tej chwili współpracujesz z nami albo idziesz siedzieć. Dyskretnie dowiesz się wszystkiego na temat zejścia komendanta. Zdasz mi relację. Co się na ten temat mówi na mieście, komu szkodził, kto go kropnął. – Hanys ścisza głos. – Słowem: wszystko.

– Ale jak? Przecież nie mogę pójść do was…

– Srak! – wybucha Hanys. – Tym się nie martw. Znajdę cię.

– Ale…

– Zamknij się, powiedziałem! Wyświadczysz nam tę przysługę albo zrobię z twoim interesem porządek. I nie tylko ja. Rozumiesz?

Osiłek kiwa głową.

– Burdele, dziwki, prochy, samochody, koniec z tym. Na nic nie będziemy przymykać oka. Uprzykrzymy ci życie, rozumiesz?

Osiłek kiwa głową.

– Dowiedz się wszystkiego na temat wypadku z komendantem albo czeka cię piekło. Powiesz mi, co chcę wiedzieć, to ci odpuszczę. Masz miesiąc. Jeśli nie zechcesz strzelać z ucha dla mnie, zrobimy piekło nie tylko tobie, ale w całej branży. Będzie na mieście wojna totalna. Każdy glina uprzykrzy wam wszystkim życie, rozumiesz?

– Tak.

– Dobrze. Tylko nie rób mnie w chuja. Nie marnuj czasu. Nie potrzebuję wiedzieć pierdół, bo sam to mogę ustalić. Dowiedz się konkretów. Popytaj kolegów, szczególnie mądrzejszych.

– Jak się dowiedzą, to po mnie.

– To rób tak, żeby się nikt nie zorientował. Ostrożnie – radzi Hanys. – My farby nie puścimy.

– Jaką mam na to gwarancję?

– Taką, że możesz nam się jeszcze przydać. A twoje interesiki to pryszcz na dupie Rzeczypospolitej w porównaniu z odjebaniem pierwszego gliny w kraju. Rozumiesz już?

– Co z tego będę miał?

– Po pierwsze, twój odbyt nie zazna chuja. W każdym razie nie w anclu. Po drugie, dopóki będziesz podawał mi piłkę, nikt nie ruszy twojego interesiku. Chyba że odjebiesz nielegalny ubój albo jakąś grubszą aferę.

Osiłek kiwa głową.

– Chcę tylko wiedzieć, kto go zabił i za co. Co to za gość, jak się nazywa, czym się zajmuje. Wszystko! Postaraj się. Czy dokładnie zrozumiałeś moje słowa? – Hans kładzie akcent na słowo „dokładnie”.

– Tak.

– No to spierdalaj.

– No, ale…

– Spierdalaj, powiedziałem! Już!

Gangster zbiega po schodach komendy. Nie oglądając się, wychodzi. Na ulicy oddala się szybkim krokiem. Rozgląda się, czy nikt go nie widział. Za rogiem wypuszcza głośno powietrze z płuc. Słysząc dzwonek telefonu, ociera pot z czoła.

– Halo?

– Lepiej zapisz ten numer, gnojku.

Przestępca drżącymi dłońmi zapisuje numer Hanysa. Ten zaś uśmiecha się i kładzie przed Nowym dyktafon z nagraniem przesłuchania. Wprawdzie to, co widział, nie miało wiele wspólnego z przesłuchaniem, ale Hanys uznał, że się przyda. Sprawie i Nowemu.

– Co to było?

– Potrzebujesz osobowych źródeł informacji. Właśnie zobaczyłeś jeden ze sposobów na ich pozyskanie.

– Po coś to nagrywał? Worka z siebie robisz? Bo nie kumam. A może dzieje się tu coś, o czym nie wiem?

Hanys spogląda na Nowego. Chłopak ma rację. Nagrywaniem, obserwacją, podsłuchami zajmuje się Wydział Obserwacyjno-Rozpoznawczy, w skrócie WOR. Policjanci Wydziału do walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu mają inne zadania.

– Idziesz na rozmowę z ucholem – rozpoczyna westchnieniem Hanys – to nagrywasz.

– Po co?

– Bo może figurant powie coś ciekawego.

– Ale i tak gadałeś z nim! Wiesz, co powiedział. I nie możesz procesowo wykorzystać nagrania.

– Nie mogę, ale przy strzelaniu z ucha może się coś wymsknąć. Ja też nie wszystko zapamiętam. Zgrywam i zawsze mogę do tego wrócić. Za jakiś czas to może być przydatne.

– Kurwa, ale tak, tak… – Nowemu brakuje słów. – Nie można tak, kurwa mać! Za ten cyrk, który tu odstawiliście, można wylecieć z roboty! Ty zastraszasz obywatela, Ruda go bije, a Karlos jakąś szopkę odpierdala!

– Tak to wygląda – odpowiada Hanys. – Staraj się nagrywać jak najwięcej.

– Po cholerę dawać prorokowi hak na siebie? Żeby mógł ci się dobrać do dupy?

– Wyjebane mam na to. Pięć dni mogę każdego podsłuchiwać, a nagrywać do woli. Potem materiały muszę zniszczyć.

– I co? Może zniszczysz to nagranie?

– Zniszczę niezwłocznie, jak zajdzie potrzeba.

– Hanys, przecież to jest nielegalne!

– No i co? Podjebiesz mnie?

– No nie! Pojebało cię?

– No, jak nie? Przecież uzyskałeś wiedzę o przestępstwie. – Hanys patrzy w twarz Nowemu. – Twoim obowiązkiem prawnym, służbowym oraz moralnym jest jego ujawnienie. Jeśli tego nie zrobisz, nie dopełniasz obowiązków.

– Hanys, daj spokój, przecież jesteśmy kumplami.

– Coś ci powiem, śpiku jeden. Dla mnie nie istnieją pojęcia „legalne” i „nielegalne”. Nie ma niczego takiego jak prawo. Działamy na jego granicy i trudno wyczuć, po której jest się stronie. Zostaje tylko robota. Trzeba ją odjebać i nie można się pomylić. A wiesz czemu?

– Nie.

– Bo giną ludzie. Masz tyle służby co oranżada gwarancji, możesz nie wiedzieć. Dlatego zapamiętaj, co ja, stary chuj, ci mówię. Gadasz z ucholem – nagrywasz. Gadasz ze świadkiem – nagrywasz. Gadasz z prorokiem – nagrywasz, z komendantem – nagrywasz, z naczelnikiem naszego wydziału – nagrywasz. Z kimkolwiek, kurwa, gadasz, wszystko nagrywasz. To policja, tutaj nie ma znaczenia, czy to jest legalne czy nie, rozumiesz?

– Tak.

– Chuja – mówi, wyjmując z kieszeni pluskwę. – Ale zaraz zrozumiesz. – I ku zdziwieniu Nowego podłącza dyktafon do komputera. Przesuwa kursor na linii czasu, podkręca potencjometr podróbek i wlepiając spojrzenie w Nowego, podaje słuchawki.

– „Hanys, daj spokój. Przecież jesteśmy kumplami”.

– Hanys, po co ci to?

– To paszport do świata prawdziwych glin. Nic z tym nie zrobisz, będziesz sprawcą przestępstwa. Jeśli jesteś gnidą, mamy na ciebie haka.

– Do dupy z taką robotą. – Nowy odkłada słuchawki. – Na dzielnicy mogłem zostać.

– Mogłeś, ale zamarzyło ci się być kryminalnym, to jesteś. Nie wiem, skąd się wziąłeś, ale pewnie masz plecy.

– Oszalałeś?

– W dupie to mam. Nie wierzę, że nikt cię nie pchnął. Jak zechcesz, to powiesz, przy wódce. Jak nie chcesz, twoja sprawa. A na razie…

– …nie lubisz mnie?

– Nie lubię i ci nie ufam. Nie miej mi tego za złe. Taki jestem. Siebie też nie lubię i też sobie nie ufam. Ty jesteś nowy, nie znam cię. Pokażesz się z dobrej strony, to będziesz git. A na razie weź się do roboty. – Policjant klepie Nowego w plecy. – Patrz, słuchaj, a wiele się możesz nauczyć. Już wiesz, jak wygląda twój gość. – Hanys wskazuje pokój za lustrem. – Moją, Rudej i Karlosa mordę już zna. Twojej nie. Pochodzisz za nim. Zobaczymy, gdzie pójdzie.

10

Emil obrzuca wzrokiem budynek. Wykwit twórczości socjalistycznej rzeczywistości. Piętrowa kostka z płaskim dachem z papy i garażem w piwnicy. Z zapuszczonym ogrodem przypomina byłemu glinie dziuplę złodziei samochodowych. Trudno uwierzyć, że mieszka tutaj ktoś taki jak dziewczyna za kierownicą.

– Jesteśmy na miejscu – mówi. – To tutaj.

– Jedź dalej.

– Co?

– Rób, co mówię. Jedź.

Andżela redukuje bieg i dodaje gazu. Mini cooper przyśpiesza w strugach deszczu. Emil tymczasem wpatruje się w lusterko.

– To twoja meta?

– Mieszkam tam.

– Jesteś zameldowana?

– Tak.

– Samochód przerejestrowałaś?

– Tak.

– Aha – mówi Emil.

– Co aha?

– Masz jedno czy dwa wejścia?

– Dwa.

– Drugie jest od ogrodu?

– Chcesz mi go skopać?

– Nie chcę, żeby skopał go ktoś inny. Zauważyłaś ten wóz za nami?

– Czarna beemka?

– Zatrzymasz się na mój znak. Wysiądę. Potem zawrócisz. Trzysta metrów od domu masz Biedronkę, prawda?

– No i?

– Zaparkuj najbliżej wyjścia. Weź parasolkę, schowaj ją pod kurtkę. Wbiegnij do sklepu. W środku otwórz parasol i wyjdź. Idź do domu. Spokojnie, wolno. Odwiedzę cię. Masz kawę?

– Mam.

– A mleko?

– Też.

– Nie bierz moich rzeczy. – Mężczyzna rzuca kurtkę na papierowy worek.

– Jasne, ale pozwól, że – dziewczyna skręca gwałtownie – akurat to zrobimy po mojemu.

Samochód na bruku wpada w poślizg. Zaskakuje to kierowcę śledzącego ich samochodu, ale nie ją. To kontrolowany manewr. Andżelika dodaje gazu. Wpada w wąską uliczkę, łamiąc zakaz wjazdu. Błyskawicznie redukuje bieg.

– Trzymaj się – mówi, wdeptując gaz. – Trochę zaszalejemy.

Jednokierunkowa ulica jest pusta. Samochód rwie do przodu. Kierowca BMW nie nadąża z reakcją. Klnie pod nosem. Jego samochód wyrywa z rykiem. Skręca w następną uliczkę. Hamuje przed skrzyżowaniem. Tymczasem wskazówka prędkościomierza w mini przesuwa się w prawo.

– Nie ma go.

– Zatrzymaj się, spacer dobrze mi zrobi. Ostatnio miałem mało ruchu.

– Uważaj na siebie.

– Uwielbiam spacery. – Emil zakłada kaptur. – Szczególnie kiedy dopisuje pogoda.

– Skąd wiesz, że mam parasol?

Mężczyzna znika w deszczu. Andżelika zerka w lusterko, ale nikogo nie widzi. Odwraca się, lecz za samochodem nie ma nikogo. Jak to możliwe? – myśli zdumiona. – Przecież nie mógł się rozpłynąć. W głowie wciąż słyszy krótkie, urywane słowa: „weź parasolkę”, „zaparkuj najbliżej wyjścia”, „odwiedzę cię”. Chwilę potem przypomina sobie ten wieczór, kiedy pierwszy raz o nim usłyszała. Sekundę później dostrzega wysuwające się zza rogu wąskie światła i długą, płaską maskę samochodu z biało-niebieskim logo.

11

W pierwszą noc po świętach Mreges nie może spać. Samotność chwyciła go w szpony. Za oknem leje. Przebudzona z zimowego snu mucha spaceruje po ekranie. Telewizor miga kolorowymi obrazami. Franz zamiast fonii wybiera piwo. Leżąc na kanapie, wpatruje się tępo przed siebie. Myśli o niej. Nagle uwagę policjanta zwraca pasek z wiadomościami na dole ekranu.

– Dotarliśmy do informacji – płynie z głośników, kiedy włącza głos – że policja wyklucza zabójstwo. Przyczyną śmierci komendanta głównego policji – mówi dziennikarz – było najprawdopodobniej samobójstwo.

– Uhm – mruczy Franz. – Jak chuj!

– Oddajemy głos rzecznikowi prasowemu.

Franz marszczy brwi. W wiadomościach pojawia się gładka twarz świetnie wyglądającego i wzbudzającego zaufanie policjanta w cienkich, drucianych okularach i o inteligentnym spojrzeniu. Rzecznik przechyla głowę, sygnalizując zainteresowanie.

– Ciekawe, co też nam nasz podpułkownik powie?

Rzecznik, w idealnie leżącym niebieskim mundurze, z naramiennikami młodszego inspektora, na tle logo policji, wygląda przekonująco. Franz podnosi butelkę do ust i zatrzymuje w pół drogi.

– Przez ostatnie dni policjanci pracowali intensywnie. Czynności, jakie przeprowadziliśmy, pozwoliły nam ustalić dokładny przebieg ostatnich godzin życia nadinspektora Markowskiego.

– Znamy przyczynę śmierci?

– Udało się ją określić.

– Co to było?

– Nadinspektor Markowski zginął od rany postrzałowej głowy.

– Wiadomość roku – mówi do telewizora Franz. – Przecież faceta z rozerwaną czaszką nawet pierwszoklasista odróżni od wisielca.

– Czy było to zabójstwo?

– Wykluczyliśmy zabójstwo jako przyczynę śmierci.

Franz odkłada butelkę. Sięga po pilota i podkręca głośność.

– Czy komendant się zastrzelił?

– Wszystko wskazuje, że zginął w nieszczęśliwym wypadku.

– W wypadku – powtarza. – Tego akurat się nie spodziewałem. Dobry jesteś – wyraża uznanie dla rzecznika, podnosząc butelkę. – Świetna legenda. I nawet ci przy tym brewka nie drgnie.

– Prasa spekuluje, że generał popełnił samobójstwo.

– Wykluczyliśmy to – odpowiada mężczyzna na ekranie. – Pan generał nie miał kłopotów, miał awansować. Nic nie wskazuje, że mógłby targnąć się na życie. Niemniej jednak, żeby wykluczyć jakąkolwiek stronniczość, okoliczności śmierci komendanta będzie dalej wyjaśniać Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Franz krztusi się piwem.

12

Nie znał rodziców. Prawdopodobnie zginęli w wypadku albo wyeliminowała ich władza. Stało się to jednak tak dawno, że w jego pamięci nie zostały żadne wspomnienia. Wychowywano go w sierocińcu w Murmańsku, gdzie skończył szkołę podstawową. W odróżnieniu od oświaty PRL, w Związku Radzieckim podstawówkę podzielono na dwa etapy. Pierwszy trwał cztery lata. To wtedy, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym roku, zdecydowano, że Iwan nie zostanie oficerem politycznym floty okrętów podwodnych, jak zakładano. Stało się tak ze względu na wzrost. Już jako dwunastoletni chłopak był za wysoki na podwodniaka.

W opinii kończącej szkołę zwrócono uwagę, że jest sprawny fizycznie, inteligentny i zamknięty, skryty, utrzymujący ludzi na dystans. Nie spoufala się z opiekunami. Jedyne kłopoty, jakie sprawiał, wynikały z faktu, że konflikty w szkole i sierocińcu rozwiązywał w szybki i brutalny sposób. Jego akta zawierały konkretne dane. Daty, powody, opisy zdarzeń i efekty: trzykrotne złamania ręki kolegom, złamanie obojczyka innemu, w sumie wybicie czterech zębów. Połamane żebra starszym chłopakom na zajęciach wychowania fizycznego, gdzie z sukcesami trenował pięściarstwo. Dwa medale, kilkanaście drugich miejsc. Jedno trzecie. To oraz fakt, że młody Iwan wykazywał ponadprzeciętne zdolności w dziedzinie języków obcych – szczególnie polskiego i niemieckiego – zadecydowało o jego przyszłości.

– Łączcie z towarzyszem pułkownikiem – powie pewnego dnia do telefonu szef XIII Departamentu w biurze nieopodal moskiewskiej obwodnicy.

Nikita Kuziczkin, spoglądając na malownicze wzgórza pokryte brzozowymi lasami, przez chwilę poczeka na połączenie z szefem Zarządu „S” – I Zarządu Głównego KGB, Marko Andopowiczewskim.

– Tak?

– Towarzyszu pułkowniku, przejrzałem teczki, wybrałem spełniających warunki – powie Kuziczkin. – Przeprowadziłem selekcję. Mamy odpowiedniego kandydata.

– Świetnie, przyślijcie mi jego teczkę.

– Tak jest!

Iwan właśnie przeszedł testy psychologiczne. W kosmodromie w Kazachskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, znanym bardziej jako Bajkonur, gruntownie go zbadano. Wykluczono jakąkolwiek chorobę wrodzoną czy najmniejszy choćby uszczerbek na zdrowiu. Iwan ma doskonały wzrok, żadnych złamań, prosty kręgosłup, wysokie wyniki testów wytrzymałościowych, dobry refleks i ponadprzeciętny iloraz inteligencji. I mieści się w charakterystyce zapotrzebowania.

– Wspaniale – mruknie Andopowiczewski, odkładając dossier Iwana. – Takiego było nam trzeba.