Czas Wagi - Aleksander Sowa - ebook + audiobook

Czas Wagi ebook i audiobook

Aleksander Sowa

4,2

Opis

Mocny kryminał o przerażającej zbrodni, inspirowany najgłośniejszym porwaniem w historii III RP!

W połowie 1997 roku na warszawskiej Pradze zostaje porwana córka milionera. Jest torturowana, gwałcona i trzymana w nieludzkich warunkach. Ojciec powiadamia policję, wynajmuje znanego detektywa i robi wszystko, aby uwolnić córkę. Po przekazaniu okupu Sara jednak nie wraca. Kiedy zrozpaczona rodzina informuje dziennikarzy, wybucha skandal. Pod presją mediów w ministerstwie zapadają pospieszne decyzje. Emil Stompor zostaje zmuszony do udziału w sprawie. Rozpoczyna się gra, w której stawką jest nie tylko życie uprowadzonej, ale także interesy wielu ludzi…

 

Tę brutalną, prawdziwą do bólu i osadzoną w realiach historię opowiada Aleksander Sowa – czynny policjant, a zarazem autor „Gwiazd Oriona” – Kryminału Roku 2019 według serwisu Granice.pl. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 58 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Oceny
4,2 (31 ocen)
13
14
3
0
1

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Aleksander Sowa, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Sumala/AdobeStock

Zdjęcie Aleksandra Sowy: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Anna Gidaszewska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-31-1 (EPUB); 978-83-66503-32-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

1

Jej dramat zaczyna się trzy kwadranse przed północą, 13 czerwca 1997 roku, choć sprawa miała początek wcześniej. Jest piątek, deszczowy i zimny jak całe lato, muzyka głośno dudni. Siedzą w ciemnoniebieskim volkswagenie na wprost klubu. Furgonetka to wersja dostawcza, bez okien z tyłu. To tam jest drugi. Trzeci zbir wyszedł przed klub Las Vegas. Ma kamuflowaną słuchawkę w uchu. Gładzi dłonią brodę.

– To ona – mówi do radiotelefonu. – Zaczynamy, jak tylko podejdzie.

Sara Wagniewska trzyma nad głową torebkę dla ochrony przed mżawką i wypatruje taksówki. Tańcz głupia, tańcz, swoim życiem się baw! – śpiewa Panasewicz, kiedy brodaty się zbliża.

Sara podchodzi do krawężnika. Kierowca zapala silnik, zakłada kominiarkę. Drugi zbir kładzie dłoń na klamce.

– Co za pogoda – zagaduje brodaty.

– Mogło być gorzej.

Volkswagen zatrzymuje się za plecami. Przesuwne drzwi się otwierają. Kobieta dostrzega pistolet i uderza brodatego torebką. Oszołomiony bandzior naciska spust. Przypadkowy wystrzał zwraca uwagę gości przed klubem. Kosmetyki wypadają z torebki i rozsypują się na chodniku. Na ziemię upadają telefon i gorąca łuska. Brodaty kopie, Rudy poprawia pięścią, łamiąc z chrzęstem nos Sary. Krew zalewa nieprzytomną twarz, kapie na chodnik. Volkswagen rusza z piskiem i znika.

Tak mógłby się zacząć trzymający w napięciu, mroczny kryminał. To jednak nie film. Na brudną ulicę z brzękiem upadła prawdziwa łuska, a ciepła krew na mokrym od deszczu bruku rzeczywiście pachniała śmiercią.

2

Starszy sierżant Emil Stompor przetarł oczy. Wskazówki zegarka wskazały za dziesięć czwartą. Jeszcze dwie godziny. Wywiadowca czuł pod powiekami piasek, co było spowodowane zmęczeniem. Niczego nie pragnął bardziej, jak je przymknąć. Zbliżał się mglisty, zimny świt.

– Kosar! Nie śpij! – mruknął. – Wstawaj!

– Co, co?

– Zaraz wyjdzie.

– Kto? Kto będzie wychodził?

Policjant położył palec na ustach i wskazał kiosk. Kosar mrugnął na znak, że rozumie. Stompor otworzył drzwi i znikł gdzieś w oparach unoszących się nad brudną ulicą Pragi Południe, a potem skrył w bramie po drugiej stronie. Powietrze pachniało wilgocią i chłodem. Latarnie zgasły. Wywiadowca oparł się o odrapany mur. Czekał. Wreszcie poczuł przebiegający po kręgosłupie dreszcz – nieomylne przeczucie, które towarzyszyło Emilowi od dzieciństwa.

– Cholerny detektyw. Szlag by go trafił – westchnął cicho Kosarewicz i pomyślał, że nikogo nie widać. A jednak kiedy wyszedł z samochodu na rześkie, poranne powietrze, zarejestrował wychodzącą zza warzywniaka przygarbioną postać. – Halo? Proszę pana? Proszę pana! – zawołał, a słowa odbiły się od ścian.

Cień przyśpieszył i skierował się wprost na Emila w bramie.

– Stój! Stój, policja! – Okrzyk rozerwał ciszę poranka, ale włamywacz znikł w porannej mgle.

Kosar wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył. Niebieskie, blade światło odbijało się od zniszczonych i brudnych murów. Emil patrzył, jak radiowóz mija skrytego za załomem rzezimieszka, a potem mężczyzna w kapturze rusza truchtem.

– Ej, kolego! Masz może fajkę? – rzekł, chwiejąc się po pijacku.

– Jest tu przejście?

– Pewnie, że jest. A co tak zapierdalasz z rana?

– Psy mnie gonią!

– O! To dawaj, bracie! Tu cię nie znajdą.

– Dzięki – odparł zakapturzony.

– A co zmalowałeś?

– A... takie tam... Tamten warzywniak.

– To się lepiej nie ruszaj, kolego. Przejadą i będzie po sprawie.

Włamywacz kiwnął głową. Światła radiowozu się zbliżyły. Ukryci w bramie w bezruchu czekali, aż polonez pojedzie.

– Pojechali.

– Uff – westchnął włamywacz. – Było blisko.

– To jak, masz papieroska?

– Nie palę.

– Szkoda.

– Masz u mnie karton. Równiacha z ciebie.

– Nie próbuj się poruszyć, bo ci odstrzelę kolano – ostrzegł Emil, uważnie obserwując mężczyznę, po czym podniósł radio do ust i nacisnął przycisk nadawania. – Kosar, możesz wracać.

– Ty jesteś...

– Stój spokojnie. – Policjant sięgnął po kajdanki. – Chyba że wolisz chirurgię urazową.

– Pies?

– Założysz sobie?

– Ożeż ty, chuju jebany!

Emil nie czekał. Wycelował obręczą kajdanek poniżej mostka. Bandzior się zgiął i osunął z jękiem po ścianie, a policjant zamknął oczko kajdanek na jego nadgarstku i wypchnął jeńca przed bramę.

– Staranniej dobieraj słowa.

– Zajebię cię!

– Na ziemię.

– Masz przejebane, psie pierdolony! – wrzasnął oprych, a Emil w odpowiedzi obrócił kajdanki tak, by zmusić skutego do zgięcia się wpół i położenia z jękiem brzuchem na mokry chodnik.

– Nie kombinuj, to nie będzie bolało – powiedział, klękając na jego karku. Schował broń i z metalicznym „trrr” skrępował drugi nadgarstek bandyty stalową obręczą. – Rozumiesz, co powiedziałem?

– Zajebię cię.

– Jesteś zatrzymany.

– Chuja mi zrobisz!

– Wykonuj polecenia.

– Spierdalaj.

– Bądź miły i nie pyskuj.

– Już po tobie. Jesteś kurwą! Jebanym psem! Słyszysz?

– Tak – potwierdził Emil.

– Kurwą jesteś! Psem pierdolonym! Jebaną kurwą! Szmaciarzem! Już zresztą po tobie, po tobie, słyszysz? Nie pracujesz już, jesteś zwolniony! Nie masz pojęcia, kogo znam. Jeden mój telefon i taki zasrany, śmierdzący skurwysyn i chuj jak ty, zjebany pies, będzie zapierdalał na kuroniówkę.

– Licz się z tym, co mówisz.

– Nie będziesz mi mówił, jak mam żyć, skurwysynu! Kim ty jesteś, kurwo? Tylko pierdolonym psem, sługusem i cwelem!

– Ostrzegałem. – Policjant uniósł skute ręce pojmanego w górę, a ten zawył z bólu.

– Cwany jesteś, bo masz mundur. Normalnie byś do mnie nie wystartował.

– Jestem po cywilnemu.

– I tak byś do mnie nie wystartował. Bo jesteś frajerem!

– To ty leżysz w kajdankach. Zrobiłem cię jak małolata, więc kto jest tutaj frajerem?

– Poluzuj mi to gówno, bo mnie boli.

– Ostrzegałem.

– Ale z ciebie skurwysyn.

– To komplement?

– Nic na mnie nie masz!

– To się okaże. – Emil przystąpił do przeszukiwania delikwenta, słysząc, że nadjeżdża radiowóz. Po chwili samochód zatrzymał się przed nimi. – Masz jakieś fanty?

– Nie gadam z kurwami.

– Nóż, broń, niebezpieczne narzędzia?

– Będziesz mnie obmacywał, pedale zjebany? Wal się na ryj.

– Albo coś, czego nie powinieneś mieć?

– Ciebie nie powinienem mieć na plecach, chuju parszywy. Nic na mnie nie masz! Słyszysz?!

– Sam się przypucowałeś, że obrobiłeś kiosk.

– Kłamałem.

– I nazwałeś mnie psem. I chujem, w licznych wersjach.

– A co, robisz jako konduktor?

– Może jestem psem – mruknął policjant – ale nie pierdolonym. A nazywanie mnie chujem też nie leży w dobrym tonie.

Kosar wysiadł, uśmiechnął się i pokręcił głową. Zrobił to jednak nie z powodu wymiany zadań, lecz dlatego, że był to kolejny przypadek, kiedy za sprawą Emila w jakiś niewytłumaczalny sposób znaleźli się dokładnie tam, gdzie powinni.

– Nie wiedziałem, że jesteś gliną.

– A jak to wyjaśnisz? – Emil wyjął wytrychy z kieszeni włamywacza.

– Nie moje. Gówno mi możecie zrobić!

– Przeciwnie. Zatrzymaliśmy cię z wytrychami przy obrobionym kiosku. Zabezpieczymy sprzęt, a potem biegły od mechanoskopii się wypowie, czy to tym się tam wpierdoliłeś.

– Znalazłem, jak se tędy przechodziłem. Spierdalajcie.

– Dlaczego się zatrzymałeś na moje wezwanie? – wtrącił Kosar.

– A kim ty, kurwa, jesteś, pajacu jeden? Skąd mogłem wiedzieć, że jesteś psem...

– Krzyczałem „stój, policja”.

– Nie słyszałem. Mam zapalenie ucha.

– Lekarz to sprawdzi.

– Dobra, dobra... Poluzujcie mi te jebane obrączki – powiedział już spokojniej skuty. – Co ja wam zrobiłem, że traktujecie mnie jak śmiecia?

– Uciekałeś, nie reagowałeś na polecenia i masz wytrychy. Te trzy fakty nie pasują do laryngologa.

– Myślałem, że chcesz mnie napaść – stwierdził bezczelnie zatrzymany.

– I niebieskiego światła też nie widziałeś?

– Oczy mam prześwietlone.

– Na rentgenie robisz, tak? – zadrwił Emil.

– Nie. Źle widzę, bo rower spawałem spawarką, ramę, i oczy sobie prześwietliłem. Myślałem, że on chce mnie napaść.

– Lepiej nie myśl – skwitował Kosar. – To nie jest twoja najmocniejsza strona.

– Jak Boga kocham – zarzekał się włamywacz.

– Boga, tak? – powtórzył Emil.

– I Matkę Boską.

– Wydaje ci się, że jesteś cwany? Że nic na ciebie nie mamy?

– A macie? – Zatrzymany się uśmiechnął. – Wytrychy znalazłem, to wziąłem.

– Po co?

– A ciekawy jestem. Ciemno i nie widać dokładnie, obejrzeć chciałem w domu, w dobrym świetle. Tym bardziej że oczy mam prześwietlone. A uciekałem, bo mnie goniłeś. Wiadomo, noc, Praga, niebezpiecznie, więc się bałem, co nie? I uszy mam chore, to nie słyszałem, żeście gliny. Bez munduru, legitymacji też nie pokazaliście. Dla mnie to napad.

– Napad?

– No, a co? Przecież nie pokazaliście blachy. Najpierw mi ją pokażcie, a potem powiedzcie, za co się przypierdalacie, za co zostałem skuty, zatrzymany i pobity.

– Nie pierdol.

– No, co „nie pierdol”? Skargę złożę.

– Do konia na Służewcu pisz. Kosar? Jak tam?

– Sprawca wszedł, otwierając zamek wytrychem. Splądrował środek. Nie wygląda na to, żeby coś zabrał.

– No widzisz – ucieszył się skuty. – Mówiłem ci, nic na mnie nie masz. Nawet jak mnie zamkniesz, to i tak za parę godzin będę śmiał ci się w twarz. Żaden prorok nie da mi nawet zarzutu. Nic na mnie nie macie poza wytrychem, ale to nic nie znaczy. A to, że coś tam opowiedziałem o włamie, to gówno warte. Wszystko w temacie.

Emil spojrzał na Kosara. Ten wzruszył ramionami. Jego mina nie pozostawiała złudzeń. Intuicja go nie zawiodła, ale fakt pozostał faktem: włamywacz niczego nie ukradł.

– Co najwyżej zniszczenie mienia, ale kto mi to udowodni? – szedł w zaparte schwytany.

– A wiesz, kto jest właścicielem tego kiosku?

– Chuj mnie to obchodzi.

– A powinno – rzucił Emil. – Bo tak się składa, że mnie obchodzi. Facet ma trójkę dzieci i zapierdala od rana do wieczora, wiesz? Jest już teraz pewnie na nogach, bo zaraz pojedzie na giełdę...

– Moja wina, że jest frajerem?

– ...a ty przychodzisz, żeby komuś takiemu kiosk obrobić?

– Myślałem, że trzyma tam jakąś kapustę – odparł włamywacz i mrugnął. – Ale oficjalnie nie mam z tym nic wspólnego.

– No jasne – zakpił Kosar, po czym spojrzał na Emila i uniósł brwi.

– Normalnie to bym sobie odpuścił takiego szmaciarza jak ty – powiedział Emil – ale widzę, że z ciebie wyjątkowy gnój wychodzi. Musisz dostać nauczkę.

– Nic mi nie możesz zrobić.

– Mylisz się.

– A co? Rozpłaczesz się tutaj? – zapytał włamywacz.

– Wpierdolę ci.

– Nie możesz.

– Mogę. I zrobię to. Tutaj i teraz.

Zatrzymany spojrzał na Kosarewicza. Ten zrobił minę na znak, że o niczym nie wie i ma z tym nic wspólnego.

– Poskarżę się. Z roboty was wypierdolą.

– Straszysz – zakpił Emil – czy obiecujesz?

– Uświadamiam cię.

– Co ty Wisłocka jesteś? A właśnie, jak się nazywasz?

– Po co ci to?

– Kartkę z choinką na święta planuje ci przesłać. Zawsze tak robi, jak komuś wpierdoli – wyjaśnił Kosar. – Żeby go delikwent pamiętał.

– Powiesz po dobroci czy ci mam przypierdolić? – zapytał Emil ciszej, po czym kiwnął głową, wyjął paczkę cameli i podsunął zatrzymanemu. Nie widząc reakcji, wyjął papierosa. Niezapalony tytoń miał piękny, przyjemny zapach.

Złodziejskie serce zmroził strach. Rzezimieszek słyszał, że na Pradze jest jeden taki tajniak, co pali camele i niejednemu zaszedł za skórę.

3

W niedzielę, o świcie przed klubem Las Vegas było cicho i zimno od wilgoci w powietrzu. Wpatrzony w wizjer aparatu młodszy aspirant Bieńkowski w odblaskowej kamizelce z napisem „Policja. Technik Kryminalistyki” na plecach pomyślał, że jak na czerwcowy poranek pogoda ich nie rozpieszczała.

– Widziałeś? – zwrócił się do kolegi. – Skalski się tak nigdy nie zachowywał.

– Może na kacu jest?

– Raczej ma sraczkę.

– Tylko z czego? Zachowuje się, jakby tu zastrzelili prezydenta.

– Nawet mi nic nie mów. Miałem mieć wolną niedzielę. A wiesz, co powiedział na kamerę? – Bieńkowski wskazał budynek na rogu. – Tym zajmie się Hubicz. W poniedziałek, bo teraz bank nieczynny.

– W poniedziałek? A my mamy teraz robić papiery i szukać łuski?

– No, jakby to coś miało dać. Przecież jest szósta. Trzydzieści godzin po zdarzeniu. Nawet jak coś tutaj było, to jest już dawno zatarte. Nic nie znajdziemy. Więc na chuj nas tutaj ściągał! Nie można było tego jutro załatwić? – Bieńkowski patrzył, jak przewodnik psa usiłuje skłonić zwierzę do podjęcia tropu. – Z psiarkiem też. Pytam się: na chuj ściągasz psa, jak ślad osmologiczny utrzymuje się kilka godzin, a to było wczoraj w nocy i do tego padało?

– I co odpowiedział?

– Żebym się zajął robotą!

– Skurwysyn. – Drugi policjant wzruszył ramionami i wrócił do protokołu.

– Tak samo z krwią. Mamy szukać plam na chodniku. No debilem trzeba być, żeby coś takiego powiedzieć. Żeby po ponad dobie i to po deszczu takich śladów szukać!

– Debilem albo oficerem.

– Nie, nie, tu coś jest na rzeczy. Przecież Skalski się zna na robocie. Daję głowę, że nas niepotrzebnie ściągał – dodał z żalem Bieńkowski. – Rozumiem, jakby trup był, ale coś takiego? Jakieś sranie-porwanie, strzelanina, łuski? Kurwa, po trzydziestu godzinach?

– No i gdzie świadkowie?

– Do umorzenia pójdzie. Na niewykryte.

– Właśnie. Czyli to można było normalnie, w poniedziałek załatwić.

– Pali fajkę za fajką – zauważył znad szkicu Bieńkowski, patrząc na komisarza Mariana Skalskiego, który przez dyżurnego zerwał ich z łóżek do grupy dochodzeniowo-śledczej, niewiele powiedział, a teraz wygląda na przejętego tym, co tutaj miało się wydarzyć. – Jebany ubek.

– A niech spierdala. Dawno ich powinni spuścić w kiblu. Komuna się skończyła, a oni grzeją stołki, zamiast iść na emeryturę. Nie wiem, jak mogli takich pozytywnie zweryfikować.

– Normalnie. Tych, co mieli w bezpiece rok albo dwa, to pozwalniali. A betony się same wybrały – odpowiedział drugi policjant i spojrzał na nieoznakowanego poloneza.

Radiowóz zatrzymał się przy taśmie przegradzającej ulicę. Z samochodu wysiadł nadkomisarz Tadeusz Hubicz i szybkim krokiem podszedł do Skalskiego.

– O! Jest drugi komuch – rzucił Bieńkowski, po czym wrócił do szkicu.

Skalski wskazał coś głową. Hubicz się nie odzywał. Technik odwrócił wzrok, włożył aparat oraz przymiary liniowe do walizki.

4

Jest wtorek, osiemnasty dzień czerwca 1997 roku. Osiemdziesiąt trzy godziny po zniknięciu Sary. W domu Włodzimierza Wagniewskiego dzwoni telefon. Stojący w bibliotece zegar wybija dziewiątą trzydzieści. Dzwonek elektryzuje obu mężczyzn. Starszy spogląda na syna. Przez ostatnie godziny mocno posiwiał.

– Odbierz, tato.

Mężczyzna podnosi słuchawkę drżącymi dłońmi.

– Halo? Halo! – powtarza głośniej. – Jest tam ktoś? Odezwijcie się. Proszę.

Słyszy czyjś oddech. Coś zaczyna się dziać. Pojawiają się trzaski. Wagniewskiego nachodzi irracjonalna myśl, że w oddali słyszy ptaki.

– Błagam – dodaje szeptem.

Znów trzaski. Ojciec porwanej zaciska powieki. Sześćdziesięcioletnie serce wali niczym tłok potężnego silnika.

– Tatusiu! To jest porwanie! – Słyszy głos córki. Łzy cisną się do oczu ojca, serce ściska uczucie, którego nie sposób przełożyć na słowa. – Chcą okupu – dodaje Sara płaczliwie.

– Powiedz, nic ci nie jest?

– Nie informujcie policji.

– Coś ci zrobili? – pyta Wagniewski, ale w odpowiedzi słychać tylko trzask. – Halo? Halo? Sara! Kochanie, słyszysz mnie?

Ciche „pii, pii, pii” kończy połączenie. Mężczyzna z trudem łapie oddech. Wie jedno: słyszał zrozpaczony głos córki. Odkłada słuchawkę drżącą dłonią. Sara wciąż żyje! Na pewno. Musi żyć. Żyje na pewno! Myśli pędzą przez głowę zrozpaczonego człowieka. To najważniejsze. I wtedy milioner napotyka spojrzenie syna.

– Cośmy zrobili! – mówi niemal bezgłośnie.

– To ona, prawda?

– Boże drogi...

– Co powiedziała?

– Żebyśmy nie informowali policji.

– Zrobiliśmy dobrze, tato – odpowiada syn milionera. – Musieliśmy to zrobić.

Wczoraj złożyli zawiadomienie o zaginięciu. To on namówił ojca, by iść na policję. A jednak teraz ojciec jest blady, na jego czole perli się pot. Sekundę później osuwa się na podłogę.

5

Emil obrzuca włamywacza uważnym spojrzeniem i spluwa. Następnie, nie odrywając wzroku, wyjmuje srebrną zapalniczkę. Błękitnawy płomyk oświetla twarz policjanta. Tytoń skwierczy cichutko, a gliniarz wolno wypuszcza dym w stronę jaśniejącego nieba.

– Zaczynasz mnie wkurwiać – odzywa się złowieszczo.

– Nie moja wina.

– Niepotrzebnie utrudniasz. Przecież jak cię zawieziemy na Grenadierów i posiedzisz na twardych dechach, to i tak sobie przypomnisz – komunikuje spokojnie Emil, a włamywacz spogląda spode łba raz na niego, raz na Kosara i nie odpowiada. – Jak się nazywasz?

– Marek Marczak.

Na most przy Cytadeli wtacza się skład towarowy. Policjant, słysząc daleki stukot kół lokomotywy, myśli, że jest zmęczony.

– Mówią do mnie Mareczek.

– Mareczek, mówisz? Oj, Mareczek – odpowiada Emil, akcentując imię, i wydmuchuje dym w niebo. – Ty nas chyba robisz najzwyczajniej w chuja.

– Jak Boga kocham.

– Zamknij się, kurwa! – Chwyta zatrzymanego za bluzę. – Myślisz, że będziesz z nas wałów robił? Wydaje ci się, kurwa, że jesteś sprytny?

– Puszczaj!

– Pytałem, czy myślisz, że jesteś sprytny.

– Puszczaj!

– A teraz posłuchaj. Zawieziemy cię na Grenadierów. Nawet jak nie dostaniesz zarzutów, to i tak posiedzisz dwie doby, durniu jeden! – warczy, przypierając złodzieja do muru. – A jak wyjdziesz, to podjedziemy do Spartakusa.

Włamywacz nie odpowiada. O ile na początku, po chwili strachu podszytej adrenaliną, wszystko szło po myśli złodziejaszka, to teraz sytuacja zaczyna się komplikować.

– Wiesz, gdzie jest Spartakus, co?

Złodziej kiwa głową, chociaż zupełnie nie ma takiego zamiaru.

– To dobrze. – Emil rozluźnia chwyt. – Bo wyobraź sobie, że wejdziemy tam w czwartek. O szóstej wieczorem. A potem zaczniemy pytać o ciebie. Z blachami na szyjach.

– Wsadźcie je sobie w dupę. Tak dla odmiany, zamiast kutasów.

– I sprzedamy temat, że się przed nami rozprułeś. I konfident jesteś. Na psiarnię chodzisz i się pucujesz.

– Jak cwel zwykły – dodaje Kosar. – I wafel.

– Parówa i ciota. I co ty na to?

Włamywacz jest zaskoczony, stara się jednak nie dać tego po sobie poznać. Nie przypuszczał, że ten niepozorny gliniarz jest tak dobrze zorientowany w praskim półświatku. Gliniarz wie o siłowni. Wie, że ważniejsi na mieście przychodzą tam o szóstej w czwartek.

– To jak będzie?

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Myślisz, Mareczek – Emil podkreśla imię – że nie wiem, komu się możesz opłacać?

– Nie opłacam się nikomu.

– Przyznaję, że nawet to nieźle wykombinowałeś. Gratuluję kreatywności. Do tej pory ci tylko nie wierzyłem, teraz mnie już rozśmieszasz. Co ty pierdolisz? Mam uwierzyć, że się bujasz po Pradze z wytrychem w kielni na legalu?

– Może działa po cichu? – podrzuca Kosar.

– Działał. Do dzisiaj, bo jutro się wszyscy dowiedzą, że robił ich w chuja.

– Mówiłem...

– Zamknij się, kurwa! Miałeś szansę! Dałem ci ją, jak człowiekowi, chociaż widzę, że jesteś gnojkiem. Nie chcesz, jak ulica mówi, po ludzku, trudno – dodaje Emil ciszej. – Twój wybór. Polecę z tobą paragrafami. Zawijamy śmiecia. Trzeba napisać papiery. I legendę ułożyć.

– Nazywam się Marek Wroński.

– Wroński? – Emil patrzy na Kosara, kiwa głową, po czym przydeptuje papierosa. Niebo jaśnieje z każdą minutą. – Marek Wroński?

– No, chciałeś wiedzieć, to powiedziałem. Czego chcesz więcej, psie?

– Psie?

– Panie władzo.

– Nie, nie – odpowiada Emil. – To już psem wolę zostać.

– Puścisz mnie teraz?

Emil wskazuje Kosarowi kajdanki. Ten podchodzi do Wrońskiego z kluczykiem. Wroński unosi podbródek i się uśmiecha. Wie, że granie na czas i udawanie idioty przed tym cholernym gliniarzem nie ma sensu. To musi być ten, o którym się opowiada przy piwie w podwórkach.

– Cieszę się, że poszedłeś po rozum do głowy, Wrona – dodaje Kosar.

– Kosar, było tak: zauważyliśmy mężczyznę wychodzącego z kiosku.

– Nie reagował na wezwania i okrzyki „Stój, policja”?

– Przeciwnie. Zareagował, ale ucieczką.

– No tak. Potwierdzam. Wznosiliśmy głośne okrzyki „Stój, policja” kilka razy – uściśla Kosar. – I ja też krzyczałem.

– Tak. Zawsze krzyczysz.

– Co dalej?

– Normalnie. Podjąłem pościg. Widziałeś, prawda?

– Widziałem wszystko. Widząc, jak ścigasz uciekiniera – mówi Kosar – starałem się odciąć draniowi drogę ucieczki radiowozem.

– Brzmi dobrze. Dogoniłem zbiega, wylegitymowałem się imieniem, nazwiskiem, stopniem oraz głośnym okrzykiem „Policja!”. I wezwałem do zachowania zgodnego z prawem.

– Tak, ale nie reagował.

– Reagował. Chciał tym oto narzędziem mnie uderzyć. – Emil wskazuje wytrych.

– W głowę.

– W oko. Dlatego się musiałem zasłonić. Widziałeś, prawda?

– Wszystko. Chciał cię uderzyć w oko z zamiarem pozbawienia życia lub zdrowia. Krzyknął: „Zabiję cię”. Słyszałem dokładnie. Uszy mam zdrowe – mówi Kosar, mrugając do Wrony. – Tak samo jak oczy. Według mnie, wysoki sądzie, chciał zabić sierżanta Stompora tym oto przedmiotem. – Kosar wskazuje wytrych. – Niebezpiecznym narzędziem znaczy. A to stanowi przestępstwo z artykułu dwieście trzydzieści trzy Kodeksu karnego.

– Ej! Co wy kombinujecie?

– Milcz!

– No, Emil ma rację. Lepiej słuchaj. Może ci się to przydać. Bo kto, używając niebezpiecznego przedmiotu, dopuszcza się czynnej napaści na funkcjonariusza publicznego w związku z pełnieniem obowiązków służbowych, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu.

– Nie dostaniesz za włamanie, Wrona. I nie zrobimy ci syfu na dzielnicy, ale chciałeś obrobić kiosk uczciwego człowieka, więc ujebiemy cię za czynną napaść – mówi Emil tak, jakby napaść miała miejsce. – I posiedzisz do sprawy. A jak trafimy na dobrego proroka, to ci doklei usiłowanie zabójstwa.

– A za to jest dożywocie – dodaje uprzejmie Kosar.

– Chyba was pojebało!

– No właśnie nie bardzo – odpowiada Emil.

– Wezmę papugę, to mnie wybroni.

– Uhm. Jak chuj. A kasę ci dadzą ziomki z siłowni? A nawet jak papuga z urzędu cię jakimś cudem wybroni, to i tak posiedzisz na Służewcu, Mokotowie albo Grochowie. A że ładniutki jesteś, będziesz cwelem dla pawilonu zwyroli i zwykłych pedałów. Wreszcie spełnisz fantazje o kutasach w dupie.

– Spierdalaj.

– Po sprawie dostaniesz zawiasy. Chyba że pech albo felerna papuga... No, to wtedy pokoik w Białołęce na jakiś rok albo dwa masz pewny. I kutasów ci już nie zabraknie. Jako cwel będziesz mógł dawać audiencję na tronie. – Policjant przesuwa językiem po wnętrzu policzka, sugerując stosunek oralny.

– Nikt wam nie uwierzy.

– Wypuszczą cię za jakieś osiem, może dziesięć miesięcy. Odbyt ci zszyją i zostanie tylko syndrom stresu pourazowego. No, i trochę plemników na podniebieniu.

– Co on pierdoli?

– Pracował na Grochowie – kłamie Kosar, wzruszając ramionami. – Jako wychowek. Już taki jest. To psycholog, nie przejmuj się. Wiesz, jacy oni są.

– Nie macie świadków.

– Ale jest nas dwóch – zauważa Kosar. – A ty jeden. I jest wytrych.

– Nikogo nie uderzyłem.

– Kara za usiłowanie jest wymierzana w granicach zagrożenia przewidzianego dla danego przestępstwa – wyjaśnia jednym tchem Emil. – Czyli od roku do lat dziesięciu. Łapiesz już, bystrzaku?

– Co wy sobie, kurwa, myślicie!

– Nie podnoś głosu – ostrzega Emil. – Bo ręka mnie świerzbi.

– Będziecie mnie straszyć? Szantażować? Do reszty was popierdoliło? Za sąd będziecie robić, za prokuratora, psy jebane?

Emil uderza Wrońskiego dłonią w policzek. Głowa włamywacza odbija się od ściany. Ułamek sekundy później do policzka Wrońskiego przykleja się druga dłoń policjanta.

– Nie możecie tak.

– Nie? – Emil poprawia raz jeszcze.

– Prawo nie zezwala. Nie możesz mnie bić!

– A ty możesz kioski opierdalać? – Emil wymierza czwarty policzek, ale Wrona jest szybszy i się uchyla. – Możesz opierdolić człowieka, co uczciwie od świtu do zmierzchu zapierdala, żeby wyżywić rodzinę? Na to ci prawo pozwala? Nierobie jebany!

– Nie jesteś jakimś pieprzonym szeryfem, kurwa!

– Mogę przyjebać ci tyle razy, ile uznam, że cię to czegoś nauczy. Tak żebyś mnie zapamiętał, gnojku – cedzi Emil przez zęby, po czym wymierza włamywaczowi cios w brzuch, uderza raz jeszcze i kończy prostym w szczękę, po którym bandyta traci przytomność i pada.

Kosar dyskretnie się rozgląda, czy nie są obserwowani. Wrona tymczasem odzyskuje przytomność.

– Kiedy pan Wroński chciał cię uderzyć, musiałeś się zasłonić. I on wtedy nieszczęśliwie się nadział na twój łokieć... – Kosar urywa, wskazując niedbałym ruchem rozciętą wargę mężczyzny.

– Co potem?

– To zależy. – Kosar kręci głową. – Od niego.

– Wrona? Mam propozycję. Zagramy w grę. Nie zrobimy ci znieważenia, czynnej napaści, usiłowania zabójstwa, ciężkiego uszkodzenia ciała, a nawet zniszczenia mienia. Nie będziesz miał syfu na dzielni.

– Mówisz poważnie?

– Wpierdol częściowo załatwia sprawę. Co ty na to?

– Uderzyłem się o twój łokieć. – Wroński podnosi się z ziemi i wyciera rękawem rozciętą wargę. Spogląda na krew i nabiera powietrza. Patrzy roziskrzonym wzrokiem to na Emila, to na Kosarewicza. Wreszcie kiwa głową. – Może być?

– No, a dalej? – pyta zachęcająco Emil. – Ciekawie zacząłeś.

– Pobiegłem.

– Gdzie?

– W nieznanym kierunku.

– No nie wiem, nie wiem, coś mi tu nie pasuje.

– Ale tak było! Naprawdę! – dodaje skwapliwie Wrona, po czym spogląda na obu gliniarzy i się uśmiecha, aż widzą świeżą krew na jego zębach. A potem kolejny raz ociera rękawem posokę z ust. Pociąga nosem i krzywi się z bólu. Widać, że ciosy w korpus zrobiły na nim spore wrażenie. – Tak było.

– Z tym że nie do końca.

– Czemu?

– Bo kilka dni później jakiś gówniarz przyniesie do kiosku pieniążek w kopercie na zamek. Wystarczy też na ślusarza. No, Wrona? Co ty na to? Chyba że wolisz inaczej?

– Nie.

– Tak myślałem. Tylko pamiętaj: sprawdzę. A jak mnie zrobisz w chuja, to cię znajdę i wtedy nie będzie już nigdy żadnego układu, jasne?

Spoglądają na włamywacza. Wroński stoi obity, przegrany i zdziwiony, ale po chwili uśmiecha się, bo żaden policjant go tak nie potraktował. Zakłada kaptur, spluwa krwią, odwraca się i znika w porannej mgle.

[...]