Psychoterapia i egzystencjalizm. Wybrane eseje o logoterapii - Viktor E. Frankl - ebook

Psychoterapia i egzystencjalizm. Wybrane eseje o logoterapii ebook

Viktor E. Frankl

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niezwykła podróż w głąb ludzkiego doświadczenia

Zebrane w tomie Psychoterapia i egzystencjalizm eseje Viktora E. Frankla – psychiatry, filozofa i twórcy logoterapii – ukazują, jak spotkanie z sensem życia i wewnętrzną wolnością może przemienić cierpienie w siłę, a bezsens w twórczą odpowiedź na życie.

Frankl przypomina, że człowiek to nie tylko jednostka biologiczna czy psychiczna, lecz również istota duchowa, obdarzona zdolnością do dokonywania wyboru i poszukiwania sensu życia. Podejście wybitnego naukowca, wyrastające zarówno z osobistych przeżyć, jak i z doświadczeń klinicznych, ukazuje psychoterapię jako drogę do odkrywania wartości i odpowiedzialności – fundamentów prawdziwego zdrowienia.

Psychoterapia i egzystencjalizm to zaproszenie do rozważań o tym, co najważniejsze: o radzeniu sobie z cierpieniem, o wyborze postawy wobec tego, co nieuniknione, oraz o odpowiedzialności za własne życie. Frankl pokazuje, że sens życia nie jest czymś, na co natrafia się przypadkiem, lecz czymś, co trzeba aktywnie i świadomie odnaleźć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 293

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Pamięci Rudol­pha Allersa

Podziękowania

Nastę­pu­jące osoby, insty­tu­cje i wydaw­nic­twa zasłu­gują na wdzięcz­ność autora za wyra­że­nie zgody na prze­druk, w cało­ści lub w czę­ści, arty­ku­łów zamiesz­czo­nych w tym zbio­rze:

„Ame­ri­can Jour­nal of Psy­cho­the­rapy” – Para­do­xi­cal Inten­tion: A Logo­the­ra­peu­tic Tech­ni­que, „Ame­ri­can Jour­nal of Psy­cho­the­rapy”, vol. 14, nr 3 (lipiec 1960), s. 520–535.

The Chri­stian Cen­tury Foun­da­tion – The Will to Meaning, copy­ri­ght © 1964, Chri­stian Cen­tury Foun­da­tion. Prze­druk za: „The Chri­stian Cen­tury”, vol. 71 (22 kwiet­nia 1964), s. 515–517 (arty­kuł zamiesz­czony w roz­dziale: Pod­stawy filo­zo­ficzne logo­te­ra­pii).

Dr James C. Crum­baugh, dr Leonard T. Maho­lick – An Expe­ri­men­tal Study in Exi­sten­tia­lism: The Psy­cho­me­tric Appro­ach to Frankl’s Con­cept of Nooge­nic Neu­ro­sis.

Dr Joseph Fabry z mał­żonką – Psy­cho­the­rapy, Art and Reli­gion.

Dr Hans O. Gerz – The Tre­at­ment of the Pho­bic and the Obses­sive-Com­pul­sive Patient Using Para­do­xi­cal Inten­tion sec. Vik­tor E. Frankl.

Dr J.L. Moreno, wydawca i redak­tor perio­dyku „Group Psy­cho­the­rapy”, Beacon House Inc. – Group Psy­cho­the­ra­peu­tic Expe­rien­ces in a Con­cen­tra­tion Camp, „Group Psy­cho­the­rapy”, vol. 7, nr 1 (1954), s. 81–90.

„Inter­na­tio­nal Jour­nal of Neu­rop­sy­chia­try” – The Tre­at­ment of the Pho­bic and the Obses­sive-Com­pul­sive Patient Using Para­do­xi­cal Inten­tion sec. Vik­tor E. Frankl, „Jour­nal of Neu­rop­sy­chia­try”, vol. 3, nr 6 (lipiec–sier­pień 1962), s. 375–387.

„The Jewish Echo” – In Memo­riam, „The Jewish Echo”, vol. 5, nr 6, s. 11.

„Jour­nal of Cli­ni­cal Psy­cho­logy” – An Expe­ri­men­tal Study in Exi­sten­tia­lism: The Psy­cho­me­tric Appro­ach to Frankl’s Con­cept of Nooge­nic Neu­ro­sis, „Jour­nal of Cli­ni­cal Psy­cho­logy”, vol. 20, nr 2 (kwie­cień 1964), s. 200–207.

„Jour­nal of Exi­sten­tia­lism”, Libra Publi­shers Inc. – Bey­ond Self-Actu­ali­za­tion and Self-Expres­sion, „Jour­nal of Exi­sten­tial Psy­chia­try”, vol. 1, nr 1 (wio­sna 1960), s. 5–20; Dyna­mics, Exi­stence and Values, „Jour­nal of Exi­sten­tial Psy­chia­try”, vol. 2, nr 5 (lato 1961), s. 5–16 (prze­druk arty­kułu w wer­sji popra­wio­nej w roz­dziale Dyna­mika a war­to­ści); Exi­sten­tial Dyna­mics and Neu­ro­tic Esca­pism, „Jour­nal of Exi­sten­tial Psy­chia­try”, vol. 4 (1963), s. 27–42.

„Jour­nal of Indi­vi­dual Psy­cho­logy” – The Spi­ri­tual Dimen­sion in Exi­sten­tial Ana­ly­sis and Logo­the­rapy, „Jour­nal of Indi­vi­dual Psy­cho­logy”, vol. 15 (1959), s. 157–165 (prze­druk arty­kułu w wer­sji popra­wio­nej i skró­co­nej w roz­dziale Ana­liza egzy­sten­cjalna i onto­lo­gia dymen­sjo­nalna).

„Jour­nal of Reli­gion and Health” – Psy­chia­try and Man’s Quest for Meaning, „Jour­nal of Reli­gion and Health”, vol. 1, nr 2 (sty­czeń 1962), s. 93–103.

„Motive Maga­zine” – Exi­sten­tial Esca­pism, „Motive Maga­zine”, sty­czeń–luty 1964 (prze­druk arty­kułu w wer­sji skró­co­nej w roz­dziale Logo­te­ra­pia a cier­pie­nie jako wyzwa­nie).

„Review of Exi­sten­tial Psy­cho­logy and Psy­chia­try” – Logo­the­rapy and the Chal­lenge of Suf­fe­ring, „Review of Exi­sten­tial Psy­cho­logy and Psy­chia­try”, vol. 1 (1961), s. 3–7 (prze­druk arty­kułu w wer­sji skró­co­nej w roz­dziale Logo­te­ra­pia a egzy­sten­cja).

„Uni­ver­si­tas”, H.W. Bahr (red.), Wis­sen­scha­ftli­che Ver­lags­ge­sel­l­schaft M.B.H., Stut­t­gart, wyd. w jęz. angiel­skim – Col­lec­tive Neu­ro­ses of the Pre­sent Day, „Uni­ver­si­tas”, vol. 4 (1961), 3, s. 301–315; Exi­sten­tial Dyna­mics and Neu­ro­tic Esca­pism, „Uni­ver­si­tas, vol. 5 (1962), 3, s. 273–286.

Ojciec Adrian L. van Kaam – Pod­stawy filo­zo­ficzne logo­te­ra­pii oraz Logo­te­ra­pia a egzy­sten­cja.

Przedmowa

Na treść tej książki zło­żyły się głów­nie moje arty­kuły poświę­cone logo­te­ra­pii z ostat­nich lat. Do prze­druku wybra­łem te, które moim zda­niem naj­bar­dziej przy­stęp­nie i przej­rzy­ście obja­śniają zasady logo­te­ra­pii oraz jej zasto­so­wa­nia tera­peu­tyczne, wpi­su­jąc się w szer­szą dys­ku­sję na ten temat, podej­mo­waną w innych publi­ka­cjach mojego autor­stwa. Sta­no­wią one zara­zem przy­czy­nek do dokład­niej­szego omó­wie­nia kon­kret­nych aspek­tów sys­temu logotera­peu­tycznego.

Czy­tel­nicy, któ­rzy się­gali do lite­ra­tury przy­wo­ły­wa­nej w biblio­gra­fiach moich licz­nych ksią­żek, nazbyt czę­sto stwier­dzali, że więk­szość wspo­mi­na­nych prac uka­zała się w cza­so­pi­smach nauko­wych o sto­sun­kowo niskim nakła­dzie i w związku z tym była trudno dostępna. Mam nadzieję, że ten zbiór posłuży sze­ro­kiemu gronu zain­te­re­so­wa­nych jako swego rodzaju wpro­wa­dze­nie lub pod­ręcz­nik logo­te­ra­pii.

Chcąc dosto­so­wać wybrane arty­kuły do usys­te­ma­ty­zo­wa­nej struk­tury książki, musiał­bym je prze­re­da­go­wać, wola­łem jed­nak przed­sta­wić je w kształ­cie zbli­żo­nym do tego, w jakim zostały pier­wot­nie zapre­zen­to­wane. Zanim jakiś tekst ukaże się dru­kiem, może być wzbo­ga­cany o nowe pomy­sły i mate­riały. Tutaj także mia­łem taką moż­li­wość: upo­rząd­ko­wa­łem więc pewne tre­ści i zesta­wi­łem nowe mate­riały ze sta­rymi, a świeże idee z dobrze zna­nymi. Nie ozna­cza to wcale, że posta­no­wi­łem zebrać w jed­nym tomie wszyst­kie dostępne publi­ka­cje na temat logo­te­ra­pii – bądź co bądź każdy arty­kuł sta­no­wił swego czasu odrębną całość, a burze­nie tego pier­wot­nego porządku na rzecz porządku sztucz­nie narzu­co­nego nie wyda­wało mi się wła­ściwe. Nawia­sem mówiąc, więk­szość zamiesz­czo­nych tutaj ese­jów to w isto­cie odczyty lub wykłady, które wygło­si­łem publicz­nie; ze wzglę­dów dydak­tycz­nych posta­no­wi­łem powstrzy­mać się od ich reda­go­wa­nia, dzięki czemu zacho­wały kon­wer­sa­cyjny ton.

Ta decy­zja w nie­unik­niony spo­sób wią­zała się z ryzy­kiem powtó­rzeń, któ­rych zdo­łał­bym unik­nąć jedy­nie kosz­tem inge­ren­cji w treść każ­dego z roz­dzia­łów i dosto­so­wa­nia ich do wymo­gów więk­szej cało­ści. Powtó­rze­nia te mogą jed­nak słu­żyć utrwa­le­niu pew­nych kwe­stii i osta­tecz­nie oka­zać się pomocne dla czy­tel­nika – zwłasz­cza że doty­czą pod­sta­wo­wych zagad­nień logo­te­ra­pii, a każdy esej oma­wia je z nieco innej per­spek­tywy i pre­zen­tuje w nieco odmien­nym uję­ciu.

Dla­tego też tam, gdzie wyda­wało się to zarówno korzystne, jak i wyko­nalne, zacho­wa­łem ory­gi­nalny tytuł i jed­no­litą struk­turę wcze­śniej­szych publi­ka­cji. Ile­kroć nato­miast konieczne było upo­rząd­ko­wa­nie i zesta­wie­nie ze sobą pew­nych tre­ści, zmie­nia­łem tytuły tak, aby odpo­wia­dały ese­jowi w jego obec­nym kształ­cie.

Tytuł książki – Psy­cho­te­ra­pia a egzy­sten­cja­lizm – może wyma­gać kilku słów wyja­śnie­nia.

Logo­te­ra­pia to jedna ze szkół psy­cho­te­ra­pii, wpi­su­jąca się, według róż­nych auto­rów, w nurt tak zwa­nej „psy­chia­trii egzy­sten­cjal­nej”. Już w latach trzy­dzie­stych [XX wieku] logo­te­ra­pię okre­ślano alter­na­tyw­nym ter­mi­nem Exi­sten­za­na­lyse, sfor­mu­ło­wa­nym przeze mnie dekadę wcze­śniej. Piszący o niej auto­rzy ame­ry­kań­scy prze­tłu­ma­czyli nie­miecki ter­min jako „ana­lizę egzy­sten­cjalną”; zara­zem jed­nak posłu­gi­wali się tym samym okre­śle­niem w kon­tek­ście teo­rii nie­ży­ją­cego już pio­niera ana­lizy egzy­sten­cjal­nej Ludwiga Bin­swan­gera, który w latach czter­dzie­stych okre­ślił swoją filo­zo­fię mia­nem Dase­in­sa­na­lyse. Tym samym „ana­liza egzy­sten­cjalna” stała się poję­ciem nie­jed­no­znacz­nym. W związku z tym, aby nie wpro­wa­dzać dodat­ko­wego zamie­sza­nia, zde­cy­do­wa­łem się uży­wać wyłącz­nie ter­minu „logo­te­ra­pia”, a przy tłu­ma­cze­niu poję­cia Exi­sten­za­na­lyse powstrzy­mać się w miarę moż­li­wo­ści od sto­so­wa­nia syno­nimu „ana­liza egzy­sten­cjalna”.

Co się tyczy psy­chia­trii egzy­sten­cjal­nej czy też egzy­sten­cja­li­zmu w jak naj­szer­szym i jak naj­bar­dziej inklu­zyw­nym zna­cze­niu tego słowa, można śmiało stwier­dzić, że ist­nieje tyle egzy­sten­cja­li­zmów, ilu egzy­sten­cja­li­stów. Z nie­któ­rymi z nich zga­dzam się w tej książce, innych zaś kry­ty­kuję. Kry­tyka ta jest szcze­gól­nie uza­sad­niona w przy­padku auto­rów, któ­rzy nie­świa­do­mie błęd­nie inter­pre­tują lub znie­kształ­cają ter­mi­no­lo­gię zapo­ży­czoną od praw­dzi­wych egzy­sten­cja­li­stów.

Koń­cząc tę przed­mowę, pra­gnę z serca podzię­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy słu­żyli mi cen­nymi radami i pomocą przy reda­go­wa­niu tek­stów, zanim jesz­cze zna­la­zły się w tym tomie. Mam nadzieję, że nie obrażą się, jeśli po pro­stu wymie­nię ich z imie­nia i nazwi­ska, nie wyszcze­gól­nia­jąc zasług każ­dego z osobna. Wyra­żam zatem głę­boką wdzięcz­ność i uzna­nie dla Gor­dona W. All­porta, Heinza L. Ans­ba­chera, Jose­pha B. Fabry’ego, nie­ży­ją­cego Emila A. Guthe­ila, Ele­anory M. Jantz, Paula E. John­sona, Melvina A. Kim­ble’a, Daniela J. Kur­landa, Roberta C. Lesliego, Lestera C. Ram­pleya, Ran­dol­pha J. Sasnetta, Donalda F. Twe­ediego Jr., Adriana L. van Kaama, Geo­rge’a Vla­hosa, Wer­nera von Alven­sle­bena, Rolfa H. von Eckarts­berga, pani Wal­te­ro­wej A. Weis­skopf, Anto­nii Wenkart i Juliusa Win­klera. Jestem Wam wszyst­kim szcze­rze zobo­wią­zany.

Wie­deń, 1967 r.

Vik­tor E. Frankl

I

Podstawy filozoficzne logoterapii1

Gor­don W. All­port uznaje logo­te­ra­pię za jedną ze szkół psy­chia­trii zbior­czo okre­śla­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych mia­nem psy­chia­trii egzy­sten­cjal­nej. W swo­jej książce The Search for Meaning: A New Appro­ach in Psy­cho­the­rapy and Pasto­ral Psy­cho­logy Aaron J. Unger­sma wska­zuje, że logo­te­ra­pia to w isto­cie jedyna ze szkół sze­roko rozu­mia­nej psy­chia­trii egzy­sten­cjal­nej, któ­rej udało się wypra­co­wać coś, co zasłu­guje na nazwę tech­niki psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej. Z kolei Donald F. Twe­edie Jr. w swo­jej pracy Logo­the­rapy and the Chri­stian Faith zauważa, iż fakt ten wzbu­dzi z pew­no­ścią zain­te­re­so­wa­nie prze­cięt­nego Ame­ry­ka­nina o tra­dy­cyj­nie prag­ma­tycz­nym nasta­wie­niu.

Jak­kol­wiek by się sprawy miały, logo­te­ra­pia dalece wykra­cza poza ana­lizę egzy­sten­cjalną – lub ontoana­lizę – w tym zna­cze­niu, że zasad­ni­czo doty­czy cze­goś wię­cej niż tylko ana­lizy egzy­sten­cji – lub bytu – ani nie ogra­ni­cza się jedy­nie do ana­lizy bada­nego pod­miotu. Logo­te­ra­pia nie sku­pia się jedy­nie na bycie, lecz rów­nież na sen­sie – a zatem inte­re­suje ją nie tylko ontos, ale i logos – co może świad­czyć o jej akty­wi­stycz­nej, tera­peu­tycz­nej orien­ta­cji. Innymi słowy, to nie tylko ana­liza, ale także tera­pia.

Podob­nie jak w przy­padku każ­dego rodzaju tera­pii, fun­da­men­tem prak­tyki jest zawsze teo­ria, a zatem pewna wizja, Weltan­schau­ung, czyli świa­to­po­gląd. Jed­nakże w prze­ci­wień­stwie do wielu innych tera­pii logo­te­ra­pia opiera się na jasnej filo­zo­fii życio­wej, a dokład­niej na trzech pod­sta­wo­wych ele­men­tach, które są ze sobą powią­zane. Są to:

1. wolna wola;

2. wola sensu;

3. sens życia.

Wolna wola

Jako ludzie bez­po­śred­nio doświad­czamy wol­nej woli. To, co jest bez­po­śred­nio dane, można ana­li­zo­wać w ramach podej­ścia empi­rycz­nego, od cza­sów Hus­serla zwa­nego feno­me­no­lo­gią2. W zasa­dzie tylko dwie kate­go­rie ludzi kwe­stio­nują fakt posia­da­nia wol­nej woli: cho­rzy na schi­zo­fre­nię, cier­piący na uro­je­nia, prze­ko­nani, że ktoś mani­pu­luje ich wolą i kon­tro­luje ich myśli, oraz filo­zo­fo­wie gło­szący deter­mi­nizm. Ci ostatni przy­znają co prawda, że doświad­czamy naszej woli tak, jakby była wolna, jed­nak równa się to dla nich samo­oszu­ki­wa­niu się czło­wieka. Tak więc jedyna roz­bież­ność mię­dzy nimi a mną, jeśli cho­dzi o prze­ko­nania, doty­czy nastę­pu­ją­cej kwe­stii: czy doświad­cze­nie pro­wa­dzi nas do prawdy?

Kto powi­nien tę kwe­stię roz­strzy­gnąć? Aby odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, załóżmy na począ­tek, że nie tylko schi­zo­fre­nicy, ale nawet cał­kiem zdrowi ludzie mogą w pew­nych oko­licz­no­ściach mieć poczu­cie braku wol­nej woli. Dzieje się tak po zaży­ciu nie­wiel­kiej dawki die­ty­lo­amidu kwasu lizer­go­wego (LSD). W krót­kim cza­sie doświad­czają oni sztucz­nie wywo­ła­nej psy­chozy, pod­czas któ­rej według opu­bli­ko­wa­nych wyni­ków badań stają się we wła­snym odczu­ciu auto­ma­tami. Innymi słowy, docho­dzą do „prawdy” deter­mi­ni­zmu. Naj­wyż­szy czas zasta­no­wić się jed­nak, czy to praw­do­po­dobne, aby prawda była czło­wie­kowi dostępna dopiero wtedy, gdy jego mózg ule­gnie zatru­ciu. Doprawdy, dziwna by to była ale­theia3, gdyby prawda mogła się ujaw­niać i być odkry­wana wyłącz­nie dzięki złu­dze­niu i gdyby droga do logosu wio­dła przez patho-logos!

Rzecz jasna wol­ność istoty skoń­czo­nej, jaką jest czło­wiek, to wol­ność obwa­ro­wana pew­nymi gra­ni­cami. Jako ludzie nie uciek­niemy od uwa­run­ko­wań natury bio­lo­gicz­nej, psy­chicz­nej czy socjo­lo­gicz­nej, zacho­wu­jemy jed­nak nie­ustan­nie wol­ność zaję­cia okre­ślo­nego sta­no­wi­ska wobec tych oko­licz­no­ści i wyboru kon­kret­nej postawy życio­wej. Czło­wiek ma swo­bodę wzno­sze­nia się ponad płasz­czy­znę soma­tycz­nych i psy­chicz­nych deter­mi­nant swo­jej egzy­sten­cji; tym samym wkra­cza w cał­kiem nowy wymiar noetyczny, będący w opo­zy­cji do feno­me­nów soma­tycz­nych i psy­chicz­nych. Staje się zdolny do przy­ję­cia kon­kret­nej postawy nie tylko wobec świata, ale także wobec samego sie­bie. Czło­wiek jako istota jest zdolny do reflek­sji nad sobą, a nawet do odrzu­ce­nia samego sie­bie. Może być swoim wła­snym sędzią i pod­da­wać oce­nie wła­sne uczynki. Krótko mówiąc, ści­śle ze sobą powią­zane, spe­cy­ficz­nie ludz­kie feno­meny, takie jak samo­świa­do­mość i sumie­nie, byłyby cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe, gdy­by­śmy nie inter­pre­to­wali czło­wieka jako istoty zdol­nej do ode­rwa­nia się od samej sie­bie, do opusz­cze­nia „płasz­czy­zny” bio­lo­gicz­nej i psy­chicz­nej i przej­ścia na poziom „prze­strzeni” noolo­gicz­nej. Ten spe­cy­ficz­nie ludzki wymiar, który nazy­wam noolo­gicz­nym, jest nie­do­stępny dla zwie­rząt. Na przy­kład pies, który zała­twił się na dywan, może ukrad­kiem scho­wać się pod kanapą, jed­nak nie będzie to prze­ja­wem wyrzu­tów sumie­nia, a raczej cze­goś, co okre­ślił­bym mia­nem lęku anty­cy­pa­cyj­nego – kon­kret­nie wyra­zem lęku przed karą.

Typowo ludzka zdol­ność do samo­odłą­cze­nia jest mobi­li­zo­wana i wyko­rzy­sty­wana w celach tera­peu­tycz­nych w ramach spe­cjal­nej tech­niki logo­te­ra­peu­tycz­nej zwa­nej inten­cją para­dok­salną. Jasnym i lapi­dar­nym przy­kła­dem zasto­so­wa­nia inten­cji para­dok­sal­nej może być poniż­szy przy­pa­dek:

Pacjent – z zawodu księ­gowy – bez­sku­tecz­nie leczył się u wielu leka­rzy z kilku róż­nych kli­nik. Zgło­sił się do mnie, będąc w skraj­nej roz­pa­czy, jak sam przy­znał, bli­ski samo­bój­stwa. Od kilku lat cier­piał na tzw. kurcz pisar­ski, któ­rego objawy w ostat­nim cza­sie tak się zaostrzyły, że gro­ziła mu utrata pracy. W związku z tym mogła mu pomóc tylko natych­mia­stowa tera­pia krót­ko­ter­mi­nowa. Na początku lecze­nia mój współ­pra­cow­nik pole­cił mu, aby postę­po­wał dokład­nie odwrot­nie niż do tej pory, czyli zamiast sta­rać się pisać jak naj­sta­ran­niej i jak naj­bar­dziej czy­tel­nie, bazgrał jak kura pazu­rem. Miał sobie powta­rzać: „Dopiero teraz pokażę wszyst­kim, jak potra­fię bazgrać!”. Ile­kroć celowo usi­ło­wał gry­zmo­lić, nic z tego nie wycho­dziło. „Sta­ra­łem się pisać nie­dbale, ale po pro­stu nie byłem w sta­nie” – wyznał następ­nego dnia. W ciągu kolej­nych czter­dzie­stu ośmiu godzin pacjent uwol­nił się w ten spo­sób od kur­czu pisar­skiego, a po zakoń­cze­niu tera­pii dole­gli­wość nie powró­ciła przez cały okres obser­wa­cji. Znów jest szczę­śli­wym czło­wie­kiem, w pełni zdol­nym do pracy.

Nie­od­łącz­nym ele­men­tem powyż­szej tech­niki jest zdrowe poczu­cie humoru. Jest to zro­zu­miałe o tyle, że – jak wia­domo – wła­śnie dzięki poczu­ciu humoru jeste­śmy w sta­nie zacho­wać dystans do sie­bie samych. Można też powie­dzieć, że humor pomaga czło­wie­kowi wzno­sić się ponad wła­sne tro­ski i spo­glą­dać na sie­bie bar­dziej obiek­tyw­nie, a zatem poczu­cie humoru rów­nież nale­ża­łoby zali­czyć do wymiaru noetycz­nego. Osta­tecz­nie żadne zwie­rzę nie potrafi się śmiać, a już na pewno nie samo z sie­bie.

Pod­sta­wowy mecha­nizm leżący u pod­staw tech­niki inten­cji para­dok­sal­nej chyba naj­le­piej ilu­struje żart, który usły­sza­łem przed kilku laty. Pewien uczeń, spóź­niw­szy się do szkoły, tak się uspra­wie­dli­wia przed nauczy­cie­lem: „Ulice były strasz­nie oblo­dzone i śli­skie. Gdy tylko robi­łem krok naprzód, śli­zga­łem się dwa kroki do tyłu”. Na co nauczy­ciel stwier­dza: „Wła­śnie przy­ła­pa­łem cię na kłam­stwie! Jeśli to prawda, co mówisz, jak w ogóle udało ci się dotrzeć dzi­siaj do szkoły?”. Chło­piec zaś odpo­wiada ze spo­ko­jem: „W pew­nym momen­cie po pro­stu się odwró­ci­łem i ruszy­łem z powro­tem do domu!”.

Uwa­żam, że jako pro­ce­dura tera­peu­tyczna inten­cja para­dok­salna nie śli­zga się by­naj­mniej po powierzchni ner­wicy; prze­ciw­nie, umoż­li­wia pacjen­towi – na głęb­szym pozio­mie – doko­na­nie rady­kal­nej zmiany per­spek­tywy, i to na zdrow­szą. Warto zazna­czyć, że podej­mo­wano próby wyja­śnie­nia na grun­cie psy­cho­dy­na­miki kon­kret­nych efek­tów tera­peu­tycz­nych uzy­ski­wa­nych dzięki tej tech­nice logo­te­ra­peu­tycz­nej4. Jeden z leka­rzy z mojego zespołu w poli­kli­nice wie­deń­skiej, freu­dy­sta z wykształ­ce­nia, przed­sta­wił na forum Wie­deń­skiego Towa­rzy­stwa Psy­cho­ana­li­tycz­nego – naj­star­szego tego rodzaju sto­wa­rzy­sze­nia na świe­cie – odczyt poświę­cony inten­cji para­dok­sal­nej, w któ­rym wyja­śniał sku­tecz­ność tej tech­niki wyłącz­nie w kate­go­riach psy­cho­dy­na­micz­nych. Tak się aku­rat zło­żyło, że kiedy go pisał, zgło­siła się do niego na kon­sul­ta­cję pacjentka cier­piąca na silną ago­ra­fo­bię, posta­no­wił więc posłu­żyć się w jej przy­padku inten­cją para­dok­salną. Nie­stety, kobieta już po jed­nej sesji uwol­niła się od swo­jej przy­pa­dło­ści i z wiel­kim tru­dem dała się namó­wić na kolejne wizyty, pod­czas któ­rych lekarz pró­bo­wał usta­lić mecha­ni­zmy psy­cho­dy­na­miczne sto­jące za jej nagłym wyle­cze­niem!

Wola sensu

Przejdźmy teraz do dru­giego filaru logo­te­ra­pii: woli sensu. Ze wzglę­dów dydak­tycz­nych wolę sensu prze­ciw­sta­wia się, w ramach heu­ry­stycz­nego uprosz­cze­nia, zarówno domi­nu­ją­cej w psy­cho­ana­li­tycz­nych teo­riach moty­wa­cji zasa­dzie przy­jem­no­ści, jak i woli mocy – kon­cep­cji, która odgrywa decy­du­jącą rolę w psy­cho­lo­gii Adlera. Zawsze powta­rza­łem i będę powta­rzać, że wola przy­jem­no­ści przy­nosi sku­tek odwrotny do zamie­rzo­nego, ponie­waż im bar­dziej czło­wiek dąży do przy­jem­no­ści, w tym mniej­szym stop­niu ją osiąga. Wynika to z fun­da­men­tal­nego faktu, że przy­jem­ność jest pro­duk­tem – lub efek­tem – ubocz­nym speł­nia­nia naszych dążeń; jed­nak im bar­dziej czy­nimy z niej swój cel, tym bar­dziej ją nad­wą­tlamy i uni­ce­stwiamy. Im bar­dziej dążymy do przy­jem­no­ści w spo­sób inten­cjo­nalny, tym bar­dziej chy­biamy celu. I na tym, śmiem twier­dzić, polega mecha­nizm etio­lo­gii więk­szo­ści przy­pad­ków ner­wicy sek­su­al­nej. W związku z tym tech­nika logo­te­ra­peu­tyczna wyko­rzy­stu­jąca tę cechę „auto­sa­bo­tażu” zasady przy­jem­no­ści przy­nosi w krót­kim cza­sie spek­ta­ku­larne rezul­taty i jest z powo­dze­niem sto­so­wana nawet przez psy­cho­dy­na­micz­nie zorien­to­wa­nych tera­peu­tów z mojego zespołu. Jeden z nich, któ­remu powie­rzy­łem opiekę nad pacjen­tami cier­pią­cymi na ner­wice sek­su­alne, korzy­stał wyłącz­nie z tej tech­niki, trak­tu­jąc ją jako metodę z wyboru i posłu­gu­jąc się nią jako tera­pią krót­ko­ter­mi­nową.

W osta­tecz­nym roz­ra­chunku oka­zuje się, że zarówno wola przy­jem­no­ści, jak i wola mocy są pochod­nymi pier­wot­nej woli sensu. Przy­jem­ność, jak już wcze­śniej zauwa­ży­li­śmy, wynika z wypeł­nie­nia sensu; moc zaś jest środ­kiem pro­wa­dzą­cym do celu. Pewna ilość mocy, takiej jak wła­dza eko­no­miczna lub finan­sowa, jest warun­kiem zasad­ni­czym wypeł­nia­nia sen­sów. Można zatem stwier­dzić, że tak jak wola przy­jem­no­ści myli sku­tek z celem, tak wola mocy myli śro­dek pro­wa­dzący do celu z samym celem.

Mówie­nie o woli przy­jem­no­ści lub mocy w kon­tek­ście szkół filo­zo­fii psy­cho­dy­na­micz­nej nie jest jed­nak uza­sad­nione, zakła­dają one bowiem, że czło­wiek dąży do celu swo­ich dzia­łań mimo­wol­nie i nie­świa­do­mie, a jego świa­dome moty­wa­cje nie są rze­czy­wi­stymi moty­wa­cjami. Nie tak dawno Erich Fromm pisał na przy­kład o siłach moty­wu­ją­cych, „które każą czło­wiekowi zacho­wy­wać się w okre­ślony spo­sób”, popę­dach, „które pchają go w okre­ślonych kie­run­kach”5. Oso­bi­ście nie wyobra­żam sobie, aby czło­wiek był przez cokol­wiek popy­chany w swo­ich dąże­niach; powie­dział­bym raczej, że albo do cze­goś dąży, albo jest do cze­goś popy­chany. Ter­tium non datur, trze­ciej moż­li­wo­ści nie ma. Igno­ro­wa­nie tej róż­nicy czy wręcz rezy­gno­wa­nie z jed­nego feno­menu na rzecz dru­giego to postę­po­wa­nie nie­godne naukowca, przy­wią­za­nie do kon­kret­nej hipo­tezy nie uza­sad­nia bowiem zamy­ka­nia oczu na fakty. Jed­nym z takich znie­kształ­ceń poznaw­czych jest zało­że­nie, że czło­wie­kiem „rzą­dzą” jego popędy. Ponie­waż odwo­łuję się tu do Zyg­munta Freuda, gwoli spra­wie­dli­wo­ści należy przy­to­czyć inną jego opi­nię, która nie jest aż tak dobrze znana. W recen­zji książki opu­bli­ko­wa­nej w 1889 roku na łamach cza­so­pi­sma „Wie­ner Medi­zi­ni­sche Wochen­schrift” Freud pisał: „Sza­cu­nek wobec potęgi geniu­szu to z pew­no­ścią ważna rzecz, ale jesz­cze waż­niej­szy jest sza­cu­nek wobec fak­tów”.

Freud, a za nim jego epi­goni wma­wiają nam, że należy stale doszu­ki­wać się cze­goś, co stoi za woli­cjo­nal­nym dzia­ła­niem czło­wieka lub sta­nowi jego pod­stawę, a mia­no­wi­cie nie­uświa­do­mio­nych moty­wa­cji, ukry­tej dyna­miki. Freud ni­gdy nie brał feno­me­nów ludz­kich za pew­nik, albo, żeby zacy­to­wać sfor­mu­ło­wa­nie użyte przez Gor­dona W. All­porta, „spe­cja­li­zo­wał się dokład­nie w tych moty­wa­cjach, któ­rych nie można brać za pew­nik”6. Czy to zna­czy, że żad­nych moty­wa­cji nie należy tak trak­to­wać? Przyj­mu­ją­cych takie zało­że­nie porów­nał­bym do czło­wieka, który na widok bociana stwier­dza: „A ja myśla­łem, że bociany nie ist­nieją!”. Czy wyko­rzy­sty­wa­nie bociana w bajeczce słu­żą­cej ukry­wa­niu przed dziećmi prawdy o życiu może jak­kol­wiek pod­wa­żać fakt ist­nie­nia tego ptaka?

Zasada rze­czy­wi­sto­ści to według samego Freuda nic innego jak roz­sze­rze­nie zasady przy­jem­no­ści słu­żące jej celom. Rów­nie dobrze można powie­dzieć, że zasada przy­jem­no­ści sama jest jedy­nie roz­sze­rze­niem w ramach szer­szej kon­cep­cji zwa­nej zasadą home­ostazy i służy jej celom. Osta­tecz­nie psy­cho­dy­na­miczna kon­cep­cja czło­wieka przed­sta­wia go jako istotę zasad­ni­czo zain­te­re­so­waną utrzy­ma­niem lub przy­wró­ce­niem wewnętrz­nej rów­no­wagi. Aby tego doko­nać, czło­wiek pozo­staje w służ­bie swo­ich popę­dów i stara się zaspo­koić swoje instynkty. Nawet z per­spek­tywy psy­cho­lo­gii jun­gow­skiej ludz­kie moty­wa­cje inter­pre­tuje się zgod­nie z tą zasadą. Wystar­czy przy­wo­łać arche­typy: one rów­nież są mitycz­nymi bytami (jak Freud nazy­wał popędy). Tutaj też mamy do czy­nie­nia z obra­zem czło­wieka dążą­cego do wyeli­mi­no­wa­nia napięć, czy to wyni­ka­ją­cych z popę­dów i instynk­tów, które doma­gają się zaspo­ko­je­nia, czy też z arche­ty­pów nakła­nia­ją­cych do ich zma­te­ria­li­zo­wa­nia. W obu przy­pad­kach rze­czy­wi­stość – świat bytów i sen­sów – jest depre­cjo­no­wana i spro­wa­dzana do roli zestawu mniej lub bar­dziej uży­tecz­nych narzę­dzi, które mogą słu­żyć pozby­wa­niu się róż­nych bodź­ców, takich jak iry­tu­jące super­ego lub arche­typy. Jed­nak w takim uję­ciu czło­wieka pomi­jamy, a w rezul­ta­cie cał­ko­wi­cie zaprze­pasz­czamy pewien fun­da­men­talny fakt, który pod­daje się ana­li­zie feno­me­no­lo­gicz­nej, a mia­no­wi­cie: że czło­wiek to istota spo­ty­ka­jąca inne istoty i poszu­ku­jąca sen­sów, które mogłaby wypeł­nić.

Dla­tego wła­śnie mówię o woli sensu, a nie o potrze­bie sensu czy o dąże­niu do sensu. Gdyby czło­wiek naprawdę kie­ro­wał się w tej kwe­stii swoim popę­dem, podej­mo­wałby się zada­nia wypeł­nie­nia sensu wyłącz­nie w celu wyeli­mi­no­wa­nia tego popędu i przy­wró­ce­nia home­ostazy. Zara­zem jed­nak tra­ciłby z oczu sens jako taki, kon­cen­tru­jąc się na wła­snej rów­no­wa­dze wewnętrz­nej, a w osta­tecz­nym roz­ra­chunku na sobie samym.

Wydaje się zatem jasne, że kon­cep­cja samo­re­ali­za­cji czy samo­speł­nie­nia nie może być wystar­cza­ją­cym fun­da­men­tem teo­rii moty­wa­cji. Wynika to głów­nie z faktu, że samo­re­ali­za­cja, podob­nie jak moc i przy­jem­ność, rów­nież należy do kate­go­rii feno­me­nów wystę­pu­ją­cych wyłącz­nie jako efekt uboczny: dążąc do nich w spo­sób inten­cjo­nalny, osią­gamy sku­tek odwrotny do zamie­rzo­nego i sabo­tu­jemy wła­sne dzia­ła­nia. W samo­speł­nie­niu nie ma niczego złego; uwa­żam jed­nak, że czło­wiek może reali­zo­wać sie­bie o tyle, o ile wypeł­nia jakiś sens. Zatem samo­re­ali­za­cja doko­nuje się spon­ta­nicz­nie, jest zaś nie­moż­liwa, gdy czyni się z niej cel sam w sobie.

Kiedy przed kilku laty mia­łem oka­zję wykła­dać na Uni­wer­sy­te­cie w Mel­bo­urne, otrzy­ma­łem na pamiątkę austra­lij­ski bume­rang. Oglą­da­jąc go, pomy­śla­łem, że w pew­nym sen­sie sta­nowi on sym­bol ludz­kiej egzy­sten­cji. Zasad­ni­czo uważa się, że bume­rang powraca do myśli­wego; w isto­cie, jak powie­dziano mi w Austra­lii, dzieje się tak jedy­nie wów­czas, gdy bume­rang chybi celu, czyli nie trafi w zdo­bycz. Czło­wiek, który nie wypełni swo­jej misji i nie zdoła odna­leźć w życiu sensu, rów­nież powraca do sie­bie samego, do zaj­mo­wa­nia się sobą.

Jeden z moich asy­sten­tów ze szkoły let­niej na Uni­wer­sy­te­cie Harvarda, Ernest Keen, napi­sał roz­prawę dok­tor­ską, w któ­rej sta­rał się wyka­zać, że tak jak nie­do­statki psy­cho­ana­lizy freu­dow­skiej są rekom­pen­so­wane przez psy­cho­lo­gię ego według Heinza Hart­manna, tak nie­do­statki psy­cho­lo­gii ego są z kolei rekom­pen­so­wane przez kon­cep­cję toż­sa­mo­ści według Erik­sona. Zda­niem Keena wciąż jed­nak bra­kuje ostat­niego ogniwa, za które uważa on logo­te­ra­pię. Oso­bi­ście jestem prze­ko­nany, że czło­wiek nie powi­nien, a nawet nie jest w sta­nie dążyć do toż­sa­mo­ści w spo­sób bez­po­średni; odnaj­duje ją o tyle, o ile anga­żuje się w coś poza sobą, w jakąś sprawę więk­szą niż on sam. Nikt nie ujął tego lepiej od Karla Jaspersa: „Czło­wiek osta­tecz­nie jest tym, kim jest, dzięki spra­wie, którą uczy­nił swoją wła­sną”.

Rolf von Eckarts­berg, inny mój asy­stent na Uni­wer­sy­te­cie Harvarda, dowiódł nie­wy­star­czal­no­ści kon­cep­cji odgry­wa­nia ról, wska­zu­jąc, że pomija ona sedno pro­blemu, który się za nią kryje – pro­blemu wyboru i war­to­ści. Poja­wia się tu bowiem nowy dyle­mat: jaką rolę przy­jąć? Za czym się opo­wie­dzieć? Nikt nas nie zwolni z koniecz­no­ści podej­mo­wa­nia decy­zji.

To samo tyczy się tych wszyst­kich, któ­rzy utrzy­mują, że zarówno osta­tecz­nym prze­zna­cze­niem, jak i pod­sta­wową inten­cją czło­wieka jest roz­wi­ja­nie wła­snego poten­cjału. Sokra­tes wie­rzył, że ma w sobie poten­cjał, aby zostać prze­stępcą, posta­no­wił jed­nak go nie urze­czy­wist­niać, a my dobrze wiemy, co z tej decy­zji wyni­kło.

Zasta­nówmy się teraz nad rze­czy­wi­stym celem tego rodzaju tez: czy czło­wiek powi­nien sta­rać się po pro­stu reali­zo­wać swój wewnętrzny poten­cjał, czy też – jak to się mówi – wyra­żać samego sie­bie? Według mnie moty­wa­cją sto­jącą za takimi kon­cep­cjami jest dąże­nie do obni­że­nia napię­cia wyni­ka­ją­cego z roz­dź­więku mię­dzy tym, kim czło­wiek jest, a tym, kim powi­nien się stać; mię­dzy fak­tycz­nym sta­nem rze­czy a ide­ałem, który czło­wiek ma urze­czywistnić; mię­dzy egzy­sten­cją a istotą, lub, ujmu­jąc to ina­czej, mię­dzy bytem a sen­sem. W zasa­dzie twier­dze­nie, że czło­wiek nie musi przej­mo­wać się ide­ałami i war­to­ściami – ponie­waż nie są one niczym innym jak tylko „wyra­ża­niem sie­bie” i dla­tego powi­nien po pro­stu zacząć reali­zo­wać swój poten­cjał – to dla nas dobra wia­do­mość. To tak jakby powie­dzieć czło­wiekowi, że nie musi się­gać do gwiazd i ścią­gać ich na zie­mię, bo one już tu są, w postaci poten­cjałów ocze­ku­ją­cych na urze­czywistnienie.

Impe­ra­tyw Pin­dara – „stań się tym, kim jesteś” – zostaje tym samym pozba­wiony swo­jego impe­ra­tyw­nego cha­rak­teru i zmie­niony w twier­dze­nie, zgod­nie z któ­rym czło­wiek już jest tym, kim powi­nien się stać! Nie musi zatem się­gać do gwiazd, aby ścią­gnąć je na zie­mię, bo prze­cież Zie­mia sama jest gwiazdą!

Nie zmie­nia to faktu, że nie da się wyeli­mi­no­wać ist­nie­ją­cego w czło­wieku napię­cia mię­dzy bytem a sen­sem. Sta­nowi ono nie­od­łączny ele­ment czło­wie­czeń­stwa, a więc jest nie­zbędne dla naszego dobro­stanu psy­chicz­nego. A zatem wycho­dząc od orien­ta­cji czło­wieka na sens, czyli od jego woli sensu, docho­dzimy do innej waż­nej kwe­stii, a mia­no­wi­cie do kon­fron­ta­cji czło­wieka z sen­sem. Pierw­sza sprawa doty­czy tego, kim zasad­ni­czo jeste­śmy: isto­tami zorien­to­wa­nymi na sens; druga odnosi się do tego, kim być powin­ni­śmy: isto­tami kon­fron­tu­ją­cymi się z sen­sem.

Kon­fron­to­wa­nie czło­wieka z war­to­ściami postrze­ga­nymi wyłącz­nie jako forma wyra­ża­nia sie­bie już sen­sowne nie jest. Rów­nie nie­wła­ściwe byłoby postrze­ga­nie owych war­to­ści jako będą­cych „niczym innym jak mecha­ni­zmami obron­nymi, for­ma­cjami reak­cji lub racjo­na­li­za­cjami instynk­tow­nych popę­dów”, aby przy­wo­łać defi­ni­cję podaną przez dwóch wybit­nych auto­rów wywo­dzą­cych się z nurtu psy­cho­ana­lizy. Tego rodzaju próby teo­re­ty­zo­wa­nia wywo­łują mój zde­cy­do­wany sprze­ciw: oso­bi­ście nie był­bym gotów żyć dla swo­ich „mecha­ni­zmów obron­nych”, a co dopiero umie­rać za swoje „for­ma­cje reak­cji”.

Z dru­giej strony w kon­kret­nym kon­tek­ście i kon­kret­nych oko­licz­no­ściach taka indok­try­na­cja pacjenta w duchu inter­pre­ta­cji psy­cho­dy­na­micz­nych może słu­żyć cze­muś, co nazwał­bym racjo­na­li­za­cją egzy­sten­cjalną. Kiedy ktoś sły­szy, że jego poszu­ki­wa­nia osta­tecz­nego sensu życia są niczym innym jak tylko spo­so­bem na pora­dze­nie sobie z wcze­sno­dzie­cię­cym kom­plek­sem Edypa, to takie poszu­ki­wa­nia, jak rów­nież wyni­ka­jące z nich napię­cie egzy­sten­cjalne, można śmiało pod­dać psy­cho­ana­li­zie.

Logo­te­ra­pia pozwala przy­jąć inny punkt widze­nia. Nie oszczę­dzamy pacjen­towi kon­fron­ta­cji z kon­kret­nym sen­sem, który on ma zre­ali­zo­wać, a my mamy pomóc mu zna­leźć. Pro­fe­sor Twe­edie odniósł się do pew­nego zda­rze­nia, do któ­rego doszło kie­dyś w moim gabi­ne­cie: otóż prze­by­wa­jący aku­rat w Wied­niu ame­ry­kań­ski lekarz chciał, abym w jed­nym zda­niu stre­ścił mu róż­nicę mię­dzy logo­te­ra­pią a psy­cho­ana­lizą. W odpo­wie­dzi popro­si­łem, aby naj­pierw powie­dział mi, co uważa za istotę psy­cho­ana­lizy. Odparł: „Pod­czas psy­cho­ana­lizy pacjent musi leżeć na kozetce i opo­wia­dać tera­peu­cie o rze­czach, o któ­rych czę­sto nie ma ochoty mówić”, na co żar­to­bli­wie stwier­dzi­łem: „W takim razie pod­czas logo­te­ra­pii pacjent może sie­dzieć pro­sto, musi jed­nak wysłu­chi­wać rze­czy, któ­rych czę­sto nie ma ochoty słu­chać”.

Jak słusz­nie pod­kre­ślał Erwin Straus, inność dru­giej istoty nie powinna ule­gać roz­my­ciu w filo­zo­fii egzy­sten­cjal­nej – i to samo tyczy się sensu. Sens, który dany byt musi wypeł­nić, jest czymś, co wykra­cza poza ten byt i co ni­gdy się do niego nie ogra­ni­cza. Tylko gdy owa inność sta­nowi nie­od­łączną cechę sensu, może on nada­wać bytowi zada­niowy cha­rak­ter, który pod­daje się ana­li­zie feno­me­no­lo­gicz­nej naszego doświad­cze­nia egzy­sten­cji. Jedy­nie sens, który nie jest wyłącz­nie ema­na­cją samego bytu, może sta­nowić dlań praw­dziwe wyzwa­nie. Pamię­ta­cie zapewne biblijny opis wędrówki Izra­eli­tów przez pusty­nię: Pan szedł przed swoim ludem w postaci obłoku, bo tylko tak mógł go pro­wa­dzić. A teraz wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby ów obłok, czyli boska obec­ność, zamiesz­kał wśród Izra­eli­tów – zamiast wieść ich wła­ściwą drogą, tylko by im wszystko prze­sło­nił i lud Izra­ela by pobłą­dził.

Innymi słowy, sens nie może kro­czyć równo z bytem, lecz musi go wyprze­dzać. Sens wyzna­cza tempo ist­nie­nia, które dogo­rywa, jeśli nie jest prze­ży­wane w kate­go­riach trans­cen­den­cji ku cze­muś poza nim samym. Z tej per­spek­tywy łatwo odróż­nić budzi­cieli od tłu­mi­cieli7: ci pierwsi kon­fron­tują nas z war­to­ściami i sen­sem, wspie­ra­jąc naszą orien­ta­cję na sens, dru­dzy nato­miast uwal­niają nas od cię­żaru takiej kon­fron­ta­cji. W tym zna­cze­niu Moj­żesz był budzi­cie­lem; nie usy­piał sumień Izra­eli­tów, tylko je pobu­dzał. Dał swo­jemu ludowi dzie­się­cioro przy­ka­zań i nie oszczę­dził mu kon­fron­ta­cji z ide­ałami i war­to­ściami. Tłu­mi­ciele nato­miast zapew­niają ludziom spo­kój; sta­rają się, by pogo­dzili się oni sami ze sobą. „Spójrzmy praw­dzie w oczy – mówią. – Po co zamar­twiać się swo­imi nie­do­sko­na­ło­ściami? Tylko nie­liczni są w sta­nie żyć w zgo­dzie z ide­ałami, które wyznają. Dla­tego nie zawra­cajmy już sobie nimi głowy; zadbajmy o spo­kój ducha lub umy­słu, nie o sensy egzy­sten­cjalne, które są jedy­nie źró­dłem napięć u ludzi”.

Tłu­mi­ciele pozo­stają ślepi na mądrość zawartą w prze­stro­dze Goethego: „Przyj­mu­jąc czło­wieka takim, jakim jest, czy­nimy go gor­szym; trak­tu­jąc go tak, jakby był tym, kim powi­nien być, wydo­by­wamy z niego to, co naj­lep­sze”8.

Gdy orien­ta­cja na sens staje się kon­fron­ta­cją z tym sen­sem, osią­gnięty zostaje etap doj­rza­ło­ści i roz­woju, na któ­rym wol­ność – ten filar filo­zo­fii egzy­sten­cjal­nej – staje się odpo­wie­dzial­no­ścią. Czło­wiek odpo­wiada za wypeł­nie­nie kon­kret­nego sensu życia oso­bi­stego, a zara­zem jest odpo­wie­dzialny przed czymś lub wobec cze­goś – czy to przed spo­łe­czeń­stwem, czy to przed ludz­ko­ścią jako taką, czy przed wła­snym sumie­niem. Ist­nieje jed­nak spora grupa ludzi, któ­rzy inter­pre­tują wła­sną egzy­sten­cję nie tylko w kate­go­riach odpo­wie­dzial­no­ści przed czymś, lecz także przed kimś, a mia­no­wi­cie przed Bogiem9.

Logo­te­ra­pia, świecka zarówno w teo­rii, jak i w swo­jej prak­tyce medycz­nej, musi ogra­ni­czać się do stwier­dzeń opar­tych na fak­tach, pozo­sta­wia­jąc pacjen­towi swo­bodę decy­zji odno­śnie do tego, jak ma inter­pre­to­wać wła­sną odpo­wie­dzial­ność: zgod­nie z prze­ko­na­niami reli­gij­nymi czy agno­stycz­nymi. Logo­te­ra­pia musi być dostępna dla każ­dego; zobo­wią­zuje mnie do tego choćby przy­sięga Hipo­kra­tesa, by przy­wo­łać tylko jeden z powo­dów. Logo­te­ra­pia spraw­dza się w przy­padku pacjen­tów będą­cych ate­istami i może być sto­so­wana przez leka­rzy ate­istów. Tak czy ina­czej, odpo­wie­dzial­ność w uję­ciu logo­te­ra­peu­tycz­nym sta­nowi sedno ludz­kiej egzy­sten­cji. Logo­te­ra­peuta akcen­tu­jący rolę odpo­wie­dzial­no­ści nie może jed­no­cze­śnie chro­nić pacjenta przed decy­zjami doty­czą­cymi tego, za co, wobec czego lub wobec kogo ma on się czuć odpo­wie­dzialny.

Logo­te­ra­peuta nie ma prawa świa­do­mie wpły­wać na decy­zję pacjenta odno­śnie do tego, jak inter­pre­to­wać wła­sną odpo­wie­dzial­ność albo co uzna­wać za swój oso­bi­sty sens. Sumie­nie, jak wszystko, co ludz­kie, bywa nie­do­sko­nałe i zda­rza mu się błą­dzić; nie zwal­nia to jed­nak czło­wieka z obo­wiązku postę­po­wa­nia zgod­nie z jego napo­mnie­niami – egzy­sten­cja wiąże się z ryzy­kiem popeł­nie­nia błędu. Musimy pod­jąć ryzyko zaan­ga­żo­wa­nia się w sprawę, która może się oka­zać tego nie­warta. Nie­wy­klu­czone, że moje odda­nie spra­wie logo­te­ra­pii jest pomyłką; wolę jed­nak żyć w świe­cie, w któ­rym czło­wiek ma prawo doko­ny­wać wybo­rów, nawet jeśli są one nie­wła­ściwe, niż w takim, gdzie nie pozo­sta­wia mu się żad­nego wyboru. Innymi słowy, wolę świat, w któ­rym z jed­nej strony może ist­nieć ktoś taki jak Adolf Hitler, a z dru­giej – całe rze­sze ludzi świę­tych. Wolę taki świat od świata tota­li­tar­nego lub świata total­nego kon­for­mi­zmu i kolek­ty­wi­zmu, gdzie czło­wieka poniża się i degra­duje do roli zwy­kłego funk­cjo­na­riu­sza par­tii lub pań­stwa.

Sens życia

Doszli­śmy zatem do punktu trze­ciego; po omó­wie­niu dwóch pierw­szych fila­rów logo­te­ra­pii, a mia­no­wi­cie wol­nej woli i woli sensu, pora zająć się kwe­stią sensu jako takiego.

Żaden logo­te­ra­peuta nie narzuca nikomu sensu – ale może go opi­sać. Rozu­miem przez to opi­sy­wa­nie zja­wisk zacho­dzą­cych w czło­wieku, gdy ten doświad­cza cze­goś jako mają­cego sens, jed­nak bez ucie­ka­nia się do jakich­kol­wiek z góry przy­ję­tych sche­ma­tów inter­pre­ta­cji. Krótko mówiąc, naszym zada­niem jest doko­na­nie ana­lizy feno­me­no­lo­gicz­nej na pod­sta­wie dostęp­nych danych, odno­szą­cych się do auten­tycz­nych doświad­czeń życio­wych. Logo­te­ra­peuta może, odwo­łu­jąc się do feno­me­no­lo­gii, posze­rzyć per­spek­tywę pacjenta o sensy i war­to­ści, jak gdyby mu je przy­bli­ża­jąc. Wraz ze wzro­stem świa­do­mo­ści może się oka­zać, że życie ni­gdy nie traci sensu, a wręcz zacho­wuje go do ostat­niej chwili. Wynika to z tego, że – jak dowo­dzi ana­liza feno­me­no­lo­giczna – czło­wiek odnaj­duje sens swo­jego życia nie tylko poprzez swoje czyny, dzieła czy twór­czość, lecz także poprzez doświad­cze­nia, spo­tka­nia z tym, co praw­dziwe, dobre i piękne w świe­cie, wresz­cie, co nie mniej ważne, poprzez swoje spo­tka­nia z innymi ludźmi i ich wyjąt­ko­wymi cechami. Uchwy­cić wyjąt­ko­wość dru­giego czło­wieka zna­czy tyle, co go poko­chać. Lecz nawet gdy jeste­śmy pozba­wieni zarówno moż­li­wo­ści two­rze­nia, jak i otwar­to­ści na innych, na­dal możemy nadać swo­jemu życiu sens. Wła­śnie w takich sytu­acjach, w obli­czu takiego losu, zna­la­zł­szy się w bez­na­dziej­nym poło­że­niu, czło­wiek otrzy­muje ostat­nią szansę, aby wypeł­nić sens – urze­czy­wist­nić naj­wyż­szą war­tość i zre­ali­zo­wać naj­głęb­szy sens, jakim jest cier­pie­nie10.

Pod­su­mo­wu­jąc, życiu można nada­wać sens w tro­jaki spo­sób: po pierw­sze, dzięki temu, co dajemy światu (w kate­go­riach twór­czo­ści); po dru­gie, dzięki temu, co od świata przyj­mu­jemy (w kate­go­riach doświad­cza­nych war­to­ści); i po trze­cie, dzięki posta­wie, jaką przyj­mu­jemy wobec losu, któ­rego nie możemy zmie­nić (nie­ule­czalna cho­roba, nie­ope­ra­cyjny nowo­twór itp.). Lecz nawet pomi­ja­jąc te kwe­stie, żad­nemu czło­wie­kowi nie dane jest unik­nąć kon­fron­ta­cji z wła­sną kon­dy­cją, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zaną z czymś, co nazy­wam tra­giczną trójcą ludz­kiej egzy­sten­cji, a mia­no­wi­cie z bólem, śmier­cią i poczu­ciem winy. Przez ból rozu­miem cier­pie­nie, nato­miast dwie pozo­stałe skła­dowe tej tra­gicz­nej trójcy to nasza śmier­tel­ność i omyl­ność.

Akcen­to­wa­nie tych tra­gicz­nych aspek­tów życia czło­wieka nie jest aż taką prze­sadą, jak mogłoby się na pierw­szy rzut oka wyda­wać. We współ­cze­snej kul­tu­rze wszech­obecny jest zwłasz­cza strach przed sta­rze­niem się i umie­ra­niem; według Edith Weis­skopf-Joel­son, pro­fe­sorki psy­cho­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Duke’a, logo­te­ra­pia może słu­żyć prze­ciw­dzia­ła­niu tym lękom, szcze­gól­nie roz­po­wszech­nio­nym w spo­łe­czeń­stwie ame­ry­kań­skim. W isto­cie logo­te­ra­pia wycho­dzi z zało­że­nia, że prze­mi­jal­ność życia ludz­kiego w żad­nym wypadku nie odbiera mu sensu. To samo doty­czy omyl­no­ści czło­wieka; nie ma więc potrzeby, aby w obli­czu tra­gicz­nej trójcy egzy­sten­cji wzmac­niać w naszych pacjen­tach ten­den­cje eska­pi­styczne.

Pozwól­cie, że wrócę jesz­cze na chwilę do cier­pie­nia. Cał­kiem moż­liwe, że znana jest wam histo­ria, którą bar­dzo lubię opo­wia­dać swoim słu­cha­czom, ponie­waż dosko­nale ilu­struje zna­cze­nie „una­ocz­nia­nia sensu cier­pie­nia” pacjen­towi. Kie­dyś w Wied­niu zgło­sił się do mnie na kon­sul­ta­cję star­szy wie­kiem lekarz, który nie radził sobie z głę­boką depre­sją po stra­cie żony. „Pro­szę mi powie­dzieć, dok­to­rze – zapy­ta­łem go – co by się stało, gdyby to pan umarł pierw­szy, a żona by pana prze­żyła?” „To byłaby dla niej straszna tra­ge­dia – odparł. – Wyobra­żam sobie, jak bar­dzo by cier­piała!” Na co odpar­łem: „Widzi pan, dok­to­rze, pań­skiej żonie oszczę­dzone zostało ogromne cier­pie­nie i to wła­śnie pan jej go zaosz­czę­dził – oczy­wi­ście za cenę tego, że teraz musi pan dalej żyć i ją opła­ki­wać”. W tym momen­cie ów star­szy czło­wiek ujrzał swoje trudne poło­że­nie w nowym świe­tle i prze­war­to­ścio­wał odczu­wane cier­pie­nie w kate­go­riach poświę­ce­nia dla żony, co nadało sens temu doświad­cze­niu.

Nawet jeśli zna­cie już tę histo­rię, to może­cie nie wie­dzieć, jak przed kil­koma mie­sią­cami sko­men­to­wał ją pewien ame­ry­kań­ski psy­cho­ana­li­tyk. Wysłu­chaw­szy mojej opo­wie­ści, wstał i stwier­dził: „Rozu­miem, co pan ma na myśli, dok­to­rze Frankl, ale zacznijmy od tego, że powo­dem aż tak głę­bo­kiego cier­pie­nia pań­skiego pacjenta po śmierci żony był naj­wy­raź­niej fakt, że nie­świa­do­mie przez całe życie jej nie­na­wi­dził…”.

Cie­kawi was moja reak­cja? Oto i ona: „Cał­kiem moż­liwe, że jeśli pacjent prze­leży pięć­set godzin na pań­skiej kozetce, zdoła pan zro­bić mu takie pra­nie mózgu i tak go pan zin­dok­try­nuje, że fak­tycz­nie wyzna: »Ma pan rację, dok­to­rze, nie­na­wi­dzi­łem mojej żony przez całe wspólne życie i ni­gdy jej nie kocha­łem…«. Tym samym jed­nak – cią­gną­łem – uda­łoby się panu pozba­wić tego star­szego czło­wieka jedy­nego cen­nego skarbu, jaki wciąż posia­dał, a mia­no­wi­cie obrazu ide­al­nego mał­żeń­stwa, które stwo­rzyli wspól­nie z żoną, auten­tycz­nej miło­ści, która ich łączyła… Mnie zaś udało się w ciągu jed­nej minuty dopro­wa­dzić do istot­nej prze­miany jego postawy, a wręcz – jeśli mam być szczery – przy­nieść mu pocie­chę”.

Wolę sensu można wzbu­dzić w czło­wieku jedy­nie wtedy, gdy zdo­łamy uka­zać mu ów sens jako zasad­ni­czo coś wię­cej niż tylko wyra­ża­nie sie­bie. Zakłada to pewien sto­pień obiek­ty­wi­zmu, a bez mini­mal­nej dozy obiek­ty­wi­zmu sens nie byłby wart wypeł­nie­nia. Nie tyle przy­pi­su­jemy i nada­jemy rze­czom sens, ile go odkry­wamy; nie wymy­ślamy go, lecz dostrze­gamy (dokład­nie to – ni mniej, ni wię­cej – mam na myśli, mówiąc o obiek­tyw­no­ści sensu). Z dru­giej strony, bez­stronna ana­liza ujaw­ni­łaby rów­nież pewien subiek­ty­wizm będący nie­od­łączną cechą sensu. Sens życia należy poj­mo­wać w kate­go­riach kon­kret­nego sensu indy­wi­du­al­nego życia w kon­kret­nej sytu­acji. Każdy czło­wiek jest wyjąt­kowy i życie każ­dego czło­wieka jest wyjąt­kowe; nikogo nie da się zastą­pić ani żad­nego życia nie da się prze­żyć ponow­nie. Ta podwójna wyjąt­ko­wość składa się na odpo­wie­dzial­ność czło­wieka, która osta­tecz­nie wynika z egzy­sten­cjal­nego faktu: życie to sze­reg pytań, na które czło­wiek musi odpo­wia­dać, przyj­mu­jąc za swoje życie odpo­wie­dzial­ność. Musi na nie reago­wać, postę­pu­jąc w odpo­wie­dzialny spo­sób, doko­nu­jąc wybo­rów, decy­du­jąc, jakich odpo­wie­dzi udzie­lić na poszcze­gólne pyta­nia. Śmiem twier­dzić, że na każde pyta­nie jest tylko jedna odpo­wiedź – ta wła­ściwa!

Nie zna­czy to, że czło­wiek jest zawsze w sta­nie zna­leźć wła­ściwą odpo­wiedź lub roz­wią­za­nie każ­dego pro­blemu ani że jest zdolny odszu­kać praw­dziwy sens swo­jej egzy­sten­cji. Wręcz prze­ciw­nie, jako istota skoń­czona nie jest wolny od błę­dów i dla­tego musi podej­mo­wać ryzyko błą­dze­nia. Ponow­nie zacy­tuję Goethego, który powie­dział kie­dyś: „Trzeba zawsze celo­wać w sam śro­dek tar­czy – cho­ciaż wiemy, że nie zawsze tra­fimy”. Lub, ujmu­jąc rzecz bar­dziej pro­za­icz­nie: trzeba sta­rać się się­gać jak naj­wy­żej, w prze­ciw­nym razie nie osią­gniemy nawet połowy tego, co zamie­rzy­li­śmy.

Oma­wia­jąc wolę sensu, odnio­słem się do orien­ta­cji na sens i do kon­fron­ta­cji z tym sen­sem. Teraz, mówiąc o sen­sie życia, muszę odnieść się do fru­stra­cji sensu, ina­czej fru­stra­cji egzy­sten­cjal­nej. Można ją okre­ślić mia­nem zbio­ro­wej ner­wicy naszych cza­sów. Pro­dzie­kan do spraw stu­denc­kich na jed­nym z więk­szych uni­wer­sy­te­tów ame­ry­kań­skich wyznał mi, że w swo­jej pracy nie­ustan­nie spo­tyka się ze stu­den­tami skar­żą­cymi się na bez­sens życia, drę­czo­nymi wewnętrzną pustką, którą nazy­wam „pustką egzy­sten­cjalną”. Co wię­cej, wła­śnie ten stan rze­czy jest przy­czyną licz­nych samo­bójstw wśród stu­den­tów.

Tym, czego dziś potrze­bu­jemy, jest dopeł­nie­nie – nie uzu­peł­nie­nie ani zastą­pie­nie – tak zwa­nej psy­cho­lo­gii głębi czymś, co można by okre­ślić mia­nem „psy­cho­lo­gii wyso­ko­ści”. Taka psy­cho­lo­gia uwzględ­nia­łaby wyż­sze aspekty i aspi­ra­cje czło­wieka, w tym także jego fru­stra­cje. Freud był zbyt wiel­kim geniu­szem, aby nie zda­wać sobie sprawy z ogra­ni­czeń swo­jego sys­temu; wyznał wręcz Ludwi­gowi Bin­swan­ge­rowi, że „zawsze ogra­ni­czał się do bada­nia par­teru i piw­nicy budynku”11.

Pewien psy­cho­log prak­ty­ku­jący „psy­cho­logię wyso­ko­ści” w powyż­szym uję­ciu stwier­dził, że potrzebny jest „fun­da­ment sil­nych prze­ko­nań i poglą­dów, aby mogły prze­no­sić ludzi poza ich wła­sny wymiar, by żyli i umie­rali w imię celu szla­chet­niej­szego i lep­szego niż oni sami”; należy także wpa­jać stu­den­tom, że „ide­ały to pod­stawa prze­trwa­nia”12.

Kim jest ów cyto­wany wcze­śniej przeze mnie „psy­cho­log wyso­ko­ści”? Otóż wcale nie logo­te­ra­peutą, psy­cho­te­ra­peutą, psy­chia­trą ani psy­cho­logiem, tylko astro­nautą! Przy­wo­ła­łem słowa pod­puł­kow­nika Johna H. Glenna Jr., psy­cho­loga praw­dzi­wych „wyżyn”…

II

Dynamika egzystencjalna a eskapizm neurotyczny13

Psy­cho­ana­li­tycy coraz czę­ściej zgła­szają, że mają do czy­nie­nia z nowym rodza­jem ner­wicy, cha­rak­te­ry­zu­ją­cym się głów­nie utratą zain­te­re­so­wa­nia i bra­kiem ini­cja­tywy. Skarżą się, że kon­wen­cjo­nalna psy­cho­ana­liza nie jest w takich przy­pad­kach sku­teczna. Raz po raz do gabi­ne­tów psy­chia­trycz­nych pukają pacjenci, któ­rzy zwąt­pili w sens swo­jego życia. Stan ten nazy­wam pustką egzy­sten­cjalną. Jeśli cho­dzi o powszech­ność tego zja­wi­ska, wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych odsy­łam do bada­nia sta­ty­stycz­nego prze­pro­wa­dzo­nego wśród moich stu­den­tów na Uni­wer­sy­te­cie Wie­deń­skim. Wynika z niego, że zale­d­wie 40 pro­cent osób uczęsz­cza­ją­cych na wykłady pro­wa­dzone przeze mnie w języku nie­miec­kim (Niem­ców, Szwaj­ca­rów i Austria­ków) z wła­snego doświad­cze­nia znało poczu­cie krań­co­wego absurdu, nato­miast podobne odczu­cia miało aż 81 pro­cent stu­den­tów ame­ry­kań­skich uczest­ni­czą­cych w moich wykła­dach pro­wa­dzo­nych w języku angiel­skim. Na pod­sta­wie tych danych pro­centowych nie należy jed­nak wycią­gać wnio­sku, że pustka egzy­sten­cjalna to głów­nie ame­ry­kań­ska przy­pa­dłość – jest to raczej ogólne zja­wi­sko towa­rzy­szące indu­stria­li­za­cji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Odczyt wygło­szony 4 kwiet­nia 1963 r. pod­czas Kon­fe­ren­cji Feno­me­no­lo­gicz­nej w Lexing­ton (Ken­tucky). [wróć]

W moim rozu­mie­niu feno­me­no­lo­gia posłu­guje się języ­kiem przed­re­flek­syj­nego samo­roz­u­mie­nia czło­wieka, zamiast inter­pre­to­wać dany feno­men zgod­nie z narzu­co­nymi sche­ma­tami. [wróć]

Ale­theia (gr.) – w sta­ro­żyt­nej filo­zo­fii grec­kiej prawda jako nie­od­parta oczy­wi­stość ist­nie­nia cze­goś. (Przy­pisy ozna­czone gwiazdką pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

Por. Vik­tor E. Frankl, Lekarz i dusza. Wpro­wa­dze­nie do logo­te­ra­pii i ana­lizy egzy­sten­cjal­nej, przeł. Roman Skrzyp­czak, Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2017, s. 192. [wróć]

Erich Fromm, Zerwać okowy ilu­zji. Moje spo­tka­nie z myślą Marksa i Freuda, przeł. Jan Kar­łow­ski, Dom Wydaw­ni­czy Rebis, Poznań 2000, s. 63. [wróć]

Gor­don W. All­port, Per­so­na­lity and Social Enco­un­ter, Beacon Press, Boston 1960, s. 103. [wróć]

W angiel­skim ory­gi­nale nie­prze­tłu­ma­czalna gra słów: pace­ma­ker, czyli ten, kto nadaje tempo, oraz peace­ma­ker – ten, kto zapro­wa­dza pokój. Za: Vik­tor E. Frankl, Lekarz i dusza, dz. cyt., s. 91. [wróć]

Gdy mie­rzę pacjen­towi ciśnie­nie krwi i stwier­dzam, że jest ono nie­znacz­nie pod­wyż­szone, a następ­nie infor­muję go o wyniku bada­nia, nie mówię mu prawdy, bo tylko by się zde­ner­wo­wał i ciśnie­nie by wzro­sło. Jeśli nato­miast powiem mu, że nie ma żad­nych powo­dów do nie­po­koju, w isto­cie go nie okła­mię, gdyż pacjent się uspo­koi, a ciśnie­nie krwi wróci do normy. [wróć]

Oso­bi­ście wąt­pię, czy w ramach reli­gii można w ogóle odróż­nić prawdę od fał­szu na pod­sta­wie dowo­dów, które mogłyby zostać uznane przez całą ludz­kość. Wydaje mi się, że różne wyzna­nia są jak różne języki – nie spo­sób stwier­dzić, który jest lep­szy od innych. Podob­nie żad­nego języka nie można w uza­sad­niony spo­sób nazwać z gruntu „praw­dzi­wym” albo „fał­szy­wym”. Każdy język ponie­kąd przy­bliża nam prawdę – jedyną prawdę – czy­niąc to z róż­nych per­spek­tyw; w każ­dym też można popeł­niać błędy, a nawet kła­mać. [wróć]

Jest rze­czą oczy­wi­stą, że cier­pie­nie ma sens jedy­nie wów­czas, gdy czło­wiek nie może zmie­nić swo­jego poło­że­nia – w prze­ciw­nym razie mie­li­by­śmy do czy­nie­nia z maso­chi­zmem, a nie z hero­izmem. [wróć]

Ludwig Bin­swan­ger, Sig­mund Freud: Remi­ni­scen­ces of a Friend­ship, Grune & Strat­ton Inc., Nowy Jork 1957, s. 96. [wróć]

To nie ide­alizm ani mate­ria­lizm, tylko zwy­kły realizm. Jestem takim samym reali­stą, jakim był Goethe, gdy powie­dział: „Przyj­mu­jąc czło­wieka takim, jakim jest, czy­nimy go gor­szym; trak­tu­jąc go tak, jakby był tym, kim powi­nien być, wydo­by­wamy z niego to, co naj­lep­sze”. [wróć]

Odczyt wygło­szony 6 maja 1962 r. pod­czas kon­fe­ren­cji poświę­co­nej psy­chia­trii egzy­sten­cjal­nej w Toronto (Kanada). [wróć]