29 osób interesuje się tą książką

Opis

Zabiłem moich najbliższych przyjaciół – rzekł wolno. – Jaki człowiek robi coś takiego?
Wysunąłem się zza stołu.
Taki, który jest chory – odparłem, podchodząc do drzwi. – Dlatego jesteś tu, a nie w więzieniu.


Kiedy psychiatra Stephen Seager rozpoczął pracę w kalifornijskim szpitalu psychiatrycznym Gorman State, nazywanym powszechnie Gomorą, pracował w niejednej tego typu placówce. Jednak do tego, co zobaczył, przeżył i z kim miał do czynienia w środku,
nie mógł przygotować się w żaden sposób.

Książka Seagera to szczera, refleksyjna i porywająca relacja doświadczeń z terapii prowadzonych w Gorman State. Psychiatra pozwala nam zajrzeć do przerażającego świata zamieszkanego przez najgorszych psychopatów, do którego tylko nieliczni mają wstęp.

Gorman state to miejsce, w którym panuje niewyobrażalna przemoc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 300

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ofiarom i ich rodzinom.

 

Personelowi i jego rodzinom.

 

Pacjentom i ich rodzinom

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„I otrze z ich oczu wszelką łzę (…)

Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu…”

APOKALIPSA ŚW. JANA 21,4

 

 

 

 

NOTA AUTORA

 

 

 

SZANUJĄC PRAWO PACJENTÓW i moich współpracowników do prywatności, jedynym prawdziwym nazwiskiem, jakiego użyłem w tej relacji, jest moje własne. Zmieniłem też miejsca akcji. Wypadki, chociaż wiernie je odtworzyłem, nie zdarzyły się tym konkretnym bohaterom, w dokładnie tym czasie i w taki właśnie sposób. Jednak świadomie nie zmieniłem ani jednego istotnego faktu czy zdarzenia, w którym uczestniczyłem albo którego byłem świadkiem.

Stanowy szpital psychiatrii sądowej (forensic state mental hospital) jest ze swej natury środowiskiem wyizolowanym. Podczas gdy ogromna większość osób cierpiących na choroby umysłowe nie jest przestępcami ani też nie wykazuje tendencji do popełniania czynów gwałtownych, większość tych, które odsyła się do szpitali psychiatrii sądowej, już jest albo będzie takimi.

Stanowy szpital psychiatrii sądowej nie jest miejscem bezpiecznym. Jestem pełen podziwu dla tutejszego personelu, pełniącego służbę w obliczu wielkiego wyzwania. Nigdy nie tracą z oczu cierpień swoich pacjentów. Podziwiam również samych pacjentów, którzy przebywają tu pod ogromnie uciążliwym przymusem.

Wszyscy pytają mnie, dlaczego Napa State Hospital (Szpital Stanowy [Psychiatryczny] w Napie) jest takim budzącym niechęć, niebezpiecznym miejscem. I dlaczego nie ma w nim strażników? Odpowiedzią będzie mój pierwszy dzień w Gomorze: nie możesz być jednocześnie w szpitalu i w więzieniu.

 

* * *

Prawa pacjentów i obecnie obowiązujące przepisy dotyczące zdrowia psychicznego są ze sobą dobrze skorelowane, tworząc spójny system, w którym to prawa pacjentów są najważniejsze, co często bywa jednak niebezpieczne dla personelu szpitala i inny chorych.

Od lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych szpitale psychiatrii sądowej ponoszą skutki działania ruchu antypsychiatrycznego[1]. Główny nurt filozoficzny ruchu mówi, że choroba umysłowa nie jest prawdziwą chorobą, lecz reakcją na traumę albo krzywdy wyrządzone jednostce przez współczesne społeczeństwo. W efekcie członkowie ruchu uważają, że leczenie psychiatryczne – czytaj: medyczne – może uczynić więcej szkód niż pożytku. Otwarcie twierdzą, iż szpital psychiatryczny jest tylko więzieniem karzącym tych, którzy sprzeciwiali się arbitralnym normom społecznym. A to prowadzi do konkluzji, że jeżeli rasizm, ubóstwo, niesprawiedliwość, społeczna nierówność (a także sama psychiatria) zostaną zlikwidowane, to wraz z tym znikną choroby umysłowe.

Jednak wiedza współczesnej medycyny udowodniła coś wręcz przeciwnego. Główne zaburzenia umysłowe w istocie strukturalnie są chorobami mózgu, podobnie jak zaburzenia pracy serca są strukturalnie chorobami samego serca. W instytucjach państwowych i w samych szpitalach pokutuje ciągle błędne przekonanie ruchu antypsychiatrycznego, a to z kolei wpływa zarówno na politykę stanową, jak i całego państwa.

Winę za ten problem ponoszą też sami psychiatrzy. Pozwalamy ruchowi antypsychiatrycznemu rozwijać się w niezmienionym kształcie. Niektórzy z nas czynnie w nim uczestniczą. Jesteśmy skłonni opróżniać szpitale stanowe, a naszych pacjentów wypuszczać na ulice. Umywamy ręce i płaczemy nad ich losem, tolerując rozszerzającą się epidemię przemocy wobec naszych nowych pacjentów w takich miejscach jak Napa State, gdzie ogłasza się i prawnie sankcjonuje znęcanie się nad wieloma osobami, nad którymi powinniśmy rozpościerać parasol ochronny.

 

 

 

[1] Termin „Anti-Psychiatry” wprowadził brytyjski psychiatra David Cooper (1967). Zmienił on teorię i praktykę głównego nurtu psychiatrii. Ruch ten wyrządził więcej szkody niż pożytku w leczeniu pacjentów, twierdząc, że medyczne leczenie psychiatryczne pacjentów jest szkodliwe. Zwolennicy ruchu uważali, iż psychiatria wykorzystuje narzędzia przymusu, polegające na nierównym stosunku sił pacjent–lekarz (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

 

 

 

 

PRZEDMOWA

 

 

 

JA I RAYMOND BOUDREAUX siedzieliśmy po obu stronach chybotliwego, drewnianego stołu. On blisko drzwi. I to był błąd.

Ograniczoną przestrzeń tego miejsca oświetlały dwie sufitowe jarzeniówki. Ściany pomalowano na kolor khaki. Jedno małe okienko w drzwiach wychodziło na korytarz. Lipcowe powietrze było parne, nieruchome. Moje krzesło skrzypiało i trzeszczało, gdy przesuwałem je po podłodze wyłożonej linoleum.

– Witam, panie Boudreaux – powiedziałem. – Jestem doktor Seager.

Boudreaux nie odpowiedział. W szarobłękitnej szpitalnej bluzie i luźnych spodniach prezentował się masywnie. Był silnie zbudowanym czarnym mężczyzną o niezwykle szerokich ramionach. Czułem na sobie jego nieruchomy wzrok.

– Panie Boudreaux…? – spróbowałem ponownie. Boudreaux nawet nie mrugnął. Poruszyłem się zaniepokojony, zastanawiając się, jak długo ktoś może patrzeć, nie mrugając oczami.

Jestem psychiatrą. Zostałem zatrudniony do kierowania specjalnym oddziałem w dużym stanowym szpitalu psychiatrycznym. Był to rodzaj niebezpiecznego, niepokojącego miejsca, przypominającego filmowy Baltimore State z Milczenia owiec.

Po tygodniowym przeszkoleniu przyjąłem pierwszego pacjenta, Raymonda Boudreaux, z którym teraz rozmawiałem sam na sam. Było już późno i potem miałem wrócić do domu.

– Jestem pańskim nowym lekarzem – oznajmiłem. – Jak się pan czuje?

Następna przerwa. Potem dotąd nieporuszona twarz Boudreaux zmieniła wyraz.

– Jesteś kurewskim wampirem, prawda? – uśmiechnął się. W jego gładkim jak szkło głosie czuło się ślady pochodzenia kreolskiego. Pogładził się po głowie, obserwując mnie jak zaciekawiony pies. Jego oczy zwęziły się. Czułem, jak żywiej bije mi serce.

Szpital psychiatrii sądowej nie jest normalnym szpitalem dla psychicznie chorych. Tu pacjenci są nie tylko osobami chorymi psychicznie, ale też przestępcami. Tak jak powszechnie znani James Holmes albo Jeffrey Dahmers, którzy urządzali strzelaniny w szkołach.

Raymonda Boudreaux widziałem w CNN, gdy był po raz pierwszy aresztowany.

Oddech Boudreaux przyspieszył.

– Ty i ten pieprzony prokurator okręgowy – rzekł – obaj w tym tkwicie. Znam takich jak wy. Potraficie człowieka zaszczuć na śmierć. A potem wyssiecie z trupa całą krew.

Boudreaux urodził się w Nowym Orleanie. Ukończył Yale, uzyskując stopień magisterski z biznesu i administracji. Pracował w dyrekcji banku w San Francisco. Potem zachorował. Miesiąc po odejściu z pracy zabił strzałami ze śrutówki swego szefa i kilku współpracowników.

– Uduszę tego pedała prokuratora okręgowego – warknął Boudreaux, wstając. – Albo ciebie. – Jego masywna sylwetka częściowo zasłaniała drzwi i boleśnie uświadamiała mi, jaki popełniłem błąd. Spanikowałem i też wstałem.

Łapami wielkości patelni Boudreaux chwycił brzeg stołu i pchnął go, przypierając mnie ciasno do ściany. Krzesło zaskrzeczało, przesuwając się po podłodze. Gorączkowo wlepiłem wzrok w okienko w drzwiach i patrzyłem na korytarz – jednak nikogo tam nie zobaczyłem. Sięgnąłem do pasa alarmowego, jaki dostaliśmy w razie wystąpienia podobnego zagrożenia, ale przypomniałem sobie, że zostawiłem go w moim gabinecie.

Czubek ogolonej głowy Boudreaux zrosiły krople potu.

– Nie ruszaj się, sukinsynu – warknął z wściekłością i pchnął silniej stół.

W chaosie przerażających myśli przebiegających przez mój umysł pojawiła się też rada, jakiej udzielił mi kiedyś instruktor w szkole medycznej: „Jeżeli zostaniesz przyparty do muru przez wściekłego pacjenta, nie przerywaj rozmowy”.

– Opowiedz mi o swoim przestępstwie.

Na szyi Boudreaux nabrzmiały żyły, oczy rozszerzyły się. Stół uderzył w kości moich nóg. Boudreaux kilka razy westchnął, potem zmniejszył nacisk, opuścił głowę, jego wzrok złagodniał. Puścił stół, usiadł i przyłożył dłoń do czoła. Teraz wydawał się jakiś mniejszy, słabszy.

– Zabiłem moich najbliższych przyjaciół – rzekł wolno. – Jaki człowiek robi coś takiego?

Wysunąłem się zza stołu.

– Taki, który jest chory – odparłem, podchodząc do drzwi. Minąłem Boudreaux i chwyciłem gałkę drzwi. – Dlatego jesteś tu, a nie w więzieniu. Ty nie jesteś zły, tylko chory.

Otworzyłem drzwi, wyjrzałem na długi korytarz i szybko kiwnąłem na Lolę Palanqui, pielęgniarkę oddziałową i na dwóch pielęgniarzy. Nogi trzęsły się pode mną, ale zdołałem odwrócić się do Boudreaux.

– Będziesz grzeczny?

Boudreaux milczał.

– Oni pomogą ci wrócić do pokoju – powiedziałem i gdy zjawili się, odstąpiłem niepewnie na bok. Boudreaux eskortowało dwóch sanitariuszy.

Ciemnowłosa, trzydziestoletnia pielęgniarka Palanqui stała przede mną z rękoma wspartymi na biodrach. Niemal dotykaliśmy się nosami butów. Drugi raz zostałem przyparty do ściany. Nie zwracając uwagi na to, że krzywię się z bólu, wpatrywała się we mnie ze złością.

– Był pan tu sam na sam z Boudreaux? – zapytała z charakterystycznym dla niej angielskim akcentem z domieszką tagalogu używanego na Filipinach.

– Tak.

– Nie mówili panu, że nie wolno tego robić?

– Mówili.

– On mógł pana zabić.

Westchnąłem głęboko.

– Wiem. Byłem naprawdę przerażony…

– Nie nauczył czegoś pana tamten pański pierwszy straszny dzień? – zapytała.

Dotknąłem blizny na potylicy.

– Myślałem, że…

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Jesteś tu nam potrzebny, doktorze. – Palanqui położyła mi rękę na ramieniu. – Proszę o więcej rozwagi.

Osunąłem się na podłogę.

Podjąłem pracę w szpitalu, uważając, że będę mógł pomóc, ale omal nie doprowadziłem do tego, że ja sam, albo ktoś inny, prawie został zabity bądź znalazł się w niebezpieczeństwie.

Boudreaux, idąc na kolację z innymi pacjentami, zawołał z końca korytarza:

– Dzięki, doktorze! – I kiwnął mi ręką.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

Zwariowany Kapelusznik:

– Jaka jest różnica między krukiem a piórnikiem?…

– …

– Myślisz, że potrafisz znaleźć odpowiedź na to pytanie? – rzekł Kapelusznik.

– Nie, poddaję się – odparła Alicja. – Jaka jest odpowiedź?

– Nie mam najmniejszego pojęcia – rzekł Kapelusznik.

LEWIS CARROLL, „ALICJA W KRAINIE CZARÓW”

 

 

PIERWSZEGO DNIA PRZYBYŁEM wcześnie do pracy w Napa State Hospital, jednym z największych amerykańskich szpitali dla psychicznie chorych. Powstały w poprzednich stuleciach zespół szpitalny rozciągał się na obszarze setek akrów leżących w nieprzystępnym, odosobnionym krańcu doliny, z dala od ludzkich oczu.

Po minięciu nierzucającego się w oczy zjazdu z drogi łączącej się z Magnolia Lane znalazłem się na długiej drodze dojazdowej, obrzeżonej ogromnymi, rozłożystymi wiązami i ozdobionej dziewiętnastowiecznymi rezydencjami. Spędziłem dokładnie tydzień, żeby się w nich rozeznać.

Na końcu ulicy znalazłem tablicę z danymi historycznymi:

 

W 1872 roku wybrano lokalizację i rozpoczęto prace nad budową Napa State Hospital, jednego z największych amerykańskich szpitali dla psychicznie chorych i jednego z pierwszych kalifornijskich szpitali przeznaczonych wyłącznie do leczenia chronicznie chorych umysłowo. Szpital został otwarty 15 listopada 1875 roku. Odtąd, aż do roku 1954, kiedy poddano go gruntownemu remontowi i przebudowie, szpital i jego otoczenie stały się obiektem samowystarczalnym. W 1992 roku, wraz z utworzeniem bezpiecznego ogrodzenia, Napa State Hospital stał się szpitalem psychiatrii sądowej i rozpoczął przyjmowanie chorych psychicznie, którzy przebywali w stanowych aresztach śledczych.

 

Dostarczono nam też ulotkę zawierającą informację o „misji” Napa State Hospital. Było w niej: „Napa State Hospital bez przymusu i przemocy zapewnia pacjentom, personelowi, gościom i całemu miejscowemu społeczeństwu bezpieczeństwo i spokój”.

Ruszyłem dalej, aby wjechać na Spruce Lane skręcającą przed nowy gmach administracyjny, za którym majaczyła grupa budynków utrzymanych w hiszpańskim stylu. Mieściły się w nich „otwarte” oddziały psychiatryczne. Zwiedziłem je w czasie pierwszego rozeznania. Tu przebywali głównie starsi, słabi na umyśle pacjenci.

Pacjenci z oddziałów otwartych mogą swobodnie chodzić po ogrodzonym terenie. Widziałem właśnie grupę pacjentów spacerujących po trawniku, palących papierosy i rozmawiających ze sobą.

– Oni nie uciekną? – Widząc podobne obrazki podczas zwiedzania, ktoś zapytał naszego instruktora.

– A dokąd mieliby pójść?

Pierwszą wizytę złożyłem w Oddziale Dwunastym, w jednym z tych otwartych oddziałów, chociaż na dwa dni przed rozpoczęciem pracy zostałem wezwany do doktor Heidi Francis – medycznej dyrektor Napa State.

– Zaszła zmiana w pańskim przydziale – oznajmiła doktor Francis. – Został pan przydzielony na Oddział C.

– Gdzie jest Oddział C? – zapytałem.

– Prześlę panu mailem plan – odparła.

Zaparkowałem na zatłoczonym parkingu pomalowanym wyblakłymi pasami. Zatrzymałem się przy moim czerwonym pikapie toyota, przypiąłem do frontowej kieszonki koszuli pomarańczową odznakę tożsamości i poprawiłem krawat.

Podczas mojej kariery w świecie chorych umysłowo byłem zatrudniany w wielu różnych szpitalach psychiatrycznych, ale nigdy nie pracowałem w stanowym szpitalu psychiatrii sądowej.

Idąc w kierunku Oddziału C, wolno zbliżyłem się do gigantycznego ogrodzenia „bezpieczeństwa” wznoszącego się do wysokości dwudziestu stóp i zwieńczonego trzystopowym zwojem ostrych jak brzytwa drutów. Takie ogrodzenie ograniczało Obszar Szczególnie Zabezpieczony (OSZ) w Napa State. OSZ obejmuje teren siedemnastu szpitalnych oddziałów „szczególnego ryzyka”. Tu nikt nie wychodzi „na papierosa”. Główne drogi patrolują auta policyjne. W OSZ, jak nas poinformował instruktor, przebywają „źli aktorzy”. Ogrodzenie ciągnęło się tak daleko jak okiem sięgnąć. OSZ przypominał rozległy obóz jeńców wojennych z filmu o II wojnie światowej. W czasie wstępnego rozeznania oczywiście obejrzeliśmy OSZ, ale tylko z daleka. Nowo zatrudnieni nie byli kierowani za ogrodzenie, zatem wtedy nie przejmowałem się nim zbytnio.

Gdy zbliżyłem się do wysokiej bramy, nagle głośno odezwał się brzęczyk. Stojący obok mnie starszy jegomość z łatwością otworzył ją i weszliśmy do środka przez monitorowane przejście. Zamknął za nami bramę i usłyszałem, jak zatrzaskiwała się z suchym trzaskiem elektrycznego zamka.

– Pierwszy dzień? – zapytał.

– Tak… tak, pierwszy – odparłem. – Jeszcze nigdy nie byłem w… – Zanim zdążyłem dokończyć, stary wskazał moją pierś i obaj przesunęliśmy odznakami przez czytnik. Jego nazwisko brzmiało „R. Corcoran”. Umundurowany mężczyzna za grubą szybą sprawdził na dużym ekranie komputera nasze dane. W czasie gdy czekaliśmy, Corcoran dotknął mojego krawata i potrząsnął przecząco głową. Sięgnął pięścią za swój kark i uniósł rękę, imitując wieszanie. Szybko zdjąłem krawat i wsunąłem do kieszeni spodni.

Druga brama stanęła otworem. Czekało na nas dwóch następnych funkcjonariuszy.

– Ręce do góry – polecił mały policjant, Filipińczyk. Wywieszka na mundurze podawała jego nazwisko: „Bangban”. Bangban przesunął czujnikiem wzdłuż mojego ciała.

– Ile razy miała tu miejsce ucieczka? – zapytałem, ale nie otrzymałem odpowiedzi.

– Kieszenie – rzekł drugi funkcjonariusz.

Wyjąłem z kieszeni spodni krawat, klucze, monety i długopisy i rzuciłem na plastikową tackę. Bangban spojrzał na krawat i uśmiechnął się do starego.

– To wszystko, przez co pan przeszedł, nazywamy punktem kontrolnym – czyli specjalnie chronionym przejściem – wyjaśnił Corcoran, gdy upomniałem się o oddane przedmioty. Zwinięty krawat wrócił do kieszeni. Założyliśmy z powrotem buty.

– Chronione przejście, brzmi to dość niewinnie – zauważyłem.

– Stosują je w maksymalnie strzeżonych więzieniach, jak San Quentin – kontynuował Corcoran. – A także w Mennicy Stanów Zjednoczonych i w obiektach militarnych typu bazy z rakietami atomowymi.

Weszliśmy do trzeciej strefy kontrolowanej. Stojąc przed oknem z grubą barwioną szybą, widziałem w mroku grupkę policjantów.

– Tu zostaniemy rozebrani do naga i obejrzą każdy cal naszego ciała. – Usłyszałem od Corcorana wskazującego przyciemnioną szybę. – Albo zbadają w nim wszystkie otwory.

Czując suchość w ustach, spojrzałem w okno.

– Kto to będzie robił? – zapytałem, lecz Corcoran już stał gotów przy ostatniej bramie. Rozległo się buczenie i znaleźliśmy się na terenie szpitala.

Idąc za Corcoranem do ostatniego okna, odebrałem w nim klucze i „osobisty alarm” do noszenia przy pasku. Posiadał czerwony przycisk, który uruchamiał – jak nam powiedziano w czasie rozeznania – sygnalizację dźwiękową i świetlną w razie wystąpienia jakichś „kłopotów”.

Stanowy Szpital w Napie nie pasował do modelu żadnego innego szpitala. Zespół parterowych i dwukondygnacyjnych budynków leżał w szeroko rozwartym łuku, jak otoczone zewsząd ogrodzeniami perły nanizane na gigantyczny sznurek. Oddziały przebudowane w roku 1954 sprawiały wrażenie echa klasycznych rancz utrzymanych w stylu tamtego okresu.

Każdy doskonale utrzymany budynek był świeżo odmalowany. Scenerię upiększały starannie przycięte stare drzewa. Całość pokrywało morze przystrzyżonej trawy. Patrząc zza ogrodzenia, można było odnieść wrażenie, że nie jest to teren szpitala, tylko kampus koledżu.

Pośród zieleni dumnie kroczyły pawie, strojące się w letnim słońcu. Ptaki z lśniąco błękitnymi piórami z trzepotem skrzydeł wzlatywały, aby przysiadać na murowanych kominach, unosić w niebo dzioby i śpiewać. Ich śpiew brzmiał dwojako – a każdy był niesamowicie podobny do ludzkiego. Pierwszy przypominał staccato śmiechu, drugi głos kogoś wzywającego pomocy.

Gdy wchodziłem do budynku C, nagle ogłuszająco zawyła syrena, odbijając się echem po korytarzu, i zaczął błyskać tuzin świateł na ścianach. W drzwiach wychodzących na długi korytarz pojawili się ludzie. Wybiegli i zaczęli gorączkowo się rozglądać. Niektórzy krzyczeli. Głowy obracały się, gdy tłum biegał po korytarzu.

– Wszyscy okej? – krzyknął masywnie zbudowany mężczyzna.

– Sprawdzić jadalnię – odpowiedziała młoda kobieta. Wskazała na lewo i dwanaście osób skoczyło w tamtym kierunku. Syrena ciągle wyła, światła błyskały.

Stałem jak sparaliżowany. Po mojej prawej stronie patrzyła na mnie ubrana po sportowemu czterdziestoletnia kobieta o krótkich czarnych włosach. Wskazała palcem moją odznakę identyfikacyjną.

– Pan jest nowym lekarzem? – krzyknęła, zagłuszając hałas.

Skinąłem głową. Sięgnęła do mojego biodra i wyłączyła ten nieszczęsny czerwony przycisk mojego osobistego alarmu. Syrena umilkła, światła zgasły.

– Fałszywy alarm! – zawołała. Tłum znieruchomiał i ludzie z westchnieniem ulgi zaczęli wracać do swoich pokojów służbowych.

– To się zdarza każdemu – wyjaśniła kobieta. – Należy zawsze sprawdzać czerwony przycisk, gdy wyciąga się klucz. I… – dodała, pochylając się i podnosząc klucze z podłogi, gdzie najwyraźniej je rzuciłem – …niech pan nigdy ich nie gubi. Mogą z tego wyniknąć poważne kłopoty.

– To się już nie powtórzy – zapewniłem. – Przepraszam.

– Nazywam się Kate Henry, oddziałowa Oddziału C – przedstawiła się z uśmiechem. – Witamy w Napa State.

Stałem przez chwilę w pustym korytarzu. Zza głównych drzwi dochodziły dźwięki „ha-ha-ha!”. Z początku nie uzmysławiałem sobie, że to śmiech pawia.

Wzmocnione płytą stalową drzwi Oddziału C posiadały jedno małe, podwójnie szklone okienko. Wsunąłem klucz w zamek i miałem już je otworzyć, gdy w okienku ukazała się twarz młodego mężczyzny. Wyglądał dziko z rozczochranymi włosami, w wymiętym, bladoniebieskim kitlu. Gorączkowo gestykulował.

– Tu fale 88,5 radia NPR (National Public Radio) – oznajmił rzeczowym głosem, naśladując spikera. – Pozyskiwanie funduszy przez nadawców publicznych jest w porządku. Nie słuchaj radia za darmo, to kradzież. Tu Ofeibea Quist-Arcton[2]. – Obrócił się trzy razy, chwilę zamarł bez ruchu, potem przez moment wyciągał przed siebie rozcapierzone ręce i zniknął.

Opanowałem się, otworzyłem drzwi i wszedłem do zatłoczonego korytarza. Przy moim lewym uchu śmignęło drewniane krzesło i z hukiem wystrzału z karabinu rozbiło się o stalowe drzwi.

Za mną przykucnął wytatuowany biały mężczyzna, silnie umięśniony, o czerwonych wściekłych oczach. Wyprostował się i mnie popchnął. Uderzyłem potylicą o ścianę. Światła zamigotały. Coś mokrego spłynęło mi na kark.

Chwycił resztki rozbitego krzesła i cisnął nimi w głowę starszego, czarnego mężczyzny, który skurczył się i padł bezwładnie na podłogę.

– Już nigdy nie będziesz się ze mną pieprzył, stary! – warknął olbrzym, rzucając krzesło na bezwładne ciało. – Jesteś winny. Płacisz.

Odwrócił się i poszedł korytarzem, gdzie przerażeni pacjenci przylgnęli do ścian.

Minął oszkloną dyżurkę pielęgniarek, w której kurczyło się pięć kobiet, stłoczonych ze strachu wywołanego piekielnym krzykiem. Olbrzym walnął pięścią wielkości szynki w szybę. Jedna z pielęgniarek nacisnęła przycisk alarmowy przy biodrze i odezwał się pulsujący, przenikliwy dźwięk alarmu.

– Nigdy nie pytaj, kto tu szefem! – Jego głos zagrzmiał nad ogólnym harmidrem. Odwrócił się do mnie. Stał na bosaka, jego kark przykrywały poplątane loki czarnych włosów, na czole miał wytatuowane słowo „piekło”.

– Głosy kazały mi to zrobić – stwierdził i teatralnie objął głowę rękoma. Obrócił się na pięcie i jakby przypadkiem zatoczył się do pobliskiego, ogrodzonego murem dziedzińca.

– Nie zapomnij o dotacji – rzucił z tyłu facet z NPR, oddalając się. – Najlepiej nadaje się do tego łańcuch supermarketów Safeway Corporation.

 

 

 

[2] Dziennikarka radiowa i telewizyjna z Ghany. Donosi o wydarzeniach w Afryce Zachodniej dla radia NPR.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

Od XVIII wieku definicja „całkowitego obłędu”, czyli choroby umysłowej, ewoluowała do określenia „dzika bestia”. Określaną tak osobę uznawano za „całkowicie zdeprawowaną” w takim rozumieniu, że tak jak małe dziecko, zwierzę albo dzika bestia – nie wie, co robi.

HERBERT FEIGL

 

 

ZANIM ZAJĄŁEM SIĘ LECZENIEMpsychiatrycznym, przez jedenaście lat byłem lekarzem pogotowia ratunkowego i gdy pielęgniarka nacisnęła przycisk alarmu, zbudził się we mnie dawny lekarz pogotowia ratunkowego. Padłem na kolana i umieściłem rozbitą głowę mężczyzny między kolanami, utrzymując jego kark i szyję w nieruchomej pozycji.

Czerwień zalewała moją koszulę i spodnie. Krew gromadząca się na podłodze zaczynała już krzepnąć. Z pęknięcia na lewej skroni mężczyzny sączył się cienki strumyczek substancji mózgowej.

Otworzyły się za mną drzwi oddziału i w odpowiedzi na alarm wbiegło dwunastu członków personelu z Oddziału B na piętrze, razem z dwoma policjantami. Policjanci zostali skierowani na dziedziniec, natomiast personel zajął się opanowaniem tłumu.

– Poproszę latarkę! – zawołałem i pielęgniarka szybko podała mi wyjętą z kieszonki koszuli latarkę ołówkową. Rzuciłem promień światła, unosząc kciukiem powieki leżącego. Prawa źrenica zareagowała, zmniejszając się, natomiast lewa ledwo drgnęła i zaczęła się rozszerzać. Wyglądało to źle. Oznaczało krwawienie wewnątrzczaszkowe.

– Dajcie tu zaraz sanitariuszy! – krzyknąłem.

– W drodze – odpowiedziała Kate Henry, trzymając telefon wciśnięty między ramieniem i uchem.

Pacjenci ogłuszeni hałasem i widokiem tak dużej ilości krwi zamarli z przerażenia. Ledwo drgnęli, gdy po upływie pięciu minut rozwarły się drzwi oddziału i pojawiła się trzyosobowa załoga ratowników medycznych z wózkiem do przewożenia chorych i sztywnymi noszami.

– Uderzenie krzesłem w głowę – wyjaśniłem i odsunąłem się na bok. – Cios w źrenicę.

– Zajmę się tym – ratownik założył leżącemu kołnierz stabilizujący kark. Za mną drugi ratownik rozerwał mu koszulę na piersi i przyczepił czujniki EKG. Po mojej prawej stronie trzeci z ratowników – strażak – zażądał połączenia z pogotowiem hrabstwa.

– Alarm dla centrali ratunkowej hrabstwa (County General Emergency) – rzucił pierwszy ratownik. – Potrzebny transport lotniczy.

– Centrala na linii – zawołała Kate Henry i podała przez drzwi dyżurki słuchawkę.

Ratownik podbiegł i szybko przekazał informację, podczas gdy dwaj pozostali członkowie załogi ratowniczej razem z trzema pielęgniarkami ostrożnie ulokowali uderzonego pacjenta na sztywnych noszach, a potem przenieśli na wózek.

Pomogliśmy zabezpieczyć ciało pasami i ratownicy szybko się wycofali, pod przewodnictwem Cole’a, który machał ręką, jakby dowodził szarżą kawaleryjską. Potem drzwi zatrzasnęły się i zostały zamknięte na klucz.

Na podłodze pozostała krew. Pacjenci wpatrywali się w nią. Kręciło mi się w głowie. Próbowałem wstać, ale obawiałem się, że kolana mogą mnie nie utrzymać.

Dwóch policjantów spokojnie sprowadziło wytatuowanego olbrzyma z dziedzińca, zaprowadzili go do pokoju, zamknęli drzwi i stanęli przed nimi na straży.

– Lekarstwa! – krzyknęła pielęgniarka, Luella Cortes, Hiszpanka przed trzydziestką. Pacjenci, nadal oszołomieni, lecz wyraźnie zaznajomieni z obowiązującymi zwyczajami, ustawili się w szeregu przed małymi drzwiami połówkowymi do pokoju z lekami.

Odszukałem zlew i przemyłem twarz wodą, zmywając krew z karku i oczyszczając go na tyle, na ile mogłem. Personel wycofał się do dyżurki pielęgniarek.

Razem z nimi Ben Cohen – trzydzieści parę lat, wysoki, przystojny, ostry jak brzytwa – nasz nowy psycholog. Wchodził w skład mojej drużyny rozpoznawczej. W tym całym zgiełku gdzieś mi się zawieruszył. Był to też jego pierwszy dzień, ale bardziej sprawiał wrażenie rozgorączkowanego niż zdezorientowanego.

– Kogo uderzył ten szaleniec? – zapytał ze złością Cohen.

– Nazywa się Ralph Wilkins – odparła Mazie Monabong, filipińska pielęgniarka w średnim wieku. – Ten, kto go uderzył, to Bill McCoy. Byli skłóceni – pewnie jakieś długi hazardowe.

– Albo Wilkins nie zapłacił dość za ochronę – stwierdziła Palanqui.

– Wilkins prał brudy McCoya – dodała Kate Henry. – Był mu za coś winien.

Poczułem silne łupanie w skroniach. Odwróciłem się do lustra nad zlewem, żeby obejrzeć tył głowy. Podeszła oddziałowa.

– Jest pan ranny? – zapytała i łagodnie dotknęła głowy nad kołnierzykiem. Cofnęła zakrwawione palce.

Azjata, silny mężczyzna w średnim wieku – przeczytałem na plakietce jego nazwisko: Xiang – podsunął mi krzesło.

– Proszę usiąść – rzekł.

Drobnej budowy, lecz silny, Xiang roztaczał wokół siebie atmosferę rozsądku i fachowości.

– To nic poważnego. Wszystko będzie dobrze – odparłem.

– Proszę siadać – powtórzył i usiadłem.

Założył lateksowe rękawiczki i zaczął rozgarniać włosy.

– Będzie potrzebne szycie – stwierdził i delikatnie przyłożył mi do głowy gazik.

– Nie sądzę – sprzeciwiłem się, próbując wstać, jednak Xiang delikatnie, lecz stanowczo powstrzymał mnie, naciskając ręką ramię.

– Pan jest tu nowym lekarzem, czy tak? – zapytał, z łatwością zmuszając mnie do siedzenia.

– Tak. Jestem doktor Seager – odparłem.

Xiang oczyścił moją ranę świeżym kawałkiem bawełny.

– Pan Xiang jest naszym naczelnym pielęgniarzem – wtrąciła Kate Henry.

– Miło mi… – zacząłem, jednak Xiang mi przerwał.

– Od wielu miesięcy nie mieliśmy lekarza na Oddziale C – rzekł, ciągle zajmując się raną. – Potrzebujemy tu pana. Naprawdę potrzebujemy.

Delikatnie obrócił taboret i zajrzał mi w oczy.

– Jeżeli teraz nie zajmiemy się tym rozcięciem – stwierdził – to może się wdać infekcja, a potem tężec i w końcu nastąpi zejście. I wtedy może nie będziemy mieć lekarza przez następne trzy miesiące, rok czy nawet w ogóle. – Przerwał i uśmiechnął się. – Dlatego musimy szyć.

Czułem, jak walą mi w głowie bębny.

– Dobrze – zgodziłem się.

Xiang chwycił trzy arkusze papieru z wysokiej sterty wznoszącej się na pobliskim biurku i pospiesznie nagryzmolił coś na spodzie każdego z nich.

– Proszę to wziąć do centrali ratunkowej – polecił. – Randy pana tam zawiezie. Jest naszym pomocnikiem medycznym.

Wstał przystojny, młody, czarny mężczyzna, odebrał papiery od Xianga i przeszedł obok mnie.

– Proszę się nie martwić – dorzucił Cohen. – Dowiemy się wszystkiego o McCoyu.

– Dziękuję. – Tylko tyle mogłem z siebie wydusić.

– Mam nadzieję, że poczuje się pan lepiej – zawołała Monabong za nami, gdy wychodziłem za Randym.

Przy wejściu do stacji minęliśmy trzech członków personelu prowadzonych przez cztery pielęgniarki trzymające w pogotowiu pełne strzykawki. Obaj policjanci trzymający wartę przed drzwiami pokoju McCoya weszli do środka.

 

* * *

Minęliśmy drzwi pogotowia i dyżurna urzędniczka stacji sprawdziła moją plakietkę z nazwiskiem. Potem odebrała papiery Xianga z rąk Randy’ego i wezwała pielęgniarkę, która mimo przepełnionej poczekalni poprowadziła nas prosto na zaplecze, do kabiny z zasłonami.

– Czuję się dobrze – powiedziałem, zwracając się do Randy’ego. – Może pan wracać.

Randy wahał się przez chwilę, potem skinął głową i odszedł.

W czasie gdy czekałem, poprzez hałas zapracowanej stacji ratunkowej usłyszałem szybkie kroki i pełne napięcia ostro brzmiące głosy, szelest plastiku owijającego instrumenty i brzęczenie wózka z przewoźnym aparatem rentgena razem ze stukotem toczących się kółek czteroramiennej podstawy stojaka do kroplówek – typowy zgiełk obrazujący walkę ze śmiercią.

– Jestem doktor Vezo. – Młoda kobieta w białym kitlu rozsunęła kotarę kabiny i wśliznęła się do środka. – Pozwoli pan, że zerknę na to rozcięcie – kontynuowała i unosząc sztywną podkładkę do pisania z klipsem, podeszła do mnie od tyłu i rozsunęła włosy na tyle mojej głowy. – Jak to się stało? – zapytała.

– Uderzyłem się w głowę – odparłem.

Vezo wciągnęła sterylne rękawiczki, otworzyła opakowaną tackę z narzędziami, znieczuliła i przemyła rozcięcie betadiną, a potem zaczęła szyć.

– Pan też jest z Napa? – zapytała po skończeniu.

– Tak, z Napa – odparłem, unosząc się i odwracając w jej stronę. – Ma pani dużo takiego czegoś stamtąd?

– Czegoś…?

– No, ile zdarza się tam takich nagłych wypadków?

– Sporo – odparła Vezo, zdejmując rękawiczki. – Wie pan, jak tu, w okolicy, nazywają Napa State?

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

– Gomora – rzekła Vezo. – Tak jak „Sodoma i…”. To tajemnicze miejsce. Tak jak to biblijne miasto, nikt w istocie nie wie, ile i jakiego rodzaju zła się tam kryje.

Zaczęła mnie boleć głowa i przez moment pomyślałem, że podjąłem bardzo złą decyzję w sprawie pracy. Jednak nie wyraziłem tego głośno. Nie mogłem. Powiedziałem tylko:

– Myślę, że wszystko się dobrze ułoży.

Vezo nie zdążyła odpowiedzieć, została wezwana do pokoju zajmującego się traumą pourazową, gdzie podawano wyniki badań.

– Mamy na zapleczu zapasowe ubrania – wskazała na mój poplamiony krwią strój, potem schowała notatnik, rozchyliła kotary i zniknęła.

Wyjąłem telefon komórkowy i niepewny zastanawiałem się, co powiedzieć żonie.

– Halo, Ingrid. Obecnie jestem w centrali ratunkowej hrabstwa – powiedziałem.

– Co ci jest? – zapytała.

– Uderzyłem się w głowę. Ale nie martw się. Mogę już wrócić do domu.

– Dobrze, będę tam tak szybko, jak tylko mi się uda – odpowiedziała.

Rozłączyłem się i poszedłem na zaplecze przebrać się w kompletny strój pracowników pogotowia, koloru zielonego. Poplamione ubranie włożyłem do plastikowej torby i wyszedłem na zewnątrz. Natychmiast ogłuszył mnie ryk lądującego śmigłowca.

Znalazłem ławkę w cieniu drzewa i usiadłem. Powietrze było chłodne i nieruchome.

Przywitałem Ingrid uśmiechem. Z SUV-a wysiadła w każdym calu elegancka, wysoka blondynka i podeszła do mnie.

– To tylko rozcięcie – wyjaśniłem, wskazując tył głowy.

Rozgarnęła włosy.

– Masz dziesięć szwów – stwierdziła wyraźnie zdenerwowana. – Kto ci to zrobił? – zapytała.

Jako lekarz przywykła do widoku ran i krwi, jednak rodzina to zawsze inna sprawa.

– Możemy podjechać po mojego pikapa – powiedziałem, idąc w kierunku SUV-a. – Opowiem ci wszystko po drodze.

– Znalazłam to na podjeździe. – Ingrid podała mi mapę szpitala, którą przysłał mi doktor Francis. Musiała mi wypaść z kieszeni. Na górze widniał napis: NAPA STATE HOSPITAL.

– Napa State – zauważyłem. – Ale na pogotowiu nazywają go Gomora.

– Co? – spytała.

– Gomora, jak „Sodoma i…”. Kto wie, co się naprawdę kryje w środku…?

– Co…?

Znowu spojrzałem na mapę. Wewnątrz ogrodzenia zakreślono kółkiem Oddział C.

– Przepraszam – rzekłem – powinienem ci powiedzieć.

Ingrid zapuściła silnik i wyjechała z parkingu stacji ratunkowej.

– Na Oddział C przydzielono mnie w ostatniej chwili – wyjaśniłem. – Mówili, że nie będziemy tam wchodzić, ale najwyraźniej coś się zmieniło. Wpierw chciałem sprawdzić to miejsce. Pomyślałem, że będziesz się o mnie martwić.

Ingrid zatrzymała się na świetle.

– Udałem się do mojego nowego oddziału – ciągnąłem. – I facet wielkości góry, ze słowem „piekło” wytatuowanym na czole, rzucił mną o ścianę w chwili, gdy rozwalił głowę starego mężczyzny uderzeniem krzesła. Pękła mu czaszka. Właśnie zabierali go śmigłowcem.

Ingrid z urodzenia jest Dunką, ze skandynawską powściągliwością, niepozwalającą okazywać uczuć.

– Powinieneś był powiedzieć mi o zmianie oddziału. – Westchnęła. – Jednak teraz to już nie ma znaczenia. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem przerażona. To twój pierwszy dzień w pracy i już masz rozbitą głowę. Byłeś tam tylko przez godzinę.

– Mimo wszystko – odparłem z wymuszonym uśmiechem – mam nadzieję, że nie wygląda to groźnie.

Musiałem jednak uderzyć głową silniej, niż mi się wydawało, nie pamiętałem bowiem wiele z tego popołudnia. Kiedy John, nasz czternastoletni syn, zjawił się w domu, patrzyłem bezmyślnie w ekran telewizora na odcinek serialu Dni naszego życia.

– Jesteś już w domu? – zdziwił się i spojrzał zaintrygowany na ekran telewizora. – Oglądasz operę mydlaną? – Przerwał. – Twoja głowa krwawi, tato. Co się stało?

Zapomniałem zmienić bandaż, nie pamiętałem, że może przesiąknąć.

Do wieczora moje myśli stały się klarowniejsze i poczułem się dużo lepiej. Ingrid zbadała rozcięcie, zatamowała krew i zdecydowała, żeby świeży szef pozostał odsłonięty.

Podczas kolacji, w celu wyjaśnienia tego, co się stało, podałem Johnowi rozsądną wersję wydarzeń tego dnia. Mądry nad swój wiek, potrząsnął głową i rzekł:

– Tato, nie możesz tam pracować. To niebezpieczne.

Późną nocą siedziałem na skraju łóżka, gdy Ingrid usuwała makijaż i przemywała twarz.

Powtórzyłem jej całą historię przepraw przez strzeżone bramy i opisałem kampus. Opowiedziałem o fałszywym alarmie, co wywołało u niej nikły uśmiech.

Wstałem i wyjrzałem przez okno wychodzące na dalekie światła miasta.

– Nigdy nie byłem tak przestraszony – stwierdziłem.

Ingrid, wycierając ręcznikiem policzki, odwróciła się:

– Czy ten Napa, albo Gomora, czy jak to tam nazywają, nie jest przypadkiem szpitalem? – zapytała spokojnym tonem.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

– Jeżeli było tak, jak powiedziałeś, to John miał rację i nie możesz tam wracać. Są inne zajęcia. Nie chcę oglądać twoich ran. To nie jest tego warte.

– Przemyślę to – zapewniłem.

Jak większość ludzi, a nawet psychiatrów, niewiele wiedziałem o stanowych szpitalach psychiatrii sądowej, gdy składałem wniosek o pracę w Gomorze. Znałem stanowe zakłady opiekujące się najciężej chorymi z chorych, w rzeczywistości pochodzące ze świata Hannibala Lectera. Pracując w Los Angeles, wysyłałem pacjentów do Metropolitan State Hospital, jednego z pięciu kalifornijskich szpitali psychiatrii sądowej. Ale moja noga nigdy nie przekroczyła bramy żadnego z nich. Nie znałem też nikogo, kto tam był. Ponadto nigdy poważnie nie myślałem o pracy w tego rodzaju szpitalu. W kręgach psychiatrów nie dyskutowano na ich temat. Istniały gdzieś tam – na dalekiej prowincji, daleko. I nikt nie wiedział, jakie to niebezpieczne miejsca. Jednak tego ranka poznałem o nich prawdę.

Przed zaśnięciem przypomniałem sobie worek z moim zakrwawionym ulubionym niebieskim krawatem wepchniętym w kieszeń spodni. Nigdy już nie zobaczyłem tego worka.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

Jestem nikim.

Jestem włóczęgą, lumpem, hobo.

Wagonem towarowym, dzbanem wina.

I zwykłą brzytwą…

Gdybyś się znalazł zbyt blisko mnie.

CHARLES MANSON

 

 

PRZED KILKOMA MIESIĄCAMI, przekopując się przez ogłoszenia w sprawie pracy, natknąłem się na Napa State i przeczytałem szczegóły Ingrid. Byliśmy w poważnych kłopotach finansowych i oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy coś z tym zrobić.

Ożeniłem się z Ingrid w 1998 roku, w czasie gdy ciągle mieszkała w Rezydencji Kształcenia Medycznego i nieustannie tonęła w studenckich długach. Rok później urodził się John. Potem, w 2007, kupiliśmy pierwszy dom i tak jak wielu innych, wpadliśmy w sidła Wielkiej Recesji 2008 roku.

Nasza praca nagle stała się niepewna. Szpital Ingrid zapowiedział wielkie zmiany personalne. Pracodawcy załamali nasze plany finansowe – zmalały dochody. Pojawiło się widmo utraty domu.

Na szczęście pozytywnie rozpatrzono podanie i Ingrid znalazła pracę w dużym szpitalu w Północnej Kalifornii. Tymczasem ja ciągle przeglądałem drobne ogłoszenia w magazynach medycznych i po serii niewypałów natrafiłem na Napa State Hospital.

Z gazetą w ręku podszedłem do Ingrid. Odłożyła książkę.

– To tylko trzydzieści mil od twojego nowego szpitala – zauważyłem.

Ingrid wzięła periodyk i przejrzała sekcję, którą zaznaczyłem kółkiem.

– Słyszałeś coś o tym miejscu? – zapytała.

– To szpital stanowy dla umysłowo chorych. Leczą tam ciężkie przypadki – odparłem.

– To coś dla ciebie, jesteś w tym dobry – stwierdziła Ingrid.

– Wydaje się, że to jest to, czego szukaliśmy – dodałem.

Ingrid rozpogodziła się.

– Chociaż brzmi okropnie – mówiła, oddając mi gazetę – to jednak musisz się zgłosić.

– Już poprosiłem o formularz podania.

Zwróciłem go, wypełniwszy w dwóch egzemplarzach, i z obawą czekałem na odpowiedź.

Ingrid, John, nasze meble i nasze dwa psy – Muller i Scully, czarny border collie i Jack Russell terier – wszystko i wszyscy ruszyliśmy w nieznane. Gdy Ingrid w końcu znalazła dom do wynajęcia, natychmiast się do niego wprowadziliśmy. Od momentu gdy Ingrid rozpoczęła nową pracę, jadałem hot dogi od 7.00 do 23.00, zamawiałem chińszczyznę, sypiałem na podłodze i prowadziłem pertraktacje z pośrednikami handlu nieruchomościami na temat sprzedaży naszego domu. W tym też czasie przyswoiłem sobie nowe określenia, jak „handel nieruchomościami”, „własność osobista”, „bankrut” i tym podobne.

Pewnego dnia odebrałem maila – zaczynał się od: „Gratulujemy Panu…” – zostałem zatrudniony w Napa State. Złożyłem wymówienie w mojej dotychczasowej pracy, uporządkowałem swoje sprawy, w rekordowym czasie spakowałem rzeczy osobiste, lokując je w swoim aucie, i podążyłem w ślad za rodziną.

Ingrid i ja wiedzieliśmy, ile mieliśmy szczęścia. W ostatniej chwili udało się nam uniknąć klęski – nasze głowy ledwo wystawały nad powierzchnią wody i pierwszy raz od wielu lat mogliśmy wyraźnie widzieć jej powierzchnię.

Rankiem usłyszałem budzik nastawiony przez Ingrid i pospieszyłem do kuchni. Nagle poczułem jednak potrzebę odetchnięcia świeżym powietrzem. Wyszedłem z domu przez rozsuwane oszklone drzwi, schyliłem się i zajrzałem między krzaki obok tarasu. Psy szczekały.

– Jezu Chryste – rzekłem i otarłem usta. – Czego się tak denerwujecie, dziesięciolatki?

Serce mi waliło, głowa pękała. Podjąłem decyzję.

W ciągu pół godziny wszyscy ubrali się i zjedli. Ingrid i ja byliśmy gotowi do wyjścia. John pobiegł po książki do szkoły.

– Zatem wracasz tam? – zapytała Ingrid.

– Tak.

– Jesteś tego całkiem pewien?

– Nie – odparłem. – Ale jeżeli nie wrócę, nigdy nie będę mógł wyjaśnić Johnowi, co znaczą „oblicza twoich strachów”.

– John tylko chce, żebyś był bezpieczny – stwierdziła Ingrid.

– Myślę, że to będzie dla niego dobra lekcja – dodałem.

– Nie zwalaj na Johna – obruszyła się. – Tylko proszę cię, żebyś był ostrożny.

 

* * *

Dzień drugi. Podszedłem do metalowych drzwi Oddziału C. Nabrałem głęboko powietrza i zajrzałem przez małe okienko. Korytarz zdawał się spokojny. Otworzyłem i wszedłem do środka.

W połowie drogi do dyżurki pielęgniarek z drzwi wynurzył się McCoy i znalazłem się niemal pierś w pierś z King Kongiem. Swoją masywną postacią blokował przejście w korytarzu.

– Jesteś nowym lekarzem? – zapytał McCoy i uśmiechnął się obleśnie.

– Ja… ja jestem doktor Seager – jąkałem się zdezorientowany, czując suchość w ustach.

Ale zamiast gniewu kolos rozdziawił gębę, błyskając zębami w szerokim uśmiechu.

– Witamy na Oddziale C – rzekł. – Jestem Bill McCoy. Miło mi pana spotkać.

I wyciągnął olbrzymią łapę, a ja walcząc z obrzydzeniem, ująłem ją i potrząsnąłem.

– Przepraszam za wczoraj, doktorze – dodał McCoy. – Z panem wszystko w porządku? Ktoś mi mówił, że rąbnął się pan w głowę.

– Nic takiego – rzuciłem i dotknąłem szwów.

– No, w każdym razie przepraszam za to zamieszanie – ciągnął McCoy. – Pewne osobiste sprawy wymagały załatwienia. Jest pan lekarzem i wie pan lepiej niż ja, że nie można pozwolić na przerzuty nowotworu.

– Rozumiem.

McCoy powlókł się do swojego pokoju.

– Jeżeli będziesz doktor czegoś potrzebował, to daj mi znać, dobrze? – rzucił przez ramię.

– Jasne.

Dzięki Bogu w dyżurce pielęgniarek panował rzadki spokój. Gdy wszedłem do środka, wszyscy spojrzeli na mnie.

– Witam z powrotem, doktorze – rzekł Xiang.

– Jak pańska głowa? – zapytała Kate Henry.

– Dobrze – zapewniłem ją. – Przynajmniej na zewnątrz.

– Dobrze jest pana widzieć – stwierdził Cohen, wchodząc za mną do dyżurki. – Mam tu wszystkie brudy McCoya. Wczoraj, gdy był pan nieobecny, obejrzałem sobie jego kartę – bardzo interesująca lektura.

Odwróciłem się, żeby zobaczyć przez okno pacjentów skręcających do przyległego, otoczonego murem podwórka w zgodnym z harmonogramem czasie zaczerpnięcia „świeżego powietrza”. Pojawił się też McCoy i minął nas, kiwając leniwie ogromną łapą, po czym zniknął z oczu z postępującymi za nim sługusami.

– Czy on nie powinien siedzieć w jakimś więzieniu albo w czymś takim? – zapytałem. – Przecież omal nie zabił tu człowieka.

Xiang chwycił z biurka gruby, czarny segregator i podszedł do drzwi.

– Tu każdy kogoś zabił – oznajmił i zniknął w korytarzu.

Podążyła za nim grupa personelu.

Palanqui szturchnęła mnie w plecy.

– Pewnie nie zechce pan tu zostawać sam, prawda? – zapytała z uśmiechem.

Poszliśmy blisko siebie wzdłuż korytarza. Xiang otworzył drzwi i wszyscy weszli do pokoju narad, chociaż to określenie było trochę na wyrost, był to bowiem tylko mały pokoik, prawie komórka, bez okien, ze stołem i dziesięcioma drewnianymi krzesłami, takimi samymi jak to, którego McCoy użył jako pałki, zadając na korytarzu cios Wilkinsowi. Zajęliśmy miejsca. Xiang położył na stole segregator. Rozpoczął się poranny przegląd pacjentów.

Na początku każdego dnia, w każdym szpitalu na wszystkich oddziałach – w różnym stopniu i z różnymi detalami – omawia się bieżący stan pacjentów, ustalając dzienny plan zabiegów. Jako były asystent profesora szkoły medycznej UCLA uczestniczyłem w tysiącu takich zebrań.

– Ostatniej nocy mieliśmy problem – oznajmił Xiang, kładąc rękę na czarnym segregatorze. – Nocna zmiana poczuła w korytarzu zapach dymu tytoniowego – dodał. – Sprawdzono pokój Leona Smitha i znaleziono go w trakcie gry w kości. Jak zwykle: dym w powietrzu, pacjenci zgromadzeni w kręgu, monety na podłodze. Złapano Smitha z kośćmi w ręce.

– Czy współmieszkańcem Smitha był Wilkins? – zapytała Palanqui.

– Odsunięto na bok łóżko Wilkinsa – rzekł Xiang. – Co bardziej przystosowało pokój do gry.

– Empatia nie należy do zalet niektórych pacjentów – stwierdziła Monabong.

– Niech zgadnę – wtrąciła z udawanym niepokojem Luella Cortes. – Udział w tym brali Chen i Raymond?

– Zgadza się – westchnęła Kate Henry.

Luella zwróciła się do mnie:

– Łatwo zrozumieć Oddział C – rzekła, wskazując drzwi. – Masz ochotę na grę – skrzydło północne. Narkotyki – skrzydło południowe. Prostytucja – wschód. No i – tu potrząsnęła głową i opuściła rękę – skrzydło zachodnie należy do McCoya. Tam możesz mieć wszystko.

– To naprawdę zastanawiające, jak pacjenci się podzielili – zaświergotała Charlene Larsen, tyczkowata czarna pracownica socjalna w wieku około pięćdziesięciu lat. – To przypomina jakiś system nawigacji.

– Prostytucja? – zdziwiłem się, ale nikt mi nie odpowiedział. Pomyślałem, że może źle usłyszałem.

– Dziś możemy zespołowo podyskutować na temat Smitha? – kontynuował Xiang.

– Oczywiście – zgodziłem się i wszyscy się przyłączyli.

Xiang otworzył segregator i przez następną godzinę grupa diagnozowała, ustalała leki i szkicowała projekt ogólnego leczenia wszystkich czterdziestu rezydentów Oddziału C. Podobnie jak inni wyrażałem też osobiste, stosowne komentarze.

– O dziewiątej mamy grupę spacerową – oznajmiła Larsen. – Potrzebuję kogoś do towarzystwa.

– Mogę pomóc – oznajmiła Palanqui. – Ale muszę wrócić do jedenastej na omawianie leczenia bólu i jego objawów.

– Czterech facetów chodzi do szkoły – przypomniała Kate Henry. – Muszą zostać zabrani o dziesiątej, jak zwykle.

– Do szkoły? – zdziwiłem się.

– Realizujemy pełen program nauczania – odparła z dumą oddziałowa. – Mamy też nauczycieli z certyfikatem. Oferujemy program dyplomowy szkoły średniej i możemy przygotowywać do wyższych studiów.

Poznałem McCoya i innych pacjentów z Oddziału C i teraz próbowałem sobie wyobrazić, jak wygląda ta szkolna klasa.

– Kwestie związane z prawem o pierwszej – kontynuował Cohen. – O trzeciej oddział zarządzania.

– Ja mam grupę nauk humanistycznych – oznajmił terapeuta z oddziału rehabilitacji.

– Nie zapominajcie o grupie telefonicznej – wtrącił Randy. – I o tym, że dziś w nocy jest kino nocne. Gwiezdne wojny. Część trzecia.

– Wszystkie dni są tak zapchane? – spytałem.

– Leniwe ręce to warsztat szatana – zacytował Xiang.

– Dokąd prowadzi pani te grupy? – spytałem.

– Większość pozostaje tu na miejscu, w Oddziale C, albo ogólnie w budynku – odparła Palanqui.

– Kto będzie pani towarzyszył? – zainteresowałem się. – Może policja szpitala?

– Jasne, że nie – odparła Kate Henry. – Jak może działać terapia w obecności gliniarza?

Zmieniono temat, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Xiang otworzył segregator na nowej sekcji.

– Doktor Seager i doktor Cohen są tu nowi – rzekł. – Przeanalizujemy zatem każde indywidualne przestępstwo. To ważne znać te rzeczy.