Psycholog. Sprawa Andrzeja Samsona - Edyta Krześniak - ebook + audiobook + książka

Psycholog. Sprawa Andrzeja Samsona audiobook

Krześniak Edyta

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Andrzej Samson był jednym z najbardziej znanych polskich psychologów. Występował w telewizji, pisał książki, cieszył się dużym zaufaniem. Gdy w 2004 roku w śmietniku nieopodal jego mieszkania znaleziono dziecięcą pornografię, wybuchła jedna z najgłośniejszych pedofilskich afer w historii Polski.

Na zdjęciach byli Kuba, Natalia, Beata, Olaf, Klara, Franek i inne dzieci, którym Samson miał pomóc. To do nich niemal codziennie wraca tamten koszmar.

Proces był wielowątkowy i trwał latami. Sprawę chciano zamieść pod dywan. Środowisko psychologów do dziś nie zrobiło rachunku sumienia. Są jednak ludzie, którzy kiedyś nie mogli mówić, a dziś chcą przerwać zmowę milczenia.

Edyta Krześniak – jedyna dziennikarka, która rozmawiała z przebywającym w areszcie Andrzejem Samsonem, z jego ofiarami i ich bliskimi – po latach wraca do tej sprawy, rozkłada ją na czynniki pierwsze i relacjonuje swoje śledztwo. Wszystko po to, by dotrzeć do prawdy i zrozumieć, jak to możliwe, że guru polskiej psychologii skrzywdził tak wiele dzieci, i dlaczego nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 11 min

Lektor: Edyta Krześniak

Data ważności licencji: 5/20/2031

Oceny
4,7 (18 ocen)
14
3
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
enescu

Nie oderwiesz się od lektury

Ciężko było przebrnąć przez tę opowieść. ogromny szacunek dla autorki, jest to lektura wstrząsająca i bardzo potrzebna. Ta historia nie może pozostać zamieciona pod dywan
10
Iza54

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobry reportaż.Pani Edyta włożyła ogrom pracy żeby odkryć prwdę o Andrzeju Samsonie i o środowisku psychoterapeutów.Tak trudno uwierzyć , że wymiar sprawiedliwości w tak ważnej sprawie nie zadbał aby proces toczył się z należytą starannością.To co uczynił Samson nie da się niczym wytłumaczyć.Skrzywdzone dzieci na zawsze pozostaną skrzywdzone.
00
Saskia74

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana książka o wstrzasajacych wydarzeniach.
00
Helenucha

Nie oderwiesz się od lektury

Porażający i do perfekcji przygotowany reportaż.
00
Gerosy

Nie oderwiesz się od lektury

Trudna w odbiorze, przerażająca i szokująca. ale o takich sprawach należy mówić głośno. Świetna pozycja!
00



Copyright © by Edyta Krześniak

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Michał Misiorek

Redakcja tekstu: Maja Strzeżek

Adiustacja i korekta: Studio NOTA BENE

Promocja i marketing: Zofia Murawska-Cornago

Projekt okładki: Agnieszka Gontarz

Fotografia na okładce: Michał Sadowski / Forum

ISBN 978-83-8399-570-0

Imiona i nazwiska niektórych osób opisanych w tej książce zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.

www.otwarte.eu

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Wstęp

Są tematy, których najlepiej nie poruszać, ale zamiatanie tej historii pod dywan niczego nie zmieni. Bo niestety się wydarzyła. Na zawsze wpisała się w życie wielu osób, które miały z nią styczność. Ogromne piętno odcisnęła na rodzicach dzieci, którzy szukali pomocy dla swoich pociech, a zamiast tego dostali dożywotni bagaż bólu i cierpienia.

Indywidualne traumy dzieci, którym miał pomóc znany psycholog, są żywe do dziś.

Pokrzywdzeni próbują normalnie żyć, ale nie jest to łatwe, są też takie ofiary, które odeszły, popełniając samobójstwo. Rodziny skrzywdzonych pacjentów Andrzeja Samsona od lat żyją z poczuciem niesprawiedliwości i krzywdy.

Pytania, na które do dziś nie ma odpowiedzi, zostały. Zadają je nie tylko pacjenci i ich najbliżsi, ale też bliscy terapeuty, zapalając pierwszego listopada znicz na jego grobie. Zamknięte wieko trumny skończyło tę historię jedynie pozornie.

Otwieram więc zakurzone tomy akt, gdzie nikt nie zaglądał od dwóch dekad, by postawić kropkę, której w stosownym czasie nie postawił wymiar sprawiedliwości.

W tej sprawie nigdy nie doznały sprawiedliwości skrzywdzone dzieci ani ich bliscy. Może upublicznienie tej historii, oprócz ponownego bólu, pozwoli zrozumieć, że krzywda dzieci musi być dostrzegana i bezwzględnie piętnowana. A w sprawach o molestowanie i wykorzystywanie seksualne małoletnich kluczowe są połączenie nieuchronności kary i terapii dla sprawcy, wsparcie dla ofiar oraz edukacja społeczna.

Przed laty Andrzej Samson został wzięty przeze mnie pod lupę. Stworzyłam wówczas, przy współudziale moich kolegów operatorów, dźwiękowców i montażystów, kilka telewizyjnych programów dla TVN24 i TVN oraz zebrałam sporą dokumentację dotyczącą znanego psychologa. Po jej przejrzeniu śmiało mogę postawić tezę, że człowiek ten poruszał się w dwóch światach. W jednym uchodził za gwiazdę psychologii, w drugim panoszyły się demony.

Głośną sprawą Andrzeja Samsona zajmowało się wielu dziennikarzy, mnie ta sprawa „zabrała” bezpowrotnie. Od czasu jej zakończenia wracała jak bumerang przy różnych okazjach. Po dwudziestu latach zdecydowałam, że czas postawić kropkę w najgłośniejszej i najbardziej obrzydliwej ze spraw i poprosiłam sąd o wgląd do akt. Zaskakujące było dla mnie odkrycie, że jestem jedyną osobą, która przez te wszystkie lata zajrzała do sądowych teczek. Nie zrobił tego żaden publiczny obrońca Samsona, żaden jego przyjaciel, żaden inny dziennikarz, influencer, wikipedysta ani rodzina. Wraz ze śmiercią Andrzeja Samsona zamknięto sprawę, ale nie skończono z szerzeniem kłamstw i dezinformacji, że Samson był niewinny, bo prawomocny wyrok nie zapadł.

Proces Samsona toczył się, niestety, za zamkniętymi drzwiami. A niestety, bo myślę, że gdyby był jawny, gdyby wiedza o dowodach zebranych w śledztwie była dostępna opinii publicznej, sprawa mogłaby mieć inny przebieg, nie byłby potrzebny ani wieloletni proces, ani kolejni powoływani przez lata biegli roztrząsający, czy przekroczono granice „terapii”. Cały ten sądowo-medialny absurd można byłoby zakończyć w kilka dni i zająć się wątkami, które po drodze gdzieś „zniknęły”, czyli kwestią pornografii dziecięcej odbieranej i wysyłanej z komputera Andrzeja S. Przez lata procesu drzwi sali rozpraw – zamknięte, by jakoby chronić małoletnich – tak naprawdę chroniły Andrzeja Samsona. Po ponownym przejrzeniu akt nie mam już wątpliwości. Wszystko, co się działo wokół tej sprawy, to spektakl, który nadal trudno zrozumieć. Przewlekłość postępowania, gra obrony i niesprawiedliwość – przez ponad cztery lata obserwowałam to z bliska. Przez trzy lata sterczałam przed zamkniętymi drzwiami sali w sądzie na ulicy Ogrodowej w Warszawie, by poukładać porozrzucane strzępy informacji i zrozumieć, co się stało w gabinecie „doktora S.”.

Ta sprawa to plama na historii wymiaru sprawiedliwości, świata psychologii i mediów. Lekcji nie odrobiono do dziś.

Z nadzieją, że choć temat jest obrzydliwy i smutny, to pozwoli na refleksję, a może i w końcu na tak długo oczekiwaną i zapowiadaną zmianę w standardach opieki psychologicznej, oddaję Państwu tę książkę, by prawda nie była już nigdy więcej retuszowana.

Sprawa, której ukręcono łeb i która obnaża podłość tego świata, wraca niemal codziennie do Kuby, Natalii, Beaty, Olafa, Klary, Franka, Kornela, Julii, Krzysia, Dominiki, Pawła, Marty i innych dzieci, których nie zidentyfikowano, ba, nawet ich nie szukano. Zmieniam imiona ofiar, chociaż dla nich nie ma to znaczenia, bo to, co się wydarzyło, po prostu jest.

To historia, która na zawsze zmieniła życie dzieci z gabinetu Andrzeja Samsona, ich rodziców, rodzin, a także moje postrzeganie ludzi, życia oraz mediów. Dziś wiem, że czujność i brak zaufania trzeba zapisać w DNA wszystkim rodzicom, by podobne historie już nigdy się nie wydarzyły.

Ku przestrodze.

Edyta Krześniak

Guru

Wszystko szło zgodnie z planem, życie rodzinne i zawodowe. Była miłość, dziecko, praca i pieniądze. Wyposażony nowocześnie dom, dobry samochód, zagraniczne podróże, ciekawy zawód. Do pełni szczęścia jednak czegoś jej brakowało. Na co dzień nie zaprzątała sobie tym głowy, kroczyła do przodu przebojowo i z tupetem. Gdy pojawiały się problemy czy refleksje, zagłuszała je i bagatelizowała, bo przecież jej życie było idealne.

Jak wiele innych kobiet była posłuszna mężowi, na niektóre sytuacje przymykała oko i szybko wybaczała. Wszystko dla wspólnego rodzinnego dobra i jej wyidealizowanego super życia. On był szefem w pracy i w domu, a ona? Nie miała co narzekać, przecież było wszystko.

Nieoczekiwany impuls, a może długo odkładana decyzja sprawiły, że po ośmiu latach bycia matką wpakowała się znów w pieluchy, karmienie piersią i niańczenie noworodka. Ciąża przebiegała książkowo, przyszła mama doskonale się czuła, była szczęśliwa, podekscytowana, stale afirmowała, żeby na świat przyszedł mały przystojniak.

Pojawił się niebieskooki władca jej serca. Urodził się trochę wcześniej, niż zakładają standardy, bo na początku dziewiątego miesiąca ciąży. To był ten moment, gdy poczuła, że życie stało się pełne.

Zmęczona porodem, ale najszczęśliwsza, odnotowała, że syn w ocenie medyków dostał dziesięć punktów w skali Apgar. Kilka godzin później jej spokój runął i pojawił się gigantyczny strach. Dziecko znalazło się w inkubatorze, a ona w totalnej rozsypce. Jej syn z zaburzeniami oddychania walczył o życie. Lekarze tłumaczyli, że to wcześniak i uspokajali, że wszystko będzie dobrze.

Okres w szpitalu był jak zły sen. Najpierw zaburzenia oddechowe, potem żółtaczka, a do tego jeszcze zapalenie płuc. Po tych wszystkich perturbacjach w końcu dostali upragniony wypis do domu. Kuba, bo takie imię dostał synek, dość szybko rósł, nadrabiał deficyty i przybierał na wadze. Biegała z nim po pediatrach, by mieć pewność, że wszystko idzie zgodnie z jej planem. Porównywała macierzyństwo sprzed ośmiu lat z obecnym. Rozwój drugiego dziecka z pierwszym. Syna z córką. Cały czas towarzyszył jej trudny do określenia rodzaj niepokoju. Nie umiała tego nazwać, ale intuicja nie dawała jej spokoju.

Zadawała dziesiątki pytań znajomym lekarzom, rodzinie. Syn rósł, a lista pytań wraz z nim. Dlaczego jest taki wrażliwy na dźwięki? Dlaczego prawie nie gaworzy? Dlaczego nie chce jeść różnorodnych posiłków? Dlaczego, dlaczego, dlaczego...? Na wszystkie pytania dostawała racjonalne odpowiedzi specjalistów, uspokajające mowy przyjaciółek i delikatne sugestie, że jest przewrażliwiona. Wszyscy wokół tłumaczyli jej, że nie ma powodów do nadmiernego niepokoju, że musi wyluzować, bo to wcześniak. Próbowała, ale stale coś ją dręczyło.

Pozorny, zracjonalizowany przez innych spokój runął na dobre, gdy Kubuś skończył trzy i pół roku. Stale płakał, nie mówił, chociaż już powinien, chodził na paluszkach, często był jak gdyby nieobecny. Wiedziała, że intuicja matki jej nie myli, ale w swoich spostrzeżeniach była osamotniona. Uspokajała ją rodzina, sztorcował mąż, poza nią nikt nie widział powodów do paniki. Ona jednak nie ustawała w dzieleniu się swoimi niepokojami, z kim tylko się dało. W końcu trafiła do poleconej rehabilitantki. Doradziła jej, by sprawdzić, czy to nie jest autyzm. Umówiła wizytę i pojechała z Kubą do fundacji specjalizującej się w rozpoznawaniu autyzmu. Diagnozowanie trwało kilka godzin. W czasie, gdy Kubuś bawił się, rysował, w ciszy układał klocki, ona toczyła walkę z emocjami i kłębowiskiem własnych myśli. Z każdą kolejną minutą czuła coraz większy lęk.

Specjaliści prowadzili obserwacje. Diagnostyczną ciszę co jakiś czas przerywał przeraźliwy krzyk jej dziecka, gdy znikała z jego pola widzenia, ale dla niej było to normalne, to był jego sposób na wołanie matki, inaczej nie umiał. Po cyklu badań poproszono ją do gabinetu.

– Pani syn ma autyzm – spokojnym głosem oznajmiła pani z Synapsis, fundacji zajmującej się diagnostyką, terapią i rehabilitacją osób z autyzmem.

– Słucham?

– Kuba ma autyzm. To nieuleczalna choroba, ale...

– Jak to autyzm? – Miała przeraźliwą pustkę w głowie. – Przecież to...

– Autyzm. Tak niestety brzmi diagnoza.

– Autyzm? Przecież to wyrok. Nieuleczalna choroba. – Była jak w amoku, jakby nie rozumiała, co pani doktor do niej mówi. – Nie można nic z tym zrobić? – pytała, bojąc się odpowiedzi.

– Muszę panią zmartwić. Nie wiemy, co wywołuje chorobę ani co można zrobić, by dziecko wyleczyć. To schorzenie neurologiczne. Największe problemy są z funkcjonowaniem społecznym i z komunikacją. Najprostsze, oczywiste czynności są często nieosiągalne dla chorych. Mózg autysty działa w niestandardowy sposób, każdy przypadek jest inny. Większość naszych pacjentów nie mówi. Niekiedy wypowiadają pojedyncze słowa czy zdania, ale nie wiemy, od czego to zależy. Szukamy indywidualnego klucza, by dotrzeć do zamkniętego świata osoby chorej na autyzm. Czasem się zdarza, że znajdujemy taki klucz. Czasem wydaje się, że idzie dobrze, a nagle pojawia się regres i cała praca zaczyna się od początku. Nie ma żadnej stałej reguły, na której moglibyśmy się oprzeć. Więcej w autyzmie jest pytań niż odpowiedzi.

– Autyzm? – powtarzała, jakby próbowała oswoić zaklęcie. – Pani doktor, w jaki sposób można to wyleczyć? Może są jakieś kliniki prywatne albo...

– Będę z panią szczera. Możemy jedynie poprawić jakość życia pani syna, ale wyleczyć się nie da. Przykro mi. Wielogodzinne rehabilitacje i codzienna, systematyczna, ciężka praca czasem dają efekty, ale żadnej gwarancji nie ma, nikt pani jej nie da. Dzieci autystyczne wymagają wsparcia całej rodziny i...

Terapeutka opowiadała o autyzmie, a ona czuła, jak na jej szyi zaciska się pętla niczym sznur szubienicy. Co dalej? Co z Kubą? Co z jej życiem? Co ma zrobić? Gdzie szukać ratunku? Pytania przeplatały się z wyrzutami, które pojawiały się, bo czuła bezmierną samotność w starciu z chorobą syna. Mąż wiecznie w pracy albo zmęczony, albo poirytowany, albo zarzucający jej, że wmawia chorobę dziecku... A ona? Non stop na pełnych obrotach, gotowa na każde skinienie syna, męża, córki, matki, ojca, teściowej. Całodobowa opieka nad Kubą, odrabianie lekcji z Oliwią, doglądanie firmy, pranie, gotowanie, sprzątanie i wieczne próby zadowolenia wszystkich.

Jak mantra brzmiało w jej uszach zdanie: „Dzieci autystyczne wymagają wsparcia całej rodziny”. Jakiego wsparcia? Skoro jej mąż nawet nie zauważa dysfunkcji syna, a matczyne obawy wyśmiewa od samego początku. Pomału docierało do niej, że o wsparciu może jedynie pomarzyć.

Doskonale wiedziała, że on nie będzie się angażował w życie Kuby, bo nie robi tego w zasadzie od jego narodzin. Wiedziała, że ze wszystkim jest całkowicie sama. Chciała drugiego dziecka, to ma.

Trzymała fason, żeby się nie rozpłakać w Synapsis, żeby się nie rozpaść, bo przecież jest silną kobietą i matką. Przeraźliwy krzyk żalu, gniewu i rozpaczy rozdzierał ją od środka. Po powrocie do domu z druzgocącą diagnozą żebrała o wsparcie, o minimalne zaangażowanie męża, o chociaż jedno słowo pocieszania. Chciała usłyszeć, że dadzą radę, że będzie dobrze, że wszystko się ułoży, że to chwilowy kryzys, który razem pokonają.

Reakcja męża była, delikatnie mówiąc, dziwna. Jakby nie rozumiał albo nie słyszał, co do niego mówi. Nie przyjął do wiadomości diagnozy fachowców. Wyśmiał ją. Krzyczał, że chodzi po jakichś konowałach i cały czas szuka dziury w całym, żeby dała sobie spokój, bo z Kubą wszystko jest okej. Jego syn jest normalnym wcześniakiem, z którego tylko ona usiłuje zrobić chorego. Sama powinna się leczyć, a dziecku dać spokój.

Było w niej morze złości i rozdzierającego lęku. Co dalej? Płacząc całe noce, snuła czarne scenariusze i wizje, że Kuba nigdy nie pójdzie do szkoły, nie będzie samodzielny, nie będzie umiał zbudować relacji, nie będzie miał kolegów, przyjaciół, dziewczyny, nie będzie miał nikogo oprócz niej. Tak bardzo ją to przerażało, że sama zaczęła wypierać diagnozę. Podskórnie jednak wiedziała, że jest bardzo źle i nie będzie lepiej.

Codziennie czekała na cud, który się nie wydarzał. Kuba był jak zahipnotyzowany, nieobecny, bierny. Nie mówił, nie uśmiechał się, nie przytulał, nie angażował w dziecięce aktywności. Krzyk i irytacja pojawiały się nagle. Nigdy nie wiedziała, co może wprawić go w złość. Reakcje były nieadekwatne i nieprzewidywalne. Jedyny czytelny przejaw jego emocji to krzyk. Krzyk, którego chorobliwie nie znosił jej mąż. Niezwykle trudno było jej zaakceptować brak zainteresowania Kubą ze strony męża. Kompletnie go nie obchodził. Nieważne były jego potrzeby, jego emocje, najważniejsze, by nie było go słychać.

Mąż miewał wiecznie fochy, a syn różnego rodzaju fiksacje. Czasami zawieszał wzrok w jednym miejscu i bez mrugnięcia patrzył w jakiś punkt godzinami albo powtarzał jakąś czynność po wielokroć, słuchał jednej piosenki na okrągło albo trzaskał z uporem drzwiami, bez końca. Nie potrafiła nic z tym zrobić. Prośby, obietnice, groźby, krzyk, próby zajęcia go czymś innym – nic nie działało, była bezradna, żadnej zmiany ani w zachowaniu, ani w wyrazie twarzy.

– Uspokój go, do jasnej cholery! – słyszała, ilekroć mąż był w domu.

– Jeśli wiesz jak, to bardzo proszę, nie krępuj się, to przecież też twój syn.

Dalej już języki same ich niosły, często w dialog wplatane były wątki poboczne, żale, jakieś nierozwiązane tematy, pretensje, wulgaryzmy. Temperatura wymiany zdań zawsze osiągała stan wrzenia i zawsze raniła. Powściągliwości nie było u żadnej ze stron.

– Urodziłaś niedojdę, to znajdź na niego sposób, bo tego, kurwa, dłużej się nie da wytrzymać! Cholerny, rozwydrzony bachor! Zajmij się nim! Zrób coś! Co z ciebie za matka? – Ostatnie zdanie zwykle kończyło trzaśnięcie drzwiami, aż szyby w oknach drżały, i pan mąż wychodził z domu, a gdy wracał, czuć było od niego alkohol.

Od czasu diagnozy był to typowy scenariusz ojcowskiej opieki nad synem. Empatia była nieosiągalna w chwilach kryzysowych, a i bardzo rzadko, gdy były ku temu sprzyjające warunki.

Kuba nawet w chwilach awantur był niewzruszony. Niczym zaprogramowany stał i trzaskał drzwiami od pokoju, jak gdyby nic się nie stało. Jakby świat wokół nie istniał.

Początkowo płakała, później czuła wściekłość, z czasem coraz częściej myślała o rozstaniu z mężem. Paradoksalnie wraz z myślą o rozstaniu pojawiał się paniczny lęk, że sama nie da rady, nie podoła finansowo, fizycznie. Strach był na tyle potężny, że natychmiast odpuszczała te myśli i zastępowała je kolejną serią typu: dziecko potrzebuje ojca, dla chłopca ojcowski wzorzec to podstawa, to tylko przejściowy kryzys, kiedyś przecież minie.

Słabość i łzy pojawiały się głównie nocą. A w dzień samodyscyplina i motywacja do znalezienia jakiegoś rozwiązania, by ratować syna. Codziennie przybierała maski, próbowała się uśmiechać, bo przecież w domu była jeszcze Oliwia, jej zdolna, piękna córeczka, którą chcąc nie chcąc zaniedbywała i która była świadkiem dramatycznych zachowań nie tylko brata, ale przede wszystkim taty, no i niestety matki też.

Świat kręcił się wokół Kuby. Bardzo dużo czytała, do późna w nocy przeszukiwała sieć, by znaleźć jakikolwiek ślad dobrych informacji czy nadziei. W oczekiwaniu na cud­-wskazówki rozmawiała ze znajomymi, z autorytetami medycznymi. Pozbawiali ją złudzeń: autyzm jest nieuleczalny i koniec. Momenty załamania przeplatały się z irracjonalną wiarą, że przecież musi być jakiś sposób, by pokonać chorobę.

W tym czasie mąż oddalał się coraz bardziej nie tylko od niej, ale i od dzieci. Nie akceptował diagnozy, wypierał autyzm, negował wszystko i coraz bardziej znikał z jej, Oliwii i Kuby życia. Początkowo nie dostrzegała, że coraz później pojawiał się w domu, że zamykał się przed nimi w piwnicy, wymyślając najrozmaitsze preteksty, i że tam raczył się alkoholem, a potem upijał do nieprzytomności. Ileż on miał robót w tej piwnicy? Wynurzał się zawsze, gdy Kuba już spał, a ona padała na twarz ze zmęczenia. Później było jej to na rękę. Nie musiała z nim rozmawiać, udawać ani skomleć o uwagę. Coraz częściej nie odbierał od niej telefonów, chodził na imprezy i uroczystości sam. Przyjmowała to z pewną ulgą, bo dzięki temu nie było potrzeby odgrywania wzorowego małżeństwa ani poszukiwania opieki dla Kuby. Jej mąż był człowiekiem sukcesu, więc nie pasował do tego obrazu ani zaburzony syn, ani zafiksowana na jego leczeniu matka.

Na próżno było szukać oparcia czy zrozumienia w jej na pozór wzorcowym domu. Wspierała ją co prawda matka, ale nie wiedziała o wszystkim. Przyjaciele odwrócili się, ich atrakcyjność towarzyska z powodu Kuby spadła do zera. Czasem zadzwonił jakiś znajomy, kurtuazyjnie pytając, co słychać.

Pieniądze topniały w zatrważającym tempie. Wydawała je na terapie, rehabilitacje, integracje sensoryczne, zajęcia logopedyczne i inne konsultacje prywatne. Sterroryzowana przez autyzm co kilka dni przeczesywała notes, marząc, by znaleźć namiary kogoś, kto mógłby pomóc, kto zaprzeczyłby diagnozie i dał remedium.

W oko wpadł jej numer przypadkowej znajomej, której kiedyś pomogła urządzić dom. Ot, znajoma, głównie przez telefon, często polecała ją jako zdolną architektkę. Miała szerokie kontakty, sporo wiedziała, pracowała w mediach. Zadzwoniła do niej z nadzieją, że może ona coś wymyśli.

– Nie płacz. Będzie dobrze. Musisz to skonsultować jeszcze z innymi specjalistami. Daj mi chwilę, pomyślę, kto mógłby pomóc, i oddzwonię.

Potrzebowała tych słów otuchy tak bardzo, że poczuła się lepiej. Kaśka załatwiła jej po znajomości konsultacje u najlepszego w Polsce specjalisty. Znała go z telewizji, z prasy, to był autorytet, guru polskiej psychologii.

„Andrzej Samson to polski psycholog i psychoterapeuta zajmujący się terapią rodzin i dzieci, jeden z pionierów polskiej psychoterapii, którą zajmował się od początku lat siedemdziesiątych. Wypracował wiele własnych, niekonwencjonalnych metod terapeutycznych, z których część przynosiła spektakularne rezultaty. Autor poczytnych książek popularyzujących psychologię. Rozwiedziony”. Napisał książki psychologiczne: Moje dziecko mnie nie słucha, Pomiędzy żoną i mężem, czyli jak przetrwać w małżeństwie, Zawód psycholog, Książeczka dla przestraszonych rodziców, Dobra miłość (z Wojciechem Eichelbergerem i Anną Sosnowską), 20 tysięcy godzin w budzie oraz powieść Miska szklanych kulek.

Tyle znalazła o nim w internecie, w Wikipedii. Kaśka tchnęła promyk nadziei w jej beznadzieję. Każdy kolejny dzień przepełniała bezsilność i olbrzymie poczucie winy. Była bezradna w chorobie Kuby, zbyt nieobecna w życiu córki i niewidoczna w związku. Wiedziała, że odkąd pojawiła się diagnoza, poświęca córce za mało uwagi, że jej potrzeby zeszły na drugi plan, że nie tak powinno wyglądać jej nastoletnie życie. Ilekroć pojawiały się wspólne momenty, próbowała się usprawiedliwiać i nadrabiać matczyne zaległości. Córka zawsze jej wtedy mówiła: „Mamo, ja sobie radzę, a Kuba cię potrzebuje”. Oliwia wykazywała dojrzałość, była wsparciem, jej dumą i ukojeniem. Dobrze się uczyła, była otwarta, przepięknie malowała. Gdy pojawił się Kubuś, przestała być jej oczkiem w głowie. Większość czasu i uwagi absorbował synek, a Oliwia jakby świadomie usuwała się w cień.

Chociaż nigdy tego nie usłyszała, to wie, że mimo prób godzenia obowiązków matki dziecka chorego i matki dziecka zdrowego robiła to beznadziejnie. Okradała córkę z chwil, które nigdy już nie wrócą. Początkowo woziła Oliwię na prywatne lekcje rysunku, to był ich czas na rozmowy i wspólne bycie. Później dziewczynka dojeżdżała już sama. Świadomość, że zabrakło jej, gdy była najbardziej potrzebna córce, przyszła zbyt późno.

Rola matki – porażka, rola żony – jeszcze gorzej. Małżeństwo z czasem stało się fikcją. Oddalili się tak bardzo, że przepaść była nie do zasypania. Nie to jednak spędzało jej sen z powiek, tylko Kuba.

Uwierzyła, że guru polskiej psychologii znajdzie antidotum na autyzm. Umówiła wizytę w jego prywatnym gabinecie na warszawskim Mokotowie. Przyjmował w swoim mieszkaniu przy ulicy Wiktorskiej, stosunkowo blisko ich domu.

Pamięta, jak z Kubą weszli po schodach na trzecie piętro do gabinetu, a raczej do skromnej kawalerki, która nazywana była gabinetem. Miała wrażenie, że czas zatrzymał się tu w latach osiemdziesiątych. Zamiast poczekalni taboret w kuchni. Zamiast gabinetu zwykły pokój.

Usiadła na zydelku w kuchni, wzięła syna na kolana i czekała, aż psycholog ich zaprosi. Skanowała uważnie wnętrze. Kuchnia zapuszczona, nikt chyba z niej nie korzystał od lat. Kilka starych szafek, w maleńkim przedpokoju boazeria, na ścianach fotografie. Większość to zdjęcia jakiejś dziewczynki, a także fotografie z zagranicznych podróży.

W gabinecie wersalka, biurko, sosnowe półki, książki, zielone doniczkowe pnące kwiaty i mała kanapa, na której siadywała później po wielokroć. Jej uwagę zwróciła pokaźna kolekcja kaset wideo równo ułożonych na półkach. Wśród tytułów przeważało kino akcji i, o dziwo, filmy erotyczne. Natychmiast uruchomiła się jej wyobraźnia, ale dość szybko zganiła siebie w myślach – przecież do tak znanego specjalisty przychodzą pacjenci z różnymi problemami, także o podłożu seksualnym. Nawet przez chwilę, nie wiedzieć czemu, pomyślała o mężu. Może gdyby naprawić sprawy łóżkowe, to dałoby się jeszcze uratować ich małżeństwo. Przecież kiedyś byli tacy szczęśliwi. Dość szybko wróciła do śledzenia tytułów kaset wideo. A myśli biegały, snując własny scenariusz. Pewnie pokazuje filmy albo fragmenty pogubionym w związkach parom. Swoją drogą, ciekawe, jak wygląda taka terapia. Zaczęła się nad tym przez chwilę zastanawiać, ale pan Samson sprowadził ją na ziemię pytaniem dotyczącym celu wizyty. Poprosił, żeby zrelacjonowała, co ją trapi. Siedział w swoim wielkim fotelu biurowym i palił papierosy, jednego za drugim. Momentami miała wrażenie, że na jego twarzy wypisana była obojętność, że to, co mu opowiada, nic go nie obchodzi. Może to rodzaj ochrony samego siebie, a może po prostu taki był. Długo przedstawiała historię Kuby. Opowiadała o wszystkim, co ją niepokoi, o diagnozie, którą postawili w Synapsisie, i o nadziei, jaką w nim pokłada. Umówili się na kolejną wizytę za tydzień. Był oszczędny w słowach. Mówił krótko i konkretnie. Postawi swoją diagnozę, ale dopiero gdy pozna Kubę i z nim popracuje.

Odliczała dni do wizyty, bo chociaż niczego nie obiecywał, to miała nadzieję. Kaśka dała mu znakomitą rekomendację, a ona uwierzyła w jego wielkość i zawodowstwo, bo guru to guru!

– Proszę zdjąć mu kurtkę i wyjść bez żadnych pożegnań – zarządził, gdy przyszli ponownie.

Była wystraszona, bo znała scenariusz, wiedziała, że syn będzie krzyczał, gdy tylko straci ją z pola widzenia, ale ani słowem nie skomentowała decyzji psychologa. Kubuś czasami zostawał z siostrą albo z babciami, ale nigdy nie zostawał z obcymi, bała się jego reakcji. Andrzej Samson od razu to zauważył.

– Proszę się nie obawiać. Znam się na dzieciach, pracuję z nimi od lat. Będzie trochę płaczu po pani wyjściu, ale zaraz potem syn się uspokoi. Niech pani przyjdzie za dwie godziny. Tyle zajmie mi konsultacja. Nie mam tu warunków, a obserwacja dziecka przynosi najlepsze rezultaty, gdy nie ma pod ręką rodzica. Dziecko jest autentyczne. Niech pani wróci dokładnie za dwie godziny i się nie spóźni, bo następni są w kolejce.

Syn został, a jej serce mało nie pękło. Schodziła stopień po stopniu, słysząc jego krzyk. To było pierwsze tak drastyczne rozstanie. Nie wiedziała, co ze sobą począć. Pojechała na chwilę do pracy, mając nadzieję, że tam zagłuszy rozdzierające ją emocje. Cały czas jednak w głowie słyszała płacz Kuby. Przekonywała własny umysł, że to, co robi, jest dobre. Andrzej Samson mu pomoże, to ich koło ratunkowe, najlepszy psycholog dziecięcy w Polsce.

Tak jak doktor kazał, wróciła punktualnie po dwóch godzinach. W gabinecie była cisza, a Kuba siedział na dywanie i układał szklane kulki. Ustawiał jedną za drugą. Gdy ją usłyszał, podniósł tylko głowę, nie przybiegł się przywitać. Był po swojemu nieobecny i skupiony w zabawie.

– Zapraszam za tydzień. Muszę go poobserwować, by postawić diagnozę.

Nic więcej nie powiedział. Potem też niewiele mówił. Nie mówił, co robili w czasie terapii z jej synem ani co działo się podczas obserwacji. Często na jej pytania odpowiadał jedynie tajemniczym uśmiechem. Nie była nachalna w dociekaniach, bo to przecież guru, wie co robi.

Czy to możliwe?

Pani Joanna przyjechała z córką na urlop do Polski. Od lat mieszkała w Norwegii ze swoją trzyosobową rodziną i nianią. To był dla niej bardzo bolesny i wstydliwy temat, musiała przyjechać, by poznać prawdę. Nie ufała tamtejszym specjalistom – po pierwsze bariera językowa, po drugie sprawa delikatna, a po trzecie to dotyczyło Norwega. Trafiła do gabinetu na Wiktorską. Chciała wiedzieć, czy jej córeczka była molestowana. Na przełomie czerwca i lipca 2002 roku złożyła znanemu terapeucie trzy wizyty. Od razu zagrała w otwarte karty: ma podejrzenie, że dziecko jest seksualnie wykorzystywane przez ojca. Podczas pierwszej wizyty siedziała w kuchni, potem psycholog kazał jej wyjść, mówiąc, że nie jest tu potrzebna, bo dziecko będzie swobodne i spontaniczne tylko bez jej udziału w terapii. Była pełna obaw, ale musiała zdiagnozować dziecko, wykluczyć lub potwierdzić wykorzystywanie przez ojca. Jej córka miała problemy językowe i emocjonalne, kontakt z nią był utrudniony. Nic nie mówiła. Nie opowiadała też o przebiegu terapii. Pani Joanna nie wiedziała, jakich metod używał psycholog i co robił z jej dzieckiem. Uspokajała ją myśl, że to był bardzo znany terapeuta w Polsce, mówiono, że najlepszy.

Rok później, w czerwcu, gdy córka miała pięć i pół roku, znów przyjechała na Wiktorską na kolejne dwie wizyty. Pamięta je dokładnie, z tego czasu ma nawet pamiątkę – jedno zrobione przez psychologa zdjęcie. Cudownie wyglądała jej córka, elegancko ubrana, uczesana, z przyklejonym i nieco sztucznym uśmiechem, ale wyglądała zjawiskowo. Dostała to zdjęcie w prezencie. Znany psycholog dobrze wiedział, że dziecko jest przed przesłuchaniem policyjnym w Norwegii. Wtajemniczyła go we wszystko, opowiedziała o swoich spostrzeżeniach, dowodach i domysłach, o tym, że sprawą córki zainteresowała specjalny oddział policji w Oslo. Psycholog bronił ojca w swoich diagnozach i odradzał skierowanie sprawy na policję. Poproszony o wystawienie pisemnej diagnozy, nie zrobił tego. Wróciła do Norwegii i zaczęła dochodzić prawdy. Sprawa była dość skomplikowana, na jaw zaczęły wychodzić różne dziwne okoliczności, ostatnio córka mówiła o jakichś zdjęciach i o bitych, jak ona, dzieciach.

Czary

Wizyty kończyły się z reguły tak samo: „Zapraszam za tydzień”. Zwykle pan Andrzej był oszczędny w słowach, jeśli mówił, było to ważne. Po kilku spotkaniach z Kubą poprosił jego mamę, żeby zjawiła się u niego z mężem, bez syna.

– Państwa syn nie ma autyzmu. To nie jest autyzm.

Szczęście mieszało się z niedowierzaniem.

– A nie mówiłem, że to twoje imaginacje – zatriumfował ojciec Kuby.

– Ale w Synapsis powiedzieli...

Terapeuta przerwał jej w pół zdania:

– Proszę pani. Kuba nie ma autyzmu, tego jestem pewien. Zdarza się, że rozwój dziecka, zwłaszcza w pierwszych latach, jest nieharmonijny. Mniej lub bardziej. Tu dostrzegam dużo deficytów rozwojowych, ale nie jest to autyzm. Moim zdaniem można te deficyty wyeliminować. Trzeba tylko je wyrównać i nadrobić rozwój. Nie ma na co czekać. Zapraszam za tydzień.

Czas do spotkania z psychologiem Kubuś miał wypełniony po brzegi zajęciami ze specjalistami od poszczególnych dysfunkcji. Bez autyzmu wszystko miało się wydawać prostsze, jednak diagnoza guru nie zmieniła w ich życiu niczego. Cieszyła się z najmniejszych osiągnięć syna. Sukcesem było to, że nie sika już w pieluchy, że zaczął edukację przedszkolną, że jest między dziećmi. Cotygodniowe terapie u psychologa pozwalały i jej oczyścić nieco duszę. Krótkie rozmowy, wskazówki, trochę zainteresowania to był dla niej duży plus.

Pomysł Andrzeja Samsona, żeby Kuba poszedł do przedszkola, wydawał się jej dość abstrakcyjny. Z perspektywy czasu wie, że był przełomowy w rozwoju syna. Znalezienie miejsca w przedszkolu początkowo wydawało się niemożliwe. Nie było placówki, która chciałaby mieć to dziecko u siebie. Pomógł jej znajomy ksiądz. To dzięki niemu Kubuś znalazł się między rówieśnikami w przedszkolu prowadzonym przez siostry zakonne. Dziś wie, że to najlepsze, co mogło im się przytrafić. Jej syn odstawał, i to wyraźnie, od innych dzieci, ale otoczenie go zaakceptowało. Wreszcie poczuła, że komuś poza nią zależy na przebudzeniu jej syna. Wszystko działo się w jego tempie, nikt go do niczego nie zmuszał, nie poganiał. Chłopiec bardzo delikatnie wchodził w świat zabaw z dziećmi. Miał wsparcie i zrozumienie, a ona poczucie, że jest w rękach profesjonalnych opiekunek. Na każdym kroku była empatia, której chyba ona potrzebowała bardziej niż Kuba. Coraz częściej dostawała sygnały od jego kolegów, że staje się im bliższy, że dzieci lubią się z nim bawić, że rysowali, lepili plastelinę czy budowali razem z klocków. Bardzo ją to cieszyło, martwiło jednak, że nadal nie mówił. Była to bariera nie do przejścia. Któregoś dnia, gdy odbierała go z placówki, siostra zakonna powiedziała, że powitał ją słowami: „Część Boże”. W oczach stanęły jej łzy, bardzo chciała, by był to zwiastun tego, że jej dziecko będzie mówić. Z każdym kolejnym dniem przedszkolnej edukacji widziała progres.

Pomalutku Kuba wdrażany był w obowiązki przedszkolaka. Coraz aktywniej uczestniczył w zajęciach edukacyjnych, a wszelkie jego słabości siostry traktowały z niezwykłą miłością. Aż trudno było uwierzyć, że jej syn uczył się pisać, czytać, malować, wycinać, dbać o porządek. Wszystko to dotychczas wydawało się poza jego zasięgiem, a tu proszę.

W domu nadal bywało różnie, czasami zawieszał się na jakichś czynnościach i powtarzał je w kółko. Potrafił rzucić talerzem pełnym zupy, bo jej nie lubił, walić pięścią w stół i trzaskać drzwiami bez końca. Denerwował się z sobie tylko znanych powodów. Bardzo trudno było go wydobyć ze świata automatyzmu. To wszystko było wpisane w uroki jej życia, już to wiedziała i układała się z tym coraz bardziej. Priorytety miała jednak niezmienne. Terapia, terapia i jeszcze raz terapia – wiedziała, że to klucz do przyszłości Kuby.

Wszystko, co uda się osiągnąć teraz, zaprocentuje być może w przyszłości. Ku jej radości zajęcia logopedyczne przynosiły efekty. Często zza drzwi słyszała, jak Kubuś powtarza słowa, wykonuje polecenia, artykułuje coraz ładniej dźwięki. Integracja sensoryczna poprawiała jego koordynację ruchową i koncentrację. Z coraz większą łatwością układał puzzle, nawlekał koraliki na sznurki, wrzucał piłki do kosza.

Wdrażanie syna w „normalny świat” nie było łatwe, ale nieuniknione. W domu ćwiczyła z nim najróżniejsze sekwencje zalecane przez poszczególnych specjalistów. Okupione to było często histerią, krzykiem, płaczem. Kuba miał swoje nawyki, które stanowiły rodzaj natręctw. Stale trzeba było mobilizować go do pracy. Pracował na zajęciach, w przedszkolu, na spotkaniach z logopedą, psychologiem, reedukatorem, na integracji sensorycznej i do tego jeszcze z mamą w domu. Czuła, że momentami jest tyranem, ale wszystko dla jego dobra. Stawała na głowie, by zainteresować go czymkolwiek. Cały czas szukała najróżniejszych sposobów, by odkryć jego potencjał. Kupowała wszystko, co mogło w tym pomóc. Programy edukacyjne wideo dla dzieci były strzałem w dziesiątkę. Komputerowy świat zainteresował Kubę na tyle, że przed monitorem miewał chwile koncentracji, jakie były nieosiągalne gdzie indziej. W dodatku ten rodzaj nauki sprawiał mu przyjemność. Któregoś dnia odkryła, że posługując się myszką, robi to intuicyjnie i logicznie. Wykonuje polecenia, zna litery, potrafi czytać i pisać. Była zdziwiona, bo przecież nie mówił. Ćwiczył mowę, ale nie mówił. Położyła przed nim piłkę i zapytała, co to jest. Zaczął uderzać w klawiaturę i na ekranie komputera pojawił się napis: „piłka”. Zaczęli zabawę. Nazywał przedmioty, które kładła przed nim. Popłakała się ze szczęścia. To był kolejny dowód, że jej upór i walka o przyszłość Kuby mają sens.

Niewiele niestety jej odkrycie zmieniło w codzienności. Nadal najprostsze czynności sprawiały chłopcu olbrzymią trudność. Ubieranie sprawiało ból, wyjście gdziekolwiek było gigantycznym wyzwaniem, posiłek torturą. Czasem pojawiał się bezruch albo automatyzm. Krzyk, płacz, czyli manifestacje niezadowolenia, nadal były nie do przewidzenia. W miejscach publicznych bardzo często czuła ludzkie spojrzenia pełne odrazy, niechęci i pogardy.

– Proszę go uspokoić! – nawoływali przypadkowo napotkani ludzie, a kończyli z reguły pointą pełną jadu: – Co to za matka, która swojego bachora nie potrafi uspokoić.

Odrzucenie czuła dużo mocniej niż Kuba. Ludzie zdrowi nie chcą mieć chorych, „innych” w pobliżu, zdecydowanie psuje im to poczucie estetyki. Mimo że nie powinno jej obchodzić, co sądzą inni, dotykało ją to bardzo. Czuła chyba za dwoje, bo syna raczej to nie obchodziło. Przecież nie mogła zamknąć go w klatce, nie mogła hodować dziecka w domu, wiedziała, że musi być wśród ludzi, także obcych, czy im się to podoba czy nie, musi go uspołeczniać.

Nie było to łatwe, wiedziała, że ludzi nie zmieni, a na Kubę miała marne przełożenie. Jej syn powoli zbliżał się do tak zwanego zwyczajnego świata. Dostrzegała to coraz częściej, bo i w domu chętniej wchodził w interakcje z siostrą. Razem się bawili, razem malowali. Nie mogła wyjść z podziwu, z jaką troską i miłością podchodziła do Kuby jej córka. Cierpliwie tłumaczyła, pokazywała i powtarzała. Oliwia cieszyła się z każdej postawionej na kartce przez brata kreski. Motywowała go i chwaliła, bardzo mu to odpowiadało. Coraz bardziej był obecny, więc mama wdrażała go w domowe zajęcia. Zabierała do kuchni. Najpierw obserwował, a później stopniowo angażowała go w przygotowywanie posiłków, pieczenie, gotowanie, zmywanie. Zachęcany do mieszania składników, ugniatania ciasta, kosztowania cukru, soli, octu, oleju był w siódmym niebie. Początkowo bał się miksera, młynka czy elektrycznej maszynki do mięsa. Spokojnie tłumaczyła mu, uprzedzała fakty i oswajała go z tematem. Z czasem synek uprzedzał jej komendy. Wystarczyło, że powiedziała, jakie danie przygotowują, i już sięgał do lodówki lub szafki po co trzeba.

To były chwile niesamowitego szczęścia, dające nadzieję. Nie trwały niestety długo, codzienne trudy przykrywały je szybko. Do tego dochodziły ciągłe dziecięce infekcje. A to niczego im nie ułatwiało. Wizyty u lekarzy nie należały do przyjemności. Któregoś dnia po konsultacjach ze znajomym profesorem dostali zalecenie usunięcia przerośniętego migdałka. Lekarz zasugerował, że to może być przyczyną uniemożliwiającą mowę. Dość szybko zdecydowała, że syn pójdzie na zabieg.

Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 2001 roku zapisał się w jej pamięci na zawsze. Synek, układając klocki Lego, powiedział:

– Kurde, nie udaje mi się.

To był moment, od którego lawinowo ruszyła mowa. Do dziś mama Kuby nie wie, co spowodowało, że syn przemówił – wycięcie migdałka, rehabilitacja czy po prostu nadszedł jego czas, a może cud? Być może wszystko po trochu. Robił postępy coraz szybciej. Prawdziwą katastrofą natomiast stawało się jej małżeństwo. Sięgnęła dna upokorzenia, bólu, strachu, lekceważenia, odrzucenia, niekochania i terroru. Awantury i kłótnie były o wszystko. Do tego brakowało pieniędzy nie tylko na leczenie syna, ale i na codzienne życie. Trzeba było ustawić priorytety wydatków, więc ustawiła – w efekcie odcięli im prąd.

Brak prądu, zdaniem męża, to była jej wina, wpuściła panów z elektrowni do domu, to odcięli. Nie było nieszczęścia, którego mąż by jej nie przypisał. To ciągłe obwinianie o wszystko było potwornie męczące. Jednocześnie coraz bardziej była nieprzemakalna. Awantury, po których kiedyś potrafiła przepłakać pół nocy, teraz nie robiły na niej wrażenia, nie raniły tak bardzo. Była już gotowa na biedę, głód i niepewność. Była gotowa na wszystko, byle tylko mąż przestał ją dręczyć, by zniknął z jej życia. Chociaż odbywało się to na raty, w końcu wyprowadził się z domu. Nie przypuszczała jednak, że po rozstaniu całkowicie przestanie finansować utrzymanie syna.

Najpierw zamartwiała się, co dalej. Później sprzedała biżuterię, by zapłacić rachunki. Potem sprzedała samochód, żeby było na rehabilitację. Brała każde zlecenie, jakie tylko wpadło jej w ręce. Projektowała głównie nocami, by zapewnić dzieciom byt. Przez cały ten czas Kuba korzystał z terapii poleconego psychologa.

– Dlaczego Kuba nie przyzwyczaił się do wizyt u pana? – zapytała któregoś razu Samsona.

– A pani lubi chodzić do dentysty?

– Nie.

– To oczywiste, że się sprzeciwia i buntuje. Nie wszystko, co go spotyka w moim gabinecie, jest dla niego wygodne. A poza tym bunt jest oznaką jego próby wyodrębniania jako jednostki.

– Jak pan myśli, ile może potrwać ten bunt? Za każdym razem, gdy wychodzimy do pana, on mówi, że nie chce.

– Pani syn jest trochę jak małe, niewychowane zwierzątko. Do tej pory żył w swoim świecie bez zasad, jakichkolwiek norm i ograniczeń. Teraz te normy są mu narzucane, również przeze mnie. Dlatego się sprzeciwia. Musimy to przetrwać, jeśli liczymy na efekt w terapii.

Było to dla niej logiczne i spójne. Kuba przecież sprzeciwiał się wszelkim zmianom. Czasami histerycznie reagował na wizyty u logopedy, lekarza, spacery, wspólne wyjścia do sklepu i na wiele innych spraw. Mówił, że nie chce, nie lubi, nie pójdzie.

Nieraz rozmawiała z Andrzejem Samsonem, jak to zmienić, co zrobić, jak negocjować, skoro tylu rzeczy Kuba nie chce robić. Zgodnie ze wskazówkami psychologa nie zważała na sprzeciw dziecka. Regularnie przez lata prowadzała go do niego na terapię.

Schemat zawsze był ten sam. Wchodzili na trzecie piętro w bloku przy ulicy Wiktorskiej, tam zdejmowała mu kurtkę i uzgadniała godzinę, o której ma po niego wrócić. Najczęściej spotkanie trwało półtorej godziny. Później terapeuta poświęcał jej kilka minut, aby porozmawiać. Poruszała zwykle bieżące kwestie dotyczące syna i zadawała najróżniejsze pytania. Dopytywała o aktywność Kuby podczas terapii, o postępy, o zalecenia, co mają wprowadzić w domu, co jeszcze zrobić, by były efekty, o które wszystkim chodzi.

Chyba nigdy nie usłyszała konkretnej odpowiedzi na pytania, co robili podczas spotkania w gabinecie. Zawsze Samson sprowadzał swoją wypowiedź do tego, że bardziej obserwuje pacjenta i podąża za nim w swojej lekarskiej praktyce. To były bardzo ogólne stwierdzenia, bez jakichkolwiek szczegółów. Nie satysfakcjonowały jej te odpowiedzi, ale ufała polskiemu guru. Przecież obalił diagnozę autyzmu, wysłał jej dziecko między rówieśników, do przedszkola. Dawał nadzieję, chociaż nigdy wprost. Nie mówił zbyt wiele, a ona coraz mniej pytała. Kiedyś śmiejąc się, odpowiedział na jej pytanie: „Co robię? Czaruję”.

Śmietnik

„27 czerwca 2004 roku o godzinie 14.45, pełniąc służbę patrolową radiowozem oznakowanym, przechodnie poinformowali, że na jednym ze śmietników przy ulicy Racławickiej między posesjami znajdują się zdjęcia z dziecięcą pornografią”1 – to fragment policyjnej notatki funkcjonariuszy, którzy w tym dniu pełnili dyżur*.

Przy Racławickiej mieszkał pan Jan podejrzany niegdyś o pedofilię – to do niego od razu ruszyli policjanci. Jak się okazało, wyprowadził się przed trzema laty. Robiąc oględziny śmietnika, sierżant Sławomir J. zwrócił uwagę na dwa zdjęcia. Na pierwszym z nich widać było mężczyznę – miał około pięćdziesięciu lat, siwą brodę i ciemniejsze włosy, siedział w fotelu. Na drugim zdjęciu zauważył rozebranego małego chłopca i męską lewą dłoń znajdującą się blisko jego genitaliów. Wyglądało to tak, jakby ręka chciała złapać przyrodzenie chłopczyka. Na palcu widać było obrączkę, a przy kciuku znamię lub bliznę. Jakieś pół godziny później, podczas przeszukiwania przez policjantów śmietnika, pojawił się on. Człowiek z fotografii. Zwrócił uwagę funkcjonariuszy. Jeden z nich podszedł, by go wylegitymować. Mężczyzna, wyraźnie zdenerwowany, spoglądał na śmietnik, przedstawił się, podał imię, nazwisko i adres zamieszkania. Aby potwierdzić tożsamość, poszli z nim do mieszkania na trzecim piętrze, bo nie miał ze sobą dowodu. W pokoju zauważyli zdjęcia dziewczynki, która była podobna do tej, którą widzieli na fotografii znalezionej na śmietniku.

– Czyje to zdjęcie?

– Córki.

– Czy możemy je zabrać ze sobą na komisariat?

– Tak.

Andrzej Samson został zawieziony radiowozem na Malczewskiego 3/5/7.

* We wszystkich cytowanych dokumentach – zeznaniach, protokołach przesłuchań, aktach sądowych, notatkach policyjnych, opiniach lekarskich – zachowano pisownię oryginalną.

News

Andrzej Samson został zatrzymany. Wykręciłam numer, pod którym miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej. Pierwszy nietrafiony, kolejny – nic nie wiedzą, jeszcze jeden – pudło. Wykonałam kilka telefonów, zanim w końcu złapałam trop. Dowiedziałam się, że sprawa dotyczy wyrzuconych na śmietnik zdjęć. Zatrzymana została jedna osoba, a zdjęcia to najprawdopodobniej pornografia dziecięca. Trudno mi było uwierzyć w te rewelacje, ale źródło zdawało się wiarygodne. W dodatku kolejny z moich informatorów potwierdził informację i wspomniał, że sprawa jest gruba, może chodzić o pedofilię.

Zadzwoniłam do wydawcy dwudziestoczterogodzinnej telewizji informacyjnej, w której pracuję, z zastrzeżeniem, by sprawdzili jeszcze w innych źródłach, zanim puszczą wiadomość na antenę. Otworzyłam notes, komputer i zaczęłam pracę, wszystkie wcześniejsze plany odwołałam. Zaczęłam poszukiwania, które pomogłyby mi zrozumieć, co się wydarzyło, dlaczego Andrzej Samson, guru psychologii, ekspert medialny został zatrzymany i co ma z tym wspólnego pornografia znaleziona na śmietniku koło jego domu.

Może to nieporozumienie, a może dostał cynk, że mają go na celowniku i wyrzucił zdjęcia w popłochu? A może ktoś je wyrzucił, by go wrobić? W głowie miałam dziesiątki hipotez. Każdy wariant był prawdopodobny. Andrzej Samson został zatrzymany 27 czerwca 2004 roku o godzinie 18.05.

W natłoku myśli przypomniało mi się moje ostatnie spotkanie z psychologiem, na służbowym gruncie. Pamiętam, że umówił się z nami (z ekipą telewizyjną) na nagranie w swojej kawalerce. Za nic nie mogę sobie przypomnieć, czego dotyczył temat, ale całą resztę pamiętam dokładnie. Spotkaliśmy się przed blokiem, bo przyszedł równo z nami. Ubrany był w skórzaną czarną kamizelkę, to był jego charakterystyczny telewizyjny image. Weszliśmy na trzecie piętro. Otworzył drzwi swojego mieszkania i pokazał miejsce, gdzie chłopaki mogli rozłożyć kamerę. Zasiadł w skórzanym fotelu obok swojego biurka i czekał na pytania. Pamiętam, że już przy odpowiedzi na drugie pytanie zorientowałam się, że jest podcięty. Mimo to przed kamerą prezentował się jak zawodowiec, medialny ekspert. Mówił w miarę składnie, krótkimi zdaniami, tak jak lubi telewizja. Wiedział, że bon moty dobrze się w mediach sprzedają.

Zaraz po nagraniu podzieliłam się refleksją z kolegami:

– Chłopaki, czy mi się wydaje, czy pan Andrzej był pijany?

– Mocno wczorajszy albo już dzisiejszy – zaśmiał się operator.

– Chyba dzisiejszy, bo kiedy podpinałem mikroport, czułem alkohol – skomentował dźwiękowiec.

– Mogłam zapytać wprost.

Byłam zmieszana, zła, że nie zareagowałam, ale było mi głupio zapytać eksperta wprost, czy jest pijany – co za absurd, ale to już bez znaczenia. Nie rozumiałam tylko dlaczego, kiedy potwierdzałam nasz przyjazd, nie powiedział, że jest na przykład niedysponowany. Mógł przecież też powiedzieć, że coś mu wypadło. Dlaczego nie zrobił uniku, nie przełożył spotkania. Wydawało mi się to kompletnie bez sensu. Kilka tygodni później, penetrując archiwa telewizyjne, dowiedziałam się, dlaczego nie przełożył nagrania – bo występowanie przed kamerą pod wpływem alkoholu nie było dla niego niczym nowym.

Zaraz po wyjściu od Andrzeja Samsona zaczęłam poszukiwania innego eksperta, a wywiad z podchmielonym psychologiem trafił do śmieci, a nie na antenę.

Ten jego wybryk w zestawieniu z dopiero co zdobytą informacją nabrał innego wymiaru. Może zatracił się w piciu i popłynął? Mężczyźni często ekscytują się rozebranymi kobietami. Może i on miał z tego fun, a może podwyższony testosteron? Teraz nastolatki wyglądają na bardziej dojrzałe. Pornografia to przecież pojemny zbiór. Ciekawe, czy tylko miał czy rozpowszechniał? Bo chyba nie produkował. A może... Kto wie, jaki demon siedzi w pijanym mózgu dojrzałego faceta. Zaczęłam dzwonić dalej, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Następnego dnia od rana wszędzie królowała informacja: „Znany psycholog Andrzej S. zatrzymany...”. Nie było dziennika, w którym zabrakłoby tej wiadomości. Co za absurd, wszyscy przecież wiedzą, że chodzi o Samsona. Pokazują go z zapikselowaną twarzą, w prasie, w telewizji, ale podają wszelkie identyfikujące go szczegóły.

Po zakończeniu pracy śledczych przy śmietniku i w mieszkaniu na Wiktorskiej swój dyżur objęli dziennikarze, którzy dopytywali przechodniów, sąsiadów z bloku, szukali świadków i informacji. Sprawa była szokująca i zagadkowa.

Śmieci psychologa

– Oględziny altany śmietnikowej, wpisz w tytule. Zaplecze budynku, tu wpisz adres – dyktuje bardziej doświadczony policjant młodemu. – Plastikowe worki przecinek porozrzucane po ziemi zdjęcia. Masz?

– Tak.

– Pisz dalej: polaroid, sztuk 682. Fotografie robione metodą klasyczną – 249 sztuk o wymiarach dziewięć na trzynaście oraz osiem sztuk o wymiarach dziesięć na piętnaście. Fotografie ujawniono wzrokowo. Leżą w kartonie, po stronie prawej, na wierzchu śmietnika. Ponadto pomiędzy kartonami plastikowe pudełko z czterema sztukami dyskietek komputerowych opisane: jeden, AB myślnik ubrania; dwa, Sex chłopców; trzy, GIRLBOY XXX; czwarta nie posiada nalepki ani opisu.

– Dużo jeszcze tego pisania?

– Chłopie, to dopiero początek. Na ziemi pomiędzy kontenerami... Piszesz? Ujawniono album fotograficzny, foliowy, koloru szarego, zawierający 29 sztuk fotografii z numerami telefonów. Wśród fotografii naga dziewczyna, zdjęcie zrobione aparatem polaroid.

– Mam. Dalej?

– Album koloru zielonego z materiału (polaroid sztuk 35). Następny: różowy kolor i tu zaznacz, przedstawiający nagą dziewczynkę. Kolejny: czerwony album z materiałową wstawką i napisem PHOTOS, i tu zdjęcia polaroid, sztuk 49, przedstawiają gołą dziewczynkę. Po prawej stronie przy kontenerze zdjęcia polaroid w liczbie pięciu sztuk, przedstawiają gołą dziewczynkę, no i pudełko z dyskietkami...

Policjanci opisywali fotografie, dyskietki, albumy do późnej nocy, między kartami znaleźli włos, w ich ocenie łonowy. Dokładnie opisali ślady widoczne na wielu fotografiach, w tym ręce. Na lewej powyżej nadgarstka widoczne znamię lub pieprzyk o średnicy trzech–czterech milimetrów. Złota obrączka, twarz – ta znana z telewizji. Zaznaczyli, że ślady o numerach od 1 do 7 mogą być nośnikami śladów daktyloskopijnych. Swoim aparatem cyfrowym zrobili dziewiętnaście fotografii. Policjanci udokumentowali znalezisko i zakończyli czynności kwadrans przed pierwszą w nocy.

A od rana altana śmietnikowa stała się fotograficznym obiektem numer jeden w Warszawie, media podchwyciły temat i niemal wszędzie pokazywano śmietnik pod domem znanego psychologa.

Aua

„Znany psycholog Andrzej S. zatrzymany” – czytała poranną prasę. Gigantyczna klucha stanęła jej w gardle. Dalsze informacje całkowicie ją rozwaliły. Nie mogła powstrzymać łez. Jezu, przecież Franio był pacjentem Andrzeja Samsona. Czy to możliwe, że on...? Od razu ucięła tę myśl i zaczęła retrospekcję.

W maju 2003 roku przypadkowo znalazła numer do Andrzeja Samsona. Nawiązała z nim kontakt i raz w tygodniu woziła syna na dwugodzinną wizytę.

Synek miał wtedy nieco ponad trzy lata. Dziecko było w gabinecie, a ona w tym czasie miała przymusowy czas wolny. Snuła się bez celu, spacerowała po okolicy. W gabinecie być nie mogła, a poczekalni nie było. Zresztą za każdym razem terapeuta podkreślał: „Proszę wrócić za dwie godziny”. W czasie wizyt na Wiktorskiej jej syn nie mówił. Dość szybko Samson skierował go do foniatry, nie stwierdzając zaburzeń psychologicznych.

Ku jej radości syn w końcu zaczął mówić, komunikacja z nim stawała się coraz łatwiejsza. Początkowo chodził do psychologa chętnie. Na pierwsze wizyty woziła rzeczy do przebrania, bo był jeszcze bardzo mały i się moczył. Z czasem coraz częściej manifestował niechęć do tych wizyt. Były dni, kiedy reagował płaczem i krzykiem, wtedy psycholog prosił, aby zostawiła dziecko i wyszła, więc wychodziła. Ufała mu i wierzyła, bo przecież ceniony powszechnie terapeuta znał się na dzieciach jak nikt inny. Gdyby nie jego sugestie, kto wie, czy Franek w ogóle by mówił. Doświadczenie biło niemal z każdej jego wypowiedzi. Bez wątpienia był autorytetem w sprawach psychologii.

Zdarzały się takie sytuacje, że czasem stała na klatce schodowej i słuchała, jak po jej wyjściu jeszcze długi czas syn płakał i kopał w drzwi. A ona wbrew sobie nie biegła mu na ratunek. Miała zaufanie, ekspert od dzieci najlepiej wie, co robić. Leczy przecież od lat i ma sukcesy. Zapraszają go do telewizji, radia, można znaleźć jego rady w gazecie, w książkach. To prawdziwe szczęście, że znalazł czas na pracę z jej dzieckiem.

Spojrzała ponownie na gazetę. Jak zły sen wróciły wszystkie obrazy, które już dawno usunęła z głowy. Przypominało jej się, jak po jednej z wizyt, już po wyjściu z gabinetu poczuła mocny zapach perfum Andrzeja Samsona. Franio cały nimi pachniał. Zatrzymała ją ta myśl, ale nie na długo. Pomyślała, że może go przytulał i pocieszał po jej wyjściu. Gdy sytuacja się powtórzyła, po powrocie do domu obwąchiwała nawet goły brzuszek i stopy Frania. One też pachniały Samsonem.

Nigdy nie wypowiedziała swoich obaw głośno. Kiedyś nawet jej mąż zwrócił uwagę, że Franek bardzo mocno pachnie po tych wizytach. Jego również to zaniepokoiło, ale żadne z nich nie wyartykułowało swoich obaw.

Pewnego razu, gdy poszła po syna po skończonej terapii, zobaczyła, że jest on w samych majtkach. Wtedy psycholog tłumaczył jej, że było bardzo gorąco, a oni się bawili i chłopiec się zgrzał, więc go rozebrał. Faktycznie było lato, otwarte okno, pan Samson też był bardzo spocony, a Franio miał wilgotne od potu włosy.

Gdy wracali do domu, znów czuła zapach męskich perfum, którymi pachniał jej syn. Obraz dziecka w majtkach i spoconego psychologa dziś nabrał innego znaczenia. W dodatku wtedy bardzo się spieszyła. Syn po wyjściu z gabinetu nie mógł iść po schodach, powiedział „aua” – teraz już wie, dlaczego. Wtedy w pośpiechu wzięła go pod pachę i zniosła do samochodu. Myślała, że dostał klapsa.

Oglądała go przed kąpielą, ale nie było siniaków. Mój Boże! Nie oglądała okolic odbytu, nie wpadła na to.

Następnym razem, gdy zastała Franka w samych majtkach, psycholog tłumaczył, że próbuje nauczyć go siadania na nocniku. Taką sytuację zastała ze trzy razy, a może więcej, ale zawsze Samson miał wytłumaczenie. A ona głupia wierzyła. Nie podejrzewała, a może bardziej nie dopuszczała myśli, że znany psycholog mógłby zrobić jakąkolwiek krzywdę dziecku, jej dziecku.

Chłopiec wówczas nie mówił, jedynie przytakiwał lub zaprzeczał w odpowiedzi na zadane pytanie. A ona formułowała pytania w stylu czy się bawił, więc przytakiwał, bo „to” pewnie Samson nazywał zabawą.

Coraz bardziej widoczny był sprzeciw, dziecko manifestowało niechęć, jak umiało. A ona jak w hipnozie ciągnęła go na siłę, słyszała, że płakał, kopał w drzwi, słyszała, jak psycholog krzyczał na niego, żeby nie przesadzał. Jak ubezwłasnowolniona, całkowicie pozbawiona zdolności myślenia istota skazywała dziecko na kontakt z psycholem, który go krzywdził i wykorzystywał. Nigdy nie informował jej o przebiegu terapii, uspokajał, wykluczał, że to autyzm. Za każdym razem brał za wizytę około stu złotych.

Franio, gdy miał zostać u Andrzeja Samsona, reagował płaczem. Widoczne było jakieś napięcie. Po około dwóch miesiącach regularnego przychodzenia na terapię stwierdziła, że za długo to trwa. Niechęć Franka i płacz przerodziły się w apatię. Szedł na wizyty jak „owieczka”, przestawał płakać, ale nadal zostawał z Samsonem niechętnie. Odciągał ją od drzwi gabinetu za każdym razem, gdy się do nich zbliżali. A gdy przychodziła po niego, ciągnął ją do wyjścia z mieszkania Samsona jak oszalały.

We wrześniu 2003 roku Franek zadebiutował w przedszkolu. Przez pierwszych kilka dni rodzice mogli zostawać z dziećmi, by zobaczyć, jak przebiega przedszkolna adaptacja. Z przerażeniem zobaczyła, jak jej syn reaguje na inne dzieci. Bił je, szarpał za włosy, to była straszna agresja. Była przerażona, nie wiedziała, co się dzieje. Pani dyrektor zwróciła błyskawicznie na to uwagę i poprosiła, aby matka zostawiła Franciszka samego wśród dzieci z nią i z wychowawczynią. Gdy nie było jej w pobliżu, zachowywał się inaczej i już nie bił dzieci. Dziwne było to wszystko i wówczas dla niej niezrozumiałe. Obiecała dyrekcji, że porozmawia o tym z psychologiem, który prowadzi Franka. Nigdy dotąd jej syn nie zachowywał się w ten sposób, nie potrafiła zrozumieć tej sytuacji.

Podczas kolejnej wizyty powiedziała o tym Samsonowi. O dziwo, zareagował złością. Wykrzykiwał, że ta baba, mówiąc o dyrektorce, nie ma pojęcia o jej dziecku. To cudowny, fajny chłopak i wszystko z nim jest okej. Jego zdaniem Franek powinien chodzić do przedszkola. Kompletnie nie skupiał się na agresji, która ją przeraziła, tylko na tym, że Franio ma chodzić do przedszkola. No i chodził. Zapisała go na ćwiczenia do logopedy, do foniatry. W październiku natomiast przestała wozić go na terapię do Samsona.

Łzy same kapały na gazetę, która rozmiękła i rozmazał się na niej druk. Nie miała już złudzeń. Jej syn był jedną z ofiar Andrzeja Samsona, a ona była winna, że zaufała temu człowiekowi i że dziecko do niego trafiło.

Gabinet prywatny

W czasie, gdy jeden zespół policyjny przeprowadzał oględziny śmietnika, drugi pojawił się w miejscu pracy psychoterapeuty, czyli w gabinecie przy ulicy Wiktorskiej. Przytulne mieszkanko, niebieska zasłona, drewniany ptak w oknie, regały, książki, kwiaty, luneta, trochę zabawek na półce, samochodzik, lalka, jakieś bibeloty. Na drukarce kartka z napisem „autyzm”, w przedpokoju dyplomy uznania.

Policjanci zrobili przeszukanie i sporządzili protokół:

27 czerwca 2004 roku, godzina 20.00.

W domu ujawniono:

1) dyskietki sztuk 380, znalezione w niebieskiej torbie przy szafce pod telewizorem,

2) opakowanie na dyskietki z zawartością dyskietek komputerowych, 120 sztuk,

3) 50 sztuk dyskietek,

4) dyskietki z etykietami i nadrukami o różnej treści, sztuk 113, na stojaku obok komputera,

5) płyty CD, sztuk 26,

6) lalkę długości 80 cm, ubraną w sukienkę koloru różowo-biało-niebieskiego, sztuk jedna, ujawniona w kuchni,

7) lalkę 40 cm, w pokoju, w biało-czerwonej sukience,

8) lalkę 35 cm, ubraną w spodnie,

9) aparat fotograficzny typu polaroid, niebieski,

10) aparat fotograficzny „Praktica” w czarnym futerale,

11) jednostka centralna komputera,

12) kasety VHS,

13) zegarek,

14) telefon komórkowy Nokia z kartą Era,

15) zdjęcia różnego formatu, sztuk 311,

16) album ze zdjęciami 12,

17) album ze zdjęciami 137,

18) kalendarz koloru czerwonego z zapiskami z 2003 roku,

19) kalendarz z 2004 roku (koloru żółtego),

20–23) notatniki,

24) album, a w nim 15 zdjęć,

25) kalendarz, rok 1998,

26) okładkę z napisem autyzm z zapiskami,

27) zdjęcia pod biurkiem, 6 sztuk,

28) dwa zdjęcia w oprawce brązowej,

29) 4 sztuki zdjęć w oprawce, przedstawiające dziewczynkę w niebiesko-czerwonym ubraniu, w granatowej oprawce ubrana na biało,

30) negatyw zdjęciowy,

31) film aparatu Fuji,

32) 2 sztuki – wkłady do paralizatora,

33) pistolet hukowy koloru czarnego,

34) pistolet plastikowy,

35) pistolet colt metalowy – replika,

36) 22 sztuki dyskietek z nalepkami,

37) torba czarna z napisem BAST PACK.

Tyle mundurowi znaleźli w gabinecie w dniu zatrzymania znanego psychologa, ale to był dopiero początek ich pracy. Kolejne dni obfitowały w biurokrację i nowe odkrycia. Następnie „do akcji” na Wiktorskiej wkroczył prokurator, który w protokole odnotował:

Po lewej stronie wisi makatka z weluru z napisem: „czułość”. W mieszkaniu jest szafa drewniana. Po wejściu do pokoju na górnej części nadbudówki ujawniono pampersa.

Notatki uzupełniają szczegółowe opisy typu:

Na dolnej części nadbudówki na półce ujawniono wibrator koloru biało-różowego, długość 13 cm, średnica 2,5 cm.

Na tej samej półce również ujawniono wibrator koloru srebrnego (te same wymiary).

Rajstopy dziecięce koloru zielonego w różnokolorową kratkę.

Pampers z paskiem w kolorowe misie.

Obok szafy półka drewniana, na całej wysokości kasety VHS.

Pal drewniany o długości 48 cm i średnicy 6 cm.

Biurko z trzema szufladami, w pierwszej szufladzie od dołu 2 wibratory. Jeden różowy długości 9 cm i średnicy 1 cm, drugi jasnobrązowy 13 cm, średnica 2 cm. Dalej: wibrator koloru białego 12 cm, średnica 2 cm, wibrator w kształcie elipsy koloru białego, który jest podłączony przewodem oraz ma wymienne baterie, długość 10 cm.

Zabezpieczono prześcieradło z poszewką na kołdrę etc.

W przedpokoju w szafie spodenki dziecięce koloru różowego w białe grochy, plastikowe butelki niemowlęce.

Jak mozolna była praca funkcjonariuszy, może świadczyć to, że w aktach sprawy są nawet ręcznie przepisywane notesy z kontaktami Andrzeja Samsona. Nazwiska, adresy, telefony. Dziś to jest niepojęte, bo wystarczy zrobić telefonem zdjęcie, a wtedy cyfra po cyfrze i litera po literze trafiały na papier przepisywane przez funkcjonariuszy.

Chwila prawdy

Do komendy na Malczewskiego Andrzeja Samsona przywieźli policjanci. Podczas zatrzymania miał przy sobie: dowód osobisty, 232 złote i 70 groszy, 5 sztuk kluczy, zapalniczkę i biżuterię, czyli złotą obrączkę, kolczyk w formie koła ze zdobieniami i srebrną bransoletkę oraz dwa zdjęcia dziewczynki w ramce.

28 czerwca sierżant Robert C. sporządził notatkę służbową:

Andrzej Samson, tytuł naukowy: magister, zawód: psycholog, od 1970 roku.

Zdjęcia były jego własnością. Część z nich wykonywał sam. Nie pamięta, ile. Część ściągnięta była z Internetu. Były też zdjęcia robione przy rodzicach dzieci (dzieci na nich są ubrane). Dzieci nie były sprowadzane, namawiane do przyjścia do mieszkania bądź sprowadzane siłą. Dzieci ze zdjęć są jego pacjentami.

Znalezione w jego domu wibratory i osprzęt tego typu służyły do masturbowania dzieci. Były przypadki, że Samson masturbował nimi dzieci. Było też tak, że dzieci były namawiane do zabawy, pieszczot i masturbowania, i robiły to same.

Oglądając zdjęcia dzieci popadał w pewien stan podekscytowania.

Podczas oglądania nie osiągał erekcji, nie dochodziło do wytrysku. Nigdy do badań nie stosował żadnych środków chemicznych i innych, które doprowadzałyby dzieci do stanu ubezwłasnowolnienia umysłowego, tak aby mogły go słuchać i wykonywać jego polecenia. Nikt nie wiedział o tym, co robił z dziećmi.

Nikt nie był obecny przy robieniu zdjęć. Zdjęcia robił aparatem polaroid, który zabezpieczyła policja. W ramach wizyty dzieci-pacjenci robiły mu zdjęcia tym polaroidem, a on odwzajemniał wykonując również fotografie. Zdjęcia te nie miały charakteru erotycznego. Były formą nawiązania kontaktu z dziećmi. Rodzice tych dzieci czekali w kuchni jego mieszkania. Chcąc zaobserwować pewne objawy chorób u dzieci chciał, aby zostawały sam na sam z nim, a rodzice, żeby wychodzili gdzieś na zewnątrz. Dzieci inaczej zachowują się przy rodzicach, a w inny sposób, gdy są same.

Fotografował troje bądź czworo dzieci, to ich zdjęcia się powtarzają. Andrzej Samson podał imiona tych dzieci, ich wiek i dolegliwości, z jakimi do niego trafiły. (...)

Zdjęć nie wysyłał do nikogo, nie ma znajomych o takich skłonnościach.

Bardziej skłaniałby się ku dziewczynkom, chłopcy go nie interesowali w większym stopniu. Z żadnym z dzieci nie odbył stosunku płciowego, analnego ani oralnego. (...)

Nie chciał zrobić dzieciom krzywdy. Dlatego nie dochodziło do zbliżeń.

Skłonności do takich zachowań wystąpiły u niego około pięć lat temu. Nie mógł w żaden sposób zapanować nad tym. Myślał o pomocy. Ma znajomych ze środowiska zawodowego, lecz zdawał sobie sprawę, że nikogo nie uczono, jak postępować w takich sytuacjach. W związku z tym nie zwrócił się do żadnej z tych osób.

Materiały dziecięcego porno zarejestrował na takich nośnikach jak:

– kasety VHS. Na tych kupowanych w sklepach nie ma dziecięcego porno,

– dyskietkach i CD – tu znajduje się dziecięca pornografia ściągnięta z Internetu. Nie jest w stanie podać adresu. Strony te są reklamowane w Internecie i oznaczone symbolem C.D, jak child pornography. Strona ta jest do użytku tylko przez określony czas.

Zdjęcia znalezione w śmietniku wyrzucił do niego 27 czerwca 2004. Chciał walczyć w ten sposób ze swoimi skłonnościami, lecz nie udało mu się to, a planował zmienić miejsce zamieszkania, aby uniknąć kontaktu z obecnymi pacjentami. Na tym rozpytanie zakończono.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

1 Notatka policyjna z 27.06.2004.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Guru

Czy to możliwe?

Czary

Śmietnik

News

Śmieci psychologa

Aua

Gabinet prywatny

Chwila prawdy

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji

Przypisy