Psychoanalityczne losy. Bychowski i Szalita - Ewa Kobylińska-Dehe - ebook + książka

Psychoanalityczne losy. Bychowski i Szalita ebook

Ewa Kobylińska-Dehe

0,0

Opis

Gustaw Bychowski i Alberta Szalita to polsko-żydowscy lekarze i psychoanalitycy z Warszawy. We wrześniu 1939 roku obojgu udało się wydostać z bombardowanej stolicy. Ucieczka Bychowskiego przez Wilno, Szwecję i Japonię do Nowego Jorku trwała dwa lata. Do Polski już nie wrócił. Inaczej Szalita, która w czasie wojny znalazła się w Związku Sowieckim i w 1945 roku powróciła do kraju. Rok później wyemigrowała do USA ‒ skłonił ją do tego panujący w Polsce antysemityzm. Oboje jako psychoanalitycy działali przez kilkadziesiąt lat w Nowym Jorku, ale w konkurujących i zwalczających się Instytutach Psychoanalitycznych. W odróżnieniu od dominującej w powojennej Ameryce ortodoksyjnej psychoanalizy zaczęli pracować z chorymi na psychozę i z Ocalałymi z Zagłady.
Mimo swoich nowatorskich pomysłów klinicznych i koncepcji teoretycznych nie zaistnieli w świecie psychoanalitycznym i zostali zapomniani. Autorka książki bada przyczyny tego „zapomnienia”, kreśląc ich portrety na tle dziejów psychoanalizy w kontekście społecznym i kulturowym.

Ta książka jest dziełem niezwykłym na polskim rynku. Już sam pomysł Autorki, by stworzyć derridiańskie „potencjalne archiwum obecności i nieobecności psychoanalizy w Polsce” obiecuje oniryczną podróż w czasie i przestrzeni ścieżkami kształtowanymi życiem i działalnością psychoanalityków żydowskiego pochodzenia z Polski, postaci wybitnych, a niemal nieznanych. Książka napisana przez Ewę Kobylińską-Dehe, filozofkę i psychoanalityczkę o zacięciu historycznym, przywraca pamięć o nich, a poprzez stosowaną przez Autorkę metodę mikronarracji staje się świadectwem czasów odrzucenia i zaprzeczenia.

Z recenzji prof. Małgorzaty Sachy

Ta książka to fascynująca opowieść o powikłanych losach Bychowskiego i Szality, psychoanalityka i psychoanalityczki żydowskiego pochodzenia, urodzonych na ziemiach polskich, którzy znaleźli się po wojnie na emigracji w Stanach Zjednoczonych.  Zarazem jest to opowieść o tym, jak ich losy splotły się z tragiczną historią naszego kraju, w której największą katastrofą była w XX wieku Zagłada. Ukazując te przepołowione przez wojnę biografie, autorka stawia pod koniec książki pytanie: jak to się stało, że psychoanaliza nie stała się częścią polskiej tradycji kulturowej. Dlaczego ten nurt odegrał u nas rolę marginalną, a dorobek jego pionierów został zapomniany? Próbuje na nie odpowiedzieć, wskazując na trudności polskiego społeczeństwa z żałobą, czyli przepracowaniem traumatycznych doświadczeń bycia nie tylko ofiarą, ale i sprawcą. Wypierając tę świadomość, pozostajemy w błędnym kole zniewolenia przez przeszłość.

prof. Paweł Dybel

Ewa Kobylińska-Dehe – dr hab., profesorka Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, psychoanalityczka, filozofka i kulturoznawczyni, profesorka wizytująca w International Psychoanalytic University w Berlinie, superwizorka i wykładowczyni we Frankfurckim Instytucie Psychoanalitycznym, analityczka szkoleniowa w Instytucie im. Anny Freud we Frankfurcie. Główne obszary jej zainteresowań naukowych to psychoanaliza w kontekście kulturowej nowoczesności, filozoficzny wymiar psychoanalizy, cielesność w psychoanalizie, rozumienie sceniczne, granice reprezentacji. Najnowsze publikacje: Corporeality and Dream-Talk (2024), Ist die Welt aus den Fugen geraten? Psychoanalyse für eine überförderte Gesellschaft (2024), Thinking Cure: Jewish Psychoanalyst Alberta Szalita, from Warsaw to New York (2024), Mensch ohne Welt. Vor der Stummheit zur Grundmelodie der Seele (2025), Psychoanaliza bez seksu. Seks bez fantazji (2025), Psychoanaliza i prawda (2025).

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 569

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



I. Wprowadzenie

1. Zapisy pamięci: przeniesienie – konstelacje – scena czytania

Dzieje psychoanalizy inaczej będzie badał historyk, inaczej psychoanalityk. Czasami jest to jedna ita sama osoba, która musi utrzymać wsobie nieusuwalne napięcie pomiędzy pisaniem wpierwszej iwtrzeciej osobie, pomiędzy myśleniem wprzeniesieniu ikoniecznością obiektywizacji. Jako badacze respektujemy naukowe normy, dbamy osemantyczną stabilność pojęć, umiemy krytycznie korzystać ze źródeł, obiektywizować iuogólniać. Ale wprzypadku psychoanalizy te zabiegi mogą się udać tylko do pewnego stopnia. Nie zamierzając pisać psychoanalizy historii psychoanalizy, pragnę wziąć pod uwagę to, co Freud miał do powiedzenia historykom. Twórca psychoanalizy odróżnił materialną prawdę faktów od historycznej prawdy pamięci. Oprócz faktycznego, stworzył potencjalne archiwum1, wktórym przejawy nieświadomego – fantazje, życzenia itraumy – zapisywane są wszczególny sposób: poprzez symptomy, puste miejsca, pominięcia, naznaczenia wsteczne, wyparcia, odroczenia, latencje, przemiany znaczeń, powtórzenia ifiksacje. Przeszłość wzbogacona owymiar nieświadomego przejawia się inaczej niż ta, która jest przedmiotem badań historyków. Bez otwarcia owego potencjalnego archiwum, nie zrozumiemy obecności inieobecności psychoanalizy wPolsce.

Historia psychoanalizy to nie tylko przekaz idei, ale wrównym stopniu rozmaite praktyki przeniesieniowe, dzięki którym owe idee znajdują swój materialny wyraz. Dopiero poprzez przeniesienie, które opiera się na emocjonalnej inwestycji, możliwe jest transgeneracyjne przekazywanie przeszłości. Wmoich pracach odziejach polskiej psychoanalizy staram się uwzględnić oba „wynalazki” Freuda: nieświadome zapisy pamięci wpotencjalnym archiwum iwymiar przeniesienia zjego różnymi wariantami, takimi jak identyfikacja projekcyjna, projekcja iintrojekcja czy implantacja.

Pomocne są również badania konstelacyjne, które mają wielu autorów, również wśród socjologów. Mistrzami budowania konstelacji byli Walter Benjamin iTeodor W. Adorno. Chodzi oto, aby poprzez stworzenie konstelacji wyostrzyć wrażliwość na „punkty zahaczenia”, które mogły się przyczynić do rozwoju psychoanalizy wPolsce, ale również do jego załamań. Można obrać różne punkty wyjścia isnuć różne historie psychoanalizy. Na przykład polskie dzieciństwo niektórych psychoanalityczek takich jak Heleny ­Deutsch, która przed śmiercią wAmeryce śniła wyłącznie po polsku. Jej biograf Paul Roazen pisze, że mówiła pięcioma językami, zawsze zpolskim akcentem2. Pomyślmy również opolskiej młodości Eugenii Sokolnickiej, która założyła Towarzystwo Psychoanalityczne wParyżu, albo oHannie Segal, która wyemigrowała do Anglii, ale czuła się warszawianką iwlatach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stała się jedną znajważniejszych „akuszerek” psychoanalizy wPolsce. Ślady gubią się wjakimś miejscu ipojawiają zupełnie gdzie indziej. Kto by pomyślał, że przeczytam list młodego Rysia Bychowskiego zLondynu do ojca wNowym Jorku:

Tato, mam nową przyjaciółkę, rozumiemy się bardzo dobrze. Nazywa się Hanka Poznańska [przyszła Hanna Segal – E.K.-D.] iwłaśnie zaczyna analizę uMelanie Klein. Hanka jest nieco starsza ode mnie, ma 25 lat, ale nam to zupełnie nie przeszkadza – bardzośmy się polubili idobrze nam ze sobą, mamy wiele wspólnych zainteresowań (12.12.43).

Gustaw odpisuje:

Czy często się znią widujesz iprzyczynia się to odrobinę do tego, byś czuł się szczęśliwy? (26.01.44)3.

Czytając książki moich „bohaterów”, Bychowskiego iSzality, próbuję wpisać się wto, co zainspirowany dziełem Freuda ­Jacques Derrida nazwał „sceną czytania”. Ma on na myśli udzielenie wnas gościny tym, których jesteśmy spadkobiercami. Dzięki szczególnej receptywności inny może zająć wnas miejsce idojść wnas do słowa na swoich prawach. Musimy najpierw wpisać się wczytane teksty, zanim zaczniemy zadawać im pytania, zwracać uwagę na omyłki, pominięcia izaprzeczenia, które odsyłają nas do możliwych nieświadomych motywów, jednak nie po to, aby cokolwiek demaskować, lecz po to, aby uczynić owe motywy bardziej widzialnymi isłyszalnymi4.

2. Europa Środkowa jako mityczne ibiograficzne miejsce narodzin psychoanalizy

Opowiem tę historię poprzez portrety dwojga najważniejszych psychoanalityków zPolski: Gustawa Bychowskiego oraz Alberty Szality, która została psychoanalityczką dopiero na emigracji wUSA. Portret Bychowskiego poprzedzi krótka dygresja na temat Ludwika Jekelsa, który również pochodził zPolski i, uciekając zfaszystowskiej Austrii, jeszcze przed wojną znalazł się wNowym Jorku, wtym samym Towarzystwie Psychoanalitycznym, do którego później wstąpi Bychowski. Owa dygresja jest otyle konieczna, że egzemplifikuje wtrzech pokoleniach losy iprzemiany samej psychoanalizy: od tradycji freudowskiej przez profesjonalizację iumedycznienie psychoanalizy wAmeryce po jej ponowne otwarcie na szersze obszary kliniczne igrupy społeczne wpokoleniu Szality.

Losy tej trójki naznaczone historycznymi katastrofami: II wojną światową, Zagładą, ucieczką iemigracją do USA, ilustrują zarówno specyfikę polskiej psychoanalizy, jak ijej zniknięcie. Stawiam pytanie: dlaczego Jekels, Bychowski iSzalita jako osoby, ale również jako symboliczne figury losu psychoanalizy wPolsce, nie znaleźli odpowiedniego miejsca whistorii izostali zapomniani?

Losy psychoanalityków zziem polskich splecione są może bardziej niż gdzie indziej zhistorią naznaczoną traumami, zktórych wkontekście tej książki największą jest Zagłada polskich Żydów.

Przyszli analitycy spędzili dzieciństwo, niejednokrotnie również młodość iokres studiów wPolsce, awciągu dalszego życia stali się austriackimi, angielskimi iprzede wszystkim amerykańskimi psychoterapeutami.

W2018 roku dotarł do moich rąk pełen oburzenia list skierowany przez austriacką psychoanalityczkę do Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego:„Nie polonizujcie Jekelsa. On nie miał polskiej tożsamości, anawet nie miał tożsamości żydowskiej, bowiem był komunistą”. Oczywiście list ten zdradza sympatie osoby piszącej, tak jakby należało mieć tylko jedną tożsamość. Jekels miał zpewnością pod koniec życia tylko jeden garnitur, bo był ubogi. Amoże – pytam prowokująco – był biedny między innymi dlatego, że Towarzystwo Psychoanalityczne wNowym Jorku, wktórym dominowali niemieccy Żydzi, nie przekazywało mu pacjentów, ajuż na pewno nie kandydatów, bo – jak mówiono ibrzmiało to jak wyrzut – Jekels wtrudnych emocjonalnie sytuacjach zaczynał „myśleć po polsku”, cokolwiek by to miało znaczyć. Nie muszę dodawać, że gdyby nie był Żydem, to prawdo­podobnie nie znalazłby się wogóle wNowym Jorku wwieku 74 lat ipraktykowałby na tej samej ulicy co Freud – Berggasse – iwieczorami grywał znim wtaroka. Amoże zostałby wKrakowie, gdzie jego pacjentki nosiłyby imiona Mania, Kasia iZosia, zamiast ich niemieckich czy angielskich odpowiedników?

Jedno jest pewne – Freud nie posługiwał się esencjalistycznym pojęciem tożsamości. Mówił o„ja cielesnym”, „ja popędowym”, o„nad-ja” io„ja realnym”. Wszystkie te „ja” należały do tej samej osoby ipozostawały ze sobą wkonflikcie. Owo zdecentrowanie jest punktem wyjścia psychoanalizy. Codzienne doświadczenie środkowoeuropejskiej wielokulturowości mogło być dla Freuda inspiracją, która skłoniła „ja” do opuszczenia włas­nego domu ijego centralnej pozycji.

Jak wiadomo, idee mają nie tylko swoją historię, ale również geografię. Jeśli spojrzymy na mapę Monarchii Habsburskiej ijednocześnie weźmiemy do ręki listę członków Wiedeńskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego, to przekonamy się, że większość pionierów psychoanalizy (zwyjątkiem Wiednia) przybyła zGalicji. Może ospecyfice początków „polskiej psychoanalizy” stanowi splot kultur: żydowskiej, polskiej iniemieckiej? Pierwsi „polscy” uczniowie Freuda nie byli oczywiście obywatelami polskimi, bo nie istniało polskie państwo. Byli Żydami, mieli wwiększości polską tożsamość, ale tożsamość była płynna. Byli lekarzami, którzy porozumiewali się zkolegami po fachu wjęzyku niemieckim. Większość znich studiowała na niemieckojęzycznych uniwersytetach. Niektórych ciągnęło do Wiednia do Freuda, innych do Burghölz­li do Bleulera, amłodszych nieco później – do Berlina. Ziemie, zktórych pochodzili – Europę Środkowo-Wschodnią – można zatem uznać za biograficzne imityczne miejsce narodzin psychoanalizy. Chciałabym postawić hipotezę, że wielo­kulturowość iwielojęzyczność pierwszego pokolenia przenika do najgłębszej warstwy struktury ipraktyki klinicznej psychoanalizy. Co prawda, Freuda ijego pierwszych uczniów cechowała pewna sztywność iantypluralistyczne tendencje, jak to zwykle bywa upionierów, ale wgruncie rzeczy korzystali zwielu różnych źródeł.

Jak potoczyły się, związane zEuropą Środkowo-Wschodnią, dalsze losy tych okolic ipochodzących znich psychoanalityków? Wciągu zaledwie trzynastu lat (od 1932 do 1945 roku) ów region zmienił się wjedną ze „skrwawionych ziem”, mówiąc słowami Timothy’ego Snydera:

Wśrodku Europy reżimy nazistowski oraz sowiecki wymordowały około czternastu milionów ludzi. Skrwawione ziemie – obszar, gdzie zginęły wszystkie ofiary – rozciągają się od środkowej Polski po zachód Rosji, poprzez Ukrainę, Białoruś ikraje bałtyckie. (…) region ten dotknęła przemoc na skalę nieznaną wcześniej wdziejach. Jej ofiarami padły przede wszystkim narody zamieszkujące omawiane tereny: Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Rosjanie iBałtowie5.

Jak wiemy, wśród mieszkańców tych okolic były nie tylko ofiary, ale znaleźli się także gorliwi pomocnicy oprawców.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie te kraje stały się miejscem eksperymentu, wktórym realizowano eksterminacyjne fantazje reżimów totalitarnych, wykracza poza temat tej książki. Wiemy, że przemoc nie ustała wraz zkońcem wojny. WEuropie Wschodniej trwała przynajmniej do śmierci Stalina w1953 roku. Polska powojenna zmieniła się zniegdyś wielokulturowego obszaru wkraj oetnicznej monokulturze. Ztej perspektywy wydaje się niemal niepotrzebne szukanie dalszych powodów, dla których psychoanaliza wPolsce nie przetrwała. Nie było już psychoanalityków czy zainteresowanych psychoanalizą psychiatrów inie było także ich „typowych” pacjentów – polsko-żydowskiego mieszczaństwa. Ten świat przestał istnieć.

Mimo to chciałabym na zakończenie zastanowić się jeszcze nad innymi powodami, które mogą być związane z(nie)zdolnością kultury polskiej do przyjęcia psychoanalizy.

* * *

Wtym miejscu pragnę podziękować najważniejszym osobom, które pomogły mi wpracy nad tą książką: Monice Bychowskiej-Holmes, córce Gustawa Bychowskiego, zktórą przeprowadziłam wiele długich rozmów; Pawłowi Dyblowi6 za zaproszenie mnie do monumentalnego projektu odziejach polskiej psychoanalizy, którego jest autorem; Bartkowi Dobroczyńskiemu7 za rozmowy, wiedzę izdolność do wysłuchiwania niesłyszalnych tonów; Lenie Magnone, która wswojej książce będącej „zbiorową biografią pewnej formacji kulturowej”8 opisała okres polski Bychowskiego ze skrupulatnością historyczki izfantazją wtworzeniu nieoczekiwanych konstelacji. Dlatego mogę zająć się bardziej okresem amerykańskim ispojrzeć na niego okiem psychoanalityczki. Nieustającą inspiracją wtworzeniu portretów polsko-żydowskich psychoanalityków pozostaje dla mnie wielotomowa edycja „Psychoanalizy wautoportretach” wydawanych przez ostatnie trzydzieści lat przez Ludgera M. Hermannsa9. Otworzył on przestrzeń niemieckojęzycznym psychoanalitykom, którzy skończyli 75 lat, aby mogli opowiedzieć, wjaki sposób ich życie łączy się zpsychoanalizą. Te książki są również próbą zmierzenia się zniemiecką przeszłością naznaczoną nazizmem. To m.in. dzięki nim stawałam się psychoanalityczką.

Dzięki precyzyjnej redakcji, inspiracji ientuzjazmowi Agnieszki Sabak książka, którą oddaję do rąk Czytelnika, uzyskała ostateczny kształt.

Przypisy:

1 J. Derrida, Dem Archiv verschrieben. Eine Freudsche Impression, Frankfurt am Main 1997, s. 23.

2 P. Roazen, Helene Deutsch. APsychoanalyst’s Life, New York 1986.

3 Dziękuję Joannie Olczak-Ronikier iMonice Bychowski-Holmes za udostępnienie rodzinnego archiwum.

4 E. Kobylińska-Dehe, Wdrodze do psychoanalizy zJacques’em Derridą, „Teksty Drugie” 2019, nr 4, s. 112–127.

5 T. Snyder, Vorwort, w: tenże, Bloodlands. Europa zwischen Hitler und Stalin, München 2010, wyd. pol.: T. Snyder, Przedmowa, w: Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem aStalinem, Kraków 2018.

6 P. Dybel, Psychoanaliza – ziemia obiecana? Dzieje psychoanalizy wPolsce międzywojnia (1918–1939), Kraków 2021.

7 B. Dobroczyński, Polskie zmory. Psychoanaliza wmiędzywojniu. Wybór tekstów, Kraków 2021.

8 L. Magnone, Emisariusze Freuda. Transfer kulturowy psychoanalizy do polskich sfer inteligenckich przed drugą wojną światową, t. 1–2, Kraków 2016.

9 L.M. Hermanns, Psychoanalyse in Selbstdarstellungen, t. 1–14, Gießen 1995–2024.

 

 

II. Pasja życia. Gustaw Bychowski – polsko-żydowski psychoanalityk między Starym i Nowym Światem

 

 

1. Monika

Pewnego grudniowego dnia pojechałam do Nowego Jorku, aby przez kilka dni rozmawiać zMoniką Bychowski-Holmes1. Dzięki jej żywej pamięci zjawił się również Gustaw. Tak nazywała ojca, mama to była mama. „Miał na mnie ogromny wpływ”, podkreślała. Kiedy pierwszego dnia próbowałam po wielu godzinach zakończyć naszą rozmowę, osiemdziesięcioletnia Monika zaoponowała: „Nie jestem zmęczona, mogę jeszcze, tak jak Gustaw”, dodając: „Ojca rozpierała niespożyta energia, ciekawość iżywotność”. Następnego dnia odwiedził nas znany nowojorski fotograf Ryszard Horowitz, który był jakiś czas pacjentem Bychowskiego. Zobaczył Monikę po raz pierwszy po dwudziestu latach inie mógł powstrzymać się od słów: „Zupełnie jak ojciec”. Nikt zrodziny Bychowskiego nie poszedł wjego ślady, ale „do dzisiaj mówimy wdomu ointrojektach. Gustaw bez przerwy onich pisał” – komentuje Monika.

2. Trzy poetyki

Wpisaniu Bychowskiego można rozpoznać trzy „poetyki”. Wpracach klinicznych otwiera się na pacjenta, jest ostrożny wformułowaniu hipotez, nawiązuje kontakt zczytelnikami, przekonuje żywą iprecyzyjną kazuistyką. Wpewnym sensie przypomina Freuda. Podobnie jak on, ale również inni wiedeńscy czy berlińscy psychoanalitycy pierwszego pokolenia, którzy wyemigrowali do Ameryki, idealizuje naukę jako dziedzictwo oświecenia istara się stosować jej standardy do psychoanalizy, atakże – co wAmeryce było możliwe – uprawia ją na kilku nowojorskich uniwersytetach. Kiedy jednak standardy naukowe nie przystają do jego doświadczenia klinicznego, nie waha się porzucać teorii na rzecz obserwacji itwórczej spekulacji. Wtym różni się od większości swoich kolegów-emigrantów wUSA.

Zkolei wpracach poświęconych jego wielkiej pasji – literaturze – czujemy przede wszystkim bezinteresowny zachwyt, ateoretyczną receptywność italent do gęstego, fenomenologicznego opisu. Tylko od czasu do czasu, ostrożnie pojawia się tu iówdzie hipoteza psychoanalityczna.

Natomiast wksiążkach poświęconych sprawom ogólnocywilizacyjnym, jak Dyktatorzy2 czy Zło wczłowieku3 Bychowski jakby zapomina ometodycznej ostrożności iwłasnym stylu literackim. Być może dlatego, że napisał Dyktatorów wdopiero co poznawanym języku angielskim. Obie pozostawiają wrażenie ogólnikowości, trzymają się sztywno psychoanalitycznych pojęć, streszczają dokonania innych nauk, pozostając jednocześnie za nimi wtyle. Mimo to Bychowski proponuje interesujące tezy, wszczególności tę dotyczącą związku między idealizacją idestrukcją.

Zastanawiam się, czy właśnie wtych jego książkach Hartmannowska psychologia „ja”, która miała ambicję stworzenia ogólnej teorii psychologicznej, nie pozostawiła najwyraźniejszych śladów. Czyżby ta zaskakująca sztywność była dla Bychowskiego również formą obrony? Pierwszą wersję książki odyktatorach wydał niedługo po tragicznej śmierci syna w1944 roku, którego pamięci ją zadedykował. Obrona mogła polegać na unikaniu konkretnego kontaktu zwojną izagładą, azarazem na szukaniu dobrego obiektu, którym miała być kultura europejska.

Koncepcja psychologii „ego” zjej promowaniem silnego iauto­nomicznego „ja” odpowiadała kulturze amerykańskiej, pomijała zaś doświadczenia straszliwej destrukcji wEuropie, łącznie zZagładą. Trzeba jednak oddać Bychowskiemu, że – pisząc książkę odyktatorach pod koniec wojny – stawia Stalina obok Hitlera, czego nikt nie uczynił przez wiele lat, ponieważ przed pierwszym broniono się drugim. Ten wyjątkowy wowych czasach pogląd dostrzegł Alexander Mitscherlich, najwybitniejszy niemiecki psycho­analityk, autor takich psychoanalitycznych bestsellerów jak Niezdolność do żałoby4, Społeczeństwo bez ojców5 czy Nieludzka medycyna6. W1968 roku opatrzył on wstępem niemieckie wydanie książki Bychowskiego. Liberalna lewica wNiemczech, Francji iwUSA przez dziesięciolecia zaprzeczała zbrodniom stalinowskim, nie mówiąc już oChinach. Woptymistycznej amerykańskiej erze Hartmanna negowano ludzką zdolność do masywnej regresji iokrucieństwa.

Dlaczego Gustaw Bychowski, ów najważniejszy polski psychoanalityk, piszący po polsku, niemiecku, francusku iangielsku, uczeń Bleulera iFreuda, jeden zpionierów psychoanalitycznego leczenia psychoz, praktykujący najpierw wWarszawie, apotem wNowym Jorku, autor ponad stu publikacji, profesor warszawskiego inowojorskiego uniwersytetu, nie znalazł należnego mu miejsca whistorii światowej psychoanalizy? Nie wspomina onim żadna zwielu publikacji na temat dziejów psychoanalizy na świecie, które przeglądałam.

Moja książka, snująca wątek biograficzny iteoretyczny, jest próbą odpowiedzi na to pytanie. Stawiam pewną hipotezę: zjednej strony Bychowski był wNowym Jorku kulturowo, geograficznie iosobiście związany zniemieckimi Żydami, którzy zdominowali powojenną psychoanalizę wAmeryce, nadając jej kształt psychologii „ja”, ioktórych Monika mówiła: „To była nasza rodzina”. Zdrugiej strony nie mieścił się wtym schemacie. Jak wykazują nowsze opracowania, awśród nich dwie najważniejsze książki Era Hartmanna7 iWspółczesna psychoanaliza idziedzictwo trzeciej Rzeszy8, psychologia „ja” miała zpsychoanalitycznego punktu widzenia charakter obrony przed utratą, traumą zagłady, odrzuceniem, ucieczką, emigracją, życiem wNowym Świecie. Jednym zjej głównych motywów było ocalenie psychoanalizy, które jednak zablokowało jej dalszy rozwój. Owa skomplikowana konstelacja przyczyniła się, moim zdaniem, do zapomnienia Bychowskiego.

3. Jekels – pierwszy „apostoł” Freuda wPolsce

Powróćmy do zapowiedzianej we Wprowadzeniu antecedencji: Jekelsa można nazwać „ojcem”, aprzynajmniej pierwszym „apostołem” psychoanalizy wPolsce, jak go określił Freud, podczas gdy Bychowski był jej „synem”, wiernym ojcowskiej tradycji iwłaśnie dlatego pragnącym odnowy.

Życie Jekelsa może służyć za egzempflikację losu pierwszego pokolenia psychoanalityków wEuropie Wschodniej, którzy poruszali się między różnymi kulturami, językami iruchami emancypacyjnymi tamtych czasów. Ów lekarz ze Lwowa założył w1897 roku wśląskim miasteczku Bystra sanatorium leczenia chorób nerwowych, które nazywano nieco przesadnie „sanatorium psychoanalitycznym”. Do swojej kliniki Jekels „szmuglował” praktyki psychoanalityczne. Wśród kuracjuszy znalazły się Anna Freud ijej ciotka Minna. Zaproszono także Freuda, który wostatniej chwili odwołał przyjazd. Miejscowość Bystra była przedzielona rzeką na dwie odrębne prowincje kulturowe: Bystrą Krakowską – polską ikatolicką, liczącą tysiąc mieszkańców, i – mniejszą – Bystrą Śląską zmieszaną populacją. Żyli wniej Polacy, Czesi, Żydzi iNiemcy. Bystra jako konkretne ijednocześnie symboliczne miejsce narodzin „polskiej” psychoanalizy jest miejscem jak zżydowskiego żartu, wktórym stary człowiek opowiada oswoich licznych podróżach po świecie: był wUkrainie, Polsce, Niemczech, Czechach iAustrii, ale tak naprawdę nigdy nie opuścił swojego miasteczka. Pozostał wtym samym miejscu, zmieniały się jedynie granice państw.

Tuż przed Iwojną światową Jekels sprzedał swoje sanatorium Socjalistycznemu Związkowi Górników. Po II wojnie światowej odwiedzali je głównie funkcjonariusze PZPR. Dziś jest to znane wPolsce sanatorium leczenia dróg oddechowych. Czy psychoanaliza „polska” mogła sobie wybrać lepsze miejsce urodzenia niż sanatorium wBystrej zjej różnymi mieszkańcami: Żydami, Polakami, Niemcami, Austriakami, Czechami, katolikami iprotestantami, socjalistami ikomunistami, pisarzami iartystami, lekarzami ipsychoanalitykami? Czy można sobie wyobrazić lepszą legendę założycielską, która być może już wtedy zawierała zalążek przyszłego odczarowania iupadku, podobnie jak inne słynne sanatorium leczenia płuc? Mam oczywiście na myśli to zCzarodziejskiej góry Thomasa Manna, zdoktorem Krokowskim, psychoanalitykiem noszącym polskie nazwisko. Dlaczego pisarz wybrał polskiego Żyda na psychoanalityka wDer Zauberberg? Mann łączył niepokojący potencjał psychoanalizy ze „słowiańskością”, anawet z„polskością”, do których miał ambiwalentny stosunek. Słowiańskość była wjego oczach odwrotną stroną mieszczańskiej racjonalności iuosabiała coś dzikiego, lekkomyślnego, jakieś chorobliwe pragnienie. Później, gdy Mann poznał idocenił Freuda, dostrzegł wpsychoanalizie „połączenie siły poezji iprecyzji nauki”. Jednak doktor Krokowski wCzarodziejskiej górze ma cechy Ostjude, który mówi „szkaradnym” niemieckim – jidysz?9. Większość psychoanalityków pierwszego idrugiego pokolenia, podobnie jak sam Freud, ma biograficzne korzenie wspołeczności wschodnich Żydów. Niektórzy znich woleli otym zróżnych powodów nie pamiętać. Nie chcieli być doktorami Krokowskimi, ale Settembrinimi – oświeconymi Europejczykami, którzy wierzą wnaukę iwykształcenie. Czy to dlatego Jekeles zmienił nazwisko na „Jekels”? Czyżby samogłoska „e” wskazywała na jego wschodniożydowskie pochodzenie, mimo że urodził się wspolonizowanej już rodzinie kupieckiej ze Lwowa10?

Na temat wyparcia wschodniożydowskiego doświadczenia naprowadziła mnie książka Joela Whitebooka11. Twierdzi wniej, że Freud wyparł traumatyczne doświadczenie zmatką Amalią, która – jako „Ostjüdin” – nigdy nie nauczyła się niemieckiego, nie zajmowała się synem, narażała go na traumatyczne rozstania iutraty. Owo wyparcie sprawiło, że wklasycznej psychoanalizie nie było preedypalnego wymiaru wczesnej matki. Takie postawienie sprawy nasunęło mi myśl, że chodzi nie tylko owyparcie doświadczenia zmatką, ale również owyparcie doświadczenia wschodniożydowskiego, wobec którego Freud ijego pierwsi uczniowie byli, jak wiemy, bardziej niż ambiwalentni.

Kiedy spytałam Monikę, czy jej ojciec mówił wjidysz – bo przecież kiedy pracował wSzpitalu na Czystem wWarszawie, miał pacjentów, którzy innego języka nie znali – poczułam pewien opór. Podobne doświadczenie miała Alberta Szalita, pisząc, że żydowscy lekarze wWarszawie wstydzili się mówić wjidysz, woleli po polsku, mimo że utrudniało im to porozumienie zich pacjentami.

Przed wojną mówiło wjidysz trzy czwarte światowej społeczności żydowskiej. WZagładzie zginęła większość posługujących się tym językiem. To była grupa, która miała najmniejsze szanse na przeżycie ibyć może psychoanalitycy żydowskiego pochodzenia, którzy wyparli Holokaust (jak zresztą większość ludzi), tym bardziej nie chcieli, aby psychoanaliza „pamiętała” owłasnych wschodniożydowskich korzeniach, aktualizowało to bowiem ich traumę ipoczucie winy.

Wróćmy do Jekelsa. Wcześnie traci ojca. Jego żona wwieku 32 lat popełnia samobójstwo. Chory psychicznie syn ginie zrąk nazistów. Jednak nie tylko utraty naznaczyły życie tego mądrego izaangażowanego człowieka, cierpiącego na chroniczną depresję. Początkowo przeciwny psychoanalizie, wkrótce zaczyna pałać do niej entuzjazmem. Po samobójstwie żony sprzedaje sanatorium iw1912 roku udaje się do Wiednia. Przez dziesięć miesięcy pięć razy wtygodniu12 kładzie się na kozetce uFreuda iotwiera swój gabinet na tej samej, co on, ulicy Berggasse. Jest uFreudów częstym gościem. Wwywiadzie zKurtem Eisslerem z31 marca 1953 roku wspomina, że kolacje unich były dla niego trudne do zniesienia, bowiem Freud uparcie milczał, ale jedzenie mu smakowało13. Po aneksji Austrii w1938 roku Jekels zostaje zmuszony, podobnie jak Freud, do opuszczenia Wiednia. Jego ucieczka do Ameryki trwała, tak jak wprzypadku Bychowskiego, kilka lat. Jest za późno, aby zacząć nowe życie. Wwieku 74 lat trudno mu nostryfikować dyplom lekarski, bez którego nie może praktykować jako psychoanalityk wUSA, ponieważ Towarzystwa Psychoanalityczne wUSA przyjmowały do swojego grona tylko lekarzy. Jednak kilka lat później jego dyplom zostaje uznany na drodze prawnej iJekels staje się członkiem Nowojorskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego.

Ludwig Jekels to typowy pisarz psychoanalityczny pierwszego pokolenia, dla którego wzorem pozostawał sposób pisania Freuda. Poruszał się swobodnie między kwestiami teoretycznymi itechnicznymi, między rozważaniami filozoficznymi iliteraturą. Podobnie jak Freud, łączył praktykę terapeutyczną ztradycją nauk humanistycznych izliteraturą. Dlatego opowiadał się przeciwko umedycznieniu psychoanalizy. Ale również ze względu na socjalistyczne przekonania chciał jej otwarcia dla innych zawodów – pedagogów czy pracowników socjalnych. Pragnął, aby terapia psychoanalityczna stała się dostępna dla mniej zamożnych pacjentów. Sam leczył wielu pacjentów za darmo iznalazł się wtrudnej sytuacji materialnej. Koledzy zNew York Society (NYPSI) nie przekazywali mu ani pacjentów, ani kandydatów mimo listu polecającego od samego Freuda14. Zmarł wsamotności w1954 roku wNowym Jorku. Kilka miesięcy przed śmiercią, wrozmowie zKurtem Eisslerem, wspominał swoje pożegnanie zFreudem w1938 roku. Odwiedził go tego samego dnia, wktórym gestapo zabrało Annę Freud na przesłuchanie. Freud był sam wgabinecie:

(…) Siedział iłzy płynęły mu po twarzy. Nie ze względu na mnie, ale widocznie moja obecność, moje pożegnanie przypominało mu ojego własnym losie, że on także jako stary człowiek… Nie powiedział ani słowa. Ja też nie mogłem nic wydusić. Uciekłem. Jeszcze nikomu tego nie opowiedziałem15.

Los Jekelsa wAmeryce bardzo różnił się od losu Gustawa Bychowskiego. Zpewnością ważną rolę odegrały jego lojalność wobec Freuda iróżnica pokoleniowa między oboma. Nadchodził czas nowej psychoanalizy.

4. Różnica losów

Młodszy otrzydzieści lat od Jekelsa Bychowski mógłby być jego synem. Obaj byli polskimi Żydami, obaj zaangażowali się, jak nikt inny, wpopularyzację psychoanalizy wprzedwojennej Polsce. Obaj byli członkami Towarzystwa Psychoanalitycznego wWiedniu. Obaj próbowali założyć instytut szkoleniowy wPolsce, co im się nie udało. Obaj zostali zmuszeni do emigracji zEuropy: Jekels zWiednia, Bychowski zWarszawy. Osiedli wNowym Jorku, gdzie obaj zostali członkami Nowojorskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego. Przy tak wielu podobieństwach nasuwa się pytanie, dlaczego żaden znich nie dostrzegł drugiego? Ten przykład braku wzajemnej percepcji unaocznia punkt zwrotny wdalszym rozwoju psychoanalizy. Nie chodziło tylko okonflikty między Amerykanami inowymi przybyszami zEuropy, ale także okonflikt między żydowskimi emigrantami dotyczący tego, jak ma wyglądać psychoanaliza, która znalazła schronienie wAmeryce. Czy należy utożsamiać się ze starą wiedeńską psychoanalizą czy rozwinąć nową? Dla młodszego pokolenia psychoanaliza miała stać się uniwersytecką nauką inowoczesną kliniką, anie nowym gettem. Był to dylemat, którego dwie strony reprezentowały wybory Jekelsa iBychowskiego. Ostatecznie obaj nie ostali się whistorii światowej psychoanalizy, ale zróżnych powodów.

Freud był podwójnie ambiwalentny nie tylko wobec bycia Żydem zEuropy Środkowo-Wschodniej, ale również wobec przesunięcia psychoanalizy na Zachód. Zjednej strony dostrzegał szansę wjej profesjonalizacji iunaukowieniu, zdrugiej – obawiał się, że zniknie coś cennego: jej bliskość wobec sztuki, jej spojrzenie na psychiczne okrucieństwo, które znamy zwielkiej literatury, jej etyczna wartość jako praktyki samopoznania. Jekels pozostał wiernym uczniem Freuda zpewną aurą wschodnioeuropejskiego Żyda. Ze swoim socjalistycznym zaangażowaniem, uznaniem wagi popędów iedypalnego autorytetu ojca, był wpewnym sensie „przeciwny” dominującej wUSA psychologii „ja”. Zkolei Bychowski – młodszy od niego opokolenie – nie stał się, jak można było oczekiwać, jednym zaktorów psychologii „ego”, ale kimś poza głównym nurtem. Poza prywatną praktyką pracował, tak jak wcześniej wWarszawie, wróżnych nowojorskich klinikach. Należał do owego pokolenia amerykańskich psychiatrów, którzy wprowadzili naukę Freuda do szpitali.

Biografia Bychowskiego jest pęknięta. Nieliczni polscy badacze piszą ojego pracy wWarszawie wokresie przedwojennym, nieliczni amerykańscy psychoanalitycy – ojego pracy wNowym Jorku. To „przed” i„po” można wytłumaczyć zewnętrznymi okolicznościami, nowymi zainteresowaniami badawczymi, ale wmoim odczuciu jest ono również wyrazem czegoś głębszego, czego nie widać na pierwszy rzut oka wprzypadku człowieka tak zdolnego do integrowania ido życia wróżnych kulturach. Wprzypadku Bychowskiego szczególnie wyraźne jest przejście między Starym aNowym Światem oraz usiłowanie zachowania mostów.Można je określić innymi słowy jako przejście od psychoanalitycznej tradycji do nowoczesnej psychoanalizy, ale również – amoże przede wszystkim – jako przejście zczasów przed Zagładą do czasów po niej. Szalita te mosty zerwała.

5. Rodzina, Wiedeń, Warszawa – ponowna wyprawa wdwudziestolecie

Gustaw Bychowski urodził się wWarszawie 21 sierpnia 1895 roku. Jak mówią – ze srebrną łyżeczką wustach. To kolokwialne określenie przetłumaczone na język psychoanalityczny oznacza dobre wczesne relacje, które wpłynęły na jego otwartość wobec świata, zdrowe ambicje, uznanie innych iniezależność.

Należał do wielopokoleniowej rodziny polsko-żydowskiej. Fascynująco opisała ją Joanna Olczak-Ronikier wswojej książce Wogrodzie pamięci16. Są to wspomnienia ojej własnej rodzinie, wktórej niczym wsoczewce odbija się skomplikowana ibolesna historia Żydów polskich. Napisała ją dzięki inicjatywie Moniki, córki Bychowskiego, która 30 lat po śmierci ojca podjęła trud odszukania rodziny wPolsce. Poszczególni członkowie tej rodziny, zktórych część zginęła, ale większość przeżyła Zagładę – wybrali wszystkie możliwe opcje: asymilację, syjonizm, socjalizm, komunizm, emigrację, awprzypadku Bychowskiego – psychoanalizę.

Ortodoksyjnemu rabinowi zWołynia nie śniło się zapewne, że jego syn Zygmunt zostanie syjonistą, przyjacielem Teodora Herzla, warszawskim psychiatrą, ajego wnuk Gustaw – nowojorskim psychoanalitykiem. Aprzecież była to jedna ztypowych dróg dwóch pokoleń Żydów, którzy szukali swojego miejsca na progu nowoczesności. Cechowała ich niezwykła mobilność społeczna, kulturowa igeograficzna. Opuszczali swoje ortodoksyjne rodziny wnadziei na awans intelektualny ispołeczny. Emancypacyjny impuls przyszedł ze wschodu. Pierwsza część XX wieku była wychodzeniem młodzieży żydowskiej zgetta. Tysiące młodych Żydów ruszyło zrubieży Galicji do miast – do Wiednia, ale iWarszawy. Stawali przed egzystencjalnymi wyborami: syjonizm iwperspektywie wyjazd do Palestyny, asymilacja, tworzenie laickiej kultury żydowskiej wPolsce, socjalizm, komunizm, emigracja do Ameryki. Nie przypadkiem nowy język – esperanto – wynalazł warszawski lekarz Ludwik Zamenhof. Szukali rozwiązań uniwersalnych wnauce isocjalizmie. Syjonizm był, co prawda, opcją narodową, ale itu chodziło bardziej omodel państwa iwychowanie „nowego człowieka” niż onaród. Ernest Jones pisze do Freuda wliście z7 grudnia 1920 roku, że do Palestyny napływają emigranci zGalicji bez ubrań, których jedynym dobytkiem jest Kapitał iObjaśnianie marzeńsennych17. Karolina Szymaniak wykazuje wswoich badaniach, że psychoanaliza była wmiędzywojniu jednym z„języków”, którym mówiło młode pokolenie Żydów polskich nie tylko zasymilowanych, ale również „jidyszowa” młodzież18.

Kluczowym zjawiskiem dla dwudziestolecia międzywojennego była zatem emancypacja umysłowa ispołeczna młodzieży żydowskiej, która czytała nowoczesnych pisarzy ifilozofów, odchodziła od religii iświata rodziców, uczestniczyła wnowych ruchach społeczno-politycznych, wBundzie, wprawicowych ilewicowych ruchach syjonistycznych propagujących powstanie państwa żydowskiego Izrael znarodowym językiem hebrajskim, iworientacji, która uważała, że Żydzi powinni pozostać tam, gdzie stworzyli wyjątkową kulturę jidysz zwłasną literaturą, teatrem iprasą docierającą do masowego odbiorcy19.

Dla niewielkiej grupy zaangażowanych społecznie lekarzy należących do polsko-żydowskiej inteligencji atrakcyjną opcją emancypacyjną stała się psychoanaliza, którą Paweł Dybel20 nazwał ziemią obiecaną ze znakiem zapytania. Zanim Jekels, Markuszewicz, Bornstein, Bychowski zostali psychoanalitykami, byli najpierw zaangażowanymi społecznie lekarzami, polsko-żydowską, wykształconą przyrodniczo ihumanistycznie, wielojęzyczną inteligencją. Dla tej grupy psychoanaliza była obietnicą, że oto otwierają się drzwi ku społeczeństwu mniej archaicznemu, mniej plemiennemu, uwalniającemu się od przesądów, znajdującemu język, wktórym można bez egzaltacji ioburzenia mówić oróżnych stronach człowieka.

Samuel Kassow pisze otej formacji polskich Żydów-inteligentów, że mimo antysemityzmu ipostępującej faszyzacji międzywojennej Polski współtworzyli wyjątkowe jak na te czasy ina to miejsce laboratorium nowoczesności21. Studiowali na niemiecko­języcznych uczelniach, czuli się związani zpolską kulturą iliteraturą, którą współtworzyli. Autorzy piszący wjidysz zyskiwali międzynarodowe uznanie. Inni pisarze żydowskiego pochodzenia: Bruno Schulz, Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Bolesław Leśmian należeli do najwybitniejszych polskich twórców. Rozwijał się teatr jidysz – wPolsce funkcjonowało 15 teatrów igrup teatralnych. Założony w1912 roku wBiałymstoku ­Teatr Habima jest obecnie Żydowskim Teatrem Narodowym wTel Awiwie. Produkowano filmy wjęzyku jidysz, powstały m.in.: Ał chejt, Der dibek, Frejliche kabconim, Mamele. Wielu żydowskich filmowców, jak Aleksander Hertz, Aleksander Ford czy Józef Lejtes, kręciło także filmy wjęzyku polskim. Tuwim iHemar pisali teksty dla teatrzyków rewiowych.

Tak było wwiększych miastach, ale setki tysięcy Żydów zmałych miasteczek iodległych części kraju żyły wizolacji. Mówili tylko wjidysz. Różnili się tradycją, religią iobyczajem. Zniszczyła ich Zagłada. Przetrwali irozpoczęli nowe życie gdzie indziej tylko nieliczni.

Ojciec Gustawa należał do pierwszego emancypującego się pokolenia iwten sposób przetarł drogę synowi, dla którego otworzyły się nowe możliwości. Aby zrozumieć ten proces, trzeba rzucić okiem na międzywojenną Polskę, która w1918 roku odzyskała niepodległość iprzystąpiła do odbudowy państwa. Wodbiorze współczesnym młode państwo polskie kojarzy się znarastającym antysemityzmem, faszyzującą atmosferą, ograniczeniami praw dla żydowskiej społeczności. To wszystko prawda, za którą jako społeczeństwo musimy wziąć odpowiedzialność, nie uciekając się do znanych mechanizmów obronnych: wyparcia izaprzeczenia.

Polskę zamieszkiwało wówczas ponad 3 miliony Żydów, co stanowiło największą diasporę na świecie. Po odzyskaniu niepodległości stali się obywatelami polskimi. Mniejszość żydowska wII Rzeczypospolitej była bardzo podzielona, nie tylko pod względem politycznym, ale również kulturowym iekonomicznym. Wywodziła się ztrzech różnych kultur: rosyjskiej, niemieckiej iaustriackiej. Wzaborze pruskim akulturacja iintegracja Żydów najlepiej się powiodła. Po Wiośnie Ludów izniesieniu ograniczeń prawnych Żydzi stali się Niemcami wyznania mojżeszowego. Wzaborze austriackim żydowscy integracjoniści opowiedzieli się za orientacją polską, ale byli wkonflikcie zwielką społecznością chasydzką. Poza tym Galicja pozostała krajem rolniczo-szlacheckim, co nie sprzyjało integracji. Wzaborze rosyjskim, czyli wKrólestwie Polskim, sytuacja Żydów pozostawała szczególnie ciężka ze względu na antysemityzm, wyznaczenie stref osiedlenia inędzę materialną22. Podwileńskich Litwaków dzieliła od chasydów ze środkowej Polski przepaść. Tych zkolei dzieliła przepaść od Żydów warszawskich. Wśród tych ostatnich wreszcie istniała przepaść między biedotą zNalewek izamożną lub średnio zamożną inteligencją23. Owe podziały kulturowe imaterialne prowadziły do konfliktów wewnątrzżydowskich. Rosyjscy Żydzi po zamachu na cara Aleksandra II w1881 roku ifali pogromów zaczęli szukać schronienia m.in. wKrólestwie Polskim. Polscy Żydzi ich nie tolerowali, uważali za prymitywnych iagresywnych, azkolei Polacy uważali ich za narzędzie polityki rusyfikacyjnej24.

Kolejne rządy Polski międzywojennej nie miały pomysłu na politykę wobec trzech milionów żydowskich obywateli, którzy wwiększości nie chcieli asymilacji. Skrajna prawica wmiarę postępowania Wielkiego Kryzysu ogłosiła ekonomiczny bojkot Żydów, co wraz zwysokim przyrostem naturalnym sprawiło, że poziom ich życia wPolsce był jednym znajniższych na świecie. Przez całe dwudziestolecie utrzymywało się napięcie między modelem państwa narodowego iwielonarodowej demokracji. Żydzi byli dyskryminowani wróżnych dziedzinach życia iczuli się obywatelami drugiej kategorii, chociaż formalnie konstytucja marcowa z1921 roku gwarantowała im równe prawa25. Wprawdzie rozpoczął się wPolsce proces wychodzenia zgetta, ale jednak wsensie podmiotowości politycznej Żydzi nigdy zniego nie wyszli26.

Jeśli spojrzeć na cały kraj, Polska dwudziestolecia międzywojennego była państwem urzędniczo-szlachecko-chłopskim. Żydzi pozostawali poza tym obszarem, jak to opisuje Miłosz wmono­grafii Wyprawa wdwudziestolecie27. Kulturowe iekonomiczne zróżnicowanie tej wspólnoty było ogromne: bogata plutokracja imasy biedoty, ortodoksi iwyemancypowani, którzy uważali się za postępowych Europejczyków inie chcieli mieć nic wspólnego zjakąkolwiek ortodoksją. Ta podzielona społeczność stanęła „wobec licznych wyzwań: sporów wewnętrznych, kryzysu ekonomicznego iwzrastającego wlatach 30. prawicowego, apotem faszystowskiego antysemityzmu”28.

Zarówno na ziemiach polskich, jak iwreszcie Europy nasiliła się – wraz zrozwojem nowoczesności – migracja do dużych miast, gdzie powstał żydowski proletariat, ale także zamożna klasa średnia iżydowska inteligencja, która – ito jest specifikum – stanowiła znakomitą większość inteligencji polskiej. WWarszawie mieszkało 350 000 Żydów, co stanowiło 30% ogółu ludności, wcałej Polsce ponad trzy miliony, czyli około 10% ogółu ludności. Między­wojenna Warszawa, największe żydowskie miasto ówczesnej Europy (drugim był Wiedeń), stała się ośrodkiem nowoczesnej laickiej kultury żydowskiej: organizacji filantropijnych, sierocińców, inicjatyw samokształceniowych, życia literackiego, prasy żydowskiej po hebrajsku, wjidysz ipo polsku, teatrów iszkół, bogatego izróżnicowanego świata partii politycznych. Rozwijała się wielojęzyczna zróżnicowana kultura polskich Żydów. Mówiono po hebrajsku, żydowsku, niemiecku, rosyjsku, ukraińsku ipolsku. Żaden język nie wybijał się kosztem innych. Jidysz, hebrajski ipolski oddziaływały na siebie wzajemnie29. Kultura żydowska była pełna sprzeczności. Zjednej strony przywiązana do polskości, zdrugiej – do żydowskości. Samuel Kassow podkreśla, że mimo licznych trudności iwyzwań była to najbardziej zaradna, żywotna itwórcza społeczność żydowska na świecie, którą wyróżniała genialna wręcz zdolność do tworzenia organizacji30. Zpracy oświatowej ispołecznej uczyniła służbę ipowołanie. Do tradycji działań społecznikowskich nawiązali później przedstawiciele pokolenia międzywojennego, Polacy iŻydzi. Podejmowali inicjatywy onajróżniejszym charakterze iskali – od Wolnej Wszechnicy Polskiej poczynając, ana kursach niedzielnych, świetlicach isierocińcach kończąc. Wtym sensie Janusz Korczak, nauczyciel Bychowskiego, czy jego wujostwo Jakub iJanina Mortkowiczowie byli wybitnymi reprezentantami polskiej inteligencji swego czasu iduchowymi spadkobiercami pokolenia „niepokornych”, które na przełomie XIX iXX wieku organizowało towarzystwa oświaty ludowej, czytelnie robotnicze iprzytułki, wykładało na Uniwersytecie Latającym, wydawało elementarze, encyklopedie ipodręczniki dla samouków. Nawiązywała do postępowej tradycji inteligencji polskiej, która jeszcze wokresie zaborów przejęła zadania nieistniejącego państwa, łącząc nadzieję na odzyskanie niepodległości zetosem szacunku wobec każdego, solidarności wobec potrzebujących iskrzywdzonych ipoczuciem odpowiedzialności za otaczający świat. Jednak wraz znarastającym antysemityzmem lat 30. coraz dotkliwszy stawał się dylemat bycia jednocześnie Żydem iPolakiem.

6. Ojciec isyn

Wśród inteligencji żydowskiej było wielu lekarzy-społeczników dążących do społecznych reform iwychodzących naprzeciw potrzebom biedoty zNalewek, żydowskiego proletariatu. Do owej grupy należał Zygmunt Bychowski, ojciec Gustawa, znany warszawski neurolog, działacz syjonistyczny, naukowiec ispołecznik. Jego rodzice, Szmul (Samuel) iFejga – dziadkowie Gustawa – założyli ortodoksyjną rodzinę iosiedlili się wKorcu na Wołyniu. Samuel poświęcił życie studiom talmudycznym ipoczątkowo działał wPetersburgu. Tą samą drogą podążył jego syn Zygmunt, wówczas jeszcze noszący imię Zelman, który studiował Talmud aż do siedemnastego roku życia – kolejno wchederze, talmud-torze iwjeszybocie wKorcu. Uciekł do Warszawy, gdzie imał się różnych prac, wieczorami przygotowując się do egzaminów do carskiego gimnazjum, wktórym obowiązywał numerus clausus31. Studia rozpoczął już jako dojrzały człowiek. Przez zieloną granicę przedostał się do Austrii iwstąpił na Uniwersytet Wiedeński, gdzie rozpoczął studia przyrodnicze ifilozoficzne. Ostatecznie jednak wrócił do Warszawy, aby studiować medycynę na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, którą ukończył w1893 roku. Ojciec najpierw się go wyrzekł, ale ostatecznie uznał, że najważniejsze są wiedza no i… dyplom lekarski. Zaraz po studiach Zygmunt pracował wSzpitalu Przemienienia Pańskiego, zktórego w1912 roku zwolniono go zpowodu żydowskiego pochodzenia.

Dwa lata po uzyskaniu przez Zygmunta dyplomu lekarskiego, w1895 roku, urodził mu się syn Gustaw. Kiedy miał dziewięć lat, ojciec został zmobilizowany jako lekarz-oficer do wojska iwziął udział wwojnie rosyjsko-japońskiej w1904 roku. Nie mniej niż Japończyków ibezwzględności rosyjskich dowódców, których – podobnie jak dzisiaj – niewiele obchodziło ludzkie życie, bano się syberyjskiej zimy imrozu, temperatury sięgały –40ºC. Doktor Bychowski był zapobiegliwy, zdążył jeszcze kupić ciepłe buty, kożuch ifutrzaną czapę, ale setki chorych irannych żołnierzy umierały wdrodze powrotnej do domu. Przejmująco opisała to Joanna Olczak-Ronikier: „Szli wdeszczu, wbłocie, okulach, obłąkani, chorzy wenerycznie, suchotnicy, reumatycy, Rosjanie, Tatarzy, Ukraińcy, polscy chłopi ipolscy Żydzi”32. Tę samą mniej więcej drogę, tyle że wprzeciwnym kierunku, odbył jego syn Gustaw Bychowski, uciekając zżoną Marylą idziećmi w1941 roku koleją transsyberyjską przez Niżny Nowogród, Jekaterynburg, Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck do Japonii, astamtąd do San Francisco.

Klęska zdemoralizowanej iskorumpowanej armii carskiej obnażyła słabość Imperium Rosyjskiego iwzbudziła nadzieję zarówno na odzyskanie przez Polskę niepodległości, jak ina przemiany społeczne. Rewolucja 1905 wRosji i – również – wKrólestwie Polskim, gdzie zorganizowała ją Polska Partia Socjalistyczna, nie spełniła co prawda pokładanej wniej nadziei, ale doprowadziła do wielu pozytywnych zmian: wolności wyznania, nauczania wjęzyku polskim, tworzenia polskich instytucji, rozwoju ruchu spółdzielczego, złagodzenia cenzury. Przez cały rok 1905 trwały strajki, antywojenne ipropolskie demonstracje. 1 listopada 1905 roku demonstrowało na placu Teatralnym wWarszawie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Doszło do krwawej masakry, co jednak nie powstrzymało demonstrantów. Wydarzenie to opisała Janina Mortkowiczowa wopowiadaniu Stacho33. Wostatnim zdaniu mały chłopiec podnosi do góry polski sztandar ikrzyczy „Niech żyje wolność!”. Inspiracją dla stworzenia tytułowego bohatera był dziesięcioletni Gustaw Bychowski, którego łączyła zJaniną Mortkowiczową silna, synowsko-matczyna więź.

Po powrocie zwojny rosyjsko-japońskiej Zygmunt Bychowski został aresztowany jako członek Stowarzyszenia Syjonistów. „Nowości Ilustrowane” piszą w 1906 roku (nr 16):

Prawdziwie inteligentne, uspołecznione umysły nie umjeją nigdy inigdzie spocząć – nawet wwięzieniu. Takim jest lekarz warszawski, Dr. Zygmunt Bychowski, który wróciwszy zDalekiego Wschodu, dokąd powołany był wcharakterze lekarza na czas wojny, naraził się jako członek Stowarzyszenia Syonistów na podejrzenie władz, skutkiem czego został wjesieni aresztowany wmieszkaniu swem przy ul. Grzybowskiej iosadzony na dłuższy czas wwięzieniu przy ratuszu. Tu wśród dolegliwości położenia, aszczególniej wobec formalnego głodu na wszelką lekturę przyszła mu myśl zapoczątkowania tak pożytecznego dzieła, jak założenie biblioteki dla więźniów, skoro tylko wyjdzie zwięzienia ijeśli władze na to się zgodzą. Zmyślą tą zwierzył się Dr. Bychowski swym towarzyszom niedoli wtejże samej celi więziennej pod nr 8-ym osadzonym (…) którzy jej przyklasnęli ijuż tam wwięzieniu zawiązali się wKomitet zzamiarem przybrania do niego później kilku znanych zdobrej woli osób zmiasta. Jeszcze nie wszyscy zuwięzionych zostali wypuszczeni na wolność, lecz itych kilku szczęśliwszych ma nadzieję doprowadzenia przedsięwzięcia do skutku, wobec tego, iż zapytywane wtej sprawie władze uznały projekt za wykonalny. Reszta zależy od inicyatorów zDrem Bychowskim na czele34 [zachowana oryginalna pisownia].

Zygmunt Bychowski zbliżył się jeszcze wczasie studiów do ruchu syjonistycznego, akonkretnie do organizacji Chowewej Syjon, która powstała wEuropie Wschodniej już na początku lat 80. XIX wieku. Wziął udział wIzałożycielskim Kongresie Syjonistycznym wBazylei w1897 roku iwielu kolejnych. Od tego czasu datuje się korespondencja zniewiele od niego starszym Theodorem Herzlem. Zygmunt reprezentował żydowskie ipolskie instytucje. Zjednej strony wszedł wskład Rady Partyjnej Organizacji Syjonistycznej wPolsce ibył zastępcą posła Żydowskiej Rady Narodowej wpolskim sejmie. Zdrugiej strony został ławnikiem warszawskiego magistratu, gdzie kierował resortem zdrowia publicznego. Należał do warszawskiego oddziału wolnomularskiej Loży Polin – B’nai B’rith wtym samym czasie, kiedy członkiem oddziału wiedeńskiego był Zygmunt Freud.

Ojciec Gustawa ucieleśniał etos społecznikowski. Przewodniczył żydowskiemu Towarzystwu Przeciwgruźliczemu „Brijus--Zdrowie”, działał wTowarzystwie Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej wPolsce, założył Towarzystwo do Badania Stanu Fizycznego iPsychicznego Żydów, był kuratorem Domu Opieki dla opuszczonych dzieci żydowskich, prezesem Żydowskiego Towarzystwa Gimnastyczno-Sportowego Makabi iczłonkiem honorowym Akademickiej Korporacji Syjonistycznej „Betharia”. Współtworzył nowoczesną laicką kulturę żydowską ijej instytucje wPolsce, będąc jednocześnie syjonistą. Targał nim konflikt między obiema opcjami. Jego syjonizm zasadzał się na głębokiej wierze wnaukę iróżnił od tej tendencji syjonizmu polskiego, który próbował „przetwarzać wartości postrzegane dotąd jako specyficznie polskie: romantyzm, patriotyzm, ofiarę indywidualną, odrodzenie państwa, heroizm – na wartości żydowskie35.

Zygmunt dążył do reform, które miały przyjść z„wolnej, porewolucyjnej Rosji”, gdzie „nie będzie miejsca na żydowskie nerwice”. W1918 roku publikuje po hebrajsku artykuł pt. Neurotyczne zaburzenia ieugenika wśród Żydów, wktórym podtrzymuje, co prawda, pogląd oszczególnej skłonności Żydów do nerwic, ale nie znajduje dla niego naukowego potwierdzenia. Bardziej interesuje go kontekst kulturowy ispołeczny: jak dadzą sobie radę wschodnioeuropejscy Żydzi zwyzwaniem emancypacji isyjonizmu? W1921 roku publikuje zkolei wjidysz artykuł ożydowskich neuropatiach iżydowskiej degeneracji, wktórym krytykuje pojęcie neuropatii „wędrującego Żyda” wprowadzone przez Charcota: „Interesuje mnie to jako lekarza, irytuje jako Żyda idręczy jako syjonistę”36. Jak wielu wtym czasie wierzył wabsolutną moc nauki nie tylko wświecie przyrody, ale iwświecie społecznym. Kategorycznie jednak odrzucił pogląd, że specyficzna żydowska neuropatia jest dziedziczna. Uważał, że bierze się ona zwarunków kulturowych – tendencji Żydów do częstych konsultacji lekarskich, głęboko zakorzenionej wżydowskiej tradycji kulturowej, która głosi, że zdrowie jest największym darem itrzeba zrobić wszystko, żeby je zachować przy pomocy nauki, oraz ze złych warunków społecznych imaterialnych. Większość pacjentów Charcota była neurotykami, którym cierpienie nie przeszkadzało wwykonywaniu zawodu ikorzystaniu zżycia. Większość neuropatów stanowili Żydzi zPolski iLitwy. Najbardziej chorzy byli Żydzi zcarskiej Rosji. Konflikty, nędzne warunki życia irepresje osłabiały odporność fizyczną. Żydzi wPolsce iRosji nie prowadzili normalnej walki oswoje prawa jak wEuropie, ale – pisze Bychowski – „walczyli dosłownie okażdy kawałek chleba, szklankę wody itrochę powietrza”. To była specyficznie wschodnioeuropejska „żydowska” walka. Żyli wlęku przed pogromami igłodem, co ma „patologizujący wpływ na wrażliwe dusze”. Bychowski był przekonany, że wwolnej porewolucyjnej Rosji „żydowskie nerwice” znikną, bo zmienią się warunki społeczne iekonomiczne. Jednocześnie podchodził entuzjastycznie do idei eugeniki – popularnej wówczas koncepcji – oraz radykalnych metod, które miałyby zapobiec degeneracji rasy żydowskiej izwiększyć jej żywotność. Podobne poglądy miał zaprzyjaźniony znim Janusz Korczak, który starannie selekcjonował dzieci do swojego domu dziecka. Zygmunt uważał, że odnowa narodu może nastąpić tylko wtedy, gdy „materiał ludzki” zmierzający do Palestyny będzie zdrowy. Dlatego był zwolennikiem wprowadzenia surowych ustaw antyimigracyjnych. Organizacje syjonistyczne otworzyły Palestynę Żydom zNiemiec, zamknęły ją niemal całkowicie przed Żydami zPolski ze względu na stan ich zdrowia37.

Syjoniści powinni widzieć wożenku nie osobisty wybór serca, ale akt owartości publicznej, od którego zależy zdrowie narodu inastępnego pokolenia – głosił Zygmunt. Należy propagować wPalestynie wielodzietność, aby brak dzieci nie doprowadził do zniknięcia rasy. Jeśli jednak zachodzi ryzyko urodzenia chorych dzieci, ożenek powinien być surowo zabroniony. Zygmunt Bychowski obawiał się, że kiedy wschodnioeuropejskie uniwersytety otworzą podwoje dla Żydów, tysiące będą studiowały kierunki związane tradycyjnie zkulturą żydowską: prawo imedycynę. Nie jest to jednak rekomendowane zperspektywy eugenicznej. Żydzi powinni nabrać siły fizycznej, pozwolić odpocząć nerwom istudiować wIzraelu rolnictwo lub inżynierię wszkołach technicznych38.

Zygmunt zmarł w1935 roku wWarszawie na raka przełyku. Choroba, którą ukrywał przed rodziną, amoże iprzed samym sobą, rozwijała się przez wiele lat. Na jego pogrzeb przyszły tłumy warszawiaków. Przemawiali m.in.: historyk, rabin, senator II RP Mojżesz Schorr, Władysław Sterling neurolog, psychiatra, poeta, profesor Wolnej Wszechnicy Polskiej, Majer Bałaban również rabin ijeden znajwybitniejszych badaczy dziejów Żydów wPolsce. Nad grobem śpiewał drugi kantor Wielkiej Synagogi Warszawskiej, zamordowany później wwarszawskim getcie.

Bychowski był bez wątpienia wybitnym neurologiem. Ogłosił około stu prac wtej dziedzinie, podobnie jak Gustaw wdziedzinie psychoanalizy. Publikował po polsku, rosyjsku, francusku iniemiecku. Zpośmiertnego wspomnienia Sterlinga dowiadujemy się, że zaangażowanie Bychowskiego doprowadziło go do wysokiego stanowiska przewodniczącego Zarządu Wydziału Zdrowia przy magistracie miasta Warszawy. Praca ta pochłonęła go całkowicie ioddaliła od neurologii klinicznej iteoretycznej, co było jego „cichą tragedią”.

Bowiem – jak pisze Sterling wpożegnaniu doktora Bychowskiego – „Współczesnemu pokoleniu lekarskiemu wiadomo dobrze, iż nauka wypełniała tylko część Jego zainteresowań, od zarania bowiem opętany był nie tylko przez żądzę poznania, ale iprzez demona instynktu społecznego”39. Ów „instynkt społeczny” znalazł wyraz również wwielu publikacjach zzakresu ochrony zdrowia. „Nawoływał wnich do utworzenia zakładów dla chroników, dla rozmaitych postaci kalectwa, do organizacji opieki społecznej nad epileptykami, (…) do tworzenia Ośrodków Zdrowia (…)”40. Wodczycie Dzieci kalekie iopieka nad nimi41 porusza audytorium słowami:

Dopiero wXVIII wieku sumienie publiczne zaczyna się budzić (…) irobić pewne usiłowania wcelu zaopiekowania się ułomnemi dziećmi (…) Mam na myśli wszczególności takie dzieci, które od urodzenia lub wczesnego dzieciństwa są pozbawione możliwości samodzielnego poruszania się (…) Krzywica jest szczególnie rozpowszechniona wśród ubogich dzieci pozbawionych słońca inależytego odżywiania. Ile razy mówię imyślę oułomnych dzieciach, staje mi żywo przed oczami scena, której byłem świadkiem na jakiemś brudnym warszawskim podwórku, która może pierwsza zmusiła mnie do głębszego zastanowienia się nad losem kalek. Bawiła się gromada brudnych, obdartych dzieci (…) krzyk, zgiełk napełniały powietrze. Atu leżało nieruchomie 9–10 letnie dziecko ze sparaliżowanymi nóżkami. Ijaka tęsknota, jaki żal, jaka zawiść malowała się woczach kaleki na widok rozochoconych irozpromienionych jego rówieśników. Szkoła najczęściej jest dla takich dzieci zamknięta. Ajeśli już się wniej znajdzie takie dziecko, to jest ono przedmiotem kpin iprześladowań ze strony kolegów. Kaleka czuje, że jest ciężarem dla rodziców irodzeństwa. Iodpowiada podświadomą samoobroną – złością ikrnąbrnością42.

Nawet jeśli jego syn Gustaw miał zupełnie inną osobowość ipragnął być przede wszystkim psychoanalitykiem, to nie dziwi, że pierwszą pracę, którą podjął na emigracji wNowym Jorku, znalazł wInstytucie dla osób upośledzonych, gdzie zresztą poznał Albertę Szalitę.

Identyfikacja Gustawa zojcem, jeśli idzie ożywość umysłu, niespożytą energię ispołeczne zaangażowanie nie wymaga komentarza. Natomiast mentalnie, kulturowo ipolitycznie ich drogi się rozchodziły. Uniwersalizm Zygmunta podporządkowany był sprawie społecznej kondycji Żydów iich emancypacji zzamkniętej ortodoksyjnej kultury. Albo wPolsce, albo wPalestynie. Zygmunt łączył wiarę wnaukę zetosem zawodu lekarskiego ipraktycznym zaangażowaniem społecznym. Ze studiowania Talmudu do dwudziestego roku życia pozostał mu być może pewien rygoryzm iwierność literze, które przeniósł potem na naukę. Podobną drogą lekarki, społeczniczki inaukowczyni poszła młodsza o11 lat młodsza siostra Gustawa, Marta Osnos, której udało się wraz zrodziną uciec zPolski przez Bombaj. Zamieszkała podobnie jak Gustaw wNowym Jorku, gdzie związała się zColumbia University.

Zygmunta niezbyt interesowała literatura, ajeszcze mniej subiektywne, wewnętrzne życie jednostki – wszystko to, co pasjonowało Gustawa, którego iście renesansowy talent żywił się zdolnością do wielogłosowości. Miał najważniejszą cechę potrzebną wzawodzie psychoanalityka: receptywność.

Ojciec Gustawa nie był szczególnie obecny wjego dzieciństwie. Kiedy chłopiec miał dwa lata, Zygmunt rozpoczynał właśnie pracę lekarza. Kiedy Gustaw miał lat dziewięć, ojciec został powołany do armii carskiej na wojnę rosyjsko-japońską, azaraz po powrocie aresztowano go na dwa lata. Gdy Gustaw wkraczał wdorosłość, Zygmunt przez dwa lata (1916–1918) pracował wInstytucie Traumatologicznym wMoskwie. Gustaw nie mówił wiele oojcu – wspomina jego córka Monika. Słyszała, że był porywczy, dominujący iwiele wymagał. Gustaw pragnął uwolnić się spod jego kurateli ipójść własną drogą. Nie interesował się zbytnio polityką, abundowsko-socjalistyczne przekonania Zygmunta odrodziły się wRysiu, synu Gustawa. Wczerwcu 1942 roku pisał on zBerkeley do ojca wNowym Jorku:

Wuj Józef (Osnos) może otrzymać specjalną rekomendację Polskiego Konsulatu wBombaju, gdzie pracuje. Problemem mogą być finanse. Myślę, że „Joint” wyłoży potrzebną sumę, praca ipozycja Twojego ojca na pewno nie zostały zapomniane. Stowarzyszenie Polskich Socjalistów wU.S.A. organizuje jesienią spotkania iobjazd po całym kraju. Dostałem list od Malinowskiego zpytaniem, czy nie podjąłbym się wykładów iobjazdu po wybrzeżu (…) Czytujesz czasem „Robotnika Polskiego”? Pomijając moją osobistą sympatię dla wydawców, muszę przyznać, że znacząco poprawili zawartość. (…) Wysyłam teraz do „Robotnika Polskiego” dwa moje artykuły. Ciekaw jestem, czy dobrze je ocenią. Jeden jest ogetcie, adrugi o„młodych bez szkoły”.

Zygmunt iGustaw to były dwa różne uniwersalizmy idwa różne usposobienia. Zygmunt czcił Woltera, którego popiersie stało na jego warszawskim biurku. Nie mogąc zabrać rzeźby ze sobą, jego córka Marta, młodsza siostra Gustawa, kupiła kopię, która stała potem przez kilkadziesiąt lat wgabinecie jej syna Roberta Osnosa, psychiatry wNowym Jorku. Wolter, anie Freud. Jasne, anie ciemne oświecenie.

Zygmunt został pochowany na cmentarzu żydowskim wWarszawie. Na jego grobie czytamy: „Judeus sum humani nihil ame alienum puto”: „Żydem jestem inic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Nie wiem, czy ico napisano na nowojorskim grobie Gustawa. Może: „Psychoanalitykiem jestem inic, co ludzkie, nie jest mi obce”?

7. Bychowski uMortkowiczów

Gustaw Bychowski udzielał się również naukowo jako lekarz psychiatra. Należał do redakcji „Neurologii Polskiej” i„Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego”. Współzakładał Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Przez wiele lat przewodniczył Warszawskiemu Towarzystwu Neurologicznemu ibył członkiem rady naukowej Zrzeszenia Lekarzy Rzeczypospolitej. Pozostawił około stu prac naukowych wjęzyku polskim, niemieckim, francuskim irosyjskim, ale jego prawdziwą pasją była literatura.

Tradycyjne umiłowanie książek izasoby finansowe sprawiły, że wśród wydawców znalazło się szczególnie wiele rodzin żydowskich. Glücksbergowie, Orgelbrandowie, Himmel­blauowie wKrakowie, Borys Kleckin wWilnie, Jakub Mortkowicz wWarszawie. Wydawnictwa skupiały ówczesną elitę intelektualną iartystyczną. Idealnym typem wydawcy – inspiratora iprzyjaciela pisarzy był Jakub Mortkowicz. Wwarszawskim mieszkaniu Mortkowiczów przy ul. Mazowieckiej 12 spotykała się ówczesna elita intelektualna iartystyczna, pisarze polskiego iżydowskiego pochodzenia: Bolesław Leśmian, Janusz Korczak, Stefan Żeromski, Maria Dąbrowska, Maria Kuncewiczowa, Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski, Julian Tuwim. Owa polsko-żydowska „mieszanka” zadecydowała oobliczu kultury wmiędzywojennej Polsce. Obok Mieczysława Grydzewskiego, twórcy najpoważniejszego pisma krytyki literackiej „Wiadomości Literackich”, do którego dorosły Bychowski będzie pisywał felietony popularyzujące psychoanalizę, rolę nie do przecenienia wrozwoju kultury polskiej odegrał właśnie Jakub Mortkowicz43.

Od najwcześniejszych lat Gustaw przebywał wśrodowisku pisarzy ikrytyków. Związany był zrodziną Mortkowicza przez swoją matkę Gizellę, która była starszą siostrą Janiny Mortkowiczowej. To tam, uMortkowiczów, zrodziła się pasja Gustawa do literatury. Chłonął tę atmosferę, którą odtworzył później wswoim nowojorskim domu. Jako mały chłopiec mógł sobie co tydzień wybrać wich księgarni nową książkę. Ito u„poetów”, wwydawnictwie Mortkowicza, anie wWydawnictwie Lekarskim wydał swoją pracę naukową Słowacki ijegodusza. Była to rozprawa habilitacyjna trzydziestoparoletniego Bychowskiego na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego w1930 roku. Sięgałam po nią zniepokojem. Iwbrew moim obawom odkryłam nowoczesny język, pozbawiony archaizmów imłodopolskich kwiecistości. Język, którym pisał Freud, ale mniej ironiczny, pozwalający sobie na wzruszenia izachwyty. Już wpierwszych zdaniach rozwiewają się przesądy wobec psychoanalizy. Czuć wnich szacunek Bychowskiego dla nieredukowalnej odrębności sztuki.

8. Matka Gustawa imatki wpsychoanalizie

Wżyciu Gustawa – choć istotny wpływ wywarł także ojciec – najważniejszą rolę odegrała matka Gizella ijej rodzina.

Pradziadek ze strony matki Lazar Horwitz był naczelnym rabinem gminy żydowskiej wWiedniu. Imię Gustaw otrzymał zgodnie zżydowskim obyczajem po dziadku ze strony matki Gustawie Horwitzu. Może zresztą nie tylko imię, ale również zamiłowanie do filozofii iliteratury. Wdomu mówiono po niemiecku, dziadek był wiedeńczykiem, babka Julia Kleinman warszawianką zrodziny kupieckiej. Po śmierci Gustawa Horwitza, wktórego warszawskim domu mówiono po niemiecku, babka Julia zapowiedziała swoim dziewięciorgu dzieciom (zktórych trzecie zkolei – Gizella – miała zostać matką Gustawa Bychowskiego): „Odtąd będziemy mówić po polsku” iuruchomiła proces polonizacji rodziny44. „Dzięki temu przeżyliśmy”, mówi dzisiaj Monika Bychowski-Holmes. Tylko asymilacja iwykształcenie mogły zapewnić im miejsce wpolskim społeczeństwie. Stanie się polskim inteligentem łączyło się często zdramatycznymi decyzjami: zerwania więzów zwłasnym środowiskiem izatarcia swego pochodzenia. Janina Mortkowiczowa, młodsza siostra Gizelli, pisze wswoich wspomnieniach „Po śmierci ojca nasz dom nie różnił się od domów polskich”, ajej wnuczka Joanna Olczak-Ronikier komentuje: „Babka skraca iupraszcza trudny proces asymilacji”45. Zachowano wyznanie mojżeszowe, święta, krąg znajomych – zasymilowanych inteligentów, ale dzieci nie znały jidysz. Janina Mortkowiczowa podkreślała, że nie wstydzi się pochodzenia, ale omijała wszystkie wątki żydowskie46.

Joanna Olczak-Ronikier opisuje Gizellę jako wierną kopię ojca – marzycielską, cichą, skrytą, skłonną do melancholii. Ma dwadzieścia dwa lata, kiedy uboga rodzina Kleinmanów staje się zamożna dzięki otrzymaniu spadku. Dopiero co odcięła się od żydostwa iod zmarłego ojca, „atu zjawia się kandydat na męża – syjonista zortodoksyjną przeszłością”47. Długo nie chce się zgodzić na ten związek. Mówi się wrodzinie Bychowskiego, że kochała kogoś innego izostała zmuszona do małżeństwa zZygmuntem, który miał despotyczne iporywcze usposobienie, był jej przeciwieństwem. Wkońcu jednak spolonizowana wnuczka wiedeńskiego rabina poślubiasyna Samuela Bychowskiego, uczonego talmudysty zWołynia.

Gustaw jest zatem synem syjonisty imatki, która opowiadała się za polskością. Zdaje się, że konflikt między dopiero co nabytą polskością Gizelli ażydowsko-syjonistyczną tożsamością Zygmunta nie był bez znaczenia. Byłbyż to powrót do „złego pochodzenia?” – pyta Joanna Olczak-Ronikier. Polonizacja inteligencji żydowskiej była trudnym procesem. Jak już się weszło wten krąg, to dopiero zaczynało się wchodzenie po drabinie – nos, wygląd, akcent, zaśpiew żydowski, rywalizacja, kto jest bardziej zasymilowany, komentuje dalej wrozmowie ze mną.

Decyzja babki Julii oprzyjęciu polskości była nagła. „Nim dzieci Gustawa-dziadka uporały się zfizyczną utratą ojca, musiały rozstać się zjego duchową obecnością, zżydowską religią ikulturą zpowodu decyzji Julii. Umierał po raz drugi?”48. Co dla Gizelki, tak podobnej do ojca, oznaczał „powrót do żydowskości”? Wprzyszłości uGustawa przeważy linia polska nad społeczną, ale zkolei najmłodsze rodzeństwo Gizelli – Max iMonika – staną się komunistami.

Kiedy Gustaw miał sześć lat, urodził się jego młodszy – jak się później okaże niezwykle uzdolniony – brat Ryszard Jan, który zmarł na gruźlicę wwieku szesnastu lat. Gustaw skończył wtedy dwadzieścia dwa lata. Gizelka, jak Gustaw nazywał matkę, zapadła wmelancholię, do której już wcześniej miała skłonności. Kto wie, może jej chroniczna depresja miała wpływ na zawodowy wybór starszego syna? Imieniem brata „Ryszard Jan” Gustaw nazwie jedynego syna – równie uzdolnionego jak jego imiennik, lotnika polskiego oddziału RAF-u, który zginie wbitwie oAnglię.

Głęboka więź łączyła Gustawa zJaniną Mortkowiczową, siostrą matki, ijej rodziną. Przylgnął do niej. Był jej ukochanym siostrzeńcem. Zachowało się kilkadziesiąt czułych listów, które Bychowski słał zamerykańskiej emigracji do Janiny ijej córki Hanki do Krakowa. Pragnął, aby osiedliły się wAmeryce. Ale one pisały po polsku. WAmeryce byłyby odcięte od języka, tak jak nieszczęśliwi poeci: Lechoń, Wierzyński iWittlin, którzy przewijali się przez otwarty dom Bychowskich wNowym Jorku. Gustaw to rozumiał.

Wklasycznej freudowskiej psychoanalizie nie było figury matki, ajuż zpewnością wczesnej matki. Nie istniały też wczesne konflikty między totalną, symbiotyczną zależnością ipoczuciem całkowitego opuszczenia. Dominował konflikt edypalny, zktórego pomocą nie da się zrozumieć wczesnych zakłóceń – psychotycznych iborderline, azatem stanów, którymi zajmował się doktor Bychowski. Znaczenie wczesnej matki dla psychoanalizy odkrywa Ferenczi. Wjego ujęciu jest ona aktywnym iempatycznym obiektem, wchodzącym wzmysłową relację zmaleńkim dzieckiem. Czynnikiem leczącym jest, jego zdaniem, relacja psychoterapeutyczna, anie wgląd49. Dla wielu analityków brzmiało to jak herezja. Freud był chory na raka. Chciał, aby „dzieci” dały sobie same radę bez niego iaby psychoanaliza przetrwała. Stąd opór przed nowym pokoleniem, które pragnęło rozwoju psychoanalizy, anie tylko jej przetrwania.

Główną przeciwniczką aktywnej techniki Ferencziego ijego odkrycia frustracji we wczesnych relacjach zmatką była Anna Freud ijej słynna książka Ego imechanizmy obronne50. Ferenczi i, później, Melanie Klein odkrywają podwójną matkę: jako prototyp wszelkiej miłości, źródło pokarmu iprzewodniczkę wpoznawaniu świata oraz matkę archaiczną, intruzywną, niszczącą. Odkrywają preedypalne, niemowlęce potrzeby bezpieczeństwa, bycia dotykanym, noszonym, trzymanym, nakarmionym. Zanim rozwinie się lęk kastracyjny, dzieci obawiają się, że zostaną porzucone ibędą głodne51. Według Ferencziego – napędową siłę wrozwoju stanowi receptywność, zaspokojenie pasywnych potrzeb, bycie kochanym.

Dla psychoanalizy amerykańskiej matkę odkrył Kohut dopiero wlatach 70. XX wieku. Również wjego ujęciu celem analizy nie jest wzmocnienie „ja”, wgląd ianaliza oporu, ale wyzwolenie „ja”, poluzowanie obron, zdystansowanie wobec własnego narcyzmu ikorektywne doświadczenie emocjonalne. Urodzony w1913 roku Kohut był odwadzieścia lat młodszy od Bychowskiego. Po emigracji do USA w1940 roku zaczął najpierw pracować jako neurolog. W1948 roku podjął analizę uFranza Alexandra, aw1960 roku napisał pierwszy tekst analityczny. Od lat 70. regularnie publikował irozwijał własną teorię, zktórej powodu odrzucił go jego własny Instytut Psychoanalityczny wChicago. Owa teoria stworzyła zręby późniejszej psychoanalizy „self”. Woparciu odzieło Kohuta, atakże badania niemowląt imałych dzieci powstała intersubiektywna szkoła wpsychoanalizie. WWielkiej Brytanii popularny stał się Donald Winnicott zkoncepcją bycia sobą ibycia żywym. Ale wUSA nikt Winnicotta nie czytał.

Wpokoleniu psychoanalityków, zktórego wywodził się Gustaw, omatkach nie pisano. On sam był wspaniałym Pater Familias jak określiła go Lisa Appignanesi. Ale Gustaw był również matczynym ojcem. Nieprzypadkowo przypominał jego ostatniemu analizantowi Frankowi Lachmannowi właśnie Heinza Kohuta.

Psychoanaliza wUSA była aż do późnych lat 60. – mimo obecności kobiet – antyfeministyczna. Monika przypomina sobie pewną malarkę-schizofreniczkę. Spędziła ona wiele lat na kozetce uEisslera, który miał jej powiedzieć, że na geniusza raczej się nie nadaje, bo nie ma odpowiedniego narzędzia, akonflikty zzazdrosnym ojej talent mężem wynikają ztego, że jest zbyt mało kobieca. Monika nie ma zbyt dobrych wspomnień okobietach-psychoanalityczkach. Szczególnie utkwiły jej wpamięci dwie „kobiety potwory”: Berta Bornstein, która straszyła jej małą przyjaciółkę Lizę, córkę Loewensteina, iMargaret Mahler, która „niesłychanie wrzeszczała na wszystkich podczas seminariów”, ale oszczędzała Monikę, bo była córką Bychowskiego. Żadna ztych kobiet zajmujących się psychoanalizą dziecięcą nie miała własnych dzieci.

Wpsychoanalizie amerykańskiej, wktórej dominowała psychologia „ego”, Bychowski był wyjątkiem. Pisał omatce Słowackiego, Prousta iWhitmana. Co prawda, dostrzegał, jak bardzo fiksacja na matce przeszkodziła im nawiązać głębsze relacje zinnymi kobietami. Ale psychoanalityczne myśli nie przeszkadzały Bychowskiemu zachwycić się ich poezją. Zkolei zdolność do zachwytu nie przeszkadzała mu pisać owalce synów zmatczynymi introjektami.

Kto wie, może to właśnie wprocesie emancypacji od matczynego introjektu związał się na krótko zEllen, wiedeńską tancerką kabaretową, która została jego żoną imatką jego jedynego syna Ryszarda. Fenichel wyraził się krytycznie otym związku: „Bychowski źle się prowadzi”. Rzeczywiście, jeśli patrzeć na relacje Gustawa zmatką, ciotkami idrugą żoną Marylą, to związek zEllen wydaje się zakłóceniem. W1923 roku Ellen przyjechała zGustawem do Warszawy. Niedługo potem opuściła go dla innej kobiety, pozostawiając czteroletniego synka, iwyjechała do Ameryki Południowej. Tak przynajmniej głosi przekaz rodzinny. Kiedy pytałam Monikę opierwszą żonę Gustawa, zmieniła temat. Ale zfragmentów prasy iwspomnień rodziny Słomińskich52 wyłania się ciekawa postać. Ellen Erby była austriacką Żydówką, przyjaciółką Eriki Mann iKlary Goll. Ellen itancerka Nina Engehlhardt poznały się wNiemczech podczas studiów tańca ipozostały nierozłączne aż do śmierci Ellen wgrudniu 1957 roku. Thomas Mann napisał nawet fragment powieści Ellen iNina, która nigdy się nie ukazała. Postać Ellen Bychowskiej przewija się wkorespondencji Gollów przez kilkadziesiąt lat.

Ellen nie czuła się dobrze wWarszawie, ale nauczyła się polskiego ispragniona działania stworzyła Ogólną Poradnię Gospodarczą dla kobiet przy ulicy Świętokrzyskiej 17. Kilka pokoi, dobra atmosfera, porady gospodarcze, wdziedzinie mody, kultury fizycznej, ubezpieczeń iporady życiowe przyciągały rzesze kobiet. Wiele tzw. „pań ztowarzystwa” pracowało tu społecznie. Porada kosztowała 50 groszy, równowartość kilograma mąki. Ellen chodziło oto, aby była dostępna dla wszystkich kobiet, bez względu na ich status społeczny imajątkowy. Poradnia współpracowała ztygodnikiem literackim „Bluszcz” – pismem kobiecym, do którego pisywali Konopnicka, Orzeszkowa, Dąbrowska, Gałczyński, Kuncewiczowa. W„Kurjerze Polskim” nr 320/1935 czytamy:

Młodo tam jest, młodo od entuzjazmu, zjakim ludzie pracują, od dziwnie prostej inawet zastanawiającej bezinteresowności, od zapału, zjakim kobiety oddają się sprawie (…). Przychodzą tam Panie znajrozmaitszymi kłopotami. Jakaś staruszka chce się poinformować, czy jest wWarszawie dom dla starszych inteligentnych kobiet, inna pyta okwestie ubezpieczeniowe, jeszcze inna oto jak urządzić małe przyjęcie za 10 zł lub jednopokojowe mieszkanie (…) Wdziale porad życiowych nawiązuje się prawdziwa nić porozumienia (…). Panie mogą uczyć się wmałych kompletach języków obcych (…). Duszą Poradni, jej inicjatorką ikierowniczką jest pani Ellen Bychowska. Udało jej się zrobić bardzo wiele53.

Ryś zachował relację zmatką po jej wyjeździe do Ameryki Południowej. Wpostscriptum listu do Gustawa, wktórym powiadamia go oswojej decyzji walki zNiemcami, dodaje: „Matka jest bardzo smutna, tym bardziej że my, chociaż mniej lub więcej, mamy poczucie, że warto walczyć izHitlerem, ioPolskę, ato ostatnie jej jest dosyć dalekie” (grudzień 1941).

9. Uniwersytety Gustawa idroga do psychoanalizy

Rodzice posłali Gustawa do jedynego polskiego gimnazjum wówczesnej Warszawie – męskiego gimnazjum Emiliana Konopczyńskiego. Była to pierwsza szkoła nauczająca po 1905 roku po polsku. Wmiędzywojniu stała się szkołą państwową imienia Adama Mickiewicza. Wgimnazjum Bychowski zaprzyjaźnił się ze starszym opięć lat Stefanem Srebrnym – późniejszym hellenistą, izrówieśnikiem – matematykiem ipoetą, przyjacielem Witkacego Stefanem Glassem, który w1932 roku popełnił samobójstwo54. Na decyzję posłania Gustawa do polskiej szkoły miała zapewne wpływ asymilacja rodziny matki imiłość do języka polskiego, aze strony ojca fakt, że Konopczyński był działaczem społecznym. Mogli się poznać zZygmuntem Bychowskim wMoskwie.

Ugrupowania socjalistyczne: PPS, SDKPiL iBund łączyły wspólne cele społeczne. Wyznanie nie odgrywało żadnej roli. Niemniej jednak przewidujący ojciec wysłał Gustawa na ostatni rok szkoły do Petersburga, rosyjska matura zapewniała bowiem prawo wstępu na zagraniczne uczelnie. WPolsce panował od lat 20. nieformalny numerus clausus wobec Żydów, skrupulatnie przestrzegany przez wydziały medyczne. Oficjalnym powodem takiej polityki była chęć wyrównania szans młodzieży polskiej, dyskryminowanej wczasach carskich, oraz promowania młodzieży zmałych miasteczek iwsi, mającej mniejsze szanse wporównaniu zmiejską młodzieżą żydowską, prawdziwym powodem był antysemityzm. Żydzi starali się obejść przepisy, zmieniając religię lub wyjeżdżając na studia do krajów, które ich nie dyskryminowały.

Gustaw jako młody adept medycyny rozpoczął po maturze peregrynację po europejskich uniwersytetach: Wrocławiu, Hei­delbergu iLozannie. Wczasie Iwojny światowej przebywał jakiś czas ukrewnych wLejdzie, gdzie studiował również filozofię. Był poddanym Imperium Rosyjskiego wnajlepszym wieku poborowym. Holandia okazała się, nie po raz pierwszy, dobrym schronieniem. Potem wrócił do Lozanny, gdzie wiódł wesołe życie studenta. Przyjaźnił się idzielił kwaterę zfrancuskim poetą Iwanem Gollem, anawet zaręczył się zpisarką Claire, późniejszą żoną Golla. Oboje nazywali Gustawa – Guszą. Wdwóch listach do Claire Iwan Goll wspomina Bychowskiego:

Moje bardzo kochane przyjaciółki (…) Gustav – oile go jeszcze nie przechrzciłyście – (…) – jest zachwycony; wybacza mi wczorajszą zdradę zwycieczką narciarską tylko pod warunkiem, że wkrótce Was pozna. [Goll pożegnał się zBychowskim pod pretekstem, że chce jechać na jednodniową wycieczkę narciarską; gdy nie wrócił następnego dnia, Gustaw powiadomił policję – E.K.-D.]. Ma rację: najlepszym rozwiązaniem jest, abyście jak najszybciej przyjechały do Lozanny iurządziły się tutaj tak, jakby nigdy nie było inaczej (…) Awówczas: jeśli znami nie wytrzymacie, to nadal jesteście tutaj, ajeśli nie zniesiecie siebie nawzajem, to my jesteśmy tutaj. Trzeba być spontanicznym! Każdy zachowuje swoją osobistą wolność, dopóki nie wykuje własnych łańcuchów: Ołańcuchy zróż! (…) Dziś wpołudnie zaczniemy szukać kwater. Gustaw rozkoszuje się myślą, że moglibyśmy we czwórkę wynająć całe mieszkanie (…) Ana obiady będziemy chodzić po restauracjach55.

Ikolejny list do Claire tydzień później:

Droga Lilian (Claire),

Myśląc owczorajszym dniu, czuję się jak szczęśliwy chłopczyk: śmiałem się, żartowałem, widziałem Ciebie, tylko Ciebie. (…). Ale nie byliśmy sami; za nami przez cały czas szło dwoje (…), októrych wydawało się, że zapomnieliśmy, ale zktórymi byliśmy związani, każdy osobno, parami ina krzyż, silnymi więzami. Był to Guscha, októrym nie mogłaś powiedzieć nic bardziej pasującego niż: Jest analityczny. Była Yvonne (Schwab), októrej nie mogłem pomyśleć nic bardziej bolesnego niż: Ona cierpi. Wczorajszy dzień był projekcją przyszłości na teraźniejszość. Aten, który stał najdalej, mógł ją najlepiej obserwować: Guscha. Powiedział mi, zjakimi niebezpieczeństwami itrudnościami będziemy musieli się zmierzyć. Iniestety musiałem przyznać mu rację (…) Trudno mi uwierzyć wmożliwość trwałej, obiektywnej przyjaźni ograniczonej tylko do tego, co duchowe. Ty też nie. On też nie. Ona też nie (…) Przyzwyczajmy się powoli do siebie. Być może… (…) nie wynajmujmy wspólnego czteropokojowego mieszkania, ale będziemy razem. Wy zamieszkacie oddzielnie, amy będziemy Wam składać codzienne wizyty (…). Guscha ija jesteśmy Wam oddani, Ivan (12.02.1917).

Po jakimś czasie Claire zapisała wswoim dzienniku:

Stała obecność Golla stopniowo stała się tak nieznośna, że zaczęłam schodzić mu zdrogi; zaręczyłam się zjednym zjego przyjaciół, studentem Gustawem Bychowskim, który później został znanym psychiatrą wNowym Jorku. Ale Bychowski wkrótce musiał wrócić do Polski, bo jego brat zachorował na gruźlicę ipóźniej zmarł. Nie przyszło mu do głowy nic lepszego, niż powierzyć mnie na ten czas swojemu najlepszemu przyjacielowi Yvanowi Gollowi56.

Wpokoleniu Gollów (awięc także Bychowskiego) stosunki płci ulegają coraz szybszym zmianom wprzyspieszającej europejskiej nowoczesności. Szczególnie wkręgach artystycznych powszechna staje się częsta zmiana partnerów.

Bychowski wrócił do Lozanny dopiero dwa lata później jako świeżo upieczony lekarz izaczął pracować jako asystent wlozańskiej klinice psychiatrycznej (1919–1921). Potem trafił do słynnej kliniki wBurghölzli idoktoryzował się wwieku 24 lat niewielką, zadedykowaną rodzicom, rozprawą poświęconą psychopatologii podpalaczy57, do której będzie jeszcze wracał wswojej amerykańskiej książce opsychozach zpoczątku lat 50. Droga Bychowskiego do psychoanalizy prowadziła, podobnie jak wielu innych młodych psychiatrów, przez Burghölzli iBleulera, którego do końca życia będzie wymieniał – na równi zFreudem – jako swojego wielkiego nauczyciela. Połączenie zainteresowań filozoficznych, literackich imedycznych zaowocowało psychoanalizą.

Monika podkreśla, że konkretnie do psychoanalizy zachęcił go jego nauczyciel iprzyjaciel rodziny Janusz Korczak: „Jedź do Freuda, zobacz, co się tam dzieje”. Czy nas to dziwi? Metoda samoobserwacji, siła przekazu transgeneracyjnego, waga przykładana do najwcześniejszego dzieciństwa, ajednocześnie codzienny, żywy idosadny język – te cechy myślenia ipisania Korczaka nie są odległe od psychoanalizy. Wmłodzieńczym opowiadaniu Spowiedź motyla Korczak opisał seksualność, jej fizjologiczną ipsychiczną stronę – konflikty ambiwalencji, siłę popędowości, tęsknoty homoseksualne bez pruderii, zwyjątkową – jak na te czasy ito miejsce – otwartością. Rozumiał, chociaż nie tolerował, dlaczego dzieci na widok nowego iwich oczach luksusowego Domu Sierot reagowały agresją, niszczyły ibrudziły. Kłamały ikradły. Własne łóżko, własna szafka, czysta pościel – to przerastało ich emocjonalne możliwości. Wrozprawie Jak kochać dziecko pisał, że nie należy chronić dziecka przed rzeczywistym światem, jego prawdziwą, nieulukrowaną wersją, trzeba je uczyć „nie tylko cenić prawdę, ale irozpoznawać kłamstwo (…), nie tylko kochać, ale inienawidzieć (…) nie tylko ulegać, ale ibuntować się”58. Wczasie krótkiego pobytu wkibucu Ein Harod w1934 roku Korczak życzliwie przyglądał się eksperymentowi kolektywnego wychowania maleńkich dzieci, ale zarazem zwracał uwagę na potrzebę większego uwzględniania ich indywidualności iznaczenie wczesnej więzi zrodzicami. Dostrzegał to, czego nie chcieli jeszcze widzieć ówcześni psychoanalitycy, szczególnie wPalestynie, apotem wIzraelu. „Myślą przewodnią twórczości Korczaka była samotność dziecka wświecie dorosłych”, pisze Joanna Olczak--Ronikier wbiografii pedagoga:

(…). Pierwsze lata życia zapamiętał jako pasmo niekończących się udręk, na które składały się lęk, wstyd, bezradność, poczucie winy. Te wspomnienia stały się dla niego cennym źródłem inspiracji pedagogicznych iliterackich. Nim największe sławy europejskie odkryły dziecięce neurozy, które później łamią dorosłym życie, walczył oprawo dziecka do szacunku, do miłości, do poczucia bezpieczeństwa – podstawowych gwarancji życia psychicznego59.

Pod koniec XIX wieku wwychowaniu dominowały strach iwpajanie dzieciom lęku przed obcymi: „Zdawało mi się, że poza czterema ścianami domu czatuje przyczajona jakaś siła, wroga igroźna (…), apoza nimi wszyscy ludzie – wrogowie, którzy pragną mnie zgubić”, pisze Korczak wDziecku salonu60. Dopiero psychoanaliza odkryła mechanizm projekcji imroczną siłę obcego we własnym domu.

Etyką psychoanalizy kieruje szacunek do każdego – małego czy dużego pacjenta – izapewnienie mu wystarczającego poczucia bezpieczeństwa, aby mógł zaryzykować spotkanie zwłasnym nieświadomym. Również Korczak widział wtych wartościach warunek zdrowia psychicznego.

Gustaw był związany zKorczakiem od dzieciństwa zarówno przez ojca, który znim blisko współpracował, jak iprzez rodzinę Mortkowiczów. Wjednym zpowojennych listów (marzec 1948) do Janiny Mortkowiczowej wspomina:

To były jedyne wswoim rodzaju lekcje, kiedy jako 8-letni chłopiec czytałem zNim Szekspira czy Sofoklesa. Wzajemna pozycja ucznia inauczyciela bywała nieraz dość szczególna, gdyż jeden siadywał na stole, adrugi czasem ipod stołem albo na podłodze. (…) Żadna ztych lekcyj nie była formalna ani systematyczna i