59,99 zł
Pełna dziwnych zbiegów okoliczności i barwnych postaci opowieść o najważniejszych odkryciach astronomicznych.
Czy wiesz, że:
· Pierwsze obrazy najwcześniejszych galaktyk uzyskano dzięki Kosmicznemu Teleskopowi Hubble’a, który skierowano… w absolutną pustkę?
· Pokryty lodem Enceladus — jeden z wielu księżyców Saturna — został uznany za potencjalne środowisko życia po przypadkowym przelocie sondy Cassini, która realizowała zupełnie inną misję?
· Pulsary, niezwykłe pozostałości po dawno martwych gwiazdach, odkryto jako tajemnicze „zakłócenia” w danych zbieranych podczas badań migotania potencjalnych gwiazd radiowych?
W czasie gdy na szczytach gór i pośrodku pustyń budowane są nowe teleskopy mające po raz kolejny zmienić nasze postrzeganie Wszechświata, Chris Lintott (prowadzący kultowy program BBC Sky at Night oraz profesor astronomii w Gresham College) pokazuje, że otwartość umysłu może przynieść korzyść nam wszystkim — niezależnie od tego, co jeszcze czeka na odkrycie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 343
Rok wydania: 2026
Copyright © OUR ACCIDENTAL UNIVERSE: Stories of Discovery from Asteroids to Aliens
Copyright © Chris Lintott, 2024
All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form.
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © by Andrzej Komendziński
Grafiki na okładce: © Eezy Premium, Olha Saiuk, Maksym Mamchurov, Miguel Angel, Artsiom Lebedzeu, Oleksandr Pokusai/Vecteezy
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński
Wydawczyni: Małgorzata Ochab
PR i marketing: Karolina Czwojdzińska
ISBN: 978-83-8441-592-4
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA NA FAKTACH
To gwiazdy! Gwiazdy nad nami rządzą ludzkim sercem1
(Król Lear, akt IV, scena 3);
ale być może
Wina, drogi Brutusie, nie jest w gwiazdach, lecz w nas2
(Juliusz Cezar, akt I, scena 2)
Cytaty za artykułem B2FH zamieszczonym w „Reviews of Modern Physics”, tom 29, nr 4 (październik 1957) autorstwa Burbidge, Burbidge’a, Fowlera i Hoyle’a, wyjaśniającym, w jaki sposób w gwiazdach powstają ciężkie pierwiastki.
NIECO PONAD PIĘĆ MILIARDÓW LAT temu eksplodowała jedna z mniej więcej stu miliardów gwiazd w naszej galaktyce, Drodze Mlecznej. Gwiazdy kończą życie, gdy wyczerpią się zapasy paliwa napędzające reakcje jądrowe w ich wnętrzu, dzięki którym świecą. Bezpośrednim skutkiem śmierci tej potężnej gwiazdy było spektakularne zjawisko supernowej, eksplozji, która na kilka dni przyćmiła całą galaktykę – wydarzenie to, choć widowiskowe, nie było szczególnie niezwykłe. Galaktyka w średnim wieku, taka jak nasza Droga Mleczna, przeciętnej wielkości układ, w którym gaz i pył przekształcają się w gwiazdy, jest świadkiem takiej supernowej być może raz na sto lat.
Podobnie jak większość supernowych, i ta pozostawiła po sobie masywne szczątki – czarną dziurę lub egzotyczny, gęsty obiekt zwany gwiazdą neutronową. Rozproszyła również wokół siebie materię, głównie gaz wzbogacony o cięższe pierwiastki uwolnione w wyniku reakcji jądrowych zachodzących wśród szczątków. To właśnie te reakcje, a nie sama eksplozja, wywołały rozbłysk światła, którym supernowa świeciła jasno przez bardzo krótki czas. Pod wpływem wstrząsu spowodowanego nagłą śmiercią gwiazdy materiał ten został wyrzucony na zewnątrz i porywając ze sobą otaczający go gaz, doprowadził do utworzenia się pustki, bańki o średnicy 150 lat świetlnych – niemal 1,5 biliarda kilometrów3. Na krawędzi bańki doszło do skompresowania gazu, a wynikające z tego zakłócenie zapoczątkowało proces zapadania się, który w ciągu kilkudziesięciu milionów lat doprowadził do powstania nowej generacji gwiazd.
Jedna niepozorna żółta karłowata gwiazda spośród tych nowych ciał niebieskich pięć miliardów lat później stała się Słońcem ogrzewającym Ziemię. Każdego ranka wschodzi ono spokojnie i niezawodnie, od miliardów lat – robiło to długo przed tym, zanim pojawiły się jakiekolwiek stworzenia, które mogłyby podziwiać je i zastanawiać się nad jego pochodzeniem. Dla wielu kultur naszej planety Słońce stało się symbolem stabilności i wieczności Kosmosu. Obecnie wiemy jednak, że swoje istnienie zawdzięcza kosmicznemu zbiegowi okoliczności – supernowej, która pojawiła się w odpowiednim miejscu i czasie, bez której ani ty, ani ja nie moglibyśmy zachwycać się świtem4.
O podobnie szczęśliwym zbiegu okoliczności można mówić w przypadku asteroid wirujących w dysku materii krążącej wokół nowo powstałego Słońca – to właśnie z tych kamieni uformowała się Ziemia. Kolejnym kluczowym momentem było zderzenie młodej Ziemi z protoplanetą wielkości Marsa. Ten kataklizm doprowadził do powstania Księżyca, którego siła grawitacyjna wywołująca pływy morskie wyrzuciła naszych odległych rybich przodków na nieznane wybrzeża. Nieco później, na nieszczęście dla dinozaurów, asteroida znalazła się przypadkowo w tym samym miejscu i czasie co Ziemia, znacznie zwiększając szanse małych futrzastych ssaków, które przetrwały uderzenie, ewoluowały i nieco później zajęły się astronomią, produkcją ginu i tworzeniem innych atrybutów cywilizacji.
Jeszcze wcześniej w historii Kosmosu, około pięciu i pół miliarda lat temu, mała galaktyka zbliżyła się do rozrastającej się Drogi Mlecznej. To spotkanie mogło doprowadzić do powstania gwiazdy – supernowej, od której zacząłem opowieść. Seria takich zderzeń prawdopodobnie odpowiada za strukturę naszej galaktyki, zarówno za jej piękne spiralne ramiona, jak i za istnienie naszego Słońca pośród sąsiednich gwiazd. Kiedy spoglądamy na nocne niebo, być może wyobrażamy sobie, że gwiazdy w cudowny sposób zostały ułożone w niezmienne wzory i poruszają się w idealnym porządku, tymczasem nauka mówi, że powinniśmy widzieć jedynie przypadkowy Wszechświat, który powstał w wyniku zbiegu okoliczności.
Próba zrozumienia tego zjawiska przypomina raczej dywagacje na temat historii niż ćwiczenie z teorii fizyki. Nie da się zapisać na tablicy równania, które wyjaśniałoby, dlaczego Droga Mleczna, Słońce czy Ziemia są takie, a nie inne, ani dlaczego akurat na tej planecie powstał gatunek zdolny do opowiadania swoich historii. Istniejemy dzięki łańcuchowi niezliczonych przypadków, podobnie jak to, że siedzę przy tym biurku w styczniowy dzień w Oksfordzie, jest wynikiem wielu zbiegów okoliczności w małej i dużej skali na przestrzeni dziejów.
Nie oznacza to, że nauka jest w takich okolicznościach bezradna. Istnieją równania, teorie i prawa wywodzące się z fizyki, chemii i dziedzin pokrewnych, które mogą wyjaśnić, jakie procesy zachodzą w Kosmosie i jakie jest prawdopodobieństwo ich rozmaitych wyników. Nie należy pytać o to, dlaczego konkretna galaktyka zwana Drogą Mleczną znajduje się w tej konkretnej części Kosmosu, lecz raczej o prawdopodobieństwo istnienia galaktyk podobnych do Drogi Mlecznej, i wtedy mamy szansę na znalezienie odpowiedzi. Trudno zbadać historię samej Ziemi, znacznie łatwiej spróbować obliczyć, ile z miliardów planet – bo według naszej obecnej wiedzy tyle właśnie rozsianych jest w Kosmosie – przypomina Ziemię. To główny cel współczesnej astronomii, i nowoczesne teleskopy oraz ogromne moce ludzkiego umysłu skierowane są na wyjaśnienie tego palącego zagadnienia. Choć nie jestem w stanie przewidzieć twojego losu, mogę ci powiedzieć, że prawdopodobieństwo, iż asteroida wielkości tej, która zniszczyła dinozaury, uderzy w nas w przyszłym roku, wynosi około jednego na pięćdziesiąt milionów, czyli mniej więcej tyle samo, ile prawdopodobieństwo, że zginiesz w katastrofie lotniczej.
Te twierdzenia dotyczą jedynie prawdopodobieństw. Pewność możemy mieć tylko wtedy, gdy bierzemy pod uwagę proste systemy i zazwyczaj krótkie przedziały czasowe. Spośród około ośmiuset tysięcy znanych asteroid najbardziej niebezpieczną jest dla nas Bennu, skupisko kamieni o średnicy kilkuset metrów, odkryte w 1999 roku za pomocą teleskopu obsługiwanego przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak wszystko w Układzie Słonecznym, Bennu przemieszcza się po orbicie wokół Słońca pod wpływem grawitacji i wykorzystując równania opracowane przez Isaaca Newtona, można przewidzieć, jak będzie się poruszać. (Dla uzyskania szczegółowych wyników można by skorzystać z teorii względności Einsteina, który udoskonalił prace Newtona, w tym przypadku różnica byłaby jednak bardzo niewielka. Podróż astronautów programu Apollo na Księżyc i ich powrót na Ziemię odbył się na podstawie obliczeń newtonowskich, więc teorie Isaaca są wystarczające również w odniesieniu do asteroid). Wiedza na temat grawitacji pozwala nam śledzić Bennu na niebie od momentu jego odkrycia, a mnie, przy użyciu teleskopu znajomego, kilka lat temu pozwoliła przyjrzeć się asteroidzie, gdy szemrzący komputerowy napęd skierował obiektyw do zakładanych współrzędnych i pokazał nam jaśniejący punkt na tle usianego gwiazdami nieba. Wiedza ta wystarczyła nawet do tego, by wysłać z Florydy statek kosmiczny OSIRIS-REx w liczącą miliony kilometrów podróż na asteroidę i wrócić na Ziemię z jej próbką, pozwalającą zbadać, w jaki sposób możemy próbować chronić się przed potencjalnymi kolizjami.
To, że gdy tylko zechcemy, jesteśmy w stanie wysyłać statki kosmiczne, takie jak OSIRIS-REx, by przemierzały Układ Słoneczny i odwiedzały asteroidy, mogłoby sugerować, że możemy dokładnie przewidzieć trajektorię Bennu, wybiegając w przyszłość tak daleko, jak to konieczne, by mieć pewność, że asteroida nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia, a jednak tak nie jest. Przewidywania byłyby pewniejsze w Układzie Słonecznym składającym się wyłącznie ze Słońca i Bennu, ale w naszej zatłoczonej okolicy siła grawitacyjna każdej z planet, poza siłą grawitacji centralnej gwiazdy naszego Układu, wywiera niewielki, lecz istotny wpływ na trajektorię Bennu. W perspektywie długoterminowej znaczenie ma położenie gigantycznego Jowisza, jak również wpływ sporadycznych bliskich spotkań asteroidy z Ziemią, do których dochodzi co sześć lat. Poza grawitacją działają również inne siły. Światło słoneczne wywiera na asteroidę delikatny, niemal nieskończenie mały nacisk, który przez dziesięciolecia może znacząco zmienić jej położenie w stosunku do tego, jakie miałaby, gdyby liczyła się tylko grawitacja.
Najlepsze, co możemy zrobić, to poinformować, że prawdopodobieństwo zderzenia asteroidy z Ziemią w XXI wieku, a nawet w pierwszej połowie XXII wieku, jest naprawdę bardzo niskie, choć w chwili pisania tego tekstu istnieje szansa jedna na 1750, że do zderzenia dojdzie w roku 2178 lub w kilku kolejnych latach. Jeśli jesteś wyjątkowym pesymistą i lubisz planować wszystko z dużym wyprzedzeniem, możesz zadbać o to, żeby 24 września 2182 roku znaleźć się w miejscu z solidnym zadaszeniem, na wypadek gdyby Bennu jednak spadła na Ziemię. W miarę zbliżania się terminu potencjalnego spotkania będziemy mogli coraz bardziej precyzyjnie przewidywać, jaki przebieg będą miały wydarzenia, i określić, czy zbliża się katastrofa, czy też uchronimy się od zderzenia. Prawdopodobieństwo zderzenia w konkretnym dniu będzie z czasem najprawdopodobniej maleć, ale gwarancji nie ma. Kolizji definitywnie wykluczyć nie można i nic nie dadzą ogromne wysiłki nad opracowaniem nowych teorii ani wpatrywanie się w Bennu.
W szerszej perspektywie mogę opowiedzieć o procesach, które wywarły wpływ na to, w jaki sposób – a także do pewnego stopnia dlaczego – powstały galaktyki, wyłaniając się z jednolitej, nijakiej zupy materii istniejącej krótko po Wielkim Wybuchu, z której powstała wielka dzisiejsza kosmiczna sieć z supergromadami zawierającymi tysiące dużych układów połączonych długimi włóknami otaczającymi kosmiczne próżnie. Gdybym został o to poproszony, zrobiłbym to, nie potrafię jednak szczegółowo opisać, dlaczego galaktyka Drogi Mlecznej przybrała kształt spirali. Aby zrozumieć prawa fizyki rządzące ewolucją Kosmosu, astronomowie tworzą symulacje wymagające wieloletnich prac nad programowaniem i wielu miesięcy działania najpotężniejszych superkomputerów na świecie, by mogły powstać wirtualne wszechświaty, które można badać. Nie są oni jednak w stanie stworzyć dokładnej repliki naszego Wszechświata.
Mając tę świadomość, można poczuć zawroty głowy, gdy patrzy się na nocne niebo lub na obraz taki jak Głębokie Pole Hubble’a, które na jednym ujęciu pokazuje tysiące galaktyk, a każda z nich dorównuje Drodze Mlecznej. Nasze miejsce w tym ogromnym i niesamowitym Kosmosie jest rzeczą bardzo niezwykłą. Równie dobrze wszystko mogło potoczyć się tak, że nie byłoby nas tutaj: każde z serii wielu zdarzeń mogło mieć zupełnie inny przebieg. Takie myśli napełniają mnie jednak radością. Ledwo mogę uwierzyć w swoje szczęście – że pomimo przytłaczających przeciwności losu dane mi jest podziwiać ogromne piękno i wielkość, nawet jeśli odczuwam lekkie przerażenie i czuję się nieco zagubiony w tym rozległym i przypadkowym Wszechświecie.
Ta podwójna perspektywa trwogi i zachwytu charakteryzuje myślenie o astronomii, nawet gdy pozostajemy bliżej domu. Gdy łazik Curiosity, eksplorujący krater Gale, prastare dno jeziora na Marsie, wysyła na Ziemię nowe zdjęcia, niemal natychmiast pojawiają się one w internecie. Jeśli klikniesz przycisk odświeżania w odpowiednim momencie, może się okazać, że jako pierwszy zobaczysz zdjęcia z wakacji łazika, przesłane z obcego świata. Większość z nich przedstawia najzwyklejsze obrazy, przypominające nieciekawą pocztówkę z dworca autobusowego jakiejś metropolii, tkwiącą na samym dole zapomnianego stojaka z widokówkami: często pojawiają się selfie z celami kalibracyjnymi, takimi jak miniaturowy zegar słoneczny umieszczony na pokładzie łazika, oraz liczne zbliżenia skał, o których poruszenie czy nawiercenie mogą zostać poproszone ramię i wiertło łazika (choć prawdopodobnie tak się nie stanie). Jednak od czasu do czasu, gdy zespół kierujący pracą łazika planuje kolejny etap eksploracji pradawnego krajobrazu, skierowane na zewnątrz kamery łazika przekazują widoki nieziemskiego piękna.
Ostatnio na moim ekranie pojawiło się ujęcie wejścia do płytkiej doliny, której pokryte skałami dno rozciągało się między zaokrąglonymi płaskowyżami. Jeden z nich wyglądał jak marsjańska wersja słynnej Half Dome, granitowej formacji z kalifornijskiego Parku Yosemite. Wystarczy zaledwie odrobina fantazji, by nadać tej scenie ludzki wymiar i wyobrazić sobie namioty wspinaczy czekające niepewnie w połowie wysokości. Co prawda nie ma – jeszcze – turystów ani roślinności, która ozdobiłaby czerwone skały odrobiną zieleni, ale kolory są zaskakująco zróżnicowane. Jaśniejsze, różowawe skały kontrastują z ciemnymi, niemal brązowymi pasmami przecinającymi krajobraz. Zawieszony w atmosferze pył sprawia, że niebo wydaje się zamglone, a cała cena w miękkim świetle wygląda, jakby miała miejsce o zachodzie słońca.
Widok na Gediz Vallis. Rozrzucone na dnie doliny skały to młodszy materiał, pochodzący z wysokich zboczy pobliskiej góry Sharp.
Łatwo sobie wyobrazić, że łazik stoi dokładnie w tym miejscu parku narodowego. Być może wynika to z faktu, że kamera zamontowana jest na ramieniu na wysokości około dwóch metrów nad ziemią, więc zdjęcia wykonane przez Curiosity i wiele innych robotów badawczych przedstawiają planetę z bardzo ludzkiej perspektywy. Patrząc na nie, wspominam górskie wędrówki5 i mam ochotę zaplanować wyprawę wśród tych krajobrazów. Znajomi uprawiający wspinaczkę opowiadali mi o podobnych doświadczeniach – wybierali trasy pierwszego wejścia na te wzgórza, a inni, biegle posługujący się pędzlem, patrzą na takie tereny okiem artysty. Wielu poczuło pragnienie pracy nad zdjęciami. Społeczność fotografów cyfrowych, specjalistów od obróbki obrazów i ekspertów w dziedzinie grafiki poświęca wolny czas na tworzenie oczyszczonych, często znakomicie przerobionych zdjęć przesyłanych z Marsa przez łaziki, i współpracuje nawet z inżynierami i naukowcami, którzy skonstruowali i obsługują Curiosity, by uzyskiwać lepsze zdjęcia i pomóc w planowaniu kolejnych fotografii pozaziemskich.
Dzięki ich wysiłkom zwiedzanie Marsa może wydawać się czymś równie zwyczajnym jak przeglądanie sekcji podróżniczej niedzielnych gazet, kiedy to zatrzymuję się nad pięknymi ujęciami miejsc, w których nigdy nie byłem, ale marzę, by je kiedyś odwiedzić. Dzięki zdjęciom z łazika Curiosity wędrówka po kraterze Gale lub spacer po Valles Marineris, marsjańskiej wersji Wielkiego Kanionu, wydają mi się równie prawdopodobne jak to, że pewnego dnia za radą jakiegoś dziennikarza zdecyduję się na odpoczynek i łapanie promieni słonecznych na Bali6. Choć Mars znajduje się miliony kilometrów stąd i wysłanie tam kogokolwiek aktualnie przekracza nasze możliwości, może wydawać się nam znajomy.
Jedno z moich ulubionych zdjęć wykonanych przez Curiosity powstało 31 stycznia 2014 roku, mniej więcej półtorej godziny po zachodzie słońca. Widać na nim ciemny, skalisty i odległy horyzont, oświetlony jedynie blaknącym światłem zamglonego nieba. Jakieś dwadzieścia stopni nad horyzontem jaśnieje obiekt podobny do Gwiazdy Wieczornej – scena jest tak znajoma, jak to tylko możliwe, przypomina wszystkie te chwile, kiedy wychodziłem z domu tylnymi drzwiami, spoglądałem w górę i widziałem Wenus, Jowisza lub samego Marsa, pojawiające się jako pierwsze „gwiazdy” widoczne po zachodzie słońca, sygnalizujące początek kolejnej pogodnej nocy.
Jeśli przyjrzeć się uważnie, dostrzeże się na marsjańskim niebie nie jedną gwiazdę, lecz dwie, blisko siebie, ale możliwe do odróżnienia. Jedna ma niebieskawy odcień i jest jaśniejsza od swojej bielszej towarzyszki. Wiszące w zmierzchu Marsa punkty świetlne to Ziemia i Księżyc, z całą ludzkością oraz naszymi nadziejami i marzeniami zredukowanymi do zaledwie dwóch gwiazd na niebie innego świata. Efekt tego odkrycia wystarcza, by wywołać we mnie niepokój. Znajomy krajobraz, pośród którego wyobrażałem sobie siebie, spacerującego, nagle staje się nieprawdopodobnie obcym, nieziemskim miejscem, definitywnie nieosiągalnym.
Oba te odczucia – planety na wyciągnięcie ręki, na której odwiedziny bez problemu sobie wyobrażam, oraz świata, który wydaje się obcy i odległy – dopadają mnie jednocześnie, gdy patrzę na zdjęcia Marsa. Podobne rozdwojenie towarzyszy mi, kiedy oglądam fotografie odległych galaktyk – od poczucia swojskości we Wszechświecie po kosmiczne wyobcowanie, od poczucia bezpieczeństwa w Kosmosie, w którym rządzą uporządkowane prawa fizyki, po kontemplację nieskończoności pełnej przypadków. Od czasu pierwszego lotu teleskopu Hubble’a przekonaliśmy się, że jeśli skierujemy obiektyw w najbardziej pustą część nieba i pozostawimy migawkę aparatu otwartą wystarczająco długo, pole widzenia obiektywu powoli pokryje się rozmytymi galaktykami, nierzadko zaledwie słabymi punkcikami, których światło podróżowało przez Wszechświat przez miliardy lat, zanim przypadkowo natrafiło na nasz aparat. Takie obrazy pokazują nam, że we Wszechświecie, który jesteśmy w stanie obserwować, gwiazd jest więcej niż ziaren piasku na Ziemi7. Dryfujemy w tym kosmicznym bezkresie i trudno nie odnieść wrażenia, że nasza planeta i wszyscy jej mieszkańcy są z pewnością nieistotni w obliczu takiego bezmiaru. Jak pamiętnie skomentował Douglas Adams w swojej książce Autostopem przez galaktykę, przestrzeń kosmiczna jest ogromna, ale może sprawiać, że czujemy się mali.
To uczucie nie zanika w miarę poszerzania wiedzy; nie można się od niego uwolnić za pomocą rozważań. Ani studiowanie książek na temat kosmologii, ani wykłady wybitnych fizyków, żadna liczba godzin spędzonych na oglądaniu Briana Coxa w telewizji czy też na siedzeniu po turecku przed wodospadem nie doprowadzi cię do intuicyjnego zrozumienia, czym tak naprawdę jest życie na planecie, która może być jedną z wielu miliardów planet rozsianych w ciemności. Choć jestem astronomem, nie mogę powiedzieć, żebym lepiej od ciebie rozumiał, czym jest życie w naszym Wszechświecie, choć podejrzewam, że dzięki ciągłemu obcowaniu z tą tematyką nauczyłem się nie przejmować zbytnio takimi kwestiami, natrafiwszy na nie w deszczowy poniedziałek, kiedy mam pracę do wykonania. Zachwyt i zdumienie są po prostu jedyną właściwą reakcją na odkrycie, że znajdujemy się w tym przeogromnym Wszechświecie i są one, moim zdaniem, nieodłączną częścią naszego kosmicznego doświadczenia.
Pocieszenia, być może, należy szukać w tym, że wyróżniamy się w tak rozległej przestrzeni kosmicznej. Całkiem prawdopodobne jest to, że wśród gwiazd istnieją miliony planet podobnych do Ziemi; według najnowszych szacunków w samej Drodze Mlecznej może istnieć co najmniej miliard światów podobnych do Ziemi8. A jednak mimo uporczywych poszukiwań innych form życia oraz marzeń pisarzy i wielbicieli science fiction od kilku stuleci, z tego, co wiemy, nasza planeta nadal jest jedyną, na której życie osiągnęło taki poziom zaawansowania. Olaf Stapledon, filozof, który napisał jedną z najbardziej osobliwych i inspirujących powieści science fiction XX wieku9, powiedział w swojej historii najbliższych kilkuset miliardów lat, zatytułowanej Ostatni i pierwsi ludzie:
Celem wszelkiego życia jest to, by Kosmos mógł być poznany i podziwiany oraz nadal wieńczony pięknem. Nigdzie i nigdy, o ile nam wiadomo, przynajmniej w naszej galaktyce, przygoda ta nie zaszła dalej niż w nas samych. A to, co osiągnęliśmy, jest zaledwie skromnym początkiem. Ale początkiem prawdziwym.
Wyobrażając sobie siebie jako szczyt ewolucji, możemy spoglądać na Wszechświat z dumą i pewną wyższością, odważnie podejmując się kosmicznego zadania badania naszego otoczenia w jego imieniu. Do tej sztuczki z przyjemnością uciekają się astronomowie, zarówno amatorzy, jak i – w szczególności – zawodowi. Jak powiedziała mi niedawno moja koleżanka zajmująca się badaniem planet z układów pozasłonecznych, Jayne Birkby10, astronomowie muszą mieć niezłe ego, żeby ze świadomością, iż Wszechświat jest niemożliwie, niewyobrażalnie rozległy, nadal wierzyć, że jest istotne to, czy go zrozumieją, czy nie.
Trudno jednak pogodzić się z myślą, że nasz samotny Wszechświat jest najlepszym z możliwych światów, skoro jedynymi jego mieszkańcami jesteśmy my. W końcu najgłośniejszym, wręcz barbarzyńskim okrzykiem wysłanym w Kosmos jest – o czym będzie mowa później – reklama chipsów Doritos. Jesteśmy też gatunkiem, który na własnej planecie potrafi dopuszczać się potwornego okrucieństwa z taką samą łatwością, z jaką przychodzą mu wielkie osiągnięcia artystyczne lub naukowe. Równie oszałamiająca jest perspektywa odmienna: że każdą inną planetę, od Proxima Centauri b po legendarną Zog, zamieszkuje dostosowana do tamtejszych warunków humanoidalna rasa obcych, a każda z nich również spogląda w gwiazdy i zastanawia się nad sąsiadami wspólnego snu. Trudno sobie wyobrazić zarówno Wszechświat pusty, jeśli nie liczyć nas, jak i Wszechświat tętniący życiem. Jesteśmy kosmicznym przypadkiem czy nieuniknionym rezultatem sposobu, w jaki fizyka i chemia kształtują materię we Wszechświecie takim jak nasz? Tego nie wiemy.
Niezależnie od tego, jakie są zasady gry, wskutek rzutu kosmicznej kostki znaleźliśmy się tutaj, a szczęśliwy traf nie jest bez znaczenia w podejmowanych przez nas próbach zrozumienia naszego położenia. Gdybyśmy urodzili się na planecie krążącej wokół gwiazdy w centrum jednej z wielkich gromad kulistych otaczających główną część galaktyki, astronomia wyglądałaby zupełnie inaczej. Każda inteligentna istota żyjąca w tych wielkich skupiskach setek tysięcy gwiazd widziałaby spektakularne nocne niebo rozświetlone blaskiem niezliczonych obiektów jaśniejszych niż Wenus na naszym niebie. Jednak blask sąsiednich obiektów z pewnością utrudniałby wyobrażenie sobie Wszechświata poza nimi. Kosmologia takich istot ograniczałaby się do ich rodzimej gromady, a olśniewający widok kosmicznej sieci galaktyk byłby dla nich niedostępny11. Jak zauważam później, istoty żyjące w pokrytych lodem oceanach świata takiego jak duży księżyc Jowisza, Ganimedes, nie są w stanie wyobrazić sobie niczego poza swoją małą wodną bańką. Na szczęście nasz punkt widzenia nie jest aż tak ograniczający.
Żyjemy również w szczególnym momencie historii Wszechświata. W ciągu pierwszych miliardów lat po Wielkim Wybuchu istniały wodór i hel, jednak przed pojawieniem się pierwszych gwiazd i pierwszych supernowych nie istniały żadne ciężkie pierwiastki, z których składamy się ty, ja, świat wokół nas i nasza planeta12. Życie mogło zatem powstać dopiero po zakończeniu pierwszego cyklu powstawania i destrukcji gwiazd, w wyniku którego w otoczeniu znalazły się materiały niezbędne do uformowania się planet, które mogłyby towarzyszyć następnej, drugiej generacji gwiazd, ale takie sprzyjające okoliczności nie będą trwać wiecznie.
Zła wiadomość jest taka, że nasz Wszechświat swój najlepszy okres ma już za sobą. Proces powstawania gwiazd najbardziej intensywnie przebiegał kilka miliardów lat temu, a obecnie co roku więcej gwiazd umiera, niż powstaje nowych. Nasze obserwacje kosmologiczne sugerują, że ekspansja Wszechświata, która rozpoczęła się z chwilą Wielkiego Wybuchu, przyspiesza, choć nie rozumiemy jeszcze przyczyn tego zjawiska. Rysuje się przed nami ponura przyszłość, co gorsza – dość nudna. Gdy ostatnie gwiazdy umrą, za około dwadzieścia miliardów lat, nasz dynamiczny i piękny Wszechświat zamieni się w morze cząstek i światła, rozprzestrzeniających się w nieskończoność, w którym jednak nic się nie dzieje. W obliczu takiej perspektywy być może powinniśmy uważać się za szczęściarzy: nie tkwimy na planecie krążącej wokół jednej z ostatnich pozostałych, odizolowanych gwiazd, lecz żyjemy w czasach Kosmosu pełnego galaktyk i spektakularnych widoków, które możemy podziwiać.
To, co zdołamy zobaczyć we Wszechświecie w ciągu naszego życia, oczywiście również jest kwestią przypadku. Światło z ostatniej supernowej zaobserwowanej w galaktyce Drogi Mlecznej dotarło do Ziemi w 1604 roku, tuż przed wynalezieniem teleskopu. Chociaż została ona zaobserwowana przez astronomów na całym świecie, między innymi przez słynnego Johannesa Keplera, na cześć którego ją nazwano, nie rozumiano dobrze związanego z nią zjawiska. Zaledwie sto czy dwieście lat później podobne wydarzenie wywołałoby ogólnoświatowe poruszenie, byłoby bacznie obserwowane i wyjaśniło znaczenie takich eksplozji. Jasna supernowa w XIX wieku mogłaby przyczynić się do powstania nowych koncepcji dotyczących życia gwiazd, dzięki czemu astronomia zrobiłaby postęp o sto lat. A tymczasem wciąż czekamy na kolejną pobliską eksplozję, z teleskopami i innymi urządzeniami w gotowości, i z mnóstwem pytań, na które odpowiedź można uzyskać jedynie poprzez zbadanie śmierci gwiazdy z bliska.
Oczekując na takie wydarzenie, zadowalamy się obserwowaniem eksplozji bardziej odległych. Najbliższa supernowa zaobserwowana w XX wieku, SN 1987A, pojawiła się w Wielkim Obłoku Magellana, jednej z galaktyk satelitarnych Drogi Mlecznej; jej pozostałość, świecący pierścień gazu rozprzestrzeniającego się od miejsca eksplozji, trzydzieści pięć lat później nadal można obserwować z Ziemi za pomocą dużych teleskopów. 1987A znajdowała się na tyle blisko, że odrobinę neutrin, maleńkich cząstek powstałych w wyniku tej eksplozji, wykryto przypadkowo podczas eksperymentów przeprowadzanych przez fizyków zajmujących się badaniem cząstek elementarnych, którzy zamierzali przyjrzeć się neutrinom pochodzącym ze Słońca. Uzyskane wyniki były na tyle obiecujące, że przygotowano się do specjalnych eksperymentów, by spróbować uchwycić neutrina z kolejnej supernowej w Drodze Mlecznej.
Najbardziej zaawansowane badanie opracowano w Gran Sasso, niezwykłym laboratorium zajmującym się badaniem cząstek elementarnych, położonym w górach na wschód od Rzymu, a raczej pod nimi. Do laboratorium dociera się, zjeżdżając nieoczekiwanie z autostrady prowadzącej przez góry. Po wpisaniu kodu na panelu duże drzwi, idealnie nadające się do filmu szpiegowskiego, powoli się otwierają. Laboratorium mieści się akurat tutaj, ponieważ znajdująca się nad nim skała zapewnia prowadzonym w nim eksperymentom ochronę przed promieniowaniem kosmicznym. Wysokoenergetyczne cząsteczki z Kosmosu człowiekowi nie wyrządzają szkody, ale tworzą jasne tło, które utrudnia pracę detektorom poszukującym obiektów niebieskich, tak jak w przypadku projektu MACHO, niemieckiego eksperymentu mającego na celu wyczekiwanie dogodnej supernowej.
Kiedy odwiedziłem to miejsce w 2017 roku, eksperyment trwał już ponad dekadę bez powodzenia i wymagał wprowadzenia modyfikacji. Jednak członkowie zespołu badawczego, z którymi rozmawiałem, twardogłowi naukowcy i inżynierowie, nie kwapili się do wyłączenia detektora na około osiemnaście miesięcy – bo tyle czasu potrzeba by na ulepszenia – ponieważ uważali, że zgodnie z prawem Murphy’ego nieuchronnie w tym kluczowym okresie nastąpi wybuch supernowej.
Gdy zaglądamy w głąb Wszechświata, kwestia przypadku wygląda inaczej. Mam przyjaciół, którzy poświęcają się badaniu galaktyki Andromedy, dużego układu gwiezdnego leżącego najbliżej względem naszej Drogi Mlecznej, który za jakieś cztery lub pięć miliardów lat ma się z nami zderzyć. Wydaje się, że ten fascynujący układ przeszedł już pewnego rodzaju fuzję i w jej konsekwencji powstał jasny pierścień formacji gwiazd, który rozprzestrzenia się od środka galaktyki. Jest ona, podobnie jak Droga Mleczna, galaktyką dyskową, cienkim plackiem – jak na złość skierowanym do nas niemal bokiem. Przez przypadek mamy zaledwie ukośny widok tego fascynującego i ważnego obiektu; w przeciwieństwie do naukowców badających obiekty w laboratorium, nie możemy obrócić Andromedy, żeby przyjrzeć się jej z bliska.
Galaktyki i inne obiekty astronomiczne ewoluują i oddziałują na siebie, napędzane procesami toczącymi się od wielu milionów czy miliardów lat. Nam dane jest widzieć zaledwie migawki, jakie przedstawia nam Wszechświat, chwile zatrzymane w czasie, i na ich podstawie musimy próbować opowiedzieć kosmiczną historię. W obliczu takich ograniczeń pozostaje nam wykorzystanie całej naszej pomysłowości i sprytu, byśmy mogli zebrać jak najwięcej informacji – jak najwięcej pocztówek – i gromadzić te cenne dowody, tak jak archeolodzy chwytają się podczas swoich badań każdego fragmentu ceramiki i każdej ozdoby, na jakie natrafiają na stanowisku wykopalisk.
Muszę przyznać, że czasami bywa inaczej. Zdarza się, że w naszych dążeniach do zrozumienia historii Wszechświata wszystko przebiega dokładnie tak, jak przewidywaliśmy, a wszelkie nasze obserwacje potwierdzają tę czy inną teorię. Takie dni należą jednak do rzadkości i nie są zbyt przyjemne. My, astronomowie, lubimy niespodzianki, rozkoszujemy się chwilą, w której czujemy, że tak wiele jeszcze pozostaje do odkrycia. To uczucie niewiele ma wspólnego z tym, w jaki sposób na ekranie czy w książkach przedstawia się na ogół naukę i postęp – często podaje nam się historie o wyjątkowo inteligentnych ludziach, którzy w wyniku nagłego olśnienia poznali kosmiczną prawdę i całą swoją karierę poświęcili na to, by udowodnić, że mają rację. Astronomia, jaką znam i kocham, to raczej grupa zdezorientowanych ludzi wpatrujących się w ekran, niż biegnący korytarzem osobnik, krzyczący „Eureka!”.
Podczas niedawnej konferencji napomknąłem Meg Urry – wykładowczyni fizyki i astronomii na Uniwersytecie Yale, byłej przewodniczącej Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego, a co ważniejsze, jednej z osób, które bardzo lubię13 – o tym, że postępy w nauce często nie są wynikiem przemyślanego działania, lecz efektem przypadkowych zdarzeń. Meg jest mądra, życzliwa, rozważna i tak inteligentna, że to właśnie ona odkryła, jak zachowują się czarne dziury w centrum galaktyk. Jak na wybitnego naukowca przystało, przyznała mi całkowitą rację, a nawet stwierdziła, że nie przychodzi jej do głowy żadne ważne odkrycie, którego dokonano by na podstawie wcześniejszych przewidywań. Zastanawialiśmy się, czy za potencjalny wyjątek nie uznać zaskakującego odkrycia dokonanego kilka dekad temu, a mianowicie obserwacji, że ekspansja Wszechświata zapoczątkowana w chwili Wielkiego Wybuchu przyspiesza, a nie zwalnia pod wpływem nieznanej siły. Dwie grupy astronomów – każda z nich dokładnie mierzyła jasność wyjątkowych supernowych – dokonały tego samego odkrycia w tym samym czasie, co można byłoby uznać za doskonały przykład normalnego, zaplanowanego rozwoju naukowego, gdyby nie to, że oba zespoły zamierzały zmierzyć, jak szybko spowalnia ekspansja Wszechświata. Bardzo niewiele osób poważnie rozważało możliwość wystąpienia zjawiska innego niż spowolnienie pod wpływem grawitacji, a wyniki eksperymentu z pewnością zaskoczyły badaczy. Przyczyna tego nieoczekiwanego przyspieszenia, być może nowego rodzaju siły, która odpowiada za aż 70 procent energii w dzisiejszym Wszechświecie, pozostaje największą tajemnicą kosmologii i została odkryta przez astronomów poszukujących dokładnie odwrotnego efektu.
Przedstawione w tej książce historie to moje ulubione przykłady sytuacji, w których astronomowie nowe prawdy dotyczące Kosmosu poznawali w wyniku nieoczekiwanych odkryć albo wskutek niespodziewanego znalezienia nowatorskich sposobów eksploracji. Niektóre z tych przypadkowych obserwacji stanowią fundament współczesnej wiedzy na temat Kosmosu, inne zaś w dłuższej perspektywie pozostaną jedynie ciekawostkami. Dotyczą one rozmaitych zdarzeń – od nagłego pojawienia się meteorytu w niedzielny wieczór na angielskiej wsi po najstarsze światło we Wszechświecie, od niezwykłego lodowego księżyca krążącego wokół Saturna po nietypowo zachowującą się gwiazdę, której zmienna jasność zdaniem pewnych badaczy wskazywała na to, że może być ona domem dla obcej cywilizacji lubującej się w wielkich projektach. Zaczniemy od najbardziej ambitnego z astronomicznych przedsięwzięć, czyli historii poszukiwań obcych, pozaziemskiej inteligencji, przypadkowego odkrycia, które mogłoby zmienić świat, ale jak dotąd nie przyniosło rezultatów.
Historie te pomagają mi odnaleźć swoje miejsce we Wszechświecie i dzielę się nimi z czytelnikami z nadzieją, że pokażę, jak staramy się go poznawać. Chciałbym zachęcić was do tego, byście i wy poświęcili kilka chwil na rozmyślanie o Kosmosie. Chcę podzielić się z wami tym, jak wyglądają kulisy nauki, z ekscytacją, konsternacją i zaskoczeniem, które nieodłącznie jej towarzyszą. Jeśli ja, na mojej małej planecie, spoglądając w górę, czuję się wyobcowany z powodu przypadkowości, która jest nieodłącznym elementem naszego rozległego, niewzruszonego Kosmosu, to dlatego, że zapomniałem, iż niemal wszystko, co o nim wiemy, jest wynikiem rzutu kostką. Jesteśmy rezultatem przypadkowości, podobnie jak foton z odległej supernowej, niosący informacje na temat odległej galaktyki i Wszechświata, który opuścił dawno temu.
Tak długo, jak nasz gatunek jest do tego zdolny, nasze miejsce we Wszechświecie nakłada na nas obowiązek szacunku. Parafrazując sformułowanie astronomki i poetki Rebekki Elson: mamy obowiązek – jako gatunek i jako jednostki – jak najlepszego wykorzystania tego, co oferuje Wszechświat, i posłużenia się tym, by spróbować go zrozumieć. Gdy spoglądamy w nocne niebo przez najnowocześniejsze teleskopy lub nawet gołym okiem, mamy pewność, że w bezkresnej przestrzeni Wszechświata, pośród znanych nam układów gwiazd, czeka na nas jeszcze wiele niespodzianek.
WIĘKSZOŚĆ ASTRONOMÓW MOŻE podzielić się historią, która ich zaskoczyła, wielu przeżyło moment, w którym serce przez kilka sekund biło im nieco mocniej, gdy zastanawiali się, czym właściwie jest to, co dostrzegli na niebie. Moje „bliskie spotkanie” miało miejsce pewnego letniego wieczoru, kiedy stałem na plaży na południowym wybrzeżu Anglii i wpatrywałem się w czysty zachodni horyzont tuż po tym, jak schowało się za nim słońce. Wenus była już na niebie, świeciła jasno w półmroku, migocząc szaleńczo, mieniąc się wszelkimi możliwymi barwami, a jej blask drgał w spowijającym plażę powietrzu ogrzanym ciepłem dnia.
Liczyłem na to, że dostrzegę Merkurego, najbardziej nieuchwytną z pięciu planet widocznych bez lornetki czy teleskopu14. Choć patrząc nieuzbrojonym okiem, można go wziąć za niezbyt jasną gwiazdę, a przez teleskop ukazuje się jedynie pod postacią zwykłego dysku, ponieważ jest mniejszy od Księżyca i nigdy nie znajduje się w dość bliskiej odległości, to jednak widok Merkurego zawsze sprawia mi satysfakcję. Wynika ona poniekąd z tego, że pozostała we mnie cząstka dziecka, które zbiera znaczki i chce odhaczyć każdego mieszkańca Układu Słonecznego ze swojej listy, ale być może satysfakcja ta wynika również z obserwacji, że mechanizm Układu Słonecznego cały czas działa niezawodnie i planety pojawiają się po kolei, jak na zawołanie. Cokolwiek mną powoduje, podejmuję wysiłki, żeby zobaczyć naszego najbardziej skrytego planetarnego sąsiada, gdy pojawia się rano lub – znacznie częściej – wieczorem.
Wyglądam go szczególnie, gdy znajduje się blisko Księżyca lub innej planety; bez takiego punktu odniesienia Merkury nigdy się nie wyróżnia. Tamtego wieczoru miał znajdować się kilka stopni poniżej Wenus, więc ucieszyłem się, gdy na ciemniejącym niebie, w odpowiedniej jego części, dostrzegłem drugi obiekt – słabszy, przypominający gwiazdę punkt świetlny. Niespodziewanie jednak ten nowy obiekt nagle się rozjaśnił, aż niemal dorównał Wenus, która powinna przyćmiewać wszystko inne. Z jeszcze większym zdumieniem obserwowałem, jak intruz zaczął się poruszać, najpierw oddalając się w górę od horyzontu, a następnie wykonując coś, co wyglądało jak ostry skręt w prawo. Nic na niebie, poza samolotami z migającymi światłami, nie zachowuje się w ten sposób. Wiedziałem, że Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (MSK) znajduje się z dala od brytyjskiego nieba, a poza tym to, co widziałem, nie zachowywało się jak satelita; one poruszają się powoli i konsekwentnie w jednym kierunku. Ten tajemniczy obiekt natomiast przemierzał niebo chaotycznie, wykonując zakręty, gdy wzbijał się nad horyzontem. Wszystko wskazywało na to, że kieruje nim pozaziemska inteligencja, że to prawdziwy niezidentyfikowany obiekt latający (UFO), a w głowie zaczęły mi świtać myśli o kosmitach z filmów science fiction, o latających spodkach i o małych szarych ludzikach mamroczących: „zabierz mnie do swojego przywódcy”, choć wytężałem umysł w poszukiwaniu innych, bardziej prawdopodobnych i prozaicznych wyjaśnień.
Gdyby znikł lub zawrócił w kierunku horyzontu, prawdopodobnie nadal zastanawiałbym się, co to było. Na szczęście wkrótce przeleciał tuż nad moją głową i okazało się, że to po prostu chiński lampion dryfujący nad wybrzeżem, papierowy balon unoszący się w powietrzu dzięki płomieniowi małej świeczki zaczepionej u dołu. Światło, które uznałem za odległe, w rzeczywistości znajdowało się znacznie bliżej, niż zakładałem, a zaobserwowane gwałtowne zmiany kierunku były niczym innym jak delikatnym dryfowaniem na lekkim wietrze. Ze względu na lekkie zaskoczenie i odrobinę tajemniczości z łatwością uznałem, że widzę na niebie reprezentację cywilizacji pozaziemskiej.
Jak już wspomniałem, każdy, kto obserwuje niebo, ma na koncie taką historię, nawet ci, których wzrok nie kieruje się w górę automatycznie, lecz spoglądają w niebo sporadycznie – gdy wychodzą na zewnątrz po zmroku, od czasu do czasu zwracają uwagę na to, co dzieje się ponad ich głowami. Błędne rozpoznawanie jasnych świateł na niebie ma długą tradycję. Za każdym razem, gdy Wenus osiąga największą elongację zachodnią, czyli część jej orbity jest najjaśniejsza na wieczornym niebie, wiem, że moja skrzynka pocztowa zapełni się pytaniami od kierujących się dobrymi intencjami osób, które zastanawiają się, czy widziany przez nich jasny obiekt to nie przypadkiem sąsiedzi z Proxima Centauri, którzy wpadli pożyczyć cukier, lub, trzymając się tradycyjnych doniesień na temat UFO z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ukraść krowę z prerii amerykańskiego Środkowego Zachodu. Satelity słabsze od MIĘDZYNARODOWEJ STACJI KOSMICZNEJ, poruszające się wśród gwiazd, mogą zrobić niespodziankę; znam kilka osób, które przeżyły wstrząs na widok satelitów obserwacyjnych NOSS należących do marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, czasami widocznych gołym okiem i sunących po niebie w trójkątnej formacji o zupełnie nienaturalnym wyglądzie.
Choć zwykłemu obserwatorowi takie obiekty mogą wydać się „niezidentyfikowane”, kwestię podobnych UFO zazwyczaj można bez trudu wyjaśnić. Duże teleskopy, za pomocą których współcześni astronomowie obserwują niebo, wyposażone w potężne oprogramowanie służące do śledzenia obiektów takich jak asteroidy poruszające się wśród gwiazd, nie przyczyniły się do powstania obszernych katalogów tajemniczych obiektów przelatujących nad Ziemią, a fakt, że niemal każdy z nas ma obecnie w telefonie przyzwoity aparat fotograficzny, nie doprowadził do pojawienia się ogromnej liczby nowych, przekonujących zdjęć odwiedzających nas statków kosmicznych. Być może nie przez przypadek, odkąd dysponujemy znacznie udoskonalonymi sposobami obserwacji nieba i wypatrywania nieoczekiwanych gości, ludzie utrzymujący, że w przestrzeni kosmicznej nad Ziemią pojawiają się statki kosmiczne obcych, przestali się skupiać na tajemniczych obiektach astronomicznych, a swoją uwagę skierowali na nowego rodzaju niezwykłe zjawiska, których ślady znajdują na niewyraźnych filmach, często nagrywanych przez pilotów latających na dużych wysokościach. Obecnie znacznie częściej stykam się z osobami, które uważają, że takie filmy są dowodem działalności pozaziemskiej, niż z tymi, które sądzą, że dostrzegły statki kosmiczne na nocnym niebie.
Czasem jednak jakiś temat zostanie podchwycony. Weźmy na przykład J002E3, odkryty w 2002 roku przez zaangażowanego astronoma amatora Billa Yeunga, a znajdujący się – jak wkrótce ustalono – na niezwykłej orbicie ziemskiej, w rejonie, z którego oddziaływanie grawitacyjne Ziemi, Księżyca lub Słońca powinno było szybko go wyeliminować. Czy fakt, że się tam znalazł, oznaczał, że został umieszczony tam celowo, być może w ramach misji zwiadowczej?
Badania wykazały, że J002E3 przez większość czasu najprawdopodobniej poruszał się po orbicie wokół Słońca, a na orbicie okołoziemskiej znalazł się tuż przed odkryciem. Dokładnie takiego zachowania można było się spodziewać po statku obserwacyjnym obcych: że od czasu do czasu będzie pojawiał się w celu badania Ziemi i jej mieszkańców, i być może co kilka dziesięcioleci będzie sprawdzał, czy nauczyliśmy się dbać o swoją planetę. Nigdy wcześniej nie widziano niczego, co poruszało się w ten sposób. Dalsze badania, między innymi odkrycie śladów dwutlenku tytanu w widmie obiektu, wykazały, że obcy nie mają z tą sprawą nic wspólnego. Wygląda na to, że J002E3 jest najwyższym stopniem rakiety Saturn V, która wyniosła statek oraz astronautów misji Apollo 12 w kierunku Księżyca i ponad trzydzieści lat po wykonaniu zadania wciąż krążyła wokół Ziemi. Nikt nie zadał sobie trudu, by śledzić jej wędrówkę w przestrzeni kosmicznej, więc gdy ponownie pojawiła się w pobliżu Ziemi, została uznana za coś nowego.
Obcy byli wykorzystywani jako wyjaśnienie zjawisk bardziej złożonych niż zwykłe poruszające się światła na niebie. Wszystko, od popielatego światła – nocnej poświaty obserwowanej w XIX wieku po ciemnej stronie Wenus – po sześciokątny obiekt widoczny na zdjęciach północnego bieguna Saturna, przypisywano działalności obcych, choć istnieją naturalne wyjaśnienia obu tych zjawisk. Słynny osiemnastowieczny astronom William Herschel, odkrywca Urana15, wierzył nawet, że jego obserwacje wykazują, iż Słońce jest prawdopodobnie zamieszkane. Dostrzegał na powierzchni Słońca cechy, które interpretował jako górzysty krajobraz, dzięki czemu gwiazda stawała się swego rodzaju planetą. Dla Herschela i jego współczesnych planety były oczywistym domem istot inteligentnych, a on sam napisał, iż dowody ich wędrówek po krajobrazie słonecznym z pewnością bez trudu się znajdzie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wprowadzenie. Życie w naszym przypadkowym Wszechświecie
1. Czy to obcy?
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Epigraf
Meritum publikacji
