Przypadki Robinsona Cruzoe. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe, of York, Mariner - Daniel Defoe - ebook
Opis

Przypadki Robinsona Cruzoe. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe, of York, Mariner. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.  A dual Polish-English language edition.

Akcja rozpoczyna się w 1651 r. Książka opisuje dzieje Robinsona Crusoe, syna kupca w mieście Hull. Robinson nie chce wieść nudnego żywota jak jego ojciec, jako 17-latek ucieka z domu i płynie do Londynu. Ma pecha, gdyż pierwszy statek, którym płynie, rozbija się. Trafia na drugi okręt i tam uczy się sztuki żeglarskiej. Po pewnym czasie, chce wracać do domu, ale kapitan Smith namawia go, by popłynął z nim do Gwinei, a gdy tam dorobi się majątku, zostanie łaskawiej przyjęty przez ojca. Po śmierci kapitana Robinson pomaga wdowie po nim w prowadzeniu interesów. Jednak podczas kolejnej podróży statek zostaje napadnięty, a Robinson, wraz z innymi, wzięty do niewoli mauretańskiej. Po dwóch latach ucieka, wraz ze swym towarzyszem Ksurym i płynie do Brazylii, gdzie staje się plantatorem. Podczas wyprawy po niewolników 30 września 1659 statek się rozbija i Robinson jest jedynym ocalałym. Trafia na bezludną wyspę, gdzie, jak się okaże, spędzi następne 28 lat... (http://pl.wikipedia.org/wiki/Przypadki_Robinsona_Kruzoe)

Crusoe (the family name corrupted from the German name "Kreutznaer") sets sail from the Queen's Dock in Hull on a sea voyage in August 1651, against the wishes of his parents, who want him to pursue a career, possibly in law. After a tumultuous journey where his ship is wrecked in a storm, his lust for the sea remains so strong that he sets out to sea again. This journey, too, ends in disaster as the ship is taken over by Salé pirates (the Salé Rovers) and Crusoe is enslaved by a Moor. Two years later, he escapes in a boat with a boy named Xury; a Captain of a Portuguese ship off the west coast of Africa rescues him. The ship is en route to Brazil. With the captain's help, Crusoe procures a plantation. Years later, Crusoe joins an expedition to bring slaves from Africa but he is shipwrecked in a storm about forty miles out to sea on an island (which he calls the Island of Despair) near the mouth of the Orinoco river on 30 September 1659. (The date was left blank in the first edition. The years added up after 1651, or, his total of years reckoned backwards from 1686 yield 1658 so the 1659 is an error. The story claims that he swam ashore on his 26th birthday.) The details of Crusoe's island were probably based on the Caribbean island of Tobago, since that island lies a short distance north of the Venezuelan coast near the mouth of the Orinoco river, in sight of Trinidad. He observes the latitude as 9 degrees and 22 minutes north. He sees penguins and seals on his island. (However, there are no seals and penguins living together in the Northern Hemisphere, only around the Galapagos Islands.) As for his arrival there, only he and three animals, the captain's dog and two cats, survive the shipwreck. Overcoming his despair, he fetches arms, tools, and other supplies from the ship before it breaks apart and sinks. He builds a fenced-in habitat near a cave which he excavates. By making marks in a wooden cross, he creates a calendar. By using tools salvaged from the ship, and some he makes himself from "ironwood", he hunts, grows barley and rice, dries grapes to make raisins, learns to make pottery, and raises goats. He also adopts a small parrot. He reads the Bible and becomes religious, thanking God for his fate in which nothing is missing but human society... (http://en.wikipedia.org/wiki/Robinson_Crusoe)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 932

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Daniel Defoe

Przypadki Robinsona Cruzoe The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe, of York, Mariner

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej A dual Polish-English language edition

na język polski przełożył Władysław Ludwik Anczyc

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Wybrzeże Krety, foto. Marta Sarwa (2010) 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Przypadki Robinsona Cruzoe

Rozdział 1

Urodzenie moje. Chęć żeglugi. Rodzice sprzeciwiają się temu. 

W roku 1654 ojciec mój był kupcem w Hull, mieście portowym we wschodniej Anglii. 

Ojciec, pragnąc, abym wyszedł na porządnego człowieka, starał się dać mi jak najlepsze wychowanie. Trzymał nauczyciela, potem do szkół posyłał; ale nieszczęściem przed kilku laty został porażony i nie mógł opuszczać swego pokoju przyległego do sklepu; matka musiała zajmować się handlem i gospodarstwem. Sam sobie zostawiony, wymykałem się spod oka ojca, a z matką robiłem, co mi się podobało, bo jak tylko zaczęła czynić mi najmniejsze uwagi, zaraz udawałem chorego, a biedna kobieta, drżąc o życie jedynego syna, pozwalała na wszystkie moje wybryki. 

Więc też zamiast iść do szkoły, albo siedzieć nad książką, wymykałem się z domu i biegałem do portu, gdzie mi się nadzwyczajnie podobało. Bo też w porcie było co widzieć: różne okręty, jedno– dwu– i trzymasztowe, ogromne statki kupieckie rozmaitych narodów i zgrabne łodzie nadbrzeżnych rybaków, różnokolorowe bandery, rozmaite ubiory majtków, wszystko to bardzo ładne i zajmujące. Kiedy zaś przypadkiem okręt liniowy albo fregata wojenna zawitały do portu, to już dla mnie była prawdziwa uroczystość. 

Wdajże się przy tym w pogadankę z majtkiem, co to wrócił gdzieś z Indii albo Ameryki, który się napatrzył czarnym jak kruk Murzynom, żółtym Chińczykom, albo czerwonym Amerykanom, co to jak zacznie rozpowiadać o lasach brazylijskich, nieprzebytych, zarosły olbrzymimi drzewami, o różnobarwnych papugach, złotopiórych kolibrach, gromadach swawolnych małpek, na których widok trzeba się brać za boki od śmiechu, to aż serce wydziera się w tamte strony! Cóż dopiero, jeżeli stary sternik pocznie opisywać, jakie to swobodne i wesołe życie prowadzi się na okręcie, jakie to wspaniałe miasta na Wschodzie, jaka żyzność i bogactwo krain podzwrotnikowych, gdzie dość się schylić, ażeby zbierać złoto, perły, rubiny i diamenty... 

Kiedym się nasłuchał tych opowieści, to sobie miejsca znaleźć nie mogłem. Dom wydawał mi się taki nudny, sklep tak obrzydliwy, a szkoła tak szkaradna, że nieraz płakałem po kątach, desperując, że tutaj siedzieć muszę, zamiast bujać na prześlicznym okręcie po niezmierzonym oceanie. 

Nieraz, gdy ojciec był w dobrym humorze, zaczynałem rozmowę o żeglarstwie, unosiłem się nad pięknością krajów zamorskich, ale starzec rozdrażniony stratą mego średniego brata, jednym słowem usta mi zamykał. 

– Milcz, mówił, nie waż się przy mnie morza wspominać, nienawidzę tego zdradzieckiego żywiołu. Gdyby biedny Tom pozostał w domu, byłoby nam daleko lepiej, miałbym w handlu wyręczyciela, a to przeklęte morze wydarło mi podporę mojej starości. 

Miałem już blisko lat osiemnaście, a jeszcze nie wiedziałem, czym będę. Ojciec chciał mnie wykierować na kupca; matka wolałaby, żebym został duchownym; mnie zaś marynarka zawróciła głowę. Próżniactwo moje nieraz ściągało na mnie surowe napominanie ojca, matka parę razy płakała, usiłując obudzić we mnie chęć do pracy. Kiedy mówili, słuchałem ze skruchą, płakałem, także nieraz i ze szczerego serca przyrzekałem poprawę, ale te piękne zamiary bardzo prędko wietrzały z mej głowy, i w parę dni potem broiłem po dawnemu. 

Jednego razu powróciłem z portu nadzwyczaj rozdrażniony. Stary Smith, kapitan okrętu kupieckiego, odbywszy świeżo podróż do Indii Wschodnich, więcej jak dwie godziny rozpowiadał o łowieniu pereł przy wyspie Cejlon, polowaniach na słonie, o bogactwach i gościnności tamtejszych osadników. Nasłuchawszy się jego opowiadań, postanowiłem bez dłuższego odwlekania zostać marynarzem i po powrocie oświadczyłem to stanowczo mojej matce. 

Biedna kobieta struchlała na te słowa. 

– Moje dziecko, zawołała ze łzami, czyż nie wiesz, że obaj twoi bracia na morzu zginęli, że tylko ty nam pozostałeś? Czy masz zamiar wpędzić nas do grobu, opuszczając biedne sieroty? Porzuć tę myśl szaloną, jeżeli nie chcesz, żebym umarła. 

– Ha, jeśli matka będzie się sprzeciwiała mojemu zamiarowi i nie wyjedna pozwolenia od ojca, to ja się utopię i kwita, zawołałem ze złością. Ja nie chcę siedzieć w tym nudnym domu, wolę umrzeć, aniżeli tutaj się mordować: raz niech się to skończy! Kochana matka, zastraszona tą pogróżką, poczęła mię ściskać, całować i zaklinać na wszystko, żebym się opamiętał. Czułem, jak jej gorące łzy spadały mi po twarzy, ale ja niegodziwy nie wzruszyłem się tym wcale. Cierpienie drogiej matki wcale mię nie obchodziło, upierałem się przy swoim. O jakże mię ciężko Bóg za to później ukarał! Upór mój skłonił nieszczęśliwą kobietę, iż narażając się ojcu, poszła prosić go za mną. Starzec, usłyszawszy to, wpadł w gniew niepohamowany i kazał mnie natychmiast zawołać. Z bijącym sercem wszedłem do pokoju, a ojciec, ujrzawszy mnie, gwałtownie krzyknął: 

– Cóż to za głupstwa chodzą ci po głowie? Zachciało ci się żeglować, zostać marynarzem? Czy myślisz, że cię od razu admirałem zrobią? Chcąc być marynarzem, trzeba znać matematykę, astronomię i inne umiejętności; trzeba służyć długie lata na morzu, aby po tysięcznych niebezpieczeństwach i trudach wyjść na kapitana okrętu. Chcąc być majstrem okrętowym trzeba znać kowalstwo, ciesiołkę, mechanikę; a ty co umiesz? Bąki zbijać i gawronić się na okręty; na przyszłego kapitana to trochę za mało. Bez nauki i pracy człowiek jest zerem i do niczego nie dojdzie. Choćbym nawet i dogodził twoim zachciankom, powiedz mi, co będziesz robił na okręcie? Możesz zostać ledwie majtkiem, skazanym na wspinanie się po masztach i rejach przez całe życie, na nieustanne plagi i poniewierkę! Na to znowu ja nie przystanę. Wybij sobie raz z głowy te wszystkie urojenia, bo nigdy, rozumiesz, nigdy nie pozwolę ci nogą wstąpić na okręt. A ponieważ nie chcesz się uczyć, więc od jutra przestaniesz chodzić do szkoły i wstąpisz do handlu. Pracuj, albo wynoś się z mojego domu, gdyż nie myślę dłużej żywić próżniaka. A teraz precz! 

Ostra przemowa ojca przeraziła mnie nadzwyczajnie; jak żyję, nie widziałem go w takim uniesieniu. Wszystkie moje świetne projekty żeglowania na wyspę Cejlon rozpierzchły się, jak mgła poranna; wiedziałem dobrze, że z ojcem żartów nie ma, więc nie mówiąc ani słówka matce położyłem się spać, a nazajutrz rano stałem już za kasą w naszym sklepie. 

Nowość zatrudnienia i praca zajęły mię zrazu bardzo. Przez kilka tygodni sprawowałem się jak najlepiej; matka rosła z radości, a ojciec podczas obiadu łagodniej na mnie spoglądał. 

O żegludze, przynajmniej w tym czasie, nie myślałem prawie. Prawda, że nieraz, ważąc kawę, imbir lub goździki, przypominałem sobie te prześliczne kraje, gdzie te towary rosną, i nieraz westchnąłem ciężko z tęsknoty za nimi, ale się też na westchnieniach kończyło. 

I kto wie, czy nie wyszedłbym na kupca i obywatela miasta Hull, szanowanego przez całe miasto, gdyby wypadek nie rozbudził na nowo chętki do żeglowania i nie nastręczył mi sposobności do uczynienia zadość pragnieniom. 

Jednego dnia ojciec przy śniadaniu rzekł do mnie: 

– Dostaliśmy świeży transport towarów. Mathews nie ma czasu, więc ty pójdziesz je odebrać. Tylko pamiętaj pośpieszyć się i nie gawronić się w porcie! 

Ucieszyłem się bardzo z tego polecenia; od dwóch miesięcy oprócz kościoła nie wychodziłem nigdzie, więc też poleciałem jak strzała do portu, podskakując z radości przez drogę. 

Ale humor ten wesoły zniknął w chwili, gdy zobaczyłem przystań. Kilkanaście rozmaitych okrętów stało w porcie; morze lekko zmarszczone unosiło inne, posuwające się wspaniale, jak łabędzie, po wód zwierciadle; jeden właśnie opuszczał przystań przy wesołych okrzykach majtków i wystrzałach działowych. Serce zabiło mi gwałtownie, łzy zakręciły się w oczach i załamawszy ręce, mimowolnie w głos zawołałem: 

– O mój Boże, mój Boże! Dlaczegóż jestem tak nieszczęśliwy! 

– A ty, krecie ziemny, czego tak lamentujesz, zawołał ktoś, uderzając , ślimaku, pełzałeś po kamienistym bruku twego rodzinnego miasteczka. 

– Ach, jakżeś ty szczęśliwy, mówiłem ze smutkiem. Cóż bym dał za to, gdybym był na twoim miejscu. 

– A któż tobie broni spróbować lubej włóczęgi? Morze dla każdego otwarte, a na okrętach miejsca nie braknie. 

– Mnie nawet mówić o tym nie wolno – odrzekłem z niechęcią. 

– Jak to – zapytał zadziwiony. 

Opowiedziałem mu więc całe moje położenie, wyspowiadałem się ze wszystkich zmartwień, utyskując, że mi rodzice zagradzają drogę do szczęścia. 

Wiliam, wysłuchawszy mnie, wzruszył ramionami i rzekł: 

– I któż ci winien, że sobie radzić nie umiesz? Ja, na twoim miejscu, nic nikomu nie mówiąc, porzuciłbym od dawna starych i zaciągnął się na pierwszy lepszy okręt. Takiego porządnego chłopca każdy kapitan z otwartymi rękoma przyjmie, a że nic nie umiesz, jak powiada twój ojciec, to nic nie znaczy. Nie święci garnki lepią. I ja, wchodząc na okręt, o niczym nie miałem wyobrażenia, a teraz proszę patrzeć, jaki ze mnie wyborny marynarz. 

– Przyznam ci się, odpowiedziałem, że dawno bym to zrobił, ale jestem trochę zabobonny. 

Ojciec powtarza mi ciągle, że kto rodziców nie słucha, marnie zginie i Bóg mu nigdy błogosławić nie będzie. Otóż dwóch moich starszych braci wbrew woli ojca porzuciło dom, puścili się na morze i obaj w młodym poginęli wieku. To mię tak przeraża, iż nie mogę się odważyć. 

– Niedołęga jesteś, kochaneczku, i kwita, zawołał z pogardą Wiliam. Miliony ludzi puszcza się na morze i wracają szczęśliwie. Każdy stary lubi gderać, to już taka ich natura. Teraz gniewa się i zabrania ci spróbować szczęścia, ale jak powrócisz i przywieziesz huk pieniędzy, przyjmie cię z otwartymi rękami. Raz trzeba być mężczyzną! Ot, wiesz co, jutro płyniemy do Londynu, jeżeli masz ochotę, wsiadaj z nami. Zobaczysz wielkie miasto, zakosztujesz marynarskiego życia, a jak ci się nie spodoba, to za parę tygodni wrócisz do domu i będziesz sobie znowu ważył miły pieprz i kochane goździki. 

– Popłynąłbym z całej duszy, rzekłem wzdychając, ale cóż... kiedy... kiedy... 

– Co takiego? Mów do kroćset masztów! 

– Oto nie mam pieniędzy... i.. 

– Głupstwo, zawołał Wiliam, biorę cię na mój koszt tam i na powrót! Czy zgoda? 

– Zgoda, zgoda, zawołałem, rzucając mu się naszyję. 

– A więc ruszaj i przygotuj się. A pamiętaj, żebyś się nie spóźnił, bo jak przed świtem nie będziesz w porcie, to popłyniemy bez ciebie. 

– Niech cię o to głowa nie boli, mówiłem odchodząc. Umiem ja wstawać bardzo rano, kiedy tego potrzeba. 

Rozdział 2

Pierwsza wycieczka na morze i co mnie w niej spotkało.

Rozszedłszy się z Wiliamem, pobiegłem co tchu po towary i zwiozłem je jak najprędzej, aby nie obudzić podejrzeń ojca. Biedny staruszek pochwalił mnie, mówiąc, iż z radością przekonuje się, że mi dawne głupstwa wywietrzały z głowy. Mówił to w chwili, kiedy najczarniejszą gotowałem mu niewdzięczność. Przez cały dzień byłem roztargniony, w nocy spać nie mogłem, bojąc się chybić na naznaczony termin. 

Ciemno jeszcze było, gdy porwałem się na nogi, ubierając śpiesznie. W całym domu cichuteńko, jak makiem zasiał. Rodzice i domownicy spali. Lękając się obudzić stróża, nie przez bramę, ale przez parkan wydostałem się na ulicę. Serce mi biło z bojaźni, to żeby ojciec się nie obudził, to żebym kogo znajomego nie spotkał, albo wreszcie nie spóźnił się do portu. A chociaż wyrzuty sumienia dręczyły mię bardzo i rodzice stali ciągle na oczach, nie zważałem na to i biegłem tym prędzej, aby raz dostawszy się na okręt, przeciąć sobie drogę do powrotu. Wiliam niecierpliwie przechadzał się po brzegu i poznawszy mnie z daleka, krzyknął: 

– Ha, idziesz przecie. Myślałem, że się rozżalisz, rozbeczysz i zostaniesz przy matusi. No, siadaj prędzej, bo tam ojciec musi niecierpliwić się i kląć szkaradnie, że nas dotąd nie ma. 

Wskoczyłem do łodzi. Silnym pchnięciem wioseł majtkowie odbili od brzegu, a ranny odpływ morza ułatwiał nam przeprawę. Łódź podskakiwała, pląsała po falach, przechylając się często, a ja, pierwszy raz w życiu płynąc, zbladłem ze strachu, gdyż mi się zdawało, że lada chwila czółno wywróci kozła. Lecz nie śmiałem słówka przemówić. Po przybyciu do okrętu nowy przestrach. Wiliam kazał mi wstępować w górę po jakichś schodkach czy drabince, zawieszonej nad wodą. Nie wypadało okazywać bojaźni. Krew uderzyła mi do głowy, ale przecież jakoś wdrapałem się na pokład. 

Kapitan zburczał nas, żeśmy się nie pośpieszyli, i natychmiast gwizdnął silnie, co było znakiem do podniesienia kotwicy. Zawarczał kołowrót i z jego pomocą wyciągnięto ciężką kotwicę. Majtkowie wdarli się na reje, rozwiązali żagle, które natychmiast wiatr powabnie wydął, jakby skrzydła jakiego ogromnego ptaka. Zagrzmiały działa, a okręt, pochyliwszy się nieco, w lekkich pląsach z wdziękiem wybiegł na pełne morze. 

Był to piękny trójmasztowiec kupiecki, mający z obu stron po sześć dział i sześćdziesiąt ludzi obsady, zbudowany silnie i zgrabnie do odległych podróży. Z wysokich masztów zbiegało ku bokom mnóstwo lin, to przytrzymujących maszty, to tworzących drabinki sznurowe, a z tyłu wiatr rozdymał wspaniale dumną flagę angielską. Na szczycie masztów długie szkarłatne chorągiewki wesoło igrały, odbijając się od ciemnego błękitu niebios. 

Nie umiem opisać uczuć, jakie mną miotały. Raz przecież dogodziłem najgorętszej chęci żeglowania, byłem nareszcie na pokładzie okrętu. Wszystko dla mnie było nowością, każda rzecz zajmowała mię niezmiernie. Dumny moim szczęściem, z pogardą spoglądałem na niknące wieże rodzinnego miasta. Płynęliśmy nader szybko. Wkrótce już tylko brzegi Anglii, niby sinawa chmurka, rysowały się w oddaleniu; ale wkrótce i te znikły, a zostały tylko nieprzejrzane przestwory wód pode mną i niebo nad głową. 

Ale zachwycenie moje trwało niedługo. Około jedenastej przed południem zerwał się silny wiatr zachodni i począł statkiem gwałtownie kołysać. Raptem dostałem nudności, bólu głowy i mocnych wymiotów. Była to choroba morska, której każdy, pierwszy raz płynący po morzu, ulec musi. Zaczęło mi się kręcić w głowie, myślałem, że lada chwila okręt wywróci się i zatonie. Natychmiast przypomnieli mi się biedni, zmartwieni moim nieposłuszeństwem, rodzice. Ciężki żal mię ogarnął i począłem gorzko płakać. 

Tymczasem wicher srożył się coraz bardziej, morze wzdymało się gwałtownie, bałwany piętrzyły się, rosły, a mnie się zdawało, iż lada chwila nas pochłoną. Opanowała mnie śmiertelna trwoga, począłem się modlić i ślubować Panu Bogu, że jeżeli mi tylko pozwoli dostać się na ląd, nigdy domu rodzicielskiego nie opuszczę i w sklepie jak najusilniej pracować będę. 

O, jakże mój ojciec słusznie robił, gdy mi zabraniał puszczać się na morze, powtarzałem w duchu. Jakąż miał rację, gdy mi zachwalał ciche i spokojne życie handlowe, a ja, wariat, nie słuchałem go i samochcąc wpadłem w nieszczęście, z którego już się pewnie nie wyratuję. I znowu na myśl o śmierci zalałem się łzami. 

– A ty czego się mazgaisz, babo jakaś – krzyknął nadbiegający Wiliam. Ślicznie wyglądasz z tym bekiem i morską chorobą. Ruszaj do kajuty i połóż się na łóżko, a nie rób mi wstydu przed całą obsadą. 

Na czworakach, z wielkim trudem, to popychany przez przebiegających majtków, to podrzucany chyleniem się statku, zaledwie zdołałem dopełznąć do mego posłania w kajucie kapitana, gdzie mnie, jako zaproszonego gościa, umieszczono. Ległem na łóżku, ale długi czas usnąć nie mogłem. Okręt raz wybiegał na szczyt bałwanów, to znów pogrążał się w przepaści. 

Maszty i całe belkowanie przeraźliwie trzeszczały, podrzucane beczki i paki podskakiwały, robiąc szalony hałas, a cała ta muzyka przerażała mię w najwyższym stopniu. Na koniec zmordowany chorobą, znękany przestrachem i zmartwieniem, usnąłem. 

Na drugi dzień obudziłem się późno. Słońce wesoło zaglądało przez okienko kajuty. Okręt leciuchno się kołysał. – A więc burza szczęśliwie minęła, zawołałem zrywając się z łóżka, a że wczoraj nie rozbierałem się wcale, więc pobiegłem na pokład. 

Pierwszą osobą napotkaną tam był Wiliam. 

– No, i cóż ty, szczurze ziemny, zawołał wesoło, żyjesz przecie! Myślałem, żeś już umarł ze strachu. Było się czego trwożyć. 

– Pewnie, że było, odpowiedziałem, zniecierpliwiony trochę jego żarcikami. Jak żyję, nie widziałem podobnej burzy. 

– Burzy! Co, burzy? zawołał Wiliam, zanosząc się od śmiechu. Cha! cha! cha! on silny wiatr burzą nazywa. Ciekawy jestem, co byś powiedział, gdyby prawdziwa burza zaryczała. 

Ale bądź spokojny, tchórzu, okręt nasz, silnie zbudowany i kierowany umiejętnie, nie zlęknie się najgwałtowniejszego huraganu. A teraz pójdź, dam ci lekarstwo, które cię w mgnieniu oka z morskiej choroby uleczy. To rzekłszy, zaprowadził mnie do ojcowskiej kajuty i podał potężną szklanicę gorącego grogu, którego majtek przyniósł całą wazę z kuchni. 

– Wypij to, ale do dna – mówił, pijąc sam – to ci dobrze zrobi i przywróci odwagę. 

Jak żyję, nie piłem grogu. Rodzice moi nie używali mocnych napojów i oprócz lekkiego piwa nie znałem nawet smaku innych trunków. Gdybym śmiał, byłbym odmówił Wiliamowi, ale on nazwałby mnie znów babą lub niedołęgą, a ja chciałem uchodzić za mężczyznę. Krztusząc się, wypiłem wszystko, lecz czułem od razu, że mi się głowa potężnie zawraca. Zaledwie też wyszedłem z kajuty, nogi zaczęły mi się plątać, majtkowie, ujrzawszy to, poczęli się śmiać i szydzić ze mnie. Zawstydzony, zrejterowałem do łóżka, trzymając się ścian. Tak to pierwszy raz tylko wyłamawszy się spod czujnego oka rodziców, już się upiłem i zostałem pośmiewiskiem prostaków. 

Przez parę dni następnych okręt z powodu przeciwnych wiatrów posuwał się bardzo powoli. Kapitan mając interes w Yarmouth skierował ku brzegom. Zaledwie upłynęliśmy parę mil morskich, gdy w oddaleniu na horyzoncie ukazała się czarna linia chmur. Wiatr wilgotny zaczął podmuchiwać i marszczyć powierzchnię morza, pokrywającą się tu i ówdzie białawą pianą. 

– Źle, będzie burza i to porządna, zawołał kapitan. Zwinąć wielki żagiel! Kieruj ku lądowi! Dreszcz przebiegł mnie od stóp do głowy na te słowa. Burza i jeszcze kapitan mówi, że porządna! Ach nieszczęśliwy, teraz już niezawodnie nie wyjdziesz cało, zginiesz w tak młodym wieku, nie dotkniesz nogą ziemi i nie zobaczysz swoich! 

Te i podobne myśli trapiły mię srodze. Tymczasem okręt płynął szybko ku brzegom Anglii i niedługo ujrzeliśmy port w Yarmouth. Kapitan nie kazał jednak wpływać do portu, ale zarzucić kotwicę w przystani zasłoniętej wzgórzem, gdzie zdawało mu się, iż okręt, nie będąc tyle narażony na wściekłość wiatru, szczęśliwie przeczeka nawałnicę. Zaledwie kotwica dosięgła dna, kiedy nagle zawył wicher tak gwałtowny, iż o mało nie zerwał nam wszystkich rei i nie zgruchotał masztów. Kapitan kazał natychmiast zwinąć żagle co do jednego i zarzucić drugą kotwicę, bojąc się, aby lina pierwszej nie pękła, a wicher nie roztrącił nas o skaliste wybrzeże. Szalony huragan, dmąc z przerażającą siłą, zginał potężne maszty, które jak giętkie trzciny dotykały prawie szczytami powierzchni wody. Czarna opona chmur zajęła całe niebo, sprawiając niemal nocne ciemności. Co chwila ogniste węże piorunowe rozdzierały obłoki, jaskrawym białofioletowym światłem oblewając cały widnokrąg, po czym znów robiło się ciemno. Olbrzymie bałwany, niby góry wodne, pędząc ku lądowi, z taką wściekłością raz po raz uderzały w okręt, że wszystko trzęsło się, trzeszczało. Statek, to w tę, to w ową stronę miotany, szarpał się jak brytan na łańcuchu i zdawało się, że lada chwila potarga grube kotwiczne liny i popędzi ku brzegom. Żagle, reje poszarpane, potrzaskane w kawały odrywały się od masztów; nareszcie przedni, zgruchotany huraganem, padł, pokrywając siecią lin cały przód okrętu. Kapitan rozkazał zrąbać wszystko i wrzucić w morze. Lecz przez upadek tamtego, maszt środkowy, straciwszy punkt oparcia, zaczął się chwiać gwałtownie, zagrażając przewróceniem okrętu. Trzeba było i ten, jak pierwszy, zwalić. Niezmordowany kapitan nie szczędził wszystkich usiłowań, aby okręt ocalić, lecz na wybladłej jego twarzy wyraźnie czytać można było, iż niewiele pozostaje nadziei. 

Podówczas siedziałem skurczony przy drzwiach pokładu, trzymając się z całej siły żelaznego łóżka, za które obie założyłem ręce. Przerażony w najwyższym stopniu, drżałem jak liść, nie wiedząc, gdzie się schronić, co z sobą począć. Wszystkie słowa ojca, wszystkie jego przestrogi stały mi wciąż na myśli. Choroba morska, jeszcze silniejsza jak przed pięciu dniami, dokuczała mi srodze, a wyrzuty sumienia nieznośnie trapiły. 

– Ach, Boże! mój Boże! – szeptałem, odchodząc od zmysłów, ja to wszystkiemu jestem winien. Przez moje nieposłuszeństwo ściągnąłem gniew Twój na tych niewinnych ludzi. 

Przeze mnie wszyscy poginą! Ach, ratuj mię, miłościwy Boże! Zlituj się nade mną! Nigdy już, dopóki życia, nie zrobię nic bez wiedzy i woli moich kochanych rodziców. Będę im posłuszny we wszystkim. Ach, Panie! Panie! Zmiłuj się! Zmiłuj! 

Ale burza wrzała straszliwie, huk piorunów i świst wiatru nie ustawał na chwilę. Dwa statki kupieckie, zerwane z kotwic, przeleciały jak błyskawica koło naszego okrętu i roztrzaskały się o nadbrzeżne skały. Inny okręt, o kilkaset sążni od nas odległy, z całym ładunkiem i wszystkimi ludźmi poszedł na dno. Widziałem starych majtków, doświadczonych marynarzy modlących się na klęczkach i gotujących się na śmierć. 

Wtem we drzwiach, przy których siedziałem, ukazał się wybladły utykacz szpar i zawołał przerażającym głosem: 

– Otwór w okręcie! Cztery stopy wody w kadłubie! 

– Do pomp! Cała obsada do pomp, krzyknął kapitan, zwołując wszystkich na pomost. 

– Wstawaj, próżniaku, zawołał utykacz, potrącając mnie silnie, czy nie słyszysz, co się dzieje? Ruszaj do pompy, bo cię wrzucę w morze, niedołęgo! 

Zerwałem się na nogi i pobiegłem pracować z innymi, ale mimo wysilenia, robota nie na wiele się zdała. Po całogodzinnym pompowaniu zawołano z wnętrza: pięć stóp wody! 

Naówczas kapitan, zagrożony zatonięciem okrętu, rozkazał dać ognia z dział na trwogę. 

Nie obeznany ze zwyczajami marynarskimi, usłyszawszy ten huk, myślałem, że okręt pękł na połowę i zemdlałem ze strachu. 

Porwano mnie i odrzucono na bok, sądząc, że umarłem. Każdy tylko sobą zajęty, nie troszczył się wcale o drugich. Już się ściemniało, kiedy odzyskałem zmysły. 

Na okręcie panowało zupełne zamieszanie. Pomimo ciągle dawanych wystrzałów, ani od brzegu, ani od innych statków stojących na kotwicach, żadna łódź nie przypływała nam na pomoc, a okręt coraz więcej nabierał wody. Wszelka nadzieja ratunku znikła. Na koniec bryg wojenny, wzruszony naszym losem, poświęcił swą szalupę, wysyłając ją ku nam. Długi czas walczyli dzielni majtkowie z rozhukanym morzem, zanim zdołali przybliżyć się. Na koniec uchwycili rzuconą linę i przybili do naszego statku. 

Popłoch i zamieszanie mogłyby nas zgubić, gdyby nie energia kapitana, który powstrzymawszy cisnących się tłumem, nie tylko wszystkich szczęśliwie do szalupy przesadził, ale nadto swoją gotówkę, papiery i kosztowności ocalił. Z początku chcieliśmy się dostać na pokład brygu, lecz o tym ani można było marzyć. Kapitan więc nakłonił sternika szalupy, ażeby skierował ją ku lądowi, biorąc na siebie odpowiedzialność, w razie gdyby zatonęła. Z pomocą wioseł i wiatru szybko przebywaliśmy przestrzeń przedzielającą nas od brzegu. Zaledwie odpłynęliśmy o paręset sążni od opuszczonego statku, kiedy ten pogrążył się w przepaściach morskich. 

Po nadludzkich wysileniach, zmordowani, przemokli i drżący, dostaliśmy się na koniec do brzegu w pobliżu latarni Winterton. 

Mieszkańcy miasta Yarmouth, zgromadzeni w niezmiernej liczbie na brzegu, przyjęli nas z największą gościnnością, zabrali do domów i pokrzepili rozgrzewającą strawą i ciepłym posłaniem. Właściciele ocalonych okrętów zrobili natychmiast składkę i doręczyli kapitanowi, prosząc, ażeby rozdał ją między potrzebujących. Z pomocą tego wsparcia każdy z nas mógł dostać się do Londynu albo do domu wrócić. 

Za wstawieniem się Wiliama dostałem trzy gwinee. Było to aż nadto na drogę do Hull, gdzie, jak każdy z czytelników zapewne mniema, zaraz się udałem dla pocieszenia i przebłagania strapionych rodziców. 

Gdybym miał iskierkę rozumu, gdybym miał poczciwe serce, byłbym to niezawodnie uczynił. Posiadając jednak tak znaczną kwotę, nie mogłem się oprzeć chęci zobaczenia Londynu. Razem z niebezpieczeństwem i strachem przeminęły dobre zamiary. Zresztą, wracać do domu po tak niefortunnej próbie, narazić się na gniew ojca i pośmiewisko wszystkich znajomych – nie, na to nie mogłem się odważyć. Zamiast więc myśleć o powrocie, zacząłem błąkać się po mieście, szukając sposobności udania się do Londynu. 

Na drugi dzień napotkałem naszego kapitana, idącego z Wiliamem. Kolega mój miał wcale niewesołą minę i z westchnieniem podając mi rękę, rzekł: 

– I cóż, biedny Robinsonie, spotkał cię strach niemały, a wszystko z mojej przyczyny. 

– Jak to z twojej przyczyny, zapytał kapitan. 

– Tak, ojcze, bo to ja go namówiłem, aby z nami popłynął, a tymczasem, zamiast spodziewanej przyjemności, o mało tej wycieczki nie przypłacił życiem. 

– Słuchaj, chłopcze – rzekł poważnie kapitan – ostrzegam cię po przyjacielsku, ażebyś więcej nie próbował żeglugi. Wypadek, jakiego doznałeś, powinien cię przekonać, że nie jesteś stworzony na marynarza. 

– A pan, czy także już nigdy w życiu nie wsiądzie na okręt, zagadnąłem go. 

– Ja, to całkiem co innego, odrzekł kapitan. Żeglarstwo jest moim zatrudnieniem i utrzymaniem. Ale ty wcale się tym nie trudnisz i zapewne tylko nierozsądna namowa mojego syna nakłoniła cię do spróbowania tego niebezpiecznego żywiołu. 

– O, nie, panie, odpowiedziałem z zapałem. Żegluga od lat dziecinnych zajmuje mnie i pociąga niezmiernie, tak, iż przeciw woli ojca, wbrew jego najsurowszym zakazom, puściłem się potajemnie na morze, bez którego żyć nie mogę. 

– Jak to, zawołał z niezmiernym oburzeniem kapitan, ty dzieciuchu odważyłeś się wbrew rozkazom ojca postąpić? I czymże ja sobie na to zasłużyłem, żeby taki urwis śmiał wstąpić nogą na mój statek! A czy ty wiesz, niepoczciwy synu, że nieposłuszeństwo dla rodziców pociąga za sobą karę Bożą i kto wie, czy nie przez ciebie straciłem okręt? Precz mi z oczu, niecnoto i nie waż pokazywać mi się więcej, ani wdawać z Wiliamem, bo mnie popamiętasz! 

Widząc, że spłonąłem ze wstydu i oczy mi łzami zaszły, poczciwy kapitan wzruszył się i rzekł łagodniej: 

– No, nie martw się i nie przybieraj sobie do głowy. Jeszcze możesz być porządnym człowiekiem, staraj się więc jak najprędzej naprawić zło, któreś uczynił i wracaj natychmiast do domu. 

I uścisnąwszy mnie za rękę, wsunął w nią dwie gwinee. 

Wiliam pożegnał mnie także i ucałował serdecznie. 

Na drugi dzień rano, ugodziwszy za parę szylingów furmana wracającego do domu, wsiadłem na wóz i pojechałem... do Londynu. 

Rozdział 3

Dostaję się do Londynu. Poznanie się moje z kapitanem innego okrętu i co z tego wynikło.

Stolica Anglii wydała mi się ogromnym miastem, zwłaszcza, że oprócz Hull i Yarmouth, nie widziałem innych miast w życiu. Olśniony wspaniałością pałaców, długością ulic, wielkością kościołów, błąkałem się przez pierwsze dwa dni, przypatrując się wszystkiemu z niezmiernym zadziwieniem. Lecz pobyt tam drogo kosztuje i po tygodniu, wydawszy dwie z pięciu gwinei, przeraziłem się bardzo, co dalej będzie. W tak krytycznym położeniu obudziły się zwykłe wyrzuty sumienia i teraz stanowczo postanowiłem wrócić do domu. Miałem wuja, proboszcza w Hull, człowieka dobrego i lubiącego mnie bardzo. Umyśliłem użyć jego pośrednictwa, a że ojciec poważał go wielce, byłem więc pewny, że mi przebaczenie u rodziców wyjedna. Zresztą, odbyłem już podróż do Londynu, mogłem się więc tym pochwalić przed znajomymi, tając niebezpieczeństwa, jakich w mojej wycieczce doznałem. 

Ponieważ na podróż pieszą, a tym bardziej na wozie, nie wystarczyłoby mi pieniędzy, umyśliłem więc na Tamizie poszukać takiego statku, ażeby się zabrać do domu. Przybywszy na brzeg rzeki, ujrzałem mnóstwo ludzi zajętych ładowaniem i wyprzątaniem okrętów. 

Kogo się tu spytać o odpływający statek, myślałem sobie. A nuż trafię na jakiego łotra, który mię okradnie i na koszu osadzi, trzeba być ostrożnym. I począłem pilnie przypatrywać się flisom i marynarzom, aż nareszcie wpadł mi w oko mężczyzna pięćdziesięcioletni, bardzo łagodnych i miłych rysów twarzy. Stał on oparty o dom celnej komory i uważałem, iż mi się od kilku chwil przypatrywał z zajęciem. Zbliżyłem się tedy ku niemu i pozdrowiłem go grzecznie kapeluszem. 

– Czyś kogo zgubił, mój chłopcze, zagadnął nieznajomy, odpowiadając na mój ukłon. Uważam, że błądzisz z miejsca na miejsce, jak gdybyś kogo szukał. 

– Panie, odpowiedziałem z ukłonem, raczcie mi powiedzieć, czy nie wiecie o jakim statku, który by do Hull odpływał? 

– Do Hull? Hm, to będzie trudno. Dziś ani jeden w tamtą stronę nie płynie i zdaje mi się, że dopiero za kilka dni stary Dick puści się tam z ładunkiem towarów. Zaczekaj więc do soboty i przyjdź tutaj, a ja cię zarekomenduję. 

– O, łaskawy panie, odrzekłem nieśmiało, ja tak długo czekać nie mogę, gdyż wydałbym wszystkie pieniądze i brakłoby mi na zapłacenie przewozu. 

– A cóż cię tak gwałtownie do Hull pociąga? Myślę, że taki młody chłopak i tutaj znalazłby utrzymanie. Cóż tam będziesz robił, nieboraku? 

Zachęcony przyjaznym tonem i współczuciem, z jakim do mnie nieznajomy przemawiał, opowiedziałem mu otwarcie moje przygody. 

Marynarz wysłuchał mnie uważnie, a potem rzekł: 

– Hm! hm! A więc wyrwałeś się, sowizdrzale, z domu bez pozwolenia rodziców, to wcale niedobrze; ba, ale cię trochę tłumaczy w moim przekonaniu ta twoja chętka do żeglowania. 

Każdy młody ma swoje szaleństwa. Ja ci znowu tego tak bardzo za złe nie mam, bo widzę, że mógłby być z ciebie tęgi marynarz. Gdy powrócisz teraz do domu, ojciec cię pewnie porządnie zburczy. Ja na jego miejscu wyłatałbym ci skórę. Do kroćset masztów, to by ci wcale nie zaszkodziło. Ale żart na stronę, tak wracać nie możesz, wszyscy by cię wyśmiali i bardzo słusznie. 

– Cóż więc mam zrobić, wyjąkałem, czerwieniąc się jak wiśnia. 

– Wiesz co, kochaneczku, spodobałeś mi się od razu. Jesteś miłym chłopcem i mogą z ciebie być ludzie. Ja byłem takim samym urwisem, a przecież wyszedłem na porządnego człowieka. Nie odradzam ja ci wcale, żebyś do ojca wracał, ale być tylko w Londynie i powrócić z niczym, to jakoś będzie bardzo licho wyglądało. Jeżeliś zaczął się awanturować, to już z próżnymi rękami wracać nie wypada. Słuchaj mnie więc: za trzy dni odpływam do Afryki ku wybrzeżom Gwinei, gdzie dużo gwinei zarobić można. Jeżeli chcesz, wezmę cię z sobą. Mam dzięki Bogu znaczny majątek, dobrą żonę, ale ani jednego dziecięcia. Otóż na tę podróż przybiorę cię za syna i na twój rachunek zaryzykuję czterdzieści funtów szterlingów. Zakupię za nie rozmaitych towarów stalowych, bawełnianych i szklanych. Jeżeli handel pójdzie dobrze, czego się niezawodnie spodziewam, zarobisz ładny pieniądz. Naówczas oddasz mi wyłożoną sumę, a powróciwszy z zyskiem do rodziców, dowiedziesz im, żeś przez te parę miesięcy darmo chleba nie jadł. Podróż nie będzie cię nic kosztowała, gdyż przewiozę cię tam i na powrót za darmo. Przez drogę obznajomię cię trochę z żeglarstwem, a ręczę ci, że ojciec nie tylko da się przebłagać, ale widząc, żeś skorzystał i pieniężnie i naukowo, może nawet i pozwoli ci poświęcić się marynarce. 

Usłyszawszy te słowa, zgodne z najgorętszymi życzeniami moimi, o mało nie rzuciłem się do nóg kapitanowi. Projekt jego trafił mi zupełnie do przekonania, albowiem miałem teraz czym usprawiedliwić moje nieposłuszeństwo i dogodzić chęci podróżowania. Z ochotą więc przystałem na wszystko i w trzy dni potem, korzystając z pomyślnego wiatru, opuściłem ujście Tamizy. 

Rozdział 4

Podróż do Gwinei. Ryby latające. Pożar morza. Korzystny handel i powrót do Anglii. 

Z wyjątkiem gęstej mgły, która nas zaskoczyła w kanale La Manche i o mało nie była przyczyną spotkania się z innym okrętem, zakrytym w tumanie, żegluga odbywała się bardzo pomyślnie. Zaledwie wypłynęliśmy na Ocean Atlantycki, natychmiast mgły ustąpiły. Najpiękniejsza pogoda zajaśniała na niebie. Łagodny wietrzyk wzdymał żagle, igrając z banderą. 

Wody oceanu prześlicznym błękitem zachwycały oko, różniąc się od brudnych i mętnych fal Morza Północnego. W przezroczystym ich zwierciadle widziałem mnóstwo ryb rozmaitej wielkości i barwy. Niekiedy przemykała się gromada dużych delfinów igrających wesoło koło okrętu. 

Raz nawet sternik, przywoławszy mnie na tył statku, pokazał ogromnego haja czyli ludojada. Majtkowie mieli wielką ochotę go złowić, ale kapitan, nie chcąc tracić próżno drogiego czasu, nie pozwolił na to. Przebywszy zwrotnik i zbliżając się ku wyspom Zielonego Przylądka, zauważyłem, że niebo przybierało coraz ciemniejszą barwę, a powietrze, mimo upałów, cudną tchnęło świeżością. Choroby morskiej nie doświadczałem wcale, rozkosz nieznana ogarnęła całą moją istotę, radość ujrzenia cudownych krain nie dawała mi zasnąć. Żal, chęć przebłagania rodziców i poprawy, całkiem mi wywietrzały z głowy. 

Jednego dnia przed południem nagłe gromada ryb podniosła się z morza. Z początku wziąłem je za stado ptaków, lecz kiedy przelatując nad okrętem, kilka spadło na pokład, przekonałem się, że to ryby latające. Były one długie na pół łokcia, grzbiet ich błękitny, podbrzusza szarawosrebrne. Płetwy długie i szerokie zastępowały skrzydła i dopóki nie obeschły, mogły się na nich latające rybki unosić. Przypatrywałem się im z zajęciem, ale chciwi tego przysmaku majtkowie w lot je pozbierali i zanieśli kucharzowi, który zaraz owe rybki usmażył. 

W parę dni potem, późno wieczorem, kiedy już ułożyłem się na spoczynek, kapitan wpadł do kajuty i zawołał z udaną trwogą: 

– Pójdź, pójdź co żywo, admirale, straszne nieszczęście, pożar ogarnął morze! Bałwany się palą! Serce zabiło mi gwałtownie. Zrażony doznanymi wypadkami w pierwszej podróży, wpadłem w przestrach bardzo łatwo. Zerwałem się z łóżka i pobiegłem z kapitanem na pokład. 

Okropny widok przedstawił się mym oczom. Całe morze jaśniało dziwnym światłem. Za każdym poruszeniem fali wytryskiwały smugi ognia, jakby błyskawice wydobywały się z łona wód morskich, albo cała powierzchnia milionami iskier jaśniała. 

Snopy świateł to błękitnawych, to różowych ukazywały się na przemian, a za okrętem widno było szeroką smugą świetlną, oznaczającą drogę, którą przebył. 

– Co to ma znaczyć, zapytałem kapitana z przerażeniem. 

– Co to ma znaczyć? Alboż ja wiem, rzekł poczciwiec, wzruszając ramionami. W cieplejszych strefach kuli ziemskiej często widywałem to zjawisko, ale żebyś mi nawet śmiercią zagroził, to ci tego wytłumaczyć nie potrafię. Tyle tylko wiem, że światło to nie tylko nie pali, ale nawet nie grzeje. 

Długo przypatrywaliśmy się temu wspaniałemu zjawisku, a ile razy ryba plusnęła na powierzchni morza, mieliśmy najwspanialszy fajerwerk. Na koniec kapitan zapędził mnie do łóżka. 

Podczas żeglugi kapitan nie dał mi próżnować. To mnie oprowadzał po wszystkich kątach okrętu, ucząc nazwisk i przeznaczenia każdej liny, każdego narzędzia; to znowu kazał mierzyć wysokość nieba, obliczać szerokość i długość geograficzną, to utrzymywać dziennik okrętowy, zapisywać spostrzeżenia pogody i ruchy igły magnetycznej. Słowem, udzielał wszystkich wiadomości marynarzowi potrzebnych. Nieraz musiałem straż nocną odbywać, albo stać po kilka godzin przy sterze i uczyć się kierowania okrętem. Parę razy musiałem razem z majtkami drapać się po sznurowych drabinach na reje, ściągać lub rozpuszczać żagle albo nawet wartować w bocianim gnieździe. I przyznać trzeba, że w ciągu tej siedmiotygodniowej żeglugi ku brzegom afrykańskim obznajomiłem się z najważniejszymi zasadami sztuki żeglarskiej. Praca ta przykrzyła mi się z początku, lecz widząc, że kapitan, mimo wrodzonej łagodności, ostro karał nieposłusznych i opieszałych, nie śmiałem mu się narazić i pilnie wykonywałem, co mi polecił. A trzeba było dobrze uważać, bo nieraz badał mnie ściśle, a na każde pytanie musiałem porządnie odpowiadać. Wkrótce przekonałem się, że życie marynarskie nie było tak swobodne, jak mi to nieraz opowiadali majtkowie. Na morzu nie tylko darmo chleba jeść nie można, ale trzeba się tęgo napracować. 

Nareszcie ujrzeliśmy upragnione brzegi Afryki. Mówię upragnione, bo nie wiem, jak komu, ale mnie się już porządnie przykrzyć zaczęło. Przez siedem tygodni nic nie widzieć, tylko wodę i niebo, a przy tym jeść suchary, solone mięso i pić wodę ciepłą i niekoniecznie świeżą, to wcale nie zachwyca. Toteż dostawszy się na ląd, o mało nie ucałowałem ziemi z radości. 

Zarzuciliśmy kotwicę w pobliżu Sierra Leone i zaczęliśmy prowadzić korzystny handel z Murzynami. Czarni znosili nam piasek złoty, kość słoniową, gumę arabską i mnóstwo innych płodów, które ich ziemia wydaje, w zamian za siekiery, piły, noże, zwierciadełka, paciorki i bawełniane tkaniny. Kapitan nasz zrobił świetny interes, a ja tak wyszedłem na moim handlu, że nie tylko dobroczyńcy mojemu zwróciłem wyłożone pieniądze, nie tylko wyprawiłem majtkom śniadanie, ale jeszcze do Londynu przywiozłem pięć funtów czystego złota w proszku, za który mi zapłacono w mennicy rządowej 500 funtów szterlingów nowiuteńkimi gwineami. 

Cała ta podróż poszła więc nadzwyczaj pomyślnie. Wprawdzie nie przyzwyczajony do klimatu afrykańskiego, dostałem w Sierra Leone silnej zimnicy, ale ta za powrotem do Anglii wkrótce ustała. 

Rozdział 5

Śmierć kapitana okrętu. Jego wdowa wysyła nową wyprawę do Gwinei. Przyłączam się do niej. Rozbójnik morski. Bitwa.

Powróciwszy do Anglii i odebrawszy pieniądze z kasy za złoty piasek, zamyślałem natychmiast do Hull pojechać. Od znajomego londyńskiego kupca, którego spotkałem w stolicy, dowiedziałem się, że moi rodzice żyją, ale martwią się niezmiernie, nie wiedząc, co się ze mną stało, tym więcej, że im doniesiono, iż okręt, na którym odpłynąłem, zatonął pod miastem Yarmouth. 

Natychmiast więc poszedłem do portu i dałem zadatek sternikowi, odpływającemu do Edynburga, który mnie obiecał w Hull wysadzić. Wypadało tylko pożegnać dobrego kapitana i podziękować mu za wszystkie dobrodziejstwa. 

Ale któż opisze moje zmartwienie, kiedy przybywszy do jego mieszkania, zastałem biedaka w okropnej gorączce, prawiącego od rzeczy, a żonę w największej rozpaczy. Na drugi dzień po powrocie zachorował tak niebezpiecznie, iż doktorzy żadnej nie robili nadziei. Nie mogłem nieszczęśliwej kobiety i mego zacnego opiekuna tak pozostawić. Zamiast wsiąść na okręt, przeniosłem się do nich i dzień i noc pielęgnowałem chorego. W tym stanie przebył dni pięć, a w nocy szóstego dnia, nie odzyskawszy ani na chwilę przytomności, skonał na moich rękach. 

Trzeba się było zająć pogrzebem, bo rozpaczająca żona nie miała sił o tym pomyśleć lecz pochowaliśmy nieboszczyka z wielkim smutkiem. Umierając prawie nagle, zostawił interesy swoje w wielkim nieładzie. Wdowa strapiona nie mogła się nimi zająć. Przebyłem więc jeszcze parę tygodni, pomagając w tej sprawie bratu zmarłego. 

Człowiek ten bardzo mnie polubił i kiedy kupiwszy okręt po bracie, zamierzał znów płynąć do Gwinei, począł mię bardzo usilnie namawiać, abym mu towarzyszył. Nie trzeba mi tego było dwa razy mówić. Pomyślność i przyjemność żeglugi oraz korzyść wielka odniesiona w pierwszej podróży, skusiły mnie do spróbowania jeszcze raz szczęścia. Postanowiłem nie wracać do domu, aż po przybyciu z Gwinei, aby z większym kapitałem przedstawić się rodzicom. Za połowę sumy posiadanej nakupowałem różnych towarów, najstosowniejszych do handlu z Murzynami. Resztę zostawiłem u wdowy po kapitanie, aby na wypadek jakiego nieszczęścia nie stracić od razu wszystkiego. 

Dnia 1 września 1659 roku wyszliśmy pod żagle. Żegluga szła pomyślnie. Wprawdzie nic nie znacząca burza spotkała nas na odnodze Biskajskiej, ale wyszliśmy z niej bez szkody. 

Już brzegi Europy znikły nam z oczu i wszystko zdawało się zapowiadać szczęśliwe przybycie do celu podróży, gdy wtem na wysokości Lanceroty, jednej z Wysp Kanaryjskich, majtek, będący na straży w bocianim gnieździe, dał znać kapitanowi, iż jakiś wielki okręt ukazał się na wschodzie i ku nam wprost płynie. Kapitan wdarł się na maszt i przekonał się, że to statek berberyjski, ścigający nas pod pełnymi żaglami. Zamiast skierować się ku Lancerocie i w tamtejszym porcie szukać ocalenia, jak to roztropność nakazywała, kapitan, ufając szybkości okrętu, kazał rozpuścić wszystkie żagle i płynąć na południe. Mniemaliśmy tym sposobem ujść przed rozbójnikiem. 

Wkrótce jednak pokazało się, że korsarz prędzej od nas płynie i za kilka godzin niezawodnie nas dopędzi. Natychmiast więc przygotowano się do obrony. Dziesięć armat okrętowych nabito po części kulami, w części zaś siekańcami. Naokoło wielkiego masztu ułożono stos pik, toporów, szabli i kordelasów oraz kilkanaście nabitych muszkietów. Było nas dwudziestu ośmiu; na pokładzie statku korsarskiego przeszło siedem razy tyle, a osiemnaście armat wychylało swe paszcze z boków. 

Około południa rozbójnik zbliżył się na odległość strzału działowego, wywiesił czarną flagę i dał ognia ślepym nabojem, wzywając do poddania. Kapitan kazał zwinąć część żagli i zatrzymał się nieco, a gdy rozbójnik tym uspokojony zbliżył się ku nam, powitaliśmy go nagle wystrzałem ze wszystkich dział. Kule dobrze wymierzone strzaskały mu tylny maszt, a siekańce zawaliły pokład rannymi i trupami. Pozdrowiony tak niespodzianie, począł śpiesznie uchodzić. Byliśmy pewni, że zrażony dzielnym przyjęciem, nie odważy się ponowić napadu, ale rozjuszony korsarz nie popuścił tak łatwo zdobyczy. Około trzeciej po południu dopędził nas na nowo i tym razem, trzymając się w odległości, w jakiej go nasze kule dosięgnąć nie mogły, począł z działa wielkiego kalibru raz po raz dawać ognia. Kilkanaście celnych strzałów obezwładniło nasz okręt, a wtedy z wielką szybkością przypadł i mimo ognia z dział, zahaczył nasz okręt. 

Sześćdziesięciu Maurów z gwałtownością burzy wpadło na pokład. Daliśmy do nich ognia z muszkietów, a na zmieszanych tą salwą wpadliśmy z rozpaczą i wyrzucili z pokładu. Lecz rozbójnicy z podwójną siłą uderzyli powtórnie. Po krótkiej, zaciętej walce, pomimo wysileń męstwa, zostaliśmy pobici. Kapitan, sternik i ośmiu z obsady padło trupem, reszta otrzymała rany i musiała się poddać. Maurowie w obu spotkaniach przeszło trzy razy tyle ludzi stracili. 

Korsarz, złupiwszy okręt, podpalił go, a nas zaprowadził do Sale, miasta portowego na zachodnim wybrzeżu marokańskim. Wyszedłem z tej bitwy bez szkody, pomimo, że walczyłem równo z drugimi. Towarzyszy moich powieziono w głąb kraju i tam zaprzedano w niewolę. 

Mnie upodobał sobie właściciel rozbójniczego okrętu i jako niewolnika zatrzymał. 

Utrata wolności, przejście nagłe z kupca na niewolnika, zgnębił o mnie niezmiernie. W czasie obu podróży i pobytu w Londynie, nie pomyślałem wcale o przebłaganiu rodziców. 

Teraz na nowo zabrzmiały mi w uszach pamiętne słowa ojca: 

kto nie słucha rodziców, temu nigdy Bóg błogosławić nie będzie i marnie zginie. 

Przepowiednia ta ziściła się zupełnie. Chwila kary nadeszła. Byłem najnieszczęśliwszym z ludzi. Oddalony o kilkaset mil od ojczystej ziemi, niewolnik na wpół dzikich mahometanów, bez pociechy i wszelkiej pozbawiony nadziei, oddawałem się strasznej rozpaczy. A jednak był to dopiero początek moich cierpień. Inne, dolegliwsze nierównie cierpienia czekały mnie w przyszłości, jak się o tym, miły czytelniku, w dalszym opowiadaniu przekonasz. 

Rozdział 6

Niewola mauretańska. Mój Pan robi mnie ogrodniczkiem. Uczę się pracować. Pomieszkanie i pożywienie. Rybołówstwo. Ksury. Mulej.

Nowy mój pan nie był wcale rozbójnikiem z profesji, ale bogatym magnatem mauretańskim. Wysyłał on okręty na zdobycz, bo mu to korzyść przynosiło, a korsarstwo u Maurów nie było wcale rzeczą hańbiącą, ale czynem bohaterskim, rycerskim. Więc sami nawet członkowie rodziny sułtańskiej wysyłali statki na chwytanie i łupienie giaurów (psów chrześcijańskich), a pan mój zrobił wielką fortunę na tych wyprawach. 

Za przybyciem do Sale, dozorca niewolników, Akib, obejrzał mnie i przeznaczył na ogrodniczka. Nie mogę narzekać, żeby mnie bito lub dręczono, ale jako chrześcijanin, byłem w pogardzie u Maurów i traktowany na równi z Murzynami, z którymi mieszkać i jeść musiałem. Mieszkaliśmy w ciasnej, podziemnej prawie izbie, zanieczyszczonej brudem i mnóstwem obrzydłego robactwa. Placek z prosa, kawał jęczmiennego grubego chleba i nieco gotowanego ryżu stanowiło nasze pożywienie. Noc była dla mnie najokropniejsza. Leżąc pośród kilkunastu Murzynów, których ciała nieznośny zaduch wydają, dręczony przez owady, nieraz na garści zgniłej słomy, rzewnymi zalewałem się łzami. Wówczas stawały mi w najżywszych barwach w pamięci szczęśliwe chwile przepędzone w domu rodziców. Jakże mi tam dobrze było w schludnym pokoiku, na czyściutkim posłaniu, otoczonemu troskliwością ukochanej matki! A dziś! Jakiż los mój okropny! I wzburzony tymi myślami, zrywałem się z posłania głośne wydając jęki, a Murzyni, zbudzeni mym narzekaniem, złorzeczyli mi, grożąc biciem, jeśli im będę przerywał spoczynek. 

A jednak mimo tak strasznego położenia, myśl o Bogu nie powstała w mej duszy. Złorzeczyłem tylko albo rozpaczałem, lecz nie szukałem pociechy w modlitwie, a kiedy wzruszenie moje uspokoiło się nieco, naówczas rozmyślałem o sposobie ucieczki z niewoli. 

Kopiąc lub plewiąc po całych dniach w ogrodzie, miałem dosyć czasu do rozmyślania. Z początku pocieszała mię nadzieja, że pan mój, wyprawiając się na morze, weźmie mię z sobą; że przyjdzie szczęśliwa chwila, iż dogoni nas wojenny okręt chrześcijański i pokonawszy korsarzy, wyrwie mię z niewoli. Lecz wkrótce przekonałem się o zwodniczości tych marzeń. 

Ile razy Maur przedsiębrał wyprawę, zawsze zostawiał mię w domu, pod nadzorem Akiba. 

Tak zeszły dwa ciężkie lata w niewoli. Pomimo trudów wyrosłem i zmężniałem. Położenie moje było wciąż przykre, lecz zyskałem bardzo wiele pod innym względem. Dostawszy się do niewoli, byłem wierutnym próżniakiem, ale bojaźń plag zmuszała mnie do roboty. Widziałem nieraz, jak bat dozorcy krwawe znaczył bruzdy na plecach leniwego Murzyna i wcale nie miałem ochoty spróbować, jak to smakuje. 

Tak więc ze strachu nauczyłem się pracować. Robota nie tylko nie sprawiała mi przykrości, lecz przeciwnie. W każdy piątek, będący u muzułmanów naszą niedzielą, gdy uwalniano nas od pracy, nudziłem się niezmiernie. I tak, sam nie wiem kiedy, stałem się wytrwałym i roboczym, co mi się w późniejszym życiu bardzo przydało. 

Pracowitość moja i uległość nie uszły oku Akiba i doniósł o tym panu. Właśnie wówczas okręt nasz po krwawej bitwie został przez Holenderów zniszczony. Pan mój więc porzucił korsarstwo, ale nawykły do morza, nie chciał się z nim rozstawać. Z rozkazu jego zbudowano ładną szalupę, w której częstej używał przejażdżki, wypływając na połów ryb. 

Wskutek pochwał Akiba obrócił mnie do służby na tym statku, co było wielką dla mnie ulgą. Ja i Ksury, czternastoletni Maur, chłopiec cichy i dobry, stanowiliśmy obsadę szalupy, a że byłem zręczny i szczęśliwy w łowieniu ryb, więc czasami wysyłał mnie z Ksurym pod nadzorem dozorcy domu, Muleja. 

Jednego dnia, podczas pięknej pogody, wypłynęliśmy bardzo rano z Mulejem i Ksurym na ryby. Nagle zawiał zimny wiatr z północy i w mgnieniu oka powietrze, przesiąknięte parą, zamieniło się w gęstą, nieprzejrzaną mgłę. O kilka kroków nic widać nie było. Nie mając kompasu, ani żadnego narzędzia żeglarskiego, musieliśmy płynąć na ślepy traf. Przez cały dzień i następną noc błąkaliśmy się pośród mglistych tumanów w największym niepokoju. Na koniec, drugiego dnia około dziewiątej rano, kiedy słońce rozpędziło mgłę, znaleźliśmy się oddaleni o siedem mil morskich od Sale. Zgłodniali i utrudzeni, wieczorem dopiero powróciliśmy do domu. 

Pan nasz, lękając się, aby jego coś podobnego nie spotkało, kazał zbudować w szalupie kajutę i dorobić pokład. Kajutę zaopatrzono w kompas i dodano skrzynkę z napojami i żywnością tak, aby na kilka dni starczyło. 

Jednego dnia pan mnie kazał przywołać do siebie. 

– Słuchaj, rzekł do mnie. Jutro z Maroka przyjeżdżają moi krewni. Chcę ich zabawić rybołówstwem. Przygotuj więc statek i zaopatrz go w świeże owoce. Niechaj Mulej zaniesie do kajuty cztery muszkiety i dostateczną ilość prochu i ołowiu, bo może zapolujemy na ptaki morskie. Pamiętaj, żeby wszystko było w porządku i równo ze dniem gotowe do rozwinięcia żagla. Nie zapomnij o napojach i o wodzie, a teraz precz! 

Wypełniłem starannie polecenie pana i o brzasku czekałem na jego przybycie. Tymczasem zamiast niego przyszedł Mulej i oświadczył mi, że goście dopiero po południu przybędą, a pan rozkazał nam trzem popłynąć na ryby, ażeby ich na wieczerzę dostarczyć. 

W tej chwili błysnęła mi w duszy myśl upragnionej ucieczki. Pan, zajęty krewnymi, łatwo mógł o nas zapomnieć. Szalupa zaopatrzona była w żywność na kilka dni, należało tylko powiększyć jej zapasy, broni zaś i amunicji było dosyć. Rzekłem więc do Muleja: 

– Mamy płynąć na ryby, ale nie wiem, jak to będzie z żywnością? 

– Alboż jej nie ma w kajucie pod dostatkiem, zapytał Mulej zdziwiony. 

– Jak to, ty śmiałbyś dotknąć chleba naszego pana? Ja za nic bym tego nie uczynił, bo by mi nie przeszedł przez gardło i Ksury niezawodnie myśli tak samo. 

– Tak, tak, przyświadczył mi chłopiec. 

– Masz słuszność, zawołał przekonany Mulej. Idę więc po chleb dla nas. 

– A weź go sporo, rzekłem, bo wszyscy trzej mamy niezgorszy apetyt i nie zapomnij o wodzie. Nużby nas wiatr przeciwny zaskoczył, to byśmy poumierali z pragnienia. 

Mulej odwrócił się i poszedł ku domowi. 

– Ale, ale, zawołałem za nim, a przynieś no trochę prochu, bo może co przy tej sposobności upolujemy. 

– Dobrze, odrzekł Maur i poszedł. 

Wysłałem Ksurego do domu, aby narwał w ogrodzie nieco owoców, a sam, korzystając z nieobecności obydwóch, podskoczyłem boczną ścieżką i zabrawszy z budy ogrodniczej dwie siekiery, młot, piłę, świder i worek kaszy, przeznaczonej dla Murzynów, zniosłem to do łodzi i ukryłem w kajucie pod łóżkiem. Wkrótce nadbiegł Ksury, niosąc kilkanaście pomarańcz i dwa kawony, a za nim niedługo przywlókł się Mulej, dźwigając kosz sucharów, worek prochu i śrutu. Nadto dwaj Negrzy przynieśli po ogromnym dzbanie wody. 

Podnieśliśmy kotwicę i wypłynęli na pełne morze. Straż zamkowa, znając łódź mego pana, bez trudności ją przepuściła. 

Kilkakrotnie Mulej radził zatrzymać szalupę i zarzucić sieci, ale ja zawsze sprzeciwiałem się, twierdząc, iż tu ryb nie ma. Na koniec, kiedyśmy już byli przeszło o milę morską od brzegu, kazałem Mulejowi zwinąć żagiel i zacząłem połów; lecz, chociaż czułem rybę w sieci, opuszczałem ją niżej, pozwalając ujść zdobyczy. Tak zeszło koło godziny czasu. 

– No, i cóż, zagadnął Mulej, czy nic dotąd nie złowiłeś? 

– Nie wiem, co to jest, odpowiedziałem, czy czary, czy urok jaki. Męczę się nadaremnie i nic schwytać nie mogę. 

– Cóż więc zrobimy, zagadnął Maur niespokojnie. Bez ryb wracać niepodobna. Sidi Mustafa gniewałby się okropnie. 

– Znam ja jedno miejsce bardzo w ryby obfite, ale o milę na południe. Tam niechybnie można by mieć piękny połów. 

– A więc płyńmy, rzekł Mulej, rozwijając żagiel. Skierowaliśmy się ku południowi. Wiatr wiał w tamtą stronę, co się sprzeciwiało moim zamysłom, gdyż do ucieczki ku brzegom europejskim należało mieć wiatr ku północy, lecz mimo to nie zrzekłem się mego planu, postanowiwszy zmykać w jakim bądź kierunku, byle tylko raz wydobyć się z przeklętej niewoli. 

Rozdział 7

Ucieczka z Sale. Przysięga Ksurego. Spotkanie z lwem. Murzyni. Lampart.

Słońce już chyliło się ku zachodowi, a jeszcze ani jednej rybki nie było w skrzynce. Mulej, nie przeczuwając zdrady, nie zważał na to, że płynęliśmy nierówno dalej niż zwykle. Miasto Sale, chociaż położone na górze, zniknęło już całkiem z oczu, widać tylko było o milę morską pusty brzeg. Naówczas zawołałem na Maura, ażeby żagiel ściągnął i właśnie gdy to uczynił i sznur wiązał do boku szalupy, pochwyciłem pochylonego i wrzuciłem w morze. Mulej zanurzył się zupełnie, ale wnet wypłynął na wierzch, zmierzając do łodzi i zaklinając mnie, abym mu życia nie odbierał. Natychmiast pochwyciwszy muszkiet, wymierzyłem do niego, wołając: 

– Precz, nie zbliżaj się, bo ci kulą łeb roztrzaskam. Nie myślę ci nic złego uczynić i nic ci nie zrobię, tylko opuść mnie dobrowolnie. Wiem, że pływasz jak ryba, a więc dostaniesz się łatwo do lądu. Ja postanowiłem uciekać i chociażbym cię miał zabić, nie zrzeknę się tego zamiaru. Usłyszawszy to, Maur odwórcił się ku lądowi, a ponieważ był wybornym pływakiem, pewny jestem, że się tam dostał szczęśliwie. 

Ksury, zbladły i przerażony, przypatrywał się w osłupieniu tej scenie. Kiedy Mulej był już daleko, odwróciłem się do chłopca i rzekłem mu: 

– Ksury, mógłbym cię także wrzucić do morza i bądź pewny, że to zrobię, jeśli mi nie przysięgniesz wierności. 

Przestraszony chłopak upadł na twarz i wyjąkał żądaną przysięgę, zaklinając się, że nigdy mnie nie zdradzi. 

Natychmiast rozwinąłem żagiel i zwróciłem szalupę ku północy, ażeby płynący Mulej sądził, iż zmierzamy ku Cieśninie Gibraltarskiej i tym sposobem zmylił pogoń wysłaną za nami. 

Lecz gdy noc zapadła, zmieniliśmy natychmiast kierunek, płynąc ku południowi. Nikt by nie przypuścił, abym się odważył uciekać w tę stronę, gdzie nas mogła spotkać śmierć niezawodna, jeżeli nie z rąk Murzynów, to od pazurów dzikich zwierząt. 

Pomyślny wiatr i morze spokojne pozwoliły nam szybko żeglować. Toteż na drugi dzień po południu nie tylko wyminęliśmy wybrzeże marokańskie, ale nawet ujście rzeki Draa, uchodzącej do morza na wprost Lanceroty. Było to wiele, ale należało płynąć bez wytchnienia, chcąc się zabezpieczyć od pogoni. Dlatego też przez trzy dni i trzy noce nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę. Czwartego dopiero dnia, ku wieczorowi, widząc, że się kończą zapasy wody, skierowałem się ku ujściu niewielkiej rzeczki, zamierzając poszukać źródła. 

Ale zanim wpłynęliśmy na nią, już słońce zaszło, i grube zapadły ciemności. Natychmiast przeraźliwe ryki dzikich zwierząt rozległy się dokoła. 

– Panie, zawołał Ksury, drżąc od strachu, zaklinam cię na imię Proroka, nie wysiadajmy na ląd, dopóki słońce nie wzejdzie. 

– Dobrze, mój chłopcze, odpowiedziałem, ale lękam się, ażeby za dnia, gorsi od drapieżnych zwierząt, nie napadli na nas dzicy Murzyni. 

– Wszak mamy strzelby, zawołał Ksury. Na widok ich czarni pouciekają, a tymczasem lampart, albo lew nie zna się na kulach, a ma wściekłą odwagę. 

Przyznałem słuszność Ksuremu i zapuściwszy kotwicę, postanowiłem dnia oczekiwać. 

Noc zeszła dosyć spokojnie, chociaż często ryk dzikich zwierząt sen nam przerywał. Dopiero około trzeciej po północy, jakieś ogromne zwierzę, zaryczawszy tuż nad brzegiem, nabawiło nas trwogi. Pochwyciliśmy strzelby, a wtem potwór ów, rzuciwszy się w wodę, począł prosto ku nam płynąć. Z sapania potężnego poznać można było, że jest silny i straszny. Ksury nalegał po cichu, żeby podnieść kotwicę i uchodzić na pełne morze. Skinąłem, ażeby się zachował spokojnie i w tej prawie chwili spostrzegłem zwierzę zaledwie na odległość wiosła od statku. 

Nie czekając dłużej, wypaliłem do niego. Potwór z rykiem zwrócił się ku lądowi i zniknął w ciemnościach. Niepodobna opisać wrzawy, jaka nastąpiła po wystrzale. Najrozmaitsze ryki i wrzaski napełniły powietrze, ale z wolna wszystko ucichło i do rana nic już nie zakłóciło naszego spoczynku. 

Na koniec słońce wzeszło. Po obydwóch stronach rzeczki rozciągały się wzgórki krzewami okryte, dalej zaś nieco czerniały ogromne bory. Cisza zupełna panowała w okolicy, jednak nie odważyliśmy się wysiąść, aż gdy dzień całkiem zajaśniał. 

– Ja pójdę po wodę, rzekł Ksury, a wy pozostańcie w łodzi. 

– Dlaczego nie chcesz, żebym szedł z tobą, zapytałem Maura. 

– Panie, zawołał poczciwy chłopiec, w tych krzakach może kryją się jakie drapieżne zwierzęta, albo Murzyni. Jeżeli mnie napadną, przynajmniej sam zginę, a ty będziesz mógł ratować się ucieczką. 

– A więc pójdziemy obaj, a napastników położymy trupem, rzekłem, chwytając strzelbę i podając drugą Ksuremu. 

Po czym skierowałem szalupę ku brzegowi i pierwszy wyskoczyłem na ziemię. Ksury zaraz spostrzegł potoczek, płynący doliną. Pobiegł więc ku niemu, ażeby napełnić dzbany, ale w mgnieniu oka powrócił zbladły od strachu. 

– Dlaczego tak drżysz, zapytałem z niepokojem. 

– Tam... tam... bełkotał z cicha, na dole ogromny zwierz. Pan z dużą głową. 

Odciągnąwszy kurek i kazawszy iść za sobą Ksuremu, począłem ostrożnie skradać się ku krzewinie, wskazanej przez chłopca. Podchodzimy tuż pod nią, Ksury wskazuje mi na migi, żebym zwrócił się na prawo. Była tam skała stroma, na cztery sążnie wysoka i całkiem odosobniona. Wdzieramy się na nią, przechylam się przez krawędź i spostrzegam ogromnego lwa, leżącego w gąszczu tuż pod skalistą ścianą. 

Daję znak Ksuremu, mierzymy obydwaj w głowę i wypalamy równocześnie. 

Lew ani drgnął. 

– Co to ma znaczyć, odezwał się Ksury z największym zdziwieniem. 

– A cóż, odrzekłem, zapewne ugodziliśmy go doskonale i zdechł od razu. 

– O nie, mówił chłopiec, przypatrując się pilnie straszliwemu zwierzęciu. Lew nigdy od razu nie ginie, to twardy zwierz. 

To mówiąc, zbiegł ze skały. Skoczyłem za nim. Zbliżywszy się do lwa, spostrzegamy ogromną kałużę krwi i szeroką ranę pod lewą łopatką, z której sączyło się jeszcze nieco czarnej posoki. 

– Widocznie zginął od kuli i to nie od naszych strzałów. Lecz kto go mógł ubić? Czyżby Maurowie? 

– Wiem już, zawołał Ksury wesoło. To ten sam lew, co nas w nocy nastraszył, a ta kula z waszego muszkietu. Raniony śmiertelnie, dowlókł się tutaj i skonał. 

Trafne to spostrzeżenie uspokoiło mię zupełnie. 

Chciałem zaraz wrócić do łodzi, ale Ksury namówił mnie, aby ściągnąć skórę z lwa, a otrzymawszy pozwolenie, wziął się do tego z nieporównaną zręcznością. Potem wyciął kawał mięsa z grzbietu, rozpalił ogień i upiekł go. Nie mając od kilku dni nic gotowanego w ustach, zjedliśmy z wielkim apetytem lwią pieczeń, chociaż była piekielnie twarda i łykowata. 

Po skończonej uczcie i napełnieniu dzbanów wodą, podnieśliśmy kotwicę i wypłynęli na morze. Ksury rozpostarł zdobytą skórę na daszku kajuty, aby wyschła. 

Wprawdzie żegluga szła wciąż pomyślnie, ale już szósty dzień upływał od naszej ucieczki, a dotąd nie spostrzegliśmy ani jednego okrętu. 

Miałżebym wyzwolić się z niewoli na to, ażeby zginąć w falach oceanu, albo stać się łupem dzikiego zwierza? Przyszło mi jednak na myśl, że okręty europejskie zwykły trzymać się na pełnym morzu, z dala od wybrzeży, ażeby uniknąć napaści mauretańskich korsarzy. Nie mogąc puszczać się na ocean dla wątłości mojego statku i braku zapasów, postanowiłem żeglować dalej jeszcze na południe, aby dosięgnąć osad europejskich na brzegach Senegambii. Czwartego dnia po opuszczeniu brzegów, na których zabiłem lwa, a dziewiątego po ucieczce z Sale zapasy żywności były na schyłku, pożeglowałem więc ku brzegom. Kraj tu zmienił się nie do poznania. Zamiast skalistych i jałowych wybrzeży, ujrzeliśmy przestrzeń, zarosłą kępami palm. 

– To daktyle, mówił Ksury. Przybijmy do lądu, a wedrę się na drzewo i nazrywam tych smacznych owoców. 

Ale nie tylko daktyle znajdowały się na wybrzeżu. Zbliżywszy się ku niemu, ujrzeliśmy liczną gromadę Murzynów. Wszyscy byli bezbronni. Jeden tylko, stojący na przodzie, długi kij trzymał w ręku. 

– Nie przybijaj do lądu! Odpłyń natychmiast, wołał Ksury. 

– Dlaczego? ! 

– Ten Murzyn, co stoi na przodzie, trzyma w ręku dziryt. Umieją oni rzucać nim bardzo zręcznie na sześćdziesiąt kroków. Może nas zranić. 

– Cóż więc uczynimy? Wiesz, że nam żywności całkiem zabrakło i trzeba ją koniecznie dostać. Weź strzelbę, Ksury i miej go na celu – ja wysiądę. Gdyby chciał rzucić dzirytem, połóż go trupem. 

Wysiadłem z łodzi, trzymając także strzelbę gotową do wystrzału. Ale zaledwie dotknąłem nogą ziemi, gdy nagle między Murzynami powstał popłoch niezmierny. 

Tylko człowiek uzbrojony w dziryt nie ruszył się z miejsca, reszta pierzchła w nieładzie. 

Mniemałem, że to moja osoba napędziła im takiego respektu, lecz wtem wybiegł ogromny lampart spoza bliskich krzaków ku Murzynom. W mgnieniu oka wziąłem go na cel i wypaliłem. Lampart podskoczył, zawył przeraźliwie i rozciągnął się, jak długi. 

Dzicy przerazili się hukiem wystrzału i niepojętą dla nich śmiercią lamparta. Murzyn, trzymający dziryt, rzucił go daleko od siebie i padł na twarz. Inni uczynili to samo i cała gromada zaczęła pełzać ku mnie na czworakach z największym uszanowaniem, co mnie do śmiechu pobudziło. Znać wzięli mnie za boga, miotającego piorunami. Postanowiłem z tego skorzystać i zacząłem pokazywać na usta, ruszając szczękami. Czarni zrozumieli mnie doskonale. Kilku podniosło się z ziemi i popędziło co sił ku wiosce, na odległym wzgórzu zbudowanej, podczas gdy inni nieporuszeni leżeli na ziemi. Wkrótce wysłańcy powrócili, niosąc dwa kawały suszonego mięsa, zapasy daktyli i prosa. Złożywszy to na brzegu, popadali na ziemię i tyłem pełzając, złączyli się z całą gromadą. Tymczasem Ksury obciągnął skórę z lamparta. Znieśliśmy żywność do łodzi, odbili od brzegu, a ja na pożegnanie dałem ognia w powietrze, co jeszcze bardziej przeraziło Murzynów. 

I odpłynęliśmy już daleko od brzegu, a oni jeszcze nie śmieli powstać. Nareszcie popodnosili głowy, a widząc, że straszny władca piorunów już jest o kilkaset sążni, pobiegli na brzeg i rzucili się na mięso ubitego lamparta. Wkrótce zniknęli nam z oczu zupełnie. 

Rozdział 8

Ksury spostrzega okręt. Kto na nim był. Żegluga ku wybrzeżom Brazylii. Rozstanie się z Ksurym. Przybycie do San Salvador.

Dwie doby płynęliśmy jeszcze ku południowi, zmieniając się podczas nocy w kierowaniu statkiem. Właśnie nad ranem trzeciego dnia, Ksury, sterując z kolei, obudził mnie z wielkim strachem i nic nie mówiąc, wskazał ku północy. 

– Co to takiego, zapytałem, czego chcesz? 

– Tam, patrzcie... okręt z Sale! Gonią nas. Nasz pan, Akib, Mulej i wszyscy. Ach, zginęliśmy bez ratunku. 

Zerwałem się na nogi, wytężyłem wzrok i w istocie w odległości mili ujrzałem okręt trójmasztowy. Lubo flagi rozpoznać nie było można, poznałem jednak z budowy, że to statek portugalski. Zmierzał on z północy ku zachodowi. Skierowałem szalupę tak, aby mu przeciąć drogę. Po trzech kwadransach zmniejszyła się znacznie odległość pomiędzy nami. Będąc przekonany, że nas usłyszy, nabiłem wszystkie muszkiety i naraz z Ksurym daliśmy cztery wystrzały. To poskutkowało. Na okręcie poczęto zwijać żagle, bieg jego znacznie zwolniał, a po chwili czółno obsadzone kilku majtkami odbiło od trójmasztowca i z szybkością poczęło przerzynać fale. Dla zmniejszenia im trudu, podwoiliśmy nasze siły, robiąc wiosłami. Wkrótce spotkały się obydwie łodzie. Młody człowiek, dowodzący czółnem, zaczął nam zadawać pytania w języku portugalskim i hiszpańskim. Dałem mu do poznania, że go nie rozumiem. Złożyłem tylko ręce, jak do modlitwy, wskazując na okręt. Pojął mą prośbę. Dwóch majtków przesiadło się na szalupę i pomogło nam płynąć ku okrętowi. Przyjęli nas na pokład, a że kapitan także nie umiał po angielsku, nie mogliśmy się porozumieć. Zaczął do mnie przemawiać po francusku, po włosku, na koniec po łacinie, lecz i tych języków nie posiadałem. Naówczas dopiero gorzko mi się dało uczuć moje lenistwo. Nieraz ojciec zachęcał mnie do uczenia się obcych języków, ale będąc wierutnym leniuchem i próżniakiem, nie brałem się do nauki. 

Właśnie rozmyślałem nad tym, jak by kapitanowi chociaż na migi dać poznać moje przygody, gdy wtem przyprowadzono majtka Anglika, umiejącego po portugalsku. Ten wybawił mnie z kłopotu, służąc za tłumacza. Za jego pośrednictwem opowiedziałem wszystko co mnie od opuszczenia Anglii spotkało. 

Kapitan, wysłuchawszy tłumacza, kazał mi powiedzieć, iż płynie do Brazylii i z chęcią nas z sobą zabierze. W zbytku radości ucałowałem mu ręce, prosząc, by wziął wszystko, co posiadam, w zamian za udzielony ratunek. 

– Młody człowieku, odrzekł zacny marynarz, i cóż byś począł, gdybym twej nierozsądnej prośbie zadość uczynił. Ogołocony ze wszystkiego, bez grosza, bez przyjaciół, przybywszy do Brazylii, musiałbyś się zaprzedać osadnikom w niewolę, cięższą może od mauretańskiej. 

Niech mię Bóg uchowa, abym korzystając z twego położenia, miał cię obedrzeć. O, nie, mój panie Angliku, to co czynię, czynię z miłości Jezusa Chrystusa, a jeżeli czynię dobrze, Bóg mi to na sądzie ostatecznym policzy. 

Natychmiast kazał sporządzić dokładny spis moich rzeczy, nie zapominając nawet o dzbanach do wody. Potem zapytał mnie, czy bym nie sprzedał mu szalupy i ile za nią żądam. Statek to pięknie i dobrze zbudowany, dodał, i może mi być bardzo przydatny. A kiedy wahałem się ustanowić cenę, szlachetny Portugalczyk rzekł: 

– Gdybym kazał umyślnie budować szalupę, musiałbym dać za nią przynajmniej dwieście dukatów. Bardzo będę kontent, jeżeli mi ją odstąpisz za połowę tej kwoty. Za muszkiety, kompas i resztę sprzętów ofiaruję ci dwadzieścia dukatów. Mów, czy przystajesz? 

Z wdzięcznością przyjąłem tę korzystną propozycję. 

– Cóż zamyślasz z tym młodym Maurem uczynić? Jest on twoją własnością, ale pożytku nie przyniesie ci wcale, a wyżywienie dużo kosztować będzie. Wiesz co, sprzedaj mi go, dam ci za niego pięćdziesiąt dukatów, czy zgoda? 

Wzdrygnąłem się na tę myśl, ażebym bliźniego, a jeszcze towarzysza niedoli, miał jak bezrozumne bydlę sprzedawać. Oświadczyłem to kapitanowi, który uznawszy zacność powodów moich, podał mi rękę i rzekł: 

– A więc zapytaj go, czy by nie chciał wstąpić w mą służbę. Ofiaruję mu zapłatę, jako wolnemu człowiekowi, pod warunkiem jednakże, że zostanie katolikiem. 

Powiedziałem Ksuremu po arabsku to samo, co mi tłumacz mówił po angielsku, ale rozpłakał się na myśl rozstania ze mną. Uznał jednakże, że inaczej być nie może i oświadczył, że przyjmie wyznanie chrześcijańskie. 

Żal mi go było szczerze, bo pokochałem Ksurego jak brata i rozstanie nasze było nadzwyczaj bolesne. 

W cztery tygodnie po spotkaniu się z Portugalczykiem, przy bardzo pomyślnym wietrze, dostaliśmy się do wybrzeża Brazylii. Kapitan zawinął do przystani San Salvador, miasta znacznego i handlowego. Tu wysadził mnie na ląd, wypłaciwszy rzetelnie ofiarowaną sumę. Natychmiast zapoznał mnie z bogatym osadnikiem, który nabył ode mnie skóry obu drapieżnych zwierząt za czterdzieści dukatów i obiecał swoją protekcję. Tak ładunek łodzi mej przyniósł mi sto sześćdziesiąt dukatów, co na owe czasy było bardzo znaczną sumą i z czym przecież mogłem, powróciwszy do Anglii, coś rozpocząć, zwłaszcza, że i tam miałem pieniądze u wdowy złożone. 

Ponieważ kapitan portugalski, po zostawieniu części ładunku, płynął do Indii Wschodnich, a żaden okręt w tej chwili nie odpływał do Europy, musiałem więc czas jakiś pozostać w Brazylii. 

Rozdział 9

Dostaję się do osadnika. Zakupuję grunt i zakładam plantację. Handel murzynami. Nowa podróż. Burza. Rozbicie.

Osadnik, z którym zapoznał mnie kapitan, miał w bliskości San Salvador piękną plantację trzciny cukrowej, a oprócz tego warzelnię cukru. Pojechałem z nim do fabryki i bawiąc tam przez kilka dni, miałem sposobność przekonania się, jak ogromne zyski ciągną plantatorzy i warzelnicy. Przyzwyczajonemu do pracy zaczął dokuczać brak zatrudnienia, ofiarowałem się więc osadnikowi doglądać jego zakładów. Przyjął to bardzo mile, a po paru miesiącach pobytu zaczął mnie namawiać, abym na swoją rękę założył plantację. Grunt można było nabyć za bezcen i robotnik zbyt wiele nie kosztował. Dałem się namówić. Osadnik wyrobił mi pozwolenie pozostania w tym kraju i dopomógł zaręczeniem do rozpoczęcia zawodu plantatorskiego. 

Ciężki to był kawałek chleba. Nie posiadając niewolników, musiałem sam pracować z najemnikami. Część pól zasadziłem trzciną, drugą zaś tytoniem. Były wprawdzie zyski, ale nie tak świetne, o jakich marzyłem. Brakowało mi pieniędzy. Wprawdzie przez kapitana portugalskiego, który mnie wyratował, napisałem list do wdowy, ażeby odesłała mi mój kapitalik, ale drugi rok już upływał, a nie miałem wcale o nim wiadomości. Zaczęło mi się w tej ciężkiej pracy przykrzyć niezmiernie. Wszystko, co zarabiałem, musiałem oddawać wierzycielowi, który mi sprzedał plantację. Przy tym zawsze coś pociągało mnie do żeglugi i z zazdrością patrzyłem na każdego odpływającego na morze. 

Jednego dnia z rana, właśnie gdy z dwoma najemnikami zajęty byłem pakowaniem tytoniu w wory, niespodziewanie wszedł mój przyjaciel, kapitan portugalski. – No, jak się miewasz, kochany Robinsonie – zawołał, rzucając się w moje objęcia. Przywożę ci resztki twojego majątku z Londynu. Zacna wdowa, u której miałeś pieniądze, pozdrawia cię serdecznie. Nie uwierzysz, jak się ucieszyła, dowiedziawszy się, żeś ocalał, a ile napłakała, słuchając opowiadania twych przygód! Może się będziesz gniewał, ale zamiast gotówki przywożę ci rozmaite towary angielskie, któreśmy wspólnie zakupili, chcąc, abyś swój kapitalik powiększył. 

Podziękowałem szczerze kapitanowi za rozporządzenie mymi funduszami. Udaliśmy się do portu, gdzie na moje towary zaraz kupców znalazłem. Sprzedałem je tak dobrze, że zamiast stu pięćdziesięciu, czterysta funtów wziąłem. To polepszyło niezmiernie mój stan, zwłaszcza, że tytoń sprzedałem, za który mi także paręset dukatów zapłacono. Tak więc zamożność moja wzrosła, nie byłem już nic winien, a posiadałem kapitalik i plantację własną. 

I gdybym teraz wziął się całą duszą do mego zawodu, mógłbym w ciągu kilku lat przyjść do znacznych bogactw. Umiałem już dobrze po portugalsku, rzetelność moja była znana wszystkim, sąsiedzi mnie poważali, zbiory trzciny i tytoniu wypadały jak najpomyślniej. Należało tylko pracować szczerze, a uspokoiwszy rodziców doniesieniem o moim teraźniejszym położeniu, prosić ich o błogosławieństwo, a z resztą zdać się na Boga. 

Ale żądza włóczenia się po świecie wciąż mi nie dawała spokoju. Najmilszym przedmiotem moich rozmów z sąsiednimi plantatorami były wypadki, których doświadczyłem. Nieraz opowiadałem im o zyskownym handlu na wybrzeżach Gwinei, o łatwości, z jaką za korale, szklane paciorki, zwierciadełka, noże i siekiery można nabywać piasek złoty, kość słoniową, a nawet niewolników, których brak niezmiernie nam się odczuć dawał. 

Opowiadania te zajmowały ich bardzo. Handel niewolnikami nie był jeszcze wówczas rozpowszechniony. Trudniący się nim zdzierali bez litości osadników, każąc sobie dwadzieścia, a nawet trzydzieści razy tyle płacić za Murzyna, ile kosztował na miejscu. 

Jednego dnia odwiedziło mnie trzech zamożnych osadników. Po ich minach poznałem, że przyszli z jakimś ważnym interesem. Prosiłem, aby usiedli. Jeden z nich zabrał głos w imieniu towarzyszy w te słowa: 

– Panie Robinsonie, wiesz dobrze, że z przyczyny braku niewolników nie możemy rozszerzyć naszych plantacji i ciągnąć z nich większej korzyści. Trzeba temu koniecznie zaradzić. 

Od półtrzecia roku jak mieszkasz pośród nas, poznaliśmy w tobie rzetelnego i zacnego człowieka. Otóż, postanowiliśmy wysłać okręt po Murzynów do Gwinei, a ponieważ znasz tamte strony dobrze, prosimy cię, abyś się zajął sprowadzeniem niewolników. Damy ci potrzebne fundusze, a kapitan wszystkie twe polecenia wypełniać i od ciebie zupełnie zależeć będzie. W czasie twej nieobecności ofiarujemy się naszym kosztem uprawiać twoją plantację, a w nagrodę za trudy, każdy dziesiąty Murzyn będzie dla ciebie. Tak nic nie ryzykując, możesz przyjść do niewolników, a przy ich pracy, w kilku latach stać się panem krociowym. 

Projekt ten spodobał mi się niezmiernie. Nie namyślając się wcale, przyjąłem go od razu, tym chętniej, iż dogadzał mej chęci podróżowania. Nie mogłem usiedzieć na miejscu i jakieś złe przeznaczenie pchało mię w przepaść zguby. Inny na moim miejscu, mając plantację, wartą już parę tysięcy funtów, byłby siedział i dorabiał się grosza, ale mój charakter niestały i niespokojny pędził mię do nowych przygód. Spisaliśmy akt urzędowy, mocą którego na przypadek śmierci polecałem kapitanowi portugalskiemu, aby plantację sprzedał, połowę sumy za nią wziętej wręczył moim rodzicom, czwartą część oddał wdowie po kapitanie angielskim, resztę zaś dla siebie zatrzymał. Jednym słowem zabezpieczyłem zupełnie moją własność i gdybym tylko połowę tego rozsądku poświęcił rozważeniu mego szalonego zamiaru, nie byłbym się puścił na nowe awantury. 

Gwałtowna żądza podróżowania zagłuszała jednak zupełnie głos rozsądku. Przed kilku laty nie słuchałem przestróg rodzicielskich, a dzisiaj zatykałem uszy na przestrogi rozumu. 

Wyekwipowanie okrętu poszło bardzo prędko. W dniu 1 września 1664 roku rozwinęliśmy żagle. Okoliczność ta zasępiła nieco moje szczęście. Smutne jakieś przeczucia ogarnęły mię, gdyż w tym samym dniu i miesiącu przed pięciu laty opuściłem brzegi mojej ojczyzny. Okręt nasz był o dwóch masztach, miał na pokładzie sześć dział i dwudziestu trzech ludzi. Ładunek, składający się z drobnostek, przeznaczonych do handlu z czarnymi, nie ciążył wiele, mogliśmy więc szybko żeglować. 

Chcąc dostać się na