Dziennik roku zarazy - Daniel Defoe - ebook + książka

Dziennik roku zarazy ebook

Daniel Defoe

3,7

Opis

Bez tej książki nie byłoby ani Dżumy Alberta Camusa, ani Innego świata Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Napisana jak reportaż, położyła podwaliny pod literaturę, która stawia człowieka twarzą w twarz z problematyką zagłady. Ale Dziennik roku zarazy Daniela Defoe to nie tylko dokument o zarazie, która nawiedziła Londyn w 1665 roku, to również powieść historyczno-obyczajowa, której bohaterem jest City. To powieść-metafora, z zapowiedzią kolejnej zarazy. Właśnie dlatego badacze Defoe dopatrują się w niej "kontynuacji Robinsona Cruzoe".   

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
0
2
1
0
0
Sortuj według:
evicia49a

Całkiem niezła

Dość długo się czyta i raczej na smutno.. miałam wrażenie czytając, że przechodzę ulicami a wszędzie ludzie wokół padają jak muchy... myślę, że dziennik spełnił swoją rolę bardzo dobrze.
00

Popularność




redaktor prowadzący: Hubert Musiał

projekt okładki: Piotr Tarasiuk

opracowanie typograficzne i skład: Grzegorz Majcher

korekta: Joanna Morawska, Kamila Wincewicz

Copyright © by the Estate of Jadwiga Dmochowska

Copyright © for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy 2022

Copyright © The Estate of Gustaw Herling-Grudziński

© by Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2022

Gustaw Herling-Grudziński, Dzieła Zebrane, tom XV, Varia

Wydawca dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do opublikowanych tekstów. Osoby, których danych nie udało się nam ustalić, prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Wydanie drugie

Warszawa 2022

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

ISBN 978-83-8196-483-8

Gustaw Herling-GrudzińskiARCYDZIEŁO DANIELA DEFOE’A

Mam bardzo osobisty stosunek do Dziennika roku zarazy Daniela Defoe’a. Wkrótce po osiedleniu się w Londynie, pod koniec lat czterdziestych, zaprzyjaźniłem się z wybitnym malarzem (już nieżyjącym) Tadeuszem Piotrem Potworowskim. Obmyślałem wówczas Inny świat, a może nawet zacząłem go w brulionie szkicować, nic więc dziwnego, że nasze rozmowy przeplatałem wspomnieniami z sowieckiego łagru. Któregoś dnia Potworowski przyniósł mi w prezencie A Journal of the Plague Year:

– Zobaczy pan – powiedział – że Defoe pomoże panu w pisaniu książki.

Miał rację. Gdy zabrałem się wreszcie do roboty, Defoe leżał zawsze na moim stole, obok Zapisków z Martwego Domu Dostojewskiego, zakupionych w małej księgarni rosyjskiej na Tottenham.

W tanim „pingwinowskim” wydaniu Dziennika roku zarazy autor przedmowy, znany i ceniony pisarz angielski Anthony Burgess, powiada: „Defoe był naszym pierwszym wielkim dziennikarzem, a był naszym pierwszym wielkim dziennikarzem, bo nie ukształtowała go literatura – ukształtowało go życie”. Trudno mi zgodzić się z określeniem Daniela Defoe jako dziennikarza. Według mnie napisał arcydzieło na pograniczu kroniki (bardzo szacownego gatunku literackiego, który sam często uprawiam) i zmyślonej powieści autobiograficznej. Rozmnożone dziś w powieściach i opowiadaniach „ja”, narrację w pierwszej osobie, zawdzięczamy (zawdzięczam) autorowi Dziennika roku zarazy i to „ja” brzmi czasem szczególnie, nadaje prozie nową i sugestywną formę, właśnie dzięki połączeniu z kroniką.

Natomiast bardzo trafna i bardzo istotna wydaje mi się uwaga Burgessa, że każdy pisarz, który „opisuje miasto w stanie agonii i paniki i jest pochłonięty sposobem, w jaki obywatele stawiają czoło tej próbie, musi w końcu sięgnąć do arcydzieła Daniela Defoe”. Innymi słowy, Defoe jest pionierem „protagonisty zbiorowego”. Zaglądał do niego Camus w trakcie powstawania Dżumy, z korzyścią studiował go H.G. Wells, pisząc Wojnę światów. W roku 1950 napisałem szkic Kronika getta o powieści Johna Herseya Mur, opartej w dużej mierze na odkopanym po wojnie „archiwum Ringelbluma” (w powieści Lewinsona). Mam prawo zacytować fragment mojego szkicu po czterdziestu przeszło latach. Oto on:

Kiedy Defoe wydał w roku 1722 swój wspaniały A Journal of the Plague Year, pisany dla niepoznaki w pierwszej osobie przez naocznego świadka i uczestnika wielkiej dżumy, która nawiedziła Londyn w roku 1665, wielu współczesnych mu krytyków sądziło zrazu, że ma do czynienia z autentycznym dokumentem ocalonym cudem z pożaru w roku 1666 i przechowywanym przez 57 lat w jakiejś piwnicy. Defoe jednak był w roku 1665 pięcioletnim dzieckiem i nie mógł wielkiej dżumy pamiętać albo pamiętał ją w zbyt małym stopniu, by czerpać ze swych dziecięcych wspomnień jakikolwiek materiał do zdumiewająco drobiazgowej wizji, którą stworzył na krótko przed śmiercią. To, co napisał, było więc połączeniem studiów archiwalnych i do granic ascezy zdyscyplinowanej wyobraźni pisarskiej, poświęcającej bez wahania dla dokładnego opisu szczegółu własny akompaniament literacki i własne pokusy koloryzatorskie. Musiało być za czasów Defoe’a rewolucją czytać pod koniec każdego rozdziału okresowe zestawienie cyfrowe zmarłych na dżumę w poszczególnych dzielnicach Londynu, ale jeszcze większą niespodzianką była zapewne ta proza, zapisująca każdy krok samotnego wędrowca w zadżumionym mieście, każdy krzyk konających, każdą rozmowę z żywymi – z czułą, lecz obojętną precyzją sejsmografu. Absolutnie jednobarwna w modulacji, można by nawet powiedzieć – przeraźliwie monotonna, metoda opisowa Defoe’a jest po dziś dzień niezastąpiona, jeśli chodzi o wydobycie napięcia dramatycznego z procesu umierania mas ludzkich, którym zawsze grozi, że przekroczą granicę, gdzie kończy się suma jednostek ludzkich, a zaczyna suma cyfr. I nic dziwnego, że gdy Defoe kończy swój Dziennik jedyną w całej książce uwagą na temat „wytrwałości natury ludzkiej”, rozbrzmiewa ona na tle jego bezosobistej relacji jak potężny akord, urasta niemal do rozmiarów finału z moralitetu średniowiecznego.

Myślę, że ten zwięzły opis Dziennika roku zarazy zachował swą ścisłość. Do arcydzieła Defoe’a sięgnąłem jeszcze w roku 1962 w szkicu Kronikarz piekła, o ogromnym dziele Ludwika Landaua Kronika lat wojny i okupacji. Cytowałem w tym szkicu Zapiski z getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma, które niekiedy wydają się jak gdyby były wyjęte z Dziennika roku zarazy. Wszystko, co dotyczy „protagonisty zbiorowego”, „procesu umierania mas ludzkich”, da się odnieść do arcydzieła Defoe’a. I ja, chociaż pisałem książkę bardzo osobistą, Inny świat, miałem w każdej chwili przed oczami „protagonistę zbiorowego” w zadżumionym łagrze sowieckim.

Kwiecień 1993

Gustaw Herling-Grudziński

Journal of the Plague Year:

Being Observations or Memorials,

Of the most Remarkable Occurrences,

As well Publick as Private,

which happened in London

During the last Great Visitation

In 1665

Dziennik roku zarazy

oparty na obserwacjach lub zapiskach

najważniejszych wydarzeń

zarówno publicznych jak prywatnych,

które zaszły w Londynie

podczas Wielkiego Nawiedzenia

w 1665 roku

Było to jakoś na początku września 1664 roku, kiedy, tak jak inni moi sąsiedzi, usłyszałem w potocznej rozmowie, że zaraza powróciła do Holandii, a grasowała tam bardzo gwałtownie, zwłaszcza w Amsterdamie i Rotterdamie w roku 1663, dokąd, jak powiadają, została zawleczona, zdaniem jednych – z Włoch, zdaniem innych – z Lewantu, razem z towarami przywiezionymi do kraju przez flotę turecką; inni znów powiadają, że przywleczono ją z Krety, jeszcze inni, że z Cypru. Mniejsza o to zresztą, skąd się wzięła, ale wszyscy twierdzili zgodnie, że powróciła znów do Holandii.

Nie mieliśmy wówczas takich rzeczy jak drukowane gazety, które by szerzyły pogłoski i dawały sprawozdania z różnych wydarzeń, uzupełniając je ludzką fantazją, jak to się czasem praktykowało za mojej pamięci. Ale podobnych informacji dostarczały listy kupców oraz innych, którzy utrzymywali korespondencję z zagranicą, i z nich to podawano sobie nowiny jedynie z ust do ust; tak więc wiadomości nie szerzyły się błyskawicznie wśród ogółu, jak się to dzieje obecnie. Jednakże rząd zdawał się otrzymywać prawdziwe sprawozdania i wiele odbywało się narad, w jaki sposób zapobiec przesiąkaniu tych wieści na zewnątrz; wszystko zachowywano w ścisłej tajemnicy. Toteż pogłoski ucichły, ludzie zaczęli je puszczać w niepamięć jako przedmiot mało nas dotyczący i, jak ufaliśmy, nieprawdziwy, aż dopiero pod sam koniec listopada, a może nawet na początku grudnia 1664 roku dwóch ludzi, rzekomo Francuzów, zmarło na zarazę przy ulicy Long Acre, a raczej w górnym końcu Drury Lane. Rodzina, u której przebywali, starała się to ukryć w miarę możności, ponieważ jednak zaczęto o tym przebąkiwać w sąsiedztwie, doszło to do uszu Sekretarzy Stanu, ci zaś, uważając za swój obowiązek dowiedzieć się bliższych szczegółów, polecili dwóm lekarzom i chirurgowi przeprowadzenie oględzin zwłok, co też ci uczynili; stwierdziwszy oczywiste oznaki choroby na ciałach obu nieboszczyków, wyrazili głośno opinię, że zmarli oni na zarazę. Po czym oznajmili ją pisarzowi parafialnemu, który z kolei powiadomił Radę Miejską; wzmianka o tym została zamieszczona w raporcie tygodniowym w zwykle przyjęty sposób, jak następuje:

Zaraza (wypadki)

2

Parafie (dotknięte zarazą)

1

Ludzie bardzo to wzięli do serca i niepokój począł się szerzyć w całym mieście, zwłaszcza że w ostatnim tygodniu grudnia 1664 roku jeszcze jeden człowiek zmarł w tym samym domu i na tę samą chorobę. Po czym wszyscy odetchnęli na przeciąg około sześciu tygodni, w czasie których nie nastąpił ani jeden zgon z objawami zarazy, mówiono więc, że choroba wygasła; po czym jednak, zdaje mi się, że około 12 lutego, jeszcze jeden człowiek umarł, wprawdzie w innym domu, ale w tej samej parafii i w taki sam sposób.

To zwróciło uwagę ogółu na tę dzielnicę miasta, że zaś raporty tygodniowe wykazywały przekraczający zwykłą miarę wzrost pogrzebów w parafii Saint-Giles, zaczęto podejrzewać, że zaraza szerzy się wśród ludności tej dzielnicy i że wielu mieszkańców na nią zmarło, choć starano się w miarę możności zataić to przed ludźmi. To podziałało silnie na umysły i niewiele osób zapuszczało się w Drury Lane oraz inne podejrzane ulice, chyba że mieli tam do załatwienia niezmiernie ważne interesy.

Ów wzrost liczb w raportach wyrażał się, jak następuje: tygodniowa ilość pogrzebów w parafiach St. Giles-in-the-Fields i St. Andrew w Holborn ograniczała się zazwyczaj w przybliżeniu od dwunastu do siedemnastu, najwyżej dziewiętnastu w każdej z nich; jednakże od wybuchu zarazy, która rozpoczęła się w parafii St. Giles, zauważono, że liczba pogrzebów znacznie wzrosła. Na przykład:

St. Giles

St. Andrew

od 27 grudnia

do 3 stycznia

16

17

od 3 stycznia

do 10 stycznia

12

21

od 10 stycznia

do 17 stycznia

18

18

od 17 stycznia

do 24 stycznia

23

16

od 24 stycznia

do 30 stycznia

24

15

od 30 stycznia

do 7 lutego

21

23

od 7 lutego

do 14 lutego

24

z których jeden zgon na zarazę

Podobny wzrost liczby zgonów zaobserwowano w parafii St. Bride sąsiadującej z jednej strony z parafią Holborn, a także w parafii St. James, Clerkenwell, sąsiadującej z przeciwnej strony z Holborn; w obu tych parafiach zwykła tygodniowa ilość zgonów wahała się od sześciu do ośmiu, podczas gdy w tym okresie podniosła się w następujący sposób:

St. Bride

St. James

od 20 grudnia

do 27 grudnia

0

8

od 27 grudnia

do 3 stycznia

6

9

od 3 stycznia

do 10 stycznia

11

17

od 10 stycznia

do 17 stycznia

12

9

od 17 stycznia

do 24 stycznia

9

15

od 24 stycznia

do 30 stycznia

8

12

od 30 stycznia

do 7 lutego

13

5

od 7 lutego

do 14 lutego

12

6

Ponadto zaobserwowano z wielkim niepokojem, że raporty tygodniowe w całym mieście bardzo znacznie wzrosły w ciągu tych ostatnich tygodni, chociaż działo się to w porze roku, kiedy zwykle cyfry raportów bywały nader umiarkowane.

Przeciętna liczba pogrzebów w tygodniowej rubryce śmiertelności wahała się w owym czasie w granicach od dwustu czterdziestu do trzystu. Ta ostatnia liczba uznana była za dość wysoką; jednakże stwierdziliśmy, że wzrastała stopniowo, jak następuje:

pochowanych

wzrost o

od 20 grudnia

do 27 grudnia

291

od 27 grudnia

do 3 stycznia

349

58

od 3 stycznia

do 10 stycznia

394

45

od 10 stycznia

do 17 stycznia

415

21

od 17 stycznia

do 24 stycznia

474

59

Te ostatnie dane były dość zatrważające, gdyż wskazywały większą ilość pogrzebów tygodniowo, niż notowano w ciągu poprzedniego nawiedzenia w roku 1656.

Jednakże wszystko to minęło, nastała zima, a srogi mróz, który ścisnął w grudniu, trwał nadal prawie do końca lutego; towarzyszyły mu ostre, choć niezbyt porywiste wiatry. Statystyka zgonów spadła znowu, warunki zdrowotne w mieście uległy poprawie i wszyscy poczęli uważać, że niebezpieczeństwo jest zażegnane, jedynie tylko w parafii St. Giles ilość pogrzebów była nadal znaczna. Zwłaszcza od początku kwietnia utrzymywała się stale liczba dwudziestu pięciu pogrzebów na tydzień, aż do tygodnia pomiędzy 18 a 25, kiedy pochowano w parafii St. Giles trzydziestu nieboszczyków, w czym dwóch zmarłych na zarazę, ośmiu zaś na dur plamisty, co uważano wówczas za jedno i to samo; podobnie wzrosła liczba zmarłych na dur plamisty; w tygodniu poprzednim zanotowano bowiem tylko osiem zgonów, a we wcześniej wymienionym – dwanaście.

To napełniło wszystkich nową trwogą; ludzie byli pełni najgorszych obaw, zwłaszcza że pogoda się zmieniła, zrobiło się cieplej i lato zbliżało się wielkimi krokami. Następny tydzień wszakże przyniósł z sobą lepsze nadzieje; śmiertelność spadła, ogólna ilość zgonów wyrażała się liczbą trzysta osiemdziesiąt osiem, nie było ani jednego wypadku morowej zarazy, a tylko cztery duru plamistego.

Lecz w następnym tygodniu zaraza powróciła; choroba rozszerzyła się na dwie inne parafie, a mianowicie: St. Andrew w Holborn i St. Clement Danes; i, ku wielkiemu zmartwieniu mieszkańców grodu, jeden chory zmarł w obrębie murów, w parafii St. Mary Woolchurch, to znaczy przy ulicy Bearbinder Lane, w pobliżu placu Stocks Market; łącznie było dziewięć wypadków zarazy i sześć duru plamistego. Po przeprowadzeniu indagacji ustalono jednakże, iż Francuz zmarły przy ulicy Bearbinder Lane zamieszkiwał poprzednio przy Long Acre, w pobliżu zapowietrzonych domów, i przeprowadził się w obawie przed chorobą, nie wiedząc, że już nosi w sobie jej zarodki.

Działo się to na początku maja, pogoda wszakże była łagodna, acz zmienna i dość chłodna, toteż ludzie krzepili się jeszcze nadzieją. Dodawał im również otuchy zadowalający stan zdrowotny miasta, bowiem we wszystkich dziewięćdziesięciu siedmiu parafiach pochowano zaledwie pięćdziesięciu czterech zmarłych; zaczęliśmy się łudzić, że zważywszy, iż wypadki zarazy zdarzały się przeważnie wśród ludności zamieszkałej na tamtym krańcu miasta, morowe powietrze może nie rozszerzyć się dalej; tym bardziej że w następnym tygodniu, czyli od 9 do 16 maja, zmarło tylko trzech ludzi, z tych ani jeden w obrębie murów ani żadnej z jurydyk miejskich; w parafii St. Andrew zanotowano zaledwie piętnaście pogrzebów, co było liczbą wyjątkowo niską. Co prawda, w parafii St. Giles pochowano trzydziestu dwóch zmarłych, jednakże z uwagi na to, że tylko jeden zmarł na zarazę, ludzie zaczęli być lepszej myśli. W ogóle cała statystyka zgonów była bardzo niska, gdyż tydzień, który ją poprzedził, wyraził się liczbą trzystu czterdziestu siedmiu zgonów, zaś wcześniej wymieniony tydzień tylko trzystu czterdziestu trzech. Żyliśmy tą nadzieją przez kilka dni, ale trwało to niedługo, ludzie nie dali się bowiem tak oszukiwać; dokonano oględzin domów i wykryto, że zaraza w istocie szerzy się już wszędzie i wielu ludzi co dzień na nią umiera. Tak więc wszystkie nasze próby przedstawienia obrazu w mniej czarnych barwach zawiodły; nie dało się już ukryć, przeciwnie, okazało się w krótkim czasie, że zaraza szerzy się w sposób wykluczający wszelkie nadzieje stłumienia jej, że w parafii St. Giles wtargnęła już na wiele ulic, że kilka rodzin leży pokotem, zmożonych chorobą, co też znalazło wyraz w raportach z następnego tygodnia. Wprawdzie tylko w czternastu wypadkach stwierdzono zarazę morową, ale to było wszystko szelmostwo i zmowa, ponieważ w parafii St. Giles pochowano ogółem czterdziestu nieboszczyków, z których większość z pewnością zmarła na zarazę, mimo iż zapisano ich w rubryce innych chorób; a choć ogólna liczba pogrzebów nie przekroczyła zwykłej normy więcej niż o trzydzieści dwa pogrzeby, cała zaś lista wynosiła trzysta osiemdziesiąt pięć osób, w rzeczywistości czternastu ludzi zmarło na dur plamisty, jak również czternastu na zarazę; byliśmy jednak przekonani, że w tym tygodniu zmarło na zarazę morową aż pięćdziesięciu.

Następny spis obejmował okres od 23 do 30 maja, kiedy liczba wypadków zarazy dosięgła siedemnastu. Ponieważ jednak w parafii St. Giles było pięćdziesiąt trzy pogrzeby – przerażająca liczba! – z czego, jak ustalono, tylko dziewięć na zarazę, po wnikliwszym rozważeniu sprawy przez sądy pokoju na żądanie lorda majora okazało się, że naprawdę jeszcze dwudziestu dwóch zmarło na zarazę w tej parafii, ale zapisano to na karb duru plamistego albo innych chorób, nie mówiąc już o zgonach, które ukryto.

Wszystko to jednak były bagatelki w porównaniu z tym, co nastąpiło bezpośrednio potem; zaczęły się bowiem upały i od pierwszego tygodnia czerwca zaraza szerzyła się w przerażający sposób; statystyki wzrosły znacznie, wypadki gorączki, duru plamistego oraz krost stawały się coraz częstsze; wszyscy bowiem, którzy mogli ukryć chorobę, czynili to w obawie, że sąsiedzi będą od nich stronić, przestaną z nimi rozmawiać, jak również w obawie, że władze zamkną ich domy, co chociaż jeszcze nie było stosowane w praktyce, jednakże groziło w zasadzie, ludzi zaś trwożyła niezmiernie sama myśl o tym.

W drugim tygodniu czerwca parafia St. Giles, gdzie było w dalszym ciągu główne ognisko zarazy, pochowała stu dwudziestu nieboszczyków; i chociaż statystyka głosiła, że na zarazę zmarło tylko sześćdziesięciu ośmiu, wszyscy twierdzili, że było ich co najmniej stu w zestawieniu ze zwykłą liczbą pogrzebów w powyższej parafii.

Dotychczas gród był wolny od zarazy, nikt tam nie zmarł na nią w zasięgu dziewięćdziesięciu siedmiu parafii z wyjątkiem Francuza, o którym wspomniałem poprzednio. Teraz zmarło czterech w obrębie murów, jeden przy Wood Street, jeden przy Fenchurch Street, a dwóch przy ulicy Crooked Lane. Southwark było jak dotąd całkowicie wolne od zarazy, nie notowano jeszcze ani jednego zgonu po tamtej stronie rzeki.

Mieszkałem za bramą Aldgate, mniej więcej na pół drogi pomiędzy kościołem Aldgate a rogatką Whitechapel, po lewej, inaczej mówiąc, po północnej stronie ulicy; że zaś zaraza nie dosięgła jeszcze tutaj, sąsiedzi nasi żyli sobie nadal beztrosko. Natomiast na drugim krańcu miasta zapanował nader wielki niepokój; zamożniejsi obywatele, a zwłaszcza arystokracja i szlachta zamieszkująca zachodnią część grodu, tłumnie opuszczała stolicę, z rodzinami i służbą, w stopniu jeszcze niespotykanym; można to było zauważyć w Whitechapel, to znaczy na Broad Street, przy której mieszkałem; doprawdy, widać było tylko wozy i bryki naładowane dobytkiem, kobietami, służbą, dziećmi; kolasy pełne znaczniejszych osób, którym towarzyszyli konni, a wszyscy jechali w pośpiechu. Później ukazały się puste wozy, bryki i konie prowadzone luzem przez służbę, powracającą lub też przysłaną, by wywieźć jeszcze więcej osób, a obok nich niezliczone rzesze mężczyzn jadących konno, niektórzy sami, niektórzy w otoczeniu służby, wszyscy na ogół z dużym ładunkiem bagażu, przysposobieni do podróży, co każdy mógł wywnioskować z ich wyglądu.

Był to widok straszny i smutny zarazem, a że musiałem chcąc nie chcąc patrzeć nań od rana do nocy, nic innego bowiem nie było widać, nasunął mi on bardzo poważne refleksje o wiszącym nad miastem nieszczęściu i o niedoli tych, którzy tam pozostaną.

Przez kilka tygodni odpływ ludności był tak wielki, że tylko z trudem można się było dotłoczyć do drzwi lorda majora; panował tam ścisk, tłumy wyczekiwały na przepustki i świadectwa zdrowia dla udających się za miasto, bez tych bowiem nie wolno było ani przejechać przez leżące po drodze osady, ani zatrzymać się na popas w żadnym zajeździe. Ponieważ zaś, jak dotąd, nikt nie zmarł w obrębie grodu, lord major wydawał świadectwa zdrowia bez trudności mieszkańcom dziewięćdziesięciu siedmiu parafii, jak również – przez krótki czas – mieszkańcom jurydyk miejskich.

Ten pospieszny exodus trwał kilka tygodni, inaczej mówiąc cały maj i czerwiec, tym bardziej że poczęły krążyć słuchy, iż rząd zamierza wydać rozkaz zagrodzenia dróg rogatkami i szlabanami, by utrudnić ludziom podróżowanie, a także, że leżące przy traktach miasta nie będą przepuszczały mieszkańców Londynu w obawie zawleczenia zarazy, choć wszystkie te słuchy, zwłaszcza z początku, nie były oparte na niczym oprócz wyobraźni tych, którzy je szerzyli.

Zacząłem teraz rozważać poważnie w duchu, co mnie osobiście czynić wypada i co postanowię ze swoją własną osobą; to znaczy, czy zdecyduję się pozostać w Londynie, czy też zamknę dom i ucieknę jak wielu moich sąsiadów. Rozwodzę się nad tym szczegółem tak szeroko, kto wie bowiem, może będzie on miał pewną wagę dla tych, co przyjdą po mnie, w razie gdyby znaleźli się w podobnej rozterce i musieli dokonać wyboru; dlatego pragnąłbym, żeby to sprawozdanie było przez nich uważane raczej jako wskazówka dla nich niż jako historia moich poczynań, zdaję sobie bowiem dobrze sprawę, że to, co się ze mną stało, tyle ich obchodzić będzie co zeszłoroczny śnieg.

Miałem przed sobą dwa poważne problematy: jeden to dalsze prowadzenie mego przedsiębiorstwa i sklepu, a były one niemałe, ulokowałem w nich całe swoje mienie; drugi to zachowanie życia w tak strasznej klęsce, która – zdawałem sobie z tego jasno sprawę – nawiedzi wkrótce całe miasto, a która widziana przez pryzmat strachu, zarówno mojego, jak innych osób, wydawała się jeszcze groźniejsza, niż była w istocie.

Pierwszy wzgląd był dla mnie nader doniosły; byłem z zawodu rymarzem, że zaś zbywałem swój towar nie w sklepie czy w drodze przygodnych transakcji, lecz odbiorcami moimi byli wielcy kupcy zaopatrujący angielskie kolonie w Ameryce, mienie moje zatem spoczywało w znacznej mierze w ich rękach. Byłem człowiekiem samotnym, to prawda, lecz miałem rodzinę – stanowił ją personel mego przedsiębiorstwa; miałem dom, sklep i składy pełne towarów; jednym słowem: pozostawiając to wszystko, co w takich razach człowiek zostawić musi, bez żadnego nadzoru, w braku osoby istotnie godnej zaufania, której by można powierzyć pieczę nad nimi, ryzykowałbym utratę nie tylko mego przedsiębiorstwa, lecz całego mienia, wszystkiego, co posiadałem na świecie. Miałem starszego brata, który mieszkał w owym czasie w Londynie, gdzie przywędrował przed kilku laty z Portugalii, i zasięgnąwszy jego rady, usłyszałem tę samą odpowiedź wyrażoną w kilku słowach, taką samą, jaka była dana w innym, całkiem odmiennym wypadku, a mianowicie: „Ratuj się, kto w Boga wierzy!”. Krótko mówiąc, był zdania, że należy usunąć się na wieś, tak jak on to zamierza uczynić ze swoją rodziną, powtarzając mi to, co, zdaje się, słyszał za granicą, że najlepszą obroną przed zarazą jest ucieczka od niej. Na moje argumenty, że stracę warsztat pracy, dobytek, należności, odpowiedział mi tymi samymi argumentami, których ja użyłem, by poprzeć moją chęć pozostania, a mianowicie, że powierzyłbym Bogu zdrowie i bezpieczeństwo, a było to najsilniejsze odparowanie moich dowodzeń, że stracę warsztat pracy i dobytek. „Czyż bowiem – powiedział – nie jest rzeczą bardziej rozsądną, byś zawierzył Bogu szanse lub ryzyko utracenia warsztatu pracy, niż gdybyś miał zostać tak wystawionym na niebezpieczeństwa i zawierzył mu swoje życie?”

Nie mogłem twierdzić, bym miał jakiekolwiek trudności w znalezieniu miejsca, dokąd się udać, mając przyjaciół i krewnych w Northamptonshire, skąd nasza rodzina się wywodzi, a przede wszystkim jedyną siostrę w Lincolnshire, która była gotowa mnie przyjąć i ugościć.

Mój brat, który już był wyprawił żonę i dwoje dzieci do Bedfordshire i postanowił się z nimi połączyć, bardzo poważnie nalegał na mój wyjazd; byłem już nawet wówczas zdecydowany przychylić się do jego życzenia, ale na razie nie mogłem dostać koni; bo choć prawdą jest, że nie wszyscy mieszkańcy opuścili Londyn, jednakże śmiem twierdzić, że uczyniły to na swój sposób wszystkie konie i w całym mieście było niemal niepodobieństwem przez wiele tygodni kupić lub wynająć konia. Pewnego razu postanowiłem odbyć podróż na piechotę, z jednym tylko służącym, jak robiło wiele osób, nie nocować w żadnym zajeździe, lecz zabrać z sobą namiot żołnierski i obozować w polu, było bowiem ciepło i nie zachodziła obawa przeziębienia. Powiedziałem: jak robiło wielu, zwłaszcza ci, którzy służyli w wojsku; i muszę przyznać, że skoro mowa o przyczynach wtórnych, to gdyby większość podróżujących czyniła tak samo, nie zawleczono by zarazy do tylu miasteczek i domów na wsi, tak jak się stało, ku szkodzie i ruinie materialnej wielu.

Tak się jednak złożyło, że służący, którego zamierzałem wziąć z sobą w podróż, zdradził mnie; wystraszony nasileniem zarazy, a nie wiedząc, kiedy zamierzam wyjechać, postanowił działać na własną rękę i opuścił mnie; to opóźniło moją decyzję na ten raz, zresztą, tak czy inaczej, ilekroć wyznaczyłem sobie termin wyjazdu, zawsze jakaś przeszkoda krzyżowała moje plany i zmuszała mnie do odroczenia daty; skoro o tym mowa, muszę tu opowiedzieć pewną historię, którą czytelnicy mogliby uważać za niepotrzebną dygresję, ale która dowodzi, że te zawody były zrządzeniem Niebios.

Wspominam o tym także, gdyż jest to moim zdaniem najlepsza metoda, jaką mogę doradzić każdemu w podobnym wypadku, zwłaszcza jeżeli ów ktoś zdaje sobie sprawę ze swoich obowiązków i pragnąłby otrzymać wskazania, co uczynić, aby je spełnić, jak należy; pragnę mianowicie doradzić mu, by miał baczenie na szczególne wyroki Opatrzności, jakich jest wówczas świadkiem, by starał się dostrzec je i pojąć jako całokształt, zrozumieć ich wzajemne powiązania oraz jak dalece wszystkie one dotyczą stojącego przed nim zagadnienia; wówczas to, sądzę, że ów ktoś może z całym spokojem przyjąć te wyroki jako znak dany z Nieba, co winien niewątpliwie uczynić w danym wypadku. Mam tu na myśli, czy jest jego obowiązkiem wyjechać, czy też pozostać w miejscu stałego zamieszkania, jeżeli to miejsce nawiedzi morowa zaraza.

Stanęło mi to w myśli nader żywo pewnego rana, kiedy sobie tę rzecz głębiej rozważałem, że nic nas przecie spotkać nie może bez woli lub zgody Boskiej mocy, że zawody, których doznałem, były jednak dość osobliwej natury i że powinienem się zastanowić, czy nie wskazują mi wyraźnie, a w każdym razie nie nasuwają refleksji, iż jest wolą Nieba, bym się nie oddalał. Następna myśl, która wyłoniła się w ślad za tamtą, szepnęła mi, że jeżeli istotnie Bóg chce, bym tu pozostał, to wszak w Jego mocy leży, by mnie uchronić wśród śmierci i niebezpieczeństw, które mnie otoczą; natomiast jeżeli będę próbował ratować się ucieczką z mego domu i postąpię wbrew owym wskazaniom, które, jak wierzyłem szczerze, pochodziły z Boskiej ręki, byłaby to niejako ucieczka od Boga i mogłoby się stać, że Jego sprawiedliwa dłoń dosięże mnie w tym czasie i w tym miejscu, które On uzna za słuszne.

Powyższe wnioski zmieniły całkowicie moje poprzednie postanowienia i gdy poczęliśmy na nowo roztrząsać tę sprawę z bratem, powiedziałem mu, że skłonny jestem tu pozostać i dźwigać swój los na tym miejscu, które mi Bóg wyznaczył, i że zważywszy wszystko, co powiedziałem powyżej, wydaje mi się to moim szczególnym obowiązkiem.

Brat mój, chociaż sam był człowiekiem wielce religijnym, wyśmiał się z tego, co moim zdaniem było znakiem danym mi z Nieba, i opowiedział mi kilka przykładów takich, jak ich nazywał, głupich uparciuchów, do których i mnie zaliczał; jego zdaniem, należałoby istotnie poddać się wyrokom Opatrzności, gdyby na przeszkodzie mego wyjazdu stanęło niedomaganie lub choroba i gdybym wówczas był niezdolny do udania się w podróż, winienem pogodzić się z wolą Tego, który będąc moim Stwórcą, ma niezaprzeczone prawo i moc rozporządzania moją osobą; wówczas to można by ustalić bez trudu, co jest wolą Jego Opatrzności, a co nią nie jest, ale żebym miał uważać jako znak dany z Nieba, bym nie opuszczał miasta, to, że nie mogłem nająć sobie konia albo że służący, który miał mi towarzyszyć, uciekł ze służby, jest wręcz śmieszne, ponieważ mam zdrowie, siły, władzę wszystkich członków ciała oraz liczną służbę i mógłbym z łatwością wędrować pieszo dzień, a nawet dwa, posiadając zaś świadectwo, że zdrowie moje jest w znakomitym stanie, miałbym do wyboru bądź nająć konia, bądź osiąść gdzieś po drodze, co będę uważał za właściwe.

Potem począł mi opowiadać o fatalnych następstwach, jakie miała zbytnia dufność w siebie Turków oraz innych mahometan w Azji, w wielu miejscowościach, w których przebywał (brat mój bowiem, będąc kupcem, jak to już nadmieniłem, powrócił przed kilku laty z zagranicy, przyjeżdżając wprost z Lizbony); jak licząc na wyznawaną przez nich wiarę w przeznaczenie, głoszącą, że każdy człowiek ma z góry ustalony los, którego wyroki są niezmienne, wchodzili beztrosko do zapowietrzonych domów, wdawali się w rozmowy z osobami dotkniętymi zarazą, wskutek czego umierali w ilości dziesięciu do piętnastu tysięcy osób tygodniowo, wówczas gdy Europejczycy lub kupcy chrześcijańscy, którzy trzymali się na uboczu i z daleka, unikali zazwyczaj zarazy.