Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 312 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przyjaciółki - Agata Przybyłek, Natalia Sońska

Dwa stojące na granicy rozpadu związki i dwie różne historie. Podczas gdy jedni muszą walczyć o miłość, inni niszczą ją na własne życzenie...

 

Dzięki służbowemu wyjazdowi Miłka wreszcie może odetchnąć od zwykłej, szarej codzienności. I od związku, w którym jest szczęśliwa... przynajmniej tak jej się wydaje. Kiedy spotyka na swojej drodze innego mężczyznę, zaczyna wątpić, czy to, co miała do tej pory, rzeczywiście było spełnieniem jej marzeń.

Czy będzie mogła liczyć na wsparcie i dobrą radę Przyjaciółki? W życiu Ani również nie układa się najlepiej. Z powodu dramatycznych wydarzeń z udziałem jej męża, oboje oddalają się od siebie, a Ania nie ma już sił, by walczyć o rodzinę. Bez ukochanego nie potrafi jednak cieszyć się każdym dniem.

Wzruszająca książka o pragnieniu szczęścia i o przyjaźni, która przetrwa każdy sztorm i każdą burzę.

Opinie o ebooku Przyjaciółki - Agata Przybyłek, Natalia Sońska

Fragment ebooka Przyjaciółki - Agata Przybyłek, Natalia Sońska

Copyright © Agata Przybyłek, 2017

Copyright © Natalia Sońska, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Marta Buczek

Korekta: Aleksandra Powalska-Mugaj

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografia na okładce: © petrrunjela / fotolia.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-697-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Naszym przyjaciółkom

Anna bała się sztormów. Odkąd mieszkała w Gdańsku, przeżyła ich już kilka, a może nawet kilkanaście. Mimo to budziły w niej strach. Nawet teraz, gdy siedziała z laptopem na kanapie, przykryta grubym, puszystym kocem, czuła na przedramionach gęsią skórkę. Szalejący za oknem żywioł uświadamiał jej dobitnie, jak bardzo jest krucha i słaba w porównaniu z nieprzewidywalnymi siłami natury oraz że na wiele rzeczy najzwyczajniej w świecie nie ma wpływu. Nie lubiła tego uczucia.

Za oknami przeraźliwie wył wiatr. Anna przez kilka minut wpatrywała się w zajawkę artykułu o tym, że szalejący od wczoraj na Bałtyku sztorm zniszczył w nocy molo na Brzeźnie. Ostatnio coraz częściej chodziła tam z córką na spacery – Basia zawsze uspokajała się, słysząc szum morza, a Anna miała wtedy czas, by odsapnąć od codzienności i porozmyślać. W tamtym momencie jednak daleko jej było do towarzyszącego tym spacerom spokoju. Mimo to z ciekawości, chociaż wiedziała, że nie powinna, najechała kursorem na link kierujący do artykułu i jej oczom ukazały się zdjęcia przedstawiające połamane deski oraz powyginane barierki, w których jeszcze kilka dni temu odbijało się słońce. Na ten widok aż się wzdrygnęła.

Mimo że wczesną wiosną taka pogoda nie była w Gdańsku niczym nadzwyczajnym, Anna nigdy do niej nie przywykła. Mieszkała tu już dobrych kilkanaście lat, lecz w takie dni nadal tęskniła za spokojnym Mazowszem, gdzie jej rodzice spędzili młodość, a ona dzieciństwo.

W przeszłości często wyrzucała im, że przeprowadzka do Gdańska była kiepskim pomysłem, z czasem jednak zaprzyjaźniła się z tym miastem. Teraz drażniła ją tylko nieprzewidywalność gdańskiej pogody. Już jako dziecko nie lubiła burz czy innych tego typu ekscesów. Obecnie dawały jej się we znaki, zwłaszcza gdy – tak jak teraz – nie było przy niej Kamila. Jej mąż był marynarzem floty handlowej, od wielu lat pracował na kontenerowcach. Hulający sztorm sprawiał, że jeszcze boleśniej doskwierało jej, że go tu nie ma. Marzyła, by schować się teraz w jego silnych ramionach. Choć był już marzec i w powietrzu czuło się pierwsze podrygi wiosny, szalejący za oknami wicher oraz ulewa potęgowały przenikliwe uczucie zimna. Synoptycy we wszystkich telewizyjnych stacjach informowali, że prędkość wiatru przekracza w porywach nawet sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Ich słowa potwierdzało dudnienie drzwi wyjściowych; Anna, przechodząc kilka minut wcześniej korytarzem, miała wrażenie, że któryś z silniejszych podmuchów wyrwie w końcu te drzwi i wedrze się do środka.

W salonie panował przyjemny półmrok. Jedynie stojąca za kanapą lampa z okrągłym kloszem rozświetlała odrobinę pokój, rzucając cienie na meble. Anna siedziała z podkulonymi nogami, opierając się o miękkie, szare poduszki. Jej długie, brązowe włosy opadały na smukłe ramiona otulone miękkim, beżowym swetrem. Na podkładce obok laptopa stał kubek z gorącą herbatą, obok niej natomiast wylegiwał się biały terier Teo, którego Kamil kupił przed którymś z pierwszych rejsów – może po to, by zapełnić pustkę, którą po sobie zostawiał. To był jeden z najmilszych gestów, na jakie kiedykolwiek się zdobył, i nawet teraz, po pojawieniu się Basi, Anna bardzo go doceniała. Kudłaty Teo doskonale sprawdzał się jako powiernik sekretów i smutków. Umiał słuchać jak nikt inny oraz wspaniale pocieszał, gdy było jej źle. Anna uwielbiała, kiedy wtulał nos w jej rękę – nie wyobrażała sobie życia bez tej białej kulki u boku.

Ze wszystkich miejsc w swoim domu Anna najbardziej lubiła właśnie salon, a dokładniej tę szarą kanapę, na której teraz siedziała. Kanapa była pierwszym meblem, jaki wspólnie kupili, gdy wprowadziła się do Kamila, i to właśnie tu najchętniej spędzała każdą wolną chwilę. Na moment przymknęła powieki, po czym głęboko westchnęła. Ach, ile by dała, żeby był tu teraz… Przy nim nie odczuwałaby strachu…

Gdy się poruszyła, rzucane przez lampę cienie zmieniły ułożenie na jej twarzy, podkreślając delikatne zmarszczki wokół oczu. Przez to, że zajęta kilkumiesięczną Basią była ostatnio w ciągłym ruchu, nawet nie zauważyła, kiedy powstały. Nie chciała jednak teraz o nich myśleć. Zamiast tego wyobraziła sobie Kamila: jego muskularne ramiona, w których zwykł ją zamykać, ciemną, bujną czuprynę, w którą uwielbiała wsuwać palce, roześmiane oczy. Do powrotu jej męża z rejsu zostało niewiele ponad miesiąc. Jakoś wytrzyma. Musi. W końcu to nie pierwszy raz.

Żeby nie pogrążyć się w tęsknocie, szybkim ruchem odrzuciła koc i zajrzała do śpiącej w pokoju obok córeczki. Nad stojącą przy ścianie kołyską rozciągał się sznur kolorowych lampek ukrytych we wnętrzu bawełnianych kul i różowy baldachim, który kilka miesięcy temu z zaangażowaniem wybierała w sklepie z artykułami dla niemowląt. Idealnie pasował do liliowych ścian oraz cukierkowego dywanika leżącego na podłodze. Pokoik małej był niewielki, a dzięki tym ciepłym kolorom sprawiał wrażenie jeszcze przytulniejszego. To było idealne miejsce dla kilkumiesięcznej dziewczynki oraz spełnienie marzeń każdej pragnącej dziecka matki. Anna niemal bezszelestnie podeszła do łóżeczka. Rozsunęła lekką tkaninę i przyjrzała się twarzy śpiącej Basi. Bijący z niej błogi spokój dodał jej otuchy. Z zamkniętymi oczami Basia wyglądała jeszcze bardziej niewinnie niż za dnia, po przebudzeniu. I wydaje się jeszcze bardziej podobna do ojca, westchnęła do siebie Anna, uśmiechając się przy tym. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że Basia będzie kiedyś wspaniałym człowiekiem. Dokładnie tak samo czułym, troskliwym oraz silnym jak Kamil. Oby tylko bardziej obecnym w życiu Anny niż on.

Patrzyła na Basię jeszcze przez kilka chwil, aż w końcu po cichu, by jej nie obudzić, wróciła do salonu. Ponownie wgramoliła się pod koc i wzięła na kolana podstawkę z laptopem, uważając przy tym, by nie rozlać herbaty. Upiła kilka łyków, po czym zajęła się analizowaniem artykułu o sztormie. Tym razem nie tylko przyjrzała się zdjęciom, lecz także go przeczytała. Autor tekstu podawał, że sztorm osiągał dziś nawet jedenaście stopni w skali Beauforta, co równało się naprawdę poważnym i rozległym zniszczeniom na lądzie. Oby tylko nikt nie ucierpiał… Anna popatrzyła przez okno. Nie zasłoniła jeszcze rolet i mimo panujących na zewnątrz ciemności doskonale widziała zacinający o szyby, niesiony wiatrem deszcz. Na jej przedramionach znowu pojawiła się gęsia skórka, a w głowie rozgorzał podświadomy lęk. Podniosła się z kanapy i podeszła do okna, by z bliska spojrzeć na rozbijające się o nie krople. Deszcz był tak rzęsisty, że nie widziała nic poza majaczącymi w oddali światłami osiedlowych lamp.

Wpatrzona w nie, objęła się ramionami w pasie i zamyśliła. Przez cały dzień miała złe przeczucia. Może to tylko głupie, babskie wymysły, ale… coś ewidentnie było nie tak. Tylko co? Rozmawiała z Kamilem nie dalej niż dwa dni temu i mówił, że wszystko u niego w porządku. Rejs przebiegał zgodnie z planem, pozostali marynarze też mieli się dobrze, zapewnił, że nie może doczekać się powrotu do domu. Zwykle wolał pisać e-maile, ale przed wpłynięciem do Zatoki Adeńskiej zawsze telefonował, by ją uspokoić, pomimo tego, że połączenia były bardzo drogie.

Odkąd w ich życiu pojawiła się Basia, nie pracował już tyle co dotychczas. Coraz chętniej i coraz częściej spędzał tygodnie na lądzie, by móc nacieszyć się nie tylko żoną, ale też córką. Zamienił dziewięć miesięcy na wodzie i trzy na lądzie na sześć tu, sześć tam. Pracował więc teraz w systemie trzy-trzy. Trzy miesiące na statkach, trzy z rodziną. Dla Anny to jednak nadal było za mało. Choć wiedziała, na co się pisze, wychodząc za marynarza, chciała mieć go przy sobie przez cały czas.

Nagle spojrzenie Anny padło na stojącą na parapecie ramkę z rodzinnym zdjęciem, które zrobili sobie w ostatnią Wigilię. Gdy po nią sięgnęła, usta rozświetlił jej uśmiech. Dobrze wyglądali we trójkę. Na twarzach utrwalonych na fotografii malowały się rumieńce, a z oczu niemal emanowało szczęście. Kamil obejmował ją ramieniem, a ona trzymała Basię tak, by zwrócić twarz małej w stronę aparatu. To było jedno z jej ulubionych zdjęć. Mimo upływu czasu Anna doskonale pamiętała chwilę, w której je sobie zrobili. I kilka cudownych godzin, jakie po tej chwili nastąpiły, gdy już ułożyli Basię do snu.

Przywołując w pamięci ten wieczór, na moment przymknęła oczy. Mimo wyjącego wiatru i uderzających o futrynę drzwi udało jej się oczami wyobraźni zobaczyć rozbawioną twarz Kamila, kiedy beztrosko rzucili się na łóżko. Widziała jego błyszczące tęczówki, słyszała niski głos, którym szeptał jej do ucha czułe słówka. Zatraciła się w tym wspomnieniu tak bardzo, że prawie poczuła go obok siebie, jakby był tu naprawdę. Miała wrażenie, że owionął ją zapach jego ciała zmieszany z męskimi perfumami i wonią mydła; niemal poczuła na ramieniu jego oddech.

Po chwili jednak uświadomiła sobie, że to nie Kamil muska jej skórę, ale zimny, wdzierający się przez nieszczelne okna wiatr. Gwałtownie otworzyła oczy i zachwiała się tak, że musiała wykonać krok w tył, by nie stracić równowagi. Ramka ze zdjęciem, którą trzymała w dłoni, zakołysała się niebezpiecznie, po czym wypadła jej z ręki, z brzękiem uderzając o podłogę. Drewniana oprawa pozostała nienaruszona, lecz szkło rozpadło się na setki kawałeczków. Śpiący dotychczas spokojnie Teo zerwał się z kanapy i pognał do sypialni, by schować się za łóżko. Nie należał do najodważniejszych psów świata.

– No pięknie. – Anna uklękła na podłodze i zaczęła zbierać większe odłamki szkła, uważając przy tym, by nie pokaleczyć sobie palców. Pochylona nad rozbitą ramką nawet nie pomyślała, że za jakiś czas ten moment i szalejący na zewnątrz żywioł staną się dla niej symbolem zmian, które zajdą w jej życiu. Sztorm wyrządzi bowiem więcej szkód, niż mogłaby przypuszczać. Przyniesie prawdziwe spustoszenie niczym najgwałtowniejszy orkan, i nic już nie będzie takie samo.

Ale tamtego wieczoru nie mogła tego wiedzieć. Na razie tylko spiesznie posprzątała rozbite szkło. Na wszelki wypadek przemyła jeszcze podłogę, po czym zgasiła lampę, wykąpała się, położyła do łóżka i zapadła w sen. Uciekła w krainę błogiej nieświadomości.

W ten zimny, marcowy wieczór wiatr huczał nieprzyjemnie za oknami restauracji. Jego mocniejsze powiewy przyprawiały o dreszcze, a dudniący o szyby deszcz dobijał się jak złowrogi, nieproszony gość. Ludmiła stała za barem, opierając się o kontuar, i obserwowała beznamiętnie widoczne w oddali wzburzone morze. Piotr pojechał po zamówienie, Zygmunt, ich kucharz, najprawdopodobniej drzemał gdzieś na zapleczu, a ponieważ w taką pogodę w restauracji pojawiało się niewielu gości, Ludmiła postanowiła sama zająć się obsługą, zwalniając kelnerki wcześniej do domu. Nie miała więc nawet do kogo się odezwać. Przez jej głowę przemykało za to mnóstwo rozproszonych wspomnień.

Nie dalej niż dziesięć lat temu przeprowadziła się do Gdańska. Studia nad morzem nie były jej pierwszym wyborem, ale chciała za wszelką cenę wyrwać się z domu rodzinnego. Ucieczka ze Stalowej Woli na drugi koniec Polski była tym, czego wówczas najbardziej potrzebowała. Nierozumiejący jej rodzice, których kłótni musiała wysłuchiwać co drugi dzień, tylko przypieczętowali tę decyzję; nie poprosili nawet, by się nad nią zastanowiła. Spakowała się więc, pożegnała bez żalu ze wszystkim, co ją trzymało w rodzinnym mieście, i wyjechała na Wybrzeże. Przez rok studiowała ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim, ten kierunek jednak nie wciągnął jej na tyle, by go ukończyła. Porzuciła naukę, nie podchodząc nawet do egzaminów podczas drugiej sesji, i postanowiła poświęcić się dziedzinie, która – jak jej się wówczas wydawało – interesowała ją o wiele bardziej. Ukończyła pierwszy stopień filologii polskiej. Na drugi się już nie zdecydowała, zaprzątnęła ją bowiem kolejna pasja, która najpełniej wpisywała się w jej porywczą naturę. Zapisała się do Sopockiej Szkoły Fotografii i zaocznie ukończyła dwuletni kurs.

Już jako studentka musiała być niezależna, nie mogła liczyć na rodziców i ich wsparcie, ponieważ oni sami borykali się z problemami finansowymi. Toteż by zarobić na opłacenie akademika, a później wynajętego pokoju oraz czesnego, zaczęła szukać pracy – samo stypendium nie wystarczało. W ten sposób trafiła do nadmorskiej restauracji, serwującej głównie ryby, prowadzonej przez rodziców Piotra.

Był od niej starszy o pięć lat. Gdy go poznała, nie sądziła, że los nieprzypadkowo sprowadził ją właśnie w to miejsce. To on przyjął ją do pracy na zmywaku, to on awansował ją na kelnerkę, a później… na żonę. Gdy zaczęli się spotykać, był dla niej ideałem, troskliwym, lecz pewnym siebie mężczyzną, który wiedział, czego oczekuje od życia. Restauracja została mu przeznaczona, zanim się urodził; jako jedynak nie miał wątpliwości, że pewnego dnia odziedziczy rodzinny biznes. Wówczas Ludmile to w ogóle nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie – była pełna podziwu. Narzeczony-przedsiębiorca, który po przejściu rodziców na zasłużoną emeryturę obejmuje stery rodzinnego biznesu, imponował. Była w nim zakochana bez pamięci, a on nosił ją na rękach. Szybko się pobrali i kupili mieszkanie na nowoczesnym osiedlu. Byli zgodnym małżeństwem, rzadko się kłócili, a gdy już do tego dochodziło, godzili się w mgnieniu oka, zapominając, o co właściwie poszło. Wszystko układało się nad wyraz dobrze, bez większych burz. Groźne sztormy obserwowała tylko za oknem.

Z zamyślenia wyrwał ją trzask drewnianej okiennicy, która nagle z impetem uderzyła o zamknięte okno. Ludmiła aż podskoczyła i zaraz pobiegła sprawdzić, czy nic się nie stało. Powoli przesunęła palcem po drewnianej ramie. Tylko w rogu szyby dostrzegła niewielkie pęknięcie, nie było się jednak czym martwić. Skuliła się lekko, po czym objęła ramionami w talii. Powoli zmierzchało, na ulicy i chodniku nie było żywego ducha. Nic dziwnego więc, że i restauracja świeciła pustkami. Świst wiatru oraz miarowe dudnienie deszczu zagłuszały snującą się w tle melodię płynącą ze starej szafy grającej. Zapalone na barze świece ocieplały za to nieco wnętrze. Ludmiła potarła ramiona, westchnęła ciężko i rzuciwszy okiem w kierunku falochronu, który tego dnia w ogóle nie radził sobie ze spienionymi falami, wróciła za bar. Znużona popatrzyła na pozostawione przez Piotra faktury, te zaś wywołały wspomnienia z pierwszego roku studiów. Czy aby na pewno decyzje, które podjęła jako młoda dziewczyna, były słuszne? Przejrzała stos dokumentów, niewiele z nich rozumiejąc, po czym usiadła na stołku, wyjęła spod lady kalkulator i zaczęła obliczać utarg według instrukcji pozostawionej przez męża.

Po jakimś czasie znów usłyszała dobiegający z zewnątrz chrzęst. Podniosła głowę, lecz nie dostrzegła niczego niepokojącego zza baru, więc ponownie podeszła do okna. Tocząca się chodnikiem metalowa puszka po farbie najprawdopodobniej została podmuchami wiatru wywleczona ze składowiska rupieci założonego przez ich sąsiada tuż obok restauracji. Ludmiła powiodła za puszką wzrokiem; pojemnik stoczył się z niewielkiego pagórka i po chwili zniknął z pola widzenia. Wówczas jej uwagę przykuł widok zbliżającego się w kierunku restauracji samochodu. Światła pojazdu raziły ją, agresywnie wdzierając się do przyciemnionego pomieszczenia. Pewnie to on wracał z hurtowni. Jej przypuszczenia potwierdziły się, gdy samochód zatrzymał się na stałym miejscu, po czym Piotr, zmagając się z ulewą smagającą mu twarz, wbiegł do środka.

Początkowo jej nie zauważył. Próbując wyswobodzić się ze sztormiaka, rzucił przemokniętą teczkę na najbliższy stolik i strzepnął z siebie krople deszczu. W końcu zdjął mokrą kurtkę, a następnie odwiesił ją na wieszak tuż przy drzwiach. Dopiero wtedy dostrzegł, że Ludmiła stoi przy oknie i go obserwuje. Podszedł więc, pocałował ją w policzek, pogładził po ramieniu, a następnie bez słowa wrócił po zostawione na stoliku dokumenty i zniknął na zapleczu.

Gdy go zobaczyła, kamień spadł jej z serca. Armagedon za oknem przywodził na myśl najczarniejsze scenariusze. Bała się o Piotra zawsze, gdy wychodził w taką pogodę. Co prawda nie był marynarzem, którego sztorm mógł zaskoczyć na morzu, ale był jej mężem i kochała go – troska pojawiała się bezwarunkowo. Jednocześnie jednak nie była pewna, czy to uczucie jest spowodowane rzeczywistym strachem czy raczej swego rodzaju poczuciem obowiązku. W końcu jako żona powinna martwić się o swojego męża, tak wypadało. Nagle pomyślała o Annie. Jej przyjaciółka musiała odchodzić od zmysłów. Kamil kolejny tydzień spędzał na morzu i choć nie był to jego pierwszy rejs, Ludmiła wiedziała, że Anna martwi się o niego, nawet gdy wody są spokojne, a pogoda wymarzona do żeglugi.

Ludmiła i Anna poznały się na studiach. Wspólnie zaczynały filologię polską, mimo że Anna była od Ludmiły rok młodsza. Ich przypadkowe spotkanie podczas składania dokumentów rekrutacyjnych okazało się początkiem pięknej przyjaźni. Szybko nawiązały nić porozumienia – wymieniły się wtedy numerami telefonów i umówiły na kawę. Przez pierwszy rok pobytu w Gdańsku Ludmiła mieszkała w akademiku, dlatego też nie znała dokładnie miasta, Anna zaoferowała więc, że zostanie jej przewodnikiem. Ich przyjaźń w ciągu kolejnych lat tylko się umacniała. Mogły na siebie liczyć w każdej sytuacji i choć w pewnych kwestiach bardzo się różniły, nigdy się nie pokłóciły. Były prawie jak siostry, niczym papużki nierozłączki towarzyszyły sobie podczas każdego wyjścia do miasta czy na uczelnię. Jedynie na imprezę, podczas której Anna poznała Kamila, nie poszły razem. Ludmiła miała tego dnia rozmowę w sprawie pracy u… Piotra. Zrządzeniem losu nawet swoich mężów poznały tego samego dnia.

Dlatego też, gdy tylko myśl o Kamilu i przejętej jego nieobecnością przyjaciółce pojawiła się w głowie Ludmiły, od razu podeszła do baru i sięgnęła po telefon. Niestety pierwsza próba dodzwonienia się do Anny nie powiodła się. „Abonent jest poza zasięgiem sieci” – poinformowała ją automatyczna sekretarka. Przy takiej pogodzie zakłócenia sygnału były częste, ale Ludmiła i tak zaczęła się niepokoić. Nawiązanie połączenia internetowego też graniczyło z cudem. W takich sytuacjach Ludmiła czuła się, jakby mieszkała na peryferiach świata jeszcze odleglejszych od jakiegokolwiek centrum niż znienawidzone przez nią rodzinne miasto. Westchnęła ciężko, po czym odrzuciła telefon z powrotem na blat kontuaru.

Nie była już w stanie skupić się na dokumentach. Usiadła na barowym stołku i zamyśliła się, słuchając dobiegających z kuchni głosów niezadowolenia. Najwyraźniej Piotr i Zygmunt także pomstowali na to, co działo się na zewnątrz. Nie zauważyła, gdy Piotr usiadł na stołku obok niej i czule pogładził ją po plecach, obserwując jej zatroskaną minę. Nawet nie siliła się na uśmiech. Widziała jednak, że mąż swoją obecnością próbuje dodać jej otuchy, chwyciła więc jego dłoń i lekko ścisnęła. W tym momencie okiennica znów trzasnęła z hukiem o futrynę, a drobna dotąd rysa na szybie stała się bardziej widoczna. Oboje spojrzeli w kierunku okna. Być może już wtedy przeczuwali, że owo pęknięcie było czymś znacznie poważniejszym niż kilkucentymetrową szramą na szkle.

Kamil obudził się z myślą, że życie na statkach uczy pokory i leczy z egocentryzmu. Podczas gdy na lądzie dominuje pogląd, że liczysz się wyłącznie ty sam, na morzu każdy marynarz odpowiada nie tylko za siebie, ale też za cały zespół. Jeśli spędzasz trzy miesiące na ograniczonej przestrzeni z tymi samymi ludźmi, z każdym dniem coraz bardziej czujecie się jak rodzina. Opowiadacie sobie o wszystkich problemach, tęsknotach i radościach, choć może to śmieszne – w końcu marynarze, jak na twardzieli przystało, nie powinni gadać o uczuciach jak jakieś baby. Wspólna żegluga zbliża niemal tak samo jak pobyt w jednej celi, a zawierane na statkach przyjaźnie trwają przez całe życie. Związki marynarzy z kobietami niejednokrotnie się sypią, żonom trudno znieść długie nieobecności mężów, dzieci też odchodzą, trzymając stronę matek, i piszą krótkie SMS-y o treści „nie dzwoń”. Za to towarzyszy na statku łączy coś w rodzaju braterstwa krwi.

Właśnie o tym tego poranka myślał Kamil, wpatrując się w wodę za burtą – o przyjaźni będącej namiastką wieczności. A to wszystko dlatego, że śniło mu się, jak Anna zabiera Basię i odchodzi do innego mężczyzny. W tym śnie wrócił do mieszkania, wszedł do środka, jak zwykle zdejmując buty w korytarzu, lecz zamiast szczekania psa i radosnych okrzyków żony przywitała go pustka. Anna zabrała wszystkie swoje rzeczy bez słowa wyjaśnienia, po czym najzwyczajniej w świecie zaczęła życie u boku kogoś innego, kto zamierzał poświęcić jej więcej uwagi niż Kamil. To był prawdziwy koszmar.

Kamil pływał na statkach marynarki handlowej już od prawie dziesięciu lat i był świadkiem rozpadu wielu związków, które według definicji miały być wieczne. Jego kumple z załogi dostawali e-maile albo telefony, w których żony zwięźle informowały ich o tym, że już nie potrafią być same lub od kilku miesięcy prowadzą inne, lepsze życie, po czym odchodziły, znikając na zawsze. Niektórzy znosili to z honorem, płakali tylko, gdy byli sami, na zewnątrz grając twardych. Ale zdarzali się też tacy, którzy z rozpaczy wychodzili nocą na pokład, po czym cicho skakali przez burtę. Kamil za każdym razem, gdy był świadkiem tych rodzinnych dramatów, mówił sobie, że jego to nie spotka. Anna nie była jakąś przypadkową kobietą, z którą związał się jedynie po to, by mieć do kogo wracać, ale miłością jego życia. Tą prawdziwą, jedyną i trwającą wiecznie.

Poznali się w sposób niezbyt oryginalny czy romantyczny, jeszcze podczas studiów, na imprezie andrzejkowej w jakimś zatłoczonym klubie. Oboje poszli tam tylko się zabawić, nie z zamiarem poznania potencjalnego towarzysza życia. Zresztą kto, idąc na imprezę, w ogóle myśli o małżeństwie? Los jednak po raz kolejny udowodnił, że uwielbia płatać figle.

Tamtego wieczoru Kamil był już po kilku piwach, gdy zauważył zgrabną brunetkę w obcisłej sukience podkreślającej wszystkie atuty jej figury, kołyszącą się na parkiecie. Nie wahał się ani chwili – po prostu podszedł i porwał ją do tańca. Złapał ją za rękę, obracając tak szybko, że nawet nie zdążyła zaprotestować. A potem, pewnie też tylko dlatego, że był lekko pijany, bo jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie, raczej nie należał do najśmielszych, przyciągnął ją do siebie tak jak jeszcze nigdy nikogo; tańczyli ze sobą prawie do rana.

– Dasz mi swój numer? – zapytał dopiero kilkanaście minut przed zamknięciem lokalu.

Anna pokiwała głową, więc wydobył z kieszeni komórkę, by wpisała swój numer, po czym Anna od razu mu ją oddała.

– Jakie imię mam wpisać? – próbował przekrzyczeć muzykę. Mimo że spędzili ze sobą pół nocy, Kamil nadal go nie znał.

– Anna – odkrzyknęła i zaśmiała się melodyjnie. – A ty?

– Kamil.

– Puść mi sygnał – powiedziała mu na ucho i nie czekając na odpowiedź, znowu się w niego wtuliła, by nie stracić ani chwili z kończącej się właśnie nocy.

Zadzwonił do niej następnego dnia. Odebrała już po pierwszym sygnale i przyjęła zaproszenie na randkę. Spędzili ze sobą cudowne niedzielne popołudnie, a potem następne i następne, z każdym dniem poznając się coraz lepiej. Po kilku miesiącach oboje mieli już pewność, że to jest to – najzwyczajniej w świecie – choć na początku nic na to nie wskazywało. Zakochali się w sobie, a później to uczucie przerodziło się w miłość. Stali się sobie tak bliscy, że nie mogli już bez siebie żyć.

To właśnie dlatego za każdym razem, kiedy jego statek wpływał do Zatoki Adeńskiej, Kamil dzwonił do Anny, informując, że wszystko jest w porządku. Była najważniejszą osobą w jego życiu i wiedział, że ona myśli o nim tak samo, a co za tym idzie – że zawsze na tym etapie rejsu najbardziej się o niego zamartwia. Świat co i rusz obiegały informacje o bestialskich atakach somalijskich piratów. Jak znał Annę, całymi wieczorami wyszukiwała w Internecie informacje na ten temat, by upewnić się, że jego statek jest bezpieczny. Kamil dzwonił więc, bo nie chciał jej dodatkowo denerwować. Swoją powtarzającą się nieobecnością i tak dostarczał jej dość powodów do zmartwień.

– Kocham cię. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – powtarzał za każdym razem, mimo że pływanie wzdłuż wybrzeży Somalii było niezwykle stresujące.

– Ja też cię kocham – odpowiadała Anna. – Czekam na ciebie w domu, do zobaczenia – mówiła, po czym rozłączała się pospiesznie, by tylko się nie rozkleić podczas rozmowy. Przez kilka lat wspólnego życia zdążyli już wypracować sobie wiele rytuałów. Te czułe pożegnania były jednym z nich.

Odkąd w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku na wodach otaczających Róg Afryki nasiliły się ataki piratów, żaden z wchodzących na pokład marynarzy nie czuł się już tak bezpiecznie jak wcześniej. Pożegnania z bliskimi stały się bardziej rzewne, rozstania na lotniskach przed rejsami – boleśniejsze. Wszyscy marynarze niemal na pamięć znali zatrważające statystyki i ciągle rosnące liczby zakładników. Załogi, zbliżając się do Zatoki Adeńskiej, przygotowywały się na najgorsze. Za każdym razem mogły tylko mieć nadzieję, że piracki statek matka i pływające wokół niego łodzie nie wybiorą na celownik właśnie ich. W tym miejscu każdy marynarz stawał się wyjątkowo religijny. Każdy tak samo żarliwie prosił o cud.

Tego ranka Kamil nie przeczuwał niczego złego. Świeciło słońce, woda połyskiwała, mieniąc się w jego promieniach, a niebo było bladobłękitne i niemal bezchmurne. Statek leniwie przecinał fale, każdy członek załogi spokojnie zajmował się tym, co do niego należało, pozwalając sobie w międzyczasie na luźne pogawędki albo żarty. Zresztą ulubiona godzina piratów – piąta rano, kiedy to w zatoce było dość mglisto i widoczność spadała do około czterech mil – już dawno minęła. To właśnie dlatego, gdy zaledwie godzinę później Kamil usłyszał wycie syreny alarmowej i okrzyki, że zbliżają się do nich łodzie pirackie, serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Stanął jak wryty, zastanawiając się, czy to nie jakiś alarm próbny, jednak już chwilę później wyczytał z twarzy biegających po pokładzie kolegów, że to nie są kolejne ćwiczenia, lecz jak najbardziej prawdziwy atak. Zaklął pod nosem, ruszając do kryjówki, którą wyznaczono mu podczas ćwiczeń. Do tej pory nie myślał o tym, że będzie musiał z niej kiedyś skorzystać.

Chwilę później rozległy się pierwsze strzały.

– Trzy mile za nami! – słyszał niewyraźne okrzyki kapitana, gdy biegł ku drzwiom kajuty. – Kurs?! – kapitan wołał do sternika.

– Dwieście trzydzieści.

– Przejdź na sto osiemdziesiąt!

– Przechodzę na sto osiemdziesiąt. – Marynarz zakręcił kołem i statek zmienił kurs.

– Zbliżają się coraz szybciej! – krzyczał ktoś inny. – Są trzy łodzie. Po czterech na każdej z nich.

– Jaką mamy prędkość? – zapytał kapitan. Starał się zachowywać spokój, lecz głos nieznacznie mu drżał. I nie było w tym nic dziwnego. Żaden z dowódców nie chciał spotkać piratów podczas swojej warty. To była swego rodzaju klęska.

Kamil biegł przed siebie, słysząc, jak ktoś dzwoni przez radiotelefon do brytyjskiej organizacji zajmującej się monitorowaniem ruchu statków na Oceanie Indyjskim, choć pewnie żaden z marynarzy znajdujących się teraz na tym kontenerowcu nie wierzył, by na cokolwiek się to zdało. Na wodzie panują inne reguły niż na lądzie – nie ma tu pogotowia, straży pożarnej ani policji. Załoga jest zdana tylko na siebie i jedyne, co może zrobić, to nauczyć się bronić samodzielnie. Nie od dziś wiadomo jednak, że w sytuacji zagrożenia rozum zawodzi, a górę biorą emocje. Kiedy więc pierwsza z pirackich łodzi podpłynęła na tyle blisko, że jeden z piratów wystrzelił już w górę linę zakończoną hakiem i zaczepił ją o burtę, wszystkich ponownie sparaliżował strach. Z piratami nie ma żartów. Jeżeli mają broń, a najczęściej tak właśnie jest, załoga wybranego przez nich statku jest niemal całkowicie bezsilna.

Kamil biegł w dół po schodach, czując, jak serce kołacze mu w piersi. Sytuacja była poważna, cały drżał. Jego oddech był urywany, a bicie serca tak szybkie, że od nadmiaru tlenu w mózgu niemal kręciło się mu w głowie. Pędząc przed siebie co sił w nogach, starał się myśleć tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznej kryjówce w maszynowni.

– Pierwszy pirat na pokładzie! – usłyszał głos dobiegający zza jego pleców. Pewnie w innej sytuacji natychmiast by go rozpoznał, teraz jednak nie miał pojęcia, do kogo należy.

Potem rozległ się głośny strzał. Kamil zacisnął powieki, próbując biec jeszcze szybciej. W końcu dopadł metalowych drzwi, za którymi ukrywał się już jeden z jego kolegów. Gdy dostał się do środka, zamknęli je pospiesznie, przekręcając znajdujący się w zamku klucz.

– Jesteśmy ugotowani – wyszeptał tamten, z przerażeniem patrząc Kamilowi w oczy.

Kamil zdążył tylko otworzyć usta, lecz nic nie powiedział, bo dobiegł ich znany wcześniej tylko z filmów dźwięk strzelającego kałasznikowa. Któryś z piratów właśnie puścił serię.

– Nie wierzę… – pokręcił głową Kamil.

Potem wydarzenia potoczyły się tak szybko, że nie umiałby ich odtworzyć. Zarejestrował tylko jedno – przelatujące mu przed oczami życie oraz wspomnienie roześmianych twarzy Anny i Basi – kiedy uzbrojeni piraci wywlekali go z kryjówki.

– To koniec – powiedział ukrywający się z nim marynarz, ale Kamil już tego nie słyszał. Miał wrażenie, że ogłuchł i oślepł z emocji. Sparaliżował go strach.

Czasami Piotr zastanawiał się, czy praca w rodzinnej knajpie była spełnieniem jego marzeń. Choć od najmłodszych lat wiedział, że odziedziczy tę restaurację, miał cichą nadzieję, że może jednak po ekonomii zatrudni się w jakiejś dużej korporacji i nie wróci do Gdańska. Widział się jako prezes ogromnego przedsiębiorstwa, którego główna siedziba mieściłaby się na co najmniej dziesiątym piętrze jakiegoś wieżowca w stolicy.

Był niemal pewny, że po praktykach, które odbywał podczas ostatniego roku studiów w SGH, zaproponują mu etat w firmie zajmującej się doradztwem biznesowym. I choć bardzo pragnął dla siebie właśnie takiej przyszłości: w garniturze, we własnym gabinecie, z piękną asystentką u boku, nie potrafił pozbyć się myśli, że w ten sposób zaprzepaści wszystko, na co jego rodzice pracowali przez lata. W końcu był ich jedynym dzieckiem. Wiedział, że mają coraz mniej sił i jeśli zdecyduje się zostać w Warszawie, będą musieli sprzedać restaurację. Podjął wtedy jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu – wrócił do Gdańska.

Najpierw pomagał w papierkowej robocie, potem zajął się zarządzaniem, a kilkanaście miesięcy później niemal całkowicie przejął stery rodzinnego biznesu, pozwoliwszy rodzicom przejść na zasłużoną emeryturę. Studia też mu się przydały, bo dzięki nim potrafił lepiej zorganizować pracę restauracji od strony formalnej. Faktury i inne dokumenty księgowe nie stanowiły dla niego takiej zagadki jak niejednokrotnie dla jego ojca, który załamywał ręce nad pełnymi rozliczeń tabelami. Piotr wiedział więc, że choć jego studenckie marzenia się nie ziściły, jest we właściwym miejscu. Jego rodzina odetchnęła z ulgą, restauracja podwoiła swoje dochody, a wewnętrzny spokój, który dzięki temu odczuwał, dawał mu ogromną satysfakcję.

Tym ułożonym życiem zatrzęsła dopiero Ludmiła. Gdy tamtego dnia zobaczył ją w progu restauracji, wiedział, że ta dziewczyna wniosła ze sobą coś więcej niż podmuch porywistego, sztormowego wiatru. Wyglądała na przestraszoną, ale podekscytowaną. Rozejrzała się nerwowo po sali, a on obserwował ją zza baru, wycierając szklanki. Miał nadzieję, że nie zajmie żadnego ze stolików i nie poczeka na kelnerkę, lecz podejdzie wprost do niego. Tak też się stało. Złapała jego spojrzenie i niepewnym krokiem ruszyła w stronę kontuaru.

Ku jego zdziwieniu nie usiadła na wysokim krześle barowym, tylko położyła dłonie na blacie i zagryzła nerwowo wargi.

– Przepraszam… – zaczęła przejęta – przyszłam na rozmowę w sprawie pracy. Znalazłam ogłoszenie w gazecie regionalnej i…

Na chwilę zabrakło mu słów. Wiedział już, że cokolwiek by nie powiedziała, zatrudni ją bez wahania. Zakochał się w tych przestraszonych oczach, a jej melodyjny głos wywoływał dreszcze na całym jego ciele. Rozwiane brązowe włosy miękko opadały jej na ramiona, przecinając pojedynczymi kosmykami zaróżowione policzki. Była jak delikatny powiew ciepłego wiatru. Jak promień słońca wschodzący po burzliwym sztormie. To była miłość od pierwszego wejrzenia.