Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć - Joanne Jowell - ebook + audiobook

Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć ebook i audiobook

Joanne Jowell

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Świadectwo hartu ludzkiego ducha – nadzwyczajna opowieść o niezwykłej kobiecie

„Przetrwałam okrucieństwa warszawskiego getta, komory gazowe Majdanka, bestialstwo Auschwitz i bezgraniczną beznadzieję Bergen-Belsen. Straciłam rodziców, braci, siostry, ich współmałżonków i dzieci. Ale dla mnie, chociaż to nienormalne, nie jest to niczym niezwykłym. Niezwykłe jest dla mnie to, że nadal potrafiłam kochać, rozmawiać, pisać, jeść tosty i pić herbatę, po prostu żyć”.

Historia Elli Blumenthal, która przeżyła Holokaust i rozpoczęła nowe życie w odległej Republice Południowej Afryki, jest lekcją wytrwałości, charakteru i… radości. Ze zgliszczy warszawskiego getta do nazistowskich obozów koncentracyjnych; z Polski przez Paryż i Palestynę aż do Kapsztadu. Jej opowieść to świadectwo ocalałych, relacja o wydarzeniach, o których nie wolno nam zapomnieć.

W cieniu wstydu i traumy, dręczących wielu ocalałych w latach bezpośrednio po wojnie, Ella stworzyła szczęśliwy dom, w którym niewielu znało jej cierpienie. Postanowiła wieść życie pełne pozytywnej energii – życie, które ma znaczenie.

 

O życiu Elli Blumenthal opowiada wielokrotnie nagradzany film dokumentalny I am Here (2021). Siostrzenicą Elli jest Rachel Roth, również ocalała z Holokaustu, autorka książki Przysięgnij, że przeżyjesz.

 

Joanne Jowell – autorka, która w swoim pisarstwie łączy literaturę faktu z elementami narracji literackiej. Opowiada historie, w których daje przestrzeń wielu głosom i zgłębia wspólnotę ludzkich doświadczeń. Poprzez swoje książki celebruje niezwykłe historie z życia zwykłych ludzi. Joanne mieszka w Kapsztadzie (RPA) z mężem, trójką dzieci i gromadką zwierząt. Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć to jej siódma książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 388

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Ryźlak

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Olajanuszkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

wspaniała, ważna historia, świetna lektorka
00



Dla moich dzieci, wnuków, prawnuków i przyszłych pokoleń.

Ella Blumenthal

Dla Maxxa – „Czołga”, „Łosia”, chłopaka, który w imieniu ma podwójny „x” – jak podwójny buziak.Ty już wiesz, że Ella jest legendą.Teraz opowiedz to swoim znajomym.

Joanne Jowell

Przedmowa

Za sprawą mo­jego, trwa­ją­cego już po­nad dwie de­kady, za­an­ga­żo­wa­nia w upa­mięt­nia­nie Ho­lo­kau­stu i edu­ka­cję w Po­łu­dnio­wej Afryce prze­czy­ta­łam wiele wspo­mnień i bio­gra­fii lu­dzi, któ­rzy prze­żyli Ho­lo­kaust, wiele z nich usły­sza­łam bez­po­śred­nio od nich sa­mych. Każda z tych hi­sto­rii mnie po­ru­szyła i zdu­miała, za­bie­ra­jąc mnie w wy­jąt­kową, wspólną po­dróż. Istot­nie, moja in­te­rak­cja i moje przy­jaź­nie z oca­la­łymi sta­no­wią je­den z naj­bar­dziej po­ru­sza­ją­cych, po­ucza­ją­cych i sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych aspek­tów wy­ko­ny­wa­nej przeze mnie pracy.

Jo­anne Jo­well spę­dziła bli­sko czter­dzie­ści pięć go­dzin na roz­mo­wach z Ellą Blu­men­thal, wy­jąt­kową ko­bietą, któ­rej ży­cie trwa już po­nad sto lat. Pod­czas wielu go­dzin spę­dzo­nych wspól­nie w domu Elli w Kapsz­ta­dzie na­wią­zała się mię­dzy nimi szcze­gólna re­la­cja, która umoż­li­wiła Elli po­dzie­le­nie się zło­żoną hi­sto­rią jej ży­cia, a Jo­anne skło­niła do głę­bo­kiej re­flek­sji. W re­zul­ta­cie po­wstała książka bę­dąca po­łą­cze­niem pa­mięt­nika i bio­gra­fii obu ko­biet.

Cho­ciaż w re­la­cji do­mi­nuje hi­sto­ria Elli, prze­ka­zana w du­żej mie­rze jej wła­snymi sło­wami, Jo­anne w mi­strzow­ski spo­sób upo­rząd­ko­wała wspo­mnie­nia, two­rząc fa­scy­nu­jącą książkę, pełną wni­kli­wych ob­ser­wa­cji, re­flek­sji i dba­ło­ści o szcze­góły hi­sto­ryczne. Czu­jemy się tak, jak­by­śmy rze­czy­wi­ście po­znali Ellę i sie­dzieli z Jo­anne, wspól­nie z nią przy­słu­chu­jąc się tej opo­wie­ści. Sta­ran­nie do­brane przy­pisy i wtrą­ce­nia Jo­anne na po­czątku i na końcu więk­szo­ści roz­dzia­łów wzbo­ga­cają tekst i po­ma­gają nam sku­pić się na naj­istot­niej­szych kwe­stiach. Nie­od­łącz­nym ele­men­tem prze­my­śleń za­równo Elli, jak i Jo­anne jest prze­kaz kie­ro­wany do młod­szego po­ko­le­nia, nie­zwy­kle istotny ze względu na fakt, że na­ocz­nych świad­ków Ho­lo­kau­stu jest wśród nas co­raz mniej. Dla­tego w tej książce obecne są dzieci, wnuki i pra­wnuki Elli, po­dob­nie jak dzieci Jo­anne. W hi­sto­rii Elli oraz jej re­la­cji ro­dzin­nych po­ja­wiają się te­maty od­dzia­łu­jące na mło­dych czy­tel­ni­ków, a przez to na­da­jące tej książce istotny i po­nad­cza­sowy cha­rak­ter.

Fakt, że Ella oca­lała z Ho­lo­kau­stu, miał zna­czący wpływ na jej ży­cie, ale wy­da­rzyło się w nim znacz­nie wię­cej, dzięki czemu przed czy­tel­ni­kiem ma­luje się por­tret ener­gicz­nej ko­biety peł­nej współ­czu­cia, in­te­li­gent­nej i re­flek­syj­nej. Jej po­czu­cie hu­moru, silna ży­dow­ska toż­sa­mość re­li­gijna i przy­wią­za­nie do ro­dziny prze­wyż­szają tra­ge­dię, nie­wy­obra­żalne cier­pie­nie i stratę, które stały się jej udzia­łem. Można by się spo­dzie­wać, że ta­kie do­świad­cze­nia ży­ciowe prze­peł­niają czło­wieka go­ry­czą, traumą i przy­tła­cza­ją­cym smut­kiem, tym­cza­sem Ella uosa­bia ra­dość i ce­le­bra­cję ży­cia.

Stwo­rzony przez Jo­anne Jo­well por­tret Elli Blu­men­thal in­spi­ruje i po­zo­staje w pa­mięci na długo po prze­czy­ta­niu ostat­nich słów. Książka Prze­ży­łam Au­schwitz, oszu­ka­łam śmierć sta­nowi silne świa­dec­two hartu ludz­kiego du­cha i jest po­tęż­nym na­rzę­dziem na­kła­nia­ją­cym nas do bu­do­wa­nia spra­wie­dli­wego, życz­li­wego i peł­nego em­pa­tii świata, do któ­rego po­win­ni­śmy dą­żyć.

Richard Freedman

Przewodniczący Rady Powierniczej Centrum Holokaustu i Ludobójstwa w Kapsztadzie

listopad 2022 r.

Od Au­torki

Mój na­sto­letni syn stoi przy biurku w swo­jej sy­pialni i za­pala za­pałkę.

Ko­tary są za­sło­nięte i za­nim nie roz­bły­śnie pło­mień, po­kój oświe­tla je­dy­nie blade świa­tło kom­pu­tera. Z ekranu przy­gląda mu się grupa uro­czy­stych twa­rzy.

Przed nim stoi świeca yah­rzeit[1] – dłu­go­pa­lący się ży­dow­ski sym­bol pa­mięci, któ­rego nie mu­szą za­pa­lać ci, któ­rych oboje ro­dzice żyją. On jed­nak ją za­pala.

Jest dwu­dzie­sty pierw­szy stycz­nia 2020 roku. Jom ha-Shoa[2].

W Re­pu­blice Po­łu­dnio­wej Afryki osią­gnę­li­śmy szczyt pan­de­mii CO­VID-19. Dziś moje dzieci po raz pierw­szy od trzech mie­sięcy wró­ciły do szkoły i do­piero te­raz je­stem w sta­nie za­jąć się pro­jek­tem, w który za­an­ga­żo­wa­łam się w 2017 roku. Mu­sia­łam na­pi­sać dwie inne książki, za­pla­no­wać fe­sti­wal li­te­racki i prze­trwać glo­balną pan­de­mię, abym w końcu za­brała się za pi­sa­nie hi­sto­rii Elli Blu­men­thal, oca­la­łej z Ho­lo­kau­stu. Od razu ude­rza mnie nie­po­ko­jąca zbież­ność pi­sa­nia o prze­szło­ści Za­głady w apo­ka­lip­tycz­nej te­raź­niej­szo­ści. Za­sta­na­wiam się, jak sama Ella po­dej­dzie do tych „bez­pre­ce­den­so­wych cza­sów”, prze­żyw­szy wła­sny „bez­pre­ce­den­sowy czas” pod­czas II wojny świa­to­wej. Czy jej tar­cza oca­la­łej ochroni ją przed tą plagą?

Moje roz­mowy z Ellą, główną bo­ha­terką książki, zo­stały prze­pro­wa­dzone wkrótce po tym, jak jej córka, Eve­lyn Ka­plan, zwró­ciła się do mnie z prośbą o spi­sa­nie tej hi­sto­rii. Cho­ciaż by­łam wtedy cał­ko­wi­cie po­chło­nięta przy­go­to­wy­wa­niem zu­peł­nie in­nej książki, chcia­łam jak naj­szyb­ciej spo­tkać się z Ellą i spi­sać jej re­la­cję. Czy to wie­dziona lę­kiem (przed odej­ściem peł­nej ży­cia, ener­gicz­nej, 96-let­niej wów­czas Elli), współ­czu­ciem (nie spo­sób nie otwo­rzyć ust ze zdu­mie­nia, sły­sząc choćby za­rys jej hi­sto­rii) czy oso­bi­stą cie­ka­wo­ścią (od dawna je­stem za­in­try­go­wana te­ma­tem Ho­lo­kau­stu), na­tych­miast po­sta­no­wi­łam re­gu­lar­nie spo­ty­kać się z Ellą i z nią roz­ma­wiać. Szczę­śli­wie wo­lała wi­dy­wać się wie­czo­rami, pod­czas gdy bo­ha­ter mo­jego in­nego pro­jektu pre­fe­ro­wał po­ranki. Go­dzi­łam więc wi­zyty u obu tych osób, czę­sto jeż­dżąc od jed­nej do dru­giej w ciągu tego sa­mego dnia i sta­ra­jąc się oczy­ścić umysł po­mię­dzy roz­mo­wami z nimi. Spo­ty­ka­ły­śmy się czę­sto, przez trzy mie­siące. Wszyst­kie dwa­dzie­ścia dwa wy­wiady, z wy­jąt­kiem jed­nego, od­były się w jej miesz­ka­niu w Sea Po­int w Kapsz­ta­dzie. W su­mie spę­dzi­ły­śmy na roz­mo­wach blis­ko czter­dzie­ści pięć go­dzin, za­głę­bia­jąc się w jej wspo­mnie­nia, utrwa­la­jąc jej świa­dec­two i bu­du­jąc bar­dzo ser­deczną re­la­cję.

* * *

Na­zwi­sko „Ella Blu­men­thal” jest po­wszech­nie znane spo­łecz­no­ści ży­dow­skiej Po­łu­dnio­wej Afryki. Jej hi­sto­ria jest jedną z naj­bar­dziej wy­mow­nych i wy­ra­zi­stych re­la­cji spo­śród bli­sko trzy­stu oca­la­łych z Ho­lo­kau­stu, któ­rzy przy­byli do tej gol­dene me­dine[3] jesz­cze w trak­cie wojny i po jej za­koń­cze­niu.

Mil­cze­nie jest wspólną ce­chą tej grupy, nie­za­leż­nie od tego, do któ­rego miej­sca na świe­cie tra­fili. Wielu oca­la­łych cier­piało z po­wodu nie­moż­li­wego do wy­ra­że­nia po­czu­cia winy, że prze­żyli, w prze­ci­wień­stwie do sze­ściu mi­lio­nów ich braci. Więk­szość z nich uwa­żała, że po­wo­jenny świat nie jest w sta­nie po­jąć ich traumy, i dla­tego nie mo­gli dzie­lić się swo­imi do­świad­cze­niami, de­cy­du­jąc się po­ru­szać ten te­mat tylko mię­dzy sobą i se­lek­cjo­nu­jąc to, co opo­wia­dają swoim dzie­ciom. Czę­sto po pro­stu nie po­tra­fili zna­leźć słów, aby opi­sać swoje cier­pie­nie czy na­wet oca­le­nie. Mil­cze­nie stało się dla nie­któ­rych szansą na uzdro­wie­nie, bo­wiem po­zwala psy­chicz­nie zdy­stan­so­wać się wo­bec traumy. Oca­lali pi­sa­rze i po­eci czę­sto po­ru­szają kwe­stię tego, jak nie­wy­obra­żal­nie trudno jest od­po­wied­nio wy­ra­zić do­świad­cze­nie Ho­lo­kau­stu lub zwią­za­nego z nim bólu i ośmie­lić się zro­bić coś w imie­niu ofiar. Pi­sarz i lau­reat Po­ko­jo­wej Na­grody No­bla Elie Wie­sel po­wie­dział: „Tylko ci, któ­rzy tam byli, są w sta­nie to po­jąć, a ci, któ­rzy tam byli, ni­gdy nie będą w sta­nie o tym opo­wie­dzieć”.

Dzieci oca­la­łych z Ho­lo­kau­stu mu­szą same zmie­rzyć się z trau­ma­tyczną prze­szło­ścią ich ro­dzi­ców i jej wpły­wem – świa­do­mym lub nie – na ich wy­cho­wa­nie. Gdy do­ra­stały, ich ro­dzice prze­ka­zy­wali im nie­wielką ilość zwią­za­nych z tym szcze­gó­łów lub nie dzie­lili się nimi wcale. Hi­sto­ryczka Ho­lo­kau­stu Edna Fried­berg pi­sze: „Jako na­sto­latka wie­lo­krot­nie py­ta­łam ojca: «Tato, dla­czego ni­gdy nie opo­wia­dasz o tym, co prze­ży­łeś?» Oj­ciec od­parł bez ogró­dek: «Kiedy lu­dzie, któ­rych le­dwo znam, pro­szą mnie, że­bym opo­wie­dział, co spo­tkało mnie pod­czas Ho­lo­kau­stu, czuję się, jakby mó­wili: Miło cię po­znać. Sły­sza­łem, że je­steś ofiarą gwałtu zbio­ro­wego, opo­wiedz mi o tym». Jego wy­ja­śnie­nie mil­cze­nia dało mi wiele do my­śle­nia i spra­wiło, że sama za­mil­kłam”[4].

Do­ra­sta­nie w mil­cze­niu z pew­no­ścią do­ty­czyło ro­dziny Elli od wcze­snych lat. „Jako dziecko py­ta­łam mamę, skąd wzięła się bli­zna na jej ra­mie­niu, a ona od­po­wia­dała, że to z wy­padku sa­mo­cho­do­wego”, wspo­mina Eve­lyn, naj­młod­sza z czwórki ro­dzeń­stwa. „Do­piero gdy mia­łam dwa­na­ście lat, opo­wie­działa mi o swo­ich do­świad­cze­niach. Czyn­nie [pu­blicz­nie] za­częła o tym mó­wić za­le­d­wie w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu czy pięt­na­stu lat”. I mówi, wy­ko­rzy­stu­jąc każdą spo­sob­ność, żeby edu­ko­wać, uświa­da­miać i upa­mięt­niać. Wraz z nie­licz­nymi opo­wie­ściami in­nych oca­la­łych za­miesz­ku­ją­cych RPA re­la­cja Elli wy­peł­niła kom­pen­dium hi­sto­rii oca­la­łych tego kraju, a jej imię stało się sy­no­ni­mem świa­do­mo­ści i edu­ka­cji o Ho­lo­kau­ście. Ella nie jest już ci­chą ofiarą nie­wy­po­wie­dzia­nej prze­szło­ści, jej głos, jej imię, jej hi­sto­ria roz­brzmie­wają ni­czym cym­bały. Jest, jak po­wie­dzie­liby moi sy­no­wie, le­gendą.

Ale to nie wy­star­czy.

Nie wy­star­czy, że bę­dziemy znali jej imię i roz­po­zna­wali jej głos. Nie wy­star­czy, że Ella, oca­lała, dźwiga brze­mię świadka. To za­da­nie spo­czywa na nas wszyst­kich; to mo­ralny obo­wią­zek na­ło­żony na ludz­kość przez nie­ludz­kość. To obo­wią­zek, który od­czu­wa­łam głę­boko, od­kąd by­łam młodą dziew­czyną, choć może wtedy nie zda­wa­łam so­bie z tego sprawy.

Do­ra­sta­łam w tra­dy­cyj­nej ży­dow­skiej ro­dzi­nie. Od pią­tego roku ży­cia uczęsz­cza­łam do ży­dow­skiej szkoły dzien­nej. Edu­ka­cja na te­mat Ho­lo­kau­stu była in­te­gralną czę­ścią pro­gramu na­ucza­nia, pre­zen­to­waną w spo­sób do­sto­so­wany do wieku uczniów, na tyle, na ile szkoła była w sta­nie to zro­bić. Nie przy­po­mi­nam so­bie dnia ani roku, w któ­rym po raz pierw­szy do­wie­dzia­łam się o Ho­lo­kau­ście; mam wra­że­nie, że jest to coś, o czym za­wsze wie­dzia­łam, tak jak za­wsze wie­dzia­łam, że je­stem Ży­dówką, ko­bietą albo że mam brą­zowe oczy. Pa­mię­tam jed­nak chwilę, w któ­rej po­czu­łam cię­żar obo­wiązku, do­kładną mi­nutę, w któ­rej moja toż­sa­mość zwią­zana z Ho­lo­kau­stem zmie­niła się z na­ro­do­wej w oso­bi­stą.

Był rok 1990. Mia­łam szes­na­ście lat. Nel­son Man­dela wy­szedł na wol­ność. Od­ra­dzała się Re­pu­blika Po­łu­dnio­wej Afryki. Moje do­ro­słe po­czu­cie toż­sa­mo­ści do­piero się roz­wi­jało, ale moja toż­sa­mość kul­tu­rowa, jako Ży­dówki z RPA, ni­gdy nie była tak silna. By­łam pod­eks­cy­to­wana świa­do­mo­ścią, że żyję i uczę się w epoce wiel­kich obiet­nic oraz że w końcu je­stem wy­star­cza­jąco do­ro­sła, żeby do­ce­nić ma­te­riały, na zro­zu­mie­nie któ­rych by­łam wcze­śniej zbyt nie­doj­rzała.

To wła­śnie z tym nowo otwar­tym umy­słem przy­ła­pa­łam sie­bie wpa­tru­jącą się w znane zdję­cie z Ho­lo­kau­stu: „Chło­piec z war­szaw­skiego getta”, wy­ko­nane pod­czas po­wsta­nia w get­cie war­szaw­skim w 1943 roku, przed­sta­wia­jące tłum Ży­dów wy­cho­dzą­cych z bu­dynku z rę­kami unie­sio­nymi w ge­ście pod­da­nia się na­zi­stow­skim żoł­nie­rzom uzbro­jo­nym w pi­sto­lety ma­szy­nowe. Na przo­dzie, w środku stoi mały chło­piec w płasz­czyku, pod­ko­la­nów­kach i kasz­kie­cie, za­ci­ska­jący brwi i usta, jakby był bli­ski pła­czu. Ko­bieta nio­sąca torbę i trzy­ma­jąca ręce w gó­rze od­wraca się, by spoj­rzeć na żoł­nie­rzy. Je­den z żoł­nie­rzy, oto­czony przez in­nych, rzuca wy­zy­wa­jące spoj­rze­nie na fo­to­grafa. Chło­piec, jego strach i jego nie­unik­niona śmierć za­pie­rają dech w piersi.

Póź­niej do­wie­dzia­łam się, że ta grupa Ży­dów zo­stała wy­pro­wa­dzona z bun­kra, w któ­rym się ukry­wali, pod­czas osta­tecz­nej li­kwi­da­cji getta. Wszy­scy zo­stali ze­słani do obo­zów za­głady w Maj­danku lub Tre­blince. Do­wie­dzia­łam się, że to zdję­cie było jed­nym z wy­bra­nych do Ra­portu Stro­opa – zbioru co­dzien­nych ko­mu­ni­ka­tów wy­sy­ła­nych przez do­wódcę SS Jür­gena Stro­opa (ofi­cera od­po­wie­dzial­nego za li­kwi­da­cję getta war­szaw­skiego) do jego prze­ło­żo­nych. Do­wie­dzia­łam się, że spo­śród osób wi­docz­nych na zdję­ciu mamy pew­ność co do toż­sa­mo­ści jed­nej z nich: żoł­nie­rza uzbro­jo­nego w pi­sto­let ma­szy­nowy MP 28, Jo­sefa Blöschego słu­żą­cego w SS, sły­ną­cego z okru­cień­stwa wo­bec ko­biet i dzieci. Na­wet imię chłopca na zdję­ciu po­zo­staje nie­usta­lone, cho­ciaż kilka osób po­da­wało się za niego. Choć nie znamy jego imie­nia, znamy jed­nak jego hi­sto­rię. Jest to hi­sto­ria wszyst­kich dzieci, które stały się ofia­rami Ho­lo­kau­stu. Jest to jed­no­cze­śnie hi­sto­ria oporu i cier­pie­nia Ży­dów.

Gdy tak wpa­truję się w „Chłopca z war­szaw­skiego getta”, mam je­dy­nie mgli­stą świa­do­mość szer­szego ob­razu, który od­zwier­cie­dla to nie­wiel­kie zdję­cie. Je­stem oszo­ło­miona wi­do­kiem chłopca, broni, grozy – to wszystko prawda, ale do­strze­gam coś jesz­cze, co po­ru­sza mnie do głębi. A ra­czej do­strze­gam ko­goś jesz­cze…

Na skraju ka­dru, czę­ściowo za­sło­nięta przez inne ofiary, stoi mała dziew­czynka, nie­star­sza niż sześć czy sie­dem lat. Jedną rękę trzyma nad głową w ge­ście pod­da­nia się, włosy ma owi­nięte sza­li­kiem, który okala jej twarz i jest za­tknięty pod brodą ze skrom­no­ścią znacz­nie star­szej ko­biety. Zde­cy­do­wa­nie nie ona jest bo­ha­terką tej sceny, ale to wła­śnie ta dziew­czynka przy­ciąga i za­trzy­muje moje spoj­rze­nie. Czy to dla­tego, że jej wzrok jest tak bez­po­średni? Oprócz ofi­cera SS z bro­nią to je­dyna osoba pa­trząca pro­sto w obiek­tyw apa­ratu. A może dla­tego, że w od­róż­nie­niu od tłumu wo­kół niej jej za­cho­wa­nie wy­daje się cał­ko­wi­cie spo­kojne? Jej ide­al­nie owalna twarz, głę­bo­kie brą­zowe oczy i nie­uśmiech­nięte usta ema­nują spo­ko­jem tak bar­dzo nie­pa­su­ją­cym do tej aury bru­tal­nego cha­osu.

Ona pa­trzy. Na mnie, a przy­naj­mniej tak mi się wy­daje. Na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają i pa­trzymy na sie­bie, po­nad la­tami, które upły­nęły od jej przed­wcze­snej śmierci, po­nad gło­wami tych, któ­rzy żyli, ukry­wali się i umie­rali ra­zem z nią, po­nad nie­koń­czą­cymi się py­ta­niami bez od­po­wie­dzi, aż do tej chwili na­szego spo­tka­nia. Wi­dzę ją. Znam ją. Je­stem nią.

Mam zdję­cie, na któ­rym mam sześć lat i je­stem ubrana jak rom­ska dziew­czynka na ży­dow­skie święto Pu­rim. Po­ży­czy­łam ko­lo­rową spód­niczkę z brze­giem ob­szy­tym dzwo­necz­kami i czu­łam się tak eg­zo­tycz­nie, gdy dzwo­niły, kiedy szłam. Do tego obo­wiąz­kowe wiel­kie złote kol­czyki w kształ­cie ob­rę­czy; nie po­zwo­lono mi prze­kuć uszu, do­póki nie by­łam znacz­nie star­sza, więc moja mama zna­la­zła parę klip­sów w ta­kim sa­mym kształ­cie, które po pro­stu uwiel­bia­łam, i po­przy­się­głam, że ni­gdy ich nie zdejmę – nie mo­głam się przy­znać, jak bo­le­śnie ści­skały mi uszy, i na pewno nie wy­trzy­ma­ła­bym w nich dłu­żej, niż trwała jazda sa­mo­cho­dem do szkoły. To wy­ja­śnia, dla­czego nie ma ich na por­tre­cie wy­ko­na­nym póź­niej tego sa­mego dnia, dla­czego zdję­cie, które za­trzy­mało tę chwilę w cza­sie i wdarło się do pa­mięci de­kady póź­niej, przed­sta­wiało słodką małą dziew­czynkę z wło­sami skrom­nie zwią­za­nymi z tyłu i głową za­krytą chustką za­wią­zaną pod brodą. Dziew­czynka o ide­al­nie owal­nej twa­rzy, głę­bo­kich brą­zo­wych oczach i nie­uśmiech­nię­tych ustach, ema­nu­ją­cych spo­ko­jem w au­rze ra­do­snego za­mie­sza­nia. Dziew­czynka, któ­rej twarz od­bi­jała się we mnie przez na­zi­stow­ski obiek­tyw, wy­wo­łu­jąc prze­dziwne uczu­cie po­do­bień­stwa mię­dzy nami. Pa­trząc na dziew­czynkę na pierw­szym pla­nie zdję­cia „Chłopca z war­szaw­skiego getta”, nie wi­dzia­łam ni­kogo in­nego niż samą sie­bie.

Wielu z nas in­te­re­suje się, lub po­winno się in­te­re­so­wać, Ho­lo­kau­stem. Wie­rzę, że to nasz mo­ralny obo­wią­zek jako lu­dzi, nie­za­leż­nie od re­li­gii czy toż­sa­mo­ści kul­tu­ro­wej. Nie­wąt­pli­wie fakt, że je­stem Ży­dówką, po­głę­bia moje wła­sne za­an­ga­żo­wa­nie w tę kwe­stię; od­kąd pa­mię­tam, cią­gnęło mnie do ba­da­nia tej pro­ble­ma­tyki. W ostat­nich la­tach li­ceum bła­ga­łam ro­dzi­ców, żeby po­zwo­lili mi wziąć udział w Mar­szu Ży­wych – mię­dzy­na­ro­do­wym pro­gra­mie edu­ka­cyj­nym, który przy­ciąga do Pol­ski ty­siące lu­dzi chcą­cych stu­dio­wać hi­sto­rię Ho­lo­kau­stu i któ­rego punk­tem kul­mi­na­cyj­nym jest trzy­ki­lo­me­trowy marsz z obozu kon­cen­tra­cyj­nego Au­schwitz do Bir­ke­nau w Dniu Pa­mięci o Ho­lo­kau­ście. Wielce po­wa­żany dy­rek­tor mo­jej szkoły od­ra­dził mi wy­jazd, po­wo­łu­jąc się na moją po­zy­cję prze­wod­ni­czą­cej sa­mo­rządu i zbli­ża­jące się eg­za­miny ma­tu­ralne jako „zbyt duże ob­cią­że­nie”. Z per­spek­tywy czasu cie­szę się, że wtedy prze­ko­nał mnie, by zre­zy­gno­wać z tego po­my­słu, po­nie­waż pod­sy­cił ogień, który roz­go­rzał z więk­szą siłą lata póź­niej, kiedy mia­łam oka­zję od­wie­dzić Pol­skę jako do­ro­sła, star­sza i mą­drzej­sza, w ka­me­ral­nej gru­pie, w to­wa­rzy­stwie osób oca­la­łych z Ho­lo­kau­stu.

W mię­dzy­cza­sie czy­ta­łam książki o Ho­lo­kau­ście, wzię­łam udział w za­ję­ciach na ten te­mat pod­czas mo­ich stu­diów li­cen­cjac­kich i od­wie­dzi­łam mu­zea Ho­lo­kau­stu w każ­dym mie­ście, do któ­rego po­dró­żo­wa­łam i które mo­gło się ta­kim po­szczy­cić. Trudno mi na­zwać moje za­in­te­re­so­wa­nie tą pro­ble­ma­tyką na­uko­wym czy za­wo­do­wym – jest to ra­czej fa­scy­na­cja, którą przy­pi­suję mo­jej wro­dzo­nej pa­sji do psy­cho­lo­gii i po­wią­za­niom, choć nie­bez­po­śred­nim, mo­jej ro­dziny z Ho­lo­kau­stem. Moi pra­dziad­ko­wie od strony matki, wuj­ko­wie i ciotki zo­stali za­bici, ale moja bab­cia i dzia­dek ni­gdy o nich nie opo­wia­dali (przy­naj­mniej mnie), a moi bliżsi krewni, w tym moja matka, nie wy­da­wali się de­fi­nio­wać sie­bie przez straty ro­dziny w wy­niku Za­głady, choć z pew­no­ścią miało to na nich wpływ. Pod­świa­dome skutki są nie­pod­wa­żalne – to za­gad­nie­nie było przed­mio­tem pracy, którą pi­sa­łam na stu­diach, ba­da­jąc po­czu­cie winy oca­la­łych i wpływ na psy­chikę dru­giego i trze­ciego po­ko­le­nia. Moja zmarła matka ba­dała hi­sto­rię spo­łeczną – była za­fa­scy­no­wana obec­no­ścią Ży­dów w Po­łu­dnio­wej Afryce i po­świę­ciła się po­zna­wa­niu i pi­sa­niu o na­szej hi­sto­rii kul­tu­ro­wej w tym kraju. Za­sta­na­wia­łam się, czy wła­śnie to wy­wo­łało moje szcze­gólne za­in­te­re­so­wa­nie tą kwe­stią.

Te wy­ja­śnie­nia mo­jego związku z tą tra­giczną hi­sto­rią są uza­sad­nione i obiek­tywne, ale zwią­zek z moją po­do­bi­zną na zdję­ciu, które te­raz na­zy­wam, przy­naj­mniej w mo­jej gło­wie, „Chło­piec z war­szaw­skiego getta i ja”, jest głę­boko, głę­boko oso­bi­sty.

Hi­sto­ria Ho­lo­kau­stu to moja hi­sto­ria. To mo­głam być ja… Być może w in­nym wcie­le­niu to by­łam ja. Ta hi­sto­ria jest czymś wię­cej niż tylko moją, czymś wię­cej niż tylko na­szą. Ta hi­sto­ria to ja.

Kiedy ob­ser­wo­wa­łam mo­jego syna w święto Jom ha-Szoa, przy­glą­da­łam się jego głę­bo­kiemu sku­pie­niu pod­czas tych uro­czy­sto­ści upa­mięt­nia­ją­cych, za­sta­na­wia­jąc się, czy ten ry­tuał może roz­pa­lić w nim po­dobną iskrę – głę­bo­kie za­in­te­re­so­wa­nie szybko od­da­la­jącą się hi­sto­rią. Ude­rzyło mnie to, że jego po­ko­le­nie jest ostat­nim, które bę­dzie mo­gło po­strze­gać Ho­lo­kaust jako „hi­sto­rię nie­dawną”, prze­szłość, która ukształ­to­wała lu­dzi przez nich ko­cha­nych i zna­nych jako dziad­ków lub żywe le­gendy. On ma jesz­cze dość szczę­ścia, żeby spo­tkać lub usły­szeć re­la­cje ży­ją­cych oca­la­łych z Ho­lo­kau­stu, żeby do­ra­stać z we­wnętrz­nym po­czu­ciem związku z hi­sto­rią Za­głady. Do­łą­czył do mnie, by wy­słu­chać re­la­cji Elli pod­czas Zi­ka­ron Ba­Sa­lon (Wspo­mnie­nia w sa­lo­nie) w 2020 roku – co­rocz­nego wy­da­rze­nia upa­mięt­nia­ją­cego Jom ha-Szoa, pod­czas któ­rego nie­wiel­kie grupy oca­la­łych i ich dzieci gosz­czą w pry­wat­nych do­mach. Cho­dzi o to, żeby umoż­li­wić zwy­kłym lu­dziom do­stęp do nie­zwy­kłej hi­sto­rii i do osób, które ją prze­żyły. Oczy­wi­ście nie­wy­po­wie­dziane po­czu­cie na­glą­cej po­trzeby, które to­wa­rzy­szy ta­kim wy­da­rze­niom i wszyst­kim roz­mo­wom o Ho­lo­kau­ście w dzi­siej­szych cza­sach, wy­nika z nie­uchron­nego od­cho­dze­nia oca­la­łych. Na­wet ci, któ­rzy uro­dzili się pod­czas wojny lub byli wtedy bar­dzo mło­dzi, mają obec­nie po­nad osiem­dzie­siąt lat. Ta­kie do­świad­cze­nia – po­dob­nie jak moje pod­czas pi­sa­nia tej książki – dają po­czu­cie za­równo uprzy­wi­le­jo­wa­nia, jak i pre­sji.

Po­nie­waż to czas ko­ro­na­wi­rusa, na ca­łym świe­cie Zi­ka­ron Ba­Sa­lon od­bywa się on­line. Zwi­nięci na ka­na­pie, mój syn i ja lo­gu­jemy się na Zoo­mie i oglą­damy zbli­że­nie twa­rzy Elli na ekra­nie, czu­jąc się tak, jakby mó­wiła tylko do nas. Do po­ko­le­nia Z sie­dzą­cego obok mnie, tak przy­zwy­cza­jo­nego do przy­swa­ja­nia in­for­ma­cji za po­śred­nic­twem ekranu. Fakt, że wy­da­rze­nie to od­bywa się na żywo, ma zna­cze­nie. Mój syn nie ma po­czu­cia, że może się od­wró­cić, od­po­wia­dać na wia­do­mo­ści czy grać w gry cy­frowe, oglą­da­jąc na żywo oca­lałą opo­wia­da­jącą swoją praw­dziwą hi­sto­rię. Przy­glą­dam mu się, kiedy ją ogląda, i mam na­dzieję, że to może być jego ha­czyk – jego mo­ment po­łą­cze­nia, po­czu­cia obo­wiązku, oso­bi­stego za­in­te­re­so­wa­nia.

Trudno jest czymś za­cie­ka­wić po­ko­le­nie Z. Na­wet je­śli Ella do­słow­nie wy­szła cało z ko­mory ga­zo­wej i sta­wiła czoła po­two­rom, to czy jej hi­sto­ria może prze­mó­wić do dzieci, któ­rych wir­tu­alne światy nie znają żad­nych ogra­ni­czeń wi­zu­al­nych? Je­stem pi­sarką, więc moim pierw­szym od­ru­chem jest się­gnię­cie po słowo pi­sane, ale czy­ta­nie nie jest tym, czym zaj­muje się ta ge­ne­ra­cja, nie wspo­mi­na­jąc o trud­nym za­da­niu pa­mię­ta­nia, żeby ni­gdy nie za­po­mnieć. Cho­ciaż obo­wią­zek edu­ko­wa­nia przy­szłych po­ko­leń na te­mat Ho­lo­kau­stu i lu­dzi, któ­rzy go prze­żyli, nie spo­czywa wy­łącz­nie na mnie, nie mogę po­zbyć się na­dziei, że uda mi się wy­ko­rzy­stać wy­jąt­ko­wość hi­sto­rii Elli dla więk­szego celu i za­pew­nić jej miej­sce w ka­no­nie ma­te­ria­łów upa­mięt­nia­ją­cych Ho­lo­kaust. Chcę, żeby hi­sto­ria Elli i hi­sto­ria Za­głady prze­ma­wiały do mo­ich dzieci tak samo, jak prze­ma­wiają do mnie, aby były opo­wie­ściami, którą mogą przy­swoić i roz­po­wszech­niać. Je­śli mam za­tem prze­ka­zać do­świad­cze­nia Elli moim dzie­ciom po­przez wy­ma­ga­jącą formę pi­sar­ską, być może klu­czowe bę­dzie wpro­wa­dze­nie po­staci, z któ­rymi ła­twiej im bę­dzie się utoż­sa­mić, np. jed­nego z wnu­ków Elli.

Przy­po­mina mi się Jom ha-Szoa z 2018 roku – zor­ga­ni­zo­wana przez spo­łecz­ność uro­czy­stość upa­mięt­nia­jąca, która od­była się na cmen­ta­rzu Pi­ne­lands w Kapsz­ta­dzie. Cztery po­ko­le­nia po­dzie­liły się swo­imi re­flek­sjami: Ella, jej córka Eve­lyn, jej wnuczka Jade i jej pra­wnuczka De­ena. Każda z nich opo­wie­działa na swój spo­sób o tym, jak do­świad­cze­nia Elli wpły­nęły na ich ży­cie. Każda otwo­rzyła się i wy­ra­ziła swoje my­śli sło­wami naj­bar­dziej od­po­wied­nimi dla swo­jej grupy wie­ko­wej. Wciąż sły­szę pierw­sze słowa 15-let­niej De­eny: „Moja pra­bab­cia śpi przy roz­su­nię­tych za­sło­nach. Chce móc każ­dego dnia oglą­dać wschód słońca”. Nie mu­siała ona wy­ja­śniać po­wo­dów Elli; przy­czyna i sku­tek były ja­sno su­ge­ro­wane, a me­ta­fo­ryka wy­star­cza­jąco wy­mowna… Na­tych­miast zro­zu­mie­li­śmy sens. Po­ję­li­śmy dzięki jej po­zy­cji po­tom­kini i wszyst­kiemu, co wy­da­rzyło się wcze­śniej. I to samo zro­bi­łam ja: Ella musi opo­wia­dać swoją hi­sto­rię i opo­wia­dać ją tak długo, jak bę­dzie w sta­nie, ale jej po­tom­ko­wie rów­nież mu­szą ją opo­wia­dać, ję­zy­kiem, który do­trze do ich przy­ja­ciół, po­ru­szy ich ró­wie­śni­ków i prze­kro­czy gra­nice po­ko­leń od X, przez Y, do Z i da­lej. Mu­simy wy­słu­chać Elli, ale mu­simy też usły­szeć o Elli. Mu­simy od­na­leźć sie­bie w hi­sto­rii Ho­lo­kau­stu – je­śli nie w jej oca­la­łych bo­ha­te­rach, to w jej roz­le­głej ob­sa­dzie dru­go­pla­no­wej, po­więk­sza­ją­cej się za każ­dym ra­zem, gdy pa­mię­tamy, żeby nie za­po­mnieć.

Je­żeli rze­czy­wi­ście „hi­sto­ria ko­łem się to­czy”, to żadne czasy nie są na­prawdę bez­pre­ce­den­sowe, żadne oko­licz­no­ści nie są nie­moż­liwe do po­wią­za­nia. Strata, ból, prze­trwa­nie i triumf wy­stę­pują we wszyst­kich na­szych hi­sto­riach – na­ro­do­wych i oso­bi­stych. W każ­dej ro­dzi­nie jest Ella Blu­men­thal. Każdy z nas ma swo­jego „Chłopca z war­szaw­skiego getta i mnie”. To ist­nieje. Na­szym obo­wiąz­kiem jest ni­gdy nie za­po­mnieć. Na­szym obo­wiąz­kiem jest to od­na­leźć.

[1] Ji­dysz; rocz­nica śmierci (je­śli nie ozna­czono ina­czej, przy­pisy po­cho­dzą od au­torki).

[2] Dzień Pa­mięci Ho­lo­kau­stu.

[3] Ji­dysz: „złoty kraj”, ze względu na ko­ja­rze­nie Re­pu­bliki Po­łu­dnio­wej Afryki z tym szla­chet­nym me­ta­lem.

[4] E. Fried­berg, Elie Wie­sel and the Agony of Be­aring Wit­ness, „The Atlan­tic”, 9 lipca 2016, https://www.the­atlan­tic.com/in­ter­na­tio­nal/ar­chive/2016/07/elie-wie­sel-ho­lo­caust/490604/ (ostatni do­stęp 22.12.2012).

Prolog

ELLA:

Prze­ży­łam Ho­lo­kaust wraz z moją sio­strze­nicą Romą.

Była córką mo­jej naj­star­szej sio­stry Goldy. Golda miała czworo dzieci, z któ­rymi do­ra­sta­li­śmy jak ro­dzeń­stwo. Mię­dzy Romą a mną nie było du­żej róż­nicy wieku – za­le­d­wie pięć lat. Dzieci mo­jej sio­stry, w tym Roma, nie były dla mnie jak sio­strze­nice i sio­strzeńcy; były jak moje wła­sne ro­dzeń­stwo.

Kiedy Niemcy na­je­chali i zbom­bar­do­wali War­szawę, miesz­ka­nie Romy zo­stało znisz­czone: odłamki prze­biły fron­tową ścianę, bal­kon się za­wa­lił. Dla­tego wszy­scy za­miesz­kali z nami. Ży­li­śmy jak jedna ro­dzina. Wszyst­kich człon­ków mo­jej ro­dziny na­zy­wam „naj­bliż­szymi”. Tacy wła­śnie dla sie­bie by­li­śmy.

Dwu­dzie­stu trzech człon­ków mo­jej ro­dziny zgi­nęło w Ho­lo­kau­ście. Dwu­dzie­stu trzech. Tylko Roma i ja prze­trwa­ły­śmy. Spo­śród mo­ich ro­dzi­ców, sze­ściorga mo­jego ro­dzeń­stwa, ich mał­żon­ków oraz mo­ich sio­strze­nic i sio­strzeń­ców, bra­ta­nic i bra­tan­ków prze­ży­ły­śmy tylko Roma i ja.

Mogę ci wy­mie­nić ich wszyst­kich, imiona mo­jej utra­co­nej ro­dziny. Wy­pi­sa­łam je na końcu mo­jego mach­zoru[1], ina­czej nie uda­łoby mi się wy­po­wie­dzieć ich pod­czas Yiz­kor[2], które za­zwy­czaj prze­biega bar­dzo szybko tu­taj, w Po­łu­dnio­wej Afryce. Dzięki temu za­wsze będę pa­mię­tała o każ­dym z nich.

Nie lu­bię li­czyć. Od czasu wojny nie­na­wi­dzę li­czyć. Ale tym ra­zem…

To było za­le­d­wie kilka lat temu. Świę­to­wa­łam okrą­głe uro­dziny pod­czas sza­ba­to­wych uro­czy­sto­ści w domu mo­jego syna Henry’ego w Jo­han­nes­burgu. Moje dzieci, wnuki i pra­wnuki przy­były, żeby być ze mną. Sie­dząc przy stole sza­ba­to­wym, ro­zej­rza­łam się po wszyst­kich pięk­nych twa­rzach człon­ków mo­jej ro­dziny i na­li­czy­łam nas dwa­dzie­ścia troje – do­kład­nie tyle, ilu człon­ków ro­dziny stra­ci­łam w Ho­lo­kau­ście. Zda­łam so­bie wtedy sprawę, że Ha­Shem[3] mi ich zwró­cił.

Mam czworo dzieci, je­de­na­ścioro wnu­ków i je­de­na­ścioro pra­wnu­ków. Niech ich Bóg bło­go­sławi. Mam na­dzieję, że do­żyję ko­lej­nych.

Drzewo genealogiczne Elli Blumenthal, stan na luty 2023 r.

Nie tylko moje prze­trwa­nie, lecz także moje dzieci i wnuki są naj­więk­szym zwy­cię­stwem nad tymi, któ­rzy chcieli znisz­czyć nasz na­ród.

[1] Mo­dli­tew­nik uży­wany pod­czas nie­któ­rych świąt ży­dow­skich (l. mn.: mach­zo­rim).

[2] Ży­dow­ska ce­re­mo­nia upa­mięt­nia­jąca.

[3] Do­słow­nie „imię”; spo­sób okre­śla­nia Boga w kon­tek­stach in­nych niż mo­dli­twa i czy­ta­nie świę­tych pism, po­nie­waż samo imię jest uzna­wane za zbyt święte, by można je było w ten spo­sób uży­wać.

Roz­dział 1

Warszawskie dzieciństwo

Ella mieszka w Bor­de­aux – wiel­kiej da­mie wśród bu­dyn­ków miesz­kal­nych przy Sea Po­int’s Be­ach Road.

Bor­de­aux zaj­muje pra­wie całą dziel­nicę, a jego ko­rze­nie są mocno osa­dzone w dzie­dzic­twie za­równo Kapsz­tadu, jak i jego spo­łecz­no­ści ży­dow­skiej – przede wszyst­kim dla­tego, że pod róż­nymi po­sta­ciami zaj­mo­wała tę kon­kretną nie­ru­cho­mość od końca XIX wieku, a poza tym dla­tego, że nie by­łoby błęd­nym stwier­dze­nie, że więk­szość ży­dow­skich ro­dzin Kapsz­tadu miesz­kała w Bor­de­aux w tym czy in­nym mo­men­cie. A je­śli nie miesz­kała, to przy­naj­mniej uczest­ni­czyła w tam­tej­szych sza­ba­to­wych wie­czer­zach. Ist­nieje na­wet cha­rak­te­ry­styczny za­pach, który prze­ni­kał bu­dy­nek w tak wiele piąt­ko­wych po­po­łu­dni, że nie­wąt­pli­wie wnik­nął w jego mury. Sma­żony mię­tus, pie­czona chal­lah[1]i Es­tée Lau­der to wy­jąt­kowa mie­szanka, przy­wo­łu­jąca na­tych­mia­stowo pro­ste zda­nie: „Pach­nie jak miesz­ka­nia w Bor­de­aux”. Jest to fraza tak oso­bliwa i prze­peł­niona no­stal­gią, że nie wy­maga żad­nego wy­ja­śnie­nia, wy­wo­łuje na­tych­mia­stowe sko­ja­rze­nie i może być wy­ko­rzy­sty­wana jako py­ta­nie spraw­dza­jące po­cho­dze­nie.

Za­tem fakt, że Ella tu mieszka, nie za­ska­kuje. Wła­ści­wie uwa­żam to za krze­piące, po­nie­waż od­wie­dza­nie jej prze­nosi mnie w prze­szłość: do mo­jego wcze­snego dzie­ciń­stwa, kiedy moi dziad­ko­wie miesz­kali w du­żym miesz­ka­niu w Bor­de­aux z wi­do­kiem na mo­rze; do cza­sów szkoły śred­niej, kiedy moja owdo­wiała wów­czas bab­cia prze­nio­sła się do mniej­szego miesz­ka­nia w Bor­de­aux, z któ­rego było wi­dać sy­na­gogę przy Ma­rais Road i sły­chać do­cho­dzące z niej dźwięki; do czasu mo­ich stu­diów, kiedy mój chło­pak (obec­nie mąż) dzie­lił tu miesz­ka­nie ze swoją sio­strą i za­pew­niał mi szczę­śliwy azyl od mo­jego po­koju w aka­de­miku.

Obec­nie wej­ście do Bor­de­aux jest ści­śle mo­ni­to­ro­wane przez ochronę i mu­szę za­dzwo­nić do­mo­fo­nem do dwóch par drzwi, za­re­je­stro­wać się w re­cep­cji i po­cze­kać, aż ochro­niarz za­dzwoni do Elli, aby po­twier­dzić, że mnie ocze­kuje.

Dzwo­nię do drzwi i cze­kam przed ty­po­wymi drzwiami wej­ścio­wymi w Bor­de­aux: ciem­nym ma­ho­nio­wym pa­ne­lem in­kru­sto­wa­nym nie­prze­zro­czy­stym szkłem. Wi­dzę cie­nie po­ru­sza­jące się tuż za nimi. Joan, opie­kunka Elli, otwiera drzwi, a Ella stoi tuż za nią. Pro­wa­dzą mnie ko­ry­ta­rzem, obok sto­li­ków ugi­na­ją­cych się od ra­mek ze zdję­ciami, do sa­lonu z ja­dal­nią, gdzie prze­suwne okna są otwarte na mor­ską bryzę, a sto­lik her­ba­ciany jest świeżo na­kryty. Do­mowe cia­steczka Elli uło­żono w pi­ra­midę na tacy; moje dzieci wkrótce za­czną ich wy­cze­ki­wać jako słod­kiego po­czę­stunku na wy­nos z mo­ich po­po­łu­dni z Ellą.

Jest rok 2017. Ella ma 96 lat.

Aku­rat.

Można osza­co­wać jej wiek na pod­sta­wie zmarsz­czek, które wy­ryły na twa­rzy jej ży­ciową po­dróż, ale pa­trząc na sprę­ży­sty krok i błysk w oku, można by po­my­śleć, że wy­daje się znacz­nie młod­sza. Ella jest pełna ży­cia, za­jęta i nie­sforna. Głos ma mocny, cza­sem na­wet ostry, i cho­ciaż jej córka utrzy­muje, że Ella ni­gdy nie in­te­re­so­wała się po­wierz­chow­nymi sztucz­kami wy­ko­ny­wa­nymi za po­mocą ko­sme­ty­ków i ma­ki­jażu, za­uwa­żam, że jej pa­znok­cie są pięk­nie po­ma­lo­wane na jed­no­lity, lśniący bur­gun­dowy ko­lor. Nie­wąt­pli­wie jej ogni­ste pa­znok­cie, pro­ste zęby, do­no­śny głos i łu­ko­wate brwi tylko po­tę­gują nie­ocze­ki­wany po­wiew fi­glar­no­ści Elli, na­kła­da­jąc nie­moż­liwą do za­tar­cia mło­dość na głę­boko trau­ma­tyczną na­turę jej prze­szło­ści.

Sa­dza mnie przy stole, ale naj­pierw mie­rzy mnie od stóp do głów, a na­stęp­nie przy­tula cie­pło i ca­łuje w po­li­czek. Za­uważa mój na­szyj­nik – mi­sterny mo­no­gram z ini­cja­łami mo­ich dzieci – i ko­men­tuje, że wy­gląda jak z pra­cowni Gary’ego Na­thana. Ma ra­cję. Za­kła­dam, że roz­po­znaje jego pro­jekty bi­żu­te­rii, po­nie­waż Gary jest człon­kiem sy­na­gogi Camps Bay, do któ­rej na­leży rów­nież córka Elli i gdzie Ella uczest­ni­czy w wielu uro­czy­sto­ściach sza­ba­to­wych i świą­tecz­nych. Ale jej od­po­wiedź jest za­ska­ku­jąca: „Nie, nie”, mówi, przy­glą­da­jąc się uważ­nie wi­sior­kowi. „Wi­dzia­łam je na Face­bo­oku”. Na Fa­ce­bo­oku? Ma 96 lat!

Dla mnie i – jak są­dzę – dla więk­szo­ści lu­dzi roz­po­zna­wal­ność Elli jest tak cał­ko­wi­cie i nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zana z jej toż­sa­mo­ścią jako oca­la­łej z Ho­lo­kau­stu, że jej obe­zna­nie w no­wo­cze­snej tech­no­lo­gii jest in­try­gu­jącą nie­spo­dzianką. Po­zna­jąc ją, zda­łam so­bie sprawę, jak bar­dzo ta tech­no­fi­lia pa­suje do ko­goś, kto po­trafi się do­sto­so­wać. Po uwa­dze o Fa­ce­bo­oku za­daje mi py­ta­nie or­ga­ni­za­cyjne, czy mam jej nu­mer te­le­fonu (do­tych­czas cała moja ko­mu­ni­ka­cja z nią od­by­wała się za po­śred­nic­twem jej córki Eve­lyn). Kiedy wyj­muję te­le­fon, żeby go za­pi­sać, spo­gląda na logo Sam­sunga i wzdy­cha. „Jaka szkoda… To nie iPhone, więc nie mo­żesz za­dzwo­nić do mnie przez Fa­ce­Time’a”.

Naj­le­piej za­pnijmy pasy.

ELLA:

Uro­dzi­łam się 15 sierp­nia 1921 roku w War­sza­wie, sto­licy Pol­ski. Przez mia­sto prze­pływa rzeka zwana po an­giel­sku Vi­stula, a po pol­sku Wi­sła; zu­peł­nie jak Ta­miza w Lon­dy­nie czy Se­kwana w Pa­ryżu. Miesz­ka­łam w mniej­szej czę­ści War­szawy zwa­nej Pragą.

Moi ro­dzice byli bar­dzo re­li­gijni; mój zmarły oj­ciec, Naf­tali Frank, był cha­sy­dem[2], a wła­ści­wie cha­sy­dem z rodu Am­shi­nov – czę­ści dy­na­stii cha­sydz­kiej z ra­bo­nim[3] z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie – jak mała ka­sta. Czę­sto po­dró­żo­wał do głów­nego ra­bina – Re­bego z Am­shi­nova – który miesz­kał w Otwocku, około go­dziny jazdy po­cią­giem z War­szawy.

Mój oj­ciec wy­glą­dał jak na zdję­ciach pol­skich Ży­dów z tam­tych cza­sów, które być może wi­dzia­łaś, no­sił ka­pe­lusz i cha­łat oraz ger­tel[4] – zwy­kły w ty­go­dniu i sa­ty­nowy w shab­bos[5]. W ty­god­niu no­sił czarną ka­mi­zelkę, w któ­rej trzy­mał małą szczotkę do brody i wą­sów. Jego broda ni­gdy nie była zbyt długa, ale za­wsze no­sił tę małą szczotkę w kie­szeni. W spe­cjalne święta, ta­kie jak Rosz ha-Szana[6], Jom Ki­pur[7] i – jak są­dzę – Pe­sach[8], no­sił białą ka­mi­zelkę i oczy­wi­ście ki­tel[9] oraz białe skar­pety. W ty­go­dniu za­kła­dał zwyk­łe czarne skar­pety. Raz w ty­go­dniu przy­cho­dziła ko­bieta, żeby ode­brać wszyst­kie wy­prane skar­pety do ce­ro­wa­nia – przy czte­rech męż­czy­znach w domu było ich bar­dzo dużo. Kie­dyś też po­tra­fi­łam pięk­nie ce­ro­wać, ale już nie. Te­raz po pro­stu wy­rzu­cam dziu­rawe skar­pety! W tam­tych cza­sach przy­cho­dziła ko­bieta, za­bie­rała zło­żone skar­pety, ce­ro­wała je, przy­no­siła w na­stęp­nym ty­go­dniu i od­bie­rała ko­lejną par­tię. Dziury po­ja­wiały się czę­sto i moja mama nie miała czasu, żeby sie­dzieć i je na­pra­wiać, a nie można było cią­gle ku­po­wać no­wych. Ko­bieta otrzy­my­wała za­płatę za ce­ro­wa­nie każ­dego ty­go­dnia.

Mój oj­ciec był wła­ści­cie­lem sklepu przy ulicy Tar­go­wej, bar­dzo ru­chli­wego in­te­resu, który za­opa­try­wał kraw­ców we wszystko, od gu­zi­ków po ma­te­riał na gar­ni­tury. W tam­tych cza­sach nie cho­dziło się do sklepu ot tak i ku­po­wało gar­ni­tur lub płaszcz. Byli krawcy, ży­dow­scy krawcy, po­nie­waż Ży­dzi mu­sieli uży­wać ko­szer­nego lnu. Nie można mie­szać wełny i lnu – w ję­zyku he­braj­skim prze­pis ten na­zywa się szat­nez. Mój oj­ciec jeź­dził do do­staw­ców po dru­giej stro­nie rzeki, gdzie znaj­do­wały się ulice pełne hur­tow­ni­ków sprze­da­ją­cych wszystko, czego po­trze­bo­wa­łeś do sklepu. Tka­niny wierzch­nie ku­po­wał w Ło­dzi, która sły­nęła z ich pro­duk­cji. Piąt­kowe po­po­łu­dnia były bar­dzo pra­co­wite, po­nie­waż krawcy spie­szyli się, aby zdo­być ostat­nie ele­menty po­trzebne do ukoń­cze­nia gar­ni­turu na sza­bat. Klienci pła­cili im do­piero wtedy, gdy gar­ni­tur był go­towy, a żona krawca cze­kała, żeby ku­pić je­dze­nie na sza­bat, więc stała i cze­kała, do­póki on nie do­stał pie­nię­dzy.

W skle­pie mie­li­śmy te­le­fon. Nie­wielu lu­dzi go miało, ale my mie­li­śmy je­den, stał w rogu. Kie­dyś zło­dzieje wła­mali się do sklepu; we­szli do bu­dynku za ro­giem i zna­leźli piw­nice. Nocą wy­ko­pali tu­nel i w ostat­niej chwili prze­bili się przez drewno za ladą i wy­nie­śli mnó­stwo rze­czy. W tam­tych cza­sach było wielu zło­dziei, po­nie­waż mnó­stwo lu­dzi było bied­nych.

Mój oj­ciec nie był czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym. Mu­siał cho­dzić do szkoły je­sziwa[10], ale na pewno nie uczęsz­czał do szkoły śred­niej ani na uni­wer­sy­tet. Ale spraw­dzał księgi i miał piękny cha­rak­ter pi­sma – to pa­mię­tam. Księgi pro­wa­dzili moi bra­cia, któ­rzy pra­co­wali w skle­pie, a w nie­dziele oj­ciec prze­glą­dał je, żeby spraw­dzić, jak się sprawy mają, cza­sem też po­ży­czał pie­nią­dze kraw­com, je­śli o to pro­sili.

Mie­li­śmy są­siada w branży, który – jak so­bie te­raz uświa­do­mi­łam – był bar­dzo sławny. Raw Me­na­chem Ziemba[11]. Kiedy mó­wię re­li­gij­nym Ży­dom, że go zna­łam, otwie­rają sze­roko oczy z nie­do­wie­rza­niem. Nie wie­dzia­łam, że był tak słyn­nym ra­bi­nem. Jego ro­dzina zaj­mo­wała się sprze­dażą ar­ty­ku­łów że­la­znych. Nie­czę­sto by­wał w skle­pie – za­wsze coś stu­dio­wał lub pi­sał – ale jego syn Lu­zer pro­wa­dził sklep i przy­po­mi­nam so­bie, że cza­sem wi­dy­wa­łam ra­bina. Wła­ści­wie oko­lica, w któ­rej znaj­do­wały się te przed­się­bior­stwa, była dość eks­klu­zywna – na­sza firma kra­wiecka, sklep z ar­ty­ku­łami że­la­znymi Raw Ziemby, a w po­bliżu swój in­te­res odzie­żowy miała też moja sio­stra.

By­łam naj­młod­sza z sied­miorga ro­dzeń­stwa. Naj­star­sza była moja sio­stra Ge­nia – przez twarde „g” w ję­zyku pol­skim, ale po he­braj­sku na­zy­wała się Golda. Póź­niej był mój brat Eph­raim – na­zy­wa­li­śmy go Froim. Na­stępny był Chaim, na któ­rego wo­ła­li­śmy He­niek. Sam na­zy­wał sie­bie Henry. On je­den nie był re­li­gijny. Ko­lejny był Yitz­chak – jego wła­ściwe imię he­braj­skie brzmiało Avra­ham Yitz­chak, ale na­zy­wa­li­śmy go It­che. I był jesz­cze Elie­zer w ję­zyku he­braj­skim, ale my mó­wi­li­śmy do niego Lu­zer – moje dzieci śmieją się, kiedy im opo­wia­dam, jak go na­zy­wa­li­śmy!

Po Gol­dzie i czte­rech chło­pa­kach przy­szła na świat moja sio­stra Pe­rel (po he­braj­sku), którą po pol­sku na­zy­wa­li­śmy Pola. Była do­kład­nie dwa lata star­sza ode mnie, uro­dziła się w 1919 roku. Golda, naj­star­sza, mu­siała być około trzy­na­stu lub czter­na­stu lat star­sza ode mnie, po­nie­waż mia­łam cztery czy pięć lat, kiedy wy­szła za mąż.

A po­tem by­łam ja. Moje he­braj­skie imię brzmiało Ne­chama, a mój oj­ciec na­zy­wał mnie Chu­mele – mała Chuma, kle­ine Chu­mele. Jako star­sza dziew­czynka pró­bo­wa­łam zmie­nić imię na Na­ta­lie – brzmiało bar­dziej jak Ne­chama – ale się nie udało [śmieje się]. Po pol­sku na­zy­wali mnie po pro­stu Hela. Hela Frank.

Z moim imie­niem wiąże się długa hi­sto­ria, po­dob­nie jak z in­nymi imio­nami, pod któ­rymi je­stem znana – hi­sto­ria ta sięga cza­sów tuż po woj­nie. Ale to prze­nosi nas do końca mo­jej hi­sto­rii, po moim prze­trwa­niu. Je­śli cho­dzi o imię Hela, zmie­niło się ono, kiedy przy­by­łam do Po­łu­dnio­wej Afryki. Mój zmarły mąż po­wie­dział mi, że w RPA nie ma ta­kiego imie­nia jak Hela, „więc bę­dziemy na­zy­wać cię Ella”. W ję­zyku he­braj­skim za­wsze na­zy­wa­łam się Ne­chama – je­stem „Ne­chama bat Naf­tali ha­Ko­hen”[12]. Uro­dzi­łam się w Shab­bat Na­chamu – Sza­bat Po­cie­sze­nia, pierw­szy sza­bat po dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nym po­ście Ti­sza be-Aw[13] – naj­smut­niej­szym dniu w ka­len­da­rzu he­braj­skim. Ne­chama ozna­cza „po­cie­sze­nie”.

Nie je­stem jed­nak pewna, ile po­cie­sze­nia wnio­słam, po­nie­waż by­łam bar­dzo nie­grzecz­nym dziec­kiem. Nie wiem, czy to dla­tego, że by­łam naj­młod­sza z ca­łej sió­demki, ale po pro­stu za­wsze taka by­łam. Na­prawdę bar­dzo nie­grzeczna!

Po­cząt­kowo po­szłam do szkoły pu­blicz­nej, a po­tem otwarto szkołę Bais Yaakov[14] i po­pro­si­łam ojca, żeby mnie tam po­słał. Chcia­łam być jak wszyst­kie ży­dow­skie ko­biety. Po­szłam więc do Bais Yaakov, ale oka­zało się, że to bar­dzo mała klasa, po­nie­waż szkoła była droga. Nie mie­ściła się ona w osob­nym bu­dynku, lecz w miesz­ka­niu.

Ro­bi­ły­śmy z dziew­czy­nami ka­wały. W sali lek­cyj­nej znaj­do­wało się małe po­dium z krze­słem dla na­uczy­cielki, a my sie­dzia­ły­śmy przed nim. Kie­dyś wy­my­śli­łam, że jedna z nas zgasi świa­tło, a po­tem ścią­gniemy na­uczy­cielce szajtł[15]. Obec­nie ko­biety no­szące pe­rukę mają pod nią krót­kie włosy, ale w mo­ich cza­sach mę­żatki go­liły włosy bar­dzo krótko jak męż­czyźni. Mo­że­cie to so­bie wy­obra­zić? Trzeba mieć od­wagę, żeby zro­bić coś ta­kiego!

Mu­sia­łam mieć wtedy ja­kieś dzie­sięć lub je­de­na­ście lat. Od­by­wało się przy­ję­cie z oka­zji święta Pu­rim[16] i szkoła umoż­li­wiła nam za­gra­nie w te­atrze. Mój oj­ciec ni­gdy wcze­śniej nie był na żad­nym spek­ta­klu, ale przy­szedł, żeby mnie obej­rzeć. Nie moja mama, nie sio­stra, ale wła­śnie tata przy­szedł mnie oglą­dać. Gra­łam rolę kró­lo­wej Es­tery.

Po sztuce za­pre­zen­to­wa­ły­śmy po­kaz gim­na­styczny. Pa­mię­tam, że były wśród nas tylko dziew­częta. A ja za­wsze znaj­do­wa­łam się z przodu. Co­kol­wiek ro­bi­ły­śmy, by­łam z przodu. Mia­łam na so­bie białą ko­szulkę i czarną spód­nicę z błysz­czą­cego ma­te­riału – roz­klo­szo­waną, się­ga­jącą nieco po­wy­żej ko­lan, z roz­cię­ciami po bo­kach, że­by­śmy mo­gły wy­ko­ny­wać ćwi­cze­nia gim­na­styczne. Oczy­wi­ście nie mo­gły­śmy mieć go­łych nóg, więc no­si­ły­śmy białe poń­czo­chy. Nie były to raj­stopy, jak dzi­siaj, tylko poń­czo­chy z pod­wiąz­kami, które je pod­trzy­my­wały. Ale kiedy się ubie­ra­łam, nie mo­głam zna­leźć jed­nej z mo­ich pod­wią­zek. Wszy­scy jej szu­kali, lecz na­le­żało kon­ty­nu­ować, więc wy­pchnęli mnie na scenę bez jed­nej pod­wiązki. Przez lata mój oj­ciec o tym opo­wia­dał – o tym, jak poń­czo­cha kle­ine Chu­mele cią­gle się zsu­wała, więc mu­sia­łam ją pod­cią­gać. W po­ło­wie przed­sta­wie­nia ucie­kłam ze sceny.

Przy­po­mniała mi się te­raz jesz­cze jedna ucieczka. Gdy było bar­dzo dużo pracy, pró­bo­wa­łam po­ma­gać w skle­pie. Raz, a może na­wet kilka razy, mu­sia­łam ob­li­czyć, ile klient ma mi za­pła­cić, ale nie po­tra­fi­łam. Ucie­kłam więc, zo­sta­wia­jąc klienta sto­ją­cego przed ladą.

By­łam bar­dzo ru­chli­wym dziec­kiem. I wprost uwiel­bia­łam jeź­dzić na łyż­wach. Nie­da­leko od nas, obok ko­ścioła, znaj­do­wało się lo­do­wi­sko. Cho­dzi­łam tam po szkole, z ko­le­żan­kami albo sama. Na­sze buty nie były zwy­kłymi bu­tami: w spe­cjal­nych bu­tach sznu­ro­wa­nych szewc wy­ci­nał otwór w pię­cie, słu­żący do za­mo­co­wa­nia ostrza łyżwy. Pięk­nie jeź­dzi­łam na łyż­wach. Dwie lub trzy z nas two­rzyły sze­reg, trzy­ma­jąc się za ra­miona, z jed­nym ko­la­nem ugię­tym, pupą ni­sko opusz­czoną i jedną nogą wy­pro­sto­waną. To było wspa­niałe, cu­downy sport każ­dej zimy. Oczy­wi­ście można było też przy­piąć ostrze do zwy­kłego obu­wia. Cho­dzi­łam w tych bu­tach wszę­dzie, na­wet do li­ceum, które znaj­do­wało się po dru­giej stro­nie mo­stu w War­sza­wie.

Do­sta­wa­łam od mamy pie­nią­dze na tram­waj, ale czę­sto cho­wa­łam je do kie­szeni i szłam pie­szo. Most miał ¾ ki­lo­me­tra dłu­go­ści, zimą ozna­czało to mroźny spa­cer, ale wo­la­łam oszczę­dzić pie­nią­dze i wpła­cić je na swoje konto. Gdy otwo­rzy­łam wła­sny ra­chu­nek, mu­sia­łam mieć ja­kieś je­de­na­ście lat. Poczta miała od­dział po­dobny do banku i można było tam oszczę­dzać pie­nią­dze. Po­sia­dam na­wet ko­pię do­ku­men­tów mo­jego ojca z pro­wa­dzo­nego przez niego konta. Wi­dzisz, na­wet jako młoda dziew­czyna mia­łam se­chel[17]. Moja mama rów­nież, Chava Frank. Była ko­bietą in­te­resu. Pra­co­wała w skle­pie, a w domu mie­li­śmy go­spo­się, która dla nas go­to­wała, ży­dow­ską go­spo­się o imie­niu Sala.

W piąt­kowe po­ranki moja mama i Sala pie­kły chałki; wkła­dały cia­sto pod koł­drę u mo­ich stóp, żeby wy­ro­sło. Po­trze­bo­wały cie­płego miej­sca, po­nie­waż w War­sza­wie na ogół by­wało bar­dzo zimno. Na zimę mie­li­śmy po­dwójne koł­dry i po­dwójne okna. La­tem do­dat­kowe okna stały w piw­nicy, ale zimą na­le­żało je przy­nieść i za­mon­to­wać. To za­da­nie na­le­żało do ojca. Były też dłu­gie pa­ski waty, które mój oj­ciec do­kład­nie wci­skał w szcze­liny, aby zimne po­wie­trze nie do­stało się do środka.

Po­zwól, że opo­wiem ci o zda­rze­niu, w któ­rym wy­ko­rzy­sta­łam mój se­chel i moje oszczęd­no­ści.

Było to pod­czas ślubu mo­jego brata Fro­ima, kilka lat przed wy­bu­chem wojny. Oże­nił się z Salą, po­cho­dzącą z ro­dziny ra­bi­nów z ma­łego mia­steczka pod Ło­dzią, zwa­nego Zgierz. Oczy­wi­ście po­znali się dzięki swa­towi – shad­cha­nowi – który przy­szedł do mo­ich ro­dzi­ców w so­botę po­po­łu­dniu, usiadł obok mo­jego ojca na szczy­cie stołu, przed­sta­wia­jąc różne shid­du­chim, pro­po­zy­cje mał­żeństw. Sala po­cho­dziła z bar­dzo re­li­gij­nej ro­dziny, jej oj­cem był ra­bin No­ach Men­del­sohn. Była in­te­li­gentną dziew­czyną. My­ślę, że mo­gła na­wet mieć dy­plom. Wła­ści­wie nie wiem, czy po­szła na uni­wer­sy­tet, po­nie­waż cała ro­dzina była nie­zwy­kle re­li­gijna, bar­dzo frum, więc może nie po­szła stu­dio­wać. W każ­dym ra­zie ślub od­by­wał się w Zgie­rzu i moi ro­dzice nie za­brali mnie, po­nie­waż udali się tam już z mo­imi bra­to­wymi (moi bra­cia mu­sieli zo­stać w skle­pie), z te­ściową, te­ściem i dziećmi. Mu­sia­łam mieć dwa­na­ście lat, po­nie­waż osią­gnę­łam wiek, w któ­rym nie przy­słu­gi­wały mi już żadne ulgi, dla­tego ku­po­wa­łam bi­let za pełną cenę, a ten był drogi.

By­li­śmy w na­szym miesz­ka­niu, a wo­kół sie­dzieli ba­cho­rim, mło­dzi męż­czyźni, śpie­wa­jąc ze­mi­rot[18] i je­dząc. Był to wie­czór ka­wa­ler­ski. Teść mo­jej sio­stry sie­dział na ka­na­pie z tyłu po­koju, ob­ser­wu­jąc mło­dzień­ców. Mam to te­raz przed oczami. Sie­dzia­łam obok niego i pła­ka­łam.

„Dla­czego pła­czesz, Chu­mele?”

„Nie za­biorą mnie na we­sele. Tak bar­dzo chcia­łam je­chać. Ale mu­szę mieć bi­let w peł­nej ce­nie”.

„Niech po­my­ślę. Może mogą ku­pić bi­let ulgowy”.

„Cóż, mam tro­chę pie­nię­dzy w od­dziale oszczęd­no­ścio­wym poczty”.

„Ile?”

Nie pa­mię­ta­łam do­kład­nej kwoty, więc przy­nio­słam ksią­żeczkę oszczęd­no­ściową, żeby mu po­ka­zać.

„Wiesz co?”, po­wie­dział. „To do­kład­nie tyle, ile po­trzeba na bi­let ulgowy. Za­ry­zy­kujmy. Po­mogę ci to zor­ga­ni­zo­wać. Zro­bisz ro­dzi­com nie­spo­dziankę”.

Kiedy po­ka­za­łam ro­dzi­com mój bi­let ulgowy, co mo­gli zro­bić? Po­je­cha­łam.

Prze­dział w po­ciągu był pełny; mia­łam na so­bie płaszcz mo­jej sio­stry, po­nie­waż ro­dzice nie chcieli ku­pić mi no­wego. Sie­dzia­łam przy drzwiach, a kon­duk­tor przy­szedł spraw­dzić bi­lety. Usia­da­łam tak [zwija się] – sku­lona, pró­bu­jąc się zmniej­szyć.

Kon­duk­tor spraw­dził wszyst­kie bi­lety i za­py­tał: „Kto ma bi­let ulgowy?”.

„To dziecko”, od­po­wie­dzieli.

„To nie dziecko”, od­parł, oczy­wi­ście po pol­sku. „To do­ro­sła ko­bieta”.

Ma­jąc dwa­na­ście lat, zgod­nie z jego za­sa­dami, nie by­łam już dziec­kiem. Pa­mię­tam do­kład­nie te pol­skie słowa: „To nie dziecko. To do­ro­sła ko­bieta”.

Co więc zro­bi­li­śmy? Ro­dzice za­ła­twili sprawę – dali mu ła­pówkę. A ja wzię­łam udział w we­selu!

Więc tak, by­łam nie­grzeczną dziew­czynką i nie przy­wią­zy­wa­łam zbyt du­żej wagi do na­uki w szkole. Zda­wa­łam, ale nie śpie­wa­jąco. Nie na­le­ża­łam do naj­lep­szych uczen­nic. In­te­re­so­wa­łam się na­to­miast biz­ne­sem, więc za­pi­sa­łam się na kurs o na­zwie Kursi Pirka, gdzie na­uczy­łam się pod­staw księ­go­wo­ści i pi­sa­nia na ma­szy­nie. Przy­dało mi się to póź­niej w ży­ciu.

Oprócz po­ma­ga­nia w skle­pie chcia­łam w więk­szym za­kre­sie za­jąć się księ­go­wo­ścią. Moja mama miała ku­zynkę czy ciotkę, która była star­szą wdową, re­li­gijną ko­bietą, sprze­da­jącą pa­szę dla koni i by­dła. I była głu­cha. Przy­cho­dziła raz na dwa lub trzy ty­go­dnie, a ja zaj­mo­wa­łam się jej ra­chun­kami. Nie umiała pi­sać, więc ro­bi­łam to za nią. Za­pa­mię­ty­wała na­zwi­ska klien­tów, daty, ile ku­pili i ile byli winni. Da­wa­łam jej kar­teczki dla każ­dego z nich. W tam­tym cza­sie zmarła i wy­daje mi się, że na oko­licz­ność jej po­grzebu po raz pierw­szy po­szłam na cmen­tarz. Jako małe dzieci nie mo­gli­śmy tam cho­dzić. Dzie­ciom, które miały ży­ją­cych ro­dzi­ców, nie wolno było cho­dzić na cmen­tarz. Mu­siała umrzeć po roz­po­czę­ciu nie­miec­kiej oku­pa­cji, po­nie­waż nie była to śmierć z przy­czyn na­tu­ral­nych. W każ­dym ra­zie pa­mię­tam, jak przy­cho­dziła wie­czo­rami i jak uwiel­bia­łam sie­dzieć i zaj­mo­wać się ra­chun­kami. To było we mnie. By­łam do tego stwo­rzona. A po woj­nie, kiedy wy­szłam za mąż, wró­ci­łam do tego. Przez lata zaj­mo­wa­łam się biz­ne­sem. My­ślę, że to dla­tego, że do­ra­sta­łam w domu, w któ­rym pro­wa­dzi­li­śmy wła­sny in­te­res, i każde z nas, dzieci, brało w tym udział. Nie pra­co­wali u nas żadni obcy lu­dzie. Było dużo pracy, ale pra­co­wała tam tylko ro­dzina.

Na po­czątku miesz­ka­li­śmy w du­żym miesz­ka­niu przy ulicy Sze­ro­kiej. Te­raz w tym miej­scu znaj­duje się mały ho­tel, ale są­siedni bu­dy­nek na­dal ist­nieje. Było tam wiele po­koi, nie­które wy­cho­dziły na po­dwó­rze, więc mo­gli­śmy pa­trzeć, kto przy­cho­dzi, a inne na ulicę z tyłu. Moja sio­stra Golda i jej mąż miesz­kali z nami przez sie­dem lat. W tam­tych cza­sach pa­no­wał zwy­czaj, że gdy dzieci brały ślub, miesz­kały u tych te­ściów, któ­rzy byli bar­dziej za­możni lub le­piej sy­tu­owani, dzięki czemu para miała za­pew­nione dar­mowe wy­ży­wie­nie i za­kwa­te­ro­wa­nie, do­póki nie była w sta­nie sama się utrzy­mać. Dzieci za­wie­rały wtedy związki mał­żeń­skie w mło­dym wieku. Mój szwa­gier był dzien­ni­ka­rzem i czę­sto wra­cał do domu późno, po­nie­waż pra­co­wał do trze­ciej lub czwar­tej nad ra­nem. W cza­sie gdy miesz­kali z nami, Golda uro­dziła troje dzieci: moją sio­strze­nicę Romę i jesz­cze dwie dziew­czynki. Kiedy była w ciąży z czwar­tym dziec­kiem, prze­pro­wa­dzili się do pięk­nego miesz­ka­nia, w któ­rym miesz­kali aż do wy­bu­chu wojny.

Przez ostat­nie kilka lat przed wojną mój oj­ciec miał pro­blem z wła­ści­cie­lem nie­ru­cho­mo­ści i prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z na­szego pięk­nego, du­żego miesz­ka­nia do miesz­ka­nia przy ulicy Bru­ko­wej, bli­żej na­szego sklepu. To było okropne miej­sce, cia­sne i zimne. Ale znaj­do­wało się w cen­trum mia­sta.

Nie pa­mię­tam żad­nych zdjęć ani de­ko­ra­cji na ścia­nach, ale znaj­do­wała się tam duża szafa – shen­kele – jak gar­de­roba, tylko że wy­peł­niona se­fa­rim[19]. Nie­które książki były duże, ta­kie jak te, które można zo­ba­czyć na ty­łach sy­na­gogi, a inne małe. Szafa miała fan­ta­zyjne drzwi ze szkla­nym wi­tra­żem i ciem­no­fio­le­towe za­słony. To tam trzy­ma­li­śmy na­szą wła­sną se­fer Tora[20]. Mój zmarły oj­ciec zwykł da­ven[21] w shtie­bel[22] i prze­ka­zał tam nasz zwój Tory. Pa­mię­tam, że była to mała Tora w za­mszo­wej opra­wie z na­pi­sem, że zo­stała po­da­ro­wana przez Naf­ta­liego i Chavę Frank, oraz z pięk­nym srebr­nym or­na­men­tem na gó­rze. To była na­sza ro­dzinna Tora.

Póź­niej, gdy pod ko­niec 1940 roku na­ka­zano nam prze­nieść się do getta, udało nam się za­brać ze sobą ten piękny, święty zwój Tory. Jed­nak, jak więk­szość przed­mio­tów, nie prze­trwała wojny. Od tam­tej pory za­wsze chcia­łam po­da­ro­wać Torę w imie­niu mo­ich ro­dzi­ców. Za­py­ta­łam mo­jego zię­cia, ile kosz­tuje ręcz­nie na­pi­sany zwój Tory, a on po­wie­dział, że około stu ty­sięcy ran­dów![23] Na­prawdę po­win­nam była to zro­bić. Ale to bar­dzo dro­gie.

W każ­dym ra­zie, wra­ca­jąc do na­szego miesz­ka­nia przy ulicy Bru­ko­wej:

W tym ma­łym, okrop­nym miesz­ka­niu dzie­li­łam łóżko z moją sio­strą Polą. Nie było tak jak na ulicy Sze­ro­kiej, gdzie mia­ły­śmy wła­sne po­koje. Za łóż­kiem stało biurko z szu­fla­dami, w któ­rych trzy­ma­ły­śmy książki. Tuż przed wy­bu­chem wojny ubła­ga­ły­śmy ro­dzi­ców, żeby ku­pili nam ra­dio. Do­sta­ły­śmy du­żego Te­le­fun­kena. Stał za łóż­kiem, na biurku i wy­glą­dał, jakby miał oko w ko­lo­rze zie­leni – po­krę­tło było bo­wiem zie­lone, a ra­dio za­wsze, ale to za­wsze włą­czone. I wiesz co? Kiedy ar­mia nie­miecka za­jęła War­szawę, roz­ka­zano nam od­dać od­bior­niki ra­diowe. Nasz był tak duży, że moja sio­stra i ja mu­sia­ły­śmy go nieść ra­zem. Tak wła­śnie skoń­czyło na­sze ra­dio.

Moi dwaj nie­po­że­nieni bra­cia, któ­rzy na­dal miesz­kali w domu, dzie­lili dużą roz­kła­daną sofę, a ro­dzice mieli wła­sną sy­pial­nię. Nie było ła­zienki, ale była to­a­leta, praw­dziwa to­a­leta ze zbior­ni­kiem na gó­rze i z łań­cu­chem do po­cią­gnię­cia. Kiedy pa­trzy­li­śmy na po­dwó­rze, wi­dzie­li­śmy duży plac z klat­kami scho­do­wymi pro­wa­dzą­cymi do róż­nych wejść. Wi­dzie­li­śmy lu­dzi wcho­dzą­cych na dzie­dzi­niec i wy­cho­dzą­cych z niego. Bied­nych lu­dzi, nio­są­cych torby, śpie­wa­ją­cych i pro­szą­cych o je­dze­nie: „Przy­ślij­cie nam na dół to, co ma­cie, wszystko, czego nie po­trze­bu­je­cie, przy­ślij­cie nam na dół”.

Moi ro­dzice ciężko pra­co­wali i byli do­brymi ludźmi. Uwa­żano nas za za­moż­nych, ale mój oj­ciec miał da­le­kich krew­nych, któ­rzy byli bar­dzo bied­nymi szew­cami. Miesz­kali na tej sa­mej ulicy, na któ­rej znaj­do­wał się nasz sklep, ale znacz­nie da­lej, pra­wie na końcu mia­sta. Pa­mię­tam ich, jak sie­dzieli na ni­ziu­teń­kich stoł­kach, na­pra­wia­jąc buty, dwóch lub trzech męż­czyzn. Mój oj­ciec za­wsze chciał im po­móc, dać ja­kąś pracę. Więc kiedy spa­li­śmy, za­glą­dał pod na­sze łóżka i oglą­dał buty, żeby spraw­dzić, czy nie trzeba ich pod­ze­lo­wać, pod­bić ob­ca­sów lub po pro­stu na­pra­wić.

W kuchni znaj­do­wała się bar­dzo duża mied­nica, więc ko­rzy­sta­li­śmy z niej, kiedy chcie­li­śmy się umyć. Do go­to­wa­nia słu­żyły piece wę­glowy i ga­zowy z dwoma pal­ni­kami. Na sza­bat był sa­mo­war. Zwy­kle przy­go­to­wy­wa­li­śmy esen­cję her­ba­cianą w ma­łym dzbanku. W sza­bat nie wolno było pa­rzyć her­baty w nor­malny spo­sób, uży­wało się do tego je­dy­nie odro­biny esen­cji i wrzątku.

Jak w tam­tych cza­sach pra­li­śmy, przy­kła­dowo po­ściel? Nie było pralni, a go­spo­sia go­to­wała, sprzą­tała dom albo zmy­wała na­czy­nia. Zresztą bar­dzo nie­wielu lu­dzi mo­gło so­bie po­zwo­lić na go­spo­się. Je­śli więc cho­dzi o pra­nie, raz na mie­siąc lub dwa przy­cho­dziła ro­bić to silna, krzepka Po­lka. Miała córkę o imie­niu He­lena, z którą bar­dzo się przy­jaź­ni­łam. Ba­wi­ły­śmy się ra­zem.

Była tam duża drew­niana ba­lia z że­la­znym ob­ra­mo­wa­niem, z wyż­szą czę­ścią, do któ­rej przy­mo­co­wano ramę z dwoma wał­kami po­kry­tymi gąbką i korbą z boku. Na­zy­wała się men­gel. Po wy­płu­ka­niu pra­nie prze­cho­dziło mię­dzy dwoma wał­kami. Ob­ra­cano korbą, a woda ka­pała do misy. Aha, w tej mi­sce była też de­ska ze sta­lo­wymi pa­skami i z miej­scem na duży ka­wa­łek my­dła. Po­lka po­cie­rała pra­nie tym na­rzę­dziem w mi­sce.

Nie pa­mię­tam, gdzie to prze­cho­wy­wano – pew­nie w na­szej piw­nicy – a ma­szyna wy­ży­mała pra­nie tak mocno, że prze­ście­ra­dła wy­cho­dziły z niej pra­wie su­che i nie trzeba było wy­krę­cać. Po­tem pra­nie tra­fiało na strych tuż pod da­chem, z du­żymi drew­nia­nymi bel­kami. La­tem było tam cie­pło, zimą wręcz prze­ciw­nie. Roz­wie­szano tam pra­nie na sznur­kach, a na­stęp­nie za­my­kano po­miesz­cze­nie na klucz. Przy­pusz­czam, że każdy lo­ka­tor miał wy­zna­czony inny dzień, gdyż nie wolno było wie­szać pra­nia ra­zem z in­nymi oso­bami, po­nie­waż mo­głoby zo­stać skra­dzione. Cza­sami wy­su­szone pra­nie za­bie­rano do pra­so­wa­nia do miej­sca, gdzie znaj­do­wała się duża drew­niana prasa.

Po­ścieli było dużo, ale nie zmie­nia­li­śmy jej co ty­dzień, może co dwa – a zimą na­wet rza­dziej, ze względu na mnó­stwo koł­der. Za­miast ko­ców mie­li­śmy po­rządne koł­dry pu­chowe. A oprócz tego coś w ro­dzaju po­kry­cia na ma­te­racu i pod prze­ście­ra­dłem, więc było cie­pło na­wet od spodu.

Tak wła­śnie ży­li­śmy – je­śli ko­goś in­te­re­suje, jak to­czyło się ży­cie w War­sza­wie w tam­tych cza­sach. Nie wiem, jak było w ma­łych mia­stecz­kach, ale tak to wy­glą­dało w na­szym domu.

[1] Chałka, ro­dzaj ple­cio­nego pie­czywa, znany w RPA rów­nież jako kitke; tra­dy­cyj­nie spo­ży­wany pod­czas ob­cho­dów sza­batu i głów­nych świąt ży­dow­skich.

[2] Cha­sy­dyzm to ści­śle or­to­dok­syjny ruch ży­dow­ski, który po­wstał jako ruch od­ro­dze­nia du­cho­wego we wschod­niej Eu­ro­pie w XVIII wieku.

[3] He­braj­ska liczba mnoga od rabbi w ji­dysz.

[4] Tra­dy­cyjny pas no­szony głów­nie w śro­do­wi­skach cha­sydz­kich – przyp. tłum.

[5] Asz­ke­na­zyj­ska (wschod­nio­eu­ro­pej­ska) wer­sja słowa „sza­bat”, Ella używa ich za­mien­nie.

[6] Ju­da­istyczne święto No­wego Roku, w Pol­sce zwane też Świę­tem Trą­bek lub Trąb­kami – przyp. tłum.

[7] Dzień Po­jed­na­nia; w Pol­sce zwany także Sąd­nym Dniem. Jedno z naj­waż­niej­szych, naj­bar­dziej uro­czy­stych re­li­gij­nych świąt ży­dow­skich, o cha­rak­te­rze po­kut­nym – przyp. tłum.

[8] Święto Wio­sny, Święto Prza­śni­ków, Święto Wol­no­ści, lo­kal­nie w Pol­sce na­zy­wane także Ży­dow­ską Wiel­ka­nocą, a w li­te­ra­tu­rze chrze­ści­jań­skiej – Pas­chą. To naj­waż­niej­sze i naj­star­sze święto ży­dow­skie, ob­cho­dzone na pa­miątkę wy­zwo­le­nia Izra­eli­tów z nie­woli egip­skiej – przyp. tłum.

[9] Biała lniana lub ba­weł­niana szata mę­ska no­szona przez re­li­gij­nych Ży­dów na szcze­gólne oka­zje.

[10] Or­to­dok­syjna ży­dow­ska uczel­nia lub ży­dow­skie se­mi­na­rium (l. mn.: je­sziwy).

[11] Wy­bitny ra­bin (stąd ty­tuł „raw”), bie­gle zna­jący cały Tal­mud, pod­sta­wowy tekst ju­daiz­mu ra­bi­nicz­nego. Uro­dził się w 1883 roku na Pra­dze; zo­stał za­strze­lony przez na­zi­stów w 1943 roku w na­stęp­stwie po­wsta­nia w get­cie war­szaw­skim. Po­mimo nie­bez­pie­czeńst­wa jego zwo­len­nicy po­cho­wali go na po­dwó­rzu przy ulicy Ku­piec­kiej 4. Jego grób zo­stał póź­niej od­na­le­ziony, a ciało eks­hu­mo­wane i prze­wie­zione do Izra­ela, gdzie osta­tecz­nie spo­czął.

[12] Ko­hen od­nosi się do ży­dow­skiego mę­skiego po­tomka klasy ka­płań­skiej w cza­sach Świą­tyni. Re­li­gijna kon­wen­cja imion jest pa­tro­ni­miczna: pierw­sze imię (Ne­chama), na­stęp­nie ben lub bat (syn lub córka), wresz­cie imię ojca (Naf­tali) i sta­tus ka­płań­ski ojca (w przy­padku ha­Ko­hen – ka­płan).

[13] Uro­czy­sty co­roczny dwu­dzie­sto­pię­cio­go­dzinny dzień po­stu w ka­len­da­rzu ży­dow­skim, upa­mięt­nia­jący liczne ka­ta­strofy, które miały miej­sce tego dnia, w szcze­gól­no­ści znisz­cze­nie Pierw­szej i Dru­giej Świą­tyni Je­ro­zo­lim­skiej.

[14] Dzia­ła­jące na ca­łym świe­cie ul­tra­or­to­dok­syjne szkoły pod­sta­wowe i śred­nie dla ży­dow­skich dziew­cząt.

[15] Za­mężne or­to­dok­syjne Ży­dówki mają obo­wią­zek za­kry­wać włosy. Wiele z nich robi to za po­mocą pe­ruki zwa­nej szajtł.

[16] Święto Lo­sów. To ra­do­sne święto ży­dow­skie, upa­mięt­nia­jące oca­le­nie Ży­dów w Per­sji dzięki od­wa­dze kró­lo­wej Es­tery i jej wuja Mor­de­chaja – przyp. tłum.

[17] Słowo w ję­zy­kach ji­dysz i he­braj­skim ozna­cza­jące „ro­zum”, „in­te­li­gen­cję”, „zdrowy roz­są­dek”.

[18] Ży­dow­skie hymny i pie­śni, naj­bar­dziej znane są te śpie­wane przy stole pod­czas sza­batu i świąt.

[19] He­braj­skie słowo ozna­cza­jące „książki”, w tym przy­padku od­no­szące się do tek­stów re­li­gij­nych.

[20] Ręcz­nie na­pi­sany zwój Tory (Pię­ciu Ksiąg Moj­że­szo­wych).

[21] Słowo w ji­dysz ozna­cza­jące „mo­dlić się”.

[22] Słowo w ji­dysz ozna­cza­jące „mały dom” albo „mały po­kój”; miej­sce słu­żące do wspól­nych ży­dow­skich mo­dlitw i spo­tkań, mniej for­malne niż sy­na­goga.

[23] Około dwu­dzie­stu je­den ty­sięcy zło­tych – przyp. tłum.

Rozdział 2

Dorastanie jako Żydówka

Rozdział 3

Inwazja

Rozdział 4

Getto

Rozdział 5

Miła 19

Rozdział 6

Majdanek

Rozdział 7

Auschwitz

Rozdział 8

Bergen-Belsen

Rozdział 9

Wyzwolenie

Rozdział 10

Rozstanie

Rozdział 11

Paryż

Rozdział 12

Palestyna

Rozdział 13

Johannesburg

Rozdział 14

Kapsztad

Rozdział 15

Wnuki

Rozdział 16

Nie ma miejsca na nienawiść

Rozdział 17

Wiara i nadzieja

Epilog

Podziękowania

Słownik wybranych terminów

ad hayom hebr.: do dziś

Agu­dat Israel hebr. (jid. Agu­das Ji­sroel): Zwią­zek Izra­ela, ul­tra­or­to­dok­syjna ży­dow­ska par­tia po­li­tyczna w Izra­elu

ave­ira hebr.: grzech, wy­kro­cze­nie

ayin hora hebr.: „złe oko”

Bais Yaakov dzia­ła­jące na ca­łym świe­cie ul­tra­or­to­dok­syjne szkoły pod­sta­wowe i śred­nie dla ży­dow­skich dziew­cząt

Ba­ruch Ha­Szem hebr.: „Niech bę­dzie bło­go­sła­wione imię Pana”; „Dzięki Bogu”

be­fres­sieh hebr., jid.: pu­bliczne, jawne po­peł­nie­nie grze­chu, czynu za­bro­nio­nego (zwłasz­cza w kon­tek­ście ży­dow­skiego prawa re­li­gij­nego)

be­shert jid.: prze­zna­cze­nie

Bloc­käl­te­ste niem.: „blo­kowa”, prze­ło­żona bloku (w obo­zie)

bris hebr.: ry­tu­alne ob­rze­za­nie

bro­cha hebr.: bło­go­sła­wień­stwo

chag (l.mn. chag­gim) hebr.: (ogól­nie) ży­dow­skie święto re­li­gijne

chal­lah hebr.: tra­dy­cyjny ży­dow­ski ple­ciony chleb, por. chałka

chaz­zan hebr.: cha­zan, kan­tor

cho­lent jid.: czu­lent, gę­sta, jed­no­garn­kowa po­trawa kuchni ży­dow­skiej, du­szona przez wiele go­dzin

Chu­mash hebr.: Tora w for­mie książ­ko­wej

chup­pah hebr.: bal­da­chim ślubny

da­ven jid.: mo­dlić się

Erec Israel hebr.: Zie­mia Izra­ela (Zie­mia Obie­cana)

erev hebr.: wie­czór, wi­gi­lia

far­fel jid.: małe kulki z cia­sta ma­ka­ro­no­wego, zwy­kle pie­czone lub pra­żone i uży­wane jako do­da­tek do zup

fress jid.: jeść dużo i łap­czy­wie, pa­ła­szo­wać

frum jid.: bar­dzo re­li­gijny

ga­nove jid.: zło­dziej, oszust, prze­stępca

ge­filte fish jid.: ryba fa­sze­ro­wana, tra­dy­cyjna ży­dow­ska przy­stawka przy­go­to­wy­wana z go­to­wa­nej mie­szanki mie­lo­nej ryby bez ości, por. karp po ży­dow­sku

ger­tel, gir­tel jid.: pas no­szony przez or­to­dok­syj­nych Ży­dów

goj (r.ż. gojka) hebr.: osoba nie­ży­dow­ska

gol­dene me­dine jid.: „złoty kraj”, ze względu na ko­ja­rze­nie Re­pu­bliki Po­łu­dnio­wej Afryki z tym me­ta­lem szla­chet­nym

Gros­sak­tion niem.: „Wielka Ak­cja”, kryp­to­nim na­zi­stow­skiej ope­ra­cji, po­le­ga­ją­cej na wy­ła­py­wa­niu, de­por­ta­cji i ma­so­wym mor­do­wa­niu Ży­dów z getta war­szaw­skiego, roz­po­czę­tej w lipcu 1942 roku

Häftling niem.: wię­zień

Ha­Shem hebr., jid.: do­słow­nie „imię”; wy­ra­że­nie uży­wane w ju­da­izmie w od­nie­sie­niu do Boga

Ha­ti­kva hebr.: do­słow­nie „na­dzieja”; hymn na­ro­dowy Izra­ela

Haw­dala jid.: do­słow­nie „od­dzie­le­nie”; ce­re­mo­nia ży­dow­ska koń­cząca sza­bat lub święto i roz­dzie­la­jąca święty czas od zwy­kłych dni

jiz­kor hebr.: mo­dli­twa pa­mięci w ju­da­izmie, od­ma­wiana za zmar­łych bli­skich

Jom ha-Szoa hebr.: Dzień Pa­mięci Ho­lo­kau­stu, święto na­ro­dowe w Izra­elu

Jom Ki­pur hebr.: Dzień Po­jed­na­nia (w Pol­sce zwany także Sąd­nym Dniem); jedno z naj­waż­niej­szych ży­dow­skich świąt re­li­gij­nych

jom tow hebr.: do­słow­nie „do­bry dzień”; w ju­da­izmie ozna­cza święto re­li­gijne

Ju­den­rat niem.: rada ży­dow­ska, od­po­wie­dzialna za ad­mi­ni­stro­wa­nie spra­wami Ży­dów w get­tach

Jüdi­scher Po­li­cja Ży­dow­ska Ord­nungs­dienst

Kad­dish hebr.: jedna z naj­waż­niej­szych mo­dlitw w ju­da­izmie, ko­ja­rzona z ża­łobą

ka­szrut hebr.: za­sady ko­szer­no­ści w ju­da­izmie

kesl jid.: ko­cioł

ke­tuba hebr.: ży­dow­ski akt mał­żeń­stwa

kib­butz hebr.: ki­buc; ko­lek­tywne, do­bro­wolne wspól­noty (l.mn. kib­but­zim) w Izra­elu, tra­dy­cyj­nie oparte na rol­nic­twie

kid­du­shin hebr.: ży­dow­ska ce­re­mo­nia za­rę­czyn i po­świę­ce­nia żony mę­żowi

kid­dusz hebr.: bło­go­sła­wień­stwo od­ma­wiane tuż przed po­sił­kami w dni świą­teczne

ki­tel hebr.: biała lniana lub ba­weł­niana szata mę­ska no­szona przez re­li­gij­nych Ży­dów na szcze­gólne oka­zje

kne­idlach jid.: małe klu­ski lub kulki z chleba, macy

ko­hen hebr.: ka­płan w tra­dy­cji ży­dow­skiej

Kom­mando niem.: grupa ro­bo­cza w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym

lok­shen jid.: pła­ski ma­ka­ron ja­jeczny w kuchni ży­dow­skiej

ma­chas jid.: waż­niacy, „grube ryby”

mach­zor hebr.: mo­dli­tew­nik uży­wany pod­czas nie­któ­rych (l.mn. mach­zo­rim) świąt ży­dow­skich

ma­zel hebr., jid.: szczę­ście

ma­zel­dik jid.: coś, co przy­nosi szczę­ście, ta­li­zman

Ma­zel­tov! jid.: do­słow­nie „do­bry los”, „niech ci szczę­ście sprzyja”; ży­cze­nia szczę­ścia i zwrot gra­tu­la­cyjny

men­gel niem.: duża drew­niana ba­lia

mensch jid., niem.: czło­wiek, osoba pra­wego cha­rak­teru(l.mn. men­schen)

me­shu­gas jid.: sza­lone, głu­pie za­cho­wa­nia i po­my­sły

me­shug­ge­nah jid.: sza­le­niec, wa­riat

me­zuza hebr.: małe pu­de­łeczko umiesz­czane na pra­wej fra­mu­dze drzwi w ży­dow­skich do­mach, za­wie­ra­jące zwi­tek per­ga­minu z frag­men­tami Tory

mi­kvah hebr.: my­kwa, ry­tu­alny ba­sen, zbior­nik wodny, łaź­nia, słu­żący do ry­tu­al­nej ką­pieli oczysz­cza­ją­cej

min­jan hebr.: kwo­rum dzie­się­ciu do­ro­słych Ży­dów (męż­czyzn) wy­ma­gane do nie­któ­rych obo­wiąz­ków re­li­gij­nych

mit­zvah hebr.: mi­cwa, „na­kaz, przy­ka­za­nie”, do­bry uczy­nek

na­chas hebr., jid.: duma, ra­dość, sa­tys­fak­cja (naj­czę­ściej z osią­gnięć dzieci lub wnu­ków)

neb­bish jid.: osoba nie­po­radna, nie­śmiała, nie­szczę­sna, (l.mn. neb­bi­shes) godna po­ża­ło­wa­nia

Obe­rsturm­füh­rer niem.: sto­pień w SS, ofi­cer­ski sto­pień pa­ra­mi­li­tarny od­po­wia­da­jący po­rucz­ni­kowi, do­wódca od­działu sztur­mo­wego

oneg Shab­bat hebr.: uro­czy­sto­ści zwią­zane z ob­cho­dami sza­batu, obej­mu­jące śpie­wa­nie i po­czę­stu­nek

Pe­sach hebr.: ży­dow­skie święto Pas­chy (znane rów­nież jako Święto Wio­sny, Święto Prza­śni­ków, Święto Wol­no­ści, lo­kal­nie w Pol­sce na­zy­wane także Ży­dow­ską Wiel­ka­nocą), ob­cho­dzone na pa­miątkę wy­zwo­le­nia Izra­eli­tów z nie­woli egip­skiej

ptcha jid.: ga­la­re­to­wata, miękka po­trawa z go­to­wa­nego mięsa lub go­to­wa­nych skó­rek

rebbe hebr.: du­chowny przy­wódca cha­sy­dów

Ri­bono Shel Olam hebr., jid.: tra­dy­cyjne ży­dow­skie okre­śle­nie Boga, „Pan Świata”, „Władca Wszech­świata”

Rosz ha-Szana hebr.: ży­dow­ski Nowy Rok, w Pol­sce zwany też Świę­tem Trą­bek lub Trąb­kami

sa­bra hebr.: Żyd uro­dzony w Izra­elu

schmaltz jid.: tłuszcz z kury lub gę­siny; po­tocz­nie używa się go w zna­cze­niu „tłuszcz”

schnor­rer jid.: że­brak, dar­mo­zjad, osoba, która pa­so­ży­tuje na in­nych, lub ską­piec

se­chel hebr., jid.: ro­zum, in­te­li­gen­cja, zdrowy roz­są­dek

se­fa­rim hebr.: książki

se­fer Tora hebr.: ręcz­nie na­pi­sany zwój Tory

Sha­lom Ale­ichem hebr.: „Po­kój z wami”, tra­dy­cyjne ży­dow­skie po­wi­ta­nie, pieśń śpie­wana w sza­ba­towy wie­czór (pią­tek) po po­wro­cie z sy­na­gogi, wi­ta­jąca sza­bat

shande jid.: hańba, wstyd, skan­dal

shchu­nah hebr.: są­siedz­two, osie­dle, dziel­nica

she­itel jid.: szajtł, pe­ruka no­szona przez ży­dow­skie ko­biety po za­mąż­pój­ściu

Shoah hebr.: Ho­lo­kaust

sho­chet hebr.: rzeź­nik ry­tu­alny, upraw­niony do uboju zwie­rząt zgod­nie z za­sa­dami ko­szer­no­ści

shtie­bel jid.: „mały dom”, „mały po­kój”; miej­sce słu­żące do wspól­nych ży­dow­skich mo­dlitw i spo­tkań, mniej for­malne niż sy­na­goga

si­dur (l.mn. si­du­rim) hebr.: mo­dli­tew­nik ży­dow­ski

smi­chas hebr.: świę­ce­nia ra­bi­nac­kie

Son­der­kom­mando niem.: grupy ży­dow­skich więź­niów zmu­sza­nych do usu­wa­nia ciał z ko­mór ga­zo­wych i kre­ma­to­riów w obo­zach śmierci

szat­nez hebr.: za­kaz no­sze­nia odzieży wy­ko­na­nej z mie­szanki wełny i lnu

szecht jid.: ry­tu­alny ubój zwie­rząt zgodny z za­sa­dami ko­szer­no­ści

Szema Ji­srael hebr.: „Słu­chaj, Izra­elu”, to pierw­sze słowa jed­nej z naj­waż­niej­szych mo­dlitw ju­da­izmu

szi­duch jid.: do­słow­nie „mi­ło­sne do­pa­so­wa­nie”, za­aran­żo­wa­nie mał­żeń­stwa

sziksa jid.: nie­ży­dow­ska ko­bieta lub dziew­czyna

szty­bel jid.: bu­dy­nek lub jego część, sta­no­wiący dom mo­dli­tewny

szul jid.: sy­na­goga (ter­min sto­so­wany głów­nie w mo­wie po­tocz­nej Ży­dów asz­ke­na­zyj­skich)

tal­lit hebr.: ży­dow­ski szal mo­dli­tewny z frędz­lami

te­iglach jid.: tra­dy­cyjne ży­dow­skie wy­pieki, go­to­wane w sy­ro­pie

Ti­sza be-Aw hebr.: uro­czy­sty dzień po­stu w ka­len­da­rzu ży­dow­skim, upa­mięt­nia­jący w szcze­gól­no­ści znisz­cze­nie Pierw­szej i Dru­giej Świą­tyni Je­ro­zo­lim­skiej

Umschlag­platz niem.: „plac prze­ła­dun­kowy”, miej­sca, gdzie gro­ma­dzono Ży­dów z gett przed wy­wie­zie­niem do obo­zów

Wie­der­gut­ma­chung niem.: od­szko­do­wa­nia, które rząd nie­miecki zo­bo­wią­zał się wy­pła­cać od 1953 roku oca­la­łym z Ho­lo­kau­stu i in­nym ofia­rom na­zi­zmu

Yad Va­shem hebr.: ofi­cjalny po­mnik i in­sty­tu­cja pa­mięci Ho­lo­kau­stu w Izra­elu

yah­rzeit jid.: rocz­nica śmierci bli­skiej osoby

ze­mi­rot jid.: ży­dow­skie hymny i pie­śni, śpie­wane pod­czas sza­batu i świąt

Zi­ka­ron Ba­Sa­lon hebr.: „Wspo­mnie­nia w sa­lo­nie”, spo­tka­nia w pry­wat­nych do­mach, pod­czas któ­rych uczest­nicy wy­słu­chują świad­ków hi­sto­rii Ho­lo­kau­stu

Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć

Joanne Jowell

Tłumaczenie: Agnieszka Erdoğan

Original English title: I am Ella: A remarkable story of survival, from Auschwitz to Africa Copyright © 2023 Joanne Jowell, Evelyn Kaplan and Ella Blumenthal Originally published by Kwela, an imprint of NB Publishers, Cape Town, South Africa in 2023

© for the Polish edition: Wydawnictwo RM, 2026 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl

ISBN 978-83-8400-137-0 ISBN 978-83-7147-223-7 (ePub)

Redaktorka prowadzący: Justyna ŻebrowskaRedakcja: Michał TrusewiczKorekta: Małgorzata RóżyckaProjekt okładki: Magdalena BetlejEdytor wersji elektronicznej: Edyta GadajOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książki, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]