Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Świadectwo hartu ludzkiego ducha – nadzwyczajna opowieść o niezwykłej kobiecie
„Przetrwałam okrucieństwa warszawskiego getta, komory gazowe Majdanka, bestialstwo Auschwitz i bezgraniczną beznadzieję Bergen-Belsen. Straciłam rodziców, braci, siostry, ich współmałżonków i dzieci. Ale dla mnie, chociaż to nienormalne, nie jest to niczym niezwykłym. Niezwykłe jest dla mnie to, że nadal potrafiłam kochać, rozmawiać, pisać, jeść tosty i pić herbatę, po prostu żyć”.
Historia Elli Blumenthal, która przeżyła Holokaust i rozpoczęła nowe życie w odległej Republice Południowej Afryki, jest lekcją wytrwałości, charakteru i… radości. Ze zgliszczy warszawskiego getta do nazistowskich obozów koncentracyjnych; z Polski przez Paryż i Palestynę aż do Kapsztadu. Jej opowieść to świadectwo ocalałych, relacja o wydarzeniach, o których nie wolno nam zapomnieć.
W cieniu wstydu i traumy, dręczących wielu ocalałych w latach bezpośrednio po wojnie, Ella stworzyła szczęśliwy dom, w którym niewielu znało jej cierpienie. Postanowiła wieść życie pełne pozytywnej energii – życie, które ma znaczenie.
O życiu Elli Blumenthal opowiada wielokrotnie nagradzany film dokumentalny I am Here (2021). Siostrzenicą Elli jest Rachel Roth, również ocalała z Holokaustu, autorka książki Przysięgnij, że przeżyjesz.
Joanne Jowell – autorka, która w swoim pisarstwie łączy literaturę faktu z elementami narracji literackiej. Opowiada historie, w których daje przestrzeń wielu głosom i zgłębia wspólnotę ludzkich doświadczeń. Poprzez swoje książki celebruje niezwykłe historie z życia zwykłych ludzi. Joanne mieszka w Kapsztadzie (RPA) z mężem, trójką dzieci i gromadką zwierząt. Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć to jej siódma książka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 388
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla moich dzieci, wnuków, prawnuków i przyszłych pokoleń.
Ella Blumenthal
Dla Maxxa – „Czołga”, „Łosia”, chłopaka, który w imieniu ma podwójny „x” – jak podwójny buziak.Ty już wiesz, że Ella jest legendą.Teraz opowiedz to swoim znajomym.
Joanne Jowell
Za sprawą mojego, trwającego już ponad dwie dekady, zaangażowania w upamiętnianie Holokaustu i edukację w Południowej Afryce przeczytałam wiele wspomnień i biografii ludzi, którzy przeżyli Holokaust, wiele z nich usłyszałam bezpośrednio od nich samych. Każda z tych historii mnie poruszyła i zdumiała, zabierając mnie w wyjątkową, wspólną podróż. Istotnie, moja interakcja i moje przyjaźnie z ocalałymi stanowią jeden z najbardziej poruszających, pouczających i satysfakcjonujących aspektów wykonywanej przeze mnie pracy.
Joanne Jowell spędziła blisko czterdzieści pięć godzin na rozmowach z Ellą Blumenthal, wyjątkową kobietą, której życie trwa już ponad sto lat. Podczas wielu godzin spędzonych wspólnie w domu Elli w Kapsztadzie nawiązała się między nimi szczególna relacja, która umożliwiła Elli podzielenie się złożoną historią jej życia, a Joanne skłoniła do głębokiej refleksji. W rezultacie powstała książka będąca połączeniem pamiętnika i biografii obu kobiet.
Chociaż w relacji dominuje historia Elli, przekazana w dużej mierze jej własnymi słowami, Joanne w mistrzowski sposób uporządkowała wspomnienia, tworząc fascynującą książkę, pełną wnikliwych obserwacji, refleksji i dbałości o szczegóły historyczne. Czujemy się tak, jakbyśmy rzeczywiście poznali Ellę i siedzieli z Joanne, wspólnie z nią przysłuchując się tej opowieści. Starannie dobrane przypisy i wtrącenia Joanne na początku i na końcu większości rozdziałów wzbogacają tekst i pomagają nam skupić się na najistotniejszych kwestiach. Nieodłącznym elementem przemyśleń zarówno Elli, jak i Joanne jest przekaz kierowany do młodszego pokolenia, niezwykle istotny ze względu na fakt, że naocznych świadków Holokaustu jest wśród nas coraz mniej. Dlatego w tej książce obecne są dzieci, wnuki i prawnuki Elli, podobnie jak dzieci Joanne. W historii Elli oraz jej relacji rodzinnych pojawiają się tematy oddziałujące na młodych czytelników, a przez to nadające tej książce istotny i ponadczasowy charakter.
Fakt, że Ella ocalała z Holokaustu, miał znaczący wpływ na jej życie, ale wydarzyło się w nim znacznie więcej, dzięki czemu przed czytelnikiem maluje się portret energicznej kobiety pełnej współczucia, inteligentnej i refleksyjnej. Jej poczucie humoru, silna żydowska tożsamość religijna i przywiązanie do rodziny przewyższają tragedię, niewyobrażalne cierpienie i stratę, które stały się jej udziałem. Można by się spodziewać, że takie doświadczenia życiowe przepełniają człowieka goryczą, traumą i przytłaczającym smutkiem, tymczasem Ella uosabia radość i celebrację życia.
Stworzony przez Joanne Jowell portret Elli Blumenthal inspiruje i pozostaje w pamięci na długo po przeczytaniu ostatnich słów. Książka Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć stanowi silne świadectwo hartu ludzkiego ducha i jest potężnym narzędziem nakłaniającym nas do budowania sprawiedliwego, życzliwego i pełnego empatii świata, do którego powinniśmy dążyć.
Richard Freedman
Przewodniczący Rady Powierniczej Centrum Holokaustu i Ludobójstwa w Kapsztadzie
listopad 2022 r.
Mój nastoletni syn stoi przy biurku w swojej sypialni i zapala zapałkę.
Kotary są zasłonięte i zanim nie rozbłyśnie płomień, pokój oświetla jedynie blade światło komputera. Z ekranu przygląda mu się grupa uroczystych twarzy.
Przed nim stoi świeca yahrzeit[1] – długopalący się żydowski symbol pamięci, którego nie muszą zapalać ci, których oboje rodzice żyją. On jednak ją zapala.
Jest dwudziesty pierwszy stycznia 2020 roku. Jom ha-Shoa[2].
W Republice Południowej Afryki osiągnęliśmy szczyt pandemii COVID-19. Dziś moje dzieci po raz pierwszy od trzech miesięcy wróciły do szkoły i dopiero teraz jestem w stanie zająć się projektem, w który zaangażowałam się w 2017 roku. Musiałam napisać dwie inne książki, zaplanować festiwal literacki i przetrwać globalną pandemię, abym w końcu zabrała się za pisanie historii Elli Blumenthal, ocalałej z Holokaustu. Od razu uderza mnie niepokojąca zbieżność pisania o przeszłości Zagłady w apokaliptycznej teraźniejszości. Zastanawiam się, jak sama Ella podejdzie do tych „bezprecedensowych czasów”, przeżywszy własny „bezprecedensowy czas” podczas II wojny światowej. Czy jej tarcza ocalałej ochroni ją przed tą plagą?
Moje rozmowy z Ellą, główną bohaterką książki, zostały przeprowadzone wkrótce po tym, jak jej córka, Evelyn Kaplan, zwróciła się do mnie z prośbą o spisanie tej historii. Chociaż byłam wtedy całkowicie pochłonięta przygotowywaniem zupełnie innej książki, chciałam jak najszybciej spotkać się z Ellą i spisać jej relację. Czy to wiedziona lękiem (przed odejściem pełnej życia, energicznej, 96-letniej wówczas Elli), współczuciem (nie sposób nie otworzyć ust ze zdumienia, słysząc choćby zarys jej historii) czy osobistą ciekawością (od dawna jestem zaintrygowana tematem Holokaustu), natychmiast postanowiłam regularnie spotykać się z Ellą i z nią rozmawiać. Szczęśliwie wolała widywać się wieczorami, podczas gdy bohater mojego innego projektu preferował poranki. Godziłam więc wizyty u obu tych osób, często jeżdżąc od jednej do drugiej w ciągu tego samego dnia i starając się oczyścić umysł pomiędzy rozmowami z nimi. Spotykałyśmy się często, przez trzy miesiące. Wszystkie dwadzieścia dwa wywiady, z wyjątkiem jednego, odbyły się w jej mieszkaniu w Sea Point w Kapsztadzie. W sumie spędziłyśmy na rozmowach blisko czterdzieści pięć godzin, zagłębiając się w jej wspomnienia, utrwalając jej świadectwo i budując bardzo serdeczną relację.
* * *
Nazwisko „Ella Blumenthal” jest powszechnie znane społeczności żydowskiej Południowej Afryki. Jej historia jest jedną z najbardziej wymownych i wyrazistych relacji spośród blisko trzystu ocalałych z Holokaustu, którzy przybyli do tej goldene medine[3] jeszcze w trakcie wojny i po jej zakończeniu.
Milczenie jest wspólną cechą tej grupy, niezależnie od tego, do którego miejsca na świecie trafili. Wielu ocalałych cierpiało z powodu niemożliwego do wyrażenia poczucia winy, że przeżyli, w przeciwieństwie do sześciu milionów ich braci. Większość z nich uważała, że powojenny świat nie jest w stanie pojąć ich traumy, i dlatego nie mogli dzielić się swoimi doświadczeniami, decydując się poruszać ten temat tylko między sobą i selekcjonując to, co opowiadają swoim dzieciom. Często po prostu nie potrafili znaleźć słów, aby opisać swoje cierpienie czy nawet ocalenie. Milczenie stało się dla niektórych szansą na uzdrowienie, bowiem pozwala psychicznie zdystansować się wobec traumy. Ocalali pisarze i poeci często poruszają kwestię tego, jak niewyobrażalnie trudno jest odpowiednio wyrazić doświadczenie Holokaustu lub związanego z nim bólu i ośmielić się zrobić coś w imieniu ofiar. Pisarz i laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel powiedział: „Tylko ci, którzy tam byli, są w stanie to pojąć, a ci, którzy tam byli, nigdy nie będą w stanie o tym opowiedzieć”.
Dzieci ocalałych z Holokaustu muszą same zmierzyć się z traumatyczną przeszłością ich rodziców i jej wpływem – świadomym lub nie – na ich wychowanie. Gdy dorastały, ich rodzice przekazywali im niewielką ilość związanych z tym szczegółów lub nie dzielili się nimi wcale. Historyczka Holokaustu Edna Friedberg pisze: „Jako nastolatka wielokrotnie pytałam ojca: «Tato, dlaczego nigdy nie opowiadasz o tym, co przeżyłeś?» Ojciec odparł bez ogródek: «Kiedy ludzie, których ledwo znam, proszą mnie, żebym opowiedział, co spotkało mnie podczas Holokaustu, czuję się, jakby mówili: Miło cię poznać. Słyszałem, że jesteś ofiarą gwałtu zbiorowego, opowiedz mi o tym». Jego wyjaśnienie milczenia dało mi wiele do myślenia i sprawiło, że sama zamilkłam”[4].
Dorastanie w milczeniu z pewnością dotyczyło rodziny Elli od wczesnych lat. „Jako dziecko pytałam mamę, skąd wzięła się blizna na jej ramieniu, a ona odpowiadała, że to z wypadku samochodowego”, wspomina Evelyn, najmłodsza z czwórki rodzeństwa. „Dopiero gdy miałam dwanaście lat, opowiedziała mi o swoich doświadczeniach. Czynnie [publicznie] zaczęła o tym mówić zaledwie w ciągu ostatnich dziesięciu czy piętnastu lat”. I mówi, wykorzystując każdą sposobność, żeby edukować, uświadamiać i upamiętniać. Wraz z nielicznymi opowieściami innych ocalałych zamieszkujących RPA relacja Elli wypełniła kompendium historii ocalałych tego kraju, a jej imię stało się synonimem świadomości i edukacji o Holokauście. Ella nie jest już cichą ofiarą niewypowiedzianej przeszłości, jej głos, jej imię, jej historia rozbrzmiewają niczym cymbały. Jest, jak powiedzieliby moi synowie, legendą.
Ale to nie wystarczy.
Nie wystarczy, że będziemy znali jej imię i rozpoznawali jej głos. Nie wystarczy, że Ella, ocalała, dźwiga brzemię świadka. To zadanie spoczywa na nas wszystkich; to moralny obowiązek nałożony na ludzkość przez nieludzkość. To obowiązek, który odczuwałam głęboko, odkąd byłam młodą dziewczyną, choć może wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Dorastałam w tradycyjnej żydowskiej rodzinie. Od piątego roku życia uczęszczałam do żydowskiej szkoły dziennej. Edukacja na temat Holokaustu była integralną częścią programu nauczania, prezentowaną w sposób dostosowany do wieku uczniów, na tyle, na ile szkoła była w stanie to zrobić. Nie przypominam sobie dnia ani roku, w którym po raz pierwszy dowiedziałam się o Holokauście; mam wrażenie, że jest to coś, o czym zawsze wiedziałam, tak jak zawsze wiedziałam, że jestem Żydówką, kobietą albo że mam brązowe oczy. Pamiętam jednak chwilę, w której poczułam ciężar obowiązku, dokładną minutę, w której moja tożsamość związana z Holokaustem zmieniła się z narodowej w osobistą.
Był rok 1990. Miałam szesnaście lat. Nelson Mandela wyszedł na wolność. Odradzała się Republika Południowej Afryki. Moje dorosłe poczucie tożsamości dopiero się rozwijało, ale moja tożsamość kulturowa, jako Żydówki z RPA, nigdy nie była tak silna. Byłam podekscytowana świadomością, że żyję i uczę się w epoce wielkich obietnic oraz że w końcu jestem wystarczająco dorosła, żeby docenić materiały, na zrozumienie których byłam wcześniej zbyt niedojrzała.
To właśnie z tym nowo otwartym umysłem przyłapałam siebie wpatrującą się w znane zdjęcie z Holokaustu: „Chłopiec z warszawskiego getta”, wykonane podczas powstania w getcie warszawskim w 1943 roku, przedstawiające tłum Żydów wychodzących z budynku z rękami uniesionymi w geście poddania się nazistowskim żołnierzom uzbrojonym w pistolety maszynowe. Na przodzie, w środku stoi mały chłopiec w płaszczyku, podkolanówkach i kaszkiecie, zaciskający brwi i usta, jakby był bliski płaczu. Kobieta niosąca torbę i trzymająca ręce w górze odwraca się, by spojrzeć na żołnierzy. Jeden z żołnierzy, otoczony przez innych, rzuca wyzywające spojrzenie na fotografa. Chłopiec, jego strach i jego nieunikniona śmierć zapierają dech w piersi.
Później dowiedziałam się, że ta grupa Żydów została wyprowadzona z bunkra, w którym się ukrywali, podczas ostatecznej likwidacji getta. Wszyscy zostali zesłani do obozów zagłady w Majdanku lub Treblince. Dowiedziałam się, że to zdjęcie było jednym z wybranych do Raportu Stroopa – zbioru codziennych komunikatów wysyłanych przez dowódcę SS Jürgena Stroopa (oficera odpowiedzialnego za likwidację getta warszawskiego) do jego przełożonych. Dowiedziałam się, że spośród osób widocznych na zdjęciu mamy pewność co do tożsamości jednej z nich: żołnierza uzbrojonego w pistolet maszynowy MP 28, Josefa Blöschego służącego w SS, słynącego z okrucieństwa wobec kobiet i dzieci. Nawet imię chłopca na zdjęciu pozostaje nieustalone, chociaż kilka osób podawało się za niego. Choć nie znamy jego imienia, znamy jednak jego historię. Jest to historia wszystkich dzieci, które stały się ofiarami Holokaustu. Jest to jednocześnie historia oporu i cierpienia Żydów.
Gdy tak wpatruję się w „Chłopca z warszawskiego getta”, mam jedynie mglistą świadomość szerszego obrazu, który odzwierciedla to niewielkie zdjęcie. Jestem oszołomiona widokiem chłopca, broni, grozy – to wszystko prawda, ale dostrzegam coś jeszcze, co porusza mnie do głębi. A raczej dostrzegam kogoś jeszcze…
Na skraju kadru, częściowo zasłonięta przez inne ofiary, stoi mała dziewczynka, niestarsza niż sześć czy siedem lat. Jedną rękę trzyma nad głową w geście poddania się, włosy ma owinięte szalikiem, który okala jej twarz i jest zatknięty pod brodą ze skromnością znacznie starszej kobiety. Zdecydowanie nie ona jest bohaterką tej sceny, ale to właśnie ta dziewczynka przyciąga i zatrzymuje moje spojrzenie. Czy to dlatego, że jej wzrok jest tak bezpośredni? Oprócz oficera SS z bronią to jedyna osoba patrząca prosto w obiektyw aparatu. A może dlatego, że w odróżnieniu od tłumu wokół niej jej zachowanie wydaje się całkowicie spokojne? Jej idealnie owalna twarz, głębokie brązowe oczy i nieuśmiechnięte usta emanują spokojem tak bardzo niepasującym do tej aury brutalnego chaosu.
Ona patrzy. Na mnie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Nasze spojrzenia się spotykają i patrzymy na siebie, ponad latami, które upłynęły od jej przedwczesnej śmierci, ponad głowami tych, którzy żyli, ukrywali się i umierali razem z nią, ponad niekończącymi się pytaniami bez odpowiedzi, aż do tej chwili naszego spotkania. Widzę ją. Znam ją. Jestem nią.
Mam zdjęcie, na którym mam sześć lat i jestem ubrana jak romska dziewczynka na żydowskie święto Purim. Pożyczyłam kolorową spódniczkę z brzegiem obszytym dzwoneczkami i czułam się tak egzotycznie, gdy dzwoniły, kiedy szłam. Do tego obowiązkowe wielkie złote kolczyki w kształcie obręczy; nie pozwolono mi przekuć uszu, dopóki nie byłam znacznie starsza, więc moja mama znalazła parę klipsów w takim samym kształcie, które po prostu uwielbiałam, i poprzysięgłam, że nigdy ich nie zdejmę – nie mogłam się przyznać, jak boleśnie ściskały mi uszy, i na pewno nie wytrzymałabym w nich dłużej, niż trwała jazda samochodem do szkoły. To wyjaśnia, dlaczego nie ma ich na portrecie wykonanym później tego samego dnia, dlaczego zdjęcie, które zatrzymało tę chwilę w czasie i wdarło się do pamięci dekady później, przedstawiało słodką małą dziewczynkę z włosami skromnie związanymi z tyłu i głową zakrytą chustką zawiązaną pod brodą. Dziewczynka o idealnie owalnej twarzy, głębokich brązowych oczach i nieuśmiechniętych ustach, emanujących spokojem w aurze radosnego zamieszania. Dziewczynka, której twarz odbijała się we mnie przez nazistowski obiektyw, wywołując przedziwne uczucie podobieństwa między nami. Patrząc na dziewczynkę na pierwszym planie zdjęcia „Chłopca z warszawskiego getta”, nie widziałam nikogo innego niż samą siebie.
Wielu z nas interesuje się, lub powinno się interesować, Holokaustem. Wierzę, że to nasz moralny obowiązek jako ludzi, niezależnie od religii czy tożsamości kulturowej. Niewątpliwie fakt, że jestem Żydówką, pogłębia moje własne zaangażowanie w tę kwestię; odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do badania tej problematyki. W ostatnich latach liceum błagałam rodziców, żeby pozwolili mi wziąć udział w Marszu Żywych – międzynarodowym programie edukacyjnym, który przyciąga do Polski tysiące ludzi chcących studiować historię Holokaustu i którego punktem kulminacyjnym jest trzykilometrowy marsz z obozu koncentracyjnego Auschwitz do Birkenau w Dniu Pamięci o Holokauście. Wielce poważany dyrektor mojej szkoły odradził mi wyjazd, powołując się na moją pozycję przewodniczącej samorządu i zbliżające się egzaminy maturalne jako „zbyt duże obciążenie”. Z perspektywy czasu cieszę się, że wtedy przekonał mnie, by zrezygnować z tego pomysłu, ponieważ podsycił ogień, który rozgorzał z większą siłą lata później, kiedy miałam okazję odwiedzić Polskę jako dorosła, starsza i mądrzejsza, w kameralnej grupie, w towarzystwie osób ocalałych z Holokaustu.
W międzyczasie czytałam książki o Holokauście, wzięłam udział w zajęciach na ten temat podczas moich studiów licencjackich i odwiedziłam muzea Holokaustu w każdym mieście, do którego podróżowałam i które mogło się takim poszczycić. Trudno mi nazwać moje zainteresowanie tą problematyką naukowym czy zawodowym – jest to raczej fascynacja, którą przypisuję mojej wrodzonej pasji do psychologii i powiązaniom, choć niebezpośrednim, mojej rodziny z Holokaustem. Moi pradziadkowie od strony matki, wujkowie i ciotki zostali zabici, ale moja babcia i dziadek nigdy o nich nie opowiadali (przynajmniej mnie), a moi bliżsi krewni, w tym moja matka, nie wydawali się definiować siebie przez straty rodziny w wyniku Zagłady, choć z pewnością miało to na nich wpływ. Podświadome skutki są niepodważalne – to zagadnienie było przedmiotem pracy, którą pisałam na studiach, badając poczucie winy ocalałych i wpływ na psychikę drugiego i trzeciego pokolenia. Moja zmarła matka badała historię społeczną – była zafascynowana obecnością Żydów w Południowej Afryce i poświęciła się poznawaniu i pisaniu o naszej historii kulturowej w tym kraju. Zastanawiałam się, czy właśnie to wywołało moje szczególne zainteresowanie tą kwestią.
Te wyjaśnienia mojego związku z tą tragiczną historią są uzasadnione i obiektywne, ale związek z moją podobizną na zdjęciu, które teraz nazywam, przynajmniej w mojej głowie, „Chłopiec z warszawskiego getta i ja”, jest głęboko, głęboko osobisty.
Historia Holokaustu to moja historia. To mogłam być ja… Być może w innym wcieleniu to byłam ja. Ta historia jest czymś więcej niż tylko moją, czymś więcej niż tylko naszą. Ta historia to ja.
Kiedy obserwowałam mojego syna w święto Jom ha-Szoa, przyglądałam się jego głębokiemu skupieniu podczas tych uroczystości upamiętniających, zastanawiając się, czy ten rytuał może rozpalić w nim podobną iskrę – głębokie zainteresowanie szybko oddalającą się historią. Uderzyło mnie to, że jego pokolenie jest ostatnim, które będzie mogło postrzegać Holokaust jako „historię niedawną”, przeszłość, która ukształtowała ludzi przez nich kochanych i znanych jako dziadków lub żywe legendy. On ma jeszcze dość szczęścia, żeby spotkać lub usłyszeć relacje żyjących ocalałych z Holokaustu, żeby dorastać z wewnętrznym poczuciem związku z historią Zagłady. Dołączył do mnie, by wysłuchać relacji Elli podczas Zikaron BaSalon (Wspomnienia w salonie) w 2020 roku – corocznego wydarzenia upamiętniającego Jom ha-Szoa, podczas którego niewielkie grupy ocalałych i ich dzieci goszczą w prywatnych domach. Chodzi o to, żeby umożliwić zwykłym ludziom dostęp do niezwykłej historii i do osób, które ją przeżyły. Oczywiście niewypowiedziane poczucie naglącej potrzeby, które towarzyszy takim wydarzeniom i wszystkim rozmowom o Holokauście w dzisiejszych czasach, wynika z nieuchronnego odchodzenia ocalałych. Nawet ci, którzy urodzili się podczas wojny lub byli wtedy bardzo młodzi, mają obecnie ponad osiemdziesiąt lat. Takie doświadczenia – podobnie jak moje podczas pisania tej książki – dają poczucie zarówno uprzywilejowania, jak i presji.
Ponieważ to czas koronawirusa, na całym świecie Zikaron BaSalon odbywa się online. Zwinięci na kanapie, mój syn i ja logujemy się na Zoomie i oglądamy zbliżenie twarzy Elli na ekranie, czując się tak, jakby mówiła tylko do nas. Do pokolenia Z siedzącego obok mnie, tak przyzwyczajonego do przyswajania informacji za pośrednictwem ekranu. Fakt, że wydarzenie to odbywa się na żywo, ma znaczenie. Mój syn nie ma poczucia, że może się odwrócić, odpowiadać na wiadomości czy grać w gry cyfrowe, oglądając na żywo ocalałą opowiadającą swoją prawdziwą historię. Przyglądam mu się, kiedy ją ogląda, i mam nadzieję, że to może być jego haczyk – jego moment połączenia, poczucia obowiązku, osobistego zainteresowania.
Trudno jest czymś zaciekawić pokolenie Z. Nawet jeśli Ella dosłownie wyszła cało z komory gazowej i stawiła czoła potworom, to czy jej historia może przemówić do dzieci, których wirtualne światy nie znają żadnych ograniczeń wizualnych? Jestem pisarką, więc moim pierwszym odruchem jest sięgnięcie po słowo pisane, ale czytanie nie jest tym, czym zajmuje się ta generacja, nie wspominając o trudnym zadaniu pamiętania, żeby nigdy nie zapomnieć. Chociaż obowiązek edukowania przyszłych pokoleń na temat Holokaustu i ludzi, którzy go przeżyli, nie spoczywa wyłącznie na mnie, nie mogę pozbyć się nadziei, że uda mi się wykorzystać wyjątkowość historii Elli dla większego celu i zapewnić jej miejsce w kanonie materiałów upamiętniających Holokaust. Chcę, żeby historia Elli i historia Zagłady przemawiały do moich dzieci tak samo, jak przemawiają do mnie, aby były opowieściami, którą mogą przyswoić i rozpowszechniać. Jeśli mam zatem przekazać doświadczenia Elli moim dzieciom poprzez wymagającą formę pisarską, być może kluczowe będzie wprowadzenie postaci, z którymi łatwiej im będzie się utożsamić, np. jednego z wnuków Elli.
Przypomina mi się Jom ha-Szoa z 2018 roku – zorganizowana przez społeczność uroczystość upamiętniająca, która odbyła się na cmentarzu Pinelands w Kapsztadzie. Cztery pokolenia podzieliły się swoimi refleksjami: Ella, jej córka Evelyn, jej wnuczka Jade i jej prawnuczka Deena. Każda z nich opowiedziała na swój sposób o tym, jak doświadczenia Elli wpłynęły na ich życie. Każda otworzyła się i wyraziła swoje myśli słowami najbardziej odpowiednimi dla swojej grupy wiekowej. Wciąż słyszę pierwsze słowa 15-letniej Deeny: „Moja prababcia śpi przy rozsuniętych zasłonach. Chce móc każdego dnia oglądać wschód słońca”. Nie musiała ona wyjaśniać powodów Elli; przyczyna i skutek były jasno sugerowane, a metaforyka wystarczająco wymowna… Natychmiast zrozumieliśmy sens. Pojęliśmy dzięki jej pozycji potomkini i wszystkiemu, co wydarzyło się wcześniej. I to samo zrobiłam ja: Ella musi opowiadać swoją historię i opowiadać ją tak długo, jak będzie w stanie, ale jej potomkowie również muszą ją opowiadać, językiem, który dotrze do ich przyjaciół, poruszy ich rówieśników i przekroczy granice pokoleń od X, przez Y, do Z i dalej. Musimy wysłuchać Elli, ale musimy też usłyszeć o Elli. Musimy odnaleźć siebie w historii Holokaustu – jeśli nie w jej ocalałych bohaterach, to w jej rozległej obsadzie drugoplanowej, powiększającej się za każdym razem, gdy pamiętamy, żeby nie zapomnieć.
Jeżeli rzeczywiście „historia kołem się toczy”, to żadne czasy nie są naprawdę bezprecedensowe, żadne okoliczności nie są niemożliwe do powiązania. Strata, ból, przetrwanie i triumf występują we wszystkich naszych historiach – narodowych i osobistych. W każdej rodzinie jest Ella Blumenthal. Każdy z nas ma swojego „Chłopca z warszawskiego getta i mnie”. To istnieje. Naszym obowiązkiem jest nigdy nie zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest to odnaleźć.
[1] Jidysz; rocznica śmierci (jeśli nie oznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autorki).
[2] Dzień Pamięci Holokaustu.
[3] Jidysz: „złoty kraj”, ze względu na kojarzenie Republiki Południowej Afryki z tym szlachetnym metalem.
[4] E. Friedberg, Elie Wiesel and the Agony of Bearing Witness, „The Atlantic”, 9 lipca 2016, https://www.theatlantic.com/international/archive/2016/07/elie-wiesel-holocaust/490604/ (ostatni dostęp 22.12.2012).
ELLA:
Przeżyłam Holokaust wraz z moją siostrzenicą Romą.
Była córką mojej najstarszej siostry Goldy. Golda miała czworo dzieci, z którymi dorastaliśmy jak rodzeństwo. Między Romą a mną nie było dużej różnicy wieku – zaledwie pięć lat. Dzieci mojej siostry, w tym Roma, nie były dla mnie jak siostrzenice i siostrzeńcy; były jak moje własne rodzeństwo.
Kiedy Niemcy najechali i zbombardowali Warszawę, mieszkanie Romy zostało zniszczone: odłamki przebiły frontową ścianę, balkon się zawalił. Dlatego wszyscy zamieszkali z nami. Żyliśmy jak jedna rodzina. Wszystkich członków mojej rodziny nazywam „najbliższymi”. Tacy właśnie dla siebie byliśmy.
Dwudziestu trzech członków mojej rodziny zginęło w Holokauście. Dwudziestu trzech. Tylko Roma i ja przetrwałyśmy. Spośród moich rodziców, sześciorga mojego rodzeństwa, ich małżonków oraz moich siostrzenic i siostrzeńców, bratanic i bratanków przeżyłyśmy tylko Roma i ja.
Mogę ci wymienić ich wszystkich, imiona mojej utraconej rodziny. Wypisałam je na końcu mojego machzoru[1], inaczej nie udałoby mi się wypowiedzieć ich podczas Yizkor[2], które zazwyczaj przebiega bardzo szybko tutaj, w Południowej Afryce. Dzięki temu zawsze będę pamiętała o każdym z nich.
Nie lubię liczyć. Od czasu wojny nienawidzę liczyć. Ale tym razem…
To było zaledwie kilka lat temu. Świętowałam okrągłe urodziny podczas szabatowych uroczystości w domu mojego syna Henry’ego w Johannesburgu. Moje dzieci, wnuki i prawnuki przybyły, żeby być ze mną. Siedząc przy stole szabatowym, rozejrzałam się po wszystkich pięknych twarzach członków mojej rodziny i naliczyłam nas dwadzieścia troje – dokładnie tyle, ilu członków rodziny straciłam w Holokauście. Zdałam sobie wtedy sprawę, że HaShem[3] mi ich zwrócił.
Mam czworo dzieci, jedenaścioro wnuków i jedenaścioro prawnuków. Niech ich Bóg błogosławi. Mam nadzieję, że dożyję kolejnych.
Drzewo genealogiczne Elli Blumenthal, stan na luty 2023 r.
Nie tylko moje przetrwanie, lecz także moje dzieci i wnuki są największym zwycięstwem nad tymi, którzy chcieli zniszczyć nasz naród.
[1] Modlitewnik używany podczas niektórych świąt żydowskich (l. mn.: machzorim).
[2] Żydowska ceremonia upamiętniająca.
[3] Dosłownie „imię”; sposób określania Boga w kontekstach innych niż modlitwa i czytanie świętych pism, ponieważ samo imię jest uznawane za zbyt święte, by można je było w ten sposób używać.
Rozdział 1
Ella mieszka w Bordeaux – wielkiej damie wśród budynków mieszkalnych przy Sea Point’s Beach Road.
Bordeaux zajmuje prawie całą dzielnicę, a jego korzenie są mocno osadzone w dziedzictwie zarówno Kapsztadu, jak i jego społeczności żydowskiej – przede wszystkim dlatego, że pod różnymi postaciami zajmowała tę konkretną nieruchomość od końca XIX wieku, a poza tym dlatego, że nie byłoby błędnym stwierdzenie, że większość żydowskich rodzin Kapsztadu mieszkała w Bordeaux w tym czy innym momencie. A jeśli nie mieszkała, to przynajmniej uczestniczyła w tamtejszych szabatowych wieczerzach. Istnieje nawet charakterystyczny zapach, który przenikał budynek w tak wiele piątkowych popołudni, że niewątpliwie wniknął w jego mury. Smażony miętus, pieczona challah[1]i Estée Lauder to wyjątkowa mieszanka, przywołująca natychmiastowo proste zdanie: „Pachnie jak mieszkania w Bordeaux”. Jest to fraza tak osobliwa i przepełniona nostalgią, że nie wymaga żadnego wyjaśnienia, wywołuje natychmiastowe skojarzenie i może być wykorzystywana jako pytanie sprawdzające pochodzenie.
Zatem fakt, że Ella tu mieszka, nie zaskakuje. Właściwie uważam to za krzepiące, ponieważ odwiedzanie jej przenosi mnie w przeszłość: do mojego wczesnego dzieciństwa, kiedy moi dziadkowie mieszkali w dużym mieszkaniu w Bordeaux z widokiem na morze; do czasów szkoły średniej, kiedy moja owdowiała wówczas babcia przeniosła się do mniejszego mieszkania w Bordeaux, z którego było widać synagogę przy Marais Road i słychać dochodzące z niej dźwięki; do czasu moich studiów, kiedy mój chłopak (obecnie mąż) dzielił tu mieszkanie ze swoją siostrą i zapewniał mi szczęśliwy azyl od mojego pokoju w akademiku.
Obecnie wejście do Bordeaux jest ściśle monitorowane przez ochronę i muszę zadzwonić domofonem do dwóch par drzwi, zarejestrować się w recepcji i poczekać, aż ochroniarz zadzwoni do Elli, aby potwierdzić, że mnie oczekuje.
Dzwonię do drzwi i czekam przed typowymi drzwiami wejściowymi w Bordeaux: ciemnym mahoniowym panelem inkrustowanym nieprzezroczystym szkłem. Widzę cienie poruszające się tuż za nimi. Joan, opiekunka Elli, otwiera drzwi, a Ella stoi tuż za nią. Prowadzą mnie korytarzem, obok stolików uginających się od ramek ze zdjęciami, do salonu z jadalnią, gdzie przesuwne okna są otwarte na morską bryzę, a stolik herbaciany jest świeżo nakryty. Domowe ciasteczka Elli ułożono w piramidę na tacy; moje dzieci wkrótce zaczną ich wyczekiwać jako słodkiego poczęstunku na wynos z moich popołudni z Ellą.
Jest rok 2017. Ella ma 96 lat.
Akurat.
Można oszacować jej wiek na podstawie zmarszczek, które wyryły na twarzy jej życiową podróż, ale patrząc na sprężysty krok i błysk w oku, można by pomyśleć, że wydaje się znacznie młodsza. Ella jest pełna życia, zajęta i niesforna. Głos ma mocny, czasem nawet ostry, i chociaż jej córka utrzymuje, że Ella nigdy nie interesowała się powierzchownymi sztuczkami wykonywanymi za pomocą kosmetyków i makijażu, zauważam, że jej paznokcie są pięknie pomalowane na jednolity, lśniący burgundowy kolor. Niewątpliwie jej ogniste paznokcie, proste zęby, donośny głos i łukowate brwi tylko potęgują nieoczekiwany powiew figlarności Elli, nakładając niemożliwą do zatarcia młodość na głęboko traumatyczną naturę jej przeszłości.
Sadza mnie przy stole, ale najpierw mierzy mnie od stóp do głów, a następnie przytula ciepło i całuje w policzek. Zauważa mój naszyjnik – misterny monogram z inicjałami moich dzieci – i komentuje, że wygląda jak z pracowni Gary’ego Nathana. Ma rację. Zakładam, że rozpoznaje jego projekty biżuterii, ponieważ Gary jest członkiem synagogi Camps Bay, do której należy również córka Elli i gdzie Ella uczestniczy w wielu uroczystościach szabatowych i świątecznych. Ale jej odpowiedź jest zaskakująca: „Nie, nie”, mówi, przyglądając się uważnie wisiorkowi. „Widziałam je na Facebooku”. Na Facebooku? Ma 96 lat!
Dla mnie i – jak sądzę – dla większości ludzi rozpoznawalność Elli jest tak całkowicie i nierozerwalnie związana z jej tożsamością jako ocalałej z Holokaustu, że jej obeznanie w nowoczesnej technologii jest intrygującą niespodzianką. Poznając ją, zdałam sobie sprawę, jak bardzo ta technofilia pasuje do kogoś, kto potrafi się dostosować. Po uwadze o Facebooku zadaje mi pytanie organizacyjne, czy mam jej numer telefonu (dotychczas cała moja komunikacja z nią odbywała się za pośrednictwem jej córki Evelyn). Kiedy wyjmuję telefon, żeby go zapisać, spogląda na logo Samsunga i wzdycha. „Jaka szkoda… To nie iPhone, więc nie możesz zadzwonić do mnie przez FaceTime’a”.
Najlepiej zapnijmy pasy.
ELLA:
Urodziłam się 15 sierpnia 1921 roku w Warszawie, stolicy Polski. Przez miasto przepływa rzeka zwana po angielsku Vistula, a po polsku Wisła; zupełnie jak Tamiza w Londynie czy Sekwana w Paryżu. Mieszkałam w mniejszej części Warszawy zwanej Pragą.
Moi rodzice byli bardzo religijni; mój zmarły ojciec, Naftali Frank, był chasydem[2], a właściwie chasydem z rodu Amshinov – części dynastii chasydzkiej z rabonim[3] z pokolenia na pokolenie – jak mała kasta. Często podróżował do głównego rabina – Rebego z Amshinova – który mieszkał w Otwocku, około godziny jazdy pociągiem z Warszawy.
Mój ojciec wyglądał jak na zdjęciach polskich Żydów z tamtych czasów, które być może widziałaś, nosił kapelusz i chałat oraz gertel[4] – zwykły w tygodniu i satynowy w shabbos[5]. W tygodniu nosił czarną kamizelkę, w której trzymał małą szczotkę do brody i wąsów. Jego broda nigdy nie była zbyt długa, ale zawsze nosił tę małą szczotkę w kieszeni. W specjalne święta, takie jak Rosz ha-Szana[6], Jom Kipur[7] i – jak sądzę – Pesach[8], nosił białą kamizelkę i oczywiście kitel[9] oraz białe skarpety. W tygodniu zakładał zwykłe czarne skarpety. Raz w tygodniu przychodziła kobieta, żeby odebrać wszystkie wyprane skarpety do cerowania – przy czterech mężczyznach w domu było ich bardzo dużo. Kiedyś też potrafiłam pięknie cerować, ale już nie. Teraz po prostu wyrzucam dziurawe skarpety! W tamtych czasach przychodziła kobieta, zabierała złożone skarpety, cerowała je, przynosiła w następnym tygodniu i odbierała kolejną partię. Dziury pojawiały się często i moja mama nie miała czasu, żeby siedzieć i je naprawiać, a nie można było ciągle kupować nowych. Kobieta otrzymywała zapłatę za cerowanie każdego tygodnia.
Mój ojciec był właścicielem sklepu przy ulicy Targowej, bardzo ruchliwego interesu, który zaopatrywał krawców we wszystko, od guzików po materiał na garnitury. W tamtych czasach nie chodziło się do sklepu ot tak i kupowało garnitur lub płaszcz. Byli krawcy, żydowscy krawcy, ponieważ Żydzi musieli używać koszernego lnu. Nie można mieszać wełny i lnu – w języku hebrajskim przepis ten nazywa się szatnez. Mój ojciec jeździł do dostawców po drugiej stronie rzeki, gdzie znajdowały się ulice pełne hurtowników sprzedających wszystko, czego potrzebowałeś do sklepu. Tkaniny wierzchnie kupował w Łodzi, która słynęła z ich produkcji. Piątkowe popołudnia były bardzo pracowite, ponieważ krawcy spieszyli się, aby zdobyć ostatnie elementy potrzebne do ukończenia garnituru na szabat. Klienci płacili im dopiero wtedy, gdy garnitur był gotowy, a żona krawca czekała, żeby kupić jedzenie na szabat, więc stała i czekała, dopóki on nie dostał pieniędzy.
W sklepie mieliśmy telefon. Niewielu ludzi go miało, ale my mieliśmy jeden, stał w rogu. Kiedyś złodzieje włamali się do sklepu; weszli do budynku za rogiem i znaleźli piwnice. Nocą wykopali tunel i w ostatniej chwili przebili się przez drewno za ladą i wynieśli mnóstwo rzeczy. W tamtych czasach było wielu złodziei, ponieważ mnóstwo ludzi było biednych.
Mój ojciec nie był człowiekiem wykształconym. Musiał chodzić do szkoły jesziwa[10], ale na pewno nie uczęszczał do szkoły średniej ani na uniwersytet. Ale sprawdzał księgi i miał piękny charakter pisma – to pamiętam. Księgi prowadzili moi bracia, którzy pracowali w sklepie, a w niedziele ojciec przeglądał je, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają, czasem też pożyczał pieniądze krawcom, jeśli o to prosili.
Mieliśmy sąsiada w branży, który – jak sobie teraz uświadomiłam – był bardzo sławny. Raw Menachem Ziemba[11]. Kiedy mówię religijnym Żydom, że go znałam, otwierają szeroko oczy z niedowierzaniem. Nie wiedziałam, że był tak słynnym rabinem. Jego rodzina zajmowała się sprzedażą artykułów żelaznych. Nieczęsto bywał w sklepie – zawsze coś studiował lub pisał – ale jego syn Luzer prowadził sklep i przypominam sobie, że czasem widywałam rabina. Właściwie okolica, w której znajdowały się te przedsiębiorstwa, była dość ekskluzywna – nasza firma krawiecka, sklep z artykułami żelaznymi Raw Ziemby, a w pobliżu swój interes odzieżowy miała też moja siostra.
Byłam najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. Najstarsza była moja siostra Genia – przez twarde „g” w języku polskim, ale po hebrajsku nazywała się Golda. Później był mój brat Ephraim – nazywaliśmy go Froim. Następny był Chaim, na którego wołaliśmy Heniek. Sam nazywał siebie Henry. On jeden nie był religijny. Kolejny był Yitzchak – jego właściwe imię hebrajskie brzmiało Avraham Yitzchak, ale nazywaliśmy go Itche. I był jeszcze Eliezer w języku hebrajskim, ale my mówiliśmy do niego Luzer – moje dzieci śmieją się, kiedy im opowiadam, jak go nazywaliśmy!
Po Goldzie i czterech chłopakach przyszła na świat moja siostra Perel (po hebrajsku), którą po polsku nazywaliśmy Pola. Była dokładnie dwa lata starsza ode mnie, urodziła się w 1919 roku. Golda, najstarsza, musiała być około trzynastu lub czternastu lat starsza ode mnie, ponieważ miałam cztery czy pięć lat, kiedy wyszła za mąż.
A potem byłam ja. Moje hebrajskie imię brzmiało Nechama, a mój ojciec nazywał mnie Chumele – mała Chuma, kleine Chumele. Jako starsza dziewczynka próbowałam zmienić imię na Natalie – brzmiało bardziej jak Nechama – ale się nie udało [śmieje się]. Po polsku nazywali mnie po prostu Hela. Hela Frank.
Z moim imieniem wiąże się długa historia, podobnie jak z innymi imionami, pod którymi jestem znana – historia ta sięga czasów tuż po wojnie. Ale to przenosi nas do końca mojej historii, po moim przetrwaniu. Jeśli chodzi o imię Hela, zmieniło się ono, kiedy przybyłam do Południowej Afryki. Mój zmarły mąż powiedział mi, że w RPA nie ma takiego imienia jak Hela, „więc będziemy nazywać cię Ella”. W języku hebrajskim zawsze nazywałam się Nechama – jestem „Nechama bat Naftali haKohen”[12]. Urodziłam się w Shabbat Nachamu – Szabat Pocieszenia, pierwszy szabat po dwudziestoczterogodzinnym poście Tisza be-Aw[13] – najsmutniejszym dniu w kalendarzu hebrajskim. Nechama oznacza „pocieszenie”.
Nie jestem jednak pewna, ile pocieszenia wniosłam, ponieważ byłam bardzo niegrzecznym dzieckiem. Nie wiem, czy to dlatego, że byłam najmłodsza z całej siódemki, ale po prostu zawsze taka byłam. Naprawdę bardzo niegrzeczna!
Początkowo poszłam do szkoły publicznej, a potem otwarto szkołę Bais Yaakov[14] i poprosiłam ojca, żeby mnie tam posłał. Chciałam być jak wszystkie żydowskie kobiety. Poszłam więc do Bais Yaakov, ale okazało się, że to bardzo mała klasa, ponieważ szkoła była droga. Nie mieściła się ona w osobnym budynku, lecz w mieszkaniu.
Robiłyśmy z dziewczynami kawały. W sali lekcyjnej znajdowało się małe podium z krzesłem dla nauczycielki, a my siedziałyśmy przed nim. Kiedyś wymyśliłam, że jedna z nas zgasi światło, a potem ściągniemy nauczycielce szajtł[15]. Obecnie kobiety noszące perukę mają pod nią krótkie włosy, ale w moich czasach mężatki goliły włosy bardzo krótko jak mężczyźni. Możecie to sobie wyobrazić? Trzeba mieć odwagę, żeby zrobić coś takiego!
Musiałam mieć wtedy jakieś dziesięć lub jedenaście lat. Odbywało się przyjęcie z okazji święta Purim[16] i szkoła umożliwiła nam zagranie w teatrze. Mój ojciec nigdy wcześniej nie był na żadnym spektaklu, ale przyszedł, żeby mnie obejrzeć. Nie moja mama, nie siostra, ale właśnie tata przyszedł mnie oglądać. Grałam rolę królowej Estery.
Po sztuce zaprezentowałyśmy pokaz gimnastyczny. Pamiętam, że były wśród nas tylko dziewczęta. A ja zawsze znajdowałam się z przodu. Cokolwiek robiłyśmy, byłam z przodu. Miałam na sobie białą koszulkę i czarną spódnicę z błyszczącego materiału – rozkloszowaną, sięgającą nieco powyżej kolan, z rozcięciami po bokach, żebyśmy mogły wykonywać ćwiczenia gimnastyczne. Oczywiście nie mogłyśmy mieć gołych nóg, więc nosiłyśmy białe pończochy. Nie były to rajstopy, jak dzisiaj, tylko pończochy z podwiązkami, które je podtrzymywały. Ale kiedy się ubierałam, nie mogłam znaleźć jednej z moich podwiązek. Wszyscy jej szukali, lecz należało kontynuować, więc wypchnęli mnie na scenę bez jednej podwiązki. Przez lata mój ojciec o tym opowiadał – o tym, jak pończocha kleine Chumele ciągle się zsuwała, więc musiałam ją podciągać. W połowie przedstawienia uciekłam ze sceny.
Przypomniała mi się teraz jeszcze jedna ucieczka. Gdy było bardzo dużo pracy, próbowałam pomagać w sklepie. Raz, a może nawet kilka razy, musiałam obliczyć, ile klient ma mi zapłacić, ale nie potrafiłam. Uciekłam więc, zostawiając klienta stojącego przed ladą.
Byłam bardzo ruchliwym dzieckiem. I wprost uwielbiałam jeździć na łyżwach. Niedaleko od nas, obok kościoła, znajdowało się lodowisko. Chodziłam tam po szkole, z koleżankami albo sama. Nasze buty nie były zwykłymi butami: w specjalnych butach sznurowanych szewc wycinał otwór w pięcie, służący do zamocowania ostrza łyżwy. Pięknie jeździłam na łyżwach. Dwie lub trzy z nas tworzyły szereg, trzymając się za ramiona, z jednym kolanem ugiętym, pupą nisko opuszczoną i jedną nogą wyprostowaną. To było wspaniałe, cudowny sport każdej zimy. Oczywiście można było też przypiąć ostrze do zwykłego obuwia. Chodziłam w tych butach wszędzie, nawet do liceum, które znajdowało się po drugiej stronie mostu w Warszawie.
Dostawałam od mamy pieniądze na tramwaj, ale często chowałam je do kieszeni i szłam pieszo. Most miał ¾ kilometra długości, zimą oznaczało to mroźny spacer, ale wolałam oszczędzić pieniądze i wpłacić je na swoje konto. Gdy otworzyłam własny rachunek, musiałam mieć jakieś jedenaście lat. Poczta miała oddział podobny do banku i można było tam oszczędzać pieniądze. Posiadam nawet kopię dokumentów mojego ojca z prowadzonego przez niego konta. Widzisz, nawet jako młoda dziewczyna miałam sechel[17]. Moja mama również, Chava Frank. Była kobietą interesu. Pracowała w sklepie, a w domu mieliśmy gosposię, która dla nas gotowała, żydowską gosposię o imieniu Sala.
W piątkowe poranki moja mama i Sala piekły chałki; wkładały ciasto pod kołdrę u moich stóp, żeby wyrosło. Potrzebowały ciepłego miejsca, ponieważ w Warszawie na ogół bywało bardzo zimno. Na zimę mieliśmy podwójne kołdry i podwójne okna. Latem dodatkowe okna stały w piwnicy, ale zimą należało je przynieść i zamontować. To zadanie należało do ojca. Były też długie paski waty, które mój ojciec dokładnie wciskał w szczeliny, aby zimne powietrze nie dostało się do środka.
Pozwól, że opowiem ci o zdarzeniu, w którym wykorzystałam mój sechel i moje oszczędności.
Było to podczas ślubu mojego brata Froima, kilka lat przed wybuchem wojny. Ożenił się z Salą, pochodzącą z rodziny rabinów z małego miasteczka pod Łodzią, zwanego Zgierz. Oczywiście poznali się dzięki swatowi – shadchanowi – który przyszedł do moich rodziców w sobotę popołudniu, usiadł obok mojego ojca na szczycie stołu, przedstawiając różne shidduchim, propozycje małżeństw. Sala pochodziła z bardzo religijnej rodziny, jej ojcem był rabin Noach Mendelsohn. Była inteligentną dziewczyną. Myślę, że mogła nawet mieć dyplom. Właściwie nie wiem, czy poszła na uniwersytet, ponieważ cała rodzina była niezwykle religijna, bardzo frum, więc może nie poszła studiować. W każdym razie ślub odbywał się w Zgierzu i moi rodzice nie zabrali mnie, ponieważ udali się tam już z moimi bratowymi (moi bracia musieli zostać w sklepie), z teściową, teściem i dziećmi. Musiałam mieć dwanaście lat, ponieważ osiągnęłam wiek, w którym nie przysługiwały mi już żadne ulgi, dlatego kupowałam bilet za pełną cenę, a ten był drogi.
Byliśmy w naszym mieszkaniu, a wokół siedzieli bachorim, młodzi mężczyźni, śpiewając zemirot[18] i jedząc. Był to wieczór kawalerski. Teść mojej siostry siedział na kanapie z tyłu pokoju, obserwując młodzieńców. Mam to teraz przed oczami. Siedziałam obok niego i płakałam.
„Dlaczego płaczesz, Chumele?”
„Nie zabiorą mnie na wesele. Tak bardzo chciałam jechać. Ale muszę mieć bilet w pełnej cenie”.
„Niech pomyślę. Może mogą kupić bilet ulgowy”.
„Cóż, mam trochę pieniędzy w oddziale oszczędnościowym poczty”.
„Ile?”
Nie pamiętałam dokładnej kwoty, więc przyniosłam książeczkę oszczędnościową, żeby mu pokazać.
„Wiesz co?”, powiedział. „To dokładnie tyle, ile potrzeba na bilet ulgowy. Zaryzykujmy. Pomogę ci to zorganizować. Zrobisz rodzicom niespodziankę”.
Kiedy pokazałam rodzicom mój bilet ulgowy, co mogli zrobić? Pojechałam.
Przedział w pociągu był pełny; miałam na sobie płaszcz mojej siostry, ponieważ rodzice nie chcieli kupić mi nowego. Siedziałam przy drzwiach, a konduktor przyszedł sprawdzić bilety. Usiadałam tak [zwija się] – skulona, próbując się zmniejszyć.
Konduktor sprawdził wszystkie bilety i zapytał: „Kto ma bilet ulgowy?”.
„To dziecko”, odpowiedzieli.
„To nie dziecko”, odparł, oczywiście po polsku. „To dorosła kobieta”.
Mając dwanaście lat, zgodnie z jego zasadami, nie byłam już dzieckiem. Pamiętam dokładnie te polskie słowa: „To nie dziecko. To dorosła kobieta”.
Co więc zrobiliśmy? Rodzice załatwili sprawę – dali mu łapówkę. A ja wzięłam udział w weselu!
Więc tak, byłam niegrzeczną dziewczynką i nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do nauki w szkole. Zdawałam, ale nie śpiewająco. Nie należałam do najlepszych uczennic. Interesowałam się natomiast biznesem, więc zapisałam się na kurs o nazwie Kursi Pirka, gdzie nauczyłam się podstaw księgowości i pisania na maszynie. Przydało mi się to później w życiu.
Oprócz pomagania w sklepie chciałam w większym zakresie zająć się księgowością. Moja mama miała kuzynkę czy ciotkę, która była starszą wdową, religijną kobietą, sprzedającą paszę dla koni i bydła. I była głucha. Przychodziła raz na dwa lub trzy tygodnie, a ja zajmowałam się jej rachunkami. Nie umiała pisać, więc robiłam to za nią. Zapamiętywała nazwiska klientów, daty, ile kupili i ile byli winni. Dawałam jej karteczki dla każdego z nich. W tamtym czasie zmarła i wydaje mi się, że na okoliczność jej pogrzebu po raz pierwszy poszłam na cmentarz. Jako małe dzieci nie mogliśmy tam chodzić. Dzieciom, które miały żyjących rodziców, nie wolno było chodzić na cmentarz. Musiała umrzeć po rozpoczęciu niemieckiej okupacji, ponieważ nie była to śmierć z przyczyn naturalnych. W każdym razie pamiętam, jak przychodziła wieczorami i jak uwielbiałam siedzieć i zajmować się rachunkami. To było we mnie. Byłam do tego stworzona. A po wojnie, kiedy wyszłam za mąż, wróciłam do tego. Przez lata zajmowałam się biznesem. Myślę, że to dlatego, że dorastałam w domu, w którym prowadziliśmy własny interes, i każde z nas, dzieci, brało w tym udział. Nie pracowali u nas żadni obcy ludzie. Było dużo pracy, ale pracowała tam tylko rodzina.
Na początku mieszkaliśmy w dużym mieszkaniu przy ulicy Szerokiej. Teraz w tym miejscu znajduje się mały hotel, ale sąsiedni budynek nadal istnieje. Było tam wiele pokoi, niektóre wychodziły na podwórze, więc mogliśmy patrzeć, kto przychodzi, a inne na ulicę z tyłu. Moja siostra Golda i jej mąż mieszkali z nami przez siedem lat. W tamtych czasach panował zwyczaj, że gdy dzieci brały ślub, mieszkały u tych teściów, którzy byli bardziej zamożni lub lepiej sytuowani, dzięki czemu para miała zapewnione darmowe wyżywienie i zakwaterowanie, dopóki nie była w stanie sama się utrzymać. Dzieci zawierały wtedy związki małżeńskie w młodym wieku. Mój szwagier był dziennikarzem i często wracał do domu późno, ponieważ pracował do trzeciej lub czwartej nad ranem. W czasie gdy mieszkali z nami, Golda urodziła troje dzieci: moją siostrzenicę Romę i jeszcze dwie dziewczynki. Kiedy była w ciąży z czwartym dzieckiem, przeprowadzili się do pięknego mieszkania, w którym mieszkali aż do wybuchu wojny.
Przez ostatnie kilka lat przed wojną mój ojciec miał problem z właścicielem nieruchomości i przeprowadziliśmy się z naszego pięknego, dużego mieszkania do mieszkania przy ulicy Brukowej, bliżej naszego sklepu. To było okropne miejsce, ciasne i zimne. Ale znajdowało się w centrum miasta.
Nie pamiętam żadnych zdjęć ani dekoracji na ścianach, ale znajdowała się tam duża szafa – shenkele – jak garderoba, tylko że wypełniona sefarim[19]. Niektóre książki były duże, takie jak te, które można zobaczyć na tyłach synagogi, a inne małe. Szafa miała fantazyjne drzwi ze szklanym witrażem i ciemnofioletowe zasłony. To tam trzymaliśmy naszą własną sefer Tora[20]. Mój zmarły ojciec zwykł daven[21] w shtiebel[22] i przekazał tam nasz zwój Tory. Pamiętam, że była to mała Tora w zamszowej oprawie z napisem, że została podarowana przez Naftaliego i Chavę Frank, oraz z pięknym srebrnym ornamentem na górze. To była nasza rodzinna Tora.
Później, gdy pod koniec 1940 roku nakazano nam przenieść się do getta, udało nam się zabrać ze sobą ten piękny, święty zwój Tory. Jednak, jak większość przedmiotów, nie przetrwała wojny. Od tamtej pory zawsze chciałam podarować Torę w imieniu moich rodziców. Zapytałam mojego zięcia, ile kosztuje ręcznie napisany zwój Tory, a on powiedział, że około stu tysięcy randów![23] Naprawdę powinnam była to zrobić. Ale to bardzo drogie.
W każdym razie, wracając do naszego mieszkania przy ulicy Brukowej:
W tym małym, okropnym mieszkaniu dzieliłam łóżko z moją siostrą Polą. Nie było tak jak na ulicy Szerokiej, gdzie miałyśmy własne pokoje. Za łóżkiem stało biurko z szufladami, w których trzymałyśmy książki. Tuż przed wybuchem wojny ubłagałyśmy rodziców, żeby kupili nam radio. Dostałyśmy dużego Telefunkena. Stał za łóżkiem, na biurku i wyglądał, jakby miał oko w kolorze zieleni – pokrętło było bowiem zielone, a radio zawsze, ale to zawsze włączone. I wiesz co? Kiedy armia niemiecka zajęła Warszawę, rozkazano nam oddać odbiorniki radiowe. Nasz był tak duży, że moja siostra i ja musiałyśmy go nieść razem. Tak właśnie skończyło nasze radio.
Moi dwaj niepożenieni bracia, którzy nadal mieszkali w domu, dzielili dużą rozkładaną sofę, a rodzice mieli własną sypialnię. Nie było łazienki, ale była toaleta, prawdziwa toaleta ze zbiornikiem na górze i z łańcuchem do pociągnięcia. Kiedy patrzyliśmy na podwórze, widzieliśmy duży plac z klatkami schodowymi prowadzącymi do różnych wejść. Widzieliśmy ludzi wchodzących na dziedziniec i wychodzących z niego. Biednych ludzi, niosących torby, śpiewających i proszących o jedzenie: „Przyślijcie nam na dół to, co macie, wszystko, czego nie potrzebujecie, przyślijcie nam na dół”.
Moi rodzice ciężko pracowali i byli dobrymi ludźmi. Uważano nas za zamożnych, ale mój ojciec miał dalekich krewnych, którzy byli bardzo biednymi szewcami. Mieszkali na tej samej ulicy, na której znajdował się nasz sklep, ale znacznie dalej, prawie na końcu miasta. Pamiętam ich, jak siedzieli na niziuteńkich stołkach, naprawiając buty, dwóch lub trzech mężczyzn. Mój ojciec zawsze chciał im pomóc, dać jakąś pracę. Więc kiedy spaliśmy, zaglądał pod nasze łóżka i oglądał buty, żeby sprawdzić, czy nie trzeba ich podzelować, podbić obcasów lub po prostu naprawić.
W kuchni znajdowała się bardzo duża miednica, więc korzystaliśmy z niej, kiedy chcieliśmy się umyć. Do gotowania służyły piece węglowy i gazowy z dwoma palnikami. Na szabat był samowar. Zwykle przygotowywaliśmy esencję herbacianą w małym dzbanku. W szabat nie wolno było parzyć herbaty w normalny sposób, używało się do tego jedynie odrobiny esencji i wrzątku.
Jak w tamtych czasach praliśmy, przykładowo pościel? Nie było pralni, a gosposia gotowała, sprzątała dom albo zmywała naczynia. Zresztą bardzo niewielu ludzi mogło sobie pozwolić na gosposię. Jeśli więc chodzi o pranie, raz na miesiąc lub dwa przychodziła robić to silna, krzepka Polka. Miała córkę o imieniu Helena, z którą bardzo się przyjaźniłam. Bawiłyśmy się razem.
Była tam duża drewniana balia z żelaznym obramowaniem, z wyższą częścią, do której przymocowano ramę z dwoma wałkami pokrytymi gąbką i korbą z boku. Nazywała się mengel. Po wypłukaniu pranie przechodziło między dwoma wałkami. Obracano korbą, a woda kapała do misy. Aha, w tej misce była też deska ze stalowymi paskami i z miejscem na duży kawałek mydła. Polka pocierała pranie tym narzędziem w misce.
Nie pamiętam, gdzie to przechowywano – pewnie w naszej piwnicy – a maszyna wyżymała pranie tak mocno, że prześcieradła wychodziły z niej prawie suche i nie trzeba było wykręcać. Potem pranie trafiało na strych tuż pod dachem, z dużymi drewnianymi belkami. Latem było tam ciepło, zimą wręcz przeciwnie. Rozwieszano tam pranie na sznurkach, a następnie zamykano pomieszczenie na klucz. Przypuszczam, że każdy lokator miał wyznaczony inny dzień, gdyż nie wolno było wieszać prania razem z innymi osobami, ponieważ mogłoby zostać skradzione. Czasami wysuszone pranie zabierano do prasowania do miejsca, gdzie znajdowała się duża drewniana prasa.
Pościeli było dużo, ale nie zmienialiśmy jej co tydzień, może co dwa – a zimą nawet rzadziej, ze względu na mnóstwo kołder. Zamiast koców mieliśmy porządne kołdry puchowe. A oprócz tego coś w rodzaju pokrycia na materacu i pod prześcieradłem, więc było ciepło nawet od spodu.
Tak właśnie żyliśmy – jeśli kogoś interesuje, jak toczyło się życie w Warszawie w tamtych czasach. Nie wiem, jak było w małych miasteczkach, ale tak to wyglądało w naszym domu.
[1] Chałka, rodzaj plecionego pieczywa, znany w RPA również jako kitke; tradycyjnie spożywany podczas obchodów szabatu i głównych świąt żydowskich.
[2] Chasydyzm to ściśle ortodoksyjny ruch żydowski, który powstał jako ruch odrodzenia duchowego we wschodniej Europie w XVIII wieku.
[3] Hebrajska liczba mnoga od rabbi w jidysz.
[4] Tradycyjny pas noszony głównie w środowiskach chasydzkich – przyp. tłum.
[5] Aszkenazyjska (wschodnioeuropejska) wersja słowa „szabat”, Ella używa ich zamiennie.
[6] Judaistyczne święto Nowego Roku, w Polsce zwane też Świętem Trąbek lub Trąbkami – przyp. tłum.
[7] Dzień Pojednania; w Polsce zwany także Sądnym Dniem. Jedno z najważniejszych, najbardziej uroczystych religijnych świąt żydowskich, o charakterze pokutnym – przyp. tłum.
[8] Święto Wiosny, Święto Przaśników, Święto Wolności, lokalnie w Polsce nazywane także Żydowską Wielkanocą, a w literaturze chrześcijańskiej – Paschą. To najważniejsze i najstarsze święto żydowskie, obchodzone na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej – przyp. tłum.
[9] Biała lniana lub bawełniana szata męska noszona przez religijnych Żydów na szczególne okazje.
[10] Ortodoksyjna żydowska uczelnia lub żydowskie seminarium (l. mn.: jesziwy).
[11] Wybitny rabin (stąd tytuł „raw”), biegle znający cały Talmud, podstawowy tekst judaizmu rabinicznego. Urodził się w 1883 roku na Pradze; został zastrzelony przez nazistów w 1943 roku w następstwie powstania w getcie warszawskim. Pomimo niebezpieczeństwa jego zwolennicy pochowali go na podwórzu przy ulicy Kupieckiej 4. Jego grób został później odnaleziony, a ciało ekshumowane i przewiezione do Izraela, gdzie ostatecznie spoczął.
[12] Kohen odnosi się do żydowskiego męskiego potomka klasy kapłańskiej w czasach Świątyni. Religijna konwencja imion jest patronimiczna: pierwsze imię (Nechama), następnie ben lub bat (syn lub córka), wreszcie imię ojca (Naftali) i status kapłański ojca (w przypadku haKohen – kapłan).
[13] Uroczysty coroczny dwudziestopięciogodzinny dzień postu w kalendarzu żydowskim, upamiętniający liczne katastrofy, które miały miejsce tego dnia, w szczególności zniszczenie Pierwszej i Drugiej Świątyni Jerozolimskiej.
[14] Działające na całym świecie ultraortodoksyjne szkoły podstawowe i średnie dla żydowskich dziewcząt.
[15] Zamężne ortodoksyjne Żydówki mają obowiązek zakrywać włosy. Wiele z nich robi to za pomocą peruki zwanej szajtł.
[16] Święto Losów. To radosne święto żydowskie, upamiętniające ocalenie Żydów w Persji dzięki odwadze królowej Estery i jej wuja Mordechaja – przyp. tłum.
[17] Słowo w językach jidysz i hebrajskim oznaczające „rozum”, „inteligencję”, „zdrowy rozsądek”.
[18] Żydowskie hymny i pieśni, najbardziej znane są te śpiewane przy stole podczas szabatu i świąt.
[19] Hebrajskie słowo oznaczające „książki”, w tym przypadku odnoszące się do tekstów religijnych.
[20] Ręcznie napisany zwój Tory (Pięciu Ksiąg Mojżeszowych).
[21] Słowo w jidysz oznaczające „modlić się”.
[22] Słowo w jidysz oznaczające „mały dom” albo „mały pokój”; miejsce służące do wspólnych żydowskich modlitw i spotkań, mniej formalne niż synagoga.
[23] Około dwudziestu jeden tysięcy złotych – przyp. tłum.
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
ad hayom hebr.: do dziś
Agudat Israel hebr. (jid. Agudas Jisroel): Związek Izraela, ultraortodoksyjna żydowska partia polityczna w Izraelu
aveira hebr.: grzech, wykroczenie
ayin hora hebr.: „złe oko”
Bais Yaakov działające na całym świecie ultraortodoksyjne szkoły podstawowe i średnie dla żydowskich dziewcząt
Baruch HaSzem hebr.: „Niech będzie błogosławione imię Pana”; „Dzięki Bogu”
befressieh hebr., jid.: publiczne, jawne popełnienie grzechu, czynu zabronionego (zwłaszcza w kontekście żydowskiego prawa religijnego)
beshert jid.: przeznaczenie
Blockälteste niem.: „blokowa”, przełożona bloku (w obozie)
bris hebr.: rytualne obrzezanie
brocha hebr.: błogosławieństwo
chag (l.mn. chaggim) hebr.: (ogólnie) żydowskie święto religijne
challah hebr.: tradycyjny żydowski pleciony chleb, por. chałka
chazzan hebr.: chazan, kantor
cholent jid.: czulent, gęsta, jednogarnkowa potrawa kuchni żydowskiej, duszona przez wiele godzin
Chumash hebr.: Tora w formie książkowej
chuppah hebr.: baldachim ślubny
daven jid.: modlić się
Erec Israel hebr.: Ziemia Izraela (Ziemia Obiecana)
erev hebr.: wieczór, wigilia
farfel jid.: małe kulki z ciasta makaronowego, zwykle pieczone lub prażone i używane jako dodatek do zup
fress jid.: jeść dużo i łapczywie, pałaszować
frum jid.: bardzo religijny
ganove jid.: złodziej, oszust, przestępca
gefilte fish jid.: ryba faszerowana, tradycyjna żydowska przystawka przygotowywana z gotowanej mieszanki mielonej ryby bez ości, por. karp po żydowsku
gertel, girtel jid.: pas noszony przez ortodoksyjnych Żydów
goj (r.ż. gojka) hebr.: osoba nieżydowska
goldene medine jid.: „złoty kraj”, ze względu na kojarzenie Republiki Południowej Afryki z tym metalem szlachetnym
Grossaktion niem.: „Wielka Akcja”, kryptonim nazistowskiej operacji, polegającej na wyłapywaniu, deportacji i masowym mordowaniu Żydów z getta warszawskiego, rozpoczętej w lipcu 1942 roku
Häftling niem.: więzień
HaShem hebr., jid.: dosłownie „imię”; wyrażenie używane w judaizmie w odniesieniu do Boga
Hatikva hebr.: dosłownie „nadzieja”; hymn narodowy Izraela
Hawdala jid.: dosłownie „oddzielenie”; ceremonia żydowska kończąca szabat lub święto i rozdzielająca święty czas od zwykłych dni
jizkor hebr.: modlitwa pamięci w judaizmie, odmawiana za zmarłych bliskich
Jom ha-Szoa hebr.: Dzień Pamięci Holokaustu, święto narodowe w Izraelu
Jom Kipur hebr.: Dzień Pojednania (w Polsce zwany także Sądnym Dniem); jedno z najważniejszych żydowskich świąt religijnych
jom tow hebr.: dosłownie „dobry dzień”; w judaizmie oznacza święto religijne
Judenrat niem.: rada żydowska, odpowiedzialna za administrowanie sprawami Żydów w gettach
Jüdischer Policja Żydowska Ordnungsdienst
Kaddish hebr.: jedna z najważniejszych modlitw w judaizmie, kojarzona z żałobą
kaszrut hebr.: zasady koszerności w judaizmie
kesl jid.: kocioł
ketuba hebr.: żydowski akt małżeństwa
kibbutz hebr.: kibuc; kolektywne, dobrowolne wspólnoty (l.mn. kibbutzim) w Izraelu, tradycyjnie oparte na rolnictwie
kiddushin hebr.: żydowska ceremonia zaręczyn i poświęcenia żony mężowi
kiddusz hebr.: błogosławieństwo odmawiane tuż przed posiłkami w dni świąteczne
kitel hebr.: biała lniana lub bawełniana szata męska noszona przez religijnych Żydów na szczególne okazje
kneidlach jid.: małe kluski lub kulki z chleba, macy
kohen hebr.: kapłan w tradycji żydowskiej
Kommando niem.: grupa robocza w obozie koncentracyjnym
lokshen jid.: płaski makaron jajeczny w kuchni żydowskiej
machas jid.: ważniacy, „grube ryby”
machzor hebr.: modlitewnik używany podczas niektórych (l.mn. machzorim) świąt żydowskich
mazel hebr., jid.: szczęście
mazeldik jid.: coś, co przynosi szczęście, talizman
Mazeltov! jid.: dosłownie „dobry los”, „niech ci szczęście sprzyja”; życzenia szczęścia i zwrot gratulacyjny
mengel niem.: duża drewniana balia
mensch jid., niem.: człowiek, osoba prawego charakteru(l.mn. menschen)
meshugas jid.: szalone, głupie zachowania i pomysły
meshuggenah jid.: szaleniec, wariat
mezuza hebr.: małe pudełeczko umieszczane na prawej framudze drzwi w żydowskich domach, zawierające zwitek pergaminu z fragmentami Tory
mikvah hebr.: mykwa, rytualny basen, zbiornik wodny, łaźnia, służący do rytualnej kąpieli oczyszczającej
minjan hebr.: kworum dziesięciu dorosłych Żydów (mężczyzn) wymagane do niektórych obowiązków religijnych
mitzvah hebr.: micwa, „nakaz, przykazanie”, dobry uczynek
nachas hebr., jid.: duma, radość, satysfakcja (najczęściej z osiągnięć dzieci lub wnuków)
nebbish jid.: osoba nieporadna, nieśmiała, nieszczęsna, (l.mn. nebbishes) godna pożałowania
Obersturmführer niem.: stopień w SS, oficerski stopień paramilitarny odpowiadający porucznikowi, dowódca oddziału szturmowego
oneg Shabbat hebr.: uroczystości związane z obchodami szabatu, obejmujące śpiewanie i poczęstunek
Pesach hebr.: żydowskie święto Paschy (znane również jako Święto Wiosny, Święto Przaśników, Święto Wolności, lokalnie w Polsce nazywane także Żydowską Wielkanocą), obchodzone na pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej
ptcha jid.: galaretowata, miękka potrawa z gotowanego mięsa lub gotowanych skórek
rebbe hebr.: duchowny przywódca chasydów
Ribono Shel Olam hebr., jid.: tradycyjne żydowskie określenie Boga, „Pan Świata”, „Władca Wszechświata”
Rosz ha-Szana hebr.: żydowski Nowy Rok, w Polsce zwany też Świętem Trąbek lub Trąbkami
sabra hebr.: Żyd urodzony w Izraelu
schmaltz jid.: tłuszcz z kury lub gęsiny; potocznie używa się go w znaczeniu „tłuszcz”
schnorrer jid.: żebrak, darmozjad, osoba, która pasożytuje na innych, lub skąpiec
sechel hebr., jid.: rozum, inteligencja, zdrowy rozsądek
sefarim hebr.: książki
sefer Tora hebr.: ręcznie napisany zwój Tory
Shalom Aleichem hebr.: „Pokój z wami”, tradycyjne żydowskie powitanie, pieśń śpiewana w szabatowy wieczór (piątek) po powrocie z synagogi, witająca szabat
shande jid.: hańba, wstyd, skandal
shchunah hebr.: sąsiedztwo, osiedle, dzielnica
sheitel jid.: szajtł, peruka noszona przez żydowskie kobiety po zamążpójściu
Shoah hebr.: Holokaust
shochet hebr.: rzeźnik rytualny, uprawniony do uboju zwierząt zgodnie z zasadami koszerności
shtiebel jid.: „mały dom”, „mały pokój”; miejsce służące do wspólnych żydowskich modlitw i spotkań, mniej formalne niż synagoga
sidur (l.mn. sidurim) hebr.: modlitewnik żydowski
smichas hebr.: święcenia rabinackie
Sonderkommando niem.: grupy żydowskich więźniów zmuszanych do usuwania ciał z komór gazowych i krematoriów w obozach śmierci
szatnez hebr.: zakaz noszenia odzieży wykonanej z mieszanki wełny i lnu
szecht jid.: rytualny ubój zwierząt zgodny z zasadami koszerności
Szema Jisrael hebr.: „Słuchaj, Izraelu”, to pierwsze słowa jednej z najważniejszych modlitw judaizmu
sziduch jid.: dosłownie „miłosne dopasowanie”, zaaranżowanie małżeństwa
sziksa jid.: nieżydowska kobieta lub dziewczyna
sztybel jid.: budynek lub jego część, stanowiący dom modlitewny
szul jid.: synagoga (termin stosowany głównie w mowie potocznej Żydów aszkenazyjskich)
tallit hebr.: żydowski szal modlitewny z frędzlami
teiglach jid.: tradycyjne żydowskie wypieki, gotowane w syropie
Tisza be-Aw hebr.: uroczysty dzień postu w kalendarzu żydowskim, upamiętniający w szczególności zniszczenie Pierwszej i Drugiej Świątyni Jerozolimskiej
Umschlagplatz niem.: „plac przeładunkowy”, miejsca, gdzie gromadzono Żydów z gett przed wywiezieniem do obozów
Wiedergutmachung niem.: odszkodowania, które rząd niemiecki zobowiązał się wypłacać od 1953 roku ocalałym z Holokaustu i innym ofiarom nazizmu
Yad Vashem hebr.: oficjalny pomnik i instytucja pamięci Holokaustu w Izraelu
yahrzeit jid.: rocznica śmierci bliskiej osoby
zemirot jid.: żydowskie hymny i pieśni, śpiewane podczas szabatu i świąt
Zikaron BaSalon hebr.: „Wspomnienia w salonie”, spotkania w prywatnych domach, podczas których uczestnicy wysłuchują świadków historii Holokaustu
Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć
Joanne Jowell
Tłumaczenie: Agnieszka Erdoğan
Original English title: I am Ella: A remarkable story of survival, from Auschwitz to Africa Copyright © 2023 Joanne Jowell, Evelyn Kaplan and Ella Blumenthal Originally published by Kwela, an imprint of NB Publishers, Cape Town, South Africa in 2023
© for the Polish edition: Wydawnictwo RM, 2026 All rights reserved.
Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl
ISBN 978-83-8400-137-0 ISBN 978-83-7147-223-7 (ePub)
Redaktorka prowadzący: Justyna ŻebrowskaRedakcja: Michał TrusewiczKorekta: Małgorzata RóżyckaProjekt okładki: Magdalena BetlejEdytor wersji elektronicznej: Edyta GadajOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec
Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.
Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.
Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książki, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.
W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]
