Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wiersze z lat 2000–2025 laureata Wrocławskiej Nagrody Literackiej Silesius za całokształt twórczości. Autorski wybór koncentruje się na pracy języka, który „gubi siebie”, uruchamiając nieprzewidziane przebiegi sensu. Wiersze sprawdzają kontury pojęć, naginają je i wprawiają w drżenie, włączając w ten proces materię świata: ciało, energię, środowisko. Znaczenia wyłaniają się w napięciach i przesunięciach, w uskoku między słowem a rzeczą. Pojawia się doświadczenie „pulsującej teraźniejszości” – intensywności bycia w języku, który przekracza własne użycia. Jak pisze Jakub Skurtys, tekst Bartczaka podlega rafinacji: przetwarza i oczyszcza dyskursy, aż osiągną stan maksymalnej wyrazistości. Wiersz działa tu jak układ: zapis, który jednocześnie bada i przetwarza własne warunki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 134
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
POEZJE 306
KACPER BARTCZAK: Przez nica i cacy. Wiersze wybrane 2000–2025
PROJEKT OKŁADKI • Artur Burszta i Julia Koźmin
SKŁAD I PROJEKT TYPOGRAFICZNY • Artur Burszta
REDAKCJA I KOREKTA • Joanna Mueller
Copyright © by Kacper Bartczak, 2026 Copyright © by Julia Koźmin, 2026 Copyright © by Anna Kałuża, 2026 Copyright © by Karol Poręba, 2026 Copyright © by Jakub Skurtys, 2026 Copyright © by Biuro Literackie, 2026
BIURO LITERACKIE
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-68759-84-6
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Człowiek znikąd
Zawsze trzeba komponować I co z tego
zostanie po kilku wódkach Te Zespoły Szkół
Hotelarskich małe gastronomie i inne
komunikaty Ludzie schowani za twarzami
zapominają o nich i twarze zostają same
Argument brzóz przy autostradzie był anachroniczny
Ich umykający bezruch nie przekonywał
Interesowały go samochody Ruch świateł
spajał zapomniane rozmowy w klarowne twierdzenia
których dowody rodzą się za późno
Rzeczywiście rytm oczyszcza z grzechu
Jest tylko ciężar ciała który rozpuszczasz
w błękicie gdy wychodzisz w górę
z obu nart Śnieg się wyjaśnia
ale cały zjazd jest doskonale bezcelowy
Łowca zbiegłych okoliczności
Świat biegnie w zupełnie innym kierunku a mnie
obchodzą wariatka na skrzyżowaniu mężczyzna
z pustą butelką i dzierlatka w mini na szczycie
ruchomych schodów Ciągi pojazdów i liczb wyminą się
sprawnie w jednej sekundzie i ujrzysz całą prawdę
o prehistorii chwili która wykwita za plecami
niczym zastygła eksplozja naszych najśmielszych oczekiwań
Takie przypadki się zdarzają a nawet jeśli nic
nie dzieje się przypadkiem nie należy wpadać w panikę
Istnieje inny punkt widzenia Zgiełk tych dni
uleci jak fascynujący majak o geniuszu
hipotetycznych kultur Zostanie białe tło
pocałunek kobiety o tysiącu twarzy
której ciała nie da się dotknąć Badania trwają
ale z tych obserwacji nic nie wynika Dlatego
wynika z nich więcej Nareszcie możesz z czystym sumieniem
rozliczyć się z uniesień na widok obłoków
w nowoczesnych elewacjach wieżowców
Ten kraj jest zielony
Ten kraj jest zielony a ja między innymi
pasażerami wciśnięty w róg przedziału
dla palących systematycznie przesiąkam
tęsknotami które rosną wtopione w propozycje
krajobrazu i wtedy zjawiają się nowe
interpretacje zdarzeń Co z nich zostanie
po zderzeniu z płynnymi formami racjonalności
gdy zaczniemy tłumaczyć sens sinego koloru dali
na któryś ze znanych języków Ten kraj
jest zielony lekko pofałdowany
i są w nim pola i pomniki a także serca
w urnach i sarkofagach ale nikt inny
tu nie mieszka tylko ty w porannym blasku
gdy przewracasz kartki i od nowa recytujesz
sprzeczne wyznanie wiary Kochamy
te strony i chcemy tu zostać ale prędzej
czy później zwracamy się ku poszukiwaniom
rytmu kroków który wyłożyłby paradoks
słonecznego popołudnia w samym sercu
deszczowego lata gdy pociąg kończy bieg
Genialny spadkobierca
Ktoś chciał odkleić swoje pragnienia
od oczekiwań Nie znałem go
ale gdyby mu się udało
to byłbym ja a pragnienia
byłyby impetem pociągu
z naprzeciwka który tasuje myśli
i obrazy i już nie możesz
za nimi nadążyć W cytrynowej
zawierusze jesieni kasuję
śmieszne nostalgie i moje dziewczyny
mieszkają wśród nagich pejzaży
Możesz się śmiać
bo masz usta jak ciepłe łąki
na sennych przedmieściach
w których odnajduję się przypadkiem
kompletnie zdezorientowany
Dom którego nikt nie zbudował
Jest tak
jakby moje okno
wychodziło na niewidoczny hotel
Bohdan Zadura, „Brzózka na murze”
Osty i rumianki są niezwykłe Rosną razem
w zrudziałym kamieniu nasypu Niepokoją
patrzących z okien wagonu
którzy nie znają rozmiarów opóźnień
i uparcie przewożą bagaże twarzy
z miasta A do miasta Z Gdy wysiadają
ich myśli zostają w biegu
i piszą się na twoich oczach Cały świat
jest ich pięknym śladem: brzózki
na murach kamienic jak wieże widokowe
nad dalekim lasem i turyści którzy oglądają
pocztówki z miejsc w których są
Od zera do setki w zero sekund
Człowiek jest tajemnicą Od trzydziestu paru lat
konkuruję na rynku pracy i biorę udział
w banku życiorysów Chciałoby się
coś z tego mieć Jakiś życiorys
przysłany priorytetem odsyła mnie
do deski kreślarskiej
mojego ojca mam jedną pracę i nie daję rady
Gdy będę miał dwie prace
wypracuję serie uników
które mnie odsłonią i odkryją we mnie ojca
własnego ojca Zatrudnię swój hologram
i wykonam kilka strategicznych telefonów
z tych maleńkich telefonów Będę mobilny
Korpuskuły będą mnie żywiły i fale
Czy tego chcesz? Tego się po mnie
spodziewa struktura mocy? Nocą
słychać ryk motorów Kawasaki i malutki Suzuki
z niewidzialną czarną skrzyneczką
która kryje szybkość Jasne
że nie ma światła bez szybkości światła
ale trzeba mknąć w wielkiej tajemnicy
Przecież zawsze ci o tym mówiłem
Horyzont nadarzeń
Ludzie marzną w marszu Marzą o locie i lądują
na własnych myślach Grzeją się jak na dłoni
która karmi Po drodze notuję asystę
ich spojrzeń Czy jak oni chcesz znać
wiadomość ostatniej chwili Przeczuć
jaki uzyskałeś czas Z oczu do oczu
płynie wiadoma łza Czas
biegnie bez wątpienia
a ja wpisuję się w przestrzeń pomiędzy
jak w hipotetyczny zimny ogień W bramie
zawisa kilka płatków śniegu
hojnie ofiarowanych przez nieruchome powietrze
a mróz układa się z kamieniem
w naszej sprawie Pociąg który biegnie z wielu nocy
przywozi dziwną otuchę Mogę zawrzeć
pakt z waszą widzialnością
i niespodziewana okazja ptaków i nieba
nadarzy się jak zdanie Jesteśmy tu
bo wyszliśmy z domu i nigdzie
nie musimy dojść
Arboretum o wszystkich porach
Nazajutrz jesteśmy naczyniami
wlewamy się w siebie
jak czarki z bladym wlewem
Na twojej i mojej twarzy
rozpuszcza się czyjaś ręka
i znika Ktoś chyba popełnił błąd
Ojciec nie jest tarczą dla dziecka
Ojca nie ma Jest mój przyjaciel
ostrzyciel noży Nad ranem widzimy się
w kuchni Myślimy miazga mówimy
o słojach Mówimy o miodzie Pali gardło
tylko ten o którym nie ma mowy
Wolni od szczęścia
Usłyszał że wszystko co widać
jest jak wiadomość która napływa
o fiasku negocjacji toczonych
za zamkniętymi oknami Syn powraca
do czerwieni snu
i arteria rodzinnego miasta
widziana z niespodziewanej góry
zastawia się budynkami
jak przezroczyste gabloty
pełne naczyń których nie poznajesz
choć ich potrzebujesz Pytaj dalej
czy budynki stoją w realności
w której są zastane A jeśli tak
to czemu niebo zawsze się odrywa
a światło w ścianach płynie jasną żyłą
i przywodzi na myśl treść A jeśli nie
to gwiazdozbiór powinien opaść
i wytoczyć regularny chaos
żeby nic się nie zdawało Oto nocą
klatki płoną w czerwonych pionach
Niewidzialni ludzie śnią nas
jak jakąś oś
Krótki sen o nicości
Pszczoła przeszła w stan mojego umysłu
z całą siłą jaką mogła z siebie dać
w tym życiu Dziecko powiedziało
nie ma śmierci w czystej postaci
Później jechałem obok
byłego kiosku który był już barem
szybkiej obsługi na przystanku
z którego nic nie jeździło Z form
widziałem foremki blachy faliste
pojemniki na substancje
spożywcze
Ludzie wracali
w zwykłych ubraniach do miejsc
które zamieszkiwali choć wydawało się
to niemożliwe Odór chloru
przeniósł nas do baśniowej krainy dzieciństwa
Nie wiem czy wiesz ale
wszyscy o tobie myślimy Dziecko powiedziało
z życiem jest podobnie
Życie świetnych ludzi
Czy jest chwila wyjęta
z życia dzieci które z teczkami
każdego dnia jadą do biur? Nie
chwila niewyjęta nie szczędzi
im łączenia się z innymi chwilami
w czekanie W efekcie ulice
pełne są nas którzy widzimy
się w szybach i może gdzieś pójdziemy
pustą ulicą bez dokumentów Tak też się dzieje
ale czynimy to zbyt pochopnie psując
całą zabawę We śnie dzieci patrzą
w moją śnioną twarz Ich godziny
urzędowania mówią za nie i zaczynamy
się rozumieć Ciężko mieści się dni
ale dziecko jest łagodne Widzi świat
który jest wszędzie lecz nie da się oddać
jego przylegań Mam wszystko
do stracenia W wierszu
jak w życiu chodzi o książkę
która sama będzie się czytać Jej słowa
płyną prosto ze słów Dają i biorą tyle
o ile uda ci się w tym zabłysnąć
Bajka straganiarska
Wtorek i środa mają blokadę
i nigdy nie wyjadą
za przedmieścia składane
z dat ważności i powietrza
Hurtownie palety
nie prowadzą biletów
embargo embargo bardzo embargo
Czwartek negocjuje wyjścia
z kryzysu Niektórzy
degustują niebyłe pokoje
w bazie hotelowej miasta
Noc z czwartku przechodzi
do soboty Piątek się wchłonął
na poziomie ustroju Opis wykazał
antydaty Co tylko ma sens
kryje go w sobie
Co ma apetyt na sens
trawi w sobotę Nie tyka prasy
a tam hurtownie palety
nie prowadzą biletów
embargo jak najbardziej embargo
żeby w niedzielę bić się
z cieniem chudnąć chłonąć
poniedziałkową pocztę Antidotum
Koniec tęsknoty
Gdyby przechwycić ten dzień
w tym co ma na sobie Brać go jak stoi
Wejść mu na nieruchomość Zamrozić
aktywa Odmówić prawa
do jednego telefonu
i przełożyć w stanie czystym
do gabloty której tematem jest
nicość Czy byłbyś szczęśliwy?
Oto spieszy ku nam
kustosz natura z naręczem
twierdzeń o sieci połączeń
których nie da się z nas usunąć
ani wojną ani miłością Dlatego łączymy
się w ciągi liczb i uniesień W planach
jest parking piętrowy urząd gier
zaświaty Koncepcja
jest taka Zwiedzamy sami
i sami to sobie ustalamy
Poza zasadą bezsilności
Coś się zdarzy i zaraz się znajdzie
wśród innych zdarzeń Wiem
że najcięższe sny są tylko złudzeniem
Wiem to z doświadczenia Widzę własne
doświadczenie już po jego zakończeniu
Oczywiście nadal jest żywe statystyczne
i boskie
Później wiersz
nie zadaje mi żadnych pytań
o żonę dzieci pracę i zdjęcia
Po prostu daję mu pić
ze studni Woda wasza
jest klarowna z nutą żelaza
mówi i pije łapczywie
jak jakiś uchodźca
schizmatyk
Wiersz wolny przybliżony z elementami
O tyle o ile są jeszcze strzechy czy coś na podobieństwo
O tyle o ile utylizujesz odpady
O tyle o ile ropopochodna jest twoja karta (o ile ropo ropopopo)
O tyle o ile masz napęd na cztery
O tyle o ile jesteś już cały antybio (czytaj bajo
Czytaj ulotkę konsultuj się z i lub
Czytaj mapę pogody z panią i panem w kostiumach
Czytaj sympatyczne klauzule drukiem na dole umowy
Czytaj nastrój w pigułce
W pigułce dom masz swój i schowanie)
O tyle o ile znaszli ten kraj
O tyle o ile pod twoją obronę uciekną się dranie
O tyle o ile ojciec nasz
O tyle o ile matka Polka
O tyle o ile oficjalny dzień życia
O tyle o ile ludzie siedzą przed odbiornikiem krajową komisją do spraw
O tyle o ile komisja im wciska
O tyle o ile dziecko kocham
O tyle o ile dziecko w lot czyta pigułkę i nastrój (a nastrój się we mnie odkłada z pokoleń)
O tyle ten wiersz cię przenika nie trawi sam go przenikasz
O tyle pozwala ci przejść się zobaczyć sam sobie pozwalasz
O tyle o ile są jeszcze strzechy czy coś na podobieństwo
O tyle o ile ludzie siedzą przed odbiornikiem
O tyle niech tam nie trafia
Kaspar Hauser mówi w godzinie lunchu
Byłem dzieckiem na Times Square w blasku Nasdaq Verizon Bank of America
