Przerwana droga. Od Żelaznych Wrót do góry Athos - Patrick Leigh Fermor - ebook
NOWOŚĆ

Przerwana droga. Od Żelaznych Wrót do góry Athos ebook

Patrick Leigh Fermor

0,0

Opis

W grudniu 1933 roku osiemnastoletni Patrick Leigh Fermor wyruszył pieszo z Hoek van Holland do Konstantynopola. Żył jak tramp, pielgrzym lub wędrowny uczony. Nocował w przytułkach, klasztorach, stodołach, ale także dzięki szczęśliwym trafom – w zamkach i pałacach.  Przemierzał Europę, przekraczając granice siedmiu państw, poznając ludzi, języki i kultury kontynentu, który już wkrótce miał zniknąć podczas II wojny światowej. Ta wyprawa stała się jednym z najważniejszych doświadczeń jego życia.

Przerwana droga jest zwieńczeniem tej opowieści o jednej z najsłynniejszych podróży XX wieku. Prowadzi przez Bałkany ku Konstantynopolowi i górze Athos – miejscu, które ukształtowało wyobraźnię autora. To książka o podróżowaniu rozumianym jako sztuka uważnego patrzenia: pełna zachwytu nad krajobrazem, historią i kulturą, a zarazem przenikliwych refleksji o pamięci, czasie i przemijaniu.
 
Nad ostatnim tomem swojej trylogii Leigh Fermor pracował przez dziesięciolecia. Nie zdążył nadać mu ostatecznego kształtu – książka ukazała się dopiero po jego śmierci. 
 
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
pochodzących z Funduszu Promocji Kultury - państwowego funduszu celowego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 557

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Patrick Leigh Fermor

Przerwana droga

Od Żelaznych Wrót do góry Athos

Z języka angielskiego przełożyła

Ewa Ledóchowicz

Pamięci Joan

Rozdział 1

U Żelaznych Wrót

Od Orszowy znowu miałem Dunaj. Płynął teraz rozlany szeroko na blisko milę i zaraz skręcał ku zachodowi, by zakipieć w ciasnym górskim wąwozie Kazaniu – kotle – mierzącym w poprzek zaledwie sto sześćdziesiąt dwa jardy. Odkąd odwróciłem się od rzeki w Budapeszcie, nienasycona, zdążyła pożreć Sawę, Drawę, Cisę, Maruszę i Morawę oraz wiele pomniejszych dopływów. Niedaleko za Orszową w dół jej biegu mała wyspa Ada Kaleh[1] rozdzielała nurt. W równy rząd drewnianych dachów okraszony topolami i morwami niespodziewanie wcinały się płaska kopuła i minaret, a po alejkach spacerowały dziwne postacie w tureckich strojach; wyspa bowiem etnicznie w przeważającej większości była nadal turecka – jedyne takie miejsce poza współczesnymi granicami Turcji, właśnie w Europie Środkowej, stanowiące fragment niegdysiejszego olbrzymiego imperium, powstrzymanego u progów Wiednia i zmuszonego do odwrotu. Strome zbocza niskich gór kształtujące przeciwległy brzeg należały do Jugosławii.

Wcześnie rano następnego dnia znalazłem na poste restante adresowaną do mnie korespondencję z Budapesztu – od pożegnania na stacji kolejowej w Dewie wciąż pisałem listy i za pośrednictwem marnie wyglądających skrzynek pocztowych bombardowałem nimi seryjnie – więc na dunajski parowiec zaokrętowałem się podekscytowany. Ruszyliśmy pod błyskami śmigających jerzyków. Wkrótce z obu stron góry wypiętrzyły się wysoko i nad czeluściami pospieszyły ku sobie, by ukształtować kręty kanion Żelaznych Wrót. Rzeka wezbrała na to i zabulgotała w proteście. Nasza syrena zawtórowała jej dudnieniu niczym echo. Kilka mil dalej góry opadły i Dunaj rozlał się półkoliście, wracając do normalnej szerokości. Na rumuńskim brzegu, za Turnu Severinem, dużym miastem – wieżą Sewera, właśnie tam cesarz pokonał Kwadów oraz Markomanów – płaska równina Oltenii, obrzeżona tu i ówdzie szuwarami i ponurymi, z wyglądu malarycznymi mokradłami, usuwała się monotonnie w dal. Wzdłuż prawego brzegu falowały serbskie góry, początek Bałkanu. Rzeka meandrowała szerokimi łukami dookoła serbskich przylądków. Ale wnet góry zostawiły Serbię i stały się Bułgarią. Od czasu do czasu torowaliśmy sobie drogę między gigantycznymi tratwami z pni i wyprzedzaliśmy procesje ciemnych barek długie na milę. W Orszowie, kiedy stemplowano mi paszport datą 14 sierpnia, zdałem sobie sprawę z szokującego w pierwszej chwili, ale natychmiast potem upajającego faktu, że zamarudziłem w Transylwanii dobrze ponad trzy miesiące. I słusznie, konstatowałem, czytając dziesiąty raz z rzędu odebrany rano list.

Takie rozważania co rusz rozpraszał widok murów oraz wież Widynia, obronnego miasta rozłożonego wzdłuż południowego nabrzeża. Na pomoście hałaśliwie tłoczyli się chłopcy, którzy sprzedawali arbuzy. Wybrałem jeden, lecz ze smutkiem musiałem go odłożyć, ponieważ w kieszeni znalazłem wyłącznie dwa angielskie jednofuntowe banknoty i garstkę rumuńskich lei. Wtedy wysoka dziewczyna o prostych jasnych włosach, współpasażerka, która nieoczekiwanie okazała się Angielką, zaoferowała mi kilka własnych bułgarskich lewów, tym więc sposobem rozłupaliśmy zieloną futbolówkę i podzieliliśmy się krwistymi, czarno nakrapianymi plastrami.

Po tylu miesiącach dziwnie było mówić w języku angielskim, dziwnie i ekscytująco. Nazywała się Rachel Floyd i okazała się miłą towarzyszką podróży. Zmierzała do Sofii, gdzie miała się zatrzymać u dawnej znajomej z Oxfordu, teraz żony brytyjskiego konsula. Między zimnymi, karminowymi kęsami opowiadaliśmy sobie własne dzieje, a schodząc przed wieczorem na ląd w Łomie Palance, umówiliśmy się, że ją odnajdę, kiedy dotrę do stolicy. Odjechała pociągiem, ja zaś ruszyłem pokręcić się po swoim pierwszym bułgarskim mieście.

*

Nad obszarem Europy Środkowej rozciągniętym od ośnieżonego Renu przez Bawarię i Austrię, stare królestwa Bohemii i Węgier, aż po lesiste skraje księstwa Transylwanii wisiała przede wszystkim aura zanikłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego razem z aurą karolińskiego panowania oraz misteriów zachodniego chrześcijaństwa; turecka władza nad tymi wschodnimi terenami zakończyła się dawno temu, pozostawiając niewiele śladów.

Ale nad górami u południowego brzegu Dunaju unosił się cień całkiem odmiennego zwierzchnictwa. Jarzmo tureckie zrzucone zostało w tak niedalekiej przeszłości, że Bułgaria wydawała się nie tyle najmocniej wysuniętym południowo-wschodnim zakątkiem Europy, co raczej sięgającą daleko na północny zachód granicą świata rozłożonego od Taurusu na pustyniach Arabii aż po azjatyckie stepy. Był to Orient, a tropy prowadzące do ostatnich wieków władzy osmańskiej leżały grubą warstwą wszędzie dokoła, choć licznie ujawniała się także obecność odpornego słowiańsko-bizantyjskiego królestwa zalanego turecką falą. Oznaki tak zróżnicowanych śladów rozkwitały wkoło: w kopułach oraz minaretach i w dymnym posmaku kebabów z rożna, w drewnianych domach z wysuniętym nad ulicę pierwszym piętrem i w kościołach wiernych Bizancjum, w czarnych cylindrycznych nakryciach głowy, powiewających habitach i długich włosach oraz brodach księży, w cyrylicy na witrynach sklepowych, która przelotnie przywodziła na myśl Rosję. Sami Bułgarzy, przysadziści, o grubo ciosanych rysach, twardzi, wskazywali wyglądem na jeszcze dawniejszą przeszłość swych pierwotnych siedlisk za Wołgą, z których wieki temu migrowali jako dzikie azjatyckie hordy, by tu się osiedlić. Masywni, nieustępliwi, obuci i owinięci w bydlęce skóry jak Rumuni, stąpali po pylistych kamienistych drogach cicho niczym niedźwiedzie. Odzienie z ciężkiego szorstkiego samodziału, albo ciemnoniebieskiego, albo częściej ziemistobrązowego, tu i ówdzie ozdobione czarnym grubo haftowanym zawijasem składało się z obszernych luźnych spodni, kopertowej kamizeli i krótkiej bluzy, a talie przewiązane mieli grubymi szkarłatnymi szarfami szerokimi na stopę, za którymi czasami tkwił zatknięty nóż. Na głowie nosili płaskie kołpaki w kozackim stylu z brązowego lub czarnego baraniego kożucha.

W knajpce pod pergolami na małym placu, gdzie zasiadłem do całkiem dobrego, bardzo tłustego gulaszu z baraniny, ziemniaków, pomidorów, papryki, cukinii i okry, nakładanych chochlą prosto z olbrzymiego spiżowego rondla, zauważyłem, że jeden, a może dwaj młodzi mężczyźni przy sąsiednim stoliku nosili oznakę uwolnienia się od pługa, czyli paznokcie małego palca lewej ręki wyhodowane do imponującej długości, która dorównywała paznokciom mandarynów. Gdzie indziej trzej białowąsi mężczyźni w mokasynach, starzy, bez słowa pykali znad jantarowych ustników fajek wodnych, bawiąc się leniwie sznurami bursztynowych korali: upuszczali jedną kulkę na drugą z usypiającym stukiem, jakby wybijali rytm swych powolnych rozmyślań. Paląc i gawędząc, grupkami siedzieli oficerowie w białych bluzach mundurowych zapinanych wedle rosyjskiego stylu na lewej pole, ozdobionych złotymi sztywnymi epoletami, na głowach mieli czarne rosyjskie czapki z czerwonym otokiem i krótkim daszkiem, a na nogach wysokie buty o miękkiej cholewie zaopatrzone w ostrogi. Inni, podobni, przechadzali się pod drzewami, każdy trzymał w zagięciu łokcia rękojeść szabli schowanej w stalową pochwę. Nie było kobiet. Psy walczyły o kość baraniej żuchwy w kształcie podkowy. Rząd owczych łbów odartych ze skóry zerkał żałośnie z półki na zewnątrz sklepu rzeźnika, wątroby, płucka i tusze kapały, a pęta wnętrzności zwisały z haków w złowrogich girlandach. Radioodbiornik grał podrywające marsze na zmianę z intrygującym zawodzeniem piosenek na wschodnią minorową nutę. W powietrzu unosił się zapach jaśminu. Komary brzęczały i atakowały.

Chwila zyskała naraz na powadze. Pojąłem, że od teraz wszystko będzie inne.

*

Trasa wiodła na południe po garbie naddunajskich wzgórz oraz przez równiny, upstrzone kępami lasów. Tu i ówdzie zielone plamy mokradeł szerzej się rozlewały, wówczas wzdłuż drogi pojawiały się pióropusze topoli czarnych. Przejdźmy dziarskim krokiem w siedmiomilowych butach przyrzeczny obszar i zatrzymajmy się przed łańcuchem Bałkanu. Ta potężna formacja – Stara Płanina, jak ją zwą Bułgarzy, czyli Stara Góra, która wspina się i wije, by z Serbii przedostać się po terenie północnej Bułgarii do Morza Czarnego – to wielka przeszkoda o barwie lwiej grzywy, wyniosłe, okrągłe wybrzuszenia, z rzadka szczyt bądź przepaść: otwarte rozległe połacie i zaokrąglone wypukłości piętrzące się coraz wyżej i wyżej nad gigantycznymi dolinami w kształcie niecek i kotlinami, w których zwykle daje się dojrzeć białą drogę biegnącą przez wiele mil, krętą między zagajnikami i pagórkami, mijającą rozsiane stada, a wreszcie niknącą za ostatnim zboczem koloru khaki.

Czasami przemieszczałem się z długimi karawanami osłów i mułów – na południowym wschodzie, bliżej Chaskowa, ich miejsce zajęły wielbłądy – albo z kolumnami rozmaitych furmanek. Do lżejszych zaprzęgano konie, drobne silne zwierzęta ciągnęły wozy o drabiniastych bokach; fury więcej ważące, załadowane drewnianymi balami, przydzielano czarnym bawołom, które przy każdym potknięciu chwiały się pod ciężkim jarzmem, przewracały oczami i pomarszczonymi wywiniętymi jak wąsy rogami uderzały o poroże sąsiada. Na końskich grzbietach drewniane siodła dosiadane z boku tak, że mokasyny dyndały po jednej stronie, wyglądały nieporęcznie, niczym siedziska na słoniach. Głównymi towarami były arbuzy i pomidory wiezione w wielkich koszach wypełnionych po brzegi, a obok nich ogórki tudzież wszelkie produkty z ogrodów, z których Bułgaria jest słynna na całe Bałkany. Nie napotkasz tu wsi, której nie otaczałyby rzędy warzywnych grządek, dla ich utrzymania wykorzystywano każdą kroplę wody, umiejętnie się posługując miniaturowymi akweduktami, zbudowanymi z wydrążonych pni drzew. „Skąd jesteś?”, pytali ubrani w baranie czapy mężczyźni o zrogowaciałych dłoniach. „Otkade? Ot Europa? Da, da”, z Europy. „Nemski?” Nie, nie Niemiec: „Angliczanin”. Niejeden nie był pewien co do położenia Anglii. No i kim jestem? „Wojnik?” Żołnierz? Student? Może szpion? W zemście za liczne pytania ripostowałem, wyłudzając rzeczy lub informacje za pomocą kategorycznych gestów wspomożonych zestawem podstawowych słów: chleb, chlab; woda, woda; wino, wino; koń, kon; kot, kotka; pies, kucze; ser kozi, sirene; ogórek, krastawica; kościół, cerkwa. Skutki takich konwersacji pozwoliły mi przetrwać sporo mil.

Pierwszą noc przespałem pod stodołą, kolejne dwie w miasteczkach Ferdynand i Berkowica: dwie noce udręki spowodowanej robactwem. Nim nadeszła czwarta, pokonaliśmy ostatni i najwyższy dział wodny i przyłączyliśmy się do zmierzającej w kierunku Sofii karawany, akurat odpoczywającej pod platanem, który osłaniał starą turecką fontannę. Woda wpływała do rodzaju rynny, źródło tryskało z kamiennych płyt rzeźbionych w kaligraficzne zawijasy arabskich liter, teraz wyszczerbionych, których nikt już nie potrafił odczytać. Powiedziano mi, że upamiętniają zmarłego dawno temu paszę. Gdy siedzieliśmy przy ogniskach, dołączyła do nas grupa pasterzy. A kiedy z rąk do rąk zaczął krążyć drewniany okrągły bukłak na wino, jeden z kędzierzawych mężczyzn zagrał na drewnianej piszczałce długości jarda nazywanej kawal, a inny na dudach – gajdzie. Jest to wypełniony powietrzem worek z owczej skóry, który ma drewniany ustnik do dmuchania, zaś przebierka to róg krowi obciągnięty skórą z otworami wypalonymi rozgrzanym do czerwoności prętem. Ich ulubiona pieśń wysławiała Hadżiego Dimityra[2] ze Sliwena, przywódcę bojowników przeciw Turkom w czasie walk na Przełęczy Szipczeńskiej. Siedzące ze skrzyżowanymi nogami postacie w tych swoich wywiniętych butach, pięćdziesiąt baranich czap, grubokościste rozświetlone ogniem twarze, szarfy, przestępujące z nogi na nogę zwierzęta, z rzadka pobrzmiewający owczy albo kozi dzwonek oraz nisko nad głową migoczące zatrzęsienie gwiazd sugerowałyby rejony położone znacznie dalej na wschodzie niż Europa, jakby celem naszej podróży miała być Samarkanda, Chorasan, Taszkent lub Karakorum.

*

Do Sofii dotarłem następnego dnia, przebrnąłem przez świat cygańskich bud, pozbijanych ze starych dech i beczek po benzynie, a dalej przez targ obstawiony gigantycznymi mosiężnymi wagami, na którym zdawał się tłoczyć w zgiełku rżenia i ryków cały żywy inwentarz zachodniej Bułgarii. Minąłem kopułę, liczne baniaste hełmy kryte blachą i strzelisty minaret wspaniałego meczetu, po czym pod siecią przewodów trakcji tramwajowej doszedłem do serca stolicy.

Może perspektywa długotrwałego tutaj postoju potrafiłaby wzbudzić jęk przerażenia, niemniej jednak wygląd i klimat małej stolicy są całkiem urzekające. Panuje w niej świetlista, lekka atmosfera wyżynnego miasta, nad całością góruje jaśniejąca piramida masywu Witoszy odbijająca licznymi fasetami promienie słońca, widok szlachetny i wszechobecny niczym góry Fudżi. Potem mamy pałac cara Borysa[3], a przed nim gotowego do skoku bułgarskiego lwa łopoczącego na maszcie flagowym, następnie Sobranie, gdzie urzęduje parlament, wielki teatr narodowy, a obok ogrody, drzewa i niewielką populację pomników bułgarskich bohaterów; nieco dalej nad szeroką i zieloną osią miasta, promenadą Bulwaru Cara Oswoboditela, prezyduje postać imperatora Aleksandra II na koniu – rosyjskiego władcy, owegoż cara oswobodziciela[4] we własnej osobie; za nim zaś złota kopuła i pokryte freskami kolumny katedry Aleksandra Newskiego. Wzdłuż tego wszystkiego mieszkańcy miasta chłodem wieczoru wskrzeszeni ze swoich sjest spacerowali powolnym krokiem w rytualnej fali, która napływa i odpływa poprzez wszystkie zmierzchy każdego europejskiego miasta na wschód od Budapesztu i na południe od Biskai. W kawiarniach nad niejednym naparstkiem tureckiej kawy inteligencja mruczała coś do bursztynowych paciorków i roztrząsała wiodące artykuły z „Utra”. Za nimi zaś ulica strzelała jak armatnia kula prosto ku lwiemu płaskowzgórzu, cętkowanemu osadami Szopów, o których się powiada, że są potomkami Pieczyngów, tej przerażającej barbarzyńskiej hordy zza Uralu, która przez wieki plądrowała i katrupiła wzdłuż granic Cesarstwa Bizantyjskiego, by wreszcie właśnie tu odpocząć i się ustatkować.

Następnego dnia robiłem sobie legowisko w klatce po królikach na obrzeżu placu targowego, ale dzięki Rachel Floyd, mojej krajance od arbuza z dunajskiego statku, zostałem stamtąd wyswobodzony przez brytyjskiego konsula i jego żonę, Boyda i Judith Tollintonów, którzy wspaniałomyślnie zabrali mnie do siebie. Nastały radosne i pełne luksusu dni. Dziwnie mi było wśród Anglików i znowu mówić po angielsku, równie dziwnie, jak kiedy się przebywa wśród obcokrajowców po dłuższym pobycie u siebie w Anglii – i równie stymulująco. Co za przyjemność słuchać o Bułgarii od kogoś podobnego do mnie, kompetentnego gospodarza, absolwenta Rugby School, i wstawać od śniadania z earl greyem w ręce, by popatrzeć z góry na królewską gwardię maszerującą krokiem defiladowym po Bulwarze Cara Oswoboditela. Nieograniczony dostęp do kąpieli, czysta pościel, zwalisty rosyjski lokaj, taras, książki, widok ponad miastem na majaczące zbocza Witoszy, wszystko przedstawiało się wspaniale. A najlepiej Encyclopaedia Britannica; dopadłem jej niczym pantera. Jakimi cudami stają się takie rzeczy po prymitywnych warunkach życia! Tamtej jesieni odbywała się w Sofii sesja Kongresu Studiów Bizantyjskich. Z rozkoszą przysłuchiwałem się erudycyjnemu i swarliwemu gawędzeniu profesora Whittemore’a[5], czyli wydestylowanej esencji jakubowego Bostonu nałożonej na mozaiki Hagii Sophii. Byli tam także – układni, obuci w zamsze oraz z miejska odziani w białe tropikalne garnitury i udekorowani panamami – Roger Hinks oraz Steven Runciman: jeden tak miły wpośród swych zastrzeżeń i wątpliwości, że z miejsca rozbrajał lokalne uprzedzenia, oraz tak uroczo koci drugi. Ich książki pozostawały wówczas w większości jeszcze nienapisane, chyba za wyjątkiem The First Bulgarian Empire. Mieliśmy się często spotykać po upływie wielu lat. Osobliwe, jak pierwsze wrażenie potrafi klarownie odcisnąć się w pamięci. Jednakże z następującego po nim dziwnego wieczoru w kawiarni zachowałem jedynie kilka detali, ściemnionych jakby przez szkło dymne.

*

Na kilka dni porzuciłem rozkosze stolicy i ostro ruszyłem ku pagórkom i dolinom wschodniego zbocza masywu Witoszy. Na noc zatrzymałem się w szkole amerykańskiej w Simeonowie: dużym czystym ośrodku z dobrą biblioteką zamieszkałym, pomimo wakacji, przez młody i przyjazny personel; sprawiali wrażenie, jakby każde z nich pracowało nad jakąś rozprawą naukową. Następnego dnia już po zapadnięciu nocy doszedłem do leżącej za wzgórzami osady Dołni Pasareł, gdzie zatrzymałem się u sympatycznego chłopa, spotkanego w kreczmie, walącej się tawernie pośrodku wsi, popularnej wśród okolicznych mieszkańców. Wszyscy pili tam sliwo, czystą śliwowicę, której wyziewy wirowały w powietrzu niczym lasso. Chwiejnym krokiem wróciliśmy do domu chłopa, nad ogniem z ciernistego chrustu jego żona nagotowała nam ziemniaków z ziołami i młodymi ogórkami, które gospodarze, ich dzieci i ja, zasiadłszy po turecku na podłodze wysłanej dywanem przy niskim owalnym stole, zajadaliśmy z jednego talerza, zaczerpując łyżką na zmianę, a w przerwach przegryzając wielkimi pajdami wybornego ciemnego chleba z kozim białym serem. Żona wieśniaka związała dwa długie płowe warkocze nisko pod trójkątem chustki. Miała na sobie wielokolorowy pasiasty fartuch i przedłużony czerwono-niebieski kaftanik o półokrągłych połach, jak starodawna kamizelka do marynarki, okazale szamerowany na brzegach. Jego rękawy kończyły się przy łokciu i spod szerokich pasów obszycia wystawały na kilka cali falbanki z plisowanej koronki. Rzeczy były stare i zużyte, ale i tak ładne i odświętne. Potem wszyscy, jak nas było pięcioro, wyciągnęliśmy się na biegnących dookoła wzdłuż ścian murowanych ławach, zakrytych dywanami tkanymi w purpurową, żółtą, szkarłatną i zieloną jodełkę, wszyscy pozostali oprócz mnie wciąż przewiązani rzemieniami, opatuleni w skóry i obuci w mokasyny. Niedługo po gremialnym leka noszt (dobranoc) rozległo się chrapanie i zapanowały ciemności rozpraszane jedynie przez migotanie płomyków lampek oliwnych, jednej przed stojącą w kącie ikoną Błogosławionej Panny oraz drugiej przed świętym Szymonem. W środku nocy wyszedłem na podwórze i wpadłem na coś miękkiego i ogromnego; płomyczek zapałki odsłonił przede mną obrażone oko leżącego bawołu.

Wstaliśmy przed świtem razem z pierwszym rykiem osła; najpierw kawa po turecku, z której opłukaliśmy gardła łykiem sliwo, i trochę chleba z białym serem. Mirko nie przyjął żadnej zapłaty – odchylił głowę do tyłu i pocmokał językiem, przecząc w ten swoisty sposób, który jest praktykowany na całych Bałkanach i w Lewancie. Ruszyłem zaopatrzony w serdeczne pożegnanie. Szczodra gościnność okazywana na Bałkanach każdemu wędrowcy kulminację osiąga w Grecji. Takie noclegi gęsto naznaczyły resztę mojej podróży przez Bułgarię. Po kolejnym dniu forsownego marszu wzdłuż doliny rzecznej pod coraz bardziej stromymi zboczami nastąpił nieomal identyczny wieczór w miasteczku Samokowo. Przede mną wynurzał się zastygły łańcuch gór Płaniny Rylskiej.

Następnego dnia znalazłem się pośród nich. To już nie były potężne zaokrąglone przeszkody masywu Bałkanu, lecz ostre i strome pasmo biegnące zygzakiem między cienistymi dolinami, a gdy po wielu wyczerpujących godzinach wspiąłem się powyżej ciemnych jodeł i sosen porastających większość zboczy, ujrzałem, że góry stanowią podstawę zagęszczenia kordylier chaotycznie mnożących się w kierunku południowym. Największe wypiętrzenie osiągały jako wysoka naga grań Musały około jednej, dwóch lig[6] na wschód od mojej ścieżki, zaś po stronie zachodniej był szczyt niższy zwany Rupite, tak sądzę, choć na mapach nie zdołałem go odnaleźć. Tutejsze góry to północno-zachodni łuk Rodopów, które zakręcają na południowy wschód, tak jak idzie południowa granica, a dział wód kształtuje kraniec Bułgarii sąsiadujący z Grecją; dalej wchłania je europejska część Turcji.

Za najbliższym przełomem dostałem się na wysoko położony zamknięty obszar. Jeszcze raz miałem dookoła siebie świat wilka i niedźwiedzia, i orłów szybujących na nieruchomych skrzydłach między kanionami. Tu i ówdzie na pozbawionej słońca zawietrznej niedostępnych skalnych ostrych występów wciąż zalegało kilka łat bezbarwnego śniegu. Poza nimi wokół panowało rozpalone pustkowie głazów i strumieni o suchych korytach, w których zimą na pewno kłębią się wezbrane wody. Martwe drzewa, białe od wypalającego słońca, wyglądały jak kości rozczłonkowanych prehistorycznych bestii. Moje stąpnięcie wygnało długiego połyskującego węża w bezpieczny busz tymiankowej gęstwiny. Schodzenie ku dolinie z półki na półkę gigantycznych schodów obniżającego się stoku zajęło mi całe popołudnie. Odgłos miniaturowej ziemnej lawiny przez wiele sekund wybrzmiewał echem odbijającym się rykoszetem od kolejnych ścian skalnych, ścichając nad jarem, aż wreszcie przebrzmiał w ogólnej ciszy. Drzewa z iglastych zmieniły się w rzucające cień liściasty. W zagłębieniach skały, jedno pod drugim, dwa okrągłe jeziora odbijały czysty błękit nieba. Rozlegało się brzęczenie dzwonków niewidocznego stada, zaczęła się rysować ścieżka, a odgłos siekiery świadczył o niedalekim domostwie.

*

Dolina zakręciła. Rzut oka na polanę poprzez firankę z listowia ukazał cel marszu. Była nim przypominająca fortecę budowla, niemal całe miasteczko z wieżą, zanurzone w schodzących pasmami laskach bukowych i sosnowych. Południowa część wałów obronnych nurkowała w wąwozie, a pięć wysokich ścian murów obronnych i kryte dachówką szczyty budynków formowały koślawy pięciobok głębokiej studni podwórca, pokreślonego wewnątrz liniami smukłych filarów wspierających półokrągłe arkady galerii, które wznosiły się dookoła na wiele kondygnacji. Pośrodku tego dziedzińca duża metalowa kopuła kościoła posadowiona na cylindrze naciętym szczelinami okien unosiła się nad towarzyszącymi jej bąbelkami mrowia płytkich kopułek, tu połyskujących, tam łagodnie zacienionych pod zachodnim słońcem. Jego promienie migotały na misternych ornamentach najwyższego krzyża i rozkładały cień cisowego krzewu w poprzek chodnikowych płyt otoczonych murem. Gdy już zszedłem z jastrzębich wysokości, złote łaty światła pomiędzy murami skurczyły się i przygasły, w studni podwórca zgromadziła się pomroka. Niespodziewanie z klauzury doszedł metaliczny dźwięk capstrzyku, jakby muzykalny kowal wybijał miarowy rytm na kowadle. Tempo nabierało rozpędu, coraz żwawsze i żwawsze, a kiedy już stanąłem u ciemnej wysklepionej bramy w barbakanie, mury grały zwielokrotnionym odbiciem. Hałas raptownie ucichł i pozostał tylko cichy pogłos zmierzchu. Mnich w czarnej szacie odwiesił nawołujący młot obok metalowego gongu przyczepionego pod jedną z arkad. Inni mnisi, wszyscy w powiewających welonach i wysokich cylindrycznych czapkach, wchodzili do kościoła, zapełnionego już tłumem we wszelkich możliwych ubiorach północnomacedońskich. Byli to cywile, dzwonieniem przywołani spod drzew, pod którymi biwakowali. Takie prymitywne gongi czy semantrony – chyba nazywa się to klapka po bułgarsku – czasami zastąpione bywają długimi belkami; w większości prawosławnych monasterów odgrywają rolę dzwonów do zwoływania wiernych, tak jak tutaj – akurat dziś na obchody dnia świętego Iwana Rilskiego.

Według bułgarskiej hagiografii świętego Jana z Riły świątobliwością przewyższają jedynie święci Cyryl i Metody, twórcy cyrylicy, oraz święty Szymon. Ogromny klasztor, który ufundował nieopodal swojej pustelni w tutejszych odludnych górach, jest w pewnym sensie najważniejszym religijnym ośrodkiem w państwie. Świątynię, niszczoną przez pożogę za pożogą w ciągu stuleci niespokojnej bułgarskiej historii, odbudowano w dziewiętnastym wieku. Wewnątrz blask świec tuszował kiepską jakość fresków pokrywających każdy wolny cal ścian oraz zacieniał rozległość ikonostasu z brązu. Słowiańska liturgia mszy wieczornej huknęła tubalnym chórem czarno odzianych, długowłosych i długobrodych mnichów, pochylonych bądź wspartych na stallach – i zabrzmiała zachwycająco. Ciągnęła się wiele godzin. Po niej wyłuskany życzliwie z tłumu jako obcokrajowiec, dostałem na swój użytek małą celę, choć klasztor był tak przepełniony, że wieśniacy spali na swoich tobołkach wszędzie dookoła na dziedzińcu i na zewnątrz pod drzewami. Wielu kolejnych doszło następnego dnia, wnętrzem cerkwi dosłownie zawładnął bogobojny tłum. W orszaku opata szedł arcybiskup i wielu archimandrytów oraz biskupów, którzy ceremonię sprawowali w kapach tak sztywnych i połyskujących jak trzmiele skrzydełka. Wyższe duchowieństwo, ustrojone w baniaste złote mitry rozmiarem przypominające dynie i mieniące się klejnotami, opierało się na pastorałach zwieńczonych splecionymi bliźniaczymi wężami. Rozkręcali się coraz bardziej w śpiewie, zanurzeni w wonnych obłokach dymu ukośnie przeszytych snopem słońca. Gdy było już po wszystkim, dookoła kościoła ruszył, powoli szurając nogami, zwarty krokodyl wyznawców przesuwających się w kierunku ikony świętego Iwana, by pocałować jego cudotwórczą rękę w uklejnoconym relikwiarzu, sczerniałą niczym korzeń wrzośca.

Przesieka tuż za murami klasztoru do końca dnia migotała bawiącymi się pielgrzymami. Pośrodku krąg niezmordowanych tancerzy wirował w horze przy wtórze skrzypiec, lutni, cytry i klarnetu rozśpiewanych w rękach biegłych Cyganów. Inny Cygan przyprowadził niedźwiedzia; zwierzę ponuro tańczyło, klaszcząc łapami i grając na tamburynie w rytm uderzeń bębna jego pana. Obok jak kastaniety klekotały mosiężne kubki, w które wędrowny Albańczyk lał słodkawą, podobną do kwasu chlebowego bozę z kranika w mosiężnym, ozdobionym frędzlami naczyniu wysokim na cztery stopy; jego kształt przywodził na myśl meczet z Tadź Mahal – szczególnie swoją kopułą zwieńczoną mosiężnym ptaszkiem rozpościerającym skrzydła. Kebaby i nadziewane kiszki grillowane w garkuchniach pod namiotami tak pełne były skwierczących skwarek i mięsa jak spiżarnia dzierzby. Sliwo oraz wino osiągnęły szczyt przypływu. Do każdego nowo przybyłego zbliżali się chwiejnie wieśniacy w kołpakach, podając krążącą flaszkę z rzeźbionego drewna. (Misterne snycerstwo odgrywa dużą rolę w życiu bałkańskich górali od Karpat po góry Pindos w Grecji, gdzie osiąga najbardziej szalony stopień kunsztowności. Takie samo zjawisko występuje w Alpach: połączenie srogiej zimy, długich wieczorów i ostrych noży). Pod liściastą koroną drzewa grupa kobiet w pstrych fartuszkach siedziała u stóp potarganego dudziarza wdmuchującego zadyszane pibrochy[7].

Na skraju tej bałkańskiej pohulanki wpadłem w towarzystwo studentów z Płowdiwu. Przyszli tak jak ja w góry, biwakowali w namiotach. Najbardziej wyjątkowa była wśród nich zabawna, bardzo ładna, jasnowłosa, marszcząca brwi dziewczyna o imieniu Nadieżda. Studiowała literaturę francuską na sofijskim uniwersytecie i okazała się radosną zwinną tancerką. Zawitała do monasteru na trzy dni, które chciała poświęcić lekturze; pokrywały się one dokładnie z moim zaplanowanym tam pobytem. Natychmiast się zaprzyjaźniliśmy. W większości prawosławnych klasztorów oprócz góry Athos, objętej surowymi zakazami, kobiety są w równej mierze mile widzianymi gośćmi jak mężczyźni. Wylewna gościnność wydaje się nieomal integralną częścią istoty zakonnego życia – atmosfera panująca w tutejszych monasterach różni się bardzo od ciszy i medytacji opactw na obszarze zachodniego chrześcijaństwa. Stukot kopyt ustawicznie przybywających i odjeżdżających, do tego pogodna kordialność mnichów przypominały raczej średniowieczny zamek. Deski wszystkich pięter krużganków oraz pomostów były tak zużyte i niestabilne, że jeden energiczniejszy krok wprawiał w drżenie całą konstrukcję, jakby to była pajęcza sieć. Dziedzińce wiecznie rozbrzmiewały tupotem mułów. Opat, Otec Igumen, dobrotliwa postać z olimpijską białą brodą i lokami upiętymi w koczek, przypominający fryzury pań na polowaniu, większość dni spędzał na przyjmowaniu oficjalnych wizyt. Ich powód zawsze ratyfikowano tak samo jak i wszędzie indziej na południe od Dunaju: częstowaniem łyżeczką sorbetu lub konfitur z płatków różanych albo upudrowaną kostką rachatłukum, łykiem sliwo, filiżanką kawy po turecku i szklanką wody, które miały wspomóc formalne wymienianie grzeczności.

Następnego dnia do przybytku nawrócił względny spokój. Wielkie zgromadzenie pielgrzymów po tańcach i przechrapaniu na trawie reszty nocy z powrotem załadowało swoje zwierzęta i poniosło tysiąc kaców w dół ku dolinie.

*

Nadieżda okazała się wspaniałą kompanką. Każdego ranka zabieraliśmy książki i przybory do rysowania, w kantynie przy klasztorze kupowaliśmy ser, chleb, wino, fioletowe i zielone figi tudzież winogrona (które przybywały z równin w ogromniastych koszach) i szliśmy do lasu, mijając po drodze płytę kamienną, pod którą spoczywał J.D. Bourchier. (Uwielbienie, jakim cieszy się ten absolwent Eaton i korespondent „Timesa”, obdarzyło go w Bułgarii pozycją i pamięcią zbliżoną, w nieco skromniejszym wymiarze, do rangi Byrona w Grecji). Czytaliśmy, rozmawialiśmy, w odpowiedniej chwili piknikowaliśmy na zacienionej półce skalnej. Główne zadanie domowe, jakie Nadieżda sobie wyznaczyła, stanowiła nauka na pamięć dwóch wierszy: Le Lac Lamartine’a – „Mieszkał w Płowdiwie”, stwierdziła ku memu zaskoczeniu, „kiedyś pokażę ci jego dom” – oraz, chyba mniej adekwatnego, Nous n’irons plus au bois Théodore’a de Banville’a. Miałem jej słuchać i kiedy było trzeba, poprawiać. Potem brała do ręki książkę, ale najpierw zakładała okulary w stalowej oprawce, które wyglądały zdumiewająco i całkiem nie na miejscu na jej twarzy o raczej dzikiej urodzie. Kiedy lektura zaczynała ją nudzić, proponowała inne zajęcie, na przykład wspinanie się na drzewo, co szło jej błyskawicznie i robiła to z pełną wprawą, albo, tak jak ostatniego dnia, kąpiel w jednym ze stawów w kanionie, czy po prostu wylegiwanie się na trawie i gadanie. Z zachwytem odkryliśmy, że jesteśmy bliźniakami, których narodziny dzielił zaledwie jeden dzień.

W towarzystwie tak zabawnym i uroczym rozkoszne dni w lesie szybko minęły. Wieczorem w przeddzień jej wyjazdu, kiedy zaczęliśmy schodzić ze wzgórza przywoływani rozlegającym się z klasztoru dźwiękiem bicia w semantron, powiedziała, że w ten sposób upamiętnia się Noego, który wzywał zwierzęta na arkę, waląc młotkiem w nadokienną belkę. „Dlatego zwykle uderza się w drewno”, dodała. „A jakie to zwierzęta tam były?”, zapytałem. Przez chwilę się namyślała, potem obnażyła zęby, przygwoździła mnie groźnym wzrokiem piwnych oczu i odparła: „wilki”, a po krótkiej pauzie: „młode” – i ruszyliśmy między drzewami pędem w dół, wyjąc na całe gardło.

*

Niedługo po Nadieżdzie i ja się zebrałem. Trzymając się wąwozu, zszedłem drogą do głębokiej doliny Strumy. Wspaniała rzeka, starożytny Strymon, przepływa przez sam środek Macedonii pomiędzy górami Pirynu a pasmem na granicy z Jugosławią. (Góry te ciągną się na zachód przez jugosłowiańską część Macedonii i dochodzą do bezkresu Albanii oraz Czarnogóry, gdzie gwałtownym spadem nurkują w odległym Adriatyku). Droga razem z rzeką skręciły na południe ostrym wirażem przez złowrogi przełom rupelski i pod blankami Siderókastra skierowały się do Grecji. W czasach tureckich był to Demir Hisar, Żelazny Zamek. Cały ten obszar jest mocno sporny, wszystkie trzy państwa zgłaszają do niego prawa i ze swych pozycji łypią na siebie z niezmienną nienawiścią. Tutejszy górski wir zawsze był sceną zatargów. W czasie ostatnich dziesięcioleci Imperium Otomańskiego, przed wojnami bałkańskimi, prowadzono tu zawzięte działania wojenne pomiędzy bułgarskimi komitadżi – oddziałami partyzantów opozycyjnego bułgarskiego egzarchatu, wskrzeszonego z czasów średniowiecznych – a greckimi antartes Ekumenicznego Patriarchatu, najbliższego ekwiwalentu papiestwa w Kościele prawosławnym. Religijne fakty stanowiły równie kluczowe argumenty co rasa oraz język w wysuwaniu roszczeń terytorialnych i ustanawianiu granic, kiedy w Europie załamała się turecka hegemonia, zburzona na zawsze w zmasowanym szturmie bałkańskich królestw, przypieczętowanym krótkotrwałą ugodą kończącą pierwszą wojnę bałkańską – ugodą, która obróciła się w brutalne walki o łupy w wojnie drugiej. Granice zmieniały się raz za razem we wszystkich kolejnych konfliktach, a każdy etap tych walk naznaczony był potwornościami: zasadzki, zamachy, spalone wioski, zesłania i rzezie, zostawiające po sobie przekleństwo strachu, nienawiści, irredentę i pragnienie zemsty.

Tak zapalna geografia Macedonii powodowała, że bałkańskie rasy zachodziły tu na siebie i dostosowywały się; etniczne wyspy i mniejszościowe grupy rozrzucone były po wrogim obszarze daleko od swych mateczników. Pradawna nienawiść płonie do dziś płomieniem równie jak niegdyś gwałtownym: wystarczy usłyszeć, z jaką zjadliwością Bułgar warknie słowo Grcki, bądź Grek słowo Wulgaros, by pojąć całą jej rozpiętość. W wielu tutejszych kawiarniach wisiały na ścianie kolorowe portrety Todora Aleksandrowa, Macedończyka bułgarskiego pochodzenia, który próbował, wykorzystując propagandę oraz partyzantkę, oderwać pseudoniezależne państwo macedońskie ze stolicą w Petriczu i stanąć na jego czele: ogromny czarnobrody mężczyzna spogląda gniewnie spod futrzanej czapy, przez ramię ma przewieszony pas z nabojami i lornetkę i trzyma karabin. Jak wielu bułgarskich prominentów – szczególnie przychodzi mi na myśl Aleksandyr Stambolijski, którego porąbano jataganem na kawałki na głównej ulicy Sofii – tak i Aleksandrow został skrytobójczo zamordowany w 1924 roku. Ale jak powtarzano ponurym szeptem, jego tajna organizacja – Wnatreszna Makedonska Revolucjonna Organizacja – Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna – wciąż prosperuje w ukryciu. Na wielu ścianach widoczne były także mapy, a na nich terra irredenta, której Bułgaria żądała od sąsiadów: kawałki Jugosławii, Dobrudża w Rumunii oraz, niedorzecznie, grecka Macedonia z Salonikami.

Przechylając się przez balustradę mostu na Strumie i wpatrując w bieg wody, nie miałem pojęcia, jak, wiele lat później, zdecydowanie opowiem się po greckiej stronie w tej kwestii. A jeszcze większe ogarnęłoby mnie zaskoczenie, gdybym tylko mógł przewidzieć, że za pięć miesięcy przemaszeruję po innym moście na tej samej rzece dużo mil dalej w dół jej biegu razem ze szwadronem greckiej kawalerii wyciągającym szable w rewolucji Wenizelosa. Teraz tylko wrzuciłem do rzeki liść winorośli, ciekaw, czy dopłynie do Morza Egejskiego.

*

Droga powrotna do Sofii biegła przez zachodnie podnóże gór Riły: pofałdowana złotobrązowa kraina nabierająca czerwonych barw o zachodzie słońca, orana prehistorycznymi drewnianymi pługami ciągnionymi przez woły i bawoły. Po wsiach domy oplecione były girlandami suszących się na słońcu liści tytoniu kształtem, rozmiarem i kolorem przypominających śledzie. Spałem na stogu siana, to była pierwsza noc, przed następną doszedłem do miasteczka Dupnica, a gdy zapadał kolejny zmrok, byłem w Radomirze. Piłem samotnie śliwowicę, zmęczony i trochę przygnębiony, kiedy spostrzegłem zatrzymujący się naprzeciwko autobus z napisem СОФИЯ na tabliczce i dachem załadowanym mnóstwem okręconych sznurkiem koszy i pakunków. W środku kłębiło się, jak w prawdziwej arce Noego – każdy cal niezajęty przez mych współpasażerów w chustach oraz kołpakach zapełniały związane kurczaki, kaczki, indyk i dwie dorosłe owce od czasu do czasu pobekujące przeraźliwie. Trzęśliśmy się i klekotali poprzez ciemności. Tuż obok mnie pół tuzina pasażerów cicho śpiewało przez całą drogę: smutne trzepoczące się minorowe takty, całkiem inne od zdecydowanych nut, które ostatnio tak często mnie dochodziły. Przysłuchiwałem się urzeczony. Poprosiłem o powtórzenie szczególnie jednej melodii – „Zaszto me se sirdysz, ljube?” brzmiała jej pierwsza linijka – zdecydowany później nauczyć się całości i wyćwiczyć śpiewanie.

Gdy po krótkim interludium spędzonym w górach ujrzałem Sofię skrzącą się od świateł jaskrawych niczym te w Paryżu, Londynie czy Wiedniu, wydawała się równie metropolitalna i olśniewająca. Musiałem przedstawiać obraz nieokrzesańca ze swoimi długimi, nierozczesanymi zakurzonymi włosami, wybielone słońcem wyglądały jak płowy stóg siana, a skóra spaliła się na kolor orzechowego kredensu; wymięte ubranie, plecak i rzeźbiona węgierska laska; do tego – teraz rumienię się ze wstydu, ale uczciwość każe to odnotować – szkarłatno-żółty tkany pas kupiony w Transylwanii, sztylet ze stalową rękojeścią i brązowy kołpak z targu w Berkowicy. Zdjąłem nawet ciężkie podkuwane buty i zechciałem wypróbować mokasyny z wyprawionej skóry bydlęcej, te, na które mówią cerwuli, ale po mili uznałem, że – bez onuc, jakie noszą wieśniacy – to udręka, tylko na trawie dająca się znieść. Takie hybrydowe pseudobałkańskie przebranie stawało się dodatkowo trudne do zniesienia za sprawą widmowego obłoku kurzu spowijającego moją sylwetkę i, bez wątpienia, rozchodzącej się szeroko dookoła aury zapachu ziemi, potu, cebuli, czosnku i śliwowicy.

Za progiem odstawiłem duży kosz fig kupionych w prezencie dla moich gospodarzy – oraz żółwia znalezionego przy drodze – i wszedłem do mieszkania Tollintonów w chwili, gdy Aleksander Newski wybijał jedenastą. Miękkie światło lampy z towarzyszeniem kulturalnego murmurando proszonej kolacji odsłoniły tu i ówdzie żabot w fotelu, zajączka wypolerowanych lakierek, kobiecą długą suknię i złote krążki brandy kręcące się na dnach baloniastych kieliszków. Kawa płynąca z dziobka do filiżanki w ręce Iwana, olbrzymiego kozackiego lokaja, zamarła w pół lotu, a złote krążki na widok tak potwornego zakłócenia brutalnym najściem wyhamowały obroty w swoich szklanych baniach. Z jednej strony konsternacja, z drugiej przerażenie sparaliżowały towarzystwo. Ale za sprawą serdecznego głosu Judith Tollinton szybko wyparowały – „Och, jak dobrze, nareszcie jesteś, w sam czas na brandy” – i zły urok został z wszystkich zdjęty.

Rozdział 2

W wiszącej gablocie

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Redakcja:

[email protected]

Promocja:

[email protected]

Sprzedaż:

[email protected]

KsiazkoweKlimaty

ksiazkoweklimaty

ksiazkowe_klimaty

Tytuł oryginału: The Broken Road

Redakcja: Jacek Fronczak

Korekta: Marcin Dymalski, Magdalena Wołoszyn-Cępa

Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa

Redaktor inicjujący: Tomasz Zaród

Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek

Projekt okładki i mapy: Wojtek Świerdzewski

Projekt makiety: Karolina Korbut

© Copyright by The Estate of Patrick Leigh Fermor, 2013

© Copyright for Polish translation and afterword by Ewa Ledóchowicz, 2026

© Copyright for Polish edition copyright by Książkowe Klimaty, 2026

Słowa w językach bułgarskim, greckim i rosyjskim zostały zapisane według transkrypcji Patricka Leigh Fermora.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

ISBN 978-83-68640-18-2

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek