Wydawca: Prohibita Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Przemyśleć Polskę - Barbara Fedyszak-Radziejowska

Czy Polacy wciąż tworzą wspólnotę narodową? Czy III RP to pasmo klęsk i porażek, czy również sukcesów tylko nie chcemy lub nie umiemy ich dostrzec? Czemu nie mamy być z nich dumni? Jak zbudować silne państwo, którego nie będziemy musieli się wstydzić? Wreszcie: dlaczego wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej jest tak bardzo ważne dla przyszłości Polski, jej pozycji na arenie międzynarodowej, ale także dla nas, jako wspólnoty?

 

Przemyśleć Polskę to przenikliwa diagnoza współczesnej Polski. Nie jest to jeszcze jedno użalanie się nad jej losami, klęskami i tym jak bardzo jesteśmy słabym narodem. Wręcz przeciwnie. To książka o tym, że Polacy są wspaniali, że potrafimy dokonywać tego, czego nie umie żaden inny naród. To książka, która zmusza do przemyślenia na nowo losów naszej ojczyzny. To książka, która ma nadzieję odbudować naszą wartość i wiarę w nas samych.

 

Gorąco zachęcamy do jej lektury.

 

 

 

 

Przemyśleć Polskę to książka lustro. Barbara Fedyszak-Radziejowska pozwala nam zobaczyć siebie. Przywołując badania, opisując postawy, analizując procesy polityczne i ludzkie zachowanie, daje nam klucz do rozumienia Polaków, czyli ułatwia nam zrozumienie naszych własnych postaw i zachowań. Konkluzja jest raczej ponura. Ale autorka nie zatrzymuje się tylko na mało optymistycznej analizie. Diagnoza potrzebna jest, by ocenić stan zaawansowania choroby i przemyśleć możliwe terapie. Tym, co pozwala mieć nadzieję – źródłem optymizmu, jest właśnie nasza historia. Czy potrafimy wyciągnąć potrzebne wnioski? Czy klasa polityczna, ale także my, obywatele, skorzystamy z wiedzy zawartej w tej książce, by Przemyśleć Polskę?

 

Jan Pospieszalski

 

* * *

 

Nadal wierzę, że mimo wielu porażek i niepowodzeń, mimo słabości III RP oraz niedoskonałości naszej demokracji wciąż możemy i potrafimy zmienić Polskę wedle marzeń i nadziei tych, którzy w znacznie trudniejszych i dramatycznych latach stalinowskich, a także w roku 1956, 1970, 1976 i w czasie stanu wojennego, nie poddali się komunistycznej władzy, kładąc na szali nie tylko swoją wolność, lecz nierzadko także życie.

 

Jak przywrócić Polakom wiarę w siebie w tym trudnym przedsięwzięciu? Proponuję raz jeszcze przemyśleć nasze doświadczenia, by zrozumieć przyczyny niepowodzeń i docenić to, co nam się udało. (...)

 

Mam nadzieje, że książka Przemyśleć Polskę pomoże czytelnikom odbudować poczucie własnej wartości, bo bez niej wszystko to, co możliwe, pozostanie nieosiągalne.Od lat z wielu artykułów i książek pisanych po wszystkich stronach sporu wyłania się obraz Polaków pełnych wad, słabości a nawet nikczemności. Nic dziwnego, że w starciu z dwoma narzuconymi z zewnątrz, zbrodniczymi systemami totalitarnymi okazaliśmy się nie tylko słabsi, ale także mocno niedoskonali. Ale to nie powód, by po sukcesie Solidarności z 1980 roku i co najmniej znaczącym przyczynieniu się do upadku komunizmu oraz rozpadu Związku Sowieckiego pozostać przy osiągnięciach na poziomie minimum; ciepłej wody w kranie i durnowatych programów na ekranie.

 

Fragment Wprowadzenia

 

 

 

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska – socjolog i etnograf, komentator życia politycznego i społecznego w Polsce, ekspert do spraw wsi i rolnictwa.Od 1980 roku w „Solidarności”. W latach 1982-1988 kierowała pracami socjologów [Zespół] analizujących dla RKW Mazowsze nastroje społeczne środowisk podziemnej „S”. Jako szefowa Zespołu przygotowywała merytorycznie konferencję podziemnej „S”. Autorka (ps. LKS) w podziemnym łódzkim piśmie „Arka”. Po 1989 roku pracownik naukowy Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, wykładała również na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej. W latach 2007-2011 członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, od kwietnia 2010 roku jego przewodnicząca. W latach 2009-2010 członek Rady ds. Wsi i Rolnictwa przy prezydencie RP. W 2009 roku z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, laureatka Nagrody Fundacji Solidarna Wieś im. ks. bp. Romana Andrzejewskiego w 2010 roku. Stała felietonistka „Gościa Niedzielnego”, komentatorka tygodnika „wSieci”, jej teksty i analizy ukazują się również w „Arcanach”, „Naszym Dzienniku”, „Tygodniku Solidarność”, „Gazecie Polskiej” i „Gazecie Polskiej Codziennie”. Uczestniczka debaty publicznej na tematy społeczne i polityczne.

 

Spis treści:

 

Kilka słów wprowadzenia

 

Część I

 

Korzenie wolności i demokracji. „Komuna”, dwa związki i jedna Solidarność

 

NSZZ „Solidarność” – unieważnione dziedzictwo

 

Rolnicza Solidarność – wspólnota „religii i gniewu z przeszłości”

 

Stan wojenny, 13 grudnia 1981.

 

O przemocy, która staje się akceptowaną normą

 

Prawda, która boli…

 

 

 

Część II

 

Spętani przeszłością, uwikłani w komunizm

 

 

 

Kłamstwo PRL,  kłamstwa w III RP Nieuczciwość PRL, nieuczciwość czasu kryzysu

 

Chodząca uczciwość

 

Socjotechnika cynizmu

 

Ile PRL w III RP? Sceny z pola walki o demokrację

 

Kto ma elitę, ten ma władzę

 

Tajemnicze źródła zauroczenia PRL?

 

Chcemy pamiętać.

 

Instytut Pamięci Narodowej, pierwsza dekada

 

 

 

Część  III

 

O tym, co najważniejsze: tożsamość narodowa, powinności obywatelskie, odporność na manipulacje

 

 

 

O wolnych Polakach słów kilka…

 

Niemodny patriotyzm, niepotrzebna tożsamość?

 

Amputowana tożsamość

 

Nasza niepewna tożsamość?

 

Nieoczekiwany zbieg okoliczności…

 

Kontrolowanie przeszłości

 

Polityczne, związkowe i obywatelskie powinności polskich katolików

 

Wiosna także nasza?

 

Doktrynerzy znad Wisły

 

Trzej uwodziciele, jedna bajka…

 

Rok 1983. Jan Paweł II o pracy w trakcie II Pielgrzymki do Polski

 

Wieś i rolnictwo – sukces spóźnionej transformacji

 

O wspólnocie na poważnie

 

 

 

Część IV

 

Smoleńsk 10 IV 2010

 

 

 

Wybory do poprawki? Poprawka z wyborów?

 

Kwietniowy rachunek sumienia

 

Upokorzenie – skuteczny sposób na Polaków?

 

Pamięć to tożsamość

 

Testowanie polskiej suwerenności

 

Znaki czasu

 

 

 

Indeks nazwisk

Opinie o ebooku Przemyśleć Polskę - Barbara Fedyszak-Radziejowska

Fragment ebooka Przemyśleć Polskę - Barbara Fedyszak-Radziejowska

Copyright © by Barbara Fedyszak-Radziejowska

Wydanie I

ISBN: 978-83-61344-65-0

Projekt okładki:

Jarosław Kozikowski

Redakcja i korekta:

Edwin Kaniuk

Wydawca:

Wydawnictwo PROHIBITA

Paweł Toboła-Pertkiewicz

www.prohibita.pl

wydawnictwo@prohibita.pl

Tel: 22 424 37 36

www.facebook.com/WydawnictwoProhibita

Sprzedaż książki w Internecie:

SPIS TREŚCI

Kilka słów wprowadzenia

Część I  Korzenie wolności i demokracji. „Komuna”, dwa związki i jedna Solidarność

NSZZ „Solidarność” – unieważnione dziedzictwo

Rolnicza Solidarność – wspólnota „religii i gniewu z przeszłości”

Stan wojenny, 13 grudnia 1981 O przemocy, która staje się akceptowaną normą

Prawda, która boli…

Część II Spętani przeszłością, uwikłani w postkomunizm

Kłamstwo PRL, kłamstwa w III RP

Nieuczciwość PRL, nieuczciwość czasu kryzysu

Chodząca uczciwość

Socjotechnika cynizmu

Ile PRL w III RP? Sceny z pola walki o demokrację

Kto ma elity, ten ma władzę

Tajemnicze źródła zauroczenia PRL-em?

Chcemy pamiętać. Instytut Pamięci Narodowej, pierwsza dekada

Część III O tym, co najważniejsze: tożsamość narodowa, powinności obywatelskie, odporność na manipulacje

O wolnych Polakach słów kilka…

Niemodny patriotyzm, niepotrzebna tożsamość?

Amputowana tożsamość

Nasza niepewna tożsamość?

Nieoczekiwany zbieg okoliczności…

Kontrolowanie przeszłości

Polityczne, związkowe i obywatelskie powinności polskich katolików

Wiosna także nasza?

Doktrynerzy znad Wisły

Trzej uwodziciele, jedna bajka…

Rok 1983. Jan Paweł II o pracy w trakcie II Pielgrzymki do Polski

Wieś i rolnictwo – sukces spóźnionej transformacji

O wspólnocie na poważnie

Część IV Smoleńsk 10 IV 2010

Wybory do poprawki? Poprawka z wyborów?

Kwietniowy rachunek sumienia

Upokorzenie – skuteczny sposób na Polaków?

Pamięć to tożsamość

Testowanie polskiej suwerenności

Znaki czasu

Kilka słów wprowadzenia

 

 

 

Pierwsze doświadczenia w komentowaniu wydarzeń politycznych i społecznych zawdzięczam miesięcznikowi „Arka”, pismu Regionu Łódzkiego NSZZ „Solidarność” wychodzącemu w drugim obiegu, do którego pisałam w drugiej połowie lat 80. felietony „Tropem normalności” pod pseudonimem LSK. Gdy NSZZ „Solidarność” rozpoczęła proces wychodzenia z podziemia, nowy redaktor łódzkiej „Arki” zrezygnował z moich tekstów. W jednym z ostatnich, z listopada 1987 roku, zatytułowanym Kryzys znaczy rozstrzygnięcie pisałam: „Marzy nam się moment, po którym wszystko potoczy się inaczej, życie stanie się normalne, a Polska będzie niepodległa i demokratyczna. Chcielibyśmy realny socjalizm zdjąć z siebie jak stary, zużyty i niemodny płaszcz, którego od początku nie lubiliśmy, ale w którym trzeba było chodzi, bo mróz i wiatr, a innego nie było. Tymczasem nie jest to takie proste. Płaszcz wielu ludziom przyrósł do skóry. Trzeba zdejmować go bardzo ostrożnie i rozsądnie, kto wie, czy nie potrwa to dobrych parę lat”. Byłam naiwną optymistką przewidując, że odchodzenie od realnego socjalizmu zajmie nam tylko „dobrych parę lat”. Minęło 26 lat i mimo oczywistych zmian wciąż spełnienie marzenia o normalnym życiu oraz niepodległej i demokratycznej Polsce jest trudnym zadaniem do wykonania.

Kolejnym miejscem, w którym publikowałam felietony zatytułowane „Zwyczajnie rzecz biorąc” były łamy katolickiego miesięcznika „Powściągliwość i Praca” wydawanego nakładem xx. Michalitów aż do „trwałego zawieszenia” pisma w roku 2006.

W numerze z lipca-sierpnia 2005 roku pisałam: „Nie wierzę, by mimo wielu porażek i niepowodzeń Polacy pozwolili odebrać sobie sukces Sierpnia 1980 roku. Prędzej, czy później III RP stanie się dobrze funkcjonującym państwem, a Porozumienia Sierpniowe i historia Solidarności zajmie w naszej świadomości należne miejsce”.

I nadal wierzę, że mimo wielu porażek i niepowodzeń, mimo słabości III RP oraz niedoskonałości naszej demokracji wciąż możemy i potrafimy zmienić Polskę wedle marzeń i nadziei tych, którzy w znacznie trudniejszych i dramatycznych latach stalinowskich, a także w roku 1956, 1970, 1976 i w czasie stanu wojennego nie poddali się komunistycznej władzy, kładąc na szali nie tylko swoją wolność, lecz nierzadko także życie.

Jak przywrócić Polakom wiarę w siebie w tym trudnym przedsięwzięciu? Proponuję raz jeszcze przemyśleć nasze doświadczenia, by zrozumieć przyczyny niepowodzeń i docenić to, co osiągnęliśmy. Zacznijmy od zrozumienia przyczyn udanej batalii o dwa niezależne związki zawodowe pracowników i rolników, gdy solidarność wspólnoty była ważniejsza od grupowych interesów. Powróćmy raz jeszcze do reakcji „komuny” na naszą solidarność, czyli do stanu wojennego i jego dramatycznych konsekwencji. Bowiem stan wojenny nie tylko zdławił aktywność obywateli na wiele lat, nie tylko dał czas politycznej elicie PRL na przygotowanie procesu transformacji „starego” systemu w „nowy”, lecz także wmontował w świadomość obywateli III RP przyzwolenie na bezkarność tych, którzy dla utrzymania się przy władzy stosują przemoc i popełniają zbrodnie.

Wymarzoną normalność zastąpiliśmy transformacją, uwikłani w postkomunizm zagubiliśmy podstawowe wartości, akceptując stare elity w nowych, a może jedynie przenicowanych kostiumach. I co wydaje się najbardziej niezrozumiałe, mimo iż zgodnie z wynikami sondaży wiemy, że to Jan Paweł II obudził w nas sumienia i wolę działania, bagatelizujemy Jego rady, z którymi przyjechał do wolnej Polski w 1991 roku. Wybraliśmy na stałe cynizm i kompromis między PRL a III RP, jako okrągłostołowy fundament nowego państwa.

Przemyśleć Polskę to książka, do której wybierałam teksty1 z nadzieją, że pomogą nam zobaczyć Polaków raz jeszcze jako wspólnotę, może zagubioną i niepewną swojej wartości, ale wielokrotnie mądrzejszą od swoich elit. Taką okazała się w wyborach 4 czerwca 1989 roku i na początku lat 90., gdy ważyły się losy ustawy o ochronie życia ludzkiego. A także w wyborach 1997 roku, gdy zwycięstwo AWS oznaczało możliwość powołania (mimo sprzeciwu elit) Instytutu Pamięci Narodowej z statutowym obowiązkiem umożliwienia pokrzywdzonym, historykom, badaczom, prokuratorom i sędziom dostępu do archiwów zgromadzonych przez organa bezpieczeństwa PRL.

Przemyśleć Polskę to propozycja ponownego rozważenia przyczyn naszych problemów z narodową tożsamością, pamięcią o przeszłości oraz patriotyzmem. I uważnego przemyślenia powodów, dla których zapominamy o sensie i wartości ludzkiej pracy, zastępując marksizm-leninizm równie prostacką doktryną „wolnego rynku w słabym państwie”, która rozwiąże wszystkie nasze gospodarcze i społeczne problemy bez większego wysiłku i poczucia odpowiedzialności za innych.

Przemyśleć Polskę oznacza także uświadomić sobie, jak poważnym i dramatycznie trudnym wyzwaniem jest dla nas, obywateli wolnego, suwerennego i demokratycznego państwa polskiego, wyjaśnienie wszystkich okoliczności katastrofy rządowego Tu-154M na lotnisku pod Smoleńskiem. I dlaczego mimo nieprawdopodobnie skomplikowanych wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań musimy to zrobić.

Mam nadzieję, że książka Przemyśleć Polskę pomoże czytelnikom odbudować poczucie własnej wartości, bo bez niej wszystko to, co możliwe, pozostanie nieosiągalne. Od lat z wielu artykułów i książek pisanych po wszystkich stronach sporu wyłania się obraz Polaków pełnych wad, słabości, a nawet nikczemności. Nic dziwnego, że w starciu z dwoma narzuconymi z zewnątrz zbrodniczymi systemami totalitarnymi okazaliśmy się nie tylko słabsi, ale także mocno niedoskonali. Jednak to nie powód, by po sukcesie Solidarności z 1980 roku i co najmniej znaczącym przyczynieniu się do upadku komunizmu oraz rozpadu Związku Sowieckiego pozostać przy osiągnięciach na poziomie minimum – ciepłej wody w kranie i durnowatych programów na ekranie. Także w mediach publicznych, czyli naszych.

 

Barbara Fedyszak-Radziejowska

Część I Korzenie wolności i demokracji. „Komuna”, dwa związki i jedna Solidarność

Na pierwszą część składają się trzy szczególnie ważne dla mnie artykuły i jeden bolesny, chociaż krótki felieton. Dwa pierwsze poświęcone są Solidarności pracowniczej i rolniczej, trzeci – stanowi wojennemu. Ten trzeci ukazał się po raz pierwszy w ostatnim numerze „Biuletynu IPN” z grudnia 2011 roku, w trzydziestą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Ostatni felieton przypomina fakty szczególnie bolesne dla ludzi Solidarności, które dzięki dociekaniom historyków ujrzały światło dzienne i są przestrogą przed lekceważeniem sprawności służb specjalnych PRL. Jednak to, co szczególnie polecam czytelnikom, to opowieść o rolniczej Solidarności, jej korzeniach i doświadczeniach polskiej wsi i polskich chłopów w latach stalinowskich, które to doświadczenia dziwnym (?) zrządzeniem losu zostały amputowane z naszej wspólnotowej pamięci i narodowej tożsamości.

NSZZ „Solidarność” – unieważnione dziedzictwo

Kultura Solidarności, red. K. Ciechorska-Kulesza, R. Kossakowski, P. Łuczeczko, Pszczółki 2011.

Rozważania wokół solidarności przez małe „s”, uważanej za dyrektywę etyczną o szczególnych walorach, zaczynają się zwykle od afirmacji tej pięknej i niekwestionowanej cnoty służącej organizowaniu życia społecznego, a kończą realistycznym podsumowaniem, że nie da się jej praktykować w zwyczajnym, codziennym życiu. Być może dlatego liczne książki i opracowania poświęcone Solidarności przez duże „S” często sięgają do pojęć abstrakcyjnych, bliskich temu, co Maria Ossowska określa jako „głód absolutu”2, wyrażający się raczej w postulatach, niż w opisie realnego, codziennego doświadczenia. Solidarność bywa więc niezwykłym doświadczeniem polskiego społeczeństwa, niemal utopią, a na pewno mitem zapisanym w naszej pamięci. Czytając skądinąd znakomitą książkę pod redakcją Dariusza Gawina Lekcja Sierpnia. Dziedzictwo Solidarności po 20 latach, miałam niepokojące wrażenie, że żadna z narracji, w których Solidarność zwana jest „cudem”, „Kościołem”, „religią”, „utopią społeczeństwa obywatelskiego”, „rewolucją robotniczą”, „ruchem narodowo-wyzwoleńczym”, czy fenomenem isonomii3nie oddaje istoty rzeczy, jakkolwiek każda z nich jest po części prawdziwa.

Zauważmy, że sposób definiowania pierwszej Solidarności ma bezpośredni wpływ na to, czy znajdziemy dla niej miejsce także w dzisiejszym życiu społecznym. Jeśli bowiem uznamy, że „S” była głównie rewolucją robotniczą czy ruchem narodowowyzwoleńczym, to w suwerennej i demokratycznej Polsce nie jest już potrzebna. Jako robotnicza rewolucja powinna znaleźć miejsce w muzeum zużytych ideologii, zaś jako ruch narodowowyzwoleńczy zasługuje głównie na upamiętnienie w Muzeum Historii Polski.

Solidarność jako „CUD”

Zachwyt nad tym, „co się nam wydarzyło”, wyrażamy czasami w słowach pełnych emocji i wzruszenia, jak miało to miejsce w trakcie spotkania Jana Pawła II z parlamentarzystami w polskim Sejmie 11 czerwca 1999 roku. Ale jeśli słowo „cud”4 zajmuje czołowe miejsce w publicystyce i esejach naukowych, odwracając uwagę od podmiotowości i aktywności polskiego społeczeństwa w osiągnięciu wspólnego sukcesu, to rzeczy mają się zupełnie inaczej. Tak to już jest, że każdy „cud” – zarówno „cud Solidarności”, jak „Cud nad Wisłą” – odbiera obywatelom poczucie sprawstwa i radość z odniesionego zwycięstwa. Rzeczownik ten dobrze oddaje skalę zdumienia, w jakie wprawiło nas, pokolenie solidarności, ustępstwo komunistycznych władz PRL. Jeśli bowiem pamiętać o zbrodniach, jakie w Polsce, począwszy od 1939 roku poprzez lata stalinowskie kończąc na PRL–u, zostały popełnione przez sowiecką i polską władzę komunistyczną, to ich zgoda na powstanie wolnych związków zawodowych rzeczywiście wydawała się cudem.

Ale znajomość dalszego biegu wydarzeń, czyli 13 grudnia 1981 r. i wprowadzenie stanu wojennego, aresztowania i internowania tysięcy działaczy Solidarności oraz zamordowanie bł. ks. Jerzego Popiełuszki uczą pokory wobec nadmiernie emocjonalnej zawartości radosnego słowa „cud”.

Solidarność jako utopia?

Solidarność bywa też nazywana utopią. Czy jednak wpisując ją w świat pojęć dalekich od rzeczywistości, nie jesteśmy, podobnie jak przy określeniu „cud”, powodowani potrzebą ucieczki od zdefiniowania zjawiska wymykającego się językowej precyzji? Trudno bowiem uzasadnić tezę o „S” jako utopii w rozumieniu np. Karla Mannheima, czyli ideologii społeczno-politycznej, której przedstawiciele głoszą radykalny program przebudowy społeczeństwa w kierunku całkowitej likwidacji zła i niesprawiedliwości społecznej, w oderwaniu od obiektywnie istniejących realiów i prawidłowości historycznych. Solidarność nie obiecywała i nie głosiła ani rewolucji, ani radykalnej przebudowy świata, ani idealnej rzeczywistości bez problemów i krzywd. Ani w latach 1980-1981, ani w okresie stanu wojennego, ani w latach 80. nie powstała wokół Solidarności żadna taka wizja rzeczywistości.

NSZZ Solidarność była związkiem zawodowym i społecznym ruchem, w obu wariantach pragmatycznym i bardzo dalekim od utopii. I dlatego okazała się skutecznym narzędziem przywrócenia Polsce normalności, jakkolwiek trudno powiedzieć, że członkowie i działacze „S”, szczególnie w latach 80., zakładali, że ta normalność jest możliwa.

Analiza 21 sierpniowych postulatów, dla realizacji których podjęte zostały bardzo ryzykowne strajki, świetnie pokazuje realizm i pragmatyzm strajkujących. Pierwsze osiem punktów4 to postulaty nierealne tylko w PRL. W normalnych, co nie znaczy idealnych, państwach istnienie związków zawodowych, niezależnych od PZPR i pracodawców, z prawem do strajku (wraz z wynagrodzeniem za czas strajku), to rzecz naturalna. Podobnie wolność słowa i druku, brak represji za przekonania, dostęp do informacji o wydarzeniach i o sytuacji kraju oraz podwyżki płac od czasu do czasu, nie są utopijnymi rozwiązaniami w demokratycznych państwach. Także kolejne sierpniowe postulaty, odnoszące się do gospodarki, inflacji, polityki awansowania, przywilejów policji i służb specjalnych czy wolnych sobót nie dziwią. W zasadzie wszystkie są dzisiaj oczywistością.

O braku realizmu możemy dzisiaj mówić jedynie w przypadku postulatu trzyletnich, płatnych urlopów macierzyńskich oraz wcześniejszych emerytur. Co nie znaczy, że są one utopią.

Jednak przypisywanie Solidarności utopijnego charakteru pojawia się bardzo często, także w interesujących naukowych opracowaniach i publikacjach. Dobrym przykładem jest książka Krytyka solidarnościowego rozumu Sergiusza Kowalskiego, czyli jakościowe Studium z socjologii myślenia potocznego. Autor konfrontuje liczne i różnorodne myśli, hasła i zdania z tekstów zamieszczanych w solidarnościowych pismach i pisemkach w latach ’80., analizy te pogłębia wnioskami ze swoich subiektywnych obserwacji, by opisać „zbiorowe myślenie społeczeństwa, które wymówiło posłuszeństwo komunistycznemu ustrojowi”5. Konstruuje tezę o dwu narracjach, bliskiej sobie – ewolucyjnej oraz przez siebie odrzucanej – rewolucyjnej, przytaczając przykłady chaosu i zamieszania w „solidarnościowym rozumie”, które jego zdaniem charakteryzowało ówczesne „zbiorowe myślenie” Polaków.

Wiele w tej książce zdań pełnych emocji, ale najbardziej lubię tę oto opinię autora: „inaczej mieli Polacy zdobywać wolność: godniej, mężniej, heroiczniej; nie negocjować z wrogiem, tylko mu ją wydrzeć z gardła, a jego samego rzucić na kolana. Nakazywała to nie mściwość rewolucjonistów(…) tylko sama logika rewolucji (…)”.

Gdyby Sergiusz Kowalski miał rację, to znaczy, gdyby rzeczywiście istniał heroiczny, rewolucyjny, rzucający na kolana (!) nurt w Solidarności, to teza o solidarnościowej utopii byłaby zapewne po części prawdziwa. Lecz po przeczytaniu jego książki heroiczny nurt pozostaje ledwie autorską konstrukcją, sugestywną, ale bardziej sugerującą istnienie rewolucyjno-utopijnego nurtu w solidarnościowej rzeczywistości, niż dokumentującą jego istnienie. I jakkolwiek w przedmowie do wydania trzeciego autor pisze: „(…) Solidarność zwyciężyła w tej mierze, w jakiej potrafiła przestać być sobą: w tej zaś, w jakiej sobą pozostała, uległa samoistnej marginalizacji”6, to ta dialektyczna sprzeczność, jakkolwiek zgrabna, pozostaje nadal tylko dialektyczną sprzecznością.

Próba rekonstrukcji ideologicznego przesłania Solidarności jest bowiem ciekawa, ale mało wiarygodna. Zgodnie z przyjętym przez autora założeniem, nie jest rezultatem analizy programów działania Związku, czy dokumentacją z przebiegu ważnych i mniej ważnych dla Solidarności wydarzeń. Nie jest także systematyczną refleksją nad politycznym kontekstem tych wydarzeń. Jest intuicyjnym przeglądem subiektywnie wybranych (i dobranych) wypowiedzi zamieszczanych w solidarnościowych pismach, traktowanych jako ilustracja realnej rzeczywistości. Nic więc dziwnego, że Solidarność bywa w tej książce zarówno robotniczym związkiem zawodowym, ruchem społecznym, partią polityczną, samoograniczającą się rewolucją, bezkrwawą insurekcją uciemiężonych, jak i: „będąc każdą z tych rzeczy po trochu nie była żadną w pełni”. Ostatecznie, jak pisze Kowalski, Solidarność będzie dla nas „praktyczną manifestacją ideologii i zarazem źródłem wiedzy o niej. Będzie sceną, na której w skondensowanej wyrazistej postaci wystąpiły w realnych kształtach dotąd ukryte archetypy zbiorowego myślenia”7.

Zainteresowanych archetypami polskiego, zbiorowego, solidarnościowego rozumu odsyłam do książki Sergiusza Kowalskiego. Mnie nie przekonała.

Solidarność jako rewolucja i emanacja „gniewu klasy robotniczej”?

Najpełniej rewolucyjną i lewicową interpretację fenomenu Solidarności przedstawił David Ost w książce Klęska Solidarności. Pisze w niej nie tylko o związku wystarczająco precyzyjnie i czytelnie, by nie pozostawić cienia wątpliwości, jaką polityczną opcję wybiera jej autor i za jaką ideologiczną interpretacją tamtych wydarzeń się opowiada: „Partie i związki zawodowe, które mobilizują pracowników prezentując kapitalizm i właścicieli jako Innego wnoszą swój wkład w inkluzywny system demokratyczny, czego nie można powiedzieć o tych, które wskazują na politycznych, etnicznych, czy religijnych Innych”8. I dalej: „Jeśli gniew nie zostanie zorganizowany według zasady klasowej, prawdopodobną podstawą jego organizacji staną się kryteria odnoszące się do spraw trudniejszych do rozwiązania i łączące się z politycznym wykluczeniem (…). Ci, którzy posługują się narracjami klasowymi są w zgodzie z liberalnym programem przyznającym wszystkim ludziom status obywatela”9.

Zwraca uwagę współczesne, jednoznaczne definiowanie lewicowości – nie jest już, zdaniem Osta, ani komunistyczna, ani socjalistyczna, ani nawet lewicowa. Dzisiaj jest po prostu liberalna, co świetnie mieści się we współczesnym dyskursie publicznym nowoczesnej Europy. W tym dyskursie „Inny” powinien pozostać klasowym, kapitalistycznym, właścicielskim wrogiem, a gniew ludu nadal ma być kierowany pod jego adresem. Różnica między minioną a współczesną lewicą tkwi w sztandarze; we współczesnej Europie sztandar musi być liberalny – bo liberalizm, jako inkluzywny, jakoby nie wyklucza.

Można jednak zadać pytanie, czy odwoływanie się do sztandaru liberalnego, a nie lewicowego, jest czymś więcej, niż tylko socjotechniką? Po doświadczeniach totalitarnego komunizmu, bliski tej tradycji sztandar lewicowy przestał być tak skuteczny, jak przed Sierpniem ’80 i 13 grudnia 1981 roku.

Najważniejsza teza Osta dotyczy jednak narracji o Solidarności. Brzmi tak: „Jak to się stało, że ruch, który tyle uczynił dla odrodzenia liberalnej demokracji, który na nowo wprowadził pojęcie społeczeństwa obywatelskiego do współczesnego dyskursu politycznego, który rzucił wyzwanie reżimowi komunistycznemu i ostatecznie go obalił, kładąc nacisk na inkluzję, a nie wykluczanie – przemienił się w samozwańczy, prawicowy ruch katolicki, skupiający niespełna jedną dziesiątą liczby członków z 1981 roku? Co więcej zwrot „S” na prawo przyczynił się do odrodzenia polskiej prawicy”10.

Jednak, zdaniem Davida Osta, nie wszystko zostało stracone, bowiem na pytanie: „Czy liberałowie mogą zorganizować gniew klasowy (sic!) nie szkodząc gospodarczej przyszłości kraju?” odpowiada – „ Z pewnością tak”11.

Szczerość Davida Osta pokazuje, jak dalece narracje o Solidarności uwikłane są w bieżącą politykę i ideologiczne spory Europy. To, czy Solidarność była cudem, utopią, czy rewolucją robotniczą, więcej mówi o poglądach i sympatiach politycznych zwolennika tej, czy innej interpretacji, niż o samej Solidarności.

Sądzę, że w zgodzie z faktami żadna interpretacja fenomenu Solidarności nie może pomijać jej inkluzyjnego (tj. włączającego innych) charakteru, wyrosłego z chrześcijaństwa oraz zrozumienia, że źródłem gniewu nie była walka klas, lecz zbrodnie popełniane przez komunistyczne i sowieckie władze na Polakach.

I pomysł Davida Osta, by polskość ludzi Solidarności traktować jako ekskluzywną (tj. wykluczającą) etniczność, graniczy ze skrajnie ideologiczną stronniczością.

Ta Solidarność, która powstała w trakcie sierpniowych strajków, która przetrwała stan wojenny i beznadziejny, bo pozbawiony nadziei, okres lat 80., osadzona jest korzeniami w pierwszej Pielgrzymce Jana Pawła II do Polski w 1979 roku. Uznać nauczanie Ojca Świętego za „wykluczające”, podobnie jak umieszczanie Jego portretów na bramach wielu zakładów pracy nie tylko w Stoczni Gdańskiej, to przyznać się do niezrozumienia tego, co wydarzyło się w Polsce w 1980 roku.

Gniew, który stał u powstania NSZZ „S”, był gniewem obywateli, pracowników i Polaków, a także katolików skierowanym przeciw PRL, w którym zamieniono ich w klasę robotniczą, klasę inteligencji pracującej oraz w proletariat wiejski. Odebrano im świadomie i w zgodzie z klasową ideologią tożsamość polityczną, zarówno obywatelską, jak i narodową, a także tożsamość stanów i klas społecznych. Nie mogli być przedsiębiorcami, właścicielami ziemi i rolnikami. Nie mogli być katolikami w sferze publicznej ani przedstawicielami wolnych zawodów, wolnych nie tylko z nazwy, lecz także w praktyce działania. Dlatego chcieli ze świata komunistycznej utopii wrócić do świata zwykłych obywateli, pracowników, katolików i Polaków.

Nie była Solidarność ani robotniczą rewolucją, ani rewolucją w żadnym innym sensie. Jej celem nie była żadna utopia: klasowa, lewicowa, czy liberalna (jak pisze Ost), a narzędziem zmiany nie była (oczywiście!) przemoc.

Solidarność – wyłącznie związek zawodowy?

Są wśród historyków, politologów i komentatorów także tacy, dla których „duża Solidarność” była głównie i przede wszystkim związkiem zawodowym, a nie świadomie używanym „sposobem na niepodległość”. Przykładem zwolennika tej tezy jest politolog i historyk, Antoni Dudek. Na jej rzecz przytacza wyniki badań zrealizowanych przez Ośrodek Badań Społecznych Regionu Mazowsze w sierpniu 1981. Prawie połowa badanych wówczas (48%) członków NSZZ „S” zadeklarowała identyfikację ze związkiem zawodowym, kolejne 20% nazwało Solidarność ruchem społecznym, a prawie 20% uznało ją za organizację Polaków. Tylko 1% respondentów użyło określenia ruch polityczny12. Jednak nawet Dudek zauważa, że po okresie, gdy NSZZ „S” chciała tylko „naprawiać socjalizm”, działacze odkryli niereformowalność systemu i ruch „naprawy socjalizmu przekształcił się (jesienią 1981 roku) w ruch narodowo-wyzwoleńczy”13.

Zgadzam się z Antonim Dudkiem, gdy pisze, że swoiste samoograniczanie się członków Solidarności, czego przykładem są wyniki cytowanych badań, mogło być odpowiedzią na partyjno-rządową propagandę. Były powody do obaw przed władzą narzucającą społeczeństwu narrację o „upolitycznieniu” Solidarności i o dążeniu jej członków do „obalenia ustroju”. A to w PRL było przestępstwem grożącym wieloletnim więzieniem. Gdyby 90% członków związku w 1981 roku, na pytania Ośrodka Badań Społecznych regionu Mazowsze, wybrało odpowiedź, że Solidarność jest dla nich ruchem politycznym, to taki wynik stałby się pretekstem do rozwiązania „Solidarności” i wprowadzenia stanu wojennego. Co zresztą ostatecznie i tak miało miejsce.

Połowa obserwatorów miała wykształcenie wyższe, większość (70%) stanowili mężczyźni w wieku od 36 do 50 lat. Co trzecia ankieta pochodziła z zakładu przemysłowego, kolejna co trzecia z biura lub naukowego instytutu oraz uczelni wyższej.

Pytani w 1985 roku o cele podziemnej Solidarności, współpracownicy odpowiadali tak:

Jakie cele powinna realizować podziemna „S”, aby miała poparcie P. środowiska? (max 3 odpowiedzi)

a. maksymalnie długie trwanie jako niezależnej od władz organizacji społecznej 39

b. istnienie „S” jako formy stałej opozycji wobec władz 43

c. prowadzenie niezależnej działalności związkowej 31

d. budowa podziemnego społeczeństwa 53

e. skuteczne wpływanie na działania i decyzje władzy 22

f. zasadnicze reformy społeczno-ustrojowe 57

g. inne, jakie?

(podkreślam odpowiedzi cieszące się największym poparciem)

Wśród „innych” znalazły się następujące możliwości: wszystkie razem – 19, koniec komunizmu i niepodległość – 7 odpowiedzi. Kolejne to (cyt.): autonomia, upodmiotowienie, niezależne, solidarne społeczeństwo, obalenie komuny, zwalczanie sowietyzacji, obalenie ustroju, zmiana ustroju, demokracja, powstanie partii politycznych jak AK, obrona Kościoła. Tak więc stan świadomości aktywnych działaczy podziemnej Solidarności był daleki od reformowania socjalizmu oraz „prowadzenia niezależnej działalności związkowej”.

Pytani o metody wpływania na działania i decyzje władzy podziemnej „S” wybierali wyłącznie (!) metody pokojowe, ani razu (!) nie pojawiła się sugestia użycia przemocy. Wymieniano najczęściej negocjacje, naciski, presję, bojkot, opór społeczny, strajki, akcje, petycje, listy i uświadamianie społeczeństwa.

Tak więc na pytanie, czy NSZZ Solidarność był tylko związkiem zawodowym, odpowiadam – nie, ponieważ deklarowane przez członków i sympatyków związku cele ujawniane w wewnętrznej, niejawnej komunikacji działaczy podziemnej „S” były daleko bardziej polityczne, niż czysto związkowe. Co nie znaczy utopijne i radykalne. Nie zmienia to jednak faktu, że kluczem do zrozumienia źródeł sukcesu Solidarności był jej związkowy charakter.

W dyskusji toczonej w trakcie gdańskiej konferencji w 2010 roku padło sformułowanie: „związkowy charakter Solidarności był szczeliną, przez którą do systemu wdarła się możliwość zmiany”. Pozwolę sobie wzmocnić tą wypowiedź; związek zawodowy był czymś bardziej znaczącym, niż tylko szczeliną. W związkowej strukturze Solidarności tkwiły wszystkie potencjalne źródła zwycięstwa nad uzależniającym nad od ZSRS komunistycznym systemem.

Solidarność – związek zawodowy jako warunek sukcesu

To, że NSZZ Solidarność była i nadal jest związkiem zawodowym wydaje się tak oczywiste, że niewarte uwagi. Jednak pełnienie roli ruchu społecznego, powstania narodowego, samoograniczającej się rewolucji, utopii, mitu i cudu było możliwe dlatego, i przede wszystkim dlatego, że była związkiem zawodowym. Tymczasem w dyskursie naukowym i publicznym o „S” jako o związku zawodowym mówimy i piszemy stosunkowo rzadko. Dlaczego?

Może dlatego, że związek zawodowy nadal pełni w demokratycznym społeczeństwie ważną funkcję kontrolną nie tylko wobec władzy wykonawczej, lecz także na poziomie codziennych relacji pracodawca – pracobiorca. A to dla każdej władzy bywa kłopotliwym ograniczeniem. Pracodawcy nie lubią związków zawodowych i chętnie przypisują im, szczególnie w III RP, socjalistyczne korzenie i roszczeniowe postawy.

Pracownicy – to naturalne – obawiają się o swoją pracę, o stabilność zatrudnienia, szczególnie, gdy problem bezrobocia staje się realnym problemem polskiej gospodarki. Nic dziwnego, że w relacjach z bezpośrednim przełożonym wolą nie demonstrować postawy pracownika świadomego swoich praw. A władza polityczna, także ta demokratycznie wybrana, nie lubi być kontrolowana, więc chętnie bierze udział w takim dyskursie publicznym, który związki zawodowe unieważnia i marginalizuje.

Jeśli pamiętać, że dyskurs publiczny14 jest nie tylko procesem komunikacji społecznej, lecz także konstruowaniem społecznej rzeczywistości oraz budowaniem hierarchii i społecznych dystansów między instytucjami, a także autorytetami, to stan debaty o związkach zawodowych nie dziwi. Związkowcy stają się w niej „innymi”, przesuwanymi w dyskursie publicznym poza granice wzajemnych zobowiązań i akceptacji.

Dyskurs to sfera władzy symbolicznej. Jego uczestnicy próbują dla swoich wizji uzyskać przewagę, więc nic dziwnego, że w dyskusjach toczonych w polskich mediach głównie przez ekspertów z BCC, Lewiatana, czy KIG (reprezentujących pracodawców i biznes) oraz przez naukowców o wyraziście liberalnych przekonaniach, pracownicy–związkowcy są w defensywie.

W konsekwencji NSZZ Solidarność przestaje być znaczącym związkiem zawodowym i zaczyna odgrywać rolę „dziedzictwa” pielęgnowanego w muzeum naszej narodowej pamięci.

W takiej narracji Solidarność jako związek zawodowy zawsze przegra z „cudem”, rewolucją i insurekcją, podobnie jak teraźniejszość przegra z przeszłością, nawet jeżeli NSZZ „S” dzisiaj istnieje, działa i ma typowo związkowe problemy. W każdym prawie numerze „Tygodnika Solidarność” znajdziemy przykłady wyrzucania z pracy, szykanowania i mobbingu młodych ludzi, którzy w III RP, a dokładniej w swojej konkretnej firmie, próbują założyć związek zawodowy.

Dlatego zamierzam postawić tezę o kluczowym znaczeniu związkowego charakteru Solidarności. Postulat z Sierpnia ’80 był dorobkiem opozycji z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża oraz Komitetu Obrony Robotników z Warszawy i nie bez powodu odwoływał się do praw pracowniczych. Polska (także w PRL) ratyfikowała Konwencję nr 87 dotyczącą wolności związkowych Międzynarodowej Organizacji Pracy. W PRL istniały formalnie rzecz biorąc związki zawodowe zrzeszone w CRZZ, bezwolne i bezradne, ale legalne. To komplikowało blokowanie przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą działań na rzecz utworzenia nowej struktury związkowej, bo w kraju demokracji socjalistycznej związkowy postulat był trudny do zakwestionowania. Tym samym pełnił rolę demaskatorską, pokazując praktykę funkcjonowania ludowego państwa rządzonego przez lewicową partię polityczną.

Ale nie tylko na tym polegała siła i znaczenie związkowej konstrukcji Solidarności. Znacznie ważniejsze były specyficzne, charakterystyczne tylko dla związku zawodowego, cechy tej organizacji:

1. Możliwość stworzenia struktury ogólnopolskiej, łączącej nie tylko branże, zawody, lecz także regiony w jedną, reprezentującą związkowców i obywateli organizację.

2. Współpraca wszystkich grup i środowisk zawodowych, narzucająca inny niż klasowy typ relacji i sposób myślenia, wykraczający poza ortodoksję marksistowskiej doktryny o konfliktach klasowych.

3. Związkowa zasada wspólnoty interesów i praw pracowniczych obejmująca ludzi o różnych poglądach, także członków PZPR, co pozwalało stworzyć jedną i równoległą do partii komunistycznej strukturę organizacyjną we wszystkich miejscach pracy.

Przypominam, że Podstawowe Organizacje Partyjne PZPR istniały we wszystkich instytucjach i zakładach pracy. Ta zasada wzmacniała pozycję związku zawodowego w zakładzie pracy, jego niezależność od partii oraz rolę reprezentanta wszystkich obywateli.

Tym samym NSZZ Solidarność tylko z tej racji, że była związkiem zawodowym, mogła pełnić rolę „równoległego społeczeństwa” – wspólnoty działającej w ramach jednej organizacji obecnej we wszystkich województwach. To pozwoliło przeprowadzić w 1981 roku pierwsze po wojnie15 powszechne, uczciwe i wiarygodne, demokratyczne wybory w związku i w ten sposób wyłonić nową, inną niż partyjna elitę społeczeństwa, reprezentatywną dla „pracujących” obywateli PRL. Zwracam uwagę, że te wybory objęły wszystkie szczeble struktury, od poziomu Komisji Zakładowych Związku poprzez struktury branżowe i wojewódzkie po władze ogólnopolskie, reprezentujące miliony Polaków. Żadna inna formuła organizacyjna nie dawała takich możliwości i takiej reprezentatywności solidarnościowych elit. Tak powstała w ciągu jednego roku, w kraju monopartii i autokratycznej władzy demokratycznie wybrana reprezentacja zorganizowanej wspólnoty.

Na tym nie kończą się szczególne zalety związkowego charakteru Solidarności. Praktycznie prawie we wszystkich instytucjach zatrudniających obywateli PRL, Solidarność budowała nową, nieznaną wcześniej w totalitarnym państwie partnerską relację zwierzchnik – podwładny. To była relacja rewitalizująca więzi międzyludzkie, budująca wzajemne zaufanie, które w PRL było dobrem skrajnie deficytowym. Pracownik stawał się partnerem kadry kierowniczej zakładu, która często współtworzyła struktury związkowe. Pracownik–partner był zarazem negocjatorem i wywierającym presję „kontrolerem” władzy rozumianej zarówno jako kadra kierownicza, jak i władza polityczna PZPR i SB.

W praktyce, paradoksalnie, oznaczało to wzmocnienie, a nie osłabienie pozycji „bezpartyjnej” kadry kierowniczej. System zarządzania działał bowiem w PRL tak, że autonomia, podmiotowość i profesjonalizm zarządzających były iluzją, bo władza skoncentrowana była w rękach partyjnej nomenklatury. W autorytarnym systemie politycznym NSZZ „S” stanowiła więc skuteczny instrument kontrolowania władzy – namiastkę opozycji politycznej. Tylko związek zawodowy mógł w PRL pełnić taką rolę.

W sferze wartości związek zawodowy integrował członków (czyli właściwie społeczeństwo) wokół idei solidarności i egalitarnego etosu, nie naruszając politycznego tabu i ustrojowych pryncypiów. Pozwalał także językiem praw pracowniczych poruszać kwestie wchodzące w zakres praw obywatelskich. Dlatego możliwe było integrowanie członków związku wokół wartości, podlegających co prawda „samoograniczeniu”, ale oficjalnie niezakazywanych, takich jak: patriotyzm, niepodległość, demokracja, suwerenność. Można więc powiedzieć, że Solidarność była nie tyle samoograniczającą się rewolucją, lecz samoograniczającą się demokratyczną i niepodległościową organizacją.

Dla Davida Osta NSZZ Solidarność stała się prawicowa z powodu popełnionych po 1989 roku błędów przez liberalne elity. Jednak Solidarność była taka od zawsze, jeśli stosować kryterium Osta – bo obecność wiary, religii, krzyży i portretów Ojca Świętego, a także duszpasterzy odprawiających msze św. w czasie strajków na terenie zakładów pracy budowała taką „prawicowość” od początku. Dlatego politolog wprawia w zdumienie, gdy zarzuca Solidarności i jej elitom, że „odeszły od wartości”, przechodząc na stronę prawicowego katolicyzmu.

Związkowy charakter Solidarności dawał Polakom jeszcze dwie ważne możliwości działania:

– Po pierwsze – budował poczucie podmiotowości. Członkowie związku nie tylko czuli się, ale byli rzeczywistymi aktorami zmian, począwszy od Komisji Zakładowych, gdy zmieniali sytuację w swoim zakładzie pracy, po relacje z partią na szczytach władzy, gdy negocjowali nie tylko związkowe kwestie. Ogólnopolski i masowy charakter związku zawodowego – z legitymacjami, zebraniami, protestami, bojkotami, strajkami, petycjami, biuletynami – dał setkom tysiącom Polaków poczucie sprawstwa. Cele i sukcesy osiągali razem, podobnie jak razem pokonywali zagrożenia i trudności.

– Po drugie – czynił ich obywatelami Europy i świata. Formuła związkowa pozwalała wyjść z problemami Polaków poza granice kraju. Istnienie związku zawodowego bez większych, dodatkowych komplikacji wprowadzało przedstawicieli wspólnoty Solidarności na forum międzynarodowej współpracy z innymi związkami zawodowymi w Europie i USA.

Innymi słowy, to związkowy charakter struktury organizacyjnej pozwalał pełnić Solidarności te wszystkie funkcje i role, które w naszej pamięci przypisywane są ruchowi społecznemu, narodowemu, niepodległościowemu i moralnemu. To w Związku i poprzez związkowe wartości dokonało się moralne, solidarne i egalitarne (a nie proletariacko-równościowe) przebudzenie Polaków.

Tak właśnie, praktykując demokrację od Komisji Zakładowych po ogólnopolską reprezentację, Polacy tworzyli podstawy społeczeństwa obywatelskiego. Zbudowali strukturę pozwalającą w sposób cywilizowany dbać i walczyć o interesy różnych grup społecznych, rozwiązywać konflikty pracodawca–pracownik oraz napięcia pomiędzy różnymi grupami pracowniczymi. Praktykowali umiejętność poszerzania praw i wolności „dla siebie” w poczuciu więzi z innymi, ze świadomością odpowiedzialności za grupy zawodowe, które nie miały możliwości strajkować, jak pielęgniarki, lekarze, czy nauczyciele.

To nie nazwa, lecz praktyka działania budowała solidarność przez małe „s”. Zapominamy, że nie słowa a codzienne kontakty w miejscu pracy budowały poczucie godności w relacjach z bezpośrednim zwierzchnikiem oraz poczucie odpowiedzialności za innych członków związku reprezentujących różne zawody, poziom wykształcenia i zamożności. Świetnym przykładem była solidarność z rolnikami i wsią, bez której rejestracja NSZZ RI Solidarność nie byłaby możliwa. Teza Timothy’ego Gordona Asha16, że między pracownikami i rolnikami istnieje podstawowa sprzeczność interesów, okazała się kwestią drugorzędną. Skutecznie zadziałała wspólnota „gniewu i religii”, w którą David Ost nie wierzy, a która sprawiła, że po udanym strajku ostrzegawczym Solidarności pracowniczej w marcu 1981 Solidarność rolnicza doczekała się rejestracji w maju 1981 roku.

Cele NSZZ Solidarność przez duże „S” nie były rewolucyjne i utopijne: odwoływały się do tego, co było codziennością dla innych narodów, dla których niepodległość, demokracja, gospodarka rynkowa i swobody obywatelskie były konkretem, a nie utopią.

Solidarność przez małe „s” odbudowała zniszczone w latach PRL zaufanie i więzi społeczne. Była spoiwem rewitalizującym wspólnotę polskiego społeczeństwa17 oraz sztandarem dla społecznej zmiany. W latach 1980-1981 pod opiekuńczym parasolem Związku powstawały zakazywane lub ograniczane w PRL stowarzyszenia, koła i organizacje: studenckie, harcerskie, kresowe, sybirackie, twórcze, akowskie, kulturalne, regionalne, chłopskie, wraz biuletynami, pismami, pisemkami i książkami. Wokół Solidarności było w latach 1980-1981 prawie normalnie, czyli pluralistycznie i różnorodnie.

W tamtym czasie Polacy nie potrzebowali kolejnej ideologii, czy doktryny. Mieli głęboką wiarę chrześcijan, Kościół katolicki i Jana Pawła II oraz poczucie więzi z niepodległą II Rzeczpospolitą. Solidarność rozumiana jako NSZZ była optymalnym sposobem, czy jak kto woli, efektywnym i skutecznym instrumentem osiągnięcia zabronionego w PRL celu – uwolnienia Polski od sowieckiej dominacji w politycznym, gospodarczym i ideologicznym wymiarze. To nie był cud, tylko genialnie wymyślony przez konkretnych ludzi w Stoczni i zaakceptowany przez miliony Polaków sposób przeprowadzenia ważnej, społecznej operacji.

Ale NSZZ Solidarność pozwoliła sobie odebrać ten sukces, gdy w dyskursie publicznym miejsce setek tysięcy członków NSZZ „S” zajęli nieliczni eksperci, autorytety opozycji i uczestnicy Okrągłego Stołu. W walce o władzę symboliczną członkowie związku przegrali z elitą przywódców „samoograniczającej się rewolucji”, której to rewolucji, moim zdaniem, nie było.

Po 1989 roku NSZZ „S” oddała politycznej strukturze władzy niepodległej Polski – w czym nie ma nic dziwnego – swoje elity i swoich liderów. Jednak potraktowano to nie jak zasługę, lecz jako „upolitycznienie” związku zawodowego. Tymczasem w praktyce, obok elit wyłonionych z PZPR i służb specjalnych PRL, Polska potrzebowała nowych elit, nowych kandydatów do władz samorządowych, nowych dyrektorów i menedżerów. Tę rolę pełnili po 1989 roku także ludzie o solidarnościowych korzeniach i związkowych doświadczeniach. I ta elita spisała się w procesie transformacji dobrze, mimo wszystko – śmiem twierdzić – znacznie, znacznie lepiej, niż ta rodem z PRL.

NSZZ „S” w świadomości i pamięci Polaków

Każda zmiana społeczna zaczyna się w umysłach ludzi, uwidacznia się w składzie nowych elit, nie tylko politycznych, ale jej utrwalenie wymaga nowych instytucji. Jeśli nie chcemy powrotu do przeszłości, czyli do państwa bez związków zawodowych, w którym kadra kierownicza traktuje pracowników tak, jak w czasach PRL, to potrzebujemy dzisiaj zarówno „solidarności sumień”18, jak i niezależnego i samorządnego związku zawodowego Solidarność.

Jestem w tym poglądzie raczej osamotniona. Wyniki sondaży pokazują, że moi rodacy myślą nieco inaczej, chociaż kierunek zmian wydaje się zbieżny z rolą pełnioną przez związki zawodowe w demokratycznym państwie. Przykładowo, obecnie częściej niż dawniej, akceptują tezę, że NSZZ „S” odegrała pozytywną rolę w historii Polski. W 2009 roku przekonanych o tym było 84% Polaków, o 15 punktów procentowych więcej, niż 9 lat wcześniej (w 2000 roku). Nieco częściej (o 2%) sądzą też, że w latach 1980-1981 „S” reprezentowała interesy całego społeczeństwa (61%). Z 60 do 65 wzrósł procent respondentów uważających, że powstanie „S” było przełomowym wydarzeniem dla Polski19.

Także sympatia do ludzi Solidarności, żywiona w 1993 roku ledwie przez 11% badanych, jest uczuciem spotykanym dzisiaj nieco częściej. W 2009 roku deklarowało ją 27% respondentów, zaś niechęć tylko 9%, co oznacza spadek odsetka badanych darzących ludzi Solidarności niechęcią o 24 punkty proc. (w porównaniu z rokiem 1993).

Jednak opinie o obecnie działającym NSZZ Solidarność są co najmniej wstrzemięźliwe: dobre oceny w 2009 roku wystawiło mu 23% badanych, a w 2010 roku – 25% respondentów w marcu/kwietniu i 29% w maju20. Ocenę złą – 38% (III/IV) oraz 34% (V) w 2010 roku. Podobnie, chociaż nieco bardziej krytycznie, oceniano w 2010 roku OPZZ: akceptacja na poziomie – 15% (III/IV)i 19% (V), zaś dezaprobata – 34% (III/IV) i 30% (V) badanych przez CBOS Polaków21.

W 2010 roku lepiej oceniali działający dzisiaj związek zawodowy „S” ludzie religijni (37%), młodzi (34% – do 24. roku życia), uczniowie i studenci (41%), a także jego obecni członkowie – 57%. źle oceniają związki zawodowe ludzie w wieku 55–64 lat, mieszkańcy dużych miast, ludzie zamożni, z wyższym wykształceniem. Historyczna rola Solidarności oceniana jest dzisiaj lepiej, niż w latach 90. Na pytanie, czy „Solidarność” z lat 1980-1981 jest już tylko częścią historii, do której nie ma co wracać, większość (58%) badanych w 2010 roku Polaków odpowiada: „nie zgadzam się z tym stwierdzeniem”. Zgadza się z nim (raczej i zdecydowanie) 36% respondentów. Tezie, że doświadczenia „S” nie pasują do dzisiejszych czasów zaprzecza 52%, a potwierdza ją 36% badanych.

Około 30% badanych w marcu/kwietniu 2010 roku Polaków deklarowało, że byli członkami tzw. pierwszej Solidarności, a około 20%, że uczestniczyło w strajkach w latach 80.22Okazuje się, że w świetle tych deklaracji, w strajkach 1980–1981 uczestniczył co drugi ówczesny członek NSZZ „S” oraz co szósty członek związków branżowych.

Pytani o powody, dla których zdecydowali się przystąpić do strajków w latach 1980–1981, respondenci odpowiadali (mogli wybrać 3 odpowiedzi):

– motywy związkowe, czyli walka o prawa i interesy ludzi pracy – 54%

– motywy niepodległościowe – łącznie 64%, (w tym 38% – niepodległość Polski, 6% – tradycje niepodległościowe w rodzinie, 20% – zmiana ustroju).

Motywy niepodległościowe, nieco częściej niż inni, deklarowali mieszkańcy wsi i dużych miast, kadra kierownicza i robotnicy oraz osoby z wyższym i podstawowym wykształceniem. A także osoby deklarujące poglądy prawicowe.

Na pytanie, co było najważniejsze w ruchu Solidarność z lat 1980-1981 badani odpowiadali (mogli wybrać 3 możliwości):

– dążenie do wolnej Polski – 57%

– wolności i swobody obywatelskie ludzi – 49%

– walka o równe prawa i równe traktowanie wszystkich obywateli Polski – 40%

– dążenie do zapewnienia robotnikom godziwych warunków pracy i płacy – 39%

– generalnie chodziło o to, aby ludziom lepiej się żyło w Polsce – 34%

Interesujące, że nikt (!) spośród respondentów o lewicowych przekonaniach nie chciał strajkami zmieniać ustroju. Wydaje się więc, że niepodległość i upadek komunizmu zawdzięczamy tym pracującym w latach 80. Polakom, którzy związani byli z Solidarnością, a nie z CRZZ. Ale dzisiaj to oni częściej niż młodzi mają wątpliwości, czy związkowe tradycje Solidarności są warte kontynuowania.

Pytanie o to, dlaczego do związków zawodowych należy w III RP znacznie mniej zatrudnionych, niż w większości europejskich państw, uważam za ważne, bowiem odpowiedź na nie decyduje o kondycji kapitału społecznego w III RP. W Skandynawii uzwiązkowienie oscyluje na poziomie ok. 70%, w Wielkiej Brytanii, w której tak chwalona przez prawicowych liberałów Margaret Thatcher wygrała walkę ze związkami, wynosi ok. 30%. W Niemczech zachodnich do związków zawodowych należy ok. 40% zatrudnionych, we wschodnich landach niemieckich znacznie mniej, bo około 16%, czyli podobnie jak w Polsce.

Odpowiedź na pytanie o źródła słabości związków zawodowych we współczesnej Polsce jest prosta i złożona zarazem. Prosta, bo łatwo opisać dominujący w debacie publicznej wizerunek związku zawodowego; złożona, bo trudniej wyjaśnić powody, dla których ten wizerunek wygląda tak, a nie inaczej. Pisałam już wcześniej o swoistej, bo niedeklarowanej wprost polityce historycznej realizowanej po 1989 roku, w której marginalizowanie i unieważnianie związku pełniło rolę instrumentu ograniczającego krąg osób uprawnionych do pełnienia roli elity politycznej. Gdy Związek próbował wyłonić swoją własną reprezentację polityczną, poddano go bardzo agresywnej i dyskredytującej obróbce medialnej. I przegrał.

Dzisiejsza narracja o związkach zawodowych posługuje się stereotypem, w którym związki są pozostałością po komunie, reliktem socjalistycznej przeszłości i roszczeniowej mentalności. Związki blokują – podobno – rozwój gospodarczy, ekspansję i kreatywność przedsiębiorców, są oparciem dla życiowych nieudaczników szukających bezpieczeństwa na wolnym rynku pracy. Działacz związkowy stał się nieomal synonimem interesownego, żerującego na robotnikach, cynicznego politykiera. Dlaczego tak stronnicza narracja zdominowała debatę publiczną?

Większość dziennikarzy oraz ekspertów prężnych i niekoniecznie bezinteresownych organizacji biznesowych odpowie – bo taka jest prawda o związkach. Socjolog powinien postawić dwa pytania: pierwsze o merytoryczne uzasadnienie tego stereotypu, drugie o funkcjonalność antyzwiązkowej narracji.

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest prosta. W PRL, aż do sierpnia 1980 roku, związki zawodowe nie istniały, chociaż formalnie prawie wszyscy byli ich członkami. Organizacje zrzeszone w CRZZ nie miały nic do powiedzenia. Związki nie mogą więc być reliktem przeszłości, bo w tej przeszłości ich nie było. Stereotyp „roszczeniowych” związkowców–robotników oparty jest na fałszywym micie PRL, który (podobno) spełniał roszczeniowe żądania robotników. Wystarczy pamięć o polskich datach: czerwiec 1956 i 1976 roku, czy grudnie z lat 1970 i 1981, by zobaczyć fałsz i polityczny kontekst tego stereotypu.

Może więc ważniejsze jest pytanie o funkcje narracji zbudowanej na fałszywych stereotypach? Słabe i marginalizowane związki w demokratycznym państwie to słabsze mechanizmy kontroli struktur władzy różnych szczebli w publicznych i niepublicznych instytucjach oraz w prywatnych i nieprywatnych firmach. Polscy obywatele jako pracownicy nie są w stanie wymusić na władzach III RP dopełnienia konstytucyjnych obowiązków, czyli np. prowadzenia dialogu społecznego w Komisji Trójstronnej. Nie są też w stanie uzyskać gwarancji dla przestrzegania praw pracowniczych, które są częścią pakietu praw obywatelskich.

Paradoksalnie, w debacie publicznej pracownikom najemnym bliżej dzisiaj do „roboli z PRL” niż do „obywateli” zatrudnionych w dobrze zarządzanych firmach.

Związki zawodowe były i są w demokratycznych państwach ważnym segmentem społeczeństwa obywatelskiego, racjonalną formą zrzeszania się partnerów „słabszych” w relacjach z biznesem i kadrą kierowniczą.

Socjologowie martwią się niskim poziomem kapitału społecznego w Polsce23 i zarazem nie dostrzegają przyczyn świetnej kondycji społeczeństw obywatelskich w krajach skandynawskich, w których poziom uzwiązkowienia sięga 60–70% zatrudnionych.

Jeśli demokracja ma być czymś więcej niż tylko fasadą, niezbędne są mechanizmy i instytucje wzmacniające demokratyczne procedury. Niczego oryginalnego nie da się tutaj powiedzieć, związkowe struktury praktykują zasadę egalitaryzmu w relacjach pracownik/obywatel – pracodawca/władza w najbardziej powszechny i masowy sposób. Także solidarność związkowa przez małe „s”, czyli norma etyczna, która buduje więzi społeczne, zaufanie i poczucie odpowiedzialności, jest ważnym spoiwem życia społecznego.

Mogłabym tu przypomnieć słowa Jana Pawła II, który nakazywał nam pielęgnowanie dziedzictwa Polski i Solidarności, ale my z tym obowiązkiem – dbania o dziedzictwo solidarności – najwyraźniej sobie nie poradziliśmy24. Powiedziałabym nawet, że solidarność jest dzisiaj widoczna lepiej w ekskluzywnych grupach interesu, w elitarnych korporacjach, np. prawniczych czy lekarskich, w środowiskach przeciwników lustracji, w establishmencie oraz w szarej strefie pogranicza polityki, biznesu, aparatu ścigania i świata przestępczego, niż w zawodowym życiu polskich pracowników. „Brudny kapitał” społeczny, chociaż niekoniecznie rodem z Amoralnego familizmu, ma się dzisiaj w Polsce znacznie lepiej, niż ten budowany na, także związkowej, solidarności sumień.

Bibliografia:

Ash Timothy Gordon, Polska rewolucja. Solidarność 1980–1982, tłum. Małgorzata Dziewulska, Marcin Król, Warszawa 1990.

Czyżewski Marek, W stronę dyskursu publicznego. w: Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego, red. Marek Czyżewski, Sergiusz Kowalski, Andrzej Piotrowski, Warszawa 2010 s. 49–117.

Prac. zbior., Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne, red. Marek Czyżewski, Kinga Dunin, Andrzej Piotrowski, Warszawa 2010.

Dudek Antoni, Zryw do wolności i niepodległości. Rozmowa z J. Pawlasem, w: „Tygodnik Solidarność” nr 35 [884], s. 43–45.

Dudek Antoni, Rewolucja robotnicza i ruch narodowo wyzwoleńczy, w: Lekcja Sierpnia. Dziedzictwo „Solidarności” po 20 latach, red. Dariusz Gawin, Warszawa 2002, s. 143–158.

Fedyszak-Radziejowska Barbara, Zjazd podziemnej Solidarności w 1986 roku, w: „Tygodnik Solidarność” 35 [884], s. 24–26.

Fedyszak-Radziejowska Barbara, Społeczny kapitał Polaków – trudny proces rewitalizacji, w: Wartości Polaków a dziedzictwo Jana Pawła II, red. Tomasz Żukowski, Warszawa 2009, s. 198–228.

Friszke Andrzej, TKK NSZZ Solidarność (1982–1987), w: Solidarność podziemna, 1981–1989, red. Andrzej Friszke, Warszawa 2006, s. 145–155.

Fukuyama Francis, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, Warszawa 1997.

Prac. zbior., Lekcja Sierpnia. Dziedzictwo „Solidarności” po 20 latach, red. Gawin Dariusz, Warszawa 2002.

Karpiński Jakub, Wstęp. „Solidarność” przeżyta i przemyślana, w:Lekcja Sierpnia. Dziedzictwo „Solidarności” po 20 latach, red. Gawin Dariusz, Warszawa 2002, s. 7–9.

Kowalski Sergiusz. Krytyka solidarnościowego rozumu. Studium z socjologii myślenia potocznego. Warszawa 2009.

Koseła Krzysztof, Opinie o pontyfikacie Jana Pawła II, w: Wartości Polaków a dziedzictwo Jana Pawła II, red. Tomasz Żukowski, Warszawa 2009, s. 122–149.

Mannheim Karl, Ideologia i utopia, Warszawa 2008.

Ost David, Klęska „Solidarności”: Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, Warszawa 2007.

Ossowska Maria, Normy moralne, Warszawa 1970.

Putnam Robert D., Samotna gra w kręgle. Upadek i odrodzenia wspólnot lokalnych w Stanach Zjednoczonych, Warszawa 2008.

Prac. zbior., Solidarność. Wydarzenia, konsekwencje, pamięć, red. Antoni Sułek, Warszawa 2006.

Tischner Józef, Etyka solidarności, Kraków 2000.

Prac. zbior., Wartości Polaków a dziedzictwo Jana Pawła II, red. Tomasz Żukowski, Warszawa 2009.

Prac. zbior., Dwadzieścia lat przemian w Polsce, Warszawa, „Opinie i diagnozy” nr 15 2009.

Wykorzystane komunikaty CBOS:

CBOS BS/187/2007, Związki zawodowe: przynależność i ocena działalności.

CBOS BS/21/2008, Przynależność do związków zawodowych.

CBOS BS/72/2010, Oceny historycznego znaczenia NSZZ Solidarność.

CBOS BS/87/2010, Doświadczenia z okresu pierwszej „Solidarności”.

CBOS BS/89/2010, Doświadczenia z okresu wojennego i podziemnej Solidarności.

CBOS BS/94/2010, Postawy wobec transformacji ustrojowej i jej skutków.

CBOS BS/98/2010, Pamięć i niepamięć o Solidarności.