Przekraczanie granic. Zakazane relacje. Tom 2 - Ewelina Dobosz - ebook

Przekraczanie granic. Zakazane relacje. Tom 2 ebook

Dobosz Ewelina

4,6

Opis

Dręczą go dziwne majaki, a ta, dzięki której miał je pokonać, przyniosła ze sobą kolejne tajemnice.

Judyta jest psychoterapeutką - zaangażowaną i profesjonalną. Nigdy nie narusza granic, których wymaga jej zawód. Aż do teraz. Teraz nie jest już taka pewna, czy uda jej się zachować dystans.

Maks zajmuje wysokie stanowisko na scenie politycznej. Od jakiegoś czasu cierpi na urojenia, stany lękowe, utraty świadomości. Próbuje ukryć to przed opinią publiczną, dlatego szuka dla siebie prywatnego terapeuty, który pomoże mu uporać się z tym problemem.

Kiedy tych dwoje trafia na siebie, nic już nie jest w stanie powstrzymać rodzącej się między nimi namiętności. Nie dość jednak, że Maks jest pacjentem Judyty i osobą publiczną, to jeszcze ma żonę i wrogów, którzy próbują mu zaszkodzić. Co więcej, problem, z którym zgłosił się do Judyty, zdaje się mieć wiele przyczyn. Czy terapeutce uda się je odkryć? A co, jeśli upomni się o nią jej własna przeszłość?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (136 ocen)
98
24
8
5
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Basia1006

Całkiem niezła

Rozczarowanie... fabuła zapowiada się super, początek zapowiada się bardzo obiecująco, a później akcja leci na łeb na szyję przez co jest bardzo skrócona i spłycona. Nie jest najgorsza, ale czytałam o wiele lepsze.
00
Ruddaa

Z braku laku…

eeeee.....NIE!
00
MAGGA21

Nie oderwiesz się od lektury

lekka, łatwa i przyjemna
00
asia2409

Nie oderwiesz się od lektury

sztos, polecam
00
Alishia22

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Playlista

Hurts  ★ Silver Lining

Arctic Monkeys  ★ Do I Wanna Know

2WEI, Edda Hayes  ★ Survivor

2WEI  ★ Redrage

Zoe Wees  ★ Control

Michele Morrone  ★ Hard For Me

Dani and Lizzy  ★ Dancing in the Sky

Część I

Nie chwytaj po cudze.

Nie łam zasad.

Autodestrukcja.

Taki jest mój cel, pasożycie…

Rozdział 1

Maksymilian

– Świetna robota, panie ministrze – usłyszałem, gdy zszedłem z drewnianego podestu, na którym przez kilkanaście minut obiecywałem, że wiceminister Kalska poniesie konsekwencje swoich poczynań.

Zerknąłem na premiera, który kierował do mnie te słowa. Poluzowałem krawat, czując kolejny przypływ duszności. Przymknąłem powieki i poczułem silne zawroty głowy. Znowu. W ostatnim czasie bardzo często dopadało mnie silne osłabienie.

Poczekałem z odpowiedzią, aż wszyscy dziennikarze się rozejdą i zostaniemy sami.

– Arturze, nie rozumiem, dlaczego muszę sprzątać po was cały ten bajzel – warknąłem. – Przysięgam, robię to ostatni raz! I przestań angażować moich ludzi w swoje gierki.

– Mylisz się, Ostrowski. Masz ewidentny problem z elementarnymi zasadami. Nie zapominaj, kto w tym bagnie ma silniejszą pozycję i komu zawdzięczasz swoją.

– Ja się chyba źle wyraziłem. – Zrobiłem krok w jego stronę. – Nie mieszaj mnie w swoje lewe interesy, Bilski. Chcesz się paprać w gównie, proszę bardzo. Zrozumiałem już, że nie jestem w stanie na was wszystkich wpłynąć. Zależy mi na mojej reputacji, która jest naprawdę dobra, a na pewno lepsza od twojej. Nie prowokuj mnie, żebym wyciągnął z rękawa asa, którym mógłbym cię zniszczyć. Choćbym miał zaraz po tym podać się do dymisji, trudno. Nie podcieraj sobie dupy moim nazwiskiem.

Artur z nieskrywanym niezadowoleniem kiwnął głową.

– Jasne, nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym cofnąć czas i nie musieć słuchać tych gróźb – powiedział.

Rozłożyłem szeroko ręce.

– Nie mogłeś podejrzewać, że wiem o tobie tyle rzeczy. Takich tematów się nie porusza, kiedy nie ma takiej potrzeby. Zapewne gdybyś miał świadomość, że tak dobrze cię znam, nigdy byś mnie nie powołał, prawda?

Bilski parsknął śmiechem na moje słowa. Miałem rację.

– W każdym razie dzięki. Porozmawiam z Kalską i załatwię to za ciebie. Pokaja się trochę przed kamerami i zamieciemy to pod dywan.

– Nie, Arturze. Ona ma odejść. Powołaj kogoś innego na jej miejsce.

Premier zmarszczył czoło. Był wkurwiony, że stawiam mu jakiekolwiek warunki, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że w tym momencie mam jedną z lepszych pozycji. Społeczeństwo już dawno tak bardzo nie ufało rządzącym, a ja, jako minister sprawiedliwości, cieszyłem się najlepszą reputacją w historii żyjących i nie zamierzałem tego zaprzepaścić przez ich machlojki.

– Masz charakter, Maks. – Poklepał mnie po ramieniu. – Lata w prokuraturze zrobiły swoje.

Gdy blondwłosy, postawny mężczyzna odwrócił się ode mnie i ruszył w kierunku wyjścia, wyjąłem z kieszeni telefon komórkowy i zadzwoniłem do Antoniego, mojego kierowcy, żeby podjechał pod budynek. Zamierzałem wrócić do domu.

Po kilkudziesięciu minutach przebijania się przez warszawskie korki wjechaliśmy na obrzeża miasta. Zamknąłem laptop i schowałem go do skórzanej torby. Wjechaliśmy na leśną drużkę, gdzie Antoni mrugnął światłami, otwierając tym samym żelazną bramę. Zaparkował samochód zaraz obok swojego kilkuletniego forda i w lusterku odszukał mój wzrok, bym udzielił mu dalszych instrukcji.

– Ten weekend mam wolny. – Położyłem rękę na klamce i pociągnąłem, uchylając drzwi. – Możesz wracać do siebie, ale bądź pod telefonem. Wiesz, jak to jest.

– Jasna sprawa – odpowiedział, wyraźnie zadowolony.

Wysiedliśmy i podałem mu rękę, po czym skierowałem się do ceglanego domu z wielkimi przeszkleniami. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem o nie głowę. Czułem jakiś wszechogarniający lęk, podniecenie… Nie wiedziałem, jak określić swój stan. Od dłuższego czasu zdarzały mi się takie sytuacje. Coś niedobrego się ze mną działo, a ja nie miałem pojęcia, co za to odpowiada. Zdjąłem buty i marynarkę. Na końcu, powoli kierując się do salonu, przez głowę ściągnąłem ten przeklęty krawat i rozpiąłem górne guziki koszuli.

– Oj, przecież wiesz, że mi się podobało. – Moja żona Paula, stojąc przodem do okna i obserwując basen, rozmawiała przez telefon. Opierała się wolną dłonią o szybę, napinając przy tym palce. Wspomnienie, do którego wracali, widocznie mocno na nią działało. Przez chwilę poczułem coś na kształt zazdrości. – Przecież doskonale wiesz, że uwielbiam być na górze… Tak? – Roześmiała się.

Podszedłem do niej i napotkałem jej spojrzenie w szybie. Jej ciało momentalnie się spięło. Położyłem dłonie na jej talii, ścisnąłem i przyciągnąłem ją do siebie.

– Muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie za chwilę. – Rzuciła komórkę na kanapę i wyswobodziła się z mojego uścisku. – Co ty wyprawiasz?

– Pozwolę ci być na górze. Z tym akurat nie mam najmniejszego problemu. – Oparłem ręce na szybie, zamykając ją w pułapce. Nachyliłem się, by pocałować jej szyję. – Chodź na górę – syknąłem.

Jęknęła. Jestem pewien, że przez chwilę się wahała, chociaż nie łudziłem się, że się zgodzi. W końcu odepchnęła mnie i podeszła do kanapy, z której podniosła telefon.

– Maks, do cholery, co się z tobą dzieje? – zapytała z wyraźnym przerażeniem, co zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody.

– Miałem ochotę na seks, więc ci to zaproponowałem. Przecież jeszcze jesteś moją żoną. Nie rozumiem, czemu się tak wkurwiasz.

Odwróciłem się i ruszyłem do kuchni po wodę.

– Tak po prostu? Zachowujesz się jak skurwiel, to do ciebie niepodobne. Bywasz zimny, ale nie jesteś draniem. – Usłyszałem, jak idzie za mną. – Już zapomniałeś, dlaczego w ogóle dalej jesteśmy małżeństwem? Czy po prostu z dnia na dzień stałeś się dupkiem, który twierdzi, że obrączka na moim palcu to bilet do mojego tyłka?

– Pamiętam! – Agresywnie odstawiłem butelkę na blat, częściowo rozlewając zawartość. Paula nie dała się sprowokować, otuliła się ramionami, pokazując mi tym samym, że przestaje się czuć bezpiecznie w mojej obecności. To niezwykle silna i twarda kobieta, ale nawet jej wytrzymałość miała swoje granice. Oparłem się o blat i zwiesiłem głowę. – Przepraszam, miałem ciężki dzień.

– Rozumiem, ale to nie jest dla mnie wytłumaczenie. Nie jestem już twoja, zapamiętaj to sobie – warknęła. Była wściekła.

Uniosłem wzrok, nie zmieniając pozycji. Zamknęła oczy, by się uspokoić. Gdy je otworzyła, nie widziałem już w nich złości. Potrafiła perfekcyjnie panować nad swoimi emocjami. Powinienem był się od niej tego nauczyć.

– Kiedyś przecież było nam ze sobą dobrze… – zacząłem.

– Dawno temu, Maks. – Podeszła do mnie i wyciągnęła dłoń, by pogłaskać mój policzek. – Zastanawiam się, czy nie wziąłeś sobie na głowę zbyt wiele. Dobrze było, jak było.

– Wiem, o co ci chodzi. Żałujesz, że zgodziłaś się przy mnie zostać.

– Nie żałuję, bo to ja postanowiłam związać się z kimś innym i jestem ci to winna.

Wyprostowałem się, chwyciłem jej nadgarstek i ucałowałem knykcie, po czym się odsunąłem.

– Gdybyśmy mogli to wszystko jeszcze raz przegadać, chyba podjąłbym inną decyzję. Chciałbym teraz pójść do łóżka, Paula. To był ciężki dzień. Dobranoc. – Zerknąłem jeszcze na jej smutną twarz, na której dojrzałem coś na kształt współczucia albo wyrzutów sumienia, po czym skierowałem się na schody.

Odkąd nieoficjalnie przestaliśmy być parą, zająłem jeden z gościnnych pokoi na piętrze. Kiedy objąłem stanowisko ministra, Paula poinformowała mnie, że się zakochała. Pamiętam, że popatrzyłem na nią wtedy ze zrozumieniem, ale i z lękiem. Nie chciałem medialnego rozgłosu na samym początku mojej poważnej politycznej drogi, szczególnie że obdarzono mnie nadzwyczajnie dużym zaufaniem. Z drugiej strony nasze małżeństwo było fikcją już od dawna. Różniliśmy się tak bardzo, że rozstanie było tylko kwestią czasu. A ja solidnie zapracowałem na to, by chciała znaleźć sobie kogoś innego. Byłem dupkiem. Od zawsze. Czasami na naprawienie błędów jest już za późno. Mimo tego, że miałem swoje za uszami, Paula poszła mi na rękę i zdecydowała się ze mną zostać do czasu, aż publiczne zainteresowanie moją osobą zelżeje. Dzisiaj rozegrałbym to inaczej, bo to nic przyjemnego patrzeć, jak kobieta, którą się kiedyś kochało, tak bardzo się z tobą męczy. Bez sensu to sobie zaplanowaliśmy, byliśmy kiepscy w te klocki.

Zdjąłem ubranie i nagi wszedłem do łazienki. Czekałem, aż wanna napełni się wodą, oparty o umywalkę. Patrzyłem na swoje odbicie w lustrze. Szara cera i podkrążone oczy niepokoiły mnie. Raczej nigdy nie miewałem takich problemów. Potarłem dwudniowy zarost i spojrzałem w swoje zmęczone oczy. Nie mogłem tego znieść. Zmieniłem zdanie. Wypuściłem wodę z wanny i wszedłem pod prysznic, gdzie w ciągu kilku minut doprowadziłem się do jako takiego porządku. Następnie osuszyłem się ręcznikiem i skierowałem do łóżka.

Zasnąłem jak dziecko.

Unoszę powieki. Prawdopodobnie jestem w swoim domu. Siadam i rozglądam się. Tak, to mój dom. Opuszczam nogi na podłogę i powoli wstaję. Wkładam na siebie bokserki. Chce mi się pić, więc idę do kuchni.

– Pomocy! – słyszę przeraźliwy krzyk Pauli.

Nie zastanawiam się ani sekundy. Biegnę do jej sypialni, ale nie mogę wejść. Mija krótka chwila, a ona otwiera mi drzwi, nie kryjąc szoku.

– Maks, czego ty chcesz? – odzywa się zaspanym głosem.

– Krzyczałaś…

– Nie krzyczałam… Oszalałeś? – Marszczy czoło.

– Wołałaś mnie o pomoc. Przecież słyszałem.

– Maks, idź spać. Piłeś coś? – Ściąga brwi i zamyka mi drzwi przed nosem.

Niespokojnym krokiem wracam do swojej sypialni w drugiej części domu. Kładę się.

– Maks, błagam cię! Pomóż mi! – Ten sam krzyk rozdziera mnie od środka.

Otwieram szeroko oczy. Serce bije mi jeszcze mocniej. Chcę wstać, ale powstrzymuje mnie rozmowa z Paulą sprzed chwili.

Muszę zasnąć. Dłonie mi się trzęsą, ale w końcu zasypiam.

Obudziłem się, gdy żaluzje fasadowe w oknie sypialni wpuściły nieco światła. Leniwie się podniosłem, zsunąłem bokserki i podszedłem do ogromnego okna. Dojrzałem Paulę, która pływała w basenie. Bardzo często robiła to z samego rana. Oboje kochaliśmy wodę. W pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Nie sądziłem, że moja nagość ją krępuje, a jednak odwróciła się ode mnie i zanurkowała. Odepchnąłem się od szyby i skierowałem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic i podszedłem do szafy, z której wyciągnąłem spodnie dresowe i biały T-shirt. Miałem dzień wolny, więc z ulgą mogłem zignorować równo powieszone garnitury, których miałem już po dziurki w nosie.

Zszedłem do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę. Ostatnio niemal w ogóle nie pijałem kawy, bo było mi po niej niedobrze. Oparłem się plecami o szafki, zastanawiając się, co miałbym ochotę zjeść na śniadanie. Zajrzałem do lodówki, jednak nie znalazłem w niej niczego, co pobudziłoby mój apetyt.

– Zrobiłam ci tosty. Są pod przykrywką – usłyszałem głos Pauli. Zupełnie jakby czytała mi w myślach.

Rzuciłem jej krótkie, zdziwione spojrzenie.

– A od kiedy znowu robimy sobie śniadania? – Szczególnie po mojej wczorajszej akcji.

Owinięta ręcznikiem kąpielowym, podeszła do ekspresu i podstawiła filiżankę. Wcisnęła przycisk i zerknęła w moją stronę.

– Martwię się o ciebie – burknęła. – Mimo wszystko zależy mi na tobie, Maks. Rozstajemy się, ale zawsze będziesz bardzo ważną osobą w moim życiu. Widzę, że potrzebujesz pomocy.

Chuja potrzebuję.

– O czym ty do mnie teraz mówisz? – Zmrużyłem oczy. Autentycznie nie wiedziałem, jaki jest temat tej rozmowy. Nie sądziłem, że mówi o moich dziwnych snach lub o moim złym samopoczuciu. Nikomu o tym nie mówiłem.

– Maks. – Westchnęła i wzięła łyk kawy, jakby próbowała kupić sobie odrobinkę czasu. – Po tym, jak przyszedłeś do mnie w nocy, albo raczej przybiegłeś, przerażony, nie mogłam zasnąć do samego rana. Wydawało ci się, że wołam o pomoc…

Wyprostowałem się jak struna i szeroko otworzyłem oczy.

– Zaraz, zaraz, czekaj! – Przełknąłem ślinę. – Byłem u ciebie w nocy?

– Tak, podobno wołałam o pomoc, dlatego przybyłeś mi na ratunek. Raczej nie krzyczę przez sen. Czy ty… – Zawahała się.

Nie chciałem, by kończyła tę myśl.

– Nie, Paula! Oczywiście, że nie! Byłem przekonany, że to sen – powiedziałem bardziej do siebie niż do niej, po czym usiadłem na pobliskim krześle.

– Zadzwoń do Michała. Przegadaj to z nim. Ostatnio źle wyglądasz. Jak na moje oko coś jest nie tak.

– Urocza jak zawsze. – Wziąłem głęboki oddech. – Sam już nie wiem…

– Chyba że to ma jakiś związek z nami? – zapytała, marszcząc czoło.

Zrobiłem zdegustowaną minę.

– Błagam cię, Paula. Ten temat jest już zamknięty. Przysięgam – stwierdziłem zgodnie z prawdą.

– Dzięki Bogu. To dobrze. Wolałam się upewnić. – Krótko zacisnęła mi dłoń na ramieniu, a potem wyszła.

Zalałem herbatę i zgarnąłem papierosy z blatu. Usiadłem przed domem, przy basenie, na jednym z leżaków. Zaciągałem się dymem. Przez kilkanaście minut walczyłem ze sobą. W końcu jednak uznałem, że mam do tego człowieka tak duże zaufanie, iż niezobowiązująca rozmowa na pewno mi nie zaszkodzi. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer.

– Cześć, Maks! – usłyszałem po drugiej stronie. – Co się dzieje, że dzwonisz?

– Chciałem zapytać, co u ciebie.

Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki się roześmiał.

– Moment, chyba pojebałeś numery. Nazywam się Michał Antkowiak i jestem twoim psychoterapeutą. Ty nigdy nie dzwonisz do mnie, żeby zapytać, jak mi leci.

– Oj, dobra – warknąłem. – Jesteś w chuj czepliwy, Michał. Tak czy siak, co u ciebie?

– Od kilku miesięcy jestem w Irlandii. Poznałem kobietę, z którą wyjechałem. Otworzyłem gabinet dla tutejszej Polonii.

– A co z twoim gabinetem w Warszawie? – Wciągnąłem dym w płuca tak głęboko, że aż poczułem rozrywający ból.

– Działa dalej, ale szefuję na odległość.

– Jasne…

– Potrzebujesz mnie? – zapytał bez ogródek.

– Właśnie nie wiem. Jakbym miał określić swój stan, powiedziałbym, że to pieprzony efekt jo-jo. Tak jakbym po poprzedniej terapii popełnił jakiś błąd.

– Zrobię kawę, a ty zacznij mówić.

Wtedy zdecydowałem się opowiedzieć mu o wszystkim, co się ze mną działo w ostatnim czasie. A on powiedział coś, czego wcale nie chciałem usłyszeć. Terapia była konieczna. Niestety, dodał też to, czego raczej się spodziewałem, ale jego propozycja ani trochę nie przypadła mi do gustu.

Chyba jednak nie miałem wyboru.

Rozdział 2

Judyta

Usiadłam na czarnej rozkładanej ławeczce. Patrząc na fruwające nad nami wrony, złożyłam w kostkę ścierkę, którą przed momentem przecierałam grób Huberta. Dbałam o ten kawałek kamienia tylko po to, żeby moje dzieci szanowały pamięć po swoim ojcu. Za każdym razem, gdy przychodziliśmy na cmentarz, odgrywaliśmy ten sam rytuał. Ja doprowadzałam pomnik do względnego porządku, Jaś opowiadał, co nowego w przedszkolu, a Kinga bawiła się aniołkami, które kiedyś przyniosła dla taty. Moja dwuletnia córka nie rozumiała jeszcze, po co przychodzimy w to miejsce, dopatrywała się w tym rozrywki, ale wiedziałam, że w pewnym momencie zrozumie, kto leży dwa metry pod nowoczesnym pomnikiem, który wybrałam dla swojego męża z malutką dozą złośliwości. Gdy kilka lat wcześniej byliśmy na pogrzebie kogoś z jego rodziny, wskazał jeden z grobów i wyśmiał pomnik. Zdecydowałam się sprawić mu identyczny. Mały pstryczek w nos za wszystko, czym mnie uraczył w ostatnich miesiącach swojego zakłamanego życia, które zakończył na oczach mojego brata zaraz po tym, jak zabił swoją kochankę. Brzmi jak scenariusz filmu kryminalnego klasy B lub jedna z telenowel, które lubiłam oglądać w dzieciństwie. Niemniej postanowiłam, że moje dzieci w żadnym stopniu nie odczują tego, co podzieliło ich rodziców na długo przed śmiercią ich taty. Zresztą to by niczego nie zmieniło. Ojcem był dobrym. Jak dorosną, poznają prawdę. Wtedy będą potrafiły zdecydować, czy chcą tu przychodzić, czy też pozwolą, by jego grób obrósł chwastami.

Gdy w końcu dzieciaki zaczęły się nudzić, chwyciłam je za rączki i ruszyłam w stronę parkingu. Gdy byliśmy już przy samochodzie, zerknęłam na otwierającą się bramę, wypuszczającą czarną limuzynę. W tym czasie posadziłam już dzieci w fotelikach.

– Pewnie jakiś rządowy ważniak… – mruknęłam do siebie i zajęłam miejsce za kierownicą.

Po chwili włączyłam się do ruchu. Minęła już trzynasta, więc musiałam się spieszyć. Zadzwonił telefon, a na samochodowym wyświetlaczu pokazało się imię mojego brata. Odebrałam.

– Tak, Rafał?

– Jak sytuacja? – W tle słyszałam płacz jednej z jego córek. – Zaraz oszaleję…

– I prosisz się jeszcze o moją dwójkę? – zapytałam z niedowierzaniem.

Po chwili rozległo się trzaśnięcie drzwiami i płacz ucichł.

– Wezmę twoje dwa smrody i pójdę z nimi na spacer. – Rafał chrząknął znacząco.

– Sam jesteś smród. Traktujesz moje dzieci jak przepustkę na wolność? – Roześmiałam się i rzuciłam okiem w lusterko wsteczne. Dzieciaki zasypiały. – Będę za dziesięć minut. Możesz mi zaparzyć dobrą kawę.

Kilka minut później zaparkowałam pod domem Rafała. Czekał na mnie przy drzwiach z rękami w kieszeniach. Jaś od razu wybiegł z auta i pobiegł do ukochanego wujka. Ten chwycił go na ręce i nachylił się, bym mogła pocałować go w policzek, a potem zwrócił się do mojego syna:

– Ciężki jesteś jak na pięciolatka.

W środku czekała na nas Agata. Próbowała okiełznać siedzące w krzesełkach Alę i Adę. Uśmiechnęłam się. Dzięki in vitro mojemu bratu i bratowej udało się zostać rodzicami. I to podwójnie. Jednak bliźniaczki były charakterne i od urodzenia dawały im ostro popalić.

– Ale macie z nimi wesoło – stwierdziłam, stawiając Kingę na podłodze.

– No, to już pojedzone. – Agata przewróciła oczami i wyjęła wrzeszczące córki z fotelików. – Nie ma tego złego. Będą głodne, ale przynajmniej będą miały zajęcie.

– Jakieś dziesięć minut… – wtrącił zmęczonym głosem Rafał, a potem zwrócił się do Jasia i Kingi: – W ogrodzie czeka na was niespodzianka.

Mój syn, nie zastanawiając się długo, wybiegł na zewnątrz.

– Co takiego? – zwróciłam się do brata, mrużąc oczy. – Będzie przez ciebie rozpuszczony jak dziadowski bicz – dodałam, gdy Janek wskoczył na elektryczne autko.

– Tylko nie po trawie! – Rafał wziął na ręce Kingę i w panice wybiegł na zewnątrz.

– Kochanie, kawa. – Agata podała mi latte i usiadła naprzeciwko mnie. Miała na sobie krótkie spodenki, które uwydatniały jej zgrabne nogi, pokryte złocistą opalenizną. Do tego założyła sportowy top. Delikatne mięśnie na jej brzuchu wyglądały jak z obrazka.

– Jakim cudem wyglądasz tak po bliźniaczej ciąży? – zapytałam, bezczelnie lustrując jej ciało.

– Przestań, Judyta. Za twoje cycki i tyłek dałabym się poćwiartować. Poza tym masz twarz Mili Kunis. Zawsze będziesz się podobać facetom.

– Nigdy w to nie uwierzę. – Poprawiłam koszulę, która wpiła się w fałdki na moim brzuchu. – A wracając do mojego brata. Przemów mu do rozsądku, żeby przestał się zachowywać jak Święty Mikołaj na emeryturze.

– Boże, jak ja bym chciał kiedyś zrozumieć te twoje absurdalne metafory. – Rafał, nie wiadomo kiedy, pojawił się obok mnie i zajął wolne krzesło. Wyciągnął rękę po ciastko, które w ostatniej chwili zabrała mu żona. – Pożałujesz tego – warknął, ale jej uśmiech zdradził, że ta groźba jest raczej seksowną obietnicą.

– Niedoczekanie, że będę świadkiem waszych końskich zalotów. Uciekam. Nie ma nic lepszego niż praca w niedzielne popołudnie. – Wstałam i pocałowałam Rafała w czoło, a Agacie przybiłam piątkę. Próbowałam zwrócić uwagę moich dzieci, ale były już tak zaaferowane zabawą, że nawet na mnie nie spojrzały.

– Jeśli chcesz, mogą zostać na noc – zaproponowała bratowa, puszczając mi oczko.

– Jadę do pracy, a nie na randkę. Lecę, pa! I na Boga, Rafał, nie zostawiaj dzieci samych w ogrodzie z tą zabawką!

Opuściłam ich śliczny domek w spokojnej okolicy. Przyznam szczerze, nie spodziewałam się, że mój brat skończy tak dobrze. Zawsze był świetnym materiałem na faceta, ale raczej na jedną noc, a nie do ślubu. Cieszę się, że spotkał taką kobietę i jakoś to sobie poukładali, chociaż ich początek nie był łatwy.

Wsiadłam do swojej wiekowej toyoty, która już raczej nie miała przed sobą perspektyw. Wahałam się, czy zarobione w ostatnim czasie pieniądze przeznaczyć na remont mieszkania, które kupiliśmy z Hubertem, czy na zakup nowego samochodu. Próbując odpalić tego grata, pomyślałam, że chyba los po raz kolejny zdecyduje za mnie. W końcu jednak udało mi się ruszyć.

Po kilkudziesięciu minutach byłam w centrum Warszawy, w swoim gabinecie, w którym od wielu miesięcy pracowałam. Z wykształcenia jestem psychologiem i gdy tylko skończyłam urlop macierzyński, udało mi się znaleźć pracę w bardzo dobrej poradni psychologicznej, prowadzonej przez Michała Antkowiaka. Gdy właściciel zdecydował się wyjechać z kraju, zostawił firmę w rękach moich i dwóch innych specjalistów. W związku z tym, że byłam świeżym nabytkiem w poradni, wszyscy nowi pacjenci trafiali do mnie. Szczególnie że szef dopatrywał się we mnie jakiegoś niezwykłego potencjału. Ja myślę, że po prostu zawsze lubiłam rozmawiać z ludźmi, którzy tej rozmowy potrzebowali. Potrafiłam słuchać.

Tego dnia miałam zacząć realizować nowe tajemnicze zlecenie. Nie wiedziałam o tej osobie praktycznie nic. Michał zadzwonił do mnie dzień wcześniej i poinformował, że mogę całkiem nieźle zarobić przy nowym kliencie. Zgodziłam się, chociaż irytowały mnie takie gierki. Przekonywał jednak, że gra toczy się o dużą stawkę, a ja muszę zachować nadzwyczajną dyskrecję. Zaczynałam podejrzewać, że chodzi o jakiegoś miejskiego celebrytę, zwłaszcza że miałam pojechać do jego domu. Od razu zrozumiałam, że ta osoba boi się, iż ktokolwiek mógłby ją u mnie zobaczyć. No tak, bo przecież korzystanie z pomocy psychologa to wstyd. Chętniej pokażą się u proktologa. Łatwiej wmówić swoim followersom, że profilaktyka raka odbytu jest niezmiernie ważna niż że nie radzą sobie z konsekwencjami sławy. To nic, że trafili do lekarza z zaawansowanymi hemoroidami, bo gdyby nie to, w życiu nie pozwoliliby się obejrzeć od tamtej strony. Troszkę się obawiałam tego spotkania, ale zamierzałam być w pełni profesjonalna.

Wpadłam do swojego biura, chwyciłam notes i laptop, a potem wróciłam do samochodu.

– Widzisz? Nikt się nie zorientował, że zostawiłam cię na chodzie. – Pogłaskałam kierownicę toyoty. – Zresztą kto by chciał cię ukraść… A szkoda.

Tak, rozmawiałam ze swoim samochodem. Nie wiem, czy mogłabym upaść niżej.

Wprowadziłam adres do nawigacji i ruszyłam. Włączyłam ulubioną płytę zespołu Hurts i śpiewałam na głos refren piosenki Silver Lining:

– When the world surrounds you, I’ll make it go away. Paint the sky with silver lining. I will try to save you, cover up the grey, with silver lining*!

Gdy już skończyłam zawodzić, bo niestety talentu muzycznego nigdy nie udało mi się w sobie rozbudzić, zerknęłam w lusterko wsteczne i zorientowałam się, że jedzie za mną czarna limuzyna. Nie znałam się na samochodach, więc nie potrafiłam rozpoznać marki. Miałam jednak wrażenie, że to samo auto widziałam wcześniej wyjeżdżające z cmentarza. Kierowca mógł wyprzedzić mnie już kilkakrotnie, a jednak tego nie zrobił. Nie było późno, więc nie powinnam układać sobie w głowie mrocznego scenariusza, aczkolwiek szalejąca wkoło burza stwarzała mało komfortową atmosferę. Na ekranie nawigacji widziałam, że zbliża się leśna dróżka, w którą będę musiała skręcić, więc już za kilka chwil moja paranoja rozpłynie się w powietrzu. Jęknęłam, gdy samochód zjechał zaraz za mną. Przyspieszyłam, omal nie wykańczając zawieszenia toyoty, ale mój prześladowca zdawał się tym nie przejmować. Jechał powoli, tak jakby wiedział, że…

– Ja pieprzę, brama… – Zahamowałam, wpatrując się w żelazne ogrodzenie, które wyrosło dosłownie w środku lasu. To musiał być wjazd na kilkuhekatorową posesję.

Auto za mną się zatrzymało. W lusterku dostrzegłam, że kierowca wysiada. Postawny mężczyzna w garniturze z lekkim uśmiechem ruszył ku mnie. Zastukał w moją szybę, a ja uchyliłam ją tylko na tyle, by móc z nim porozmawiać. Chociaż gdyby chciał wyciągnąć gnata spod marynarki i strzelić mi prosto w czoło, miałby taką możliwość.

– Czy mam przyjemność z panią Jasiak? – zapytał.

Wyprostowałam się na siedzeniu i zaczęłam kręcić korbką, by opuścić szybę. Boże, jaki wstyd…

– Tak, to ja.

– Proszę jechać przodem. – Mężczyzna wyjął z kieszeni pilota i otworzył bramę. – Mój szef już na panią czeka. Widzimy się na parkingu.

Wrócił do samochodu, a ja z nieskrywanym zdziwieniem obserwowałam go przez chwilę w lusterku. Gdy krótko zatrąbił, ruszyłam po wyłożonej kostką brukową drodze.

W pewnym momencie moim oczom ukazał się piękny dom w stylu eklektycznym. Starodawna cegła, nowoczesne oświetlenie, ogromne szyby. Piękna budowla, z której dobry gust właściciela bił na kilometr. Zaparkowałam w wyznaczonym miejscu, chwyciłam swoje rzeczy i wysiadłam. Gdy pilot od zamka centralnego znowu nie zadziałał, z pełnym zażenowania uśmiechem włożyłam kluczyk do zamka i zamknęłam samochód. W tamtym momencie zapragnęłam go porzucić i wrócić do domu taksówką.

Na szczęście, jak to często bywa, burza ucichła tak szybko, jak się pojawiła. Mogłam się spokojnie rozejrzeć po otoczeniu. Pomiędzy podjazdem a wejściem do domu znajdowała się wysoka na trzy lub cztery metry nowoczesna fontanna. Woda pluskała cicho i relaksująco. Wokół dostrzegłam mnóstwo drzew, jakby w środku lasu został wygospodarowany spory kawałek terenu, a właścicielom wyjątkowo zależało na tym, by pozostać blisko natury. Urzekło mnie też to, że poza szumem wody słychać było śpiew ptaków. Nagle zapragnęłam porobić tu zdjęcia. To miejsce było cudowne i fenomenalnie balsamiczne.

– Zapraszam panią do środka – usłyszałam. – Pan minister kończy właśnie rozmowę telefoniczną i za moment dołączy.

– Pan kto? – parsknęłam, jakby facet opowiedział właśnie śmieszną, aczkolwiek niewiarygodną anegdotę.

– Pan minister – powtórzył i wskazał ręką na dom. Poważny wyraz jego twarzy zasugerował mi, że nie powinnam zadawać więcej pytań.

– Jasne.

Weszłam do domu, a mężczyzna zaprowadził mnie do gabinetu.

– Czy napije się pani kawy? – zapytał, gdy usiadłam i wyciągałam z torebki notes oraz długopis.

– Dziękuję, nie mam ochoty. – Posłałam mu uśmiech, który odwzajemnił. Wydawał się miły, chociaż zaczynałam wierzyć, że naprawdę nosi przy sobie broń. – Czy to wasze auto widziałam wyjeżdżające z cmentarza? – Dlaczego czasami nie potrafię się zamknąć?

– Gdyby zmieniła pani zdanie, proszę powiedzieć. Mój szef za moment przyjdzie. – Zignorował moje pytanie, ale nie krył przy tym uśmiechu. Wyglądało na to, że nie zamierzał wchodzić ze mną w dyskusję. Po prostu wyszedł.

Gdy zostałam sama, wstałam i podeszłam do okna, by rzucić okiem na zadbany minimalistyczny ogród, w którym główną rolę grała perfekcyjnie przystrzyżona trawa. Dojrzałam w nim kilka krzewów i młode drzewka. Gospodarze nie mieli zbyt wiele pracy przy zieleni, chociaż nie spodziewałam się, że sami zajmują się takimi rzeczami. Zdecydowanym królem ogrodu był sporej wielkości czarny basen. Woda tworzyła gładką taflę płynnie łączącą się z tarasem, na którym znajdowała się strefa relaksu. To był chyba najbardziej elegancki basen, jaki w życiu widziałam.

– Dzień dobry. Widzę, że już się pani rozgościła – usłyszałam szorstki głos.

Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stał minister sprawiedliwości we własnej osobie. Na początku roku ogłoszono go najprzystojniejszym politykiem dekady. Miał najlepszą pozycję w kraju, a jego poparcie było wprost nieprawdopodobnie duże. To był facet z krwi i kości, który potrafił wstrząsnąć całym politycznym światkiem i jeszcze wyglądać przy tym tak seksownie, że to dla niego skoczyła oglądalność wiadomości wśród kobiet. No dobra, nie sprawdzałam takich statystyk, ale sama na pewno lubiłam go oglądać, chociaż mój ojciec powtarzał, że to tylko populista. Nikt dobry.

Wszystko super, tylko czego mógł oczekiwać ode mnie tak pozornie idealny mężczyzna jak on? Jestem psychologiem, wiem, że ideały nie istnieją. Wiem, że za taką nieskazitelną maską często kryją się prawdziwe dramaty. Mimo to chyba sama chciałam wierzyć, że tym razem jest inaczej.

Ostrowski przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nagle jego spojrzenie złagodniało. Przełknął ślinę w tym samym momencie, co ja.

Nie wiem, jak długo nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku, jednak gdy przypomniałam sobie, po co w ogóle do niego przyjechałam, moje zadanie stało się priorytetem. Zrobiłam dwa pewne kroki i z lekkim uśmiechem wyciągnęłam rękę.

– Panie ministrze, nazywam się Judyta Jasiak i jestem do pana dyspozycji – powiedziałam.

Mocno uścisnął mi dłoń i zagryzł dolną wargę. Speszyłam się i opuściłam wzrok.

A przecież nigdy nie odwracałam wzroku…

* Kiedy świat cię otoczy, sprawię, że odejdzie. Malując niebo promykiem nadziei. Spróbuję cię ocalić. Pokryję szarość promykiem nadziei – przyp. red.

Rozdział 3

Maksymilian

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Playlista
Część I
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Część II
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Część III
Rozdział 23

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © LightField Studios / Shutterstock.com

Copyright © 2021 by Ewelina Dobosz

Copyright © 2021, Niegrzeczne Książki

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-67014-01-4

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek