55,99 zł
Klątwy, namiętności i zdrady. Prawdziwe historie najsłynniejszych klejnotów świata.
Evalyn MacLean nie potrafiła oprzeć się blaskowi diamentu Hope – kilka lat później jej małżeństwo się rozpadło, dzieci zmarły, a mąż trafił do szpitala psychiatrycznego. Purpurowy Szafir z Delhi przez lata był ukrywany w siedmiu pudełkach – ten, kto je otworzył, miał sprowadzić na siebie nieszczęście. Pochłonięty namiętną miłością król Francji zamówił dla swojej kochanki naszyjnik tak drogi, że nikt nie chciał go kupić – nie spodziewał się, że po latach spowoduje on wybuch rewolucji francuskiej.
Historie klejnotów, dla których ludzie byli gotowi kochać, zdradzać i zabijać. To właśnie one budziły namiętność Napoleona, Marii Antoniny czy królowej Wiktorii. Czy związane z nimi legendy są prawdziwe?
Ana Trigo, pisarka i znawczyni sztuki odkrywa przed nami sekrety piękna, które uzależnia – i tych, którzy uwierzyli, że mogą je posiąść.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 320
Data ważności licencji: 5/30/2030
Tytuł oryginałuJoyas malditas. Historia secreta de las gemas más enigmáticas del mundo y de las mujeres que las poseyeron
© Translation rights arranged by IMC, Agencia Literaria S.L and Ana TrigoAll rights reserved.
Projekt okładkiAnna Slotorsz
Ilustracja na okładceStewart Cook/Rex Features/EAST NEWS
Redaktorka nabywającaKinga Janas
Redaktorka prowadzącaHanna Mickiewicz
PromocjaEwelina Juszyńska
Opieka redakcyjnaKatarzyna Mach
AdiustacjaLaura Możdżeń
KorektaMałgorzata BiernackaBarbara Gąsiorowska
Copyright © for the translation by Ewa RatajczykCopyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-129-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla Antonia. Za blask, od którego wszystko się zaczęło:blask małego diamentu w paryskiej restauracji.
„To pragnienie piękna – a nie kataklizmy, migracje, wojny, imperia, królowie czy prorocy – napędza nas i kształtuje.
Świat kręci się wokół tego, co porusza każdego z nas.
Historia świata jest historią pragnienia”.
AJA RADEN, Stoned
Każdy piękny przedmiot skrywa jakąś historię, a za przeklętą biżuterią kryje się zawsze historia mroczna, makabryczna i fascynująca. Historia, która przeplata się z mitami i legendami, opowiadana językiem wyrażającym o wiele więcej niż to, co niosą zwykłe słowa.
Klejnoty przedstawione w tej książce owiane są tajemnicą. Niektóre, na przykład diamenty Hope czy Koh-i-noor, dogłębnie zbadano i skrupulatnie przeanalizowano ich losy; napisano na ich temat wiele książek i artykułów naukowych, a wzmianki o nich pojawiały się w licznych wiadomościach prasowych i filmach dokumentalnych. A jednak nie wiemy o nich wszystkiego, wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi i można odnieść wrażenie, że każde nowe odkrycie wyciąga na światło dzienne kolejną tajemnicę, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia.
O innych klejnotach nie wiemy prawie nic. Trafiły do nas jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dlatego możemy jedynie wymyślać mniej lub bardziej wiarygodne teorie i prowadzić badania w nadziei, że pewnego dnia w jakimś zakurzonym archiwum natrafimy na stary dokument lub zapomniane zdjęcie, które rzuci nieco światła na sprawę i wskaże właściwy trop.
Kilka lat temu, pewnego zimowego popołudnia, poczułam, że muszę napisać tę książkę. Pracowałam wtedy jako rzeczoznawca dzieł sztuki i antyków dla międzynarodowego domu aukcyjnego, a w ramach swoich obowiązków zawodowych wyceniałam prywatną kolekcję obrazów, przedmiotów dekoracyjnych i biżuterii.
Pracując w tej branży, nauczyłam się pozwalać przedmiotom opowiadać swoją historię: jak, kiedy i przez kogo zostały stworzone. Kim byli ich właściciele, gdzie i przez jak długi czas się znajdowały i czy traktowano je z troską czy z lekceważeniem. Wszystkie te informacje są potrzebne dla skatalogowania i wyceny danego eksponatu, a nabywane z biegiem lat doświadczenie pozwala coraz skuteczniej rozszyfrowywać tajemnice; nie mamy wyjścia, ponieważ właściciele zazwyczaj niewiele wiedzą na ich temat, a bywa, że znane fakty próbują ukryć lub zafałszować.
Tego popołudnia, gdy zrobiłam zdjęcia i notatki do wyceny serii obrazów i zabytkowych mebli, właścicielka kolekcji pokazała mi biżuterię, którą również chciała sprzedać za naszym pośrednictwem. Wśród niej znalazła się przepiękna bransoletka w stylu art déco, ze szmaragdami i diamentami. Ta bransoletka, jak wyjaśniła, wyjmując ją ostrożnie z oryginalnego etui, była specyficzna. Żadna z kobiet w rodzinie od dawna jej nie nosiła, ponieważ po serii nieszczęść doszły do wniosku, że przynosi pecha. Widząc moje zaskoczenie i niedowierzanie, opowiedziała mi długą historię o braku miłości, zdradzie i stracie, z którą, jej zdaniem, miała związek ta biżuteria, przez co kobiety uznały, że lepiej jej nie zakładać.
Gdy kilka godzin później wracałam do domu, wciąż nie mogłam przestać myśleć o tym, co usłyszałam. Znałam legendy na temat innych słynnych przeklętych klejnotów, takich jak diament Hope czy perła la Peregrina. Czyżby takich kosztowności było więcej? Jak zawsze, gdy chcę zgłębić jakiś temat, postanowiłam kupić wszystkie książki dotyczące tego zagadnienia, jakie tylko znajdę. Ku mojemu zaskoczeniu… nie dotarłam do żadnej. Ani w języku hiszpańskim, ani angielskim. Postanowiłam więc, że skoro jeszcze nikt nie zajął się tak fascynującą tematyką, zrobię to ja.
Okazało się jednak, że to zadanie niełatwe. Przejrzałam ogromną ilość dokumentacji, między innymi książki z dziedziny gemmologii, historii i historii sztuki, katalogi muzeów i domów aukcyjnych, artykuły naukowe, dokumenty archiwalne, listy, dzienniki, archiwa prasowe i fotografie. Rozmaite (poważne) źródła, z których korzystałam, zawierały sprzeczne informacje na temat obiektywnych danych, które przecież powinny być jednoznaczne. Dlatego też od samego początku musiałam weryfikować każde źródło, nawet jeśli wydawało się wiarygodne.
Wiele specjalistycznych publikacji z dziedziny gemmologii i historii (także te bardzo prestiżowe) dostarcza błędnych lub wręcz fałszywych informacji, które nie przechodzą próby prostej weryfikacji. Praktycznie wszystkie ograniczają się do powielania treści artykułów opublikowanych na podobnych stronach i nie uwzględniają najnowszych badań czy odkryć. W przypadku jednego z „przeklętych” klejnotów wystarczyło skontaktować się telefonicznie z muzeum, by się dowiedzieć, że cała legenda opiera się na nieistniejącym eksponacie, który rzekomo znajduje się w jego kolekcji.
Zależało mi jednak na tym, by nie pozbawić klejnotów tajemnicy i uroku. Każdy z nich jest fascynujący ze względu na swoją historię oraz rolę, jaką odegrał w losach jego właścicieli, a także świata.
Nie wszystkie uchodziły za „przeklęte” od zawsze. Na przykład diament Sancy i Rubin Czarnego Księcia przez pokolenia uważano za talizmany. Królowie, członkowie rodzin monarszych i książęta zabierali je ze sobą na pole bitwy, ponieważ wierzyli, że mistyczna moc, jaką im przypisywano, zdoła uchronić ich przed bólem, chorobą i śmiercią. Obecnie oba klejnoty znajdują się pod ścisłą ochroną, w przeszłości były jednak świadkami zdrad, grabieży i wojen. Dopiero po wiekach uznano, że ich moc nie jest cudowna, lecz zgubna, i takie przekonanie trwa do dziś.
Życie innych klejnotów, takich jak naszyjnik królowej Marii Antoniny, było tak ulotne, że nawet nie zdążono utożsamić ich z klątwą. A jednak niewiele kosztowności opisanych w tej książce miało moc równie niszczycielską, zdolną obalić monarchię i ustanowić nowy porządek, który ostatecznie podkopał stare fundamenty Europy.
Wszystkie jednak przeżyły wiele wcieleń lub też jedno życie pełne barwnych przygód. Stanowiły część naszyjników, emblematów, mieczy i koron, a niektóre służyły nawet do zabawy w chowanego i jako obroża dla psa.
Część z nich przerobiono, zmniejszając rozmiar lub zmieniając szlif tak, że ich nowa forma niewiele miała wspólnego z oryginałem. Większość jednak, nawet jeśli została przeobrażona, to w zaledwie niewielkim stopniu, dzięki czemu zachowała swój pierwotny charakter i ducha, w jakim je stworzono. Niemal wszystkie obrabiano z największą dbałością i dokładnością, z poszanowaniem wyjątkowych cech klejnotu, tak jakby rzemieślnik dostrzegł w nim coś niepowtarzalnego i żywego, po czym wykorzystał swoje umiejętności, by to uchwycić i podkreślić.
Klejnoty zachowały się mimo wojen, rewolucji, grabieży, kradzieży, pożarów i plądrowania. Przetrwały upadki dynastii, imperiów i królestw. Prawie wszystkie doczekały naszych czasów, mając za sobą długie wieki i duże odległości, niezliczone przygody i perypetie. Inne zniknęły, być może na zawsze, choć słowo „zawsze” nabiera szczególnego znaczenia, gdy mowa o dziełach stworzonych po to, by rzucić wyzwanie wieczności. Piękno, które czyni je przedmiotem pożądania, chroni je przed zniszczeniem. By je zdobyć, niektórzy bez oporów zdradzali, kradli, mordowali, a nawet prowokowali przewroty i wypowiadali wojny.
To właśnie mroczna strona człowieka, gotowego na wszystko, by zdobyć klejnoty, w największym stopniu przyczyniła się do złej sławy, jaką owiana jest „przeklęta” biżuteria. Co sprawia, że te klejnoty są tak cenne? Być może bezdyskusyjne, niezwykłe piękno. A może to, że są wyjątkowo rzadkie i nieosiągalne. Do klejnotów przeklętych zaliczają się także te najpiękniejsze i najdoskonalsze, jak diamenty Regent lub Hope. A może po prostu biżuteria ta, od zawsze kojarzona z cesarzami, królami i szlachtą, a nawet bogami i świętymi, stanowi symbol władzy?
Być może sekret tych klejnotów tkwi w czymś znacznie starszym, pradawnym – w sile ich historii, opowiadających losy ludzkości. Mówią bowiem o chciwości tych, którzy nie cofnęli się przed niczym, by je zdobyć. Wielu – zaślepionych niezwykle wysoką wartością klejnotów i statusem społecznym, z jakim się kojarzyły – nie wahało się użyć przemocy, nierzadko z katastrofalnymi skutkami, dopuszczając do głosu swoje mroczne popędy.
Za wieloma posunięciami, które doprowadziły do tego, że klejnoty zmieniały właściciela, stała ambicja – niemal wszystkie omawiane kosztowności były symbolem władzy, królewskiego pochodzenia, a czasem nawet boskiej mocy. Który władca nie byłby zdesperowany, by zdobyć przedmiot uosabiający wszystkie te cechy?
Klejnoty opowiadają nam także o tym, że nieustannie poszukujemy piękna, o naszej zdolności do jego tworzenia i do wzbudzania emocji. O tym, że piękno potrafi nas poruszyć i pocieszyć. O wpisanej w ludzką naturę zdolności do odnajdywania czystości w miejscach najbardziej zaskakujących. O naszym nieustannym dążeniu do osiągnięcia doskonałości, nawet jeśli musimy mierzyć się z największymi przeciwnościami.
Historia przeklętej biżuterii jest jednocześnie historią człowieczeństwa, a jej odkrywanie pozwala nam nieco lepiej poznać ludzką naturę, psychikę i samych siebie.
Każdy z klejnotów przedstawionych na tych stronach wywarł wpływ na losy ludzi, którzy go posiadali, a czasem nawet na losy narodu, imperium lub kontynentu. Właściwie dzięki tym klejnotom możemy poznawać historię – śledząc losy ich kolejnych właścicieli, przeszłość krajów, w których gościły, oraz wydarzenia z nimi związane. W pewnym sensie temu właśnie oddajemy się w tej książce: próbujemy spojrzeć na przeszłość z innej, nietypowej perspektywy.
Przeklęta biżuteria od wieków fascynuje aurą tajemniczości, historią intryg i nieszczęść. Jest równie piękna, jak i zabójcza, a jej prawdziwa moc tkwi w jej historii, nierozerwalnie połączonej z losami jej właścicieli. Cesarze, królowie, królowe, arystokracja, multimilionerzy i aktorki filmowe nieświadomie wplatali swoje losy w niewidzialny gobelin tkany przez setki lat.
Oto historia przeklętych klejnotów, ale także, a może przede wszystkim, historia mężczyzn i kobiet, którzy ich pragnęli, pożądali, którzy je kochali, płacąc za to wysoką cenę.
Całkiem możliwe, że ta historia dopiero się rozpoczyna.
Diament Hope
Moskwa, koniec XVII wieku. Pewien mężczyzna zostaje rozszarpany przez stado dzikich psów w pobliżu pałaców zaliczanych do najpiękniejszych i najbardziej imponujących w Rosji, podczas jednej z najmroźniejszych zim, jakie nawiedziły miasto. Padający śnieg stopniowo przykrywa szczątki zmasakrowanego ciała, a zwierzęta, wyjąc, oddalają się i znikają w ciemności.
Tym mężczyzną był Jean-Baptiste Tavernier. Jakiś czas temu popadł w nędzę i właśnie dlatego tamtej feralnej nocy nie miał gdzie się schronić w obcym, wrogim mieście. I pomyśleć, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej jego życie wyglądało zupełnie inaczej. Był bogatym i szanowanym kupcem, a do jego klientów zaliczali się oprócz samego Ludwika XIV, Króla Słońce, także inni członkowie europejskich rodów królewskich i arystokracji. Miał renomę sprzedawcy towarów najwyższej jakości i we wszystkich dużych miastach domy najznamienitszych osobistości stały przed nim otworem.
Jednak bogaty kupiec nagle wszystko stracił, a spirala ruiny, rozpaczy i śmierci doprowadziła go do straszliwego końca.
Jean-Baptiste Tavernier, leżąc bez życia w kałuży własnej krwi, kiedy płatki śniegu delikatnie przysypywały jego zgaszone oczy, nie mógł wiedzieć, że właśnie stał się bohaterem legendy i pierwszą ofiarą najbardziej śmiercionośnego przeklętego klejnotu – wyjątkowego i przepięknego diamentu Hope.
Tej samej nocy, w tej właśnie chwili, rozpoczęła się mroczna historia Wielkiego Niebieskiego Diamentu1.
Kopalnie Kollur
Historia tego pięknego klejnotu rozpoczęła się w rzeczywistości znacznie wcześniej, miliony (a może nawet miliardy) lat temu, w stopionej skale płaszcza ziemskiego. Naturalne diamenty powstają z czystego węgla na głębokości około 120–200 kilometrów pod powierzchnią ziemi. To właśnie tam, w miejscu całkowicie niedostępnym dla człowieka, panują warunki – wysoka temperatura i ogromne ciśnienie – niezbędne do tego, by w pewnych przypadkach stopione skały uwolniły cząsteczki węgla, a te po obniżeniu temperatury łączą się, tworząc strukturę, która ostatecznie stanie się diamentem.
Poznanie przebiegu tego długiego i fascynującego procesu zajęło nam wieki. Samo powstawanie diamentów jest czymś niezwykłym i skomplikowanym, ale jeszcze bardziej wyjątkowe jest to, w jaki sposób pojawiają się na powierzchni ziemi. Aby tak się stało, musi dojść do erupcji wulkanicznej na dużej głębokości – takiej samej, na jakiej znajdują się diamenty. Dzieje się to niezwykle rzadko, ponieważ źródło magmy większości wulkanów znajduje się zaledwie w połowie tej głębokości. Gdy erupcja następuje na odpowiednim poziomie, strumień magmy może wypchnąć uformowane już diamenty wraz z innymi skałami i minerałami w kierunku powierzchni ziemi poprzez duże pionowe struktury, które po ostygnięciu zamieniają się w kominy kimberlitowe (rodzaj wulkanicznej skały magmowej) – to właśnie w nich diamenty zostają „uwięzione”. W ten sposób gromadzą się one w obszarach tuż pod powierzchnią ziemi, co pozwala na ich wydobycie za pomocą technik górniczych2.
Jednak nie wszystkie powstałe diamenty mają cechy pozwalające na to, by można je było zamienić w klejnot, więc wiele z nich się odrzuca. Z tego powodu minerały nadające się do wykorzystania do wyrobu biżuterii stają się jeszcze rzadsze i cenniejsze.
Nic dziwnego, że diamenty już od starożytności są najbardziej poszukiwanymi i cenionymi kamieniami szlachetnymi. Słowo „diament” pochodzi od starożytnego greckiego adámas (ἀδάμας), które oznacza „nieulegający zmianie”, „niezniszczalny”, „niepokonany”. W skali Mohsa3 diament ma twardość 10, co oznacza, że nie zarysuje go żaden inny znany minerał. Diament może zostać zarysowany wyłącznie przez inny diament, a sam może uszkodzić każdy inny rodzaj kamienia lub metalu. Stąd jego duże znaczenie dla przemysłu, między innymi lotniczego i zbrojeniowego. Wiemy, że diamenty były znane w Indiach od co najmniej trzech tysięcy lat, choć możliwe, że obrabiano je już znacznie wcześniej, około sześciu tysięcy lat temu.
W XVII wieku największe kopalnie diamentów znajdowały się w Indiach (nie odkryto jeszcze dużych złóż w Brazylii i Afryce). To właśnie tam Jean-Baptiste Tavernier, podczas jednej ze swoich niebezpiecznych i skomplikowanych podróży w poszukiwaniu cennych towarów, natrafił na wielki niebieski diament, który odmienił jego los… i życie wielu innych osób.
Zdarzenie miało miejsce w kopalni Kollur, w nieistniejącym już królestwie Golkonda4, w obecnej prowincji Andhra Pradesh w Indiach. Golkonda jest dziś miastem opuszczonym, pozostała po nim jedynie imponująca forteca, która przed wiekami dominowała nad rozległym terytorium ze szczytu granitowego wzgórza.
Jednak około 1661 roku, kiedy Tavernier wkroczył za jej mury, była kwitnącym, niezależnym ośrodkiem, znanym na całym świecie z kopalń o bogatych złożach, z których pochodziły jedne z najsłynniejszych diamentów w historii, takie jak Koh-i-noor (przyjrzymy mu się w następnym rozdziale), Nassak i oczywiście diament Hope, znany też jako Wielki Niebieski Diament.
Jean-Baptiste Tavernier urodził się w Paryżu w 1605 roku. Jego ojciec Gabriel handlował mapami w Antwerpii. Taverniera od najmłodszych lat pociągały podróże, prawdopodobnie pod wpływem rozmów o odległych i egzotycznych miejscach, które często słyszał w rodzinnym domu ze względu na pracę ojca i wuja Melchiora. Poza tym Tavernier miał wrodzoną żyłkę do handlu i interesów, a także wyjątkowy talent do nauki języków obcych. Otrzymał również staranne wykształcenie i znał dworskie maniery. Wszystko to bardzo przydało mu się w karierze kupca i odkrywcy.
W ciągu czterdziestu lat odbył sześć dalekich podróży, podczas których sporządzał szczegółowe notatki na temat geografii, polityki, zwyczajów i mieszkańców odwiedzanych miejsc.
Wszystkie te informacje zebrał w swojej książce Les six voyages de Jean-Baptiste Tavernier (Sześć podróży Jeana-Baptiste’a Taverniera) wydanej w Paryżu w 1676 roku.
Choć nigdy nie wskazał tego konkretnie, bardzo prawdopodobne, że diament Hope nabył między 1657 a 1662 rokiem, podczas swojej czwartej wielkiej podróży5. Obowiązujące w Golkondzie prawo stanowiło, że każdy diament wydobyty w Kollur o wielkości przekraczającej 10 karatów6 automatycznie stawał się własnością cesarza. Jednak niektóre kamienie o takich cechach potajemnie wycofywano z „oficjalnego” obrotu, by sprzedać je zagranicznym kupcom. Ci, którzy porywali się na próbę pozbawienia władcy drogocennych kamieni, ryzykowali bezlitosną śmierć. Mimo to wysokie kwoty, jakie kupcy byli gotowi za nie zapłacić, najwyraźniej stanowiły silną zachętę do łamania panujących zasad. Najprawdopodobniej tak właśnie było z Hope.
Ten osobliwy diament o fioletowawym odcieniu, większy od orzecha włoskiego, musiał wywołać wstrząs wśród tych, którzy go odkryli. Tak duży, że wystarczył im ułamek sekundy na to, by dojść do wniosku, że warto zaryzykować życiem w zamian za małą fortunę.
Nietrudno sobie wyobrazić, jakie wrażenie na Tavernierze wywarł piękny, jeszcze nieoszlifowany diament Hope. O jego niezwykłości nie stanowiły wyłącznie barwa, pokaźny rozmiar i niezwykła czystość kamienia; kształtem przypominał serce. Jednak całkiem możliwe, że doświadczony kupiec powściągał swój entuzjazm i wynajdował wady klejnotu, obniżające jego wartość, by uzyskać jak najniższą cenę: jest zbyt duży, zbyt niebieski, nietypowy kształt utrudni szlifowanie, nikt nie zapłaci za niego odpowiedniej kwoty…
Ale Tavernier zdążył chwycić ten diament w dłonie i od razu uległ jego magii… Mimo silnej konkurencji ze strony innych kupców, trudnych negocjacji i tego, że w głębi duszy obawiał się, iż niełatwo będzie go sprzedać, ten wyjątkowy klejnot musiał trafić w jego ręce.
Legenda głosi, że diament Hope pierwotnie zdobił rzeźbę hinduskiej bogini Sity, żony bohaterskiego boga Ramy i uosobienia wszelkich cnót małżonki i kobiety.
Pierre Cartier, jeden z założycieli słynnej firmy jubilerskiej noszącej jego nazwisko, twierdził, że Jean-Baptiste Tavernier ukradł kamień bogini, tym sposobem ściągając na siebie i na wszystkich późniejszych posiadaczy skradzionego klejnotu straszliwą klątwę, która miała ich prześladować. Jednak ta pełna egzotycznego romantyzmu historia jest wysoce nieprawdopodobna. Kupiec o takim prestiżu i z takim doświadczeniem jak Tavernier nie naraziłby się na konsekwencje kradzieży klejnotu z hinduskiej świątyni. Detale szlifu Hope nie wskazują na to, by był on wcześniej częścią rzeźby. Nie można wykluczyć, że to sam Tavernier wymyślił tę anegdotę, by podnieść wartość klejnotu, nieświadomie nakładając na niego klątwę.
W każdym razie osiągnął swój cel. Jakiś czas później opuszczał królestwo Golkondy, zabierając ze sobą Niebieski Diament, mieniący się subtelnymi fioletowymi refleksami, i wywiózł go z dala od krainy, gdzie klejnot po milionach lat spędzonych w podziemiach ujrzał światło dzienne.
Diament, nazwany wówczas Bleu de Tavernier, uniknął swojego przeznaczenia – nie został włączony do kolekcji klejnotów sułtana ani nie ozdobił rzeźby potężnego hinduskiego boga. Czekało go jednak niemało przygód. Wkrótce daleko od rodzimych stron, w starej Europie, na jego drodze mieli stanąć królowie, królowe, rewolucjoniści i złodzieje.
A może diament Hope miał odmienić losy wszystkich, którzy prędzej czy później się z nim zetkną.
Na dworze francuskim
6 grudnia 1668 roku Tavernier został przyjęty w pałacu wersalskim przez Ludwika XIV, Króla Słońce, oraz Jeana-Baptiste’a Colberta, jednego z głównych ministrów monarchy i generalnego kontrolera finansowego7. Trzydziestoletni Ludwik XIV przeżywał wtedy czasy świetności swojego panowania. Na tron wstąpił, mając zaledwie pięć lat, i utrzymał się na nim przez siedemdziesiąt dwa lata i sto dziesięć dni, co stanowi jeden z najdłuższych okresów panowania w historii Europy i najdłuższy w historii Francji. Wówczas stała się ona największą potęgą europejską, co doprowadziło do jej bezprecedensowego rozwoju politycznego i militarnego. Scentralizowana władza skupiona w rękach króla przyczyniła się do tego, że francuski dwór słynął ze splendoru.
W 1668 roku Wersal był w trakcie przebudowy (zlecono ją architektowi Louisowi Le Vau i współpracującemu z nim architektowi krajobrazu André Le Nôtre). Aby położyć kres feudalizmowi, nadal panującemu w niektórych regionach Francji, król zamierzał zmusić wielu arystokratów do zamieszkania w nowym pałacu i dlatego nie szczędził wydatków na wspaniałą dekorację jego komnat. Z całej Europy przybywali najlepsi malarze, rzeźbiarze i stolarze, żeby zaoferować swoje usługi Królowi Słońce. Tylko najlepsi z najlepszych dostępowali zaszczytu wejścia na dwór. Wysokie standardy jakości władcy nie ograniczały się do gustów w zakresie dekoracji.
Ludwik był niezwykle wymagający, jeśli chodzi o swoją kondycję fizyczną (przejawiał ogromny talent do tańca i wytrwale ćwiczył balet) oraz wizerunek, jaki prezentował innym. Świadomy tego, że luksusowe przedmioty dobitnie dowodzą świetności jego władzy, bardzo starannie dobierał każdy element swojego ubioru, oczywiście także biżuterię, którą nosił.
Nietrudno więc sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarł na młodym królu ten piękny, wielki diament o niespotykanej barwie, gdy Jean-Baptiste Tavernier pokazał mu go tamtego mroźnego grudniowego dnia, opowiadając o egzotycznym pochodzeniu klejnotu, a być może także o legendzie, że zdobił rzeźbę Sity. Ludwik, zagorzały zwolennik koncepcji boskiego prawa królów, w tym domniemanym pochodzeniu klejnotu mógł upatrywać związku ze świętym źródłem swojej władzy.
Tak czy inaczej, Król Słońce się nie wahał. Transakcję przeprowadzono jeszcze tego samego dnia i odnotowano ją w księgach królewskich oraz w dokumentach ministra Colberta. Tavernier sprzedał monarsze Wielki Niebieski Diament, 46 innych dużych i średnich diamentów oraz 1102 małych – wszystkie pochodziły z Indii – za łączną kwotę 893 731 franków. Wielki Niebieski Diament był najdroższym spośród nich – kosztował 220 tysięcy franków (równowartość dzisiejszych 1,7 miliona euro). Tavernier otrzymał ponadto tytuł barona, który miał zacząć obowiązywać w lutym następnego roku.
W dokumentacji sprzedaży diament został opisany jako: „Un grand diamant bleu forme de cœur, court, taillé à la mode des Indes, perquant 112 ks /16” (Wielki niebieski diament w kształcie serca, cienki, oszlifowany w stylu indyjskim, o wadze 112 Ks/16 karatów).
Jednak Ludwik nie palił się zbytnio do noszenia diamentu, przynajmniej przez pewien czas. Jak wynika z zapisków francuskiego dworu, kamień, który odtąd nazywano Bleu de France (Błękit Francji), trafił do gabinetu osobliwości króla i pozostawał tam w latach 1669–1673.
W 1673 roku król zlecił Jeanowi Pittanowi, jubilerowi dworskiemu, cięcie i oszlifowanie klejnotu, nakazując mu stworzenie „przedmiotu, który zapada w pamięć”. Pittan pracował nad diamentem przez dwa lata i w rezultacie uzyskał „trójkątny klejnot o masie 69 karatów, wielkości gołębiego jaja, który zapierał dech w piersiach i chwytał światło, a następnie odbijał je w srebrzysto-błękitnych refleksach”.
W spisie klejnotów koronnych Francji, sporządzonym w 1691 roku, scharakteryzowano go jako: bardzo duży diament o barwie fioletowej8, w kształcie serca, oszlifowany z obu stron, z ośmioma dużymi fasetami, cienki i krystaliczny. Waga: 67⅛ karata. Osadzony w złotej, emaliowanej broszy. Szacowana wartość: 400 tysięcy liwrów (około 3,3 miliona euro). Oznacza to, że mimo znacznego zmniejszenia klejnotu jego cena wzrosła dzięki nowemu szlifowi, który idealnie wpisywał się w gusta ówczesnej epoki i przy wykorzystaniu nowych odkryć w dziedzinie optyki odbijał światło, efektownie połyskując feerią kolorów.
Zmniejszenie rozmiaru diamentu tak doskonałego jak klejnot Taverniera, pozbawionego jakichkolwiek zanieczyszczeń, byłoby nie do pomyślenia w Indiach i Europie jeszcze kilka lat wcześniej, ponieważ obniżyłoby jego wartość. Jednak moda się zmieniała, być może poniekąd pod wpływem chęci dostosowania się do upodobań nowego króla Francji, czego przykładem jest, jak się wydaje, Błękit Francji.
Ludwik XIV był zachwycony Wielkim Niebieskim Diamentem. Nosił go jako broszę przypiętą do wstążki lub jako spinkę do krawata zarówno podczas oficjalnych uroczystości, jak i prywatnych spotkań.
A co z klątwą? Jeśli rzeczywiście istniała, to prawdopodobnie oszczędziła Króla Słońce. Jego panowanie było niezwykle długie i owocne, a podczas absolutystycznych rządów Francja przeżywała okres politycznej, artystycznej i militarnej świetności. Ludwik XIV wiódł życie spełnione i szczęśliwe.
A może jednak nie?
Jego pierwsza żona, hiszpańska księżniczka Maria Teresa Austriaczka, zmarła w 1683 roku, kiedy miała czterdzieści pięć lat. Jego faworyta madame de Montespan, jedna spośród licznych kochanek, z którą doczekał się siedmiorga pozamałżeńskich (ale uznanych) dzieci, popadła w niełaskę z powodu pogłosek obwiniających ją o morderstwo i uprawianie czarów. Maria Angélique de Scorailles, księżna Fontanges, która zastąpiła Montespan w sercu Ludwika XIV, zmarła w wieku zaledwie dziewiętnastu lat, prawdopodobnie podczas porodu.
Ludwik XIV miał w sumie sześcioro prawowitych dzieci, wszystkie pochodziły z pierwszego małżeństwa z Marią Teresą Austriaczką; był świadkiem śmierci każdego z nich. Żadne z dzieci go nie przeżyło, kilkoro wnuków też nie. Po śmierci Ludwika XIV na tronie zasiadł jego prawnuk, syn jego wnuka Ludwika, księcia Burgundii (zmarłego w wieku dwudziestu dziewięciu lat), który władał jako Ludwik XV.
Oczywiście nie ma podstaw, by twierdzić, że zgony w najbliższym otoczeniu króla Ludwika XIV można przypisać klątwie związanej z Wielkim Niebieskim Diamentem, choć niemal wszystkie z nich, z wyjątkiem śmierci księżniczki Anny Izabeli, pierwszej prawowitej córki (która zmarła kilka dni po narodzinach, w 1662 roku), miały miejsce po zakupie klejnotu od Taverniera.
Czy Ludwik XIV wierzył w klątwę diamentu? Prawdopodobnie nie. Legenda nie zdążyła się jeszcze upowszechnić i nawet jeśli ktokolwiek łączył osobiste nieszczęścia w życiu króla z klejnotem, ograniczyło się to do sporadycznych pogłosek.
Jednak diament znika z portretów z ostatnich lat życia króla i nie ma dowodów na to, że Ludwik XIV nosił go po 1700 roku. Czy chodziło jedynie o zmianę upodobań kapryśnego władcy, czy też nad klejnotem zawisł cień wątpliwości?
Być może wskazówkę znajdziemy w tym, co dzieje się później.
1 września 1715 roku, po długich męczarniach, Ludwik XIV zmarł w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat wskutek gangreny. Niebieski Diament nadal należał do klejnotów koronnych i czekał, by zdobić szaty kolejnego władcy.
Jednak Ludwik XV miał inny plan.
Podobnie jak jego pradziadek, tron objął w wieku zaledwie pięciu lat, ponieważ nie żył zarówno jego ojciec, jak i dziadek. Przez poddanych zwany „Ukochanym”, był wychowywany przez najlepszych guwernerów, dzięki czemu stał się monarchą wykształconym i wrażliwym. W przeciwieństwie do Ludwika XIV, młody król nie wykazywał żadnego zainteresowania polityką. Jego słabość i brak zdolności przywódczych wobec ministrów doprowadziły do osłabienia potęgi Francji, kładąc podwaliny pod rewolucję francuską.
W 1745 roku Ludwik XV został mianowany kawalerem Orderu Złotego Runa9. Historycznym insygnium orderu było złote runo wiszące na łańcuchu, również złotym, noszonym na szyi, ale każdy członek bractwa mógł, jeśli chciał, wykonać dodatkowe zdobienia naszyjnika. Ludwik XV postanowił umieścić w swoim Niebieski Diament.
W tym celu zlecił jednemu z jubilerów dworskich, André Jacqueminowi, zaprojektowanie i wykonanie nowej biżuterii. Jacquemin pracował nad insygniami przez dwa lata, a efekt jego pracy nazwano Toison d’or de la parure de couleur,czyli kolorową wersją Złotego Runa, aby odróżnić je od innego insygnium znajdującego się w posiadaniu monarchy, które nie miało kolorowych elementów i określane było mianem „zwykłego” lub po prostu „białego”.
Był to niezwykle wyszukany element biżuterii, składający się z 86 małych białych diamentów, dużego spinelu10 o masie 105 karatów, znanego jako Côte de Bretagne, osadzonego w ogonie smoka, w którego paszczy znajdował się Wielki Niebieski Diament. W spisie klejnotów koronnych Francji sporządzonym w 1774 roku Złote Runo zostało wycenione na 1 290 000 franków (w przeliczeniu około 6,7 miliona euro). Wartość samego Niebieskiego Diamentu oszacowano na milion franków.
A jednak Ludwik XV rzadko nosił tę okazałą biżuterię.
Na ani jednym portrecie czy popiersiu król nie prezentuje Orderu Złotego Runa czy Błękitu Francji w innej oprawie. Dostępne zapiski również nie wskazują na to, że monarcha nosił wspomniane insygnium podczas uroczystości lub wydarzeń poza rzadkimi spotkaniami zakonu. Nie istnieje nawet żaden malunek Złotego Runa, który powstałby w tamtej epoce. Wszystkie jego wyobrażenia są późniejszymi ilustracjami wykonanymi na podstawie zachowanych opisów. Na popiersiu wyrzeźbionym przez Jeana-Baptiste’a Lemoyne’a w 1757, które obecnie znajduje się w kolekcji Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, król pozuje z białym insygnium zakonu, lecz nie pozostał żaden ślad wersji kolorowej.
Dlaczego Ludwik XV właściwie nie posługiwał się orderem, choć ozdobiono go najpiękniejszymi i najcenniejszymi klejnotami z królewskiej kolekcji?
Dlaczego insygnium nie pojawia się na żadnej z jego licznych podobizn, ani w malarstwie, ani w rzeźbie?
Być może zwyczajnie mu się nie podobał, ale skoro tak, to mógł zamówić nowy projekt. Jednak tego nie zrobił. Ludwik XV zachował Order Złotego Runa z osadzonym w nim Błękitem Francji przez cały okres swojego panowania, przy czym sięgał po niego jedynie sporadycznie, gdy wymagała tego etykieta.
Skąd wzięła się niechęć Ludwika XV do Wielkiego Niebieskiego Diamentu? Czyżby już wtedy krążyły pogłoski o jego „mrocznych właściwościach”? Nie mamy żadnych dowodów na poparcie tej teorii, ale nie znajdujemy również żadnego wyjaśnienia, dlaczego tak cenny klejnot został bezzasadnie odrzucony przez króla, który – podobnie jak jego poprzednik – uwielbiał luksus i przepych.
Wygląda na to, że Ludwika XV „klątwa” nie dotknęła. Troje z dziesięciorga jego prawowitych dzieci zmarło w wieku niemowlęcym, ale liczba ta mieści się w statystykach dotyczących śmiertelności niemowląt w XVIII wieku, bardzo wysokiej nawet w europejskich rodzinach królewskich. Samego monarchę do końca życia łączyły dobre stosunki z żoną i licznymi kochankami.
Przez wszystkie te lata Niebieski Diament pozostawał w ukryciu, przechowywany w skarbcach wraz z innymi klejnotami Korony, niemal zapomniany wśród mnóstwa skarbów. Jednak nie trwało to długo…
10 maja 1774 roku Ludwik XV zmarł w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, po pięćdziesięciu dziewięciu latach panowania, pozostawiając Francję naznaczoną głębokimi podziałami społecznymi, w której rządy absolutystyczne, jak się zdawało, nie były już możliwe. Tego samego dnia na tronie zasiadł nowy król, Ludwik XVI, koronowany wraz ze swoją młodą małżonką Marią Antoniną.
Jednak poza murami Wersalu można było odczuć narastającą atmosferę sprzeciwu i niezadowolenia. Idee oświeceniowe rozprzestrzeniały się niczym pożar, wzniecając pragnienie zmian, do których francuska monarchia nie zamierzała dopuścić. Wśród ludu i burżuazji narastało niezadowolenie, zaś arystokracja wolała nie dostrzegać rzeczywistości, która wkrótce miała ją zniszczyć. Diament Hope opuścił w końcu swoje ponure więzienie, jednak nie po to, by lśnić wśród blasku pałacowych żyrandoli. Zbliżał się koniec wieku; świat miał się zmienić na zawsze.
1. Diament Hope
1 Anegdota o tym, że Tavernier zginął rozszarpany przez psy, jest powszechnie znana. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że tak naprawdę było. Wiadomo tylko, że zmarł w Moskwie w 1689 roku, ale dokładna data śmierci pozostaje nieustalona. Możliwe, że ta historia jest wymysłem znacznie późniejszym, być może słynnego jubilera Pierre’a Cartiera, który, jak się przekonamy, odegra bardzo ważną rolę, jeśli chodzi o losy diamentu.
2 Diamenty niebieskie, takie jak Hope, powstają na głębokości czterokrotnie większej, w dolnej części płaszcza ziemi. Są one nie tylko cenne, ale także zazwyczaj bardzo czyste, to znaczy nie zawierają w swoim wnętrzu inkluzji, czyli drobnych kawałków materiału, który nie jest diamentem, czy minerałów znajdujących się w pobliżu podczas tworzenia się kamienia szlachetnego i zostały w nim „uwięzione”. Niebieska barwa wynika z obecności śladowych ilości boru, pierwiastka chemicznego z grupy metaloidów, który może dostać się do struktury sieci krystalicznej diamentu podczas jego wzrostu. Skąd pochodzi ten bor? Najnowsze badania sugerują, że z dna morskiego, a do płaszcza ziemi dostał się, gdy jedna płyta tektoniczna wślizgiwała się pod drugą, w procesie znanym jako subdukcja.
3 Skala Mohsa została stworzona w 1812 roku przez gemmologa i mineraloga Friedricha Mohsa. Ustanawia indeks twardości minerałów od 1 do 10, spośród których najbardziej miękki jest talk – o wartości 1, a najtwardszy diament – o wartości 10.
4 Golkonda w języku telugu, używanym w kilku stanach Indii, oznacza dosłownie „wzgórze pasterza”.
5 Antropolog Richard Kurin twierdzi, że musiała się ona odbyć w 1653 roku. Zob. R. Kurin, Hope Diamond: the legendary history of a cursed gem, Washington 2017, s. 117.
6 Karat (ct) jest w gemmologii miarą masy odpowiadającą 200 miligramom.
7 Colbert piastował to wpływowe stanowisko od 1665 roku aż do swojej śmierci w 1683 roku.
8 Fioletowy był wówczas określeniem barwy intensywnie niebieskiej.
9 Zakon Złotego Runa to zakon rycerski założony w 1429 roku, jeden z najbardziej prestiżowych i najstarszych w Europie, ściśle związany z Koroną Austrii i Hiszpanii.
10 W tym czasie Francuzi wierzyli, że jest to rubin, ponieważ dopiero w 1783 roku francuski mineralog Louis Romé de l’Isle odróżnił spinel od rubinu, wskazując podstawy klasyfikacji tych minerałów. Szczegółowo omówimy to w rozdziale siódmym, poświęconym najsłynniejszemu spinelowi na świecie – Rubinowi Czarnego Księcia.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Dawno, dawno temu…
Rozdział 1. Diament Hope
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
Przypisy
