Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 567 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prowincja pełna gwiazd - Katarzyna Enerlich

Ludmiła Gold, główna bohaterka powieści Kasi Enerlich dobrze wie, że „prowincja, to nie stan umysłu, ale miejsce do życia w prostocie i zachwycie nad światem”. Na kartkach książki poznajemy jej rodzinne i sąsiedzkie więzi, dramatyczne wybory kobiety zakochanej w dwóch mężczyznach, towarzyszymy poszukiwaniom własnych korzeni i odkrywaniu nieznanych rodzinnych historii, dylematom młodej matki, próbującej realizować własne pasje. Życie zwielokrotnione! Przeczytamy tę powieść i zapragniemy jechać; „do Mrągowa nad Jezioro Czos”… a gdy już pojedziemy … zawsze będziemy wracać! Na „Prowincję pełną gwiazd”. Autorka pokazuje, że prowincja może być miejscem magicznym, pełnym wydarzeń i emocji, gdzie po prostu chce się żyć. Miejscem, w którym zdarza się tysiące spraw, zgodnie z przemianami tego świata, pokornie poddanym porom roku, biegnącym czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i laptopów na kawiarnianych stolikach... Nad którym świecą te same gwiazdy, to samo słońce, brodzą w błękicie te same chmury.

Opinie o ebooku Prowincja pełna gwiazd - Katarzyna Enerlich

Fragment ebooka Prowincja pełna gwiazd - Katarzyna Enerlich

KATARZYNA

ENERLICH

PROWINCJA

pełna gwiazd

Copyright © 2011, Katarzyna Enerlich

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-050-2

Wydawnictwo składa serdeczne podziękowania za użyczenie przedwojennych pocztówek Wojtkowi Kujawskiemu (Wydawnictwo QMK Ełk) oraz Jarosławowi Chojnackiemu za pocztówki starego Szczytna.

Autorami pozostałych zdjęć są: Jerzy Grądzki (fotografia domu z rodzinnych Grądów Małych), Rafał Drężek (fotografia manekina z Anatewki) i Piotr Ciszek (fotografia drzewnej alei oraz pieca).

Projekt okładki: Maciej Sadowski

Opracowanie redakcyjne: Michał Traczyk

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Krajobraz jest bowiem ważniejszy niż wszystko inne.

W ostatecznym i istotniejszym rozumieniu

nie jest on zresztą niczyją własnością,

a jeśli już należy, to do tego, kto potrafi kochać,

nie posiadając…

Słowa Marion Dönhoff, hrabianki, urodzonej w 1909 roku na Prusach Wschodnich, zmarłej w 2002 roku, przez całe życie działającej na rzecz pojednania,

współwydającej niemieckie pismo „Die Zeit”.

Książkę tę dedykuję tym,

którzy kiedykolwiek kochali – bez posiadania…

Prowincja może być miejscem magicznym, pełnym wydarzeń i emocji, w którym po prostu chce się żyć, a nie tylko gniazdem ludzi o małomiasteczkowych poglądach, ciekawskich i skupionych bardziej na życiu innych niż swoim. Miejscem, w którym tętni normalne życie, zgodnie z przemianami tego świata, pokornie poddanym porom roku, biegnącym czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i laptopów na kawiarnianych stolikach… Nad którym świecą te same gwiazdy, to samo słońce, rozkwitają te same kwiaty, brodzą w błękicie te same chmury.

* * *

W żydowskiej restauracji Anatewka w łódzkiej Manufakturze, na drewnianych schodach, prowadzących na antresolę, stoi przedwojenny manekin, ubrany w niedokończone, męskie ubranie. Widać na nim staranną fastrygę, kołnierz jest podłożony grubym filcem – by nie zginał się niepotrzebnie. To ubranie nigdy nie zostanie skończone, podobnie jak osoba, dla której było szyte, nigdy go nie ubierze… Na drewnianym stojaku manekina widzę wypalone litery, z których składam pewne swojsko brzmiące mi nazwisko. Są też obcojęzyczne napisy, część zatarł już czas, ale jeden jest bardzo wyraźny. Nastawiając aparat na funkcję makro, uwieczniam go: ל’זרוח.

To niemożliwe, by ta historia powróciła do mnie właśnie teraz, w tym miejscu! Czas zatoczył wielkie koło i sprawił, że przybyłam dziś tutaj nieprzypadkowo, bo nie ma przypadków… Usłyszałam lekki chichot przeszłości: „Widzisz, znów tu jestem, choć tamci, dla których byłam teraźniejszością, dawno odeszli”…

Spacery nad jeziorem Czos to do dziś ulubione zajęcie mieszkańców Mrągowa oraz turystów, odwiedzających to miasto. Niebo i woda trwają tu w odwiecznym pocałunku – tak było również przed wojną. Dziś jest tu wprawdzie gwarniej, ale magia tego miejsca przetrwała.

Fot. ze zbiorów Wojciecha Kujawskiego

Rozdział I

O mojej mazurskiej prowincji, na której dzieją się rzeczy naprawdę potrzebne, i o tym, że czasem zamykają się drzwi, by mogły otworzyć się wrota.

Mazurska prowincja. Odruchem serca wybrana przez moich Rodziców na miejsce do życia, stała się również moim domem, światem, moją ojczyzną, ale tą prowincjonalną, zamkniętą w ciasnych uliczkach pewnego przedwojennego miasteczka na Prusach Wschodnich, niegdyś Sensburga, a potem Mrągowa. W prostopadłościanie kamienic, w kamiennym bruku – niczym drogowskazie dla przechodniów, odnalazłam magię tego miejsca, wysłuchałam jego legend i zakochałam się w nim – miłością wzajemną, bo spełniającą moje małe, prowincjonalne marzenia.

Niewiele jest w moim zajętym życiu chwil na powolne spacery promenadą wzdłuż Jeziora Czos. A jednak… Dziś znalazłam na to czas, moich myśli nie mącą domowe obowiązki, zakupiona na pierogi mąka, nieprzecedzona nalewka z aronii czy od dwunastu stron poznawana dopiero książka o pewnej miłości nad rozlewiskiem… Dziś mam czas na własne myśli, bo tyle razy już próbowały się do mnie przebić przez grubą warstwę codzienności. Nareszcie zwyciężyły. Muszę zatem w tej mojej samotności sięgnąć do samej siebie, do moich wspomnień i tych, którzy pojawili się w moim życiu zupełnym nieprzypadkiem. Postaram się to zrobić właśnie dziś, jak w matematycznym równaniu, postawić pod sobą kreskę…

Mrągowo… dla mnie zawsze będzie prowincją. I będzie to słowo zachwytu, nie zaś niezadowolonia z życia w małym mieście. Tu spędziłam zwykłe dzieciństwo, bez nieustannie włączonego telewizora, komputera z głośnymi grami, telefonu i muzyki na mp3 wciąż przy uchu. Wiem, jak smakuje pajda chleba ze śmietaną i cukrem, czym jest oczekiwanie na dobranockę, która była jedynym barwnym punktem szarego i prześladowanego polityką programu telewizyjnego. Cieszyły mnie zaspy po pachy i bałwany, lepione ze śniegu przed oknami mojej kamienicy. Cieszyło malowanie śniegu farbami plakatowymi, dokarmianie kamienicznych kotów, wiecznie głodnych i zmarzniętych. Wiosną – zamykanie w dłoniach drobnych kwiatków fiołka i wdychanie słodkiego aromatu między palcami. Latem wyłuskiwanie skręconych w brązowe precelki nasion nagietka, który pomarańczem kwiatów obrysowywał grządki mojej żyjącej jeszcze wtedy mamy: odtąd – dotąd jest nasz ogród. Jesienią – zagarnianie liści i kasztanów w Parku Sikorskiego, tym u podnóża Wieży Bismarcka, miejsca przedwojennych spacerów i rozmów, a potem noszenie tych jesiennych talizmanów przez całą zimę w kieszeniach moich płaszczyków, skafanderków i kamizelek. Te kasztany… W ich ciemnym brązie jesień zaklinała cały swój dojrzały czar. Lubiłam wpatrywać się w niezwykłą głębię tego koloru. Kiedyś nawet pomyślałam sobie: ze wszystkich kolorów na życie, wybrałam kolor kasztana…

Jestem trzydziestosiedmiolatką. Kobietą z prowincji. Wciąż jeszcze zapatrzoną romantycznie w niebo pełne gwiazd, takie samo, jak w wielkim mieście, tyle że nieprzesłonięte szybami wieżowców i fabrycznych kominów. Moje niebo i moje gwiazdy patrzą na mnie tak samo, jak na innych ludzi, biegnących ulicami w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Olsztynie, Krakowie… Mamią marzeniami – nie dając mi jednak zbyt wielu nadziei, bo nie ma na prowincji bycia w centrum, wachlarza szerokich znajomości i codziennej dostępności do wspaniałych miejsc kultury i spotkań. To, co przypadło w udziale tym z wielkich miast, ja znam tylko z gazet, książek, telewizji. A jednak – pokochałam moją prowincję, choć mój świat nie daje mi tylu głośnych i podziwianych atrakcji. Daje jednak inne… Nauczyłam się z biegiem lat dostrzegać wartość tego, co na prowincji jest na wyciągnięcie ręki, a o czym ci z wielkich miast mogą tylko pomarzyć.

Nie od razu miłość do prowincji zapanowała w moim sercu. Najpierw był kompleks małego miasta, pochodzenie, które nie dodawało splendoru. Wolałam mówić, że mieszkam niedaleko Olsztyna niż w jakimś tam Mrągowie. Dopiero potem, gdy miastem zagrał znany na cały kraj Festiwal Muzyki Country, a wraz z nim pojawili się tu ludzie z prasy i telewizji, ta prowincjonalna kurtyna trochę się podniosła i połączyła nas z wielkim światem. Kompleks przeminął, a po nim pojawiła się duma z mego miasta, że wszyscy je znają, choć takie małe i schowane gdzieś między drzewami nad Jeziorem Czos.

Z biegiem lat, wraz z dojrzewaniem, urzekła mnie zieloność drzewnych pąków, zapach kwietnych łąk z całą masą ziół do wyzbierania i zasuszenia w bukietach, zwiastujące lato barwne tulipany w przydomowych ogródkach, sprężystość kuli mchu podczas jesiennego grzybobrania. Oraz same grzyby – suszone przeze mnie, a nie – zakupione w supermarkecie! I prostota mieszkańców prowincji – znających siebie nawzajem, patrzących życzliwie lub wrogo, ale przecież oswojonych, bliskich, bo – stąd…

Postanowiłam, że prowincja będzie moim miejscem na ziemi, bo czuję się jej potrzebna. Bo prowincja to przecież nie stan umysłu, jak mówią niektórzy – a miejsce do życia w prostocie i zachwycie nad światem.

Mam zatem ten swój mikrokosmos i zastanawiam się, na ile mogę być w nim niezależna…

Samotność w życiu dość mi nadokuczała. Najpierw odeszli ode mnie Rodzice, pozostawiając zaledwie dwudziestoletnią dziewczynę na progu dorosłego życia, a potem… przekonałam się, że dzielenie się miłością i swoim czasem z mężczyzną nie jest takie proste i zrozumiałe dla obu stron. Patrząc w moje ugwieżdżone niebo z okien sypialni na poddaszu, szeptałam jak mantrę marzenia – o życiu spokojnym, bliskości drugiej osoby, przyjaźni sprawdzonej, a nie tylko do pierwszego problemu. I wierzyłam, że moje prowincjonalne marzenia spełnią się pod zasypanym brokatem gwiazd prowincjonalnym niebem…

Bycie jedynaczką nie było łatwe i na pewno nie ułatwiało mojej samotności, a wręcz ją potęgowało. Kiedy nagle pojawiły się jeszcze dodatkowe problemy – tym razem zawodowe, poczułam się zapędzona w róg ślepej uliczki. A jednak…

Bo czasem zamykają się drzwi, by mogły otworzyć się wrota…

Moja codzienność zaskoczyła mnie darami od losu. Musiałam jednak za nie zapłacić, a walutą była – słoność moich łez. Tak już w życiu jest – nie ma darmowego szczęścia. Uwierzyłam jednak w odrobinę marzeń i w to, że gwiazdy, wypatrywane przeze mnie w prostokącie okna, naprawdę mają moc spełnienia tych marzeń…

Pracowałam kiedyś w redakcji lokalnego tygodnika i pracę swoją traktowałam nie jak wykonywanie konkretnych obowiązków, a jak pasję. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym kiedykolwiek robić cokolwiek innego. Do czasu, gdy przyszedł nowy szef – Artur – od razu z zamiarem wyrzucenia mnie z tej pracy. Po prostu – bez dania racji, jakiejkolwiek rozmowy czy próby poznania mnie. On nie miał żadnych dylematów i wątpliwości – nie liczył się z nikim i niczym. Miał na to miejsce kogoś innego i to wystarczyło.

– Dzień dobry, pani Ludmiło! Co słychać? – czyjś męski głos wyrwał mnie nagle z zamyślenia. Podniosłam wzrok. To pan Janek, nasz lokalny artysta. Ze swoim rudym psem. Ale dlaczego tutaj? Zawsze przecież spaceruje w Parku Słowackiego.

– Ooo, dzień dobry! A co pan się tak zapędził w moje strony? Na promenadzie to jeszcze pana nie widziałam!

– Sprawdzałem w domu kultury, jak wygląda moja wystawa. Wkrótce otwarcie. Przyjdzie pani? Wiem, że pani już nie pracuje w redakcji, ale przecież może przyjść pani prywatnie.

– Postaram się, zobaczę, czy będę miała czas…

– Słyszałem, że pani teraz zajmuje się rękodziełem?

– Tak, próbuję. Ale… skąd pan wie?

– A, ktoś mi na mieście powiedział!

– Ech, to nasze małe miasto! Wszyscy o sobie wszystko wiedzą!

– No tak, rzeczywiście… Do widzenia, pani Ludmiło!

– Do widzenia, panie Janku!

A potem gwałtowna miłość z Martinem, Niemcem, który przyjechał na Mazury nie tylko po to, by rozmawiać o partnerstwie naszych miast, ale również po to, by odszukać przeszłość swojego ojca Hansa. Ta jego ciekawość rodzinnych korzeni uruchomiła całą masę nowych dla mnie wydarzeń. Stąpałam wśród nich początkowo nieufnie i ostrożnie, jak dziki kot, bo nowe były sytuacje, które się w moim życiu pojawiły. Ufności nabrałam dopiero potem.

Hans Ritkowsky przed wojną mieszkał w mojej kamienicy. Był Mazurem – a historia jego życia nie była prosta. Dla Niemców – Polak, dla Polaków – Niemiec. Jaka była jego tożsamość? Obecna – niemiecka, co do tego nie miał wątpliwości, ale tamta?

Nie rozumiał wojny, bo to nie była jego wojna. Nie rozumiał, że po wojnie musi opuścić swoje mieszkanie w pięknej kamienicy przy ulicy Gartenstrasse, czyli Ogrodowej. Później, po wojnie, tę ulicę nazwano Roosevelta.

Nie rozumiał, że musi pozostawić we własnym mieszkaniu zabawki i meble, do których był przywiązany przez całe swoje kilkuletnie życie. I że musi zdążyć na jakiś statek, który wypływał z dalekiej Gdyni. Miał go przewieźć do nowej ojczyzny. W tłumie zauważył mężczyznę, podobnego do swego ojca. Pobiegł za nim, krzycząc, żeby wrócił do nich. Bo nie rozumiał, co może robić ojciec na wojnie we Włoszech?

Chłopiec zgubił się, matka postanowiła zostać i odszukać go. Statek odpłynął, a matka miała pretensje do syna, że nie pilnował się, że zginął w tłumie i że teraz nie wie już, co dalej robić. Hansowi było przykro, bo po raz pierwszy mama była niego tak bardzo zła…

Właśnie tamtej nocy zatonął Gustoloff z tysiącami ludzi na pokładzie…

Mały Hans żył marzeniami, że wróci kiedyś do swego domu. Na dobrą wróżbę, dla zaczarowania swoich marzeń, zostawił pod ruchomą deską w podłodze pudełko z ołowianymi żołnierzykami.

I przeszłość powróciła nagle do tego domu – bo oto jego syn Martin odnalazł dawne mieszkanie swego ojca, mazurski piec, który ogrzewał całą rodzinę, oraz… tamto pudełko! A wraz z tym całym dziedzictwem jego syn odnalazł w dawnej ojczyźnie taty, w ukochanym mieście nad Czosem, swoją miłość. Ludmiłę. Mnie.

Było w tym poznaniu wiele magii i intuicji. Nie sądziłam, że można zakochać się ot tak po prostu, do razu, mając te swoje trzydzieści kilka lat. Nie byłam już nastolatką – a jednak ta miłość uniosła mnie jak młodą dziewczynę. Z dnia na dzień uwierzyłam w przeznaczenie, byłam pewna, że to ten, wybrany na resztę życia.

I choć rzeczywistość trochę wszystko pokomplikowała, to jednak… zapletliśmy swoje życia jak warkocze sierpniowych kłosów.

Jakaś kobieta. Coś chyba mówi do mnie…

– Dlaczego się do mnie nie odzywasz?

Ja mam się odzywać? Nie znam jej! Ale, zaraz, zaraz! Nie, to chyba jednak nie do mnie, to… do psa!

– Jak będziesz grzeczny, to pańcia zabierze cię na dłuższy spacerek. Nie tylko przy domu. Pamiętaj. I ładnie zjedz obiadzik.

Mały piesek, wielorasowy, czyli owczarek mazurski, jak tu u nas mówią, macha do niej precelkiem ogonka. Chyba ją rozumie. Ciekawe, czy pan Janek też tak rozmawia ze swoim psem?

Poszli dalej. Ich dwoje. Pańcia i pies. Powolny czas na prowincji kropelkami sekund oddalił nas od siebie.

Decyzja o zwolnieniu się z pracy – w efekcie złośliwości i fałszywych oskarżeń Artura, była dla mnie samej zaskoczeniem. Kiedy zamykałam za sobą drzwi redakcji, obleciał mnie blady strach – co dalej? Widmo bezrobocia jest u nas, na prowincji, znacznie bardziej dotkliwe niż w wielkim mieście – znalezienie pracy z dnia na dzień graniczy z cudem.

Nie chciałam się temu srogiemu widmu poddać i wymyśliłam coś zupełnie nowego, coś, czym nigdy wcześniej się nie zajmowałam. Rękodzieło. Miało w sobie coś z prostoty, mogłam zamykać w nim swoje wyobrażenia o świecie mnie otaczającym, a przede wszystkim – dawało pewną niezależność. Zaczęłam sprzedawać swoje prace, najpierw na Allegro, potem również prywatnie, marząc, że znajdę kiedyś stałe miejsce w jakiejś galerii, a ten nowy sposób na życie pokazał mi, że nie warto skupiać się na jednym zajęciu, na jednej umiejętności. Trzeba iść naprzód, bo… życie jest wszędzie!

– Nie zgadzam się na to, by mama się wyprowadziła ze swego domu, rozumiesz? Starych drzew się nie przesadza! – głośne słowa jakiejś niemłodej już kobiety dobiegły mnie, gdy byłam na zakręcie. Patrzę na nią, jak, półprzechylona, wpatruje się w swego męża, w spokoju rozdeptującego trawę pod ławką. Sięga po kamyk i rzuca do jeziora. Kamień z głośnym chlupotem wpada do wody i kreśli na niej swój cień.

– Ale zrozum, mamie będzie w blokach lepiej, a to mieszkanie sprzedamy! Patrz, jaka tu lokalizacja. Nad samym Czosem, ktoś może otworzyć restaurację!

– Nigdy się na to nie zgodzę. Nigdy!

– Nie będzie palić w piecu, wodę ciepłą będzie miała i aż trzy duże pokoje, nie te dwie marne i ciemne klitki tutaj!

Cisza… I po chwili:

– Tak myślisz?

Ciekawe, skąd w ludziach ta pewność, co dla innych najlepsze? Skąd brak pokory w układaniu komuś życia? A może ta stara mama właśnie woli swoje piece i ciemne pokoje? I codzienne karmienie kaczek nad Czosem. A w tym ich bloku… najwyżej będzie karmić sobą spojrzenia sąsiadów…

Gdyby żyli moi rodzice… Czy mogłabym ich przesadzić jak drzewa? Ale ich już nie ma, a ja sama niedługo przesadzę swoje życie na inne miejsce…

Tamtych dwoje zostało w tyle, z dylematem, co zrobić z mamą. Nie wpadli jednak na pomysł, by zapytać ją o zdanie…

I kolejne marzenie, szeptane pod niebem pełnym gwiazd, spełniło się. Nie, właściciwie nie było to marzenie, bo nie można zmienić rzeczywistości. Często jeszcze jako dziecko mówiłam: jak dobrze byłoby mieć siostrę! Nie dane mi jednak było poznać siły siostrzanych uczuć. Nie miałam rodzeństwa.

I nagle – w moim życiu pojawiła się Hania, prawdziwa siostra! Choć przyrodnia. Była owocem znajomości mojego taty sprzed wielu lat, nawiązanej w sanatorium. Pamiętałam ten wyjazd. Rodzice przechodzili wtedy małżeński kryzys. Potem uporali się ze swymi relacjami, a tymczasem na świat przyszła mała Hania – nie wiedziałam nic o jej istnieniu. Zjawiła się u mnie po latach niczym duch z przeszłości. A może po prostu została wysłana przez moich Rodziców?

Mój tata, gdy umierał, chciał mi o czymś ważnym powiedzieć. Nie zdążył. Ciężka choroba płuc zatrzymała jego oddech na zawsze. Mama odeszła kilka miesięcy po nim – kiedy umierała, pokonana przez raka, w sterylnej szpitalnej śmierci nie było miejsca na rodzinne tajemnice.

Czy moja mama wiedziała o Hani? Nie sądziłam, że kiedykolwiek się tego dowiem – jednak przeszłość lubi powracać w pokrętnych wydarzeniach, a jej chichot dopada nas w najmniej oczekiwanych momentach.

Martin nie powiedział mi całej prawdy o sobie. Nie wiedziałam, że miał w swoim kraju żonę. Ona natomiast wiedziała o mnie – przyjechała do mego miasta, przyszła do mojej redakcji i przedstawiła się: „Nazywam się Rita Ritkowsky. Jestem żoną Martina”. Te suche słowa była dla mnie końcem mej miłości, w którą uwierzyłam z dnia na dzień.

Tuż obok, za ścianą, wciąż był przy mnie kolega z pracy, Piotr. Schowany za przepierzeniem, zasłuchany w muzykę, wpatrzony w ekran monitora, wydawał się nieobecny. Dopiero z czasem przekonałam się, że tkwił przy mnie swoimi myślami i, gdy lizałam rany po boleśnie odkrytej prawdzie, wyciągnął do mnie dłonie oraz… serce. Wtedy wydawało mi się, że to najlepsze, co mogę zrobić dla samej siebie, by otrząsnąć się z bolesnej prawdy o Martinie. Potem przyszedł czas, kiedy wstydziłam się relacji z Piotrem, mając świadomość, że związałam się z nim trochę z litości. A teraz?… Patrzę na to inaczej, z dystansem i przeczuciami, że nasze losy jeszcze nie raz się zaplotą…

– Ludka! Jak miło cię widzieć! O, zmieniłaś się, no i… chyba niedługo rozwiązanie?! – To Baśka. Sto lat jej nie widziałam. Wypiękniała. Pracowałyśmy razem w redacji, ale wybrała karierę kosmetyczki. I jest zadowolona!

– No, co u ciebie?

– U mnie dobrze, jakoś sobie radzę, a u ciebie?

– Też dobrze.

– Musimy się zdzwonić.

– Koniecznie.

– To daj mi znać, jak urodzisz.

– Na pewno.

– A słyszałaś, co u…

I opowiedziała mi różne historie naszych wspólnych znajomych… Wystarczy przejść się promenadą nad Czosem w środku dnia. Nie trzeba czytać gazet ani słuchać lokalnego radia. W dużym mieście stałabym teraz w korku i rozmawiała przez zestaw głośnomówiący. Rozpędzałabym w ten sposób moją samotność. Tu spotykam żywych ludzi. Na każdym kroku. Wraz z nimi – jakieś historie, wieści, newsy prowincjonalne! Ale… wróćmy do rozmyślań!

Mimo że byłam przecież dorosłą kobietą, ciąża mnie całkiem zaskoczyła. Żyłam wtedy tak intensywnie, można powiedzieć, że życie mnie poniosło. I choć bardzo pragnęłam dziecka – przecież nie w tym momencie! Jedno przynajmniej wiedziałam na pewno – ojcem dziecka był Martin. Ale ja byłam już wtedy z Piotrem, który na dodatek zaakceptował sytuację, obiecał pokochać moje dziecko jak własne. I wtedy Hania, która chowała się przecież bez swego biologicznego taty, tupnęła głośno nogą i powiedziała mi słowa, dzięki którym podjęłam decyzję – odnajdę Martina i będę z nim. I z naszym dzieckiem.

Mogło mi się nie udać – mógł mi nie wybaczyć związku z Piotrem, ja mogłam mu nie wybaczyć jego kłamstwa. A jednak – daliśmy sobie nawzajem przepustkę do wspólnego życia – przypieczętowaną uroczystością w mrągowskim Ratuszu, w Urzędzie Stanu Cywilnego. Poznałam mego teścia, Hansa, którego przedwojenna historia przecież nas połączyła, oraz jego żonę – Erikę.

Gdy teraz o niej myślę, zastanawiam się, dlaczego niektórzy zostają nam zesłani tylko na chwilę? Czemu ma służyć ta chwila?

I znów snujemy nasze wspólne, prowincjonalne marzenia – z całkowitą wiarą w ich spełnienie.

Zaraz wrócę do domu, pod którego dachem już kołyszą się nasze wspólne sny. Wróci z pracy mój mąż, który opowie mi o postępach edukacyjnych swoich uczniów przy poznawaniu języka niemieckiego, przybiegnie zdyszana siostra, żeby mi opowiedzieć, co nowego wyczytała w książce, gazecie, Interncie. Albo dowiedziała się w pracy, między księgarnianymi półkami.

Życie pobiegnie swoim rytmem, o wiele wolniejszym niż w dużym mieście, w którym jest miejsce na spotkania, przypadkowe rozmowy, czasem i na miejskie ploteczki. Ech, wybaczam – to wszak przywilej prowincji…

Kościół starowierców w Wojnowie. To miejsce odwiedziła kiedyś Ludmiła z Hansem i Martinem, gdy szukali śladów przedwojennej przeszłości. Dla Hansa była to podróż sentymentalna.

Fot. ze zbiorów Wojciecha Kujawskiego

Rozdział II

O rodzinnych zawirowaniach. Oczekiwaniu. I o tym, że czasem spotykamy się na tej ziemi tylko na chwilę…

– Ludmiło, jak długo jeszcze?… – mój niemiecki mąż odnalazł między moimi splątanymi włosami zaspaną twarz i pocałował taką na wpół nieprzytomną, jakby chciał pokazać, że dopiero teraz mnie kocha, potarganą i pogniecioną, domagającą się podlania wodą z prysznica i żelazka kremu na dzień. Obliczyłam w myślach. Według kalendarzyka mojej pani doktor, zostało jeszcze czternaście dni.

Nigdy nie myślałam, że mi się przytrafi taka miłość. Że kiedykolwiek poznam mężczyznę, któremu będzie zależało na tym, by mi po prostu było dobrze. Masował moje spuchnięte stopy, które w niczym nie przypominały małych stóp w rozmiarze 36. Robił zimne okłady na zmęczone kostki i łydki. Znosił humory i różne stany przygnębienia, łącznie z moimi kilkudniowymi depresjami i załamaniem po gruntownej analizie własnej twarzy w lustrze.

Jakby jeszcze tego było mało, ze swojego spaceru nie wrócił już mój rudy kot Mietek. Czy uciekł, czy ktoś go zabrał? Rozwieszałam ogłoszenia z jego zdjęciem, obiecałam nagrodę. Nic z tego. Z przygnębienia wyglądowo-kociego wydobywał mnie Martin, tłumacząc, że w nowym domu na pewno będziemy mieli mnóstwo zwierząt. Wierzyłam, że kiedyś przyjdzie do mnie kolejny, rudy kocur i już ze mną zostanie, razem ze swoimi pomrukami i telepatią…

Mój apetyt zaskakiwał nas wszystkich. Jadłam nieustannie i dużo. Martin przynosił mi w środku nocy z piwnicy kiszone ogórki, nad ranem gotował owsiankę, którą zagryzałam pomarańczami i śledzikiem babuni. Patrzył zadziwiony, jak mieszam te smaki. Rozumiał jednak, że widać tak musi być. Po prostu, miało być mi dobrze i tyle.

Poród był dla mnie czymś zupełnie obcym, zjawiskiem niezrozumiałym, a jednak nieuchronnym, bo jakoś przecież to moje dziecko musiało się ze mnie wydostać…

Zmęczona już byłam tym oczekiwaniem, ociężałością własnego ciała, trudnościami z poruszaniem oraz… smutnymi wieściami, które, niechciane, docierały jednak do nas.

Wiadomość o ciężkiej chorobie Eriki, mojej niemieckiej teściowej, przyszła całkiem niespodziewanie. Nagle spokojny, styczniowy piątek stał się dniem tragedii. Potrzebowaliśmy sporo czasu, by jakoś poukładać swoje myśli, by na nowo nauczyć się myśleć, żyć, oddychać, ale już inaczej, ze świadomością tej choroby. Hans Ritkowsky, mój teść i mąż Eriki, powiedział nam o tym późno, czekał bowiem, aż zagrożenie, związane z przedwczesnym porodem, minie. Uznał, że koniec ósmego miesiąca już jest bezpieczny.

Zadbana i elegancka, sześćdziesięcioletnia Erika nie mogła tak po prostu zachorować i zniknąć z naszego życia! To nie mieściło nam się w głowie. Hans nie dawał nam jednak żadnej nadziei. Lekarze już wcześniej pozbawili go złudzeń.

– Zaczęło się od silnych bóli po prawej stronie. Wątroba. Zawsze miała z nią problemy. Zrobili jej usg. Lekarz zauważył guz. Dziewięć centymetrów. Nawet nie wiadomo, kiedy to wszystko się stało. Może gdyby wcześniej… – dłonie Hansa drżały, kiedy nam to opowiadał. Przyjechał z hiobową wieścią zaraz po nowym roku. Miał do załatwienia jeszcze kilka spraw w Polsce, ale przede wszystkim chciał zobaczyć się z nami. Kiedy zadzwonił z informacją o przyjeździe, miałam przeczucie, że coś złego się dzieje. Bo niby dlaczego starszy człowiek po raz kolejny w krótkim czasie pokonuje odległość tysiąca dwustu kilometrów? Dopiero co byli ze swoją żoną na naszym ślubie!

Przyjechał, bo nie mógł nam o tym powiedzieć zwyczajnie, przez telefon. Nie mógł też zwlekać, bo nie wiedział, jak dużo czasu zostało Erice… Zostawił ją z jej siostrą z Frankfurtu. Zamieszkała u nich na czas jego nieobecności.

– Czy mama wie, że jest chora? – zapytał od razu Martin.

– Tak. Powiedziałem jej. Nie potrafiłbym jej oszukiwać.

– Jak to przyjęła?

– Załamała się. Długo płakała i zamknęła się w sobie zupełnie, nie chciała mieć żadnego kontaktu ze światem. A potem miałem wrażenie, że żegna się ze wszystkim. Nie chciała iść do lekarza, a nawet do sklepu, mówiła, że robienie zakupów daje jakąś nadzieję na jutro. Ona nie ma już tej nadziei. A potem zawiozłem ją do psychologa, lekarz polecił swego znajomego. Trochę ją wydobył z tego stanu, ale wciąż miałem poczucie, że to nie ma sensu. Bo czy można oswoić się z myślą, że jest się nieuleczalnie chorym? Psycholog mówił jej, żeby wciąż walczyła. Walczy. Widzę, jak się stara. Jak się uśmiecha, mimo wszystko, żeby mi nie było tak przykro, smutno. Ale ja nie wierzę już, że się uda. Lekarz powiedział, żeby przygotować się na najgorsze. Nie ma podobno żadnych szans… Odebrał nam tę nadzieję bardzo gwałtownie.

Kolejne rozmowy były już spokojniejsze, bardziej rzeczowe. Jeździli po specjalistach, klinikach, Erika miała chemioterapię, a jej siostra zajęła się nią troskliwie. Bo Erika bardzo źle znosiła wlewy, które z czasem zabiorą jej włosy, urodę, siłę.

Martin, gdy usłyszał, że jego mama umiera, płakał. Łzami oswajał dramat. Pocieszałam go wprawdzie, ale wiedziałam, że to na nic, że musi ten ból jakoś uzewnętrznić. Wciąż zadawał pytanie: dlaczego?

Mnie też trudno było uwierzyć, że Erika odchodzi. Dopiero co poznałyśmy się, zaczęło się nasze wspólne życie i miałam ją tak po prostu stracić? Moja teściowa stała mi się bliska, choć tak mało ją znałam. Jej ciepły uśmiech, starannie artykułowane zdania, eleganckie zagięcie palców, gdy jadła widelcem. Z kobiecą czułością patrzyła na Hansa, a z dziwną melancholią – na swego syna, na mnie i na nasze rosnące dziecko, okryte wtedy, na naszym ślubie, gdy się widziałyśmy, złotym materiałem sukienki. Mówiła mi czasem, że pochodzę z miejsca, które kiedyś kochał jej mąż. Choć to nie był jej kraj.

Kiedy po ślubnym przyjęciu wyszli już nasi goście, Erika usiadła ze mną na fotelu i opowiadała, że Hans często wspominał swoje dzieciństwo, spędzone w dalekich Prusach Wschodnich. Na początku nie rozumiała, dlaczego jej mąż chce tam wrócić.

– Wypędzili was, nie chcieli was u siebie – mówiła mu. Nie rozumiała, jak on wciąż może kochać tę ziemię.

– To nie było takie proste – wyjaśniał jej. – Trudno dziś zrozumieć, zwłaszcza współczesnym Niemcom i Polakom. Wzajemna niechęć, brak zrozumienia i przede wszystkim niepotrzebne rozgrzebywanie starych ran. To wszystko, czym dziś żyjemy. Moja matka też tak myślała. Ja byłem wtedy dzieckiem. Nie miałem w sobie tej nienawiści. I nie mam nadal. Uważam, że dziś możemy być po prostu sąsiadami, obywatelami jednej Europy. Wywiozłem stąd ten mazurski krajobraz, klimat tej ziemi i to we mnie pozostało na zawsze. To wciąż moja ziemia, mimo iż nie jestem jej obywatelem. Kocham bez posiadania – powtarzał jej Hans.

Erika słuchała, jednak – nie rozumiała. Tyle w jej kraju mówiło się o leniwych Polakach, lubiących dobrze wypić, kradnących niemieckie samochody. „Jedziesz do Polski? Twój samochód już tam jest” – to był jeden z żartów, powtarzanych w jej miasteczku. Śmiali się razem z Hansem, licząc po cichu na to, że ich srebrny passat nigdy nie trafi w złodziejskie ręce. A teraz? Jej synowa jest Polką, syn przeprowadził się do Polski, ba, oni sami kupili tu mieszkanie i postanowili, że będą wracać na Mazury tak często, jak się tylko da. Cieszyła się na te wyjazdy, jeszcze wtedy, w październiku! Opowiadała mi, że gdy przyjedzie na wakacje, zwiedzi wszystko, co warte zobaczenia, że pójdzie nad jezioro, że przejdzie wreszcie te miejsca, o których Hans jej tyle opowiadał.

A co będzie, jeśli tak się nie stanie? Dlaczego zachorowała właśnie teraz, dlaczego kolejna osoba odchodzi z mego życia, jeszcze w nim na dobre nie zagościwszy?!

Pamiętam, jak zapytałam Erikę, czy mogę mówić do niej „mamo”, jak to jest w naszym polskim zwyczaju. Ale nie kierował mną szacunek do obyczaju, po prostu chciałam tak do kogoś się zwracać. Od tylu lat byłam sierotą. Brakowało mi rodziców, mówienia do kogoś: mamo, tato. Chciałam, by był ktoś, o kim mogłam myśleć, że został przysłany w zastępstwie. Powiedzałam jej to wszystko. Wzruszyła się. Pogłaskała moją dłoń i powiedziała:

– Oczywiście. Córko?

Jak miło było usłyszeć to słowo! Jak dawno nikt tak do mnie nie powiedział!

Dlaczego teraz ta moja nowa mama ma odejść? Dlaczego?

Nie mogłam się z tym pogodzić, czułam się, jakby ktoś mi zabrał czas, który mogłam wykorzystać na spotkania z nią, na poznanie jej bliżej, na opowieści, jakim dzieckiem był mój Martin. Któż, jak nie ona, pamięta to najlepiej?!

Dlaczego jednak myślę o niej, jakby jej już nie było? Nie mam prawa! Erika da radę. Zwycięży! Przecież marzenia się spełniają!

– Pewnie, że się boję, a ty byś się nie bała? – odpowiedziałam niby beztrosko na pytanie mojej odnalezionej niedawno siostry Hani.

To ona mnie właściwie odnalazła – wpisując moje nazwisko w Internecie. A potem przyjechała do mnie, do mojego miasta, by już w nim pozostać razem ze mną. Wybrała małe miasto – zostawiła swój duży Wrocław! Miałam dla niej ciepłą wdzięczność za tę decyzję, choć czasem obawiałam się, jak się tu odnajdzie. Bo świat prowincji jest zupełnie inny od hałaśliwego świata wielkich miast. Bo tu nie ma na wyciągnięcie ręki koncertu, spektaklu, seansu filmego. A jednak… da się tu przecież żyć! Spokojniej, ciszej, ale – da!

Wypytywała mnie o poród i cały ten zamęt z nim związany. Teraz głównie o tym rozmawiałyśmy. Leżałyśmy sobie na kanapie, w ostatnim czasie nic nie wychodziło mi tak dobrze, jak właśnie leżenie. Moja siostra bawiła się słomką, wetkniętą w szklankę po coli. Czasem potrafiła do tego stopnia zmaltretować taką słomkę, że ta zamieniała się wreszcie w skręconą plastikowym cierpieniem sprężynkę.

Piotr, narzeczony mojej Hani, a jeszcze niedawno mój, prosił ją, by wprowadziła się do niego, do osiedlowej kawalerki.

– Mam jeszcze na to czas – powiedziała mu moja mądra Hania. Jasne, że ma. Jeśli nie czuje się pewna, to po co ma wiązać swoje życie na supełek? Spotykali się, czasem Piotr u nas bywał, zrazu nieśmiało, przez wzgląd na nasz niedawno dość burzliwie zakończony związek. Nie dziwiłam mu się. Sytuacja była mało komfortowa – wiedzieć swoją niedawną kobietę przy boku rywala, który wygrał i na dodatek poślubił ją – szybko i niespodziewanie dla wszystkich. I widzieć, jak wraz z ich związkiem, rośnie owoc miłości z tamtym, choć mogło być zupełnie inaczej, bo mogło to być przecież dziecko Piotra. Tak pragnął tego maleństwa, gotów był na poświęcenie i uznanie go za własne, byle być ze mną! Nie mogłam mu na to pozwolić. Moja mała siostrzyczka wytłumaczyła mi, że z uczuciami nie można igrać, a dziecko musi znać całą prawdę. Od początku. No i wtedy właśnie podjęłam decyzję, po naszej pamiętnej wyprawie na mrągowski ryneczek. Hania miała rację. Dziś w myślach dziękuję jej za tamtą mądrość, bo ja, uwikłana w uczucia, nie wpadłam na to najprostsze ze wszystkich rozwiązanie.

Piotr dopiero ostatnio zrobił się odważniejszy, na Martina patrzył już bez tamtego zacięcia szczęk, widocznego przez gładko ogoloną skórę twarzy. Chyba stało się to od wyjazdu do Wrocławia, do pani Stasi, czyli mamy Hani. Widocznie został wstępnie zaakceptowany, w co, muszę przyznać, nie od razu uwierzyłam. Obawiałam się, iż pani Stasia będzie miała do nas żal, że odebraliśmy jej córkę: ja, pozwalając na jej wyprowadzkę do mnie, Piotr – rozkochując w sobie, dojrzałym przecież mężczyźnie, jej dwudziestoparoletnie serce! Najbardziej obawiałam się, że wiek Piotra okaże się przeszkodą nie do pokonania. Według zapewnień Hani, zupełnie tak się nie stało, a przynajmniej mama nie okazała jej tego. Być może za sprawą tajemniczego mężczyzny, który po cichu zakradał się w życie pani Stasi? Podobno był lekarzem anestezjologiem we wrocławskim szpitalu i na dodatek wdowcem, od lat samotnym. Dobra nasza! Pani Stasi też się coś od życia należy, pomyślałam, nie znając właściwie tej kobiety. Po naszych rozmowach na skypie wydawała mi się sympatyczna i życzyłam jej w myślach wszystkiego najlepszego. Choć pewnie w innych okolicznościach przyrody miałabym do niej pretensję.

To przecież z nią mój ojciec zdradził mamę, a takie rzeczy trudno się wybacza, nie znając powodów lub nie chcąc ich poznać. I nie wiedziałam, czy mama miała świadomość tej zdrady? Myślę, że nie. Między moimi rodzicami nigdy nie toczyły się potajemne rozmowy, na które mogłam przypadkiem natrafić. A jednak owocem tamtego sanatoryjnego zauroczenia była Hania, która okazała się teraz, po latach, prawdziwym darem zesłanym mi przez wszechświat. Nie byłam już sama. Miałam Hanię, moją siostrę przyrodnią, z czarnymi oczami mego taty!

Była taka radosna, wszędobylska, czasem tylko przyciszona, gdy przebywała wśród obcych. Zagłębiała się w książkach, znała języki. Inteligentna i naturalna. Bez krzykliwych makijaży, superfryzur, lekko zaokrąglona tu i ówdzie, miękko i po kobiecemu, wyglądająca z tym interesująco. Zazdrościłam jej tej młodzieńczości, naturalności. Hania chwytała świat łapczywie, zagarniała do siebie z pasją, poznawała ludzi. Ja nie miałam tego we krwi, byłam domatorką – zwłaszcza teraz, gdy siedząc z wielkim brzuchem na kanapie, tęskniłam za wolnością, którą miałam jeszcze rok temu. Teraz musiałam z niej zrezygnować, bo mała Zosia – wiedziałam już przecież, że to będzie córeczka – wymagała ciszy i spokoju, a nie nazbyt ruchliwej mamusi.

– Też bym tak chciała – westchnęła Hania, kładąc mi któregoś wieczoru rękę na brzuchu. Zmaltretowana słomka powędrowała do pustej szklanki.

– Haniu, przyjdzie czas i na ciebie. Ja czasem się zastanawiam, jak to będzie. Chyba kobieta nigdy nie jest gotowa. Ale jestem coraz starsza…

– Ludka, przestań, młoda kobieta z ciebie jeszcze!

Nagle zamilkła. I po chwili dodała:

– Powiedz mi, jak czujesz się, gdy Piotr przychodzi do nas? Nie żal ci tamtego uczucia?

– Oj, wiesz przecież, że z mojej strony właściwie wielkiego uczucia nie było. Przywiązanie tak, ale nie miłość. A zresztą, to ja powinnam ci zadać to pytanie. Czy nie jesteś zazdrosna o naszą z Piotrem wspólną przeszłość?

Moja siostra zmarszczyła śmiesznie nos. Popatrzyła w dal, na szare jezioro za oknem.

– Na początku byłam zazdrosna. Jakby Piotr był z odzysku. Teraz już nie, znaczy, prawie nie.

– Haniu, nie bądź zazdrosna. Nie masz powodów.

– Ludzia, mam, przecież wiesz. Mógł być twoim mężem, prawie nim został. Bardzo tego chciał. W zasadzie tu mieszkał. Widziałam, jak na ciebie patrzył. Jak cię kochał. Wciąż nosisz te bursztynowe kolczyki od niego. I oglądałaś kiedyś wasze zdjęcia z Wilna, widziałam.

No tak, pamiętam. Któregoś dnia Hania wróciła wcześniej niż zwykle. Ja odpoczywałam na kanapie, po zrobieniu obiadu dla naszej trójki. Martin miał wrócić koło szóstej, Hania też, wyciągnęłam więc laptopa i oglądałam stare zdjęcia. Najpierw te z Martinem, ale natrafiłam na folder z wileńskimi wspomnieniami. I patrzyłam na siebie z tamtego czasu. Naprawdę wtedy wierzyłam, że Piotr może być moim mężczyzną na resztę życia. Nie, nie kochałam go szaleńczo, ale swoją dobrocią dawał mi wówczas duże poczucie bezpieczeństwa. Zobaczyłam w nim przystojnego czterdziestolatka, inteligentnego, choć może trochę wycofanego z życia. Gotowego dla swojej kobiety uczynić wszystko. Ta jego poddańczość była jednak czasem zbyt męcząca. Na wszystko się zgadzał, we wszystkim usługiwał. Czasem można zagłaskać kota na śmierć.

Hania weszła do salonu akurat w momencie, gdy oglądałam swoje zdjęcia, byłam na nich zaróżowiona, z iskierkami w oczach, za mną widać było stare, wileńskie kamienice. Tyko my z Piotrem wiedzieliśmy, że tamtej nocy, poprzedzającej ten spacer, połączyła nas intymna więź, która dla niego była taka ważna. Być może Hania stała dłuższą chwilę za moimi plecami, patrząc, jak naciskam palcem kursor. Kiedy chrząknęła, tak podskoczyłam, że laptop prawie upadł na ziemię.

– Przepraszam, nie słyszałam, kiedy weszłaś… – bąknęłam zaskoczona, czułam się jak przyłapana na gorącym uczynku.

– To ja przepraszam, weszłam tak cicho… Przestraszyłam cię… – powiedziała Hania lekko zmienionym głosem. I znikła w kuchni. Na szczęście za chwilę zawołała już normalnym głosem:

– Siostra, co na obiad?

Zrobiłyśmy sobie wtedy roladę z ciasta francuskiego ze szpinakiem, do tego była żurawina, położona na boku talerza, zagraniana widelcem w trakcie jedzenia. Pyszne!

Pozbierałam się z kanapy wolno, statecznie, jak osiemnastowieczna matrona, i poszurałam za Hanią. Już miała opanowany wyraz twarzy, pomyślałam więc, że nic się nie wydarzyło, że nie stała jednak za moimi plecami i nic nie widziała.

– Wtedy właśnie zrozumiałam, że Piotr zawsze będzie w twoim życiu, choćby w tym laptopie, na tych zdjęciach – wymruczała teraz moja siostra, odwracając twarz od okna.

– Chcesz, to usunę je wszystkie.

– Nie chcę. Nie zabija się wspomnień. To nic nie da. A mogłabyś kiedyś tego żałować. To przecież twoja historia.

No tak, to była moja historia. Trochę pogmatwana, może nie do końca taka, jak chciałam. Bo łatwiej układa się życie po ustalonych torach, a gdy przychodzi czas na zakręt – czasem wymyka się wszystko spod kontroli. Piotr… Był panaceum na zranioną miłość, gdy odeszłam od Martina. Bardzo mnie wtedy zranił ten mój obecny mąż. Mógł mi przecież powiedzieć, że ma żonę, że się rozwodzi. A on – nie. Gdy pytałam o przeszłość, mówił, że ktoś był, ale to już minęło. I mydlił mi oczy jakąś dawną narzeczoną. A kiedy byliśmy w Toruniu – kłócił się z tą żoną przez telefon, w świetle latarni na Starym Mieście, a ja nie wiedziałam, co się dzieje. Wrócił potem do mnie, uśmiechnięty jak dawniej, ale z wyłączonym telefonem, co – przynajmniej wtedy – gwarantowało mu święty spokój. Ale kolejny raz okazało się, że kłamstwa nie popłacają. Wszystko się potem tak pokomplikowało, że mogło się już nie wyprostować. I może, gdyby nie Zosia, nie wyprostowałoby się.

Teraz w moim życiu zapanował już względny spokój. Pomogły mi w tym moje sąsiadki, pani Zosia i pani Marysia, które przez cały czas, niczym dwa dobre duszki, kibicowały w tych moich sercowych zmaganiach. Nigdy nie musiałam pytać, czy – ich zdaniem – dobrze wybrałam. Milcząca zgoda pani Zosi, gdy Martin przyjeżdżał do Polski, by wyremontować jej mieszkanie, wyjaśniała mi wszystko. Ona też uważała, że miejsce Martina jest przy mnie… A ja? Kochałam go i pragnęłam być właśnie z nim.

Pani Zosia… To właśnie w obecnym jej mieszkaniu mieszkał przecież przed wojną mój teść, Hans Ritkowsky! Tak bała się niechcianego Niemca, który przyjechał tu w niejasnych zamiarach. A teraz – sama go zaprasza, uczy się niemieckiego i nie jest to już dla niej język wroga…

– Tak musiało być, tak się musiało nam posplatać. Naprawdę… – powiedziałam do swojej siostry.

– Już ci mówiłam, nie ma o czym mówić. Moja zazdrość jest już całkiem malutka. Choć, niestety, zastanawiam się czasem, jaki był w łóżku z tobą. Jak się zachowywał, jak całował. Jak…

– Hanka, przestań!

– No, tak jest, oj, wiesz przecież.

– Nie mów tak, naprawdę, nie kochałam go tak, jak ty, i życzę wam tego, byście razem odnaleźli to swoje szczęście.

– Ale to nie zmienia faktu, że byłaś z nim, z moim Piotrem…

– No i co z tego? To był tamten czas. Byłam z nim wtedy, teraz nie jestem, gdyby nie ja, to byś go nie poznała! – zaczęłam się już niecierpliwić. Męczyła mnie.

– No już dobrze, dobrze, nie denerwuj się, bo Zośka będzie nerwowa – zaśmiała się Hania. – To normalne, takie myśli, dla nikogo z nas nie jest to sytuacja łatwa i prosta. Wierzę, że on mnie kocha, znaczy, mówił mi to, ale zawsze będę myślała o tym, czy bardziej niż ciebie, czy mniej. A co, myślisz, że Martin nie ma takich dylematów?

Miał. Jasne, że miał. Długo mi wybaczał, nie wiem, czy do końca już zapomniał, na pewno nie. Bo tak się nie da. Na początku nawet podanie ręki Piotrowi przychodziło mu z wielkim trudem, na przykład wtedy, gdy zaproponowałam, żeby to Piotr był świadkiem na naszym ślubie. Piotr, chłopak mojej Hani. Tłumaczyłam Martinowi, że mój z Piotrem związek to już przeszłość, że wybrałam przecież jego i z nim związałam swoje życie. Ale czasem ich spojrzenia krzyżowały się w dziwny sposób. Nie powiem, żeby moja kobieca próżność nie była takimi spojrzeniami podkarmiana. Martinowi przyda się odrobina zazdrości, zwłaszcza teraz, gdy jestem mało atrakcyjna, gruba i leniwa i nie mam siły o niego zabiegać. Może z tą stymulowaną zazdrością nie będzie patrzył na inne panny? A zaczęły się przy nim, przystojnym młodym Niemcu, kręcić jak pszczoły przy miodzie. Pierwsza była lektorka angielskiego w szkole językowej, w której pracował mój mąż. Sam mi się przyznał, że już po kilku zajęciach, które kończyli w tym samym czasie, zaproponowała mu zapoznawcze piwo w lokalu nad jeziorkiem Magistrackim.

– Jasne, że odmówiłem, przecież mam żonę! – Martin był dumny, że okazał się taki asertywny.

Następną zainteresowaną była jedna z jego słuchaczek, o kilka lat młodsza ode mnie urzędniczka, która musiała szybko i skutecznie nauczyć się języka, żeby wykazać się w pracy dodatkowymi umiejętnościami. Któregoś dnia spotkała nas razem na spacerze. Martin powiedział jej dzień dobry i przedstawił mi ją. Jego uczennica po spotkaniu ze mną wyraźnie straciła zainteresowanie. I bardzo dobrze! Ja też byłam zazdrosna, pierwszy raz w życiu. Nawet bardzo, co z trudem przyznawałam przed samą sobą. Zwłaszcza teraz, gdy byłam raczej mało atrakcyjna, bo gruba i ociężała. Każda kobieta wydawała mi się potencjalnym zagrożeniem. Ale widać, musimy być w tych naszych uczuciach miotani takimi zazdrościami, byśmy wiedzieli, że tli się w nas jakaś miłość. A może odwrotnie, kiedy uczucie jest prawdziwe, zawsze towarzyszy mu zazdrość?

Przerwałam milczenie:

– Pomyśl o tym tak: gdyby nie ja, nie poznałabyś Piotra. I już. I nie bądź zazdrosna o niego, ja już nigdy do niego się nie zbliżę ani on do mnie.

– Wiem, wierzę ci, ale myślę też o tym, czy on będzie mnie tak kochał, jak ciebie. Czy ten nasz związek to nie była tylko taka desperacka chęć pocieszenia się?

– Uwierz mi, na pewno tak nie było. Pamiętaj, to mądry i dobry człowiek. Ja nieraz żałuję, że to z Piotrem się wydarzyło. Niepotrzebnie pokomplikowaliśmy sobie życie. Ale wierzę, że wszystko jest potrzebne, wszystko jest po coś. Powiedz – kochasz go, prawda?

– Wiesz, na początku wydawało mi się, że moja miłość jest największa, na jaką mnie stać. Ale z czasem przyszło jakieś… opamiętanie! Tak, dobrze mówię – opamiętanie. Bo zdałam sobie sprawę, że przez chwilę żyłam tylko dla niego, a zapomniałam o sobie. I teraz boję się, co będzie, jeśli okaże się, że on mnie taką właśnie pokochał – zupenie mu oddaną? A ja – chcę mieć w tym związku również miejce na swoje plany i marzenia. Jest nam dobrze, ale… czasem muszę robić coś specjalnie dla niego, rozumiesz mnie?

– Rozumiem. Musicie ze sobą rozmawiać. Nam z Martinem czasem tych rozmów brakuje. Może to przez barierę językową, a może przez to, że w gruncie rzeczy nasz związek jest jeszcze bardzo młody, raczkujący zaledwie. Ale wiem, że gdybyśmy wtedy, na początku, szczerze ze sobą rozmawiali, nigdy nie odeszłabym od Martina i nie związała się z Piotrem. Zabrakło szczerości. Ot co. Zatem rozmawiajcie, o wszystkim. Bądźcie dla siebie najpierw przyjaciółmi, a potem partnerami.

Rozmawiałyśmy jeszcze długo. Chlupot fal jeziora za oknem towarzyszył nam wodnym szeptem. I nasza kamienica też szeptała – pogrążona w ciszy kończącego się właśnie dnia, odgradzająca nas przedwojennymi ścianami od hałasu miasta. Byliśmy przecież w jego centrum – w miejscu, gdzie przed laty spacerował mały Hans, trzymając się bezpiecznej dłoni swojej mamy. Ten sam połyskliwy w księżycowej poświacie bruk prowadził go ulicą do domu, a potem ten sam bruk wiódł naszą miłość w pewien kwietniowy wieczór.

Czas pobiegł naprzód, ale tymi samymi drogami…

Ten wieczór z Hanią i nasza szczera rozmowa bardzo nas wtedy do siebie zbliżyły. Dobrze, że mi to wszystko powiedziała.

Wnętrze mazurskiej szkoły. W takich ławkach zapewne uczył się mały Hans. Zdjęcie wykonane w Muzeum Mazurskim w Kadzidłowie.

Fot. Autorka

Rozdział III

O tym, że wystarczy tylko musnąć palem, by zetrzeć kurz przeszłości i… że dzieci są posłańcami gwiazd.

– Muszę jechać do Niemiec, do domu, do mamy. Pojadę z ojcem – powiedział mi któregoś dnia Martin. Zadrżałam lekko, choć wiedziałam, że tę deklarację kiedyś usłyszę. Będzie chciał jechać do Eriki, a ja nie będę mogła mu towarzyszyć.

– Może pojedziesz po porodzie? – zapytałam nieśmiało, choć to nie miało sensu. Wiedziałam, że czas ucieka, a on musi zobaczyć się z chorą matką.

– Ludmiłko, zrozum, bardzo się o nią martwię. Szybko wrócę. Zrozum mnie, proszę.

– Staram się, ale nie chcę teraz zostawać sama. Gdy mała będzie na świecie, wszystko będzie prostsze.

– Przecież nie zostawiam cię samej. Jest Hania. Będzie cię wspierać. A jeśli teraz nie pojadę i potem już będzie za późno?

– Zrobisz, jak zechcesz.

Posmutniałam… Ale wiedziałam też, że do porodu mam jeszcze trochę czasu. A mamie Martina tego czasu coraz bardziej brakowało. Bałam się mimo wszystko zostać sama, nie potrafiłam jednak Martinowi wytłumaczyć, że jego wyjazd nie jest dobrym pomysłem. To była sytuacja trudna dla nas obojga. Patrzyłam na jego zaciętą w smutku twarz i rozumiałam, że muszę uszanować jego decyzję.

Hans Ritkowsky mieszkał, póki co, u pani Zosi, nie chcąc nam przeszkadzać. Ja próbowałam oponować, mówiąc, że pomieścimy się u nas wszyscy, ale pani Zosia postanowiła, że starszy pan na pewno będzie dobrze czuł się w swoim dawnym mieszkaniu. I koniec. Nie ma gadania. Rozłożyła mu wersalkę, całkiem nową, wyjęła świeżą pościel w kwiatki i przewietrzyła pokój.

– Tu twojemu teściowi będzie jak w domu – powiedziała, trzepiąc poduszkę.

Wyszłam, nie sprzeciwiając się i zostawiając Martina z ojcem w dawnym pokoju, przy starym, mazurskim piecu. Z białych kafli, malowanych w niebieskie wzory. Specjalnie na tę okazję nagrzanym, częstującym swym ciepłem zziębnięte plecy ojca i syna.

Hans przyjechał tylko na tydzień. Codziennie przychodził do nas, dopytywał o moje zdrowie i mówił, jak cieszy się ze swojej pierwszej wnuczki. Widać było jednak, że bardzo ciąży mu na sercu choroba żony.

– To przecież ja jestem stary, nie ona! – wykrzykiwał swój dramat. – Jestem od niej trzynaście lat starszy, to ja już mam coraz mniej czasu. Erika jeszcze powinna żyć!

Był mi go żal. Trochę krępowałam się okazywać mu uczucie, mało go przecież znałam, ale serce pękało mi z żalu.

– Ludmiło, ja wiem, że ty wiesz, co my czujemy – powiedział mi kiedyś.

– Było mi wtedy bardzo ciężko.

– Ludmiło, obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Zosia poznała jednak babcię. Ale jeśli się nie uda… Nie chcę o tym myśleć. Jestem kompletnie załamany – wyszeptał, skrywając twarz w dłoniach. Jak dobrze, że znałam niemiecki i mogłam z nim rozmawiać w jego języku! Choć nie wszystkie emocje znajdowały ujście w słowach, to jednak – rozumieliśmy się!

O naszego niemieckiego gościa dbaliśmy wszyscy wspólnie. Nawet pani Zosia próbowała z nim rozmawiać swą łamaną niemczyzną. Obie przygotowywałyśmy mu domowe obiadki, szczególnie smakowała mu Zosina zwykła domowa kapusta na wołowinie, z ziemniakami okraszonymi skwarkami z cebulą. Moja sąsiadka taką kapustę gotowała od lat. Znałam jej smak, bo czasem przynosiła mi w garnuszku, jeszcze gorącą, prosto z ognia.

– Masz, Ludmiłko, najedz się, ty nie zawsze masz czas ugotować.

Hansowi też smakowała ta kapusta. Mlaskał głośno, biorąc kolejną dokładkę, chwalił i cmokał przy tym zabawnie. Wszyscy przy stole śmialiśmy się z jego zachowania. Było spontaniczne i radosne. Starszy pan nie przejmował się manierami. I dobrze. Miło było patrzeć na jego poranny apetyt, kiedy siadał do stołu, zastawionego wędlinami, serami i świeżym pieczywem, po które pani Zosia wychodziła wcześnie rano do sąsiedniej piekarni. Oczywiście, zakupy finansowaliśmy my, pani Zosia była tylko wykonawcą, zadowolonym zresztą bardzo ze szczególnej misji. Zwłaszcza że była teraz trochę samotna, bo pani Marysia wyjechała na miesiąc do córki.

Hans szczególnie polubił zwykłą wątrobiankę. Pani Zosia biegała po nią aż na ryneczek, na którym od rana sprzedawane były kurpiowskie wędliny. Duży i rubaszny sprzedawca odkrajał sprawnie wielkim nożem kawałki, nie przestając rozmawiać z klientami. Pani Zosia była również rozmowna i na dodatek głośno chwaliła sprawność sprzedawcy, a ten w zamian odwdzięczał się jej co lepszymi kawałkami. Schabik był więc zawsze chudziutki, nie poprzerastany, baleron zaróżowiony i poprzecinany z kolei białymi nitkami tłuszczu, a wątrobianka świeżutka i pachnąca majerankiem.

Podczas śniadania Hans zawsze najpierw sięgał po nią, rozsmarowując ją nożem grubo na świeżej pajdzie chleba, a potem tym samym nożem mieszał kawę. Brązowe farfocelki wypływały na powierzchnię i rozpływały się w małych tłustych oczkach. Gdy zobaczyłam to pierwszy raz, zaśmiałam się.

– Po co brudzić łyżeczki, skoro mogę nie brudzić. W brzuchu i tak się wszystko wymiesza – wyjaśnił z szerokim uśmiechem. I potem już codziennie Hans mieszał swoją kawę nożem. I taką kawą popijał to, co akurat jadł. Czasem był to dżem wiśniowy, a czasem musztarda lub keczup.

Hans nie był kłopotliwy. Chodził do kiosku na plac Żeromskiego, gdzie kupował niemiecką prasę, w chwilach wolnych wybierał się na spacery. Podczas jednego z nich poznał przypadkowo pana Czesława, który znał świetnie niemiecki i był przedstawicielem mniejszości niemieckiej. Ja również dobrze go znałam i w zasadzie powinnam była już dawno wpaść na pomysł, żeby ich zapoznać. Przypadek zrobił to za mnie. Obaj byli w podobnym wieku i mieli mnóstwo spraw do przegadania. Wieczorami zaś Hans przychodził do nas, pooglądać telewizję, bo pani Zosia nie miała anteny satelitarnej.

Któregoś dnia wyszłam na spacer z Hansem. Zeszliśmy wolnymi krokami po schodach.

– Wiesz, im dłużej tu jestem, tym bardziej wszystko mi się przypomina. Teraz też, na przykład to, jak zjeżdżaliśmy z drewnianej poręczy na sam dół. Ja kiedyś wylądowałem prosto pod nogi policjanta, który szedł do kogoś. Ale się miałem z pyszna! – zaśmiał się mój teść.

Teraz ten ostry policjant też by się przydał, bo z dołu dochodziły jakieś nienaturalne wrzaski. Znów moi sąsiedzi wypili zdecydowanie za dużo. Wstyd przed teściem, że musi to wszystko oglądać. Kiedy mijaliśmy mieszkanie na parterze, wyszedł z niego jakiś facet z przekrwionym obliczem i po prostu wysikał się na ścianę koło wycieraczki.

Hans popatrzył zdziwiony.

– Gorzej niż zwierzęta. Bo zwierzęta nie załatwiają się tam, gdzie mieszkają.

Oj, daleko nam jeszcze do Europy – myślę, patrząc na takie scenki z życia prowincji. Bo taki obszczymur potrafi w jednym momencie zniszczyć wizerunek Polaka, nad którym rzesza ludzi ciężko pracuje. Ja też się staram, bo nie chciałabym, by Martin lub jego rodzina byli kiedykolwiek zażenowani tym, że jestem Polką. Ale jak w takiej sytuacji się nie wstydzić za mój naród?

Był piękny dzień. Jasne niebo przyświecało naszym krokom. Na ulicach miasteczka panował codzienny ruch. Obok ludu pracującego, śpieszącego do swoich spraw, spotykaliśmy emerytów, dla których czas płynął wolniej. Nie było tu wielkomiejskiego anonimowego gwaru – wiele osób znałam z widzenia – ta pani sprzedaje gazety w kiosku, tamten pan prowadzi sklep „Wszystko po pięć złotych”, a pani koło spożywczego to ekspedientka z Rossmana.

Ulica Warszawska – dawniej stały przy niej sklepiki żydowskich kupców. Po lewej stronie – sklep monopolowy „Pod kasztanem”, w budynku, nad którym kiedyś rósł wielki stary kasztanowiec. Widziałam go na przedwojennych pocztówkach Hansa. Przypomniały mi się jeszcze inne stare pocztówki, zebrane w piękne książki – albumy regionalisty Wojtka Kujawskiego. Krutyń, Mamry, Mazury garbate, Śniardwy – wszystko uwiecznione na kartach, opisane w języku polskim i niemieckim, często ozdobione cytatami ze znanych książek o regionie – Marion Donhöff, Ernesta Wiecherta czy przewodników Orłowicza. Były wśród tych pocztówek prawdziwe unikaty, o dużej wartości, zbierane przez autora od niemal dwadziestu lat! Doskonale dobrane do tekstów – co było bardzo trudne, zważywszy, że zdjęcia i teksty powstały przecież oddzielnie. Te książki przyniosła do naszego domu Hania – oglądałyśmy je wieczorem i zgadywałyśmy, gdzie są wszystkie uwiecznione na nich miejsca. Martin również wciągnął się w naszą zabawę – książki na szczęście miały też teksty po niemiecku. Jedną z nich, o Krutyni, odłożyłam dla Hansa – gdy będzie wyjeżdżał do Niemiec, otrzyma ją w prezencie. Widziałam bowiem, z jaką pasją mówił o tych wszystkich magicznych miejscach w mazurskich wsiach i miasteczkach.

– Czy wiesz, że pokazałem ostatnio Czesławowi, gdzie uczyłem się i gdzie bawiłem, gdy byłem całkiem mały? Jak wspaniale było powspominać, choć tyle się tu zmieniło! To miasto jest zupełnie inne, nowoczesne, wielu miejsc nie mogę już rozpoznać.

Westchnęłam. Nigdy nie zobaczę tamtego miasta, z czasów przed wojną. Hans jest bogatszy o te wspomnienia. Ale – mogę je kochać takim, jakie jest, z jego trudną historią, i mogę je wciąż poznawać. Na przykład dzięki starym pocztówkom.

Przejrzałam się w szybie wystawowej. Miałam na sobie piękne futro. Jedyne duże, w którym mogłam się zapiąć. Przywiozła mi to cudo Sylwia. Było piękne, rude i do samej ziemi. Oczywiście, sztuczne. Szkoda, że nie będę go mogła nosić po urodzeniu Zosi. Chyba że przerobię u krawcowej. Bo mam nadzieję na powrót do dawnej figury!

Na Warszawskiej skręciliśmy do banku – wybrałam z bankomatu pieniądze, a potem przeszliśmy na drugą stronę, wchodząc w ulicę Szopena. Hans wolał iść promenadą – lubił, podobnie jak ja, tędy się przemykać, z dala od miejskiego gwaru.

Po chwili z powrotem byliśmy na ulicy Roosevelta, wśród odnowionych, niskich kamienic.

– Kiedyś mieszkał w tych kamienicach margines społeczny. Nie we wszystkich, oczywiście. Samochody rzadko tędy przejeżdżały, cały ruch koncentrował się w centrum. Więc wyłazili na ulicę, a przepustki bezpieczeństwa mieli tylko mieszkańcy. Ci, którzy nie byli stąd, po prostu bali się tu zaglądać.

– Dziwne, bardzo dziwne. I to wszystko działo się teraz? We współczesnym świecie? – nie dowierzał Hans.

– Tak było jeszcze kilkanaście lat temu. Potem na równoległej do Roosevelta ulicy Królewieckiej postawiono znak informujący o tym, że jest to ulica jednokierunkowa, a drugi kierunek poszedł właśnie tędy. No i ulica ożyła. Męty nie mogły już tak bezkarnie łazić, bo ciągle ktoś tu jeździł, chodził. Potem zaczęły się remonty kamienic, wysiedleni zostali ci najgorsi, a z czasem po prostu znikli w wyniku selekcji naturalnej.

– To znaczy? Jak to znikli? Jaka to selekcja?

– Zwyczajnie. Niektórzy się pozabijali, bo było tu kilku nożowników. Niektórzy siedzą w więzieniach. Więc też ich nie ma. Niektórzy się zapili na śmierć albo zaczadzili od pieca. Ci najstarsi po prostu umarli na różne choroby, wynikające z trybu życia. Wielu zostało wysiedlonych. I tak ludzie wymienili się miejscami – wyjaśniałam teściowi.

– Słuchając tego, czuję się, jakbym film jakiś oglądał. Aż się nie chce wierzyć, że tyle się dzieje w małym miasteczku!

– Oj dzieje się, dzieje. Nawet w takim miasteczku…

Minęliśmy cerkiew prawosławną, przyczajoną cichutko na krawędzi chodnika. O tej porze była zamknięta. Czasem widywałam kręcącego się przy niej batiuszkę Adama, młodego i towarzyskiego człowieka. Kiedyś zajrzałam do środka. Batiuszka zaprosił mnie gestem ręki, nosił akurat jakieś książki.

– Proszę wejść, zapraszam.

Weszłam. Gospodarz zadzwonił głośno dzwonkiem przy wejściu, aż się przestraszyłam.

– Pierwszy raz u nas?

– Tak.

– Proszę obejrzeć naszą cerkiew od środka. Nie zawsze jest okazja. Cerkiew na co dzień zamknięta.

Otoczył mnie ciepły półmrok. Batiuszka Adam zapalił kilka wąskich, woskowych świec. Zrobiło się przyjaźnie, ciepło. Zapachniało woskiem. Zresztą ten zapach był tu wciąż wyczuwalny. Wszedł w ściany, ławki, rzeźby. Rozejrzałam się po wnętrzu. Kolebkowe sklepienie, przykryte deskami. Wąskie ławki. Na ścianach ikony. I niebieskie wrota. Piękne. Tu przed wojną była bożnica. Zbierali się w niej Żydzi z miasteczka i okolic. Dziś nie ma po nich śladu – od czasu Kryształowej Nocy, o której opowiadał mi kiedyś Hans.

Batiuszka coś przenosił, porządkował, ja przysiadłam, wdychając zapach wosku.

Idąc, opowiadałam memu niemieckiemu teściowi o prawosławnych i żydach, którzy byli w cerkwi najpierw, przed nimi. Hans kojarzył to miejsce z dzieciństwa, nigdy tu jednak nie zaglądał, więc nie mógł pamiętać, co się zmieniło.

– Zauważyłem, że wszędzie i od tylu lat niszczy się pamięć o Żydach. Najpierw Niemcy postanowili zlikwidować ich jako ludzi, a teraz reszta świata likwiduje to, co duchowego i ważnego po nich zostało. A przecież ci ludzie spod znaku gwiazdy chcą nam tak wiele o świecie powiedzieć!

Spojrzałam na niego pytająco.

– Dziwisz się, że tak mówię? Ja nie jestem antysemitą, nigdy nim nie byłem. To nie była moja wojna, pamiętaj. Sam mam znajomych Żydów, to bardzo wartościowi ludzie. Mieszkają w Stanach. Od wielu lat. Ich świat jest zupełnie inny.

Zamyśliłam się. Nie znam żadnego Żyda. Nie wiem, czym żyją, co sprawia, że inaczej pojmują świat i dlaczego ten świat w pewnym momencie ich znienawidził? Dla mnie byli to po prostu ludzie tacy, jak inni, może bardziej tajemniczy w tych swoich ciemnych strojach i obrzędach, których nie znałam. Intrygowały mnie ich ciemne spojrzenia, smutne i głębokie, które ogladałam na zdjęciach z albumu o Oświęcimiu.

Poszliśmy dalej uliczką w kierunku ratusza. Wyremontowany w latach dziewięćdziesiątych, jest dziś jednym z nielicznych ocalałych zabytków, które można znaleźć w przewodnikach. Zawsze byłam ciekawa, co mieści się w niewielkim pomieszczeniu pod schodami, strzeżonym przez ciężką bramę z wyrzeźbioną łapą niedźwiedzia, czyli herbem miasta. Krwawa jest legenda o tej łapie. Wysłuchiwałam jej od najmłodszych lat, od przedszkola, napawała mnie strachem i żalem za niechcianą niedźwiedzicą, na którą naparło całe miasteczko. Niedźwiedzica czyniła spustoszenie w zagrodach i mieszkańcy postanowili ją zabić. Najpierw chcieli ją wziąć sposobem i upić spirytusem z miodem, a potem zamroczoną zabić. Myśliwym dłużyło się jednak oczekiwanie na zwierzę i najwyraźniej z tych nudów sami wypili miodową nalewkę, padając po niej w objęcia Morfeusza. Trzeba było wymyślić inny sposób. W Sensburgu obok ratusza była strażnica bośniacka, która stoi tu do dziś, choć powstała długo przed samym budynkiem ratusza. Widziałam kiedyś starą rycinę z rynkiem Sensburga z 1822 roku, na której ta strażnica była jedynym budynkiem. I właśnie przebywających w niej śmiałków poproszono o zabicie niedźwiedzicy. Polowanie udało się połowicznie, bo myśliwi obcięli zwierzęciu przednią łapę. Przestraszona olbrzymka uciekła lasami na Kętrzyn, w pobliżu którego skonała. I Kętrzyn, ówczesny Rastenburg, ma w swoim herbie niedźwiedzicę bez przedniej łapy. Bośniacy z Sensburga przynieśli obciętą łapę burmistrzowi. Ten kazał przybić ją na drzwiach ratusza. Tak stała się herbem miasta. Brr, krwawa historia, dziś zupełnie niemożliwa, bo kto by teraz łapę niedźwiedzia do drzwi przybijał? Ekolodzy by to zaraz nagłośnili, i bardzo słusznie. Zresztą niedźwiedź brunatny jest pod ochroną! Opowiedziałam tę historię Hansowi, a właściwie przypomniałam, bo znał ją z dzieciństwa.

– Popatrz, i nadal ta łapa wisi na drzwiach ratusza. Tyle że rzeźbiona – zaśmiał się mój teść.

– I nalewka miodowa też przetrwała. Już wtedy otrzymała nazwę niedźwiedziówka, z litewskiego meschinkes. Ludzie ją robili, pili na rozgrzewkę i dla zdrowia oraz podawali zacnym gościom, co by nama nie zachorzali.

– Naprawdę? Ciekawe, jak ta wódka smakuje?

– Kiedyś był to likier. Mogę ją zrobić, dawniej wiele razy ją przyrządzałam ze spirytusu, miodu i soku cytryny. Jest pyszna. Rozgrzewa.

– Zrób koniecznie. Popróbuję tej sensburgskiej wódki.

– Skoro już tu jesteśmy, zajdźmy do apteki, muszę kupić leki.

– Jasne, chodźmy. Nie spieszy nam się przecież.

Zaszliśmy do tej apteki, która była najbliżej. Tuż za ratuszem, w szeregu starych kamienic – nazywa się Pod Orłem. To pierwsza w mieście apteka. Do dziś można w niej zobaczyć elementy dawnego wystroju. Lady, półki, a na nich brązowe buteleczki o pięknych kształtach.

Weszliśmy do środka. Nabrałam w płuca powietrze. W starym wnętrzu pachniało jak dawniej, gdy byłam mała i z mamą przychodziłam tu z receptami. Był to zapach starego pomieszczenia, robionych leków, drewna i czegoś jeszcze, ulotnego, trudnego do nazwania. Nie wiem, czy Hans również pamiętał ten zapach, czy przed wojną w aptece pachniało tak samo? Ja pamiętałam. Spojrzałam na dół. Podłoga też była ta sama, co kiedyś, z dobrze zachowanej kamiennej mozaiki. I moje myśli, pod wpływem zapachu i klimatu tego miejsca, pobiegły wstecz, do czasów mego dzieciństwa.

Robienie zakupów w tej aptece było wtedy bardzo skomplikowane. Najpierw stało się w jednej kolejce do okienka z eskulapem. Pani za ladą przyjmowała zamówienie na leki i pisała ceny na karteczce. Potem z tą karteczką szło się do kasy, która stała w rogu pod oknem. Tam się płaciło i wracało do okienka. Farmaceutka wydawała leki, a dowód wpłaty nabijała na ostry, metalowy szpikulec, przymocowany do drewnianej podstawki. Pod koniec dnia karteczki już nie mieściły się na druciku. Kolejki w aptece były zawsze. Najdłuższe, gdy przywieźli watę. Oj, co się wtedy działo! Pamiętam, że niektóre nauczycielki zwalniały nas z lekcji, by im tę watę wystać w kolejce. Ja jeszcze wtedy nie rozumiałam, po co im tyle waty. Na choinkę? Świadomość przyszła potem. Z tą wacianą choinką to pamiętam jeszcze inną opowieść. Babcia wysłała moją koleżankę do apteki po watę. Bo chciała udekorować nią świąteczne drzewko. Koleżanka stała oczywiście w kolejce, a kiedy wróciła, oznajmiła babci:

– Waty nie było, ale pani mi dała podpaski!

Na szczęście był to ten rodzaj środków higieny, złożony z kiepskiej jakości skłaczonej waty, zawiniętej w gazę. Dziś nie do pomyślenia, by coś takiego sprzedawać. Babcia koleżanki wyciągała z gazy białe kłębki i przyczepiała na gałązki, śmiejąc się przy tym do rozpuku.

Teraz jest w aptece jedna pani do wszystkiego: wydaje leki, wylicza resztę i jeszcze doradza. Tak jak dziś, gdy kupuję syrop przeciwkaszlowy dla Martina.

– Kaszel suchy czy mokry? A osoba dorosła czy dziecko? Jeśli kaszel trwa już dłużej, warto iść do lekarza. Może to coś poważniejszego.

Dziękuję pani za troskę, to miłe. Martin ma tylko zwykłe przeziębienie, pewnie złapał coś od swoich uczniów. Byleby tylko mnie lub Hansa nie zaraził!

Wychodzimy. Mój teść jest wyraźnie wzruszony. Opowiada, że przypomniały mu się jego pierwsze wagary, które spędził w pobliżu tej apteki. Nie poszedł na lekcję muzyki, usiadł na schodach przed wejściem do domu nauczycielki i obserwował, jak mleczarz nalewa biały płyn do podstawianych przez mieszkańców baniek. Jak ludzie zajeżdżają tu wozami, zaprzężonymi w konie, i idą do apteki po leki lub bandaże.

Tych bandaży w Sensburgu na szczęście nie brakowało. Uprawa lnu była tu bardzo popularna, niektórzy mieszkańcy miasteczka i okolic z tego tylko żyli. Apteka Pod Orłem skupowała od nich te lniane dobra. Czasem ktoś coś kupił na jarmarku, a były też i takie lata, że w miasteczku organizowano włókiennicze jarmarki. Jaką żmudną drogę musiał przejść len, zanim stał się pięknie wyhaftowanym obrusem! O swoim szacunku do lnianych wyrobów opowiedział mi kiedyś repatriant, pan Ryszard Bitowt, który mieszka w maleńkim domu z czerwonej cegły, tuż przy wyjeździe na Kętrzyn.

Pan Ryszard ma wielką pasję – gromadzenie wszelkiej historii o mieście i regionie. W domu ma mnóstwo kronik, starych gazet, pamiątek. Za domem natomiast ma garażowe muzeum, w którym zebrał tysiące eksponatów. O każdym z nich coś potrafi opowiedzieć, jak o dzieżce do chleba, wieszakach z napisem Sensburg, sierpach czy podróżnej maglownicy. Najchętniej jednak mówi o tkactwie, wydał nawet niewielką kolorową książeczkę na ten temat, a przedwojenne krosna stoją w jego muzeum w najbardziej eksponowanym miejscu.

To jego zbieractwo kosztowało majątek, jednak pan Ryszard nie przywiązuje dziś do tego wagi. To kolejny pasjonat Mazur – tyle że nie zbiera pocztówek, jak Wojtek, a przedmioty. W naszych mazurskich stronach nie brakuje takich ludzi. W wielkim mieście pewnie zginęliby w anonimowym tłumie – tu z radością opowiadają o sobie. Pan Ryszard ma swój świat i własne niezłomne przekonanie, że to, co robi, jest potrzebne. Uczył mnie historii w szkole podstawowej. W Mrągowie każdy go zna. Gromadzi wszystko, co jego zdaniem ważne, i swoim eksponatom oddał największą życiową przestrzeń. Aż żal, że z tych przedmiotów nikt jeszcze nie stworzył lokalnego muzeum! Panu Ryszardowi do życia potrzeba doprawdy niewiele: skromna kuchnia i mały pokój. Jest w tym człowieku przedwojenna prostota, dziś już rzadko spotykana. I ta charakterystyczna kresowa gościnność, którą częstuje wszystkich, nawet przypadkowych znajomych.

Opowiadam o nim memu teściowi. Słucha mnie z uwagą i przytakuje głową.

– Chętnie bym go kiedyś poznał. U nas nie spotyka się na co dzień takich ludzi. Ja przynajmniej nikogo takiego nie znam. Rzadko kiedy ktoś robi coś wielkiego nie tylko dla pieniędzy – mówi do mnie. Obiecuję, że kiedyś go zaprowadzę do tego małego domku z czerwonej cegły.

I poszliśmy dalej wąskimi uliczkami miasta, a Hans z dziecięcą ciekawością patrzył na balkony, okna, fronty kamienic.

– Nie mogę się napatrzeć, choć byłem tu ostatnio z panem Czesławem. Szkoda, że moja Erika tu nie może ze mną być – w oczach zakołysały się niebezpiecznie łzy. Zmieniłam temat.