Dom na Wygonie - Katarzyna Enerlich - ebook + książka

Dom na Wygonie ebook

Katarzyna Enerlich

4,5

Opis

 

Dalsze losy kobiet z rodziny, której korzenie sięgają drewnianej chaty w sercu Puszczy Białej. Stanisława, Marianna, Nadzieja… kto jeszcze pojawi się w ich życiu?

 

Ta część sagi rozgrywa się w latach 1973–1980 w małym mazurskim Mrągowie i okolicach. Tłem opowieści są prawdziwe wydarzenia, przewijają się autentyczne postaci. Kobiety, które chcą przeżyć swoje życie jak najbliżej Natury, zostają wrzucone w ciężkie realia PRL. Kolejki, kryzys, trudności ze zdobyciem czegokolwiek i lęk przed tym, co i komu można powiedzieć. Czy można zaufać komuś innemu niż członkom własnej rodziny?

 

W życiu Marianny pojawia się jasny promień – od śmierci męża, działacza partyjnego, samodzielnie stawiała czoło codzienności. Czy po tylu latach umie jeszcze kochać? Czy potrafi podzielić swoje życie na dwoje?

 

Akuszerka z Sensburga, Ziele Marianny i Dom na Wygonie to opowieści o trzech kobietach – bardzo różnych, a jednak tak samo silnych poprzez związek z Naturą. Jak ona – przetrwają każdy czas i zrobią wiele, by iść własną drogą.

 

Autorka zapowiada kontynuację cyklu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (64 oceny)
39
21
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JolaK1960

Nie oderwiesz się od lektury

Miło się słuchało. Dziękuję za książkę. pozdrawiam
00
KorienOlven

Dobrze spędzony czas

Kobiety z rodu Stasi, tym razem w czasie PRL, tworzące, kochające i żegnające to, co odchodzi. Opowieść o sile ducha połączona z historią powojennych Mazur.
00
amadea2017

Z braku laku…

Tylko dla zabicia czasu. Styl i fabuła przypomina wstępniaki "Przyjacióki", którą kilka razy przywołuje autorka powieści.
00
ole5ka

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna ❤️
00

Popularność




Las nad wygonem szumiał wciąż tak samo – zupełnie jak dziesięć lat temu, a pewnie i sto lat temu, bo niektóre drzewa puszczańskie liczyły grubo ponad wiek. Ten sam równy dźwięk, jakby ktoś przeciągał gigantycznym smyczkiem po wiekowych pniach. Towarzyszyły temu trzaski leśnego majestatu – korony drzew chwiały się mocno, a wystarczyło spojrzeć w górę, by zakręciło się w głowie od tego miarowego bujania.

Gdyby zaś spojrzało się z góry na wygon, to za niewielką połacią lasu widać byłoby niepozorny domek, jeden z tych zwanych kochówkami, które Gauleiter1 Prus Wschodnich, Erich Koch, kazał budować najuboższym. Małe prostokątne budowle, mające pomieścić jedną robotniczą rodzinę, miały każdemu dawać szansę na własny dach nad głową. W tych kochówkach toczyło się nieraz życie całego pokolenia – a nawet i kilku pokoleń. Po wojnie stały się niemymi pomnikami dawnych mieszkańców i ostoją marzeń tych, którzy na tę ziemię nastali.

Taka właśnie kochówka, jedna z wielu, powstała ongiś na Klonku, a zmyślny gospodarz posadził przy niej krzaki dzikiego bzu i kilka drzewek owocowych, tworząc tym samym mały sad. Nie wiedział jeszcze, że nie dla siebie i swoich pokoleń go sadzi, ale dla tych, co tu po nim przyjdą i znajdą klucz, zatknięty pod framugą domu. Nie on miał posiąść ten dom na zawsze, ale inny ktoś, o kim wtedy jeszcze nie mówiły gwiazdy.

Kochówek powstawało wokół mnóstwo, wszystkie były do siebie podobne, jednakowo proste, niewielkie, choć kilkuizbowe. Te izby często były tak małe, że porządnej szafy nie dało się zmieścić, żeby jeszcze przejście było, dlatego też kochówki dla ubogich były, co szaf zdobnych dębowych nie trzymali, a jedynie byle jakie, sklecone z desek, oby tylko ubranie schronić, by się nie kurzyło.

Dom to zawsze najważniejsza potrzeba ludzkiego życia. Dobrze, jeśli w dobrym miejscu stoi, w takim, co to się od razu poczuło, że tu musi stać, choćby nie wiem, co się działo. Czasem ludzie doznają czegoś w rodzaju olśnienia i widzą oczyma wyobraźni swój dom właśnie w tym, nie w innym miejscu. Tamta kochówka stanęła zaraz za zakrętem, pod rozłożystym klonem. Klonów w ogóle rosło wokół dużo, toczyły na wiosnę swe słodkie soki, a potem latem śmieszyły seledynowymi noskami, przyklejanymi do dziecięcych nosów. Stąd się właśnie wzięła nazwa osady – Klonek, co wyrosła w pustym miejscu w środku Puszczy Piskiej. Jak się okazuje, nie wszystko wzięła puszcza w swe władanie i w miejscach, gdzie były rozległe polany, osiedlali się chętnie ludzie. Wiatry tu nie dochodziły – te mazurskie, często niszczące. Las zapewniał ciszę i bezpieczeństwo i jeśli się z nim dobrze żyło, był jak miękka otulina z zeschłych liści, którą dawniej ogacano domy. Jeśli jednak las się przeklinało albo nie dziękowało mu za hojne dary, potrafił rozgniewać się na człowieka i zabierał mu to, co najdroższe – zdrowie, a czasem nawet i życie.

W to wszystko wierzył prosty lud z Zełwąg, Klonka i okolic, rybacy znad jezior Inulec i Płociczne, wiejskie zielarki, poutykane w starych chatach jak źdźbła w siennikach. Do lasu trzeba mieć szacunek i respekt, bo był on jak kolejny mazurskie demon, obok Kłobuka i Smętka.

Cała opowieść, spleciona z puszczańskimi lasami, wonnymi ziołami i prostym życiem zgodnym z porami roku zaczyna się od niewielkiej chaty w środku lasu, niedaleko obecnych Babięt. To w tej chacie zamieszkała była mniszka starozakonna Galina, której ani zakon nie służył, ani pełniona w nim funkcja klasztornej zielarki. Związała się z Marcinem Gramsem, tamtejszym gospodarzem, i rozpoczęła nowe życie – do jakiego była od początku stworzona. Kiedy się zamknęli w leśnej chacie przed światem, nie spostrzegli nawet, że na świecie wybuchła wojna. Żyli jak zawsze – codzienną krzątaniną w obejściu. Mieli własne: mleko, miód, ziarno, wełnę, warzywa, mięso, zioła, a las dawał im całą resztę. W trzydziestym dziewiątym słyszało się wprawdzie w okolicy o niepokojach, ale kto by się tym zajmował, skoro inwentarz w środku lasu czekał, skoro ziemię trzeba było chronić przed inwazją olszyn, buków, grabów albo sosen – samosiejek. I tak zamknęli się na cztery spusty z dala od ludzi, którzy – jak się okazało – wcale im potrzebni do szczęścia nie byli. Kiedy przybyła do nich Marianna, córka jedynej Galinowej przyjaciółki, Stasi, pomieszkującej niegdyś w klasztorze po przybyciu z Mazowsza, dowiedzieli się dopiero, co się na świecie dzieje.

Ileż zła się przetoczyło przez świat – uświadomiła im Marianna, która nade wszystko chciała odnaleźć matkę. To jednak nie było możliwe, bo w Sensburgu mogło być niebezpiecznie – a tam właśnie, w szpitalu, pracowała Stasia. Jeszcze przed wojną była znaną akuszerką, teraz zajmowała stanowisko u boku doktora Wolfa.

Marianna znalazła bezpieczną przystań na wyspie – w chacie smolarza. Przydała się ta chata w chwili, gdy trzeba było wraz z Gramsem przeczekać, aż pójdą sobie Sowieci, którzy pewnego dnia naszli Galinę. Jeden z nich był ranny – kobieta pomogła mu, dzięki czemu przeżyła. Kiedy odjechali, Marianna z Marcinem wrócili do chaty w lesie.

Po wojnie udało się wszystkim spotkać, a leśna chata stała się ostoją całej rodziny. Wkrótce pojawił się w niej Wojtek – oddany przed lat syn Galiny, która zgwałcona, musiała jako mniszka ukryć swój stan przed światem. Przybrani rodzice Wojtka zostali zastrzeleni i dzięki pomocy Stasi chłopak odnalazł swoją prawdziwą matkę. A potem rodzina powiększyła się o parobka Witka, który w przypływie czułości do wiejskiej sklepowej spłodził jej dziecko. Kiedy sklepowa zmarła, stał się jedyną rodziną dla syna – Jerzyka. I jego przygarnęła Galina, traktując jak własnego wnuka.

Po śmierci Marcina i Galiny leśna chata została sprzedana, Witek z Jerzykiem wyjechali do niewielkiej osady pod Zełwągami, gdzie mężczyzna został zatrudniony jako pracownik leśny, a chłopak poszedł do szkoły. Stasia przeszła na emeryturę, pożegnała na zawsze swojego męża, doktora Wolfa, potem Wilkowskiego, Marianna – również przedwcześ­nie owdowiała – prowadziła sklep zielarski „Ziele Marianny”, a jej córka Nadzia właśnie zdała maturę. Teraz, po śmierci Galiny, jedyną ostoją rodu kobiet-zielarek była Stasia.

Cała opowieść w końcu zamknie się w lesie koło Zełwąg, gdzie trafił mały Jerzyk z ojcem swoim Witkiem. Chłopak poszedł do szkoły w Zełwągach, choć do niedawna jeszcze był uczony w domu i mówiło się, że umysł ma niezwykły i do zwykłej szkoły się nie nadaje.

Nie miał jednak Witek ani czasu, ani możliwości Jerzyka dalej w domu kształcić, bo wiejska szkoła była malutka, nikt tu się „takimi” nie zajmował i musiał się Jerzyk do nowej sytuacji dostosować. W szkole przeważnie milczał, na pytania nie zawsze odpowiadał i widać było, że panujący w niej rejwach wyprowadza go z równowagi. Potem, jak już wracał do Klonka, podwożony przez kogoś z tamtych stron, albo czasem się napatoczyła jakaś służbowa bonanza, siedział cały dzień w domu, patrzył w okno, grał w szachy ze sobą albo bawił się swoim pugilaresem. Miał go jeszcze z dzieciństwa i był to jedyny przedmiot, który pozwalał mu się uspokoić – bywały bowiem dni, że mały Jerzyk był bardzo nerwowy i pobudzony, zwłaszcza gdy nie wszystko znajdował na swoim miejscu.

Nauczyciele wiedzieli o dziwnym umyśle Jerzyka i często patrzyli przez palce na brak pracy domowej albo dziwne rysunki w zeszycie, przepuszczali go z klasy do klasy, a kiedy zauważali, że koledzy szkolni zaczynają chłopcu dokuczać, nieraz karali ich drewnianym liniałem.

Tymczasem jego ojciec Witek popadł w dziwne środowisko. Po latach pracy u Galiny w gospodarstwie, gdzie sam był panem swego czasu, teraz musiał nauczyć się pracy w grupie, z mężczyznami i kobietami dość przypadkowymi. Nic dziwnego, że coraz częściej zaglądał do kieliszka, co zauważyła niemal od razu podczas pierwszej u niego wizyty Marianna. Przyjechała z Nadzią zaraz po jej maturze, na początku wakacji 1973 roku, by zobaczyć, jak też w Klonku się urządzili. Witek był nieco wczorajszy i to ją zaniepokoiło. Wrócił już taki z pracy, można było więc sądzić, że i w pracy popijał. Wtedy po raz pierwszy zaniepokoiła się o Jerzyka. Samotny ojciec z dorastającym dzieckiem, na dodatek niestroniący od kieliszka – to mogło się źle skończyć.

Dom, który dostał Witek od leśnictwa, stał na skraju lasu, zaraz przy piaszczystej drodze. Wchodziło się do niego prosto z tej drogi, więc nawet z odśnieżaniem nie mieli problemów, jeśli wcześniej przejechał tędy jakiś pług. Mała to była osada, zaledwie kilka domów. Witkowe obejście było niewielkie i przedzielone piaszczystą drogą. Dom z prawej strony drogi, a po lewej mała stodoła, chlew i komórka. Niezbyt wygodne, że przez drogę trzeba przejść, jak u innych przez podwórko. Sad był tuż za domem, a między drzewami, na niewielkiej skarpie widniały ruiny poniemieckiego siedliska. Na tych ruinach bawił się mały Jerzyk, gdy ojciec był w pracy. Budował tam sobie jakieś trasy, strzelał z kapsli, czasem wznosił fortece z kamieni. Najlepszym towarzystwem był sobie sam – nie garnął się do rówieśników.

Mariannie podobało się tam i przez chwilę nawet pomyślała, że mog­łaby w takim miejscu zamieszkać. Albo gdzieś w okolicy. „Ileż tu wokół kwietnych łąk, ileż zielarskich stanowisk” – myślała. Wiejskie pochodzenie z wiekiem odzywało się w niej – i choć Mrągowo nie było dużym miastem i na jego obrzeżach żyło się wręcz jak na wsi – ludzie mieli tam swoje chlewiki, hodowali kury i gotowali z nich niedzielne rosoły, to jednak lata przeżyte w Suwinie, a potem czas wojny spędzony w chacie Galiny zostawiły w niej sentymentalny osad – i teraz, im robiła się starsza, tym bardziej ją do takich miejsc ciągnęło.

Tak. Chciała zamieszkać na wsi. Wiedziała, że kiedyś zrobi to na pewno. Musi tylko jeszcze trochę popracować, poczekać, aż Nadzia się usamodzielni, ale kiedyś na pewno opuści miasto.

Chociaż nie mogła powiedzieć, lubiła je. Kiedy w nim zamieszkała, zaraz po wojnie, wydawało się jej takie szare, ponure, tajemnicze. Było niemal wyludnione – część kamienic w kompletnych ruinach, spalona lub zburzona, ściany straszyły pustymi oknami. Ludzie zadomawiali się w jakiejś panice, jakby ktoś im kazał na siłę, pełni obaw o kolejną wojnę. Szabrownicy mieli raj – kradli wszystko, co się dało. Wystarczyło przez nieuwagę coś gdzieś na chwilę zostawić, a zaraz ginęło – walizka, rower, całkiem jeszcze dobry kożuch, buty związane sznurowadłami.

Z czasem miasto zaczęło się zaludniać. Rządzili w nim Rosjanie i to oni wytyczali wszelkie granice. Ty możesz, a ty nie możesz tu mieszkać – tak to mniej więcej wyglądało. Nim nastała polska administracja, minęło trochę czasu. Mariannie udało się znaleźć pracę w magistracie – umiała pisać na maszynie.

Wspominała często, jak mieszkali w domu na Wolności, który kiedyś należał do Fabera. Dostali na ten dom przydział, a Niemiec miał się wynieść. Epidemia cholery zniweczyła plany, żona Fabera umarła, a on został – ileż wtedy podjęli starań, by wykazać, że Faber jednak się jeszcze przyda. Stał się częścią rodziny – dla Marianny był kochanym wujkiem, dorastała z nim. To był trudne czasy, choć wspominała je z wielkim sentymentem.

Rozmyślała o tym, kiedy wracały z wizyty u Witka. Nadzia odezwała się nagle, wyrywając ją z zadumy:

– Przemyślałam to wszystko, mamuś.

Marianna spojrzała na nią zdziwiona.

– Ale co, kochanie, przemyślałaś?

Nie wiedziała, o czym mówi córka, tak pochłonęły ją wspomnienia i marzenia o przeprowadzce na wieś.

– Nie złożyłam dokumentów na studia. Nie chcę tracić czasu.

– Tracić czasu?! O czym ty mówisz?!

– Ano o tym, że nie wszyscy idą na studia. Ja też nie muszę. Chcę pracować, mamo. Zarabiać na siebie.

– Nadziu, przecież miałaś takie plany!

– Miałam, ale już nie mam. Chcę być dorosła.

– Możesz być dorosła, studiując.

– To nie to samo. Chcę na siebie zarabiać i myślę, że tata byłby z tego zadowolony. – Dziewczyna wciąż powoływała się na autorytet nieżyjącego Wojtka. Mariannie to, co właśnie usłyszała od córki, nie mieściło się w głowie. Tak bardzo chciała, by choć jedna osoba w rodzinie miała wyższe wykształcenie.

– Ależ wręcz przeciwnie! Co ty mówisz?! Tata zawsze pragnął, żebyś studiowała!

– Tata zawsze chciał, żebym była szczęśliwa. Przede wszystkim. Myślę, że będę szczęśliwa, pracując.

Marianna posmutniała. Liczyła na to, że choć o jej córce ktoś powie kiedyś: pani magister. Tymczasem… Nadzia miała w głowie zupełnie co innego.

– Zatem… co chcesz robić? – spytała, usiłując ukryć rozczarowanie. – Gdzie chcesz pracować?

– Myślę, że znajdzie się dla mnie miejsce w naszym sklepie?

Marianna nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Nadzia chce zostać na miejscu i prowadzić ich rodzinną firmę? Może to wcale nie jest zły pomysł? Kiedyś trzeba będzie pomyśleć o emeryturze. Kto wtedy przejmie firmę? Skoro nie chce iść na studia, to może rzeczywiście niech robi coś pożytecznego? Pamiętała, że jeszcze niedawno Nadzia wzbraniała się przed prowadzeniem sklepu zielarskiego, a teraz odmieniło jej się. Chce być kolejnym pokoleniem zielarek?!

– Ale… – bąknęła zaskoczona, spoglądając na córkę. Trochę obawiała się, że ta może z niej żartuje.

– Nie mów, że się nie cieszysz?

– Ależ… Cieszę się… – wydukała.

– Więc tak mnie witasz na pokładzie „Ziela Marianny”?

Roześmiały się obie. Przygarnęła dziewczynę i potargała jej sztywną, ciemną czuprynę.

Wjeżdżały do miasta. Właśnie minęły wiadukt, za którym zaczynało się Mrągowo. Znów były u siebie.

– Myślę, że powinnyśmy wpaść do babci, by jej o tym powiedzieć.

Marianna skinęła głową.

– Jedźmy zatem do niej. – Zacisnęła dłonie na kierownicy. Słyszała gdzieś kiedyś takie zdanie, że dzieci nie wychowujemy dla siebie, lecz dla świata. Takie chwile, jak te, jej to przypominały. Nadzia nie zostanie panią magister, pocieszające więc było choć to, że chce prowadzić rodzinną firmę. Jak przyjmie taką rewelację mama? Wydawało się, że zawsze świetnie rozumie Nadzię, czy jednak podzieli entuzjazm wnuczki i spodoba się jej taki plan na przyszłość?

Stasia siedziała w kuchni, pochylona nad listem od Krystyny, dawnej przyjaciółki, u której mieszkała w czasie wojny, gdy była jeszcze akuszerką. Krystyna, Polka z pochodzenia, wyszła za mąż za niemieckiego oficera. Mieszkali w pięknej kamienicy naprzeciwko Ratusza, po której teraz nie został nawet ślad. Kiedy weszli Sowieci, Krystyna musiała uciekać do Niemiec – jako żona oficera nie miała szans na normalne życie. Wróciła po trzydziestu prawie latach, wraz z wnukiem Kurtem. Pierwsze kroki w dawnej ojczyźnie skierowała od razu do Stasi – pytała o nią wszędzie. Natknęła się na Mariannę. Cóż to był za zbieg okoliczności! Marianna przyprowadziła do domu matki zadbaną, elegancką starszą panią, mówiąc, że podaje się za jej znajomą.

Stasia nie poznała przyjaciółki. Patrzyła zdziwiona, kogóż to prowadzi jej córka. Domyśliła się, że jakąś Niemkę, bo była inaczej ubrana. W Polsce ludzie siódmym zmysłem poznawali sąsiadów zza zachodniej granicy. Dopiero gdy tamta kobieta uśmiechnęła się, Stasia zobaczyła w jej twarzy coś znajomego, jednak nie potrafiła tego z nikim powiązać.

– Przepraszam, ale… – zająknęła się, ale tamta nie dała jej skończyć:

– Krysia Bahr. Pamiętasz?

Stasia zaniemówiła… Tak! Przecież to ona, tamta dama, żona niemieckiego oficera! Od razu wspomniała ból, jaki poczuła, gdy zobaczyła, że kamienica Bahrów spłonęła. Jak płonęły miękkie kanapy, barwne obrazy i grube plusze. Dziś miejsce po niej wyłożono płytkami z betonu. Szło się tędy na molo, czasem przystawał tu pan Leon ze swoim obwoźnym stanowiskiem z watą cukrową albo pani Helcia z saturatorem.

– Krysia… Ależ tak! – wyjąkała Stasia i rzuciła się eleganckiej pani na szyję.

Dziwnie razem wyglądały. Tamta z wielkiego świata, pachnąca mocnymi perfumami, zadbana i Stasia – niska, drobna, wręcz chuda, w spranej domowej sukience i zaczesanymi niedbale w kok włosami. To było jak spotkanie dwóch światów. Obserwował je kątem oka młodzieniec w zagranicznych dzwonach, żujący gumę.

– To mój wnuk. – Niemka pokazała na niego dłonią i spojrzała na Stasię wyczekująco.

– Wnuk? Ale ty przecież…. – chciała powiedzieć, że Krystyna nie miała dzieci, a żeby mieć wnuka, trzeba mieć co najmniej jedno dziecko.

Dawna przyjaciółka przerwała jej nagle, może nawet zbyt nagle. Jakby chciała coś zataić.

– Na imię mu Kurt, po dziadku…

– Mamy sobie dużo do opowiedzenia, Krysiu – wyszeptała Stasia, obrzucając wzrokiem gości. Liczyła na to, że już wkrótce dowie się, o co chodzi.

– To my sobie pójdziemy, mamo. Zaproś gości na herbatę i umówcie się jakoś. Ja zabieram Nadzię i już nas nie ma – odezwała się wtedy Marianna, czując, że jej matka chce zostać z przybyłą sama. Wizyty Niemców w Mrągowie stawały się coraz częstsze i nikogo nie dziwiły, a matka przecież mieszkała tu jeszcze przed wojną, gdy miasto nie było polskie.

Młodzieniec stał znudzony, oparty o framugę, jakby manifestował w ten sposób swoją przynależność do lepszego świata. Krytycznym wzrokiem zmierzył stojący w kącie pokoju telewizor, zlustrował stan mebli, pozostawiający wiele do życzenia, aż wreszcie zatrzymał wzrok na Nadzi. Wydawała mu się jedynym interesującym w tym miejscu obiektem, więc lekko skrzywił usta, podał dłoń w jej kierunku i przedstawił się:

– Kurt Bahr.

– Nadzia Jaskuła.

Spróbował wymówić jej imię i nazwisko po polsku – zabrzmiało to dość zabawnie, na co ona zaśmiała się głośno.

– Moje imię znaczy Nadzieja.

I przetłumaczyła je na niemiecki.

Znała ten język, choć go nie lubiła. W mieście jednak sporo osób się nim jeszcze posługiwało, choć nieoficjalnie, no i przydały się lekcje z liceum – te były traktowane nieco po macoszemu. W szkole liczył się głównie rosyjski, ale skoro w liceum był nauczyciel niemieckiego, trzeba się było uczyć. Ci, którzy nie lubili tego obowiązku, pocieszali się, mówiąc, że trzeba przecież znać język wroga.

– Piękne imię – powiedział młodzieniec, wyciągając z obcisłej kieszeni dżinsów opakowanie miętowych gum i częstując nimi Nadzię. Przyjęła chętnie zielony listek i od razu przełamała go na pół. Połowę wsadziła do ust, rozkoszując się obcym smakiem, a drugą połowę schowała do kieszeni. Kurt, widząc to, chciał jej oddać całe opakowanie, ale machnęła tylko ręką, śmiejąc się z jego ofiarności.

– Dziękuję. Nie trzeba. Chciałam sobie tylko zostawić na potem.

Schował opakowanie i oparł się o ścianę, wracając do oglądania wnętrza. Ten dom wydawał mu się zaniedbany, szary i bardzo skromny, jak całe to miasto i cały ten kraj. Ester na pewno by się tu nie podobało.

Ester. Jego młodzieńcza miłość. Piękna, wysoka i długonoga blondynka, marząca o karierze modelki. Najpiękniejsza w szkole. Rodzice lekarze, dom na obrzeżach Frankfurtu, w najlepszej dzielnicy. Nie wątpił, że czeka go z nią świetlana przyszłość, zwłaszcza że panna skłonna była do zamążpójścia. Pewnie teraz tęskniła za nim, nie mając pojęcia, w jak daleką i dziwną podróż się wybrał, ponieważ tego bardzo pragnęła jego babcia. Owszem, wiedziała, że jadą do Polski, ale nie znała szczegółów ich wyprawy, a już na pewno nie miała pojęcia, jaki to kraj. Ale on nie mógł babci odmówić, zwłaszcza że to ona zawsze miała dla niego czas i pieniądze, a nawet te dżinsy, co je miał na sobie, mu kupiła. Babcia była dla niego zawsze najlepsza i wyrozumiała, nie trzymała w ryzach jak ojciec i kiedy był mały, to do niej biegał wyżalić się na cały świat. Ta miłość w nim została i choć babcia była już, jego zdaniem, bardzo stara, jednak miał do niej ogromny sentyment.

Podróż bardzo go zmęczyła, chociaż przyjechali nowym mercedesem ojca, i teraz marzył tylko o tym, żeby znaleźć się już w hotelu. Ucieszył się więc, kiedy usłyszał, że babcia odmówiła dziś gościny, podziękowała za herbatę i umówiła się z tą swoją znajomą na następny dzień o dziewiątej w jej domu. Miał ją tu tylko przywieźć i zostawić. Ten plan mu nawet pasował – ucieszył się na cały dzień wolny. Będzie mógł odpocząć po podróży, może przejdzie się po mieście, a już na pewno wyśpi.

Kiedy wychodzili, nagle przyszło mu coś do głowy. Zwrócił się w kierunku Nadzi i śmiało zaproponował:

– A może ty, w czasie gdy nasze babcie będą sobie wspominać stare czasy, pokazałabyś mi miasto?

Właściwie od razu pożałował tej propozycji. Miał przecież odpocząć i marzyć o Ester, a tymczasem zaproponował tej czarnowłosej, mającej niemal męskie rysy i nader skromnie ubranej Polce, której daleko było do jego blond piękności, wspólny spacer. Już wcześniej zauważył, że w tym kraju wszyscy byli jacyś szarzy i smutni. Jakby z jednej matrycy. Było jednak za późno, by się wycofać. Dziewczyna zgodziła się, ku jego zdziwieniu, dość chętnie.

– Naturalnie, z przyjemnością oprowadzę cię po mieście. Zobaczysz, jakie piękne jest Mrągowo.

„Nie wiem, czy takie piękne” – pomyślał. Tak ponurego miasta nigdy jeszcze nie widział.

Hotel, w którym byli zakwaterowani, też okazał się nader skromny, choć położony w samym centrum. Nazywał się Tourist, mieścił się w starej kamienicy i tylko z nazwy był europejski. Wewnątrz wszystko wydało się Kurtowi dość staroświeckie, jak to określił, a w niewielkiej restauracji menu mało wyszukane. Mieli zarezerwowane dwa pokoje. Wyposażone w niewielkie tapczaniki, stolik, lampkę i szafkę, przypominały mu raczej pokoje w podrzędnym internacie. Nie było nawet telewizora! Widok z okna wychodził na ulicę i inne kamienice, na których dole były sklepiki. I chociaż zabudowa przypominała tę w małych niemieckich miasteczkach, tu było jakoś surowo, mało barwnie i Kurt, choć bardzo się starał, nie mógł wykrzesać w sobie za grosz entuzjazmu do tego miejsca.

Wieczorem do hotelu i restauracji zaczęli schodzić się pojedynczy goście i do pokojów na piętrze zaczął dobiegać gwar. Kurt próbował zasnąć, ale czy to zmęczenie po podróży, czy też może uciążliwa muzyka i kroki na korytarzach nie pozwalały mu na odpoczynek. Natomiast jego babcia zasnęła niemal od razu. Zresztą ona nigdy nie miała kłopotów z zasypianiem.

Była zmęczona, ale i szczęśliwa. Czuła coś w rodzaju spełnienia – oto wróciła po niemal trzydziestu latach do miasta swojej młodości i szczęś­liwego życia z Kurtem, do czasów, kiedy poznała młodziutką Stasię. To wyzwoliło w niej takie pokłady czułości, że ukołysana nią, nie zwracając uwagi na niezbyt ciepłą wodę w kranie, spraną pościel i twarde łóżko, zasnęła niczym w bezpiecznej przystani.

Śniadanie było – jak dla nich – raczej skromne. Rozgotowane serdelki, kałuża z musztardy (była najlepsza ze wszystkiego, takiej – musieli przyznać – w Niemczech nie mieli), kromka jasnego chleba, kawałek masła i kawa. Na szczęście dość mocna. Po skromnym posiłku, a tak marzyła się im jajecznica na bekonie, wsiedli do auta zaparkowanego pod budynkiem i pojechali do Stasi. Czekała już na nich… ze śniadaniem. Przyjemny zapach roznosił się po całym domu i od razu poczuli, że ich marzenie spełni się choć częściowo. Stasia szykowała jajecznicę na cebulce.

– Nadzia zaraz przyjdzie, to sobie pójdziecie oglądać miasto, ale głodnych was nie wypuszczę – oświadczyła zdecydowanie Stasia, gdy w pierwszej chwili podziękowali za posiłek.

– Kurt trochę zna polski, czasem go uczyłam, ale nie chce się przyznać, że rozumie – roześmiała się Krystyna, gdy chłopak trącił ją łokciem, by tłumaczyła słowa gospodyni.

Posiłek jedli powoli, z nich wszystkich jedynie Iwan miał apetyt. Stasia uratowała mu kiedyś życie – był sowieckim żołnierzem, który ranny trafił do szpitala w Sensburgu. Jego stan wydawał się beznadziejny, lekarz machnął na niego ręką, ale Stasia uparła się i wyleczyła go okładami z czosnku. Zyskała tym jego wdzięczność i choć znajomość z sowieckim oficerem, zwłaszcza po wojnie, nie przydawała jej chluby, to jednak Iwan okazał się nie raz pomocny. Po wojnie jako pracownik ministerstwa pozostał w Warszawie, po latach wrócił do Mrągowa i zawalczył o owdowiałą Stasię. Nie przypominał już w niczym dawnego wojskowego – jakby cieszył się, że czasy się zmieniły i może żyć w spokoju na mazurskiej prowincji.

Zerkał na gości niechętnie i nie odzywał się niemal wcale. Kiedy dowiedział się, kim jest Krystyna, nie zamierzał z nimi rozmawiać. Miał widać jakieś stare uprzedzenia, choć czasy się zmieniły i wolał nie poznawać bliżej gości swojej żony. Po śniadaniu po prostu ubrał się i wyszedł z domu, zabierając kanapki i termos z herbatą.

– Nie czekaj na mnie z obiadem. Pojadę sobie na wycieczkę i zjem coś w przydrożnym barze – szepnął na ucho zaniepokojonej jego wyjściem Stasi. Pokiwała tylko głową. Może to i lepiej, że mężczyzny nie będzie w domu, dzięki temu mogą sobie swobodnie porozmawiać.

O wpół do dziesiątej zjawiła się Nadzia. Jakże inna była niż poprzedniego dnia! Włosy starannie umyte, błyszczące i świeże, na sobie miała ładne dżinsy, choć nie oryginalne, i białą męską koszulę. Lekki makijaż, perfumy… Wyglądała… no, pięknie. Kurt miał w pamięci wczorajszy widok dziewczyny – nieciekawie ubranej szarej myszki – i dziś był mile rozczarowany. Chciał teraz jak najszybciej opuścić ten skromny dom i wyjść z Nadzieją na zalaną majowym słońcem ulicę.

Dopiero gdy Stasia zamknęła za nimi drzwi na zasuwę, nastąpiło prawdziwe, pełne radości powitanie.

– Stasiu, kochana, żebyś wiedziała, przez co ja przeszłam. Nikomu nie powiedziałam, nikomu. Tylko tobie jednej mogę… tyle lat, tyle lat – łkała Krysia, tuląc do twarzy dłonie Stasi.

Uciekła przed Rosjanami jako jedna z pierwszych z miasta, na przekór władzom. Te kazały im zostać w Prusach, wmawiając ludziom, że nic im nie grozi, ale ona, dzięki znajomościom w niemieckim wojsku, dostała informację, że za wszelką cenę powinna wyjechać, i to jak najszybciej, jeśli chce ocalić życie. Kazali im iść na północ, nie wiedziała dokąd. Nie miała żadnej mapy, nie znała terenu. Szli na oślep – ona i jeszcze kilkanaście osób. Początkowo próbowała przedostać się do Polski, przecież miała tam rodzinę, ale wszyscy jej to odradzali. Tylko do Niemiec – słyszała i posłuchała. Była żoną niemieckiego oficera, w Polsce więc byłaby uznana za wroga.

– Dzięki temu, że uciekłam tak wcześnie, ocaliłam życie. Jestem tego pewna. A już na pewno moje szanse były większe niż innych – mówiła cicho. – A i tak nie było łatwo, bo takich jak my wędrowało wtedy całkiem sporo. Drogi były zawalone trupami, wszędzie potykaliśmy się o zwłoki. Pogubiliśmy się, zostałam całkiem sama. Przyjęli mnie na swój wóz jacyś ludzie, którzy uciekali do rodziny do Bytowa. Zabrałam się z nimi. Dotarliśmy tam w lutym. Nie wyobrażasz sobie, co się tam działo. W rowach leżeli ludzie i padłe zwierzęta. Najgorszy jednak był widok małych dzieci. Ileż ich tam było! Śni mi się to do dziś. Niewinne twarze, malutkie rączki, których już nikt nie przytuli, nie pocałuje… Okazało się, że rodziny tych ludzi, z którymi jechałam, już w Bytowie nie ma i stamtąd też nam przyszło uciekać. Chaos był wielki, a najgorzej miały właśnie dzieci, bo gubiły się w tłumie. Płakały i czepiały się niemal każdego. I wtedy tam, w tym Bytowie, złapał mnie za rękę taki mały, dziewięcioletni chłopiec, Gerd. Wyszło akurat rozporządzenie gauleitera, żeby te małe dzieci bez rodziców grupować pod względem wieku. Do czterech lat oddzielnie, potem starsze do dziesięciu. Najstarsza grupa to były dzieci do czternastego roku życia. Gerd miał trafić do tej drugiej. Dzieci wysyłano do domów dziecka i zakładów opiekuńczych, miały tam pozostać aż do znalezienia rodziny. Akurat szłam tamtędy, gdy ich grupowali i wtedy Gerd podbiegł do mnie, złapał za rękę, wołając głośno: Mama, jesteś nareszcie! Nie mogłam postąpić inaczej. Zrobiłabyś to samo. Wzięłam Gerda i od tamtej chwili zaczęłam go traktować jak własne dziecko. Był w nim tak silny instynkt przetrwania, nigdy nie nastręczył mi żadnych kłopotów. Pokochałam go jak własne dziecko, rodzone, którego nigdy nie miałam… – Krystyna zawiesiła głos. Stasia spojrzała na nią. Już wiedziała wszystko.

– Piękny gest z twojej strony. Zachowałaś się naprawdę wspaniale. Dzięki tobie Gerd miał normalne życie. Tak, bez wątpienia przeżyliście koszmar. Bardzo się o ciebie martwiłam, gdy zobaczyłam, że ciebie nie ma i twojego mieszkania już też nie. Nie było dnia, bym o tobie nie myślała. Tak się cieszę, że cię widzę, że mogę cię dotknąć, porozmawiać z tobą. Tak wiele o tobie myślałam… Czy Kurt wie, że nie jest prawdziwym twoim wnukiem?

– Nie. Gerd nie chciał mu powiedzieć. To jego decyzja. Pragnął, by syn żył szczęśliwie w prawdziwej rodzinie. By nigdy nie musiał pamiętać o dramacie, jaki przeszedł jego ojciec.

– No tak, jest to jakaś racja. Jednak może lepiej byłoby, gdyby wiedział?

– I co mu to da? Rodzice Gerda zginęli tam, w Bytowie. Jemu udało się uciec. Schował się w skrzyni na kartofle.

– I co było dalej? – dopytywała ciekawie Stasia.

Krystyna upiła łyk herbaty. Nie była tak aromatyczna jak ta w Niemczech, w smaku przypominała raczej siano. Jednak najważniejsze, że była pita w tym domu, w obecności Stasi. Mogłaby pić choćby sam wrzątek…

Opowiadała więc dalej.

Dzieci przeznaczone do transportu stały na mrozie. Ubrane byle jak, głodne i zrozpaczone, garnęły się do siebie jak dzikie zwierzątka. Nikt się nimi nie przejmował, kilkadziesiąt z nich zamarzło. Pochowano je wtedy naprędce, w byle jak wykopanych grobach. A potem przyszło coś jeszcze gorszego. Radzieckie naloty.

– To było, o ile dobrze pamiętam, pod koniec lutego. Ukryliśmy się w piwnicy jakiegoś domu na obrzeżach miasta. Dobrze, że nie poszliśmy wtedy dalej, bo okazało się, że młyn za miastem został ostrzelany i wraz z nim uciekinierzy. Ginęli ludzie, a my siedzieliśmy jak szczury, przerażeni i codziennie żegnający się z życiem. Gerd co jakiś czas wybiegał z ukrycia, żeby zdobyć pożywienie. Muszę przyznać, że wykazywał się większym sprytem ode mnie. Potrafił zmieścić się w każdej szczelinie, gdyby nie on, umarlibyśmy z głodu. Odkrył, że niektóre stare ziemne piwnice, pozamykane przed rabusiami na kłódki, miały gliniane ściany. Wydłubywał w nich otwory i wślizgiwał się. Przynosił ziemniaki, buraki i marchew. Bywało, że zeschłe i zmarznięte, jednak myśmy się tym nie przejmowali. Byleby tylko nie jeść nic spleśniałego, bo od tego dostawało się biegunki. A w tamtych warunkach byłby to koniec. Jedliśmy, co tylko się dało. Któregoś dnia Gerd utłukł borsuka. Co za uczta wtedy była! – Nawet teraz miała łzy w oczach, kiedy o tym mówiła.

Wiedzieli, że kiedyś naloty muszą się skończyć. Niemieccy żołnierze dezerterowali, niektórych za to wieszano. Okoliczna ludność miała zakaz przyjmowania ich na kwatery.

– Jeden z nich przybłąkał się wtedy do nas, Josef. Przebraliśmy go w jakieś łachmany. Młody był, na pewno czekała na niego w Niemczech matka. Uradziliśmy, że najlepiej, jak będziemy mówić, że to francuski parobek, niemowa. Pomagał jak mógł, przede wszystkim w zdobywaniu pożywienia.

W marcu rozpoczęto masową ewakuację ludności. Kobiety, dzieci i starcy oraz cudzoziemscy pracownicy mieli pierwszeństwo. Krystynie z przybranym synem i parobkiem–niemową udało się wydostać. Uciekali w kierunku Gdyni i Lęborka, a każdy towarzysz podróży, który do nich dołączał, stawał się najbliższą rodziną i przyjacielem.

– Ludzie pomagali sobie wzajemnie, dawaliśmy sobie ubrania. Marzliśmy wszyscy, a najgorzej w nogi. Udało się nam znaleźć jakieś łachmany, żeby zawinąć odmrożone stopy, bo buty były już kompletnie dziurawe. Mały Gerd rozebrał jakiegoś martwego chłopca w jego wieku z całkiem dobrego kożucha i potem całą drogę chełpił się nim. Przynajmniej było mu wreszcie ciepło. Potem z innych trupów ściągaliśmy buty. Nikt się nie zastanawiał, że wkłada stopy do butów jeszcze niedawno noszonych przez kogoś, kto już był martwy. Przy jednym z trupów Josef znalazł pistolet, dzięki czemu poczuliśmy się nieco bezpieczniej. Swojej broni już dawno nie miał – wyrzucił ją razem z mundurem. Jak przy drodze leżało dziecko zawinięte w koc, to myśmy ten koc zabierali, żeby było cieplej w nocy. Spaliśmy w stodołach lub szopach albo i pod gołym niebem. Nie wyobrażasz sobie, cośmy wtedy przeszli!

Udało się im dostać do jednej z transportowych ciężarówek i dojechali nią do Słupska. Wtenczas Krystyna przyznała się, że jest żoną niemieckiego oficera i podróżuje z synem i pracownikiem, a wojsko zabrało ich swoją ciężarówką do Gdyni. Tam musieli zdobyć bilety na statek. Josef miał zaszyte w podkoszulku pieniądze. Przeznaczył je na bilety2.

– Gdyby nie on, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się z nami wtedy stało – mówiła dalej Krystyna.

Im się udało. Wygrali życie i jako jedni z nielicznych dotarli w komplecie do Niemiec. Josef pożegnał się z Krystyną i pojechał na północ, a ona ruszyła do Frankfurtu do rodziny swojego męża.

– A twój mąż? Co z nim się stało? – dopytywała Stasia.

– Wyobraź sobie, że wrócił! Szukaliśmy się przez Czerwony Krzyż. Rodzina męża – ciotka z wujkiem, zajęła się nami. Nie powiedziałam im, że Gerd nie jest naszym dzieckiem. Mały tak bardzo zżył się ze mną, że nie miałam sumienia go porzucić. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by był szczęśliwy i zapomniał o okrucieństwie wojny. Chciałam też, by rodzina przyjęła go jak swego.

Kurt Bahr odnalazł ich dwa lata po wojnie – Krystyna mieszkała już wtedy w wynajętym pokoju i znalazła pracę w szpitalu. Gerd chodził do szkoły. Któregoś dnia, wieczorem, kiedy jedli kolację, ktoś zapukał do drzwi. Gerd pobiegł otworzyć i wtedy zobaczył obcego mężczyznę. Prawie łysego, wychudzonego, bez lewej ręki.

– Mamo, ktoś do ciebie – wyszeptał przerażony, a Krystyna ledwo rozpoznała w tym wraku człowieka swojego silnego i przystojnego męża.

Talerz wypadł jej z dłoni… Zauważyła pytające spojrzenie Kurta… Gdyby chłopiec był młodszy, mógłby ją posądzić o zdradę, jednak wiek chłopca wskazywał na to, że urodził się jeszcze przed wojną.

– To nasz syn, Kurcie. Sierota z Bytowa.

Zaakceptował ten stan, bo był obojętny na wszystko. Dla niego liczyło się tylko, że przeżył. Wiedział już, że po czymś takim, czego doświadczył, niewiele rzeczy ma jeszcze znaczenie. Kurt wrócił bowiem prosto z obozu jenieckiego. Przez kilka dni tylko spał i jadł, chowając chleb do kieszeni spodni. Nie odzywał się, choć słuchał, co opowiadała mu Krystyna. Pierwsze kroki skierował do ciotki i wujka, a oni dali mu adres Krystyny. Nie chciał u nich zostać, pragnął jak najszybciej zobaczyć się z żoną. Może dlatego nie zdążyli mu powiedzieć, że czeka na niego również jego syn.

Mijały miesiące, a z Kurtem wciąż nie można się było porozumieć. Całymi dniami leżał w łóżku, a nocami męczyły go koszmary. Nie odzywał się, nie interesował się tym, co robi Krystyna, z czego żyją, skąd ma na chleb, który on je codziennie. Krystyna wreszcie wezwała lekarza, a ten określił stan zdrowia jej męża jako dość dobry.

– To jego głowa choruje. Trzeba udać się do psychiatry.

Trafił do szpitala psychiatrycznego i już z niego nie wyszedł. Zmarł na atak serca, pół roku po przyjęciu. Krystyna została sama z małym Gerdem pytającym o tatę. To zadziwiające, jak szybko chłopiec uznał ich za prawdziwych rodziców. Wyparł z siebie wojenny koszmar. Dostał rentę po ojcu, bo w dokumentach został wpisany jako prawowite dziecko Bahrów.

– I tak skończyło się moje małżeństwo, Stasiu. Chociaż ono skończyło się już wtedy, kiedy Kurt poszedł na wojnę, bo z niej wrócił wrak, nie człowiek. Patrzył na mnie jak na obcą, siedział tylko w oknie i kruszył chleb. Wiem, że ludzie przeszli większe piekło, ja dostałam ciężar, jaki byłam w stanie unieść. Uwierz mi jednak, więcej bym chyba nie uniosła…

Nawet teraz, opowiadając tę historię, drżała cała. Stasia przygarnęła ją do siebie. Ona też zapragnęła wyrzucić z siebie to wszystko, co sama przeszła podczas lat wojny, ale nagle poczuła, że nie powinna, że nie wypada, bo w gruncie rzeczy ona nikogo nie straciła, a tymczasem Krystyna po tylu latach wciąż opłakiwała swoje wdowieństwo.

– Co było dalej? Opowiedz.

– Nie ułożyłam sobie życia z nikim. Postanowiłam być sama i poświęcić się Gerdowi. To wspaniały syn. Niejeden rodzony taki nie jest. Młodo się ożenił, zakochał się w pannie z sąsiedztwa, nie było rady. Okazało się, że dziewczyna jest w ciąży i tak oto pojawił się w naszej rodzinie Kurt. Takie imię wybrał mu Gerd.

– A jego prawdziwi rodzice? Nie wspominał o nich?

– Wiesz… On chyba skutecznie wyparł tamten czas. Ja nie mówiłam, nie pytałam, a on sam niechętnie wracał do czasów z Bytowa. Z czasem stał się szczęśliwym dzieckiem – widziałam, jak na nowo nauczył się uśmiechać, jak nabrał pewności, że jest dla mnie ważny i że go naprawdę kocham. Oboje musieliśmy się nauczyć żyć na nowo i obojgu nam nie było łatwo. Ale mieliśmy siebie. Potem założył rodzinę, wyprowadził się, urodził się Kurt. Pokochałam go największą miłością. Gerd i żona pracowali, ja w każdej wolnej chwili chętnie zajmowałam się wnukiem. Z czasem otworzyłam własny sklep z materiałami i kiedy zatrudniłam pracownicę, miałam więcej czasu. Teraz skończył już dziewiętnaście lat, studiuje i ot, cała moja historia.

– A co będzie, jeśli się dowie, że Krystyna nie jest jego prawdziwą babką? – zapytała nagle Stasia.

– Nie ma takiej możliwości. Nikt o tym nie wie. Zaczęliśmy nowe życie w Niemczech i Gerd nigdy się do tego nie przyzna. Wiesz o tym tylko ty. Nawet rodzina mojego męża nie ma pojęcia. A on zabrał tajemnicę do grobu. Chcę, by tak zostało. Ja również zabiorę tę tajemnicę ze sobą.

Stasia zastanowiła się.

– Może to i lepiej – powiedziała po chwili.

– Ale teraz ty opowiedz, co się z tobą działo. To niezwykłe, że tu zostałaś. Prawdę mówiąc, byłam niemal pewna, że wrócisz do rodzinnej wioski.

– Tak się jakoś ułożyło. Najpierw zastała mnie tutaj ta cała wojna, potem, po wojnie, byłam potrzebna w szpitalu. A wreszcie tu wszędzie już była Polska, po co więc miałam wracać?

I popłynęła z jej ust opowieść o minionych latach. Opowieść, którą kiedyś tak bardzo chciała podzielić się ze swoją przyjaciółką.

Był to dla nich obu czas niezwykły. Zobaczyły się po trzydziestu niemal latach, były zupełnie innymi kobietami niż wtedy, gdy Stasia pomagała Krystynie wyzdrowieć. Bo wtedy zaczęła się ich przyjaźń – zapoczątkowana jeszcze przed wojną. Stasia została bowiem sprowadzona do schorowanej Krystyny – żony niemieckiego oficera. Szybko połączyła je przyjaźń, a Krystyna – jako wysoko postawiona w mieście osoba – pomogła Stasi rozpocząć nowe życie w Sensburgu. Rozdzielone pod koniec wojny – Krystyna uciekła, Stasia została, niosąc pomoc w szpitalu i ukrywając się w ruinach – często wracały myślami do dawnych lat. Stasia zastanawiała się nie raz, czy jeszcze kiedyś będzie jej dane spotkać swoją przyjaciółkę.

– Ten kraj… U nas mówi się, że jesteście w kolejnej niewoli – Krystyna dopytywała Stasię. Ta kiwała tylko głową.

– Bo tak jest. Nie można tego mówić głośno, ludzie, którzy walczą z systemem, są represjonowani. Więzienia, bicie, szykany. O tym się nie mówi, nie pisze, po prostu się wie. Trzeba siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą, i robić swoje. Ale ja mam ciągle wrażenie, że jesteśmy pod kolejną okupacją, najdłuższą w naszej historii.

– A ten twój mąż. Trzeci. Mówisz… Rosjanin.

– Tak. Nie osądzaj. Kto tu nie żył, nie wie, jak tu było. I jak jest.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

1 (niem.) naczelnik okręgu

2 O losach mieszkańców Bytowa przeczytać można w książce LudnośćcywilnaBytowaiokolicwprzededniuwyzwolenia, wydanej przez Szkołę Podstawową nr 2 w Bytowie w 2004 roku. Jej autorami są nauczyciele historii ze Szkoły Podstawowej Nr 2 w Bytowie: Krzysztof Melchert i Beata Wilczewska-Ryżycka.

PODZIĘKOWANIA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Copyright © 2021, Katarzyna Enerlich

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych - również częściowe - tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

Zezwalamy na udostępnienie okładki w internecie.

ISBN: 978-83-7779-731-0

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska Studio

Zdjęcie na okładce: iStock Photo

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Aneta Pudzisz