Akuszerka z Sensburga - Katarzyna Enerlich - ebook
Opis

Stanisława, młoda kobieta z Mystkówca Starego w samym sercu Puszczy Białej, zbiera zioła i marzy o tym, by zostać pielęgniarką. Niestety, życie nie układa jej się tak, jak by tego chciała. Kiedy  nagle umiera ukochany mąż Edmund, a na świat przychodzi córeczka Marianna, młoda kobieta musi stawić czoła nowym wyzwaniom i zapomnieć o marzeniach.

Niespodziewanie dla samej siebie zostaje akuszerką i pod okiem wiejskiej „babki” doskonali umiejętności lecząc ziołami. We wsi pojawiają się nowi sąsiedzi, przybyli z Prus Wschodnich i opowiadają jej o tej nieznanej krainie a w niej niewielkim mieście Sensburg (obecne Mrągowo), gdzie ludzie żyją zupełnie inaczej. Stanisława postanawia wyjechać z rodzinnej wsi i osiąść właśnie tam. Akurat w nieodległej od Sensburga wsi Eckertsdorf (dzisiejsze Wojnowo) planowane są obchody 100-lecia osadnictwa staroobrzędowców, a tamtejszy klasztor poszukuje akuszerki i zielarki, która mogłaby pomóc siostrze Galinie. Stanisława postanawia wybrać się w daleką podróż, która zmieni jej życie.

Powieść pachnie ziołami i jest przesycona prawdziwymi opowieściami mieszkańców Prus Wschodnich. Pokazuje świat wiejskich zielarek i akuszerek, który wprawdzie już odszedł, ale wciąż jeszcze powraca w ludzkich wspomnieniach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ratusz w Sensburgu

Pierwszy jechał wóz. Zbita z desek trumna ułożona na warstwie słomy podskakiwała na nierównościach. Niewielki tłumek ubranych na czarno żałobników zawodził smętną pieśń. Dźwięki rozpływały się jednak w strugach deszczu i wsiąkały wraz z wodą w ziemię.

Kondukt dotarł na miejsce. Słychać było lament kobiety w czerni i ciche smarkanie. Pieśń ucichła.

Ksiądz mówił nad trumną, a kobieta w czerni patrzyła na niego dziwnym wzrokiem, jakby chciała coś zmienić w jego słowach, przerwać mu i dopowiedzieć coś od siebie. Potem drewniana skrzynia powoli zsuwała się do grobu, spuszczana na grubych linach. Nagle jeden koniec sznura wysunął się z dłoni krzepkiego mężczyzny i trumna spadła z nieprzyjemnym hukiem. Drzazgi z rozbitych desek zajaśniały na dnie. Kobieta osunęła się na ziemię. Ktoś uchwycił ją za ramię i odsunął na bok. Metaliczne dźwięki uderzania szpadli o ziemię ocuciły ją. Jęczała jeszcze przez chwilę, ale nie pozwolono jej podejść do grobu. Stare baby w chustkach ukradkiem robiły znaki krzyża.

Słomę, na której przywieziono trumnę, ludzie zanieśli na stertę pod wiekową lipą.

– Dokładnie zbierzcie. Wszystko. Po tym, co się stało nad grobem, nieboszczyk może zacząć jeszcze bardziej straszyć. Niech tutaj przysiądzie i odpocznie zmęczony duch zmarłego. Niech nie opuszcza swego grobu i nie przychodzi już do rodziny. Zaklinam go na słomę zmarłych. Amen – powiedział ktoś.

Zebrali do ostatniego źdźbła. Na ciemnej, lekko przegniłej już stercie jaśniała nowa słoma. Ktoś to kiedyś zasypał ziemią i nazwał Pagórkiem Słomy Zmarłych. Stało się to w 1846, rok po tym, jak w Uszranken1 zatrzymał się Fryderyk Wilhelm IV.

Kobieta odeszła na czele konduktu i wsiadła na wóz. Odjechała. Ludzie się rozeszli.

Kilka miesięcy później ta sama kobieta wyruszyła o świcie, przez nikogo nie niepokojona, w podróż w nieznanym kierunku. Na wozie miała jakieś szmaty i worki oraz kilka większych rzeczy, wszystko przykryte kapami. Nikt nie mógł zauważyć wciśniętego między nie tłumoczka. We wschodzącym słońcu kontury były jeszcze niewyraźne. Dzień zapowiadał się mglisty. Mgła była sprzymierzeńcem kobiety.

Pojechała drogą na Sensburg2.

I tyle ją widziano.

1 Nazwa Użranek do 1881 roku [wszystkie przypisy pochodzą od autorki].
2 Mrągowo.

Sensburg–Königshöhe, styczeń–luty 1945

Ziemisty zapach dopalających się ruin, przesycony drobinkami kurzu, unosił się w powietrzu mimo bezwietrznej pogody. Skute mrozem przestrzenie, które jeszcze kilka dni temu były ulicami, trwały w bezruchu. Wieża ratusza bieliła się jak żagiel, zegar jednak nie wybijał już godzin. Kamienice naprzeciwko dopalały się, wsączając w nocne niebo tumany czarnego dymu i smrodu. Czarny kot, tak wychudzony, że widać było tylko kosteczki poruszające się pod wyliniałym futrem, wspinał się bez celu po zwalonych murach jednej z kamienic.

Tam go wypatrzyła. Miała w sobie tę samą zwierzęcość co on, jednak nieco więcej sprytu i sił. Ukryta za wyrwą w ścianie, trzymała w dłoniach brudną szmatę. Nieświadomy niczego kot wspinał się dalej. Wychyliła się odrobinę i zarzuciła na niego brudną płachtę. Pisnął tylko jak wtedy, gdy był jeszcze mały i matka chwytała go za miękką skórę na karku. I tak samo zadyndał w powietrzu, znieczulony smrodem ze szmaty i zaskoczony czyjąś obecnością. Nawet nie poczuł, jak chwytliwe palce skręciły jego głowę tak bardzo, że aż coś pękło. Czas życia kota nieuchronnie się skończył.

Ukryła się potem w jednym z ocalałych mieszkań przy Niedergasse3, gdzie od kilku dni koczowała, przerażona tym, co działo się w mieście. Obserwowała stąd przez małe okienko marsz rosyjskich wojsk, słyszała huk dział ostrzeliwujących kamienice wokół ratusza – między innymi tę, w której do niedawna mieszkała.

Na piętrach znajdowały się stanowiska ogniowe karabinów maszynowych, Rosjanie nie mogli więc podchodzić zbyt blisko. Użyli dział i niemal do samych piwnic zniszczyli te najpiękniejsze i najwyższe budynki na rynku. Huk i dym docierały do jej kryjówki na Niedergasse.

Rozpaliła ogień pod ocalałą płytą. Za podpałkę służyła jej szmatka znaleziona na podłodze. Stary żeliwny garnek, odkryty w rogu kuchni, stał teraz na czarnej fajerce. Topniał w nim lód z pobliskiego jeziora, powoli zamieniając się w szarą breję.

Bała się i była bardzo głodna. Płakała. Mięso było suche, o dziwnym smaku. Na powierzchni wody pływały nieliczne oczka tłuszczu. Szkliste od mrozu powietrze przenosiło ten zapach szczelinami między domami, smuga snuła się między nieruchomymi jabłoniami na tyłach kamienicy i docierała aż do popękanych wiekowych wierzb, wśród których schroniły się przerażone łabędzie – te jeszcze nieupolowane przez wygłodniałych ludzi.

Tymczasem nad miastem stała pomarańczowa łuna. Unosił się swąd spalonych domów i ludzkiego dobytku. Jeszcze niedawno na wąskich uliczkach rozbrzmiewały dźwięki damskich obcasów, turkotały koła wozów, szurały ciężkie buty wojskowych. Teraz popiół kłębił się i wirował w rytm zimnego wiatru z północy. Ten sam wiatr przekroczył już dawno granice miasta i niepokoił okoliczne wsie i cmentarze – jakby w przeczuciu, że już wkrótce wszystko się tu zmieni i należy jeszcze pożegnać się z tym, co właśnie dobiega końca. Ciemność zaczynała się dopiero przed Königshöhe4. Nad ledwie widoczną w blasku księżyca drogą odcinał się Totenstrohberg – Pagórek Słomy Zmarłych. Ciemne kontury cmentarnych krzyży znikały w ciemnościach.

Północny wiatr dotarł i tutaj. Złotobiałe ździebełko słomy, cudem wyrwane spod śniegu, uniosło się na jego podmuchu lekko jak skrzydło ważki. Podskakiwało rytmicznie, ocierało się o kamienie i nadmuchane od pól zaspy. Wraz z wiatrem pojawiło się w opustoszałej wsi. Na moment zatrzymywało się na zwisających z dachów soplach, ześlizgiwało się po nich i płynęło dalej.

Zawirowało jeszcze ostatni raz w ciężkim od mrozu powietrzu i wpadło na werandę drewnianej chaty. Tu północny wiatr już nie mógł się wcisnąć. Ździebełko spadło na ręcznie tkany sfatygowany dywanik, służący zapewne mieszkańcom do wycierania zabłoconych butów.

Chata wyglądała na opuszczoną, choć odnosiło się wrażenie, że jeszcze niedawno ktoś tu mieszkał. Stojące w oknach muszkatle5 nie całkiem zmarzły – zwiotczały tylko nieco, przechylając się na boki, jednak wciąż jeszcze ich kontury były widoczne przez szybę, choć wyrok na ich zaokrąglone listki został już wydany.

Ogień pod płytą wygasł, a w garnku na płycie schły resztki krupniku. Niedbale rzucona na łóżko chusta leżała jakby w oczekiwaniu, że ktoś ją na siebie narzuci. Ramiona kobiety, do której należała chusta, trzęsły się właśnie z zimna w jednej z ziemianek, wykopanej przez zapobiegliwych sąsiadów w odległym o kilka kilometrów lesie, niedaleko Schwarzwaldu6. Jakiś mężczyzna podał jej wełniany sweter, który szybko naciągnęła na drobne, wychudzone ciało. Wyciągnęła rękawy i otuliła się nimi. Ziemianka była mała i ponura, powietrze gęstniało od ludzkich oddechów i niemytych ciał. Ktoś pocieszał, że to tylko na trochę, że jeszcze wrócą do własnych domów, ale ona przestała już w to wierzyć. Była przekonana, że zginie tu marnie z zimna i głodu. Ich racje żywnościowe były niewielkie, zapasy znikały w oczach. Suchary i suszone mięso, jakieś konserwy i kiszonki, ziemniaki w płóciennych workach, mąka i makaron. Zatęskniła za pozostawionym na płycie gęstym krupnikiem. Czy to możliwe, że już nigdy nie przywita nim swojego męża Joachima?

– Marion, zjedz coś. – Mężczyzna, który oddał jej sweter, podawał teraz parującego jeszcze ziemniaka. Gotowali nocami, żeby nie było widać dymu. Bali się, że w dzień żołnierze mogliby odkryć ich kryjówkę, choć dochodziły ich wieści, że Armia Czerwona przetoczyła się już na zachód.

„Jeśli Seehesten7, to może i Königshöhe” – wyrażali nieśmiałą nadzieję. Wciąż marzyli o tym, by wrócić do siebie, do swoich domów i gospodarstw. Ona, Marion, też myślała tylko o tym. Dokąd bowiem będzie kierował kroki Joachim wracający z wojny? Jedynie do ich chaty na krańcu wsi, tej z niewielkim gankiem od południa. Tak bardzo lubił siadać na schodkach w pełnym słońcu i wygrzewać się z burym kocurem na kolanach. Kocura już nie ma; zginął w czterdziestym roku pod kołami nowoczesnego auta, które późnym wieczorem przejechało przez wieś, niepokojąc wszystkich mieszkańców. Podobno jakiś ważny Niemiec przejeżdżał tędy do Gross Jauer w interesach. Okazało się potem, że to właśnie on ufundował dla kościoła w Königshöhe nową tablicę pamiątkową z napisem: Zur Erinnerung an den vierhundertjährigen Geburtstag des Dr Martin Luther aus freiwiligen Gaben erbaut. Eine feste Burg ist unser Gott. 1895.

Poprzednią ktoś zniszczył. Ludzie mówili, że to jakiś przybysz z Mazowsza, katolicki fanatyk, który chciał sprzeciwić się w ten sposób luterańskiej wierze, powszechnej na tych ziemiach. Coraz częściej pojawiali się w tych stronach przybysze właśnie stamtąd – z okolic Warszawy albo z Puszczy Białej. W miastach dostawali pracę, o ile umieli pisać i znali język, a prości ludzie przeważnie zostawali robotnikami lub służącymi u majętnych Niemców lub Mazurów. Bogatsi uprawiali na wsiach ziemię i hodowali krowy, budowali nowe zagrody lub zajmowali te opuszczone. W obejściu nie mieli takiego ładu co tutejsi, ale nikt tak jak oni nie potrafił przyrządzić kapusty z mięsem i białego barszczu na kurzych żołądkach.

Ziemniak jeszcze parował. Ktoś podał Marion odrobinę soli, poczuła twarde kryształki w palcach. Przyjemne ciepło, przenoszące się od dłoni do reszty ciała, przyprawiło kobietę o zawrót głowy.

Noc była głucha i ciemna. Na chwilę wyszli z ukrycia, by umyć się w przepływającej obok rzece. Było ich tu kilkanaście osób z Königshöhe i okolic. Podobnych ziemianek znajdowało się w okolicy kilka. Ponoć powstały również w okolicach Sorquitten8. Ludzie przygotowali je późną jesienią, kiedy zaczęło się mówić o końcu wojny i klęsce Niemiec. To było już po Nemmersdorf 9. Wówczas zaczęli się bać o swój los. To dlatego zdecydowana większość mieszkańców była już od wielu dni w drodze do Niemiec. Uciekali wozami lub pieszo, kierując się w ciemnych pochodach na zachód. Dwie młode pielęgniarki ze szpitala w Sensburgu, Greta i Inga, zostały skierowane pod koniec stycznia na pokład Gustloffa, który miał bezpiecznie przewieźć ludność niemiecką do nowej ojczyzny. Jechały z innymi na furmance rolnika z Alt Bagnowen10, niewielkiej wsi za Mertinsdorf. Miały wspierać żołnierzy i personel 2 Flotylli Szkolnej Okrętów Podwodnych. Na ten statek uciekało już wielu z tego miasta, w tym Hanna, żona organisty Ritzkowskiego, z trojgiem małych dzieci. Marion także miała jechać z nimi – w ostatniej chwili zrezygnowała. Postanowiła się ukryć i poczekać na Joachima.

Na pewno żył i już niedługo do niej wróci. Plan ukrycia się w ziemiankach początkowo wydawał jej się szaleństwem, ale potem, kiedy znaleźli się kolejni chętni, pomyślała, że razem dadzą radę. Najważniejsze, by kiedyś wrócić do domu – jak już przetoczy się przez świat to całe zło i wróci poprzednie życie. Ma fach w ręku – jest przecież dobrą służącą. A ludzie zawsze będą potrzebować służących. Przetrwa w każdych czasach.

3 Obecnie Dolny Zaułek.
4 Niemiecka nazwa Użranek.
5 Pelargonie.
6 Późniejszy Czarny Las. Wieś w lesie koło Szestna, zlikwidowana po wojnie.
7 Szestno.
8 Sorkwity.
9 Zbrodnia w Nemmersdorf lub masakra w Nemmersdorf – mord cywilnej ludności niemieckiej we wsi Nemmersdorf w Prusach Wschodnich dokonany przez żołnierzy Armii Czerwonej 21 października 1944. Była to jedna z pierwszych miejscowości zmasakrowanych przez Rosjan. Od tamtego wydarzenia ludność Prus Wschodnich obawiała się, że to się powtórzy również w innych miejscowościach. Niewiele się mylili.
10 Obecnie Bagienice.

Puszcza Biała, wieś Mystkówiec Stary, wiosna 1920

Krwawnik pachniał gorzko. Stasia roztarła jego białe kwiatostany w palcach i wciągnęła zapach. Miała wrażenie, że zamienia się w goryczkowe kryształki. Rozejrzała się. Świeżo usypana za domem zbiorowa mogiła była wspomnieniem tego, co wydarzyło się tu podczas wojny. Nie chciała tej mogiły niemal u siebie na podwórku, ale nie miała wyboru. Któregoś ranka znaleziono tu, na piaszczystym rozdrożu, kilka trupów polskich żołnierzy i ludzie ze wsi postanowili zakopać ich właśnie w tym miejscu, na jej ziemi. Nie pytali nawet o zgodę, bo wojna rządzi się innymi prawami. Jej dom był już wtedy prawie gotowy. Okna głównej izby wychodziły teraz na samą mogiłę. Gdyby teraz budowali dom, postawiliby go w zupełnie innym miejscu, jak najdalej od grobu.

„Zły to znak” – myślała. Bała się jednak wypowiedzieć te słowa na głos, żeby się nie ziściły. Nikt się wówczas nie zastanawiał nad tym, że w miejscu mogiły powinien być kwietny ogród. Stasia obsadziła ją mirabelkami i wiśniami, żeby choć trochę było pożytku z ziemi okalającej niewielki nasyp.

– Rośnijcie szybko i zasłońcie mogiłkę – szeptała do ukwieconych pierwszy raz gałązek.

Edmund kończył już budowę domu. Zostało jeszcze tylko trochę pracy w środku – ale od niedawna mieszkali już w niewielkiej izbie i znosili proste sprzęty ze starego domu w środku wsi. Jej pracowity mąż, postawny i zdatny, jak się wówczas we wsi mówiło, był cieślą. Umiał budować domy, ale najmował się również do mniejszych prac. Kiedy bieda przycisnęła, strugał chodaki – ciężkie buty, które ludzie nazywali również klumpami. Miał rude włosy – ludzie we wsi patrzyli na to pewną podejrzliwością. „Nie można takiemu wierzyć”, szeptali po kątach.

Był wszechstronnie uzdolniony. Miał doskonałą pamięć. Cokolwiek usłyszał lub zobaczył – zapamiętywał. Dziwiła się temu Stasia, mówiąc, że taki pamiętliwy. Ciesiółki nauczył się też z pamięci – jako młody chłopak patrzył, jak starsi pracują. Bez notatek, wyliczeń potrafił budować stodoły, domy – jakby mu się coś w głowie układało i samo przeliczało. Nikt wtedy jednak nie tracił czasu na naukę. Czasy były ciężkie, liczyła się tylko praca, która miała zapewnić utrzymanie. Stasia skończyła jedną zimę szkoły, Mundek dwie. Stasia już niemal nie pamiętała liter, Mundek miał w szufladzie stołu zeszyt i ołówek i czasem coś tam zapisywał, ale więcej pracował głową niż notatkami.

Poznali się w kościele w Pniewie. Po mszy poszli nad Prut – niewielką rzekę opływającą wieś od strony Pułtuska. Kiedy Edmund prowadził Stasię po mulistym brzegu, od razu była przekonana, że będzie kiedyś jej mężem. Spotykali się co niedziela na mszy, a potem szli nad rzekę. To była wyprawa na cały dzień. Prawie trzy kilometry jechało się z Mystkówca do Pniewa przez las. Można było wybrać drogę koło leśniczówki albo ceglanką; można też było wyjechać przed samym Pniewem trzecią ścieżką, najmniej znaną. To właśnie w tamtej części lasu będą kryć się podczas wojny partyzanci.

Ceglanka wyłożona była cegłami robionymi w cegielni pod Somianką. Wiodła do dworu w Mystkówcu. Dwór, zbudowany pomiędzy wysokimi brzozami, pysznił się szorstką szarą elewacją na obrzeżach wsi; za nim ciemniała już tylko ściana lasu. Do dworu nie mieli śmiałości chodzić, już raczej do czworaków, gdzie mieszkali dworscy robotnicy. Sam fakt, że ceglankę w tę stronę pobudowali, znaczyło, że ci z dworu to lepsi ludzie, wyżej postawieni, i gdzie tam wieśniakom do nich.

Po tym spotkaniu w Pniewie miłość między nimi rozkwitła na całego. Młodzi szybko podjęli decyzję o ślubie i tak oto niska, drobna dziewiętnastoletnia panna z długim warkoczem przysięgła miłość aż do śmierci trzy lata starszemu rudowłosemu Edmundowi.

Stasia patrzyła z dumą na niewielką, opaloną na ciemny brąz drewnianą chatę z białymi oknami i cieszyła się, że oto ma swoje miejsce. Mieszkali do tej pory z rodzicami, dzieląc izbę i kuchnię. Nie było to dobre dla młodego małżeństwa, zwłaszcza że za miesiąc miało przyjść na świat ich pierwsze dziecko.

Jeśli będzie syn, dadzą mu Stanisław. Jeśli córka – Marianna.

Koniec maja był upalny. Ludzie mówili, że tak rychłe lato to niedobra wróżba dla plonów. Natura zmęczy się za bardzo, a pod koniec lata przyjdą deszcze. Urodzaj może być słabszy i lepiej już wcześniej gromadzić zapasy na trudniejszy rok. Robiły to kobiety we wsi, Stasia również. Układały w komorach, co się dało, i przygotowywały miejsce na jesienne zapasy. Stasia gromadziła również zioła, co już od miesiąca suszyły się w pęczkach w nowej izbie. Dumna była z tej izby bardzo – niewielka, ale czysta. Przybyło im sprzętów. Mieli już dwa łóżka, pobielony piec, masywny stół i trzy krzesła przy nim, pod oknem stał kufer. Na podłodze leżało kilka tkanych chodników, które miały ochronić nową drewnianą podłogę. Ściany pomalowane były na niebiesko – ludzie lubili wówczas ten kolor. Pięknie na jego tle prezentowały się rdzaworude obrazy z Matkami Boskimi i Jezusami w Ogrójcach. Nie wisiały na ścianach; były podwieszone na krótkich sznurkach przymocowanych do gwoździków. Dzięki temu patrzyły jakby z góry na domowników, mając ich stale na oku.

– Jeszcze tylko wykończę powałę i będzie pięknie jak w raju, moja Stasieńko. Dziecko może przychodzić na świat. – Edmund podciągnął do pieca stołek.

– To ja pójdę do obory po wiadro i potem do krowy, póki jeszcze daję radę – odpowiedziała Stasia, wychodząc do sieni. Wisiało tam robocze ubranie i gumiaki uwalone gnojem. Fartuch ledwo się dopinał na jej dużym brzuchu. Chodziła już na ostatnich nogach, kolebiąc się na boki. Oj, czekała czasu rozwiązania, czekała… Niechby już się to stało.

Bała się porodu. Akuszerka Jadwiga Wypyska mieszkała na Wypychach, więc kilka kilometrów od nich. Pochodziła z dworskiej rodziny, ale jej odłam nagle zbiedniał i matka Jadwigi musiała zacząć pracować. Robotę po niej przejęła Jadwiga. Kobiety jej nie lubiły – była szorstka i niemiła w obyciu. Traktowała swoją pracę jak konieczność, a kiedy zdarzało się, że położnica umierała, nie żałowała jej; zrzucała wszystko na wolę Bożą. Nie mieli jednak wyboru, trzeba było na niej polegać. Milsza stawała się dopiero, gdy przyszły ojciec groszem podsypał. Zbierali więc Stasia i Mundek pieniądze do węzełka, by Jadźka dobrym okiem na Stasiny poród spojrzała. Mundek obiecał, że jak tylko się zacznie, od razu po nią pojedzie końmi, i że czujny będzie zwłaszcza w tych ostatnich dniach.

Stasia zabrała widły i poszła do ogrodu – chciała jeszcze w jednym miejscu rozrzucić obornik. Dawno trzeba było to zrobić, ale przez tę budowę domu wszystko się jakoś opóźniało. Niewiele już pracy zostało, Stasia poradzi sobie na pewno sama. A Mundek niech lepiej dom kończy.

Ciepłe mleko spływało jej między palcami. Krowa stała na ugorku za oborą spokojna i ciepła, zapach trawy i rozgrzanej słońcem skóry uspokajał kobietę. Lubiła tę swoją Nutkę – tak nazwała żywicielkę. Dawała im tyle mleka, że spokojnie wystarczało i do picia, i na śmietanę, i na masło. Stasia i sery robiła, jak było trzeba, a nawet czasem coś sprzedała ludziom ze wsi lub na targu w Wyszkowie. Długo było do miasta jechać, toteż rzadko kiedy się wybierała, ale jak już tam trafiła, to zawsze z dobrym groszem wróciła i było co chować do kufra – na akuszerkę, na dom, na krosna i na dziecko, żeby niczego mu nie brakło.

Wydoi i pójdzie do ogrodu. A potem barszcz biały na piecu postawi i zjedzą go z kartoflami.

Lekki wiatr musnął jej skórę; odrzuciła warkocz na plecy i zwróciła twarz ku słońcu. We dworze mówili, że panny ogorzałe są pospolite, ona jednak lubiła te lekkie rumieńce od promieni, które potem barwiły się na rdzawo. Mała jaszczurka smyrgnęła obok wiadra i zastygła na niewielkim kamieniu. Stasia obserwowała ją, jak pod cienką skórą drga w niej miękkie ciało, pulsuje krew. Pomiędzy źdźbłami traw kursowały w tę i we w tę mrówki. Znikały w niewielkich kopczykach ziemi i pojawiały się znowu – pewnie to już były inne. „Czy my, ludzie, podobni jesteśmy do tych mrówek przywiązanych do ziemi i tych wygrzewających się w słońcu jaszczurek?” – pomyślała Stasia.

Nutka jakby też zatrzymała się i nie reagowała na to, że dojenie było skończone. Jakiś hałas wyrwał Stasię z zamyślenia, ale nie potrafiła go zlokalizować. Jakby ze wsi albo z podwórka. Poczekała jeszcze chwilę, ale nie powtórzył się, wstała więc i zabrała wiadro. Odcedzi teraz mleko przez kawałek płótna i naleje trochę do miski Kitajowi, który jakby wyczuł zbliżający się ciepły posiłek i przybiegł prosto z pola.

Mleko chłodziło się po chwili w kance opuszczonej do studni. Stasia, podpierając się na widłach, poszła do ogrodu. Mundek to potem przekopie. Co nie boi się przymrozków, zasiane było już wcześniej. Bób już przebijał przez grudy ziemi, groch też puszczał seledynowe pędy. Warzywo narastającego dnia. Już po letnim przesileniu groch nie wychodzi, choćby nie wiem, jak się starać. Jakby wiedział, że jego czas jest tylko wtedy, kiedy noce wciąż jeszcze dłuższe, a poranki chłodne i rześkie. Jakby wiedział, że kiedy dzień trwa i trwa, nic już po nim na świecie, odkrywają się wtedy jego – grochu – tajemnice. I przestaje rosnąć, zamieniać swoje pędy w rachityczne białe kwiatki, a potem w soczyste strąki, które można zjadać w całości. I zamienia się w brązową grochowinę, którą zapobiegliwe gospodynie zostawiają w ogrodach aż do jesieni, by wzbogacała ziemię w dobre składniki.

Widły w drobnych, ale silnych rękach Stasi chwytały lekko wysuszone już i przezimowane krowie placki i rozrzucały po ogrodzie. Niestrawiona słoma spadała na ziemię, ale Stasia nie przejmowała się tym wcale. Wszystko będzie dobrym pożywieniem pod kolejne zasiewy. Z lubością pomyślała, jak smaczne i chrupkie będą pomidory i ogórki, za których smakiem tak bardzo tęskniła. Całą zimę jedli kiszoną kapustę, ogórków zakisili mniej i wystarczyło tylko do grudnia. Teraz chciało się zielonych warzyw. Sałata już wypuszczała małe rozetki – niedługo zjedzą ją wraz ze szczypiorem i gęstą śmietaną. Wspomnienie tego smaku uświadomiło Stasi, że jest głodna. Teraz, w ciąży, głód chwytał ją nagle i czuła, że natychmiast musi coś zjeść. Cokolwiek. Bodaj pajdę żytniego chleba. Piekła zwykle sama, ale czasem, zwłaszcza w niedzielę, przywozili z Pniewa. Sprzedawał go chłop z wozu – chleb był duży i na liściu chrzanowym. Czasem chłop miał też obwarzanki na sznurku konopnym, które Edmund kupował zawsze do pary i wieszał Stasi na uszach jak kolczyki. Latem w taki sam sposób wieszał jej wiśnie lub czereśnie.

Otrzepała fartuch roboczy i oparła widły o płot z cienkich drewnianych żerdzi. Czas do domu. Powinno się jeszcze znaleźć trochę śmietany. Ukroi pajdę chleba, posmaruje gęstym kremem i posypie cukrem. Nie ma lepszego jedzenia. No, chyba że placek, taki z dziesięciu jajek, co robi jej matka, Krystyna Melion. Zatęskniła Stasia za domem i rodzicami, wiedziała jednak, że teraz nieprędko się spotkają. Każdy ma swoją robotę, trawa rośnie w oczach, wkrótce sianokosy. W tym roku na pewno szybciej, jak wszystko. Nie, nie może teraz odwiedzać matki. To nie byłoby mile widziane.

Ptasi rdest i pięciornik gęsi płożyły się na ścieżce do domu. Ileż to pięknych nazw od zwierząt noszą przeróżne zioła spotykane codziennie na polach i łąkach! Stasia lubiła szeptem przepowiadać ich nazwy, jakby rzucała czarami. Kiedy dotykała pędów, czuła przyjemne ciepło. Lubiła wyciskać między palcami ich soki i wcierać w twarz i dłonie. Pachniała wtedy tak przyjemnie ziemią i zielenią. Zupełnie przypadkiem odkryła, że dwa dni po tym, jak natarła pokrytą dziwną wysypką skórę żółtym sokiem z jaskółczego ziela, wysypka znikła bez śladu. Innym razem, kiedy ukąsił ją komar, przytknęła ziele mięty znalezionej w rowie tuż nad płynącą pod lasem rzeczką. Miętę parzyła też na ból w żołądku, ale i na katar. Lżej się wtedy oddychało i jakby szybciej mijała choroba. Do mięty dodawała również macierzanki, znajdowanej na piaszczystych, nasłonecznionych „dołach”, czyli niewielkiej, pagórkowatej polanie przed dworem. Pasły się tam za dnia dworskie krowy, a wieczorami ludzie palili w tych dołach ogniska, piekli ziemniaki i śpiewali piosenki. Naturalne zagłębienia w ziemi nie pozwalały płomieniom się rozprzestrzeniać. Czasem wystarczyło tylko kilka kamieni i jakaś płyta i można było wygodnie ugotować sobie posiłek na ogniu. Podobno przed wojną tak właśnie gotowali tu zdrożeni wędrowcy.

Macierzanka pomagała nie tylko szybciej wyzdrowieć, ale również wypełniała swoistą wonią i smakiem przyrządzane przez matkę Stasi zupy i pieczenie. To od niej Stasia nauczyła się dosmaczać potrawy ziołami. Posiekana drobno mięta urozmaicała smak białego sera, koper i pietruszka dodane do młodej kapusty sprawiały, że aż w głowie kręciło się z chęci, kiedy z gara na płycie szła aromatyczna para. Chleb z ziarnami czarnuszki lub kminku smakował inaczej niż ten kupowany z wozu. Stasia chciała być dobrą gospodynią i starała się jak najwięcej nauczyć od matki. Edmund doceniał to i całował jej drobne dłonie, gdy stawiała przed nim talerz dymiącej potrawy, choćby to była kasza ze skwarkami.

Tak. Mogła o sobie powiedzieć, że wygrała los na loterii. Wyszła za mąż za mądrego i dobrego człowieka. Koleżanki z sąsiedztwa zazdrościły jej dobrego życia i nowego domu, który pysznił się z daleka, gdy wyjeżdżało się z lasu ceglanką.

„W takim miejscu go postawili, żeby wszyscy widzieli” – syczała zazdrosna sąsiadka.

Dopiero gdy podjeżdżało się bliżej, pojawiał się obok kopiec mogiły i ten widok nie był już taki przyjemny.

Niepokoiła Stasię ta mogiła, ale cóż było zrobić. Kiedyś jednak te mirabelki urosną…

Wracała do domu zmęczona, ale uspokojona dojeniem i pracą. Wolała to zmęczenie od tych nielicznych chwil, kiedy odpoczywała, bo wtedy męczyły ją wyrzuty sumienia, że nic nie robi. Jej dom mimo bliskości ceglanki stał na pustkowiu. Nie miała tu żadnych sąsiadów, do najbliższego gospodarstwa było pięćset metrów – mogła więc sobie dowolnie śpiewać i nie być podejrzaną o pomieszanie zmysłów. Zanuciła piosenkę o słonku, co stoi nisko:

Nisko słonko, nisko

Nisko tam za domem

Stojała dziewczyna, stojała jedyna

Stojała dziewczyna za ogrodem

I przyleciał do niej…

Pchnęła drzwi do sieni i nagle coś ją zaniepokoiło. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że panuje całkowita cisza.

Mundek powinien pracować… W izbie powinien być rejwach. Powinno szurać narzędzie stolarskie, a on powinien pogwizdywać po swojemu. Tymczasem nic takiego się nie działo.

Nagle usłyszała jęk.

Wpadła z impetem do izby, na ile pozwalało jej ociężałe ciało, i aż krzyknęła.

Na podłodze pod piecem leżał jej mąż. Na jego twarzy widniało cierpienie. Uklęknęła przy nim.

– Co ci jest?! Co się stało?! Matko Boska!

– Nic, nic… nie mogę wstać. Spadłem. Drabka11 się przesunęła – jęczał, a na jego czole pojawiły się krople potu.

– Boże, Boże, po pomoc mus biec. Tylko dokąd? Podbiegnę do dworu, może coś pomogą. Konia dadzą! Odpracuję. Do lekarza do Pułtuska…

– Cichaj. Poleżę i przejdzie. Na razie tylko boli w plecach strasznie. Nie ruszaj mnie, bo się podźwigniesz. Na ostatnich nogach już jesteś. Zostaw. Zrobi się lepiej, wstanę.

Ale Stasia już nie słuchała. Wyciągnęła ku niemu drobne dłonie i dalejże taskać12 Edmunda w kierunku łóżka. Jęczał coraz bardziej, a teraz to jakby duszności dostał dziwnych, bo tchu złapać nie mógł. Ani wstać, ani co innego.

– Po pomoc do wsi pobiegnę, kochany mój! – krzyknęła, prostując się.

W tej chwili ból ją silny złapał w dole brzucha, jakby ją gorącym żelazem przypalało, i z wnętrzności rozlał się skurcz tak silny, że przysiąść musiała.

Edmund spojrzał tylko na nią i skrzywił twarz z bólu. Chciał wstać na pomoc, ale coś zakłuło go tak boleśnie w boku, że opadł z powrotem na podłogę. Coraz ciężej mu było oddychać, coraz bardziej bolały go plecy i klatka piersiowa. Leżał, jęcząc, i rozpaczliwym wzrokiem patrzył na Stasię. Tymczasem ona leżała na podłodze pod stołem i trzymała w dłoniach swój wielki brzuch. Dyszała ciężko i przerażona patrzyła to na siebie, to na męża.

– Co ja teraz zrobię?! – krzyczała między skurczami.

– Wołaj o pomoc – wyszeptał z bólem.

– Ratuuunkuuu! Pomocy!!! – rozległ się po chacie rozdzierający krzyk Stasi. Daremnie. Nikt nie nadchodził. Ludzie byli o tej porze w polach albo kręcili się w swoich obejściach, zajęci własnymi sprawami.

– Przeklęte odludzie! – Głos Stasi wchodził na wysokie tony. Opadła na podłogę i dyszała ciężko. Miała wrażenie, że jej miednica pęka na dwoje, że brzuch zaraz się rozłupie, i nagle poczuła wokół siebie mokrą plamę. Wody odeszły. Co będzie się działo w czasie porodu, wiedziała od matki. Ta powiedziała jej kiedyś, że widziała poród, który odbierała stara Wypyska. Że wody odchodzą. Rodzi się dziecko. A potem rodzi się łożysko. I że czasem są komplikacje, bo nie całe wychodzi.

Tyle.

A teraz w jej ciele zaczął się wielki pochód dziecka ku światu, a ona z tak mizerną wiedzą, pozbawiona opieki, leży na podłodze i nie może pomóc ani sobie, ani mężowi.

Edmund tracił oddech, coraz bardziej bladł na twarzy, charczał ciężko i patrzył przerażonym wzrokiem na żonę. Stasia płakała, ocierała pot z czoła i krzywiła twarz w wielkim bólu. Co rusz chciała się podnieść, bodaj podać mężowi kubek wody albo wyjść na próg domu i wołać, wołać do upadłego, niechby ktoś ją usłyszał, ale za każdą próbą wstania pojawiał się ból silny i nieprzebrany, jakiego nigdy jeszcze nie czuła. Nie wiedziała, że taki ból w ogóle jest możliwy. To samo czuła matka, gdy wydawała ją na świat, to samo wszystkie kobiety świata… „Podołam. Wytrzymam. Żeby tylko Edmund przeżył. Żeby mu się nic nie stało…”

I nagle opanował ją strach, że ona sama umrze podczas porodu. Że coś pójdzie nie tak, nie poradzi sobie. Skąd ma wiedzieć, kiedy nadejdzie moment, by dziecko wyciągnąć? Kolejny skurcz przyszedł falą tak silną, że na chwilę strach znikł, a pojawiła się chęć parcia. Poddała się jej, nie miała innej rady. Dziecko szło na świat.

Leżała na podłodze w kałuży wód płodowych i krwi. Edmund mógł już tylko odwrócić głowę w jej kierunku, ale nic nie mówił. Patrzył z przerażeniem, jak żona, leżąc, sięga ręką po prześcieradło z łóżka, jak drze je na kawałki, jęcząc z bólu.

Nadszedł kolejny skurcz tak silny, że kobieta opadła z powrotem na podłogę. Sięgnęła rękami pod spódnicę, zawinęła ją wysoko, obnażając zbolałe krocze. Patrzyła z przerażeniem na męża, że musi być świadkiem tego, co się dzieje z jej ciałem, ale on już nie spoglądał w jej kierunku. Wzrok miał utkwiony w sufit i dyszał ciężko, chwytając rozpaczliwie powietrze.

Jęczała i próbowała palcami wymacać to, co było w środku; wyobrazić sobie, co się z nią dzieje. Palce natrafiły na powiększający się otwór i nagle wyczuła w nim coś twardego. Domyśliła się, że to główka dziecka, naparła więc jeszcze bardziej. Ciało samo podpowiadało jej, co powinna dalej robić. Obudziła się w niej samica wydająca na świat potomstwo. Odszedł strach i lęk przed cierpieniem, a na ich miejsce przyszła wola wydania z ciała tego, co rosło w nim dziewięć miesięcy.

Bóle parte nie były już tak silne, ale była w nich przedziwna moc. Ciało nastawiło się na wypchnięcie dziecka; Stasia zaczęła krzyczeć coraz głośniej. Słońce przesunęło się na niebie, widziała to przez okna izby. Obliczyła, że musi już tak leżeć kilka godzin. Nie zwracała uwagi na Edmunda, bo nagle jej oczom ukazała się mała główka dziecka, którą musiała jak najszybciej wyciągnąć.

Parła i krzyczała, chwytała główkę i ciągnęła na zewnątrz, aż ta wreszcie wydostała się z chlupotem, ciągnąc za sobą resztę małego ciałka w sinoniebieskim worku. Widok był przerażający. Edmund spojrzał jeszcze na drobne plecki dziecka i zaczął charczeć inaczej niż dotychczas. Dopiero wtedy Stasia oprzytomniała i spojrzała na niego, ale on już odchodził do innego świata; patrzył jeszcze po raz ostatni na żonę i małą dziewczynkę leżącą u jej stóp. Stasia chwyciła dziecko i płacząc, błagała, by jeszcze chwilę wytrzymał, ale on już jej nie słyszał. Wydał z siebie ostatni oddech, walcząc jeszcze, jakby wierząc, że zdarzy się cud. Uderzenie serca odebrało mu tę nadzieję; po nim była już tylko głucha cisza.

– Nieeeeeee!!! – Krzyk Stasi rozdarł duszne powietrze wypełniające izbę.

Płakała, trzymając przy piersi swoją małą córeczkę. Mieszały się w niej dwa różne uczucia – euforia po narodzinach i rozpacz po śmierci. Rozglądała się bezradnie, ale nie miała mocy, żeby wstać. To, co się wydarzyło, odebrało jej całkowicie siły. Wszędzie była krew i śluz, ale na to nie zwracała uwagi. Tak bardzo chciała, by choć dziecko przeżyło. W tej chwili nic nie było ważniejsze.

Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, kiedy w jej ciele ponownie coś się zaczęło dziać. Znów poczuła ból i potrzebę urodzenia, ale to było już inne, słabsze. Po chwili wyszedł z niej jakby unerwiony krwawo-szary worek. Położyła go sobie na brzuch. Teraz leżeli na niej razem: mała córeczka przy piersi połączona z czerniejącym łożyskiem.

Stasia nie wiedziała nawet, kiedy zasnęła, wyczerpana bólem i porodem. Nie czuła wypływającej z niej krwi, nie czuła już niczego. Świat wirował tak bardzo, że musiała zamknąć oczy i choćby na chwilę odpocząć.

Nie wiedziała, ile spała. Ocknęło ją kwilenie. Dziecko było małe, pomarszczone i wydawało się takie brzydkie i zdeformowane, jakby pochodziło z innego świata. Patrzyła na nie ze zdziwieniem, po kolei układając w głowie wszystko, co się stało. Przypominała sobie wielki ból i strach, a potem… przypomniała sobie coś jeszcze. Spojrzała na leżące pod piecem martwe ciało męża i zaniosła się płaczem. Tuliła córkę, szczęśliwa z macierzyństwa i z tego, że dała radę samodzielnie urodzić, a jednocześnie pękało jej serce, że męża nie dało się uratować. Odszedł, oddając swoje miejsce na świecie własnej córce.

„Jak sobie teraz poradzimy we dwie…?” Nie mogła się pozbyć tej uporczywej myśli. Nie była w stanie w pełni cieszyć się narodzinami. Coraz bardziej wszechogarniająca żałoba wypierała jej z serca radość.

Stasia pochyliła się nad niebieskim sznurem prowadzącym od pępka dziecka do jej ciała i przegryzła go. Zawiązała pępowinę i kawałkiem prześcieradła wytarła córeczkę z krwi. Próbowała się podnieść, ale zakręciło się jej w głowie. Każdy skrawek ciała bolał. Nie, nie da rady wstać. Może za jakiś czas.

Leżała tak we krwi i własnym moczu aż do wieczora. Zapadał łagodny, cichy i ciepły zmierzch. Za oknem słychać było porykiwania krów, jakieś głosy niosły się po polach. Próbowała wołać o pomoc, ale to było na nic. I tak nikt jej nie słyszał. Musiałaby wyjść z domu, na drogę, może wtedy. Ale na to nie miała siły. Przystawiła dziecko do piersi. Ssało początkowo słabo, ale po jakimś czasie zaczęło sobie coraz lepiej radzić. Leżący obok mąż był już całkiem siny. Niechby ktoś tu wreszcie przyszedł! Czy przyjdzie jej spędzić noc z nowo narodzonym dzieckiem i nieboszczykiem w jednej izbie?!

Poczuła nagły strach. Nie, nie może na to pozwolić, musi coś zrobić! Spróbuje wyjść na drogę, może ktoś będzie przechodził? Odłożyła zawinięte w prześcieradło dziecko i spróbowała się podnieść. W głowie się jej kręciło, świat wirował, poczuła, że zbiera się jej na wymioty. Nie. Jeszcze nie teraz. Z trudem wysikała się do stojącego na piecu garnka i podniosła dziecko z podłogi. Nieludzko zmęczona weszła do łóżka i zasnęła twardym snem, nie słysząc rozpaczliwego muczenia niewydojonej Nutki ani ujadania głodnego psa, przywiązanego łańcuchem do budy pod stodołą.

Tak zastała ją rano matka. Weszła do izby i najpierw poczuła straszny odór. Mieszanina krwi, potu i moczu z czymś jeszcze, jakby nieświeżym. Na podłodze obok zaschłej kałuży krwi znalazła martwego zięcia. W łóżku spała jej córka, przypominająca raczej dzikie stworzenie. Usta miała zakrwawione, dłonie też, a włosy splątane. Ubranie brudne i zakrwawione. Obok leżało zawinięte w szmatę dziecko – całe w szarej mazi i krwi.

– Jezus Maria! Co tu się dzieje?! Żyjesz?! – krzyczała przerażona. Stasia nieprzytomnie otworzyła oczy.

– Żyję… – jęknęła cicho.

Matka biegała po izbie, krzyczała i chwytała się za głowę, po czym wybiegła na drogę i rozhisteryzowanym głosem wołała o pomoc. Usłyszeli ją ludzie. Biegli od czworaków i dworu, a potem z innych, dalszych gospodarstw.

– Jezusie, ratujcie ich! – wołała Krystyna, biegając w kółko niczym oszalała.

– Co się stało, Melionowo? – pytali sąsiedzi.

– Edmund nieboszczyk, a córka ledwo dycha. Dziecko urodziła sama w domu, wstać nie ma siły. Obaliła się i leży! Pomocy, pomocy, niech ktoś wezwie lekarza!

W chacie zakłębiło się od ludzi, ktoś posłał po Wypyską. Oby była w domu, a nie u rodzącej. Niechby zobaczyła, czy wszystko z matką i dzieckiem w porządku. Zaraz izbę wywietrzyli, baby wody naniosły i nagrzały, umyły dziecko i matkę. Dały Stasi świeże ubranie, a małą zawinęły w czyste pieluchy. Położyły obie na kocu przed domem i zabrały się za porządki w izbie. Edmunda wyniosły do izby obok i położyły na zdjętych drzwiach opartych o dwa krzesła. Ubranie odświętne z szafy wyciągnęły, umyły i przebrały nieboszczyka. Któraś wyszorowała izbę i wyłożyła jałowcowymi gałęziami, żeby odkazić po tym, jak leżał w niej trup.

Wszystko przy akompaniamencie jęków i płaczów, a także piosenek smutnych i pieśni żałobnych, jakie tylko im przyszły do głowy. Na te porządki dopiero zjawiła się Wypyska Jadwiga. Sprawdziła stan położnicy, przemyła ją naparem z rumianku. Ziele zostawiła również w woreczku i zaleciła codzienne używanie.

– Przemywaj sobie tam, wiesz, co dziecko tamtędy wyszło. Dziecko też możesz w tym potoknąć13, nalej do miski wodę z rumiankiem i trochę mleka, na zdrowie mu to wyjdzie. A potem możesz przepajać je zielem. Sama pij też.

Okadziła chałupę dymem konopnym, co jak żaden bakterie wybija i na położnicę dobrze działa. Na koniec porozmawiała z czającą się za drzwiami Krystyną.

– Wszystko w porządku, poradziła sobie. Silna jest jak mało która. Łożysko zakopta za domem i posadźcie w tym miejscu drzewo. Dziecko będzie silniejsze i już na zawsze będzie miało w tym drzewie patrona. Karmić karmi, to i dobrze. Jajków mi parę dacie i chleba, to jeszcze za tydzień tu przyjadę, bo będę na odpust do Zator jechała.

Krystyna zakrzątnęła się w izbie i wyciągnęła z szuflady kilka jajek, zawinęła je w szmatkę i zrobiła węzełek. Chleb leżał na drugim łóżku, zawinięty w ścierkę. Odkroiła spory kawał i podała Wypyskiej.

– Na14. Weźnie. Dzięka Bogu, że Stasia żyje. Edmunda się pochowa, widać taka wola Boża była. Stasia mówi, że spadł z drabki na ziemię, coś na górze na piecu kończył. – Załkała cicho. – Jak sobie te sieroty teraz w życiu poradzą, to nie wiem.

– Nie będzie łatwo, ale nie takie rzeczy człowiek znosi. Może niech sobie jakiegoś parobczaka ułatwi? – podrzuciła myśl Wypyska.

– Parobczak kosztuje, a tu bieda będzie od teraz. Edmund domy stawiał, drewniaki strugał. Nie poradzi sobie Stasia sama, oj nie. Trza będzie jej doglądać jak dzieciaka.

– Ma was, Melionowo, sama nie jest. Córce zginąć nie dacie.

– No nie damy, ale ciężko i nam, Wypysko.

– Nie gadajta tyle, tylko krowę idźta doić. Na moje ucho od wczoraj niedojona. Jeszcze tego brakuje, żeby zapalenia dostała. Mleko teraz matce potrzebne. A i psa nakarmcie, bo się Burek przy łańcuchu aż skręca. Wody pewnikiem ni ma.

– Pójdę ja do nich i dziękuję za pomoc, że Wypyska przyszła popatrzeć mi na dzieciaka.

– Będzie dobrze, jeno nie pozwólta, żeby bieda ją ścisnęła, bo już nie puści. Łożysko zakopta.

I poszła. Ktoś wozem jechał w stronę Wypych, to się z nim zabrała, a Krysia stała i patrzyła na kurzawę, jaka za nimi została.

Zakopała łożysko, jak stara Wypyska kazała. Niech się szczęści biednej, co ma jej szczęścia żałować. Nie słyszała wcześniej o takich zwyczajach, ale na wszelki wypadek słuchać trzeba było.

Wróciła do córki, co w cieniu leżała teraz pod wiśnią. Czysta już, bez krwi na twarzy i całym ciele, ze swoją dziecinką obok. Niech śpi. Wymęczyła się. Na obiad rosołu jej zrobię, zaraz pójdę, niech ojciec koguta zabije, tego najgorszego, co gania ludzi, na plecy im skacze. Już dawno mieliśmy go zjeść. Dziś się nada do rosołu jak mało kiedy.

Do izby wróciła patrzeć, jak baby wiejskie do porządku wszystko doprowadziły. Czysto było już i zapach inny. Jałowcowy, z dymem konopnym zmieszany. Jeno w izbie obok umarlak leżał i trzeba go było jak najszybciej pochować. Krowę wydoi, babom da chleba z masłem i mlekiem, a potem po księdza pojedzie i pogrzeb obłatwi.

Tak też zrobiła. Babom za pomoc podziękowała, ulgę Nutce przyniosła, dojąc ją, a potem nakarmiła i napoiła zwierzęta w obejściu i pojechała z mężem, ojcem Stasi, do księdza do Pniewa.

Stasia w tym czasie do czystego wróciła. W izbie paradnej usiadła na krześle, patrzyła, jak wypala się gromnica, co ją baby zaraz zapaliły, i czuwała przy mężu, dziecko karmiąc jasną piersią. Przyglądała się córeńce, która z godziny na godzinę robiła się coraz piękniejsza i już nie była taka zdeformowana jak na początku. Oczy się jej otwierały coraz szerzej, opuchlizna zeszła, a włosy zmyte z krwi i mazi w niewielkie pierścionki kręcić się zaczęły. Rude były i mocne, po ojcu.

Tak ją zastała matka; rosołu w kance przyniosła i nakarmiła córkę do syta.

– Jedz, tyś teraz karmiąca, to musisz dziecku dobrego dawać. – Zmuszała ją do kolejnych łyżek, choć Stasia apetytu nie miała.

Wieczorem po obrządku ludzie zaczęli się do izby schodzić, igliwie niosąc ze sobą, bo nieboszczyk już się rozkładać zaczął w tym upale i cuchnęło od niego na dobre.

Czuwali przy nim na zmiany okrągłą noc – cała wieś i okoliczne wioski też przyszły żegnać znanego cieślę. „Takich domów jak Edmund już nikt nie postawi” – mówiło się w ciżbie kłębiącej się nad naprędce zbitą z desek trumną. Myśleli też i o tym, że trumnę powinien mieć porządną, dębową, ale kto to myślał, że takiego młodego im przyjdzie chować?

Śpiewali mu pieśni i odprawiali modły; zmęczona Stasia nie miała siły być tam wciąż z nimi i polegiwała w łóżku z dzieckiem. Przynosili jej ludzie smakołyki: a to miodu przyniosła ciotka Jankowska, co była służącą we dworze, a to kawałek kiełbasy i słoniny przez kogoś podali, bo szanowali Edmunda, co nieraz robotę im we dworze zrobił.

Słabe to było pocieszenie, skoro mąż nie żył i Stasia nie miała żadnego planu. Żyła chwilą obecną – karmieniem małej, przewijaniem, jedzeniem czegokolwiek, co znalazła w komorze lub na stole, co naszykowała jej matka. Słaba była jeszcze i zdana na pomoc innych. Słaniała się na nogach, kiedy szła do izby, by choć chwilę przy ukochanym mężu posiedzieć. Rankiem następnego dnia powieźli go na cmentarz w Pniewie. Dwie kobiety, co na pogrzeb nie pojechały, izbę po nieboszczyku wysprzątały, znowu jałowca naniosły, a chłop jakiś drzwi obsadził na powrót i to był początek nowego życia. Wróciła Stasia z pogrzebu zmartwiała i słaba, bez sił w nogach. Już nad grobem myślała, że wskoczy tam za trumną, sensu w życiu dalszym nie widząc. Ale rodzice trzymali ją mocno pad pachy, nie dali jej pójść za mężem.

– Dziecko masz, dla niego trzeba żyć – mówili, jakby czytając kobiecie w myślach. – Jednego dnia dzieckoś urodziła i męża pożegnała. Trzydziestego maja. To najważniejsza data na całe twoje życie.

Musiała teraz radzić sobie sama. Siły jeszcze do niej nie wróciły i na razie wieś pomagała, jak mogła. Sianokosy trwały w najlepsze. Stasia wysupłała z węzełka pieniądze i zapłaciła za pomoc takiemu jednemu, co się podnająć chciał. Matka z ojcem pomogli oraz rodzina ciotki zza pola. Jakoś poszło wszystko, zdążyli przez burzami, co nad Mystkówcem ciemną chmurą przyszły. Cały jeden tydzień był burzowy i ledwo wszyscy zdążyli. Wichury bałaganiły na podwórkach, ludziom dachy zrywało, ale na chacie Stasi był mocny nowy dach, dobrze położony ręką najlepszego fachowca.

Brakowało jej męża, oj, brakowało. Ciężko samej było w obejściu, a ten, co się wtenczas podnajął, już poszedł dalej roboty szukać. Stasia żałowała, że go nie zatrzymała, nawet rozpowiedziała po ludziach, żeby go poszukali, jak gdzieś zobaczą, powiedzieli, żeby do chałupy Liszewskich wrócił, tej obok mogiłki, ale przepadł jak kamień w wodę.

Cóż było robić. Sama ogrodu doglądała, krowę doiła, sery i masło szykowała. Ludzie zajeżdżali kupić albo na targ przez kogoś przekazywała, kto jechał akurat, to dobrzy ludzie jej posprzedawali. Pieniądze zbierała, oszczędzając na czarną godzinę. Ubranka szyła małej z dawnych swoich sukienek i koszul Edmunda, co po nim zostały. Pola zasiane były, ale martwiła się już o następny rok – o ziarno na zasiew, o orkę przed zimą, o jedzenie na całą zimę i przednówek.

Marianna tymczasem, nieświadoma sytuacji, w jakiej znalazła się jej matka, na dobre zmagała się z całym światem. Budziła się w nocy i domagała jedzenia, a Stasi wydawało się, że córka moczy pieluchy dwa razy częściej niż inne dzieci. Trzeba było w nocy wstawać, świecę palić i krzątać się przy niemowlęciu. Czasem mała nie spała aż do momentu, kiedy przedświt pozwalał na dobre pokazać się krzyżowi z mogiły. Odmawiała wtenczas Stasia zdrowaśkę za pogrzebanych pod jej oknem, żeby odegnać złe duchy, co jej może i męża zabrały, a jeszcze nie wiadomo, kogo odbiorą, i szła do obórki, żeby Nutkę wydoić. Nie opłacało się już spać. Poranki z ciepłych zaraz po Świętej Annie zmieniały się na chłodniejsze, a że nie zawsze Stasia na siebie koc narzuciła czy kapotę jakąś, któregoś dnia piersi podziębiła. Zaczęły ją boleć przy karmieniu, czuła guzy pod palcami. Coś się nie tak w nich zrobiło i jak tylko matka do niej w południe zajrzała, kobieta poskarżyła się na swój stan.

– Wypyską trza wezwać. Jajków szykuj, za darmo nie przyjdzie.

– Cukru mam jeszcze w komorze, może weźnie. Mnie po ciąży do słodkiego nie ciągnie.

– Cukier trzymaj, do przepajania ci się przyda, jak się mała rozbeczy. Dzieciska spokojniejsze po cukrze. Lepiej jajków jej dasz i sera gomułkę. Mam kiełbasy z majeranem, ojciec zrobił, tom przyniesła, ale to dla ciebie tylko, żebyś małą karmiła zdrowo. Wypyskiej nie dawaj! Najwyżej na spróbunek!

A że Moczar akurat na Wypychy jechał do sklepu, to poleciła mu Krystyna, żeby Wypyską do zapalonych piersi zawołał. Moczar ręką pomachał na zgodę i pyknął z fajki sinawy dymek.

– Się zawoła, co ma się nie zawołać. Może ze sobą ją przywiezę, bo wracać będę.

Nakarmiła Stasia małą, krzywiąc twarz z bólu. Matka w chacie ogarnęła, dywaniki wytrzepała na podwórku, wody świeżej ze studni naczerpała i rumianku do picia córce zaparzyła. Wypiła go duszkiem dziewczyna i wyszła z chaty. Między wiśniami za gotowankiem, jak ludzie w wiosce zwali letnią kuchnię, powiesiła hamak z tkanej przez matkę boronki15, w którym za dnia bujała Mariannę. Lubiła malutka to lekkie bujanie, widać przypominało jej życie płodowe, bo zaraz w boronce zasypiała. Wiatr ją co rusz zakołysał, ptaszki ćwierkały, Burek szczeknął – ale do tego już się mała przyzwyczaiła. „Tak by było pięknie, gdyby Edmund żył” – myślała czasem Stasia, łzę roniąc nad nieświadomą niczego półsierotką.

Wypyska pojawiła się przed zachodem słońca. Szła przez podwórko, chuda i przygarbiona, z tobołkiem pełnym ziół. Stasia spojrzała na nią z lekkim strachem. Wszyscy tu bali się Wypyskiej. Mówiło się po chatach, że uroki rzuca, jak ktoś się jej nie spodoba. Traktowali ją niczym kobietę w ciąży, niczego jej nie można było odmówić. Jej wiedza była zdumiewająca, nikomu jednak nie chciała jej przekazać.

– Jeszcze się taka nie narodziła – mówiła zawsze, od razu uznając, że wiedzę, jeśli kiedykolwiek przekaże, to wyłącznie kobiecie.

Kazała Stasi odsłonić piersi. Kobieta rozpięła koszulę. Żylastymi dłońmi Wypyska zbadała najpierw jedną pierś, potem drugą.

– Się nie boi – mruczała. – Kubek da metalowy.

Rozkruszyła w nim suszone zioła i podpaliła. Przyjemny, choć lekko duszny aromat rozniósł się po chacie. Okadziła dymem Stasię, pomruczała coś nad nią.

– Hamiel, hamiel, miel, szel, miel….

Resztę słów wymamrotała niewyraźnie.

– Lek dla ciebie na ogrodzie rośnie – powiedziała jeszcze. Skinęła dłonią na Stasię. Ta wstała i poszła za nią. Wypyska zabrała żerdź podpierającą furtkę do ogrodu, której Edmund nie zdążył obsadzić. Weszły między grządki. Stasia patrzyła zdziwiona, co też na jej ogrodzie takiego rośnie, co miałoby pomóc na piersi. Myślała, że Wypyska sama wskaże, ale ta popatrzyła na nią uważnie, zatapiając w Stasi swoje błękitne spojrzenie.

– Sama znajdzie. Coś mi się wydaje, że czuje to, co czuć trzeba, tylko wiedzy nie ma i nie wie o tym…

Stasia spojrzała na nią zdziwiona.

– Co też Wypyska gada? Skąd mnie wiedzieć, gdzie lek rośnie?

– Poczuje i popatrzy. Mnie się zdaje, że czucie ma – powtórzyła.

I wtedy Stasia przypomniała sobie spacery po łąkach i polach. Ziół w palcach kruszenie, wąchanie dłoni. Wcieranie w skórę soków zielonych, kiedy czuła, że soku właśnie z tej rośliny jej trzeba. Myślała o tym jak o najlepszym czasie w swoim życiu i że tym by się chciała kiedyś zajmować, a nie dojeniem krów i gospodarzeniem. Do gospodarzenia serca nie miała.

Była już pewna. Jakby ktoś rozwiązał jej tasiemki; umysł się nieco oddalił, a pojawiło się coś, czego Stasia nazwać nie mogła, ale o to właśnie chodziło Wypyskiej.

– Piersi bolą, rozpalone, czerwone, nabrzmiałe – podpowiadała znachorka. – W tym kierunku niech idzie, niech na to, co na ogrodzie rośnie, spogląda, a łodygę pomaca, a kwiat powącha.

Chodziła Stasia po zagonach i zatrzymała się nad główką kapusty w cieniu rosnącą. Chłodne jej liście pełne były soku, chciałoby się je zjeść od razu, bez gotowania. Spojrzała na Wypyską. Ta uśmiechnęła się, szczerząc ostatnie zęby.

– Mówiłam, że znajdzie. Kapusty nazbiera, potłucze liście kamieniem, na piersiach położy, a piersi obwiąże płótnem ciasno, aż niemal zaboli. Mówiłam, że znajdzie, bo czucie ma. Wie, czego trzeba na chorobę.

Stasia wyrwała z korzeniem kapustę i na ścieżkę położyła, idąc dalej przez ogród. O żerdzie opierał wielkie liście kosztywar. Miastowi mówili o nim żywokost, ale Stasi skąd było to wiedzieć. Kosztywar to kosztywar. Sięgnęła po liść, wyrwała go niemal przy samej ziemi. Polał się na dłoń gęsty, lepki sok, jak śluz prawie. Poczuła Stasia, że i to będzie dla niej dobre, jakby zapalenie miało się od tego śluzu uleczyć.

Klasnęła w dłonie Wypyska.

– Dobrze znalazła. Oprócz leczenia połamanych kości zapalenie kosztywar wyciągnie i obrzęk usunie. Kładź jak kapustę i sok wcieraj albo maść kosztywarową sporządź na smalcu gęsim. Jeszcze jeden pomocnik tu rośnie, jeszcze jeden. – Wskazała chudym palcem na wysiane w równych rządkach nagietki i cynie. – Oba te kwiaty na zapalenie wszelakie. I maść, i napar z nich rób. Jak guzy w piersi są, to cynia pomaga najlepiej. Zbieraj ją i susz. Przyda się zimą na chorobę. A ziele suche pal w kubeczku z konopiami, to zobaczysz, że oddychać ci lżej będzie. Nią cię dziś okadziłam i po dymie poznałam, że dla ciebie dobra cynia będzie. Ogień poszedł do góry. Wyzdrowiejesz, kochana.

– Dziękuję, Wypysko, żeś mi to wszystko pokazała.

– Nie pokazuję ludziom ziół, co mają sobie zbierać. Ale tobie żem pokazała, bo czujesz to, co ja żem czuła za młodu. Chcesz, to wiedzę ci przekażę. W dobre ręce pójdzie. Rozważ, moja miła, bo stara Wypyska dwa razy prosić nie będzie. Jak ci to pasuje, to po ozdrowieniu i żniwach, bliżej jesieni, sprowadź mnie do siebie na zimę. Ja w piecu palić nie będę musiała, dzieciaka ci popilnuję, a ty się tego i owego ode mnie nauczysz.

Stasia zadumała się. Kto wie, czy to nie jest dobry pomysł, żeby stara Wypyska z nią zamieszkała? Z tego, co ludzie mówili, chata jej na Wypychach pochyla się już do ziemi, glina się osypuje, trzcina na wierzch wyłazi.

– Niechaj tak będzie, Wypysko. Jak się wykopki zaczną, będę czekać na ciebie w moim domu.

Stara Wypyska pokiwała głową i rzekła:

– A bez16 ten czas zbieraj w kamiennych garnkach gęsi smalec. Cynie i nagietki rwij, a susz w ciemnym. Kosztywaru zbieraj zielone, a na jesień nakop korzeni, ale nie całkiem wszystko, żeby ci na wiosnę odrósł. Liści dębu, co możesz, też zbieraj, a i tej mięty, co nad rzeką rośnie, jak najwięcej. Majeran w ogrodzie rośnie bujny, to go w wiązki wiąż. Macierzankę, co na dołach jest, ta co ma drobne fioletowe kwiatki, też zbieraj. Znasz ją pewnikiem, wiesz, co za ziele?

Stasia skinęła głową.

– O resztę ja się zatroszczę, a na wiosnę to już nowe zioła będą. Ze mną będziesz chodzić po łąkach i póki się nie nauczysz, ja z tobą żyć będę. Przekażę ci wiedzę, a potem nauczę akuszerki. Coś mi się widzi, żeś do tego zdatna i masz chęci większe niż do obrządku przy zwierzynie i roboty w polu.

Stasia stała zdumiona. Jakby w myślach jej stara czytała. A potem, gdy roztrząsała to sobie na spokojnie, pomyślała, że nie ma co gadać – Wypyska sprytna jest. Zapewniła sobie darmowy wikt i opierunek od wykopków do czasu, kiedy jej wiedzę przekaże, a to może trwać przecież nawet dwa, trzy lata, jak będzie to wolno robić; może się Stasia nigdy od niej nie wyzwoli.

Za późno było jednak, żeby się wycofać. Skinęła tylko głową i dała starej chleb z masłem i kubek mleka. Ludzie we wsi mówili, że każdą siłę nieznaną dobrze nakarmić chlebem z masłem, żeby ją do siebie zjednać. Taką siłę na pewno miała w sobie Jadwiga. Stasia wolała zgadzać się z jej wolą, żeby uroku nie rzuciła i jakiejś choroby na głowę nie ściągnęła.

– A twój Edmund musiał umrzeć, ratunku nie było. Żebro mu płuco przebiło i taki to był jego koniec. Jeszcze na przebite płuco ziół nie wymyśliła Matka Natura. Mogliście do szpitala zawieźć, ale nie było przecież jak, a i mówicie, że nie chciał. Nie obwiniaj się niczym, Liszewsko, boście pomóc nie mogli. Dziecko na świat się pchało. Ale duszę będzie miała twoja córunia dobrą, bo Edmund oddał jej swoją. Jedno w drugie weszło, ciesz się, to błogosławieństwo.

Poszła stara Wypyska, ciągnąc za sobą tłumoczki z ziołami. Miała tu jeszcze w pobliżu jeden skręt kiszek po świeżym cieście drożdżowym i wrzody na pośladku u nauczyciela z Pniewa.

– Za dużo na dupie siedzi – zarechotała. – Człowiek ruszać się musi, żeby krew krążyła. Jak krew się zastoi, to i takie się w człowieku różne rzeczy robią. Nic dobrego te szkoły i książki. Jeno się ludziskom w głowach przewraca i rozum się miesza od tego.

Matka z decyzji Stasi zadowolona nie była.