Powrót do Domu - Katarzyna Enerlich - ebook + książka

Powrót do Domu ebook

Katarzyna Enerlich

3,9

Opis

Powrót do Domu to kontynuacja opowieści o akuszerce z Sensburga, przedwojennego Mrągowa. Główne bohaterki tej sagi: Stasia, Marianna, Nadzia i Basia podejmują wyzwania ponurej rzeczywistości stanu wojennego. Postanawiają zamieszkać razem w domu Stasi w Mrągowie, by w ten sposób być wzajemnie dla siebie podporą. Marianna wciąż jednak liczy na to, że wróci do Domu na Wygonie w Zełwągach i zacznie wreszcie realizować swoje marzenia. Po raz kolejny pojawia się miłość, która wnosi w jej życie jasność. Mimo to coraz częściej w jej myślach pojawia się jej pierwsza miłość - leśniczy Janek. Kim jest dziś, jak ułożyło się jego życie, czy ją jeszcze pamięta? Czy uda się tym dwojgu wreszcie spotkać się i przeżyć jeszcze raz tamtą Miłość?

Marianna angażuje się również w działalność „Solidarności”. W tym też czasie los trzykrotnie boleśnie ją dotyka – trzy pożegnania, po których jej życie już nie wraca na dawne tory. Wszystko to jednak sprawia, że nareszcie może wrócić do swojego Domu na Wygonie. A po latach, w 2020 roku, na progu tego domu, w setne urodziny Marianny staje również jej wnuczka Basia. Czy ta stara chata na końcu wsi, na granicy z Puszczą Piską, stanie się również jej miejscem na ziemi?

Autorka snuje opowieść na tle pamiętnych i ważnych dla Polski wydarzeń - stan wojenny, Okrągły Stół i pierwsze demokratyczne wybory. Losy Marianny i Janka są również inspirowane usłyszaną od nich opowieścią. Mazurska przyroda, smaki, zioła i miłość do tej ziemi - nimi także przesycona jest ta powieść. Jak zresztą wszystkie pozostałe tej pochodzącej z Mrągowa autorki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (9 ocen)
4
2
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
czekolada72

Nie polecam

porażka
00

Popularność




Tamta zima była wy­jąt­kowa. Ma­rianna, przy­po­mi­na­jąc so­bie po­tem te wy­da­rze­nia, miała w gło­wie przede wszyst­kim ob­raz wiel­kich zwa­łów śniegu, które z cza­sem czer­niały i po­kry­wały się war­stwą lodu, by któ­rejś nocy znów znik­nąć po­now­nie pod śnie­giem. I tak bez końca.

Tam­tego ranka, na dźwięk słowa „wojna”, po­czuła silny skurcz w żo­łądku. Nie wie­działa, o co cho­dzi żo­nie soł­tysa i jak to moż­liwe, że w tak spo­koj­nym wiej­skim świe­cie, w ja­kim za­miesz­kała, może zda­rzyć się coś ta­kiego jak wojna. Oku­tana w chu­sty i cie­pły ko­żuch, w gru­bych ka­le­so­nach i ka­lo­szach po­bie­gła do wsi. Droga była kom­plet­nie pu­sta, ale twa­rze zza fi­ra­nek, czuj­nie ob­ser­wu­jące każdy ruch Ma­rianny, mó­wiły, że ci lu­dzie też już wie­dzą, że ich rów­nież od­wie­dziła żona soł­tysa.

Skąd wie­działa tak wcze­śnie, jesz­cze przed słyn­nym bra­kiem Te­le­ranka i wy­stą­pie­niem w te­le­wi­zji Ja­ru­zel­skiego? Po­dobno miała ku­zyna w mi­li­cji i ten po ci­chu ją po­in­for­mo­wał. I wła­śnie dla­tego Zyn­daki były jedną z pierw­szych wsi, które do­wie­działy się o sta­nie wo­jen­nym.

Do­tarła do jed­nej z są­sia­dek, miesz­ka­ją­cej w domu przy głów­nej dro­dze. Roz­ma­wiały cza­sem w skle­pie. Ko­bieta przy­cho­dziła na za­kupy z małą có­reczką, jesz­cze w wózku. Dziew­czynka miała na imię Jo­asia i z wiel­kim za­cie­ka­wie­niem pa­trzyła na ota­cza­jący ją świat. Gdy Ma­rianna za­pu­kała ci­cho do drzwi, by nie obu­dzić ma­łej, usły­szała jej płacz. U są­sia­dów wi­dać już pa­no­wała co­dzienna krzą­ta­nina, do­szedł ją mocny za­pach przy­pa­lo­nego mleka. Są­siadka otwo­rzyła jej gwał­tow­nie. Stała w progu z dziec­kiem na rę­kach, a po jej prze­ra­żo­nym wzroku i po­bla­dłej twa­rzy Ma­rianna po­znała, że ona też już wie.

– Co te­raz z nami bę­dzie? Co to bę­dzie...? – wy­szep­tała na po­wi­ta­nie i wpu­ściła Ma­riannę do środka. Co­raz moc­niej­szy swąd mleka spra­wił, że po­bie­gła do kuchni, po­sta­wiw­szy dziew­czynkę na pod­ło­dze.

Po­tem ra­zem zja­dły śnia­da­nie. Ka­wa­łek chleba i ja­jecz­nica, do tego kawa zbo­żowa, ale bez mleka, które cał­kiem się przy­pa­liło.

– Męża nie ma, w de­le­ga­cji w Rze­szo­wie. Po­dobno nic nie działa, te­le­fony głu­che, co ja zro­bię, co ja zro­bię... – bia­do­liła.

Ma­rianna nie wie­działa, co po­wie­dzieć. Sku­bała kromkę i za­gry­zała ja­jecz­nicą.

– Niech pani po­wie, jak to było w tamtą wojnę – za­gad­nęła ją na­gle go­spo­dyni, jakby chciała usły­szeć mimo wszystko słowa po­cie­chy.

– To chyba tro­chę inna wojna, nikt na nas prze­cież te­raz nie na­padł, ale oczy­wi­ście, mogę opo­wie­dzieć. – I Ma­rianna roz­po­częła opo­wieść naj­pierw o cza­sach w Myst­kówcu Sta­rym, po­tem w Su­wi­nie, a po­tem o prze­pra­wie na Prusy, aż do­tarła do cza­sów w domu Ga­liny i Mar­tina Gram­sów.[1]

– Toż to opo­wieść na książkę! No, ale wojny to pani pra­wie nie prze­żyła – skon­sta­to­wała go­spo­dyni i ze­brała ta­le­rze. Po­tem ubrały Jo­asię i po­szły na wieś, do soł­tysa, do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

– W ta­kiej chwili czło­wiek nie po­wi­nien być sam – przy­znała Ma­rianna, pa­ku­jąc dziew­czynkę na przy­kryte ko­cem sanki.

U soł­tysa zgro­ma­dziła się już cała wieś. Po­de­ner­wo­wani miesz­kańcy Ze­łwąg sie­dzieli w kuchni na czym się tylko dało: na krze­słach i ła­wach na­kry­tych ka­pami. Dzieci soł­tysa za­mknęły się w sto­ło­wym. Po­szły oglą­dać Te­le­ra­nek. Ale za chwilę syn wró­cił z ko­mu­ni­ka­tem, że pro­gramu nie ma. Matka po­szła za nim, po­pra­wiła an­tenę, ale to nic nie dało. Na­gle usły­szeli ko­mu­ni­kat wy­gła­szany przez Ja­ru­zel­skiego.

– Czy ktoś ro­zu­mie, o co cho­dzi? – za­py­tała ja­kaś star­sza ko­bieta, ale męż­czy­zna z kąta syk­nął, żeby nie prze­szka­dzała. Słu­chali z wy­pie­kami na twa­rzach. A po­tem gło­śno dys­ku­to­wali o tym, co po­wie­dział ge­ne­rał. Ma­rianna po­czuła, że po­winna na­tych­miast je­chać do matki, że ta, jak się do­wie, może nie prze­żyć, ma prze­cież ta­kie słabe serce. Po­sie­działa jesz­cze chwilę, po czym ze­rwała się i wy­szła na oczach zdzi­wio­nych są­sia­dów.

– Tylko że do Mrą­gowa pani te­raz nie je­dzie! – ktoś krzyk­nął za nią, ale ona już za­my­kała drzwi. Po­czuła się jak kie­dyś, gdy szu­kała matki, gdy tak bar­dzo pra­gnęła ją zna­leźć. Matka jesz­cze przed wojną wy­je­chała na Prusy Wschod­nie, do Sens­burga, by tam uło­żyć so­bie ży­cie. Po­zo­sta­wiła Ma­riannę pod opieką babci i roz­po­częła zu­peł­nie nowe ży­cie. Ma­rianna tę­sk­niła za nią i gdy tylko pod­ro­sła i nada­rzyła się oka­zja, po­je­chała szu­kać matki. Bez­pieczne to nie było, ale nie wy­obra­żała so­bie ży­cia bez niej, zwłasz­cza gdy na świe­cie sza­lała wojna. Te­raz też czuła, że musi je­chać do niej. Ubrała się jak naj­cie­plej, spa­ko­wała tro­chę je­dze­nia: weki, jajka, soki, miód i za­ła­do­wała wszystko do auta. Za­pa­liło za trze­cim ra­zem, Ma­rianna po­kle­pała je po ma­sce z wdzięcz­no­ścią.

Po dro­dze dwa razy ją kon­tro­lo­wali. Bała się, choć prze­cież nie miała nic na su­mie­niu. Woj­skowi z twa­rzami tak wro­gimi, jakby chcieli od razu ją wsa­dzić do wię­zie­nia, spraw­dzali wni­kli­wie jej do­ku­menty. Na szczę­ście miała za­mel­do­wa­nie w Mrą­go­wie, po­wie­działa więc po pro­stu, że wraca do domu. Sta­rała się być miła, pró­bo­wała na­wet za­ga­dy­wać i do­py­tać się, co się wła­ści­wie dzieje, ale nie re­ago­wali, z ka­mien­nymi mi­nami ro­bili swoje. Tłu­ma­czyła, że je­dzie do cho­rej na serce matki, po­ka­zała ba­gaż­nik z ca­łym ekwi­pun­kiem i wresz­cie ją pu­ścili.

W mie­ście mi­jała liczne pa­trole, bała się bar­dzo, ale wie­działa, że te­raz po­winny być wszyst­kie ra­zem. Matka, Na­dzia, Ba­sia. Na ulicz­kach Par­ko­wego ani śladu ży­cia. Wszy­scy za­mknięci w do­mach, ktoś tylko prze­mknął do parku z psem. Wy­sia­dła pod blo­kiem i za­brała wszyst­kie ba­gaże.

Sta­sia już wie­działa.

– Są­siadka była rano i po­wie­działa. Co to bę­dzie?...

Ma­rianna przy­pa­dła do niej, drob­nej i kru­chej, i przy­tu­liła ją do sie­bie.

Około po­łu­dnia przy­je­chała Na­dzia z Ba­sią, jej rze­czami do przed­szkola i ubra­niami. Wy­stra­szona i zde­ner­wo­wana, coś ko­men­to­wała. Mó­wiła o pracy i o tym, że nie chciała być w ta­kiej chwili sama i że też mar­twiła się o bab­cię.

Zo­stały u Stasi. Roz­lo­ko­wały się w po­ko­jach. Każda przy­wio­zła coś do je­dze­nia, miały ze sobą cie­płe ubra­nia. Dys­ku­to­wały przez cały dzień o tym, co się wła­ści­wie wy­da­rzyło, przy­cho­dzili ja­cyś są­sie­dzi Stasi, do­py­tać, czy wszystko w po­rządku. Kto miał ja­kieś wie­ści, prze­ka­zy­wał. Ktoś mó­wił o in­ter­no­wa­niu zna­jo­mego z są­sied­niej Pol­skiej Wsi, po­dobno ja­kie­goś dzia­ła­cza czy rol­nika. Ktoś inny o aresz­to­wa­niu ku­zyna i zo­sta­wie­niu go na mi­li­cyj­nym „dołku”, bo po­dobno miał ja­kieś nie­le­galne bro­szury. Na te wie­ści Sta­sia po­bla­dła, co Ma­rianna od razu za­uwa­żyła. Wie­czo­rem przy szy­ko­wa­niu ko­la­cji za­gad­nęła matkę o jej nie­spo­kojną re­ak­cję. Ta naj­pierw zbyła ją mach­nię­ciem ręki, ale po­tem za­brała do przed­po­koju, gdzie stało drew­niane, nieco sta­ro­dawne tremo. Wy­su­nęła naj­niż­szą szu­fladę i spo­mię­dzy wy­cin­ków po­wie­ści Trę­do­wata w od­cin­kach wy­cią­gnęła garść ulo­tek ze znacz­kiem „So­li­dar­no­ści”. Obok le­żał wo­re­czek, w któ­rym scho­wane były przy­pinki z biało-czer­wo­nym na­pi­sem i dwiema wstąż­kami w tych ko­lo­rach.

– Może trzeba to spa­lić – po­wie­działa, po­da­jąc córce.

– Mamo, ty trzy­masz ta­kie rze­czy w domu? – wy­krzyk­nęła zdzi­wiona Ma­rianna.

– A jakże. Przy­cho­dziły tu do mnie dawne stu­dentki, dziś pie­lę­gniarki w na­szym szpi­talu, i przy­nio­sły. Mam na­dzieję, że nic im się nie stało. Są dzia­łacz­kami „So­li­dar­no­ści”, opo­wia­dały mi tro­chę o tym, co się dzieje.

Ma­rian­nie zro­biło się wstyd. Jej matka była le­piej od niej zo­rien­to­wana w tym, co się działo w kraju. Ona sku­piła się na pracy, na za­ra­bia­niu, wią­za­niu końca z koń­cem, bo już dawno mi­nęły czasy, kiedy była żoną do­brze po­sta­wio­nego dzia­ła­cza par­tyj­nego. Miała tylko na­dzieję, że o tym pra­wie nikt już nie pa­mięta...

– Nie bę­dziemy ni­czego nisz­czyć – po­wie­działa Sta­sia żar­li­wie. – To świa­dec­two na­szej wol­no­ści, kie­dyś te przed­mioty przejdą do hi­sto­rii. – Na­gle Ma­rianna prze­stała się bać i uświa­do­miła so­bie, że oto ich słaby, wy­nisz­czony biedą kraj sta­nął w ob­li­czu no­wych, waż­nych wy­da­rzeń.

– Scho­wamy tylko le­piej, bo w tej to­a­letce to ra­czej bez­pieczne nie są – do­koń­czyła za mamę i po­pro­siła, by ta zna­la­zła ja­kąś puszkę. Sta­sia wy­cią­gnęła tę po nie­miec­kich ciast­kach, które lata temu przy­szły w paczce od Kry­styny. Ma­rianna za­pa­ko­wała do niej wszystko i wzięła klucz od piw­nicy. Kiedy wró­ciła, szep­nęła kon­spi­ra­cyj­nie:

– Za­ko­pa­łam ją w kar­to­flach.

Sta­sia uparła się, że musi iść do bi­blio­teki wy­mie­nić książki. Ma­rianna nie mo­gła jej po­wstrzy­mać i wresz­cie star­sza pani, oku­tana w fu­tro i czapkę z lisa, po­szła, za­bie­ra­jąc ze sobą małą Ba­się. Ba­sia też miała swoje książki na wy­mianę.

Po po­wro­cie opo­wia­dały, że parę razy spo­tkały woj­sko­wych, ale nikt ich nie za­cze­piał. Wi­dać stwier­dzili, że star­sza pani z małą dziew­czynką nie sta­no­wią za­gro­że­nia dla lu­do­wej Pol­ski. Ksią­żek jed­nak nie wy­mie­niły, bo bi­blio­teka, po­dob­nie jak i cały dom kul­tury, była nie­czynna.

Nie dzia­łały szkoły i więk­szość in­sty­tu­cji. W skle­pach bra­ko­wało wszyst­kiego. I co z tego, że miały kartki? Przez pierw­szy ty­dzień nie­czynne były rów­nież oba pro­wa­dzone przez nie sklepy – Ma­rianna i Na­dzia nie ru­szały się z domu. Na do­da­tek Na­dzia zła­pała prze­zię­bie­nie i trzeba było pa­rzyć jej zioła. Po­tem za­cho­ro­wała Ba­sia i za­pa­dła de­cy­zja o po­sta­wie­niu ba­niek.

– Ta wa­sza wy­prawa do bi­blio­teki pew­nie też na zdro­wie ma­łej nie wy­szła. – Ma­rianna miała pre­ten­sje do mamy o ten nie­po­trzebny spa­cer.

Pierw­szy ty­dzień stanu wo­jen­nego spę­dziły za­mknięte w czte­ro­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu na osie­dlu Par­ko­wym i Ma­rianna nie mo­gła oprzeć się złu­dze­niu, że już to kie­dyś prze­ży­wała.

Oba­wiała się, że bę­dzie jej trudno wyjść z za­le­gło­ści w skle­pie i pla­no­wała na­wet pracę do późna, ale stan wo­jenny po­krzy­żo­wał jej szyki.

– Zo­staw to na ra­zie, po­cze­kajmy, co da­lej – uspo­ka­jała ją matka, ale ona upie­rała się:

– Prze­cież z cze­goś trzeba żyć.

Po ty­go­dniu obie z Na­dzią otwo­rzyły swoje sklepy, choć nie li­czyły na gwał­towny na­pływ klien­tów. Lu­dzie sie­dzieli prze­stra­szeni w do­mach, cze­kali na roz­wój wy­pad­ków. Po­dobno byli i tacy, co pro­ro­ko­wali, że do mia­sta wjadą czołgi. Nic się jed­nak ta­kiego nie stało, jed­nak sły­szało się tu i ów­dzie o re­pre­sjach. Mimo wszystko jed­nak klienci za­częli się po­ja­wiać. Zbli­żały się święta, lu­dzie spra­gnieni byli kon­tak­tów, roz­mów i mu­sieli coś przy­szy­ko­wać.

Do­brze sprze­da­wały się zio­łowe mie­szanki na prze­zię­bie­nie, które Ma­rianna przy­go­to­wała jesz­cze na Wy­go­nie. Z cza­sem za­czął wra­cać nor­malny rytm ży­cia, choć jesz­cze w at­mos­fe­rze ja­kie­goś spo­łecz­nego na­pię­cia. Prze­su­nięte fe­rie zi­mowe spra­wiły, że Ba­sia sie­działa ca­łymi dniami z bab­cią. W domu po­ma­gała jej w sprzą­ta­niu, ra­zem wy­sta­wały też w ko­lej­kach. Nie­raz udało się im ku­pić kostkę ma­sła, cza­sem kilo cu­kru – każda taka zdo­bycz spra­wiała wszyst­kim wielką ra­dość, bo na skle­po­wych pół­kach kró­lo­wał ocet.

Ma­rianna wró­ciła do pracy, bo pra­cow­nica sama so­bie nie ra­dziła. Miesz­ka­nie na Par­ko­wym było więc jej na rękę, miała bli­żej do sklepu, nie mu­siała co­dzien­nie do­jeż­dżać. Na do­miar złego ko­bieta z dnia na dzień zre­zy­gno­wała z pracy i wró­ciła na wieś do ro­dzi­ców. Na go­spo­darkę, tam je­stem bar­dziej po­trzebna – jak po­wie­działa. Ma­rianna mu­siała więc sama sta­nąć za ladą, przy­naj­mniej do czasu, aż znaj­dzie ko­goś za­ufa­nego.

Na­dzia rów­nież cie­szyła się, że miesz­kają ra­zem – Ba­sia była pod opieką babci, a po pracy wra­cały do cie­płego miesz­ka­nia i nie mu­siały mar­twić się o opał i obiad, bo Sta­sia za­wsze cze­kała na nie z ja­kimś po­sił­kiem, choćby to była zwy­kła kar­to­flanka z klu­skami.

Zbli­żały się święta. Trzy ko­biety gło­wiły się, jak zdo­być wszystko, co trzeba, by wy­pra­wić tra­dy­cyjną wi­gi­lię. Uru­cho­miły zna­jo­mo­ści i udało im się ku­pić ćwiartkę świ­niaka, wę­dzone ryby, so­lone śle­dzie, mąkę i mak na ma­ko­wiec.

Któ­re­goś dnia w skle­pie Ma­rianny zja­wiła się są­siadka z Zyn­dak, mama Jo­asi.

– Do le­ka­rza przy­je­cha­łam, do pani dok­tor Ze­ga­dło – po­wie­działa po po­wi­ta­niu. Lep­szego pe­dia­try w oko­licy nie było i do pani dok­tor cią­gnęły tłumy ma­tek z cho­rymi dziećmi. – Mała nie­spo­kojna, nie chce spać po no­cach, po­wie­dzieli mi, że tylko pani Ze­ga­dło może po­móc.

– Fakt, jest bar­dzo do­bra – przy­znała Ma­rianna. Le­karka rze­czy­wi­ście miała świetną opi­nię. Przy­jeż­dżali do niej lu­dzie z ca­łego wo­je­wódz­twa, a nie­kiedy na­wet z dal­szej Pol­ski. Le­czyła dość nie­kon­wen­cjo­nal­nie, bo w ogóle nie prze­pi­sy­wała an­ty­bio­ty­ków, lecz za­le­cała na­tu­ralne me­tody. Bańki, sy­rop z ce­buli, na­pary z ma­cie­rzanki, in­ha­la­cje z olej­kiem mię­to­wym i ru­mian­kiem albo na­cie­ra­nie olej­kiem kam­fo­ro­wym. Po­le­cała też sklep Ma­rianny, jako je­dyny zie­lar­ski w mie­ście, i to sklep z przed­wo­jen­nymi tra­dy­cjami! Znała bo­wiem jesz­cze Sta­się, z którą spo­ty­kały się w szpi­talu za­raz po woj­nie. Ma­rianna do­ce­niała sta­ra­nia le­karki i rów­nież prze­ka­zy­wała jej po­rady, gdy tylko ktoś szu­kał po­mocy w skle­pie.

Klientka ro­zej­rzała się wo­kół, czy ni­kogo nie ma, i po­in­for­mo­wała kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem:

– Przed pani do­mem to się ktoś parę razy krę­cił. Ja­kiś męż­czy­zna. Cho­dził, pu­kał, w okna za­glą­dał. Soł­ty­sowa mó­wiła.

Ma­rianna po­czuła skurcz lęku. Nie miała ni­czego na su­mie­niu, ale sły­szało się wszę­dzie o dzia­ła­niach bez­pieki, aresz­to­wa­niach i do­no­sach. A to wia­domo, co może ktoś na nią komu po­wie­dział? Przy­po­mniała so­bie o ulot­kach pod kar­to­flami w piw­nicy. Czy może to mieć zwią­zek z nimi? Chyba nie­moż­liwe, o ulot­kach wie­działa prze­cież tylko Sta­sia, Na­dzia i ona.

– Jak wy­glą­dał?

– Ja tam nie wiem, ale po­dobno kilka razy był i py­tał o pa­nią ko­goś na dro­dze, ale lu­dzie prze­cież nic nie wie­dzą, bo pani u nas od nie­dawna. Ja wiem, że to pa­niny sklep, więc po­sta­no­wi­łam, że jak wrócę od Ze­ga­dło­wej, to zajdę i po­wiem.

– Dzię­kuję – po­wie­działa Ma­rianna su­chym gło­sem, choć wo­la­łaby nie wie­dzieć, że ktoś jej szuka. Do końca dnia miała po­psuty hu­mor. Kto łazi pod jej do­mem i po co?

Przy­go­to­wała kilka ogło­szeń, że chce za­trud­nić w skle­pie zie­lar­skim pra­cow­nicę i po­sta­no­wiła po pracy roz­wie­sić je na oko­licz­nych słu­pach. Miała na­dzieję, że mimo trud­nego czasu znaj­dzie ko­goś chęt­nego, bo z wie­kiem czuła co­raz mniej sił, a i po­miesz­ki­wa­nie na wsi i wyj­ście z tego ca­ło­dzien­nego ko­ło­wrotu nieco ją roz­le­ni­wiło. Ma­rzyła o po­wro­cie na Wy­gon, o wio­sen­nym zbie­ra­niu ziół. Chciała, żeby wró­ciło tamto ży­cie, które wio­dła jesz­cze tak nie­dawno.

Mi­jały ty­go­dnie. Lu­dzie ra­dzili so­bie ja­koś w tym ba­ła­ga­nie, wy­mie­niali się kart­kami. Nie­któ­rzy do­szli w tym do per­fek­cji, a naj­le­piej mieli ci, co nie pa­lili albo nie pili al­ko­holu, bo ich kartki były na wagę złota. Lu­dzie za­bie­rali ze sobą ku­chenne ta­bo­rety, skła­dane krze­sełka węd­kar­skie oraz cie­płe koce i stali ca­łymi no­cami w ko­lej­kach po żyw­ność lub buty. Dzieci stały ra­zem z ro­dzi­cami, bo były cie­kawe tego, co się dzieje i trak­to­wały ko­lejki jako przy­godę. No i przy­da­wały się już w chwili ku­po­wa­nia, bo na jedną osobę przy­pa­dała na przy­kład jedna kostka ma­sła, kilo cu­kru albo ze­staw trzech prosz­ków do pra­nia: En­zy­ma­tyczny, Pol­lena i Cy­pi­sek. Brało się cały ze­staw, nie zwa­ża­jąc na to, że Cy­pi­sek jest prze­zna­czony do pra­nia rze­czy dzie­cię­cych, bo pod skle­pem trwała wy­miana. Matki z ra­do­ścią od­da­wały pro­szek E albo Pol­lenę, żeby tylko zdo­być Cy­pi­ska. Je­śli więc Ma­rianna, Na­dzia i Ba­sia szły we trzy do ko­lejki, ku­po­wały za jed­nym za­ma­chem dzie­więć prosz­ków do pra­nia! Sta­sia gro­ma­dziła je w nie­wiel­kim kre­den­sie, gdzie stały równo obok proszku do zę­bów o ła­god­nym mię­to­wym smaku, pa­sty do szo­ro­wa­nia Ja­vox i ko­stek sza­rego my­dła do pra­nia.

Sta­sia zwy­kle ro­biła pra­nie w pralni w piw­nicy bloku. Pral­nie były dwie, ra­zem z su­szar­niami. Do pierw­szej wcho­dziło się przez pierw­szą klatkę, do dru­giej przez trze­cią. Klucz brało się u pani Oty­lii, która miesz­kała na czwar­tym pię­trze w pierw­szej klatce, pod nu­me­rem dzie­sięć. Za­pi­sy­wała na­zwi­sko lo­ka­tora i po­da­wała klucz od wej­ścia głów­nego do su­szarni – były cztery na każde po­miesz­cze­nie, prze­dzie­lone siatką i do każ­dej był od­dzielny klucz. Do pralni wcho­dziło się przez drew­niane, zie­lone drzwi. Było to po­miesz­cze­nie dość duże, z pie­cem, na któ­rym stał wielki ko­cioł do go­to­wa­nia bie­li­zny, obok le­żały drew­niane szczypce do wy­cią­ga­nia jej z gara, żeby się nie po­pa­rzyć. Była też pralka Fra­nia z wy­ży­maczką i wielka kadź do płu­ka­nia. Pach­niało w tej pralni czy­sto­ścią, my­dli­nami i wil­got­nym drew­nem. Sta­sia, mimo iż miała w domu pralkę, więk­sze pra­nie wo­lała ro­bić tu­taj. W domu uni­kało się ba­ła­ganu, a bie­li­zna wy­go­to­wana w wiel­kich ko­tłach, sto­ją­cych na praw­dzi­wym piecu opa­la­nym drew­nem, była ide­al­nie czy­sta. No i z kroch­ma­le­niem było ła­twiej, bo nie trzeba było gara z kroch­ma­lem no­sić z kuchni do ła­zienki, a wszystko było w jed­nym miej­scu. Po­tem upraną bie­li­znę wie­szało się w jed­nym z czte­rech bok­sów i za­my­kało go na kłódkę. Bie­li­zna schła szybko – po­miesz­cze­nie było prze­wiewne i nie pa­no­wał tu piw­niczny za­duch. Po skoń­czo­nym pra­niu i su­sze­niu od­da­wało się klu­czyk i uisz­czało nie­wielką opłatę, li­czoną za dobę. Trzeba więc było pil­no­wać, by pra­nie nie wi­siało zbyt długo i to na­le­żało do obo­wiąz­ków ma­łej Basi, po­dob­nie jak po­bie­ra­nie i za­no­sze­nie klu­czy do pani Oty­lii. Były to jedne z pierw­szych obo­wiąz­ków ma­łej dziew­czynki, które wy­ko­ny­wała z lek­kim ocią­ga­niem, bo już sama wi­zyta w piw­nicy wzbu­dzała w niej pewną obawę. Szybko jed­nak prze­ko­nała się, że w piw­nicy może być faj­nie, bo od­kryła tam koty. Kryły się w naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­kach, a za­ła­twiały do pia­sku w drew­nia­nych skrzy­niach. Pia­sek gro­ma­dzony był na czas zimy, do po­sy­py­wa­nia chod­ni­ków, koty jed­nak były prze­ko­nane, że jest to ich to­a­leta. Tam­tej zimy Ba­sia na­li­czyła ich dwa­dzie­ścia dzie­więć – wszyst­kim nadała imiona i więk­szość oswo­iła. Po kry­jomu przy­no­siła im też tro­chę mleka lub żół­tego sera, o ile udało się go ku­pić. Te drobne kra­dzieże z do­mo­wej lo­dówki wo­lała prze­mil­czeć, prze­czu­wa­jąc, że ani mama, ani bab­cia, ani pra­bab­cia nie po­chwa­la­łyby tego.

Zde­cy­do­wa­nie wo­lała miesz­kać tu­taj niż w sta­rym domu. Miała tu wię­cej ko­le­ża­nek, bo w bloku miesz­kało dużo dzieci, na każ­dej klatce po kil­koro, szybko na­wią­zała z nimi przy­jaź­nie. Tylko do szkoły miała tro­chę da­lej, to była je­dyna nie­do­god­ność. Poza tym w miesz­ka­niu za­wsze była pra­bab­cia i mała Ba­sia nie wra­cała do pu­stego domu. Było też za­wsze cie­pło, nie mu­siała pa­lić w piecu, a na stole, gdy wra­cała ze szkoły, cze­kały już ka­napki, a w kubku cie­pła her­bata. Pra­bab­cia miała spi­sany jej plan za­jęć i kiedy Ba­sia wra­cała, od razu roz­grze­wała się po­sił­kiem. Gdy trzeba było iść do ko­lejki – nie było rady. Ba­sia ubie­rała się jesz­cze raz i szła do su­per­samu. Ale tak ro­biły wszyst­kie dzieci z bloku i wła­śnie w tych ko­lej­kach Ba­sia na­wią­zała wiele zna­jo­mo­ści.

Po prze­rwie dzieci wró­ciły do szkoły i roz­po­częła się na­uka, ale po lek­cjach spo­ty­kały się na san­kach na nie­wiel­kiej górce przed do­mem. Ba­sia ani my­ślała wra­cać do swo­jej sta­rej ka­mie­nicy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1] Pełną opo­wieść Ma­rianny znaj­dzie­cie w Zielu Ma­rianny.

Sta­ni­sława, młoda ko­bieta z Myst­kówca Sta­rego w sa­mym sercu Pusz­czy Bia­łej, zbiera zioła i ma­rzy o tym, by zo­stać pie­lę­gniarką. Nie­stety, ży­cie nie układa jej się tak, jak by tego chciała. Kiedy na­gle umiera jej uko­chany mąż Ed­mund, a na świat przy­cho­dzi có­reczka Ma­rianna, młoda ko­bieta musi sta­wić czoła no­wym wy­zwa­niom i za­po­mnieć o ma­rze­niach.

Nie­spo­dzie­wa­nie dla sa­mej sie­bie zo­staje aku­szerką i pod okiem wiej­skiej bab-ki do­sko­nali umie­jęt­no­ści, le­cząc zio­łami. We wsi po­ja­wiają się nowi są­sie­dzi, przy­byli z Prus Wschod­nich, i opo­wia­dają jej o tej nie­zna­nej kra­inie, a w niej nie­wiel­kim mie­ście Sens­burg (obec­nym Mrą­go­wie), gdzie lu­dzie żyją zu­peł­nie ina­czej. Sta­ni­sława po­sta­na­wia wy­je­chać z ro­dzin­nej wsi i osiąść wła­śnie tam. Aku­rat w nie­od­le­głej od Sens­burga wsi Ec­kerts­dorf (dzi­siej­szym Woj­no­wie) pla­no­wane są ob­chody stu­le­cia osad­nic­twa sta­ro­obrzę­dow­ców, a tam­tej­szy klasz­tor po­szu­kuje aku­szerki i zie­larki, która mo­głaby po­móc sio­strze Ga­li­nie. Sta­ni­sława po­sta­na­wia wy­brać się w da­leką po­dróż, która zmieni jej ży­cie.

Po­wieść pach­nie zio­łami i jest prze­sy­cona praw­dzi­wymi opo­wie­ściami miesz­kań­ców Prus Wschod­nich. Po­ka­zuje świat wiej­skich zie­la­rek i aku­sze­rek, który wpraw­dzie już od­szedł, ale wciąż jesz­cze po­wraca w ludz­kich wspo­mnie­niach.

.

To jest moja uko­chana książka, naj­lep­sza, jaką na­pi­sa­łem po pol­sku, naj­lep­sza moja po­wieść, gdzie chyba udało mi się zsyn­te­ty­zo­wać naj­waż­niej­sze sprawy z mo­jego ży­cia. To jest moja spo­wiedź pi­sar­ska.

Le­opold Tyr­mand

Losy mło­dego Po­laka, któ­rego wo­jenne drogi wiodą do Frank­furtu nad Me­nem, gdzie pra­cuje w jed­nym z ho­teli jako kel­ner, w gru­pie mło­dzieży po­cho­dzą­cej z kra­jów oku­po­wa­nych przez Niemcy. W tym wro­gim świe­cie od­naj­duje cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nych so­jusz­ni­ków. Są nimi wszy­scy, któ­rych do­się­gła wspólna wo­jenna mi­to­lo­gia. Także mło­dzi Niemcy.

Jak więk­szość prozy Tyr­manda i ta książka oparta jest na ele­men­tach bio­gra­ficz­nych. Jest to opis lo­sów czło­wieka nie­prze­cięt­nego, któ­rego mło­dość zo­stała na­zna­czona przez oku­pa­cję, po­li­tykę i emi­gra­cję.

Jakże klawo jest być mło­dym, ni­kim, ni­czym, żad­nym, trzy­mać z kel­ne­rami i po­słu­gacz­kami, z win­dzia­rzami, ste­no­ty­pist­kami, woź­nymi, sprzą­tacz­kami, kon­duk­to­rami, ma­ni­kiu­rzyst­kami i szo­fe­rami. Jak faj­nie jest być z nimi na ty, słu­chać ich wy­my­ślań i ma­rzeń, jeść byle co i cie­szyć się małą zdo­by­czą: nową, głu­pią, źle ubraną dziew­czyną, tra­fioną na lewo ko­la­cją, paru kie­lisz­kami wódki, na które udało się ko­goś ude­rzyć, bi­le­tem na mecz za darmo, pa­pie­ro­sami, któ­rymi czę­stują możni tego świata, ci, któ­rzy mogą so­bie po­zwo­lić na czę­sto­wa­nie.

.

1784 rok. Dwór Lu­dwika XVI i Ma­rii An­to­niny; ary­sto­kra­cja się bawi, ucztuje, wy­daje mi­liony na stroje, po­wozy, po­lo­wa­nia, rauty i ko­afiury, ale w tle – w tle sły­chać już wiel­kiego bez­i­mien­nego bo­ha­tera nie­da­le­kiej przy­szło­ści – lud Pa­ryża, który za lat kilka rzuci się na Ba­sty­lię i Wer­sal. Głodne, szu­ka­jące paru fran­ków za­robku na za­kup je­dze­nia i opału w wy­jąt­kowo ciężką zimę pa­ry­skie ulice, pełne bez­dom­nych, cho­rych i umie­ra­ją­cych wy­dają co­raz gło­śniej­sze po­mruki nie­za­do­wo­le­nia, sprze­ciwu, a wresz­cie i agre­sji. Co­raz mniej bez­piecz­nie w tym mie­ście... A tym­cza­sem szep­czą, że kró­lowa ku­puje na­szyj­nik za pół­tora mi­liona...

Wspa­niały splot in­tryg, sen­sa­cji i ro­man­tycz­nych mi­ło­ści tuż przed Re­wo­lu­cją Fran­cu­ską, oparty na au­ten­tycz­nych wy­da­rze­niach – afery na­szyj­ni­ko­wej – która wstrzą­snęła opi­nią pu­bliczną we Fran­cji i głę­boko pod­ko­pała za­ufa­nie do domu kró­lew­skiego.

.

Prze­mi­jają Ja­giel­lo­no­wie na pol­skim tro­nie, umiera bez­po­tom­nie ostatni mę­ski po­to­mek Zyg­munta Sta­rego i Bony – Zyg­munt Au­gust. Przed szlachtą i ma­gna­te­rią staje widmo bez­kró­le­wia. Wa­le­zjusz de­cy­duje się ob­jąć pol­ski tron, ale bar­dziej go kusi tron fran­cu­ski. Przy dru­gim sej­mie elek­cyj­nym w ciągu roku wi­dać oznaki pa­niki. Na pla­nie po­ja­wia się książę Sied­mio­grodu. To czas Anny, sio­stry Zyg­munta Au­gu­sta, która przez po­nad 50 lat swego ży­cia stała w cie­niu wiel­kich spraw kró­le­stwa. Czy zdała eg­za­min z pa­no­wa­nia? Czy star­czyło jej sił i ener­gii, by Rzecz­po­spo­litą pro­wa­dzić w czas za­wie­ru­chy?

W książce Ostat­nia z rodu przy­glą­damy się z bli­ska lo­som Anny Ja­giel­lonki pod­par­tym ogromną hi­sto­ryczną zna­jo­mo­ścią epoki Pawła Ja­sie­nicy.

Dla każ­dego, kto choć odro­binę sma­kuje pol­ską hi­sto­rię, za­sta­na­wia się, dla­czego losy po­to­czyły się tak, a nie ina­czej – to do­prawdy praw­dziwa roz­kosz – za­głę­bić się w owe dy­wa­ga­cje świa­tłego i mą­drego au­tora, wy­bit­nego znawcy Pol­ski Ja­giel­lo­nów i po­pły­nąć z nim w wartki nurt wy­da­rzeń tam­tych cza­sów oraz przyj­rzeć się pro­ce­som, które do­pro­wa­dziły Pol­skę do miej­sca, gdzie dziś się znaj­duje.

Na­prawdę zna­ko­mita in­te­lek­tu­alna przy­goda dla tych, któ­rzy lu­bią za­sta­na­wiać się nad prze­szło­ścią.

Co­py­ri­ght © 2023, Ka­ta­rzyna Ener­lich Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ściowe – tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw.
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki w in­ter­ne­cie
ISBN 978-83-7779-912-3
Pro­jekt okładki: Zu­zanna Ma­li­now­ska Stu­dio
Ko­rekta: Do­rota Ring
Skład i ła­ma­nie: Ja­cek An­to­niuk
www.wy­daw­nic­twomg.pl
kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl
Kon­wer­sja eLi­tera