39,90 zł
Ona ma na jego punkcie obsesję
On myśli, że ich związek to zły pomysł
Maya Killgore ma dwadzieścia trzy lata, talent do komplikowania sobie życia i słabość do Conora Harknessa.
Conor doskonale wie, dlaczego nie powinien wiązać się z Mayą. Analiza sytuacji nie pozostawia złudzeń: różnica wieku — spora. Do tego on jest najlepszym przyjacielem jej brata, uznanym biotechnologiem, podczas gdy ona wciąż studiuje. Banalne? Owszem. Schematyczne? Jak najbardziej. Wniosek? Za dużo potencjalnych problemów.
Hipoteza jednak nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością, gdy ślub brata Mai zmusza ich do spędzenia razem tygodnia na Sycylii. Romantyczna willa, turkusowe morze, pyszne jedzenie — w takich okolicznościach okazuje się, że chemia między nimi nie poddaje się logice, a emocje trudno stłumić.
I powstaje pytanie: czy warto stawiać na rozsądek, gdy niewinny letni romans zaczyna być dokładnie tym, czego oboje potrzebują?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 390
Data ważności licencji: 7/25/2030
Tytuł oryginału: Problematic Summer Romance
Redaktorka inicjująca: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Maria Śleszyńska
Ilustracja wykorzystana na okładce: lilithsaur
© 2025 by Ali Hazelwood
No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
This edition published by arrangement with Berkley, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Filip Sporczyk
ISBN 978-83-287-4110-2
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Ponownie dla Jen – jedynej, która o tę książkę prosiła. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Specjalnie dla ciebie są ekstra popaprani.
Przyznaję to ze wstydem, ale przez moment rozważam możliwość niepojawienia się na ślubie własnego brata.
– Eli wie? – pyta moja przyjaciółka Jade.
– Że wolałabym pełzać po podłodze w publicznym kiblu niż patrzeć, jak składa przysięgę miłości swojego życia?
– Nie. Że go podsłuchiwałaś.
Kręcę głową, wbijając wzrok w łyżwy. Wyobrażam sobie, że to lód jest obiektem mojej wściekłości i że mogę teraz ukarać tę zimną taflę, dźgając ją metalowymi ostrzami. Odrobina przemocy zawsze poprawia mi humor.
– Maya, po prostu nie leć. Co za problem? Ślub jest za granicą, można się wyłgać. Zresztą na takie spędy zaprasza się wszystkich krewnych i znajomych – w tym wszystkie ciotki dziwaczki i obleśnych kuzynów – z myślą, że dziewięćdziesiąt procent z wielkim żalem odmówi. Poza tym, jeśli kogoś stać na drogie wakacje, niekoniecznie chce przepuszczać kasę na zjedzenie tortu weselnego w miejscu wybranym przez kogoś innego, tylko jedzie tam, gdzie ma ochotę.
– Teoretycznie masz rację. – Byłoby mi dużo przyjemniej, gdyby lód krwawił. Tak chociaż trochę. – Ale to nie dlatego Eli organizuje wesele za granicą. Poza tym płaci za wszystkich, których nie stać na przelot. – Czyli w zasadzie tylko za mnie. Brat jest ode mnie starszy i zarabia krocie. Te dwie rzeczy łączą go ze wszystkimi gośćmi z listy. Poza mną.
Nie każdy może należeć do elitarnej grupy, jaką stanowią doktoranci. Nie każdy dostępuje takiego zaszczytu jak ja.
– Chwila. Ślub jest we Włoszech, nie? To kupa kasy za lot.
– No cóż… on ma kasę.
– I tak nią szasta? – Jade udaje, że zbiera jej się na wymioty. – Nie cierpię hojnych ludzi.
– Tak, są nie do wytrzymania – przyznaję i robię piruet z szeroko rozłożonymi rękami. – Impreza ma być niby w gronie najbliższych przyjaciół. Dziesięć osób przylatuje na tydzień przed samą ceremonią. Potem jeszcze ze trzydziestka na próbę generalną. Mówię ci, ostatnio miałam chwilę słabości. Nie jestem z niej dumna. Skłamałam Eliemu, że muszę zostać w Austin dłużej, bo mam rozmowę na temat tego projektu MIT. Powiedziałam, że dolecę dopiero na wesele. – Wzdycham. Zwalniam tempo, zrównuję się z przyjaciółką. Lodowisko jest prawie puste. Lód lśni od reflektorów.
– No i?
– No i wpatrywał się we mnie tak, jakbym uszczypnęła jego szczeniaka, powiedziała, że wróżka zębuszka nie istnieje, a potem dała siarczystego kopa w odbyt. Jakbym go kompletnie zawiodła.
– Aż tak mu zależy, żebyś była?
– Wściekłam się. A już myślałam, że oboje z bratem jesteśmy bezduszni i pragmatyczni, a wszelkie ceremonie mamy w… głębokim poważaniu. Zresztą jeszcze się na mnie napatrzy. Planuję przez następne pięć do ośmiu dziesięcioleci naprzykrzać się zarówno jemu, jak i jego uroczej wybrance.
– Najwyraźniej miłość go zmiękczyła, a ty nawet nie zauważyłaś kiedy. Nie lękaj się, droga przyjaciółko! – Jade zatrzymuje się tuż przede mną, tarasując mi drogę. – Albowiem dobrze trafiłaś. Mam mnóstwo doświadczenia w wychodzeniu z opresji za pomocą kłamstwa.
– Taa? No to dawaj. Jaki masz plan?
– Najskuteczniejszym sposobem na uniknięcie niechcianych obowiązków jest udawanie choroby. I to takiej, która spełnia zasadę trzech „Z”. – Wylicza, unosząc po kolei palce: – Żenada, zakaźność, a przede wszystkim zaskoczenie.
Wpatruję się w nią tępo. Nie zbija jej to z tropu.
– Choroba musi być tak nagła, że niemożliwa do przewidzenia. Czyli trzecie „Z”: zaskoczenie. Jak grom z jasnego nieba. Musi być zakaźna, przenosić się na inne ofiary, a tym samym uniemożliwiać podróżowanie publicznymi środkami. Ale najważniejsze, by choróbsko było w opór żenujące. Wiesz, ropiejące wrzody, smród, cieknące płyny ustrojowe, te klimaty. Musi obrzydzać do tego stopnia, że nikt nie uwierzy, że je zmyśliłaś. W końcu kto przy zdrowych zmysłach zszargałby własne dobre imię, by…
– Jade. – Biorę ją za rękę. – Dziękuję. Bezcenna rada.
– Nie ma za co. Powinnam chyba prowadzić jakieś kursy, nie uważasz?
– Tylko że ja powiedziałam ci o tym nie po to, żebyś przeprowadziła burzę mózgów i wymyśliła, jak mogłabym uniknąć wyjazdu.
– Że co?
Biorę głęboki wdech.
– Jeśli mój brat chce, żebym była na jego ślubie, to na nim będę. Koniec tematu.
– Aha. Rozumiem. – Wzdycha. – A pamiętasz, jak go kiedyś nie cierpiałaś?
– Tak, pamiętam. Tęsknię za tymi czasami bardziej, niż możesz przypuszczać. – Zmuszam się do nonszalanckiego wzruszenia ramionami. – To tylko tydzień. Nie ma co się mazgaić.
– Jesteś pewna?
Przytakuję i ruszam przed siebie. Chwilę później Jade dołącza.
– Cóż, jakby co, zawsze zostaje gwałtowna sraczka. – Oplata mnie ramieniem. – Może się przydać na wypadek, gdyby posadzili cię przy Conorze Harknessie.
Szczęśliwym trafem ulubionym stworzeniem mojego brata na całym świecie jest pies.
Choć… nie. To nie do końca prawda. Życie Eliego kręci się wokół innej studni grawitacyjnej: Rue. Jego narzeczonej. Po dwóch latach obserwacji, wnikliwych badań, złośliwości, spojrzeń przez przymrużone powieki i niezdarnych prób zagajania rozmów doszłam do wniosku, że nie mogę mu mieć tego za złe. Rue jest osobą wyjątkową, lojalną, a co najważniejsze – cichą. Większość ludzi jej nie lubi.
Kiedyś wydawała mi się oziębła. Martwiłam się, że jej związek z moim bratem będzie skazany na niepowodzenie – że dziewczyna go zostawi i złamie mu serce. Lecz z czasem odkryłam, że ona naprawdę jest gotowa zrobić dla niego wszystko, łącznie z cierpliwym wysłuchiwaniem rozważań jego młodszej siostry na temat przycięcia grzywki (temat pojawia się minimum cztery razy w miesiącu).
Innymi słowy, wybadałam temat i mogę z całkowitą pewnością stwierdzić, że Rue jest godna jego miłości.
Ale pies… Pies był pierwszy. Ciapek, bo o nim mowa, to uroczy, łagodny jak baranek dziewięćdziesięciokilowy kundel przygarnięty ze schroniska. Do jego ulubionych aktywności zaliczyć można chrapanie, ślinienie się i obdzielanie wszystkich dookoła dowodami czułości i oddania. Kiedy Eli wpadł na pomysł, by ślub zorganizować gdzieś za granicą, Rue powiedziała:
– Powinniśmy zorganizować go w miarę blisko.
– Dlaczego?
– A nie chciałbyś, żeby na weselu był Ciapek?
Zaprawdę godna miłości mego brata.
Na szczęście Ciapek uwielbia podróżować, więc Europa stanęła przed młodą parą otworem. Niestety, nie każde linie lotnicze pozwalają na przewóz psów wielkości niedźwiedzia, które na dodatek basowo poszczekują przez sen, a wybudza je wyłącznie smród własnych bąków. Owszem, zależy mi na higienie snu Ciapka, co daje mi niepowtarzalną szansę, której chwytam się jak tonący brzytwy.
– Znalazłam linie lotnicze – oznajmiłam Rue i Eliemu kilka tygodni przed weselem. – Lot jest dopiero dzień po waszym, ale mają specjalne miejsca dla dużych psów. Ciapkowi by się spodobało. Mogę z nim polecieć. – Uśmiechnęłam się do psiska, które położyło wielki łeb na moim kolanie. – No co tam, słodziaku? Chcesz polecieć na wycieczkę z ciocią Mayą?
W odpowiedzi zaczął wywijać ogonem jak śmigłem tak mocno, że prawie odleciał.
W ten oto sposób udało mi się skrócić Piekielny Tydzień o całą dobę, a jednocześnie spędzić trochę czasu z jedynym gościem, który nigdy nie złamał mi serca.
– Ciapku Wacławie Killgore – mówię do zwierzaka, który pośrodku przejścia między fotelami, leżąc na plecach, upajał się głaskaniem po brzuchu przez mniej więcej siedemnaścioro nowych najlepszych przyjaciół, których poznał pół godziny wcześniej. – Nigdy nie zawodzisz.
Wymarzony książę z bajki wskakuje mi na kolana, kiedy samolot wpada w strefę turbulencji. Problem w tym, że potem zapomina zejść.
Podróż z Austin na lotnisko Katania na Sycylii z jedną przesiadką trwa około piętnastu godzin. Podejmuję świadomą decyzję, by nie wykupić dostępu do wi-fi, więc zamiast w stresie zalewać Jade dziesiątkami wiadomości, skupiam się na tym, co najważniejsze: zapiąć pasy i przygotować na najgorsze.
Obronne zasieki, które skonstruowałam, chcąc ochronić się przed Conorem Harknessem, wymagają jeszcze wiele pracy.
Nie wątpię, że on pojawi się na weselu. Jest w końcu najlepszym przyjacielem mojego brata, nie licząc Ciapka. Są partnerami w spółce, imperatorami biznesu, czy jaki tam sobie akurat tytuł wybrali. Zarządzają Harkness – firmą z branży biotechnologicznej, która zajmuje się jakimiś abstrakcyjnymi dla mnie bzdurami, na których zarabia się kokosy, nie łamiąc przy tym prawa (przynajmniej według zarządu). To właśnie ze względu na Conora ślub ma się odbyć na Sycylii zamiast w Lake Canyon albo Galveston w Teksasie. Nie do końca rozumiem dlaczego.
Od początku było wiadomo, że Conor zostanie świadkiem. Chyba tylko kłótnia o pakiety akcji na giełdzie Nasdaq mogłaby to zmienić.
– Problemem nie jest Conor jako taki – wyjaśniłam Jade.
Zabrzmiało podejrzanie. W trakcie lotu, przyjmując od stewarda kolejne napoje o coraz większej zawartości kofeiny, uświadamiam sobie, że jak na kogoś, kto nie jest problemem, Conor zaprząta moje myśli zadziwiająco często. Poświęcam stanowczo zbyt wiele uwagi facetowi, który nie myślał o mnie od lat.
Nieprawda, podpowiada pedantyczny głos z wnętrza mojej czaszki. Myślał o tobie w sierpniu.
Boże, jestem typowym przykładem dwudziestokilkulatki zakochanej w starszym o piętnaście lat przyjacielu brata. Może nadszedł w końcu czas, by pozbyć się tego uczucia. Poukładać sobie życie. Wypalić wspomnienie Conora z głowy. I wszystko, co było między nami. Najlepiej chlusnąć sobie w gardło wybielaczem: nieprzyjemnie, może nawet mnie zabić, ale jeśli nie, wyjdę z tego silniejsza.
Albo w stanie agonalnym. Cholera wie. Nie jestem lekarką.
Cóż, pomarzyć sobie można. Z tym że kilka godzin później scenariusz rodem z najgorszych koszmarów się ziszcza. Na lotnisku w Katanii, podczas gdy Ciapek czaruje obsługę strefy bagażowej, włączam telefon, który próbuje złapać sieć. Rozglądam się, obserwuję wylewne przywitania, ekspresyjną gestykulację Włochów i nieśpieszne tempo toczącego się tu życia. Komórka rozbrzmiewa powiadomieniami o nieodczytanych wiadomościach. Otwieram najnowszą, od brata.
ELI: Kierowca odbierze was z lotniska i zawiezie do willi.
Brzmi spoko – odpisuję.
Tak naprawdę brzmi potencjalnie niezbyt spoko. Żeby nie powiedzieć: źle. Martwi mnie szczególnie jedno słowo: „was”. Może Eliemu chodziło o mnie i Ciapka. Ale może chodziło mu o kogoś innego. Jeśli to drugie, muszę poznać nazwisko tego kogoś. A najlepiej, żeby nie musieć o nie pytać.
Na wszystko jednak przyjdzie czas. Celnicy sprawdzają dokładnie książeczkę zdrowia Ciapka, która wygląda jak cegła i tyle samo waży, a potem wypychają nas do strefy przylotów. Dwie nastolatki piją kawę z malutkich filiżanek, wlewając w siebie całą ich zawartość, jakby to były shoty mezcalu. Zaciskam dłoń na rączce walizki, gotowa na wszystko. I dobrze, że się przygotowałam. Odnajduję wzrokiem znudzonego gościa trzymającego przed sobą tabliczkę z napisem „KILLGORE” i stojącą obok niego brunetkę. Żołądek podjeżdża mi do gardła. Tylko do gardła, choć powinien wystrzelić w stratosferę.
Taak… To dokładnie ta osoba, której widoku miałam nadzieję uniknąć.
– Maya, prawda? – pyta kobieta, podchodząc do mnie w kilku zgrabnych krokach. Uśmiecha się szeroko, a w lewym policzku pojawia się dołeczek. – Jestem Avery. – Nie mówię, że wiem, bo wyszłabym na dziwaczkę, która stalkuje dziewczynę faceta, w którym się podkochuje.
Oczywiście dokładnie taką właśnie dziwaczką jestem, ale nie zamierzam się tym nikomu chwalić. Zabiorę tę tajemnicę do grobu. Poleciłam Jade, by wyczyściła historię wyszukiwania na wszystkich moich urządzeniach elektronicznych bezpośrednio po mojej śmierci.
– Tak wiele o tobie słyszałam, Avery – mówię, bo to jedyna prawdziwa informacja, która w tej chwili wydaje się na miejscu. Spodziewam się uścisku dłoni, ale ona przyciąga mnie do siebie i przytula po przyjacielsku. Jedyne, o czym mogę myśleć, to pot, który niemalże wycieka z moich przemęczonych podróżą porów.
– Ale fajnie cię wreszcie poznać. Nie mogę uwierzyć, że nie spotkałyśmy się do tej pory. – Avery jest ode mnie trochę niższa, przez co nasz uścisk wydaje się nieco niedopasowany. Ona nosem wciska się w moje ramię, a moje rozczochrane włosy lepią się do jej twarzy. Odsuwam się, czując tę niezręczność. Wyglądam jak siedem nieszczęść w oblepionych psią sierścią dresach i wymiętoszonej koszulce z logo Uniwersytetu Teksańskiego.
Powinnam zachować dystans albo chłodną uprzejmość. Problem w tym, że Avery wydaje się bardzo miła, a ja lubię miłych ludzi.
– Dziwne – mówię – że obie mieszkamy w Austin, a jednak…
– Poznajemy się dopiero we Włoszech. Wiem! A tyle słyszałam o sławnej siostrze Eliego.
– Pogłoski na pewno są mocno przesadzone.
Avery przechyla głowę.
– Jakie pogłoski? O czym?
– O wszystkim.
Wybucha melodyjnym, lekko ochrypłym śmiechem. Rany, seksowna jest.
– Nie, nie przejmuj się. Twój brat i Minami są z ciebie bardzo dumni. Te wszystkie start-upy, które biją się o ciebie, ta nagroda i jeszcze studia na MIT… Wszyscy cię podziwiają. Smutne, że tylko mnie nie było dane cię do tej pory poznać.
– Tak, no cóż, to chyba moja wina. Zaczęłaś pracę w Harkness dopiero zeszłego lata, prawda? A ja większość tego roku spędziłam w Szwajcarii. Wróciłam dopiero kilka tygodni temu.
– Trudno ci usiedzieć w miejscu, co? – Wzrusza ramionami z gracją i urokiem, którego nie spodziewałabym się po kimś, kto dopiero co wyszedł z samolotu po locie przez Atlantyk. Nie chcę jej krępować, gapiąc się na jej promienną cerę i zupełnie niezapuchnięte oczy, więc zaczynam się rozglądać. Znów przywitania, istna wieża Babel – każdy mówi innym językiem – wszędzie uściski, całusy. Kierowca kuca przed Ciapkiem i drapie go za uchem. Kolejny poddany naszego króla.
Avery nie spuszcza mnie z oczu.
– Przepraszam, nie chcę ci się tak przyglądać, ale… to uderzające.
– Co takiego?
– Twoje podobieństwo do brata.
Śmieję się.
– Tak, jesteśmy jak dwie krople wody. – Przyzwyczaiłam się, że ludzie kojarzą mnie przede wszystkim jako młodszą siostrę Eliego Killgore’a. Dopiero potem dowiadują się, że mogę być kimś więcej – osobą o własnym charakterze. Nie przeszkadza mi to.
– Tak. Wyglądasz zupełnie jak on, ale jednocześnie…
– Zupełnie jak nie on.
– Dokładnie. Niesamowite.
Odpowiadam w standardowy sposób.
– To przez ciemne kręcone włosy. I niebieskie oczy.
W rzeczywistości chodzi o coś więcej. Eli i ja mamy taki sam podbródek, wydatne kły, zbyt długie nogi. Gęste brwi, takie same usta i niesławny nos Killgore’ów – orli, wąski. To on w naszych twarzach rzuca się w oczy od razu. „Dumny nos, poważny”, mawiał tata, a ja szukałam w internecie tutoriali o tym, jak zamaskować ten garb i przerobić go na słodziutki, malutki, dziewczęcy nosek. Często też liczyłam, ile musiałabym uzbierać, by było mnie stać na operację plastyczną. Kiedy miałam trzynaście lat, Jade zaoferowała, że rąbnie mnie kijem do hokeja, bo może to „przestawi mi facjatę”. Nie skorzystałam.
Pewnego dnia obudziłam się jednak z myślą, że moja twarz jest w porządku. Akceptuję ją, jaka jest. Tata byłby dumny, że postanowiłam nie tylko się pogodzić, ale wręcz obnosić z genami Killgore’ów.
– Jesteście niesamowicie do siebie podobni – dodaje Avery ze śmiechem, którego po chwili się wstydzi. – Lepiej już przestanę o tym gadać. Po prostu ty jesteś naprawdę ładna, a on… – Ściąga brwi, najwyraźniej uświadamiając sobie, do czego zmierzają jej słowa.
– Nie, spoko, rozumiem. – Macham ręką. Wiem dokładnie, co ją tak krępuje. Eli i ja jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, ale ludzie postrzegają nas zupełnie inaczej. U jednej osoby te same cechy mogą wyglądać przystojnie i dumnie, a u drugiej po prostu uroczo. Mój brat jest bardzo męski, co tylko powiększa dysonans, a ja mam dziewczęcy urok.
– Wiesz co? – ciągnie Avery. – Myślę, że świetnie się dogadamy.
Z trudem przełykam ślinę. Jest taka uprzejma. Co mam o tym myśleć? Przyjaźń z kobietą, która…
– Jedziemy? – pyta kierowca. Jest starszym, grubawym facetem. Nie mówi chyba zbyt dobrze po angielsku i raczej niewiele zrozumiał z naszej rozmowy, ale przynajmniej z Ciapkiem od razu się polubili. – Jedziemy – powtarza głośniej, wskazując na wyjście.
– Tak, proszę. Jedźmy – odpowiada Avery. Z ulgą kiwam głową.
Gość wskazuje na moją walizkę z niemym pytaniem w oczach. Kręcę głową, a on w odpowiedzi puszcza do mnie oko, łapie bagaż Avery i wszyscy wychodzimy na niesamowity sycylijski upał.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
